Tajemnica czarnej róży - Sylwia Adamiak - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 288 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnica czarnej róży - Sylwia Adamiak

Zamilcz! – rozkazał nieznajomy, przeszywając ją morderczym spojrzeniem, którego się zlękła.

Gdy w końcu odzyskała panowanie nad sobą, młodzieniec postawił ją na ziemi, a następnie wyciągnął mały lśniący przedmiot.

– Ten naszyjnik ma ci przypominać, że nie jesteś sama. Gdy będziesz potrzebowała pomocy, dotknij tego talizmanu i pomyśl o mnie. Na pewno przyjdę ci z pomocą – wyjaśnił.

Dziewczyna spojrzała na otrzymany klejnot. Przedstawiał on piękną czarną różę… Gdy popatrzyła w miejsce, gdzie powinien stać nieznajomy, nie ujrzała nikogo.

 

•••

 

Sytuacja rodzinna sprawia, że Cornelia zamieszkuje u swojej babci w małej miejscowości Dacezville. Dziewczyna od dawna fascynuje się starym dworkiem, stojącym na obrzeżach miasteczka, gdzie zginęła pewna wampirzyca. Postanawia zbadać historię tego tajemniczego miejsca.

Cornelia ma na barku znamię w kształcie czarnej róży, która była symbolem wampirzycy, a bliźniacze podobieństwo do niej sprawia, że całe miasteczko zaczyna wierzyć w reinkarnację dawnego wroga.

Opinie o ebooku Tajemnica czarnej róży - Sylwia Adamiak

Fragment ebooka Tajemnica czarnej róży - Sylwia Adamiak










Strona redakcyjna


Prolog

– Dafne! Cały dworek jest już otoczony! Nie ma drogi ucieczki – krzyknęła Danaida.

– Nie mamy wyboru. Musimy walczyć, chyba że pragniemy zaprosić owy plebs na herbatę i ciasteczka...? – ironizował Sylen.

– Skąd w nas ten lęk? W końcu to my jesteśmy silniejszą rasą. Z pewnością damy sobie radę z pospólstwem! – odkrzyknęła wzburzona Dafne.

– To „pospólstwo”, jak ich określiłaś, już kilkakrotnie zwyciężyło w podobnych potyczkach – zauważył Triskelis.

– Prawda, ale jeżeli nie my, jakby nie było – najstarszy i najsilniejszy klan – to kto nad nimi zapanuje? – odparła Danaida.

– Przygotujcie się do obrony! Lud sforsował już wrota! – krzyknął Chronos, wbiegając po schodach.

– Już ja im pokażę, gdzie jest miejsce zwykłych śmiertelników – rzuciła przez ramię Danaida i z furią ruszyła do boju. W jej ślady podążyli pozostali zebrani w dworku.

Bitwa była zaciekła, ale pomimo ogromnej przewagi ludzi większe, śmiertelne straty ponosili raczej oblegający niż oblegani. Potyczka dobiegała końca i do tej pory ani jeden członek klanu nie został unicestwiony, gdy wtem, nieoczekiwanie Danaida została ugodzona sztyletem prosto w plecy.

– Danaido! – krzyknął Triskelis, jednak było już za późno.

Kilka minut później walka została zakończona zwycięstwem obrońców dworku. Świętowano zwycięstwo. Wszyscy wznosili radosne okrzyki – z wyjątkiem Triskelisa, który stał i wpatrywał się w miejsce, gdzie kilka minut wcześniej upadła Danaida.

– Widocznie tak musiało być, Triskelisie. Zginęła tak, jak istniała, dumnie i w walce – szepnął Sylen, jeden z najstarszych w klanie.

– Nie rozumiesz... Wraz z nią przestała istnieć najbliższa mi w tym świecie istota. Ona była dla mnie niczym przyjaciółka, kochanka i siostra w jednej osobie – wzburzył się chłopak.

– Nie powinieneś tak łatwo ujawniać swych uczuć – pouczył go Sylen.

– Dlaczego? Danaidy i tak już nie ma, a zresztą i tak wszyscy wiedzieli, że łączyło nas o wiele więcej niż zwykły sojusz. Bez niej już nic nie ma sensu – prychnął.

– Mogę się tylko domyślać, co w tej chwili czujesz. Na pocieszenie powiem ci, że bardzo dawno temu słyszałem, iż każdy z nas raz unicestwiony, po jakimś czasie wraca do świata żywych. Może to samo stanie się z Danaidą – oznajmił Sylen.

– Ale to tylko pogłoska – westchnął Triskelis.

– Dlaczego nie miałaby być prawdą? Co prawda nigdzie nie odnotowano podobnego przypadku, ale może tobie uda się odnaleźć nowe wcielenie Danaidy? – odparł Sylen, po czym odszedł, zostawiając przyjaciela pogrążonego we własnych myślach.

– Nadzieja... Straciłem ją w chwili wstąpienia do tego klanu – prychnął Triskelis i również opuścił pole bitwy.


Rozdział 1
Wampiry – dobre sobie!

– Jejku, jak tu ładnie! Gdy stąd wyjeżdżam, zawsze zapominam, jak piękna jest ta okolica, a później, gdy wracam, znów jestem pełna zachwytu – rozweseliła się Cornelia, jadąc do domu swojej babci.

– To prawda. A ja za każdym razem, gdy wyjeżdżam po ciebie na dworzec, wypatruję małej, uroczej dziewczynki, jaką byłaś, gdy pierwszy raz tu przyjechałaś. Zawsze zapominam, że moja ulubiona wnuczka to już dorosła pannica – roześmiała się starsza pani.

– Hmm... Ulubiona wnuczka... Ciekawe, czy gdybym nie była twoją jedyną wnuczką, nadal uważałabyś mnie za wyjątkową...? – zainteresowała się dziewczyna.

– Cornelio! Czyżbyś w to wątpiła? – spytała babcia.

– Sama nie wiem – droczyła się. – Oj, przecież żartuję, babciu – roześmiała się, zobaczywszy minę pani Ojnone.

Babcia była dla Cornelii najbliższą osobą. Z nikim innym nie potrafiła tak łatwo się porozumiewać. Niezaprzeczalnie łączyła je silna więź – mocniejsza od tej, która zwykle istnieje między babcią i wnuczką.

– Cornelio, czy ty się kiedyś zmienisz? – westchnęła starsza pani.

– Cóż chyba za późno na jakiekolwiek zmiany – roześmiała się dziewczyna.

– Dziecko, ty dopiero zaczęłaś żyć. Jeszcze wszystko możesz zmienić. Masz dopiero siedemnaście lat – westchnęła kobieta.

– Niby tak, ale często czuję się o wiele starzej. Wydaje mi się, że nabyłam pewnych cech charakteru i już nic ich nie zmieni. To takie uczucie, jakbym już raz żyła.

– Kochanie, czy ty czasem nie przesadzasz? Co prawda istnieje podobno coś takiego jak reinkarnacja, ale wtedy chyba nie pamięta się tego poprzedniego życia. Zresztą sama nie jestem pewna.

– Możliwe... – zasępiła się dziewczyna, jednak po krótkiej chwili znów się ożywiła: – O! Babciu, zobacz! Mój kochany dworek. To dziwne, że przez tyle lat nikt go nie kupił...

– Co cię dziwi, przecież ten „dworek” to istna ruina...

– I co z tego? Gdyby się nim zająć, byłby najpiękniejszym domem w całej okolicy. Jak będę już pracować, kiedyś go kupię i odrestauruję. Jestem pewna, że dawniej jego majestat zapierał dech w piersiach.

– Bardzo prawdopodobne, kochanie – beznamiętnie oznajmiła pani Ojnone, skupiając całą uwagę na drodze prowadzącej do domu. Choć lata młodości miała już dawno za sobą, w wieku siedemdziesięciu sześciu lat wciąż prowadziła aktywny tryb życia, a do tego była niezwykle wesoła i sympatyczna. Swoje długie, gęste siwe włosy często nosiła upięte na modłę grecką, co kłóciło się z jej współczesnym, najczęściej sportowym strojem. Po dłuższej chwili milczenia Cornelia znów zaczęła mówić:

– Cieszę się, że przez te trzy lata będę mogła mieszkać u ciebie. Tutaj zawsze czuję się, jakbym była w domu, jest mi tu lepiej niż z rodzicami w mieście. Wydaje mi się, że ta wykształcona już cząstka mnie była jakoś związana z Dacez- ville. Ciekawe, kto kiedyś tu mieszkał?

– W Dacezville? – upewniła się babcia dziewczyny.

– Nie! W tym opuszczonym dworku. Jak byłam mniejsza, wyobrażałam sobie śliczną dziewczynę w pięknych sukniach, która podczas licznych bali była adorowana przez tłumek przystojnych chłopców – rozmarzyła się Cornelia, wyciągając z samochodu swoje walizki.

– No cóż... Z tego, co wiem, opowieści o tym dworku nie są takie urocze jak te z twojej wyobraźni – odparła kobieta.

– To ty jednak coś o nim wiesz? Dlaczego mi nie powiedziałaś?

– Skarbie, a czy ty kiedykolwiek mnie o to pytałaś?

– Hmm... Nie pamiętam, ale wygląda na to, że chyba jednak nie. W takim razie teraz pytam. Kto tam mieszkał, dlaczego dworek opustoszał i przez tyle lat nikt się nim nie zainteresował? – dopytywała się Cornelia, nie kryjąc podekscytowania.

– Kochanie, nie jestem pewna, czy to, co usłyszysz, spodoba ci się – mruknęła pani Ojnone, ale spostrzegłszy, że wnuczka nie zamierza odpuścić, dopóki nie zdobędzie upragnionych informacji, rozpoczęła opowieść. Przy okazji nastawiła wodę na herbatę, gdyż rozmowa zajęła im całą podróż i czas, w którym bagaże Cornelii powędrowały do jej pokoju. – Ludzie mówią, że dworek kiedyś naprawdę był imponujący. Było to bardzo dawno temu, bo o ile mnie pamięć nie myli, mowa chyba o przełomie XIV i XV wieku. W dworku mieszkała śliczna dziewczyna, nie była ona jednak uważana przez tutejszych za wzór godny do naśladowania. Wiesz, żyła bez ślubu z chłopakiem, miała własne poglądy na każdy temat, nie obawiała się wyrażać krytycznie o mężczyznach, niezależnie od ich statusu społecznego, a w tamtych czasach takie zachowanie u prawdziwej damy było wręcz niedopuszczalne. Dość często narażała się miejscowej ludności, aż pewnego dnia jeden z mieszkańców przyłapał ją, jak pożywiała się krwią jednego z wieśniaków, i...

– Pożywiała się krwią?! – przerwała zaskoczona Cornelia.

– Tak. Wstrzymaj się, kochanie, z komentarzami do końca, bo to już naprawdę niedługo. Tak więc Amelia – albo też Danaida, gdyż tym pierwszym imieniem często przedstawiała się ludności, Danaidą natomiast nazywał ją jej... towarzysz – pożywiała się krwią. Raz została na tym przyłapana. Wiadomość o tym incydencie bardzo szybko rozeszła się wśród mieszkańców wioski. Wieśniacy zaczęli unikać właścicieli dworku, jednak zarówno Amelia, jak i jej towarzysz nie przejmowali się tym. Wręcz przeciwnie. Coraz częściej wybierali się na... hmm... Nazwijmy to polowania. W końcu wieśniacy zbuntowali się. Postanowili unicestwić pijawki. Zebrał się spory tłum. Na jego czele stanęli bogaci mieszkańcy wioski, którym Amelia najbardziej się naraziła. Ruszyli na dworek. Ku zaskoczeniu strony atakującej okazało się, że obrońców domostwa było więcej, gdyż z pomocą Danaidzie przyszły inne, jej podobne, istoty. Bunt zakończył się wygraną mieszkańców dworku, jednak Danaida zginęła podczas walki. Już nigdy potem w wiosce nie widziano jej towarzysza. Gdy ktokolwiek próbował zamieszkać w opuszczonym dworku, zawsze uciekał z niego szybciej, aniżeli się tam wprowadzał. Krążyła legenda, że posesja jest nawiedzona. To dlatego twój dworek popadł w taką ruinę – zakończyła opowieść, po czym spojrzała uważnie na twarz wnuczki. Jej zielone oczy były pełne rozczarowania i ukrytego rozbawienia.

– Babciu... wampiry?! Nawiedzony dworek?! To bajki dobre dla dzieci. Myślałam, że opowiesz mi coś, co naprawdę mogło się wydarzyć – mruknęła Cornelia, nie kryjąc żalu.

– Powiedziałam to, o czym słyszałam. Jak byłam w twoim wieku, uważałam tę historię za coś prawdopodobnego.

– Wampiry?! Dobre sobie! Żyjemy w XXI wieku. Myślenie, że krwiożercze bestie atakujące ludzi są czymś naturalnym, było modne w średniowieczu. Nikt nawet nie pomyślał, że Danaida mogła pochodzić z plemienia kanibali albo – co jest o wiele bardziej prawdopodobne – nie pożywiała się krwią tego wieśniaka, tylko... No cóż, tylko po prostu się z nim zabawiała. W końcu ona miała pieniądze, władzę, wszystko, a tacy ludzie lubią żyć na krawędzi.

– Nie denerwuj się, Cornelio, przecież nikt nie każe ci wierzyć w to, co powiedziałam. Jeżeli możesz, nie wyrażaj publicznie swojej opinii na ten temat, bo o ile młodzi ludzie podchodzą do tej historii tak jak ty, o tyle starsi mieszkańcy Dacezville są absolutnie pewni, że ta opowieść to szczera prawda. Ponadto nie radzę ci mówić, że Danaida mogła lubić się zabawiać. Starsi mieszkańcy są dość zasadniczy i nie uważają za stosowne, by młode dziewczęta wypowiadały się na ten temat. A teraz wybacz, kochanie, ale jest już późno. Idę spać.

– Babciu, mam nadzieję, że nie obraziłam cię swoją reakcją – upewniła się dziewczyna.

– Oczywiście, że nie, tylko mimo iż próbuję o tym zapomnieć, jestem dojrzałą osobą i brakuje mi twojego młodzieńczego wigoru – odparła kobieta, śmiejąc się serdecznie.

– W takim razie dobranoc, babciu. Śpij dobrze. Ja chyba też pójdę dzisiaj wcześniej do łóżka – stwierdziła Cornelia, cmokając babcię w policzek, po czym pobiegła na górę do swojego pokoju, by po godzinie zasnąć.


Rozdział 2
Sprawdźmy, czy tu naprawdę straszy!

Następnego dnia zaraz po przebudzeniu Cornelia wpadła na wspaniały według niej pomysł, by przygotować babci śniadanie. Kiedy kończyła już układanie składników na kanapkach, pani Ojnone zeszła do kuchni. Dziewczyna była tak zajęta, że nawet nie zauważyła babci, która spoglądała na nią z uśmiechem. Dawno nie widziała wnuczki w swoim domu. Gdy Cornelia była u niej ostatnio, ledwie sięgała blatu stołu, a teraz tak bardzo urosła. Z małego, psotnego dziecka wyrosła śliczna dziewczyna o długich blond włosach, akurat spiętych w kucyk. Z jej dużymi ustami kontrastowały małe, ale bardzo wyraziste oczy. Mimo upływu lat Cornelia nie straciła nic ze swojej psotności. Wciąż przypominała kociaka w każdej chwili gotowego do zabawy.

– Ooo... Cześć, babciu. Przyszłaś w samą porę. Zaraz podaję śniadanie – roześmiała się, nie zdając sobie sprawy, że od dłuższej chwili była obserwowana.

– Ranny z ciebie ptaszek. Myślałam, że skoro masz wakacje i jesteś po podróży, to nie wstaniesz przed południem.

– Chciałam ci zrobić niespodziankę. Proszę – postawiła przed starszą panią kubek z herbatą i talerz z kolorowymi kanapkami. – Dobra, to nie jest śniadanie z pięciogwiazdkowego hotelu, ale powinno być smaczne.

– Ja tam lubię kanapki – odparła pani Ojnone, a gdy przełknęła spory kęs jednej z nich, zapytała: – Masz już, kochanie, jakieś plany na dzisiaj?

– Chyba pójdę na długi spacer, żeby pozwiedzać stare kąty. Ciekawe, czy coś się zmieniło. Chyba że ty już coś dla nas zaplanowałaś...?

– Chcę odwiedzić panią Emilię. Wiesz, jak lubię z nią poplotkować. Chcesz iść ze mną?

– Yyy... nie bardzo. Ty z kolei powinnaś wiedzieć, że ja za nią nie przepadam, a poza tym gdy wy jesteście pochłonięte ploteczkami, ja umieram z nudów – odparła Cornelia, która wcześniej na wzmiankę o pani Emilii wykrzywiła twarz w komiczny sposób. Zobaczywszy to, pani Ojnone roześmiała się serdecznie.

Gdy około południa starsza pani udała się w odwiedziny do swej koleżanki, Cornelia wyszła na spacer. Niebo było zasnute chmurami i na dodatek zaczął padać deszcz, ale to wcale jej nie zrażało. Jej głowę zaprzątało wiele innych spraw. Rodzice wyjechali, ona zamieszkała u babci i kolejny raz miała zmienić szkołę. W jej życiu zaszło tyle zmian, a jednak wcale się nimi nie przejmowała. Dacezville naprawdę było dla niej domem. W tych wszystkich miejscach, w których dotychczas mieszkała z rodzicami, zawsze czuła się obco. Nawet w kolejnych szkołach, mimo iż zawierała znajomości, nigdy nie było jej dobrze.

W pewnej chwili dziewczyna stwierdziła zaskoczona, że stoi przed opuszczonym dworkiem.

– Skoro już tu doszłam, to chyba warto sprawdzić, czy mój dworek naprawdę jest nawiedzony przez wampiry, duchy, czy może coś równie absurdalnego – mruknęła z rozbawieniem do samej siebie, po czym przeszła przez dziurę, którą znalazła w ogrodzeniu.

Obeszła domostwo, szukając wejścia. W końcu zatrzymała się przed oknem, którego szyba była w dużej części stłuczona. Wdrapała się na parapet, uważając, by nie skaleczyć się o wystające fragmenty szkła. Po ułamku sekundy z hukiem wpadła do wnętrza ruiny.

– Au!!! O fuj! Jak tu brudno – jęknęła, wstając z podłogi i otrzepując się. Następnie rozejrzała się, by zbadać wnętrze budynku. Dworek od wewnątrz był o wiele bardziej zadbany, nie licząc olbrzymiej dziury w podłodze i zacieków, którym winny był przeciekający dach.

Zdumiona dziewczyna zaczęła przechadzać się po kolejnych pomieszczeniach.

– Mój dom – westchnęła w pewnej chwili, po czym ostrożnie wspięła się po schodach. Na piętrze kontynuowała wędrówkę, a gdy znalazła się w pokoju na samym końcu korytarza, stwierdziła ze zdziwieniem: – Tu powinno stać łóżko, a te strzępy... to chyba pozostałości po obrazie... Przedstawiał on chyba kobietę, tylko kim ona była? Nie mam pojęcia, chociaż... Nie, nie pamiętam.

Zbliżyła się do strzępów materiału i zaczęła uważnie się im przyglądać, jednak nie była w stanie stwierdzić, gdzie widziała obraz, którego pozostałości miała przed sobą.

Na kolejnym piętrze było wejście do maleńkiej wieżyczki.

– Najwidoczniej żaden z właścicieli nie zdążył jej wyremontować – zakpiła, zobaczywszy światło wpadające przez dziury w suficie.

Gdy zbliżyła się do okna, aż westchnęła z zachwytu. Roztaczał się z niego widok na tyły domostwa. Dziewczyna przez dłuższą chwilę zastanawiała się, co mogło doprowadzić do zniszczenia tego pięknego dworku. Nie mogła uwierzyć, że przez tyle lat nikt nie pokochał tego miejsca tak bardzo, by podjąć się odrestaurowania go i przywrócenia do życia.

– Duchy... wampiry... dobre sobie! Ludzka głupota po prostu nie zna granic. Nie przejmuj się, domku, pewnego dnia wrócisz do świetności. Już ja o to zadbam – szeptała, gładząc ceglany parapet.

W tej samej chwili coś na nią spadło. Cornelia wywróciła się.

– Aaa!!! – zaczęła krzyczeć, szamocząc się z tym czymś po podłodze, a gdy uwolniła się z uścisku, okazało się, że jej prześladowcą jest stara, zakurzona, w połowie przeżarta przez mole zasłona. Dostrzegłszy to, dziewczyna wybuchła gromkim śmiechem. – A ja, głupia, byłam już naprawdę w stanie uwierzyć, że w tym domu straszy – westchnęła otrzepując spodnie z kurzu.

Jeszcze chwilę pospacerowała po pokojach, po czym stwierdziła, że najwyższa pora wrócić do domu. Gdy była już przy dziurze w płocie, odwróciła się i szepnęła:

– Na pewno niedługo tu wrócę. Do zobaczenia, dworku.

Ruszyła w drogę powrotną. Deszcz w dalszym ciągu padał, jednak Cornelii to nie przeszkadzało. Była z siebie dumna. Po tylu latach w końcu zdobyła się na obejrzenie obiektu jej marzeń, a co najważniejsze, utwierdziła się w przekonaniu, że duchy i wampiry po prostu nie istnieją.

***

– Dzień dobry, pani Ojnone. Jak tam pani skarb? – staruszkę zaczepił chłopak o śniadej cerze, ciemnych włosach i oczach.

– Witaj, Marco. Wydaje mi się, że jest prawdziwy, chociaż muszę jeszcze zaczerpnąć opinii eksperta. Jednak w tej chwili jestem absolutnie pewna, że to nieoszlifowany diament – odparła z uśmiechem.

– A jeżeli się okaże, że mimo wszystko jest to tylko zwykły kamyk? – zmartwił się chłopak.

– To i tak będzie wspaniałą pamiątką rodzinną. Właśnie ze względu na ten lęk jeszcze nie zaniosłam go do jubilera.

– Mam nadzieję, że okaże się prawdziwy, bo pani tak bardzo cieszyła się z tego znaleziska – odparł.

– Dziękuję, chłopcze. A co tam u twojej mamy?

– Już o wiele lepiej. Lekarz powiedział, że niedługo powinna wyzdrowieć.

– Biedna kobieta. Taka młoda, a już tyle wycierpiała. Dobrze, że ma ciebie. Dobry z ciebie chłopak, Marco.

– Dziękuję pani. Przepraszam, ale muszę już iść. Pan Eskalup nie lubi, gdy się spóźniam – stwierdził.

– Ależ ja ciebie nie zatrzymuję, chłopcze. Do widzenia – odparła staruszka, jednocześnie uśmiechając się ciepło do napotkanego chłopca.

– Do zobaczenia, pani Ojnone – oznajmił Marco i pobiegł w swoją stronę.


Rozdział 3
Cześć! Jestem Marco!

– Jezusie! Cornelio, jak ty wyglądasz?! Co ci się stało?! – krzyknęła pani Ojnone na widok wnuczki, która prezentowała się po prostu okropnie. Brudna, mokra i z rozciętą ręką, w dodatku rozczochrana.

– Nic takiego. Po prostu się wywróciłam – skłamała, nie chcąc zdradzić, że włamała się do opuszczonego dworku.

– Kochanie, jesteś pewna, że wszystko w porządku? Naprawdę nie za dobrze wyglądasz, może powinnyśmy udać się do lekarza – zmartwiła się staruszka.

– Nie, nie. Naprawdę wszystko w porządku. Pójdę się odświeżyć i sama się przekonasz, że nic mi nie jest – odparła wchodząc na piętro.

Po godzinie zeszła do kuchni. Wyglądała już zdecydowanie lepiej. Poza tym była w doskonałym humorze.

– Jak to dobrze, że jednak nic ci nie jest. Martwiłam się – powiedziała pani Ojnone z ulgą.

– Przecież tłumaczyłam, że to nic poważnego – dziewczyna uśmiechnęła się słodko. – A zmieniając temat: jest tu jeszcze ta mała biblioteka publiczna?

– Tak, chociaż o tej godzinie na pewno jest już zamknięta – odparła zdziwiona kobieta.

– Nie szkodzi. Pójdę tam jutro... A teraz może zagramy w karty? – zaproponowała Cornelia.

– Bardzo chętnie. Tylko mam nadzieję, że poprawiłaś się w grze przez ostatni rok, bo gdy byłam u was ostatnio, grałaś po prostu fatalnie.

– Zobaczysz, babciu, że tym razem to ja cię ogram.

– Zawsze to powtarzasz, kochanie, tylko efektów nie widać – roześmiała się pani Ojnone.

– Tym razem na pewno wygram. Jeszcze babcia zobaczy – dziewczyna udała oburzenie i zaczęła tasować karty.

Jej gra przez ten rok rzeczywiście się poprawiła. Tego wieczoru udało jej się trzy razy wygrać.

***

Kolejnego dnia zgodnie z planem Cornelia udała się do biblioteki. Jak zwykle nie spieszyła się, tym bardziej że pogoda była naprawdę śliczna.

Gdy tylko dotarła na miejsce, bez wahania weszła do gmachu i podeszła do biurka bibliotekarza. Ku swemu zdziwieniu ujrzała za nim przystojnego chłopaka mniej więcej w swoim wieku. To jednak nie zbiło jej z tropu. W końcu nie była jedną z tych durnych dziewczyn, które na widok przystojnych kolesi tracą głowę. Poza tym przyszła do biblioteki ze swego rodzaju misją.

– Dzień dobry. Czy aby korzystać z tutejszej czytelni, trzeba mieć kartę czytelnika? – spytała.

– Obawiam się, że tak – odparł chłopak, przyglądając się uważnie dziewczynie, po czym posłał jej czarujący uśmiech.

– W takim razie chciałabym ją wyrobić. Nazywam się Cornelia Ojnone.

– Jesteś może wnuczką starszej pani Ojnone, która tutaj mieszka? – spytał chłopak.

– Tak. A dlaczego pytasz?

– Bardzo lubię twoją babcię. A właśnie, nie przedstawiłem się. Jestem Marco.

– Miło mi. Cornelia – odparła dziewczyna z uśmiechem.

Chłopak uzyskał od niej dane potrzebne do założenia karty. Gdy skończył, zapytał:

– Już. Szukasz czegoś konkretnego czy po prostu nudzisz się w wakacje?

– Raczej to pierwsze, co zresztą wcale nie wyklucza drugiego – roześmiała się. – Interesują mnie wszystkie możliwe informacje o tym opuszczonym dworku.

– O tej ruinie?! Po co ci to?

– Można powiedzieć, że jestem dziwakiem, którym zawładnęła chęć poznania historii tej „ruiny”. Zresztą zawsze interesowały mnie stare domostwa, a ten dworek jest moim ulubionym, więc...

– ...Więc chcesz poznać jego dzieje – dokończył za nią Marco, znów się uśmiechając.

– Właśnie – potwierdziła.

– Tylko to może trochę potrwać, bo raczej nikt nie prosi o tego typu książki.

– Nie szkodzi. Mam czas – oświadczyła wesoło.

***

Pół godziny później usiadła przy stoliku w kącie czytelni. Zawsze tak robiła w bibliotekach w dużych miastach, by zapewnić sobie odrobinę prywatności. W Dacezville było to niepotrzebne, gdyż poza nią w czytelni nie było nikogo, oczywiście, z wyjątkiem Marca.

Dziewczyna trzymała cztery książki.

– Niewiele tego – stwierdził Marco, gdy chwilę wcześniej wręczał jej odnalezione dzieła.

– Lepsze to niż nic – odparła, ruszając w stronę wspomnianego stolika.

Książki, które niosła, były stare, duże, ciężkie, zakurzone, a na dodatek miały pożółkłe stronice, jednak Cornelii to nie przeszkadzało. Od dziecka uwielbiała zapach starych ksiąg, więc z niezwykłą delikatnością zabrała się do przewracania stron pierwszej z nich. Jej tytuł brzmiał: Pierwsze domy w Dacezville. Dziewczyna z ogromnym zaciekawieniem rozpoczęła lekturę.

„Pierwsze wzmianki o Dacezville pojawiły się w 1303 roku. Była to wówczas miejscowość, w której stały zaledwie cztery domy...”.

Cornelia z rezygnacją przewróciła kilka kartek, czytając je tylko pobieżnie, gdyż nie znalazła na nich informacji, których szukała.

„...w 1396 roku miejscowość liczyła już pięciuset mieszkańców. W tym również roku rozpoczęto budowę największego domostwa w Dacezville – dworku d’Lour...”.

Cornelii na wzmiankę o „jej” dworku serce zabiło mocniej. Była pewna, że to musi być TEN dworek, gdyż żaden inny nie zasługiwał na miano największego. Jednak dalsza historia nie przyniosła żadnych dodatkowych informacji na jego temat.

Dziewczyna delikatnie odłożyła książkę i sięgnęła po następną, jednak nie znalazła w niej żadnej wzmianki o dworku d’Lour. Za to kolejne dzieło było cennym źródłem informacji.

„...dwór d’Lour został zbudowany w grudniu 1396 roku przez hrabiego d’Lour. Stanowił prezent ślubny dla jego córki, Marie. Domostwo jednak nie doczekało się swych mieszkańców. W tydzień po ślubie Marie wraz z mężem zmarła na nieznaną ówczesnej medycynie chorobę. Hrabia d’Lour zrozpaczony po stracie jedynego dziecka nie zamierzał zachować dworu. Postanowił go sprzedać. Z końcem 1415 roku posiadłość znalazła kupca. Była nim...”.

– Cornelio, wybacz, że przeszkadzam, ale muszę zamknąć bibliotekę – oznajmił Marco.

– Już? – jęknęła dziewczyna.

– Niestety, tak. Powinienem zamknąć ją o osiemnastej, a już dochodzi dziewiętnasta – odparł.

– W takim razie mogę zabrać te dwie książki do domu?

– Obawiam się, że nie. Pochodzą one z najbardziej wartościowych i najstarszych zbiorów. Musimy o nie dbać.

– No cóż. Rozumiem. W takim razie przyjdę jutro. Możesz je dla mnie zostawić?

– Jasne. Poza tym wątpię, by ktoś o nie pytał. Z tego, co wiem, jesteś jedyną osobą, która się nimi zainteresowała w ciągu ostatnich lat. Pan Eskalup postawił je na najdalszych półkach, takich, na które nikt nie zagląda – odparł Marco z uśmiechem. – Znalazłaś w nich chociaż to, czego szukałaś?

– Mniej więcej. Przerwałeś mi, kiedy zaczęłam czytać najciekawszy fragment – nie kryła niezadowolenia.

– Wybaczysz mi? – zapytał półżartem.

– Chyba nie mam innego wyjścia. Gdybym tego nie zrobiła, mógłbyś mnie tu jutro nie wpuścić i nie dowiedziałabym się niczego więcej – odparła z rozbrajającym uśmiechem i wyszła z biblioteki.

***

– Cornelio, gdzie ty się podziewałaś przez cały dzień?

– Byłam w bibliotece. Podobno znasz pracującego tam Marca.

– Owszem. To bardzo miły chłopak – oznajmiła pani Ojnone.

– W tej kwestii chyba się z tobą zgadzam. Aaa... – dziewczyna ziewnęła przeciągle.

– Zmęczona? – bardziej stwierdziła, niż spytała starsza pani.

– Trochę. Dzisiaj chyba się wcześniej położę. Zresztą jutro też idę do biblioteki. Muszę skończyć czytać książkę.

– Dobrze, kochanie, ale najpierw coś zjedz, bo wydaje mi się, że nie zrobiłaś sobie przerwy na posiłek.

– Rzeczywiście. Byłam tak pochłonięta czytaniem, że zapomniałam o jedzeniu.

– Cała ty, Cornelio. W takim razie nie odmówisz chyba smacznej, ciepłej pizzy.

– Oczywiście, że nie! To jedno z moich ulubionych dań – roześmiała się dziewczyna.

– A czy jest coś, czego nie lubisz? – zakpiła jej babcia.

– No wiesz... – dziewczyna udała oburzenie, a chwilę później dołączyła do babci i obie śmiały się serdecznie.


Rozdział 4
Nie ma to jak nocna wycieczka

– Cześć, Marco! – Cornelia przywitała chłopaka, pojawiwszy się po południu w bibliotece.

– Cześć, Cornelio! Dalej jesteś na mnie zła?

– Co?! Ach tak, to znaczy nie. To były żarty. Mogę prosić o książki? – uśmiechnęła się czarująco.

– Jasne – odparł chłopak, podając jej księgi. Cornelia od razu odłożyła dwie przeczytane poprzedniego dnia.

– Tych już nie potrzebuję – stwierdziła, zabierając dwie pozostałe.

– Poczekaj chwilę. Co cię właściwie interesuje w tym dworku? Wygląd czy historia, bo jeżeli wygląd, to znalazłem stare szkice, ale niestety, bez opisu dziejów.

Oczy dziewczyny zabłysły nagłym blaskiem.

– Będę mogła je zobaczyć? – szepnęła z niedowierzaniem.

– Oczywiście. Potraktuj je jako rewanż za wczoraj – odparł Marco.

– Nie ma sprawy. Dzięki – rzuciła przez ramię, udając się do tego samego stolika, przy którym siedziała poprzedniego dnia.

***

Szkice czy historia? Historia czy szkice? Cornelia nie była w stanie stwierdzić, co bardziej ją interesuje. W końcu jednak zwyciężyły szkice. Było ich sześć. Dwa przedstawiały dworek od zewnątrz, na czterech natomiast widniały różne pomieszczenia znajdujące się wewnątrz. Dzięki owym rysunkom Cornelia utwierdziła się w przekonaniu, że dworek d’Lour kiedyś prezentował się naprawdę wspaniale. Był wielki, pięknie wykończony, a jednocześnie surowy i ponury. Jak wydedukowała Cornelia, hrabia d’Lour musiał być bardzo bogaty, gdyż wnętrze budowli, mimo iż pochodziło ze średniowiecza, było strojne i mocno oświetlone. Zapewne było to zasługą architekta, który odrestaurował domostwo na zlecenie późniejszych właścicieli.

Dziewczyna bardzo dokładnie obejrzała wszystkie prace, a następnie sięgnęła po przerwany utwór. Szybko odnalazła ostatnio czytany fragment i zagłębiła się w lekturze. Tego dnia postanowiła również, że będzie uważać na czas, żeby Marco nie musiał zostawać przez nią po godzinach.

„...z końcem 1415 roku dwór znalazł kupca. Była nim młoda szlachcianka, niepochodząca z Francji. Przedstawiła się jako Amelia Rodrigez. Gdy tylko zamieszkała ona w d’Lour, dwór zaczął nabierać blasku. Kobieta ta bowiem wbrew panującym trendom w urządzaniu domów zaczęła upiększać swoje domostwo przedmiotami pochodzącymi z Egiptu, Chin i całej Europy. Pomimo swej urody i zamożności Amelia stroniła od ludzi zamieszkujących Dacezville. Wkrótce po urządzeniu dworu d’Lour wraz z młodą szlachcianką zamieszkał jej przyjaciel, Pedro Sanchez...”.

Cornelia przerzuciła kilka kartek, gdyż wydarzenia w książce opisane były chronologicznie, a w kolejnych latach nie było mowy o dworku.

„...1435 rok przyniósł nieoczekiwany konflikt pomiędzy mieszkańcami dworu d’Lour a pozostałą ludnością Dacezville. Amelia Rodrigez została uznana za czarownicę. Wkrótce zginęła podczas szturmu na swą posiadłość. Pedro opuścił Dacezville w tym samym tygodniu i nie wiadomo, co się z nim stało. Podczas szturmu ucierpiało także misternie wykonane wnętrze dworu, jednak nawet w późniejszych latach nie znalazł się nikt, kto przywróciłby domostwu pełny blask. Kolejnymi właścicielami nieruchomości byli kolejno: Pierre K. i Jean-Paul L. i Anastasia S. Żadna z wymienionych osób nie mieszkała w posiadłości d’Lour dłużej niż tydzień. Tak szybką wyprowadzkę zawsze argumentowano tak samo: »Dwór jest nawiedzony!«”.

– Bzdura! Duchy i wampiry to bujda – mruknęła dziewczyna do siebie, przewracając kartkę. Co prawda nie znalazła już tekstu, ale jej wzrok przykuł obrazek przedstawiający niezwykle piękną kobietę. Nawet na tak małej kopii było widać, że niewiasta ta musiała być wręcz przepełniona siłą, dumą i odwagą. Cornelia odczytała podpis pod obrazkiem: „Amelia Rodrigez, autor nieznany”. Właśnie to zdjęcie było ostatnią ilustracją w książce. Ostatniej strony Cornelia nie musiała czytać, gdyż opisywano na niej historię Dacezville w późniejszych latach.

– Ech... Szkoda, że to już wszystko – mruknęła, a następnie delikatnie zebrała swoje skarby i podeszła do biurka Marca.

– Już?! – spytał zaskoczony.

– Niestety, tak. Czy macie tu może ksero? Chciałabym odbić te szkice, jeśli tylko istnieje taka możliwość – odparła Cornelia.

– Jak możesz, to przyjdź jutro. Postaram się o skopiowanie ich dla ciebie.

– To fantastycznie! – ucieszyła się. – Bardzo dziękuję za pomoc.

– Taka moja praca – roześmiał się.

– I tak dzięki – rzuciła, po czym wyszła.

***

– Cornelio! Cornelio! – wołała pani Ojnone.

– Tak? Słucham – odpowiedziała dziewczyna, z trudem odrywając się od swoich myśli.

– Kochanie, co tak bardzo zaprząta twoją śliczną główkę, że nawet nie słyszysz, że taka stara zrzęda jak ja zwraca się do ciebie?

– Myślałam o d’Lour. Dzisiaj znowu byłam w bibliotece i znalazłam bardzo ciekawe rzeczy. Poza tym wcale nie jesteś zrzędą.

– Wiem. Chciałam tylko w końcu zwrócić na siebie twoją uwagę. Marco pewnie jest szczęśliwy, że wreszcie ktoś odwiedza bibliotekę, zwłaszcza jego rówieśnica.

– Nie wiem. Nie rozmawiałam z nim jakoś specjalnie, bardziej interesuje mnie mój dworek.

– A powinnaś była. Marco to dobry chłopak, a poza tym zna wiele osób w twoim wieku. Miałabyś z kim spędzać czas, bo dobrze wiem, że moje towarzystwo cię nudzi.

– Przesadzasz, babciu. Kiedy u ciebie jestem, nigdy mi się nie nudzi.

– Bardzo mi miło z tego powodu, ale i tak uważam, że powinnaś znaleźć sobie towarzystwo w twoim wieku.

– Dobrze, dobrze. Jutro się tym zajmę – oznajmiła Cornelia z kamienną twarzą, a chwilę później roześmiała się wesoło.

Resztę dnia oraz wieczór spędziły na plotkach, jedzeniu ciastek i oglądaniu telewizji.

***

Dokładnie o jedenastej w nocy zadzwonił budzik, który Cornelia wcześniej specjalnie nastawiła. Dziewczynie trochę ciężko było wyrwać się z objęć Morfeusza, ale gdy to już nastąpiło, w pośpiechu ubrała się i najciszej, jak potrafiła, wymknęła się z domu. Mimo przytłaczającej ciemności dziewczyna bez najmniejszego problemu dotarła do płotu otaczającego dworek, a następnie bezszelestne prześlizgnęła się przez znajdującą się w nim dziurę, by dostać się na teren posiadłości. Do budynku wkradła się tym samym oknem, co kilka dni wcześniej. Najpierw ostrożnie wrzuciła do środka swoją torbę, a później sama wdrapała się na okno, by zniknąć w ślad za nią. Dworek d’Lour nocą wydawał się jeszcze bardziej ponury. Cornelia otworzyła swoją torbę i po chwili poszukiwań wyciągnęła z niej latarkę.

– Duchy, wampiry i inne poczwary, zacznijcie się bać! Nadchodzę! – roześmiała się, ruszając przed siebie.

Musiała bardzo uważać, by nie zrobić sobie krzywdy podczas tej nocnej eskapady, ponieważ wokół, tak jak za pierwszym razem, pełno było powywracanych mebli i porozrzucanych gałęzi, które w bliżej niewyjaśniony sposób znalazły się w środku. Pomimo ostrożności, z jaką Cornelia się przemieszczała, nieoczekiwanie wpadła w dziurę w podłodze, o której zdążyła już zapomnieć.

– Normalnie super! Jeżeli za każdym razem, gdy tu przychodzę, mam gdzieś wpadać, to chyba wsadzę sobie poduszkę w spodnie – mruknęła, wstając, po czym oświetliła pomieszczenie, w którym się znalazła.

To, co zobaczyła, przyprawiło ją o dreszcze. Na ścianach wyrysowane były czaszki, krzyże i... róża. Również na ścianie tuż obok łańcuchów znajdował się rysunek przedstawiający czarną różę.

– Co to w ogóle ma znaczyć? Kwiaty naprawdę rosną wszędzie – roześmiała się, podchodząc do ściany, by dokładniej ją obejrzeć.

Pod rysunkiem kwiatu znajdował się napis: „Czarna róża – mordercza, zdradziecka roślina”.

„Ech... Ci ludzie byli naprawdę dziwni... Żeby bać się nawet kwiatów...” – pomyślała dziewczyna, po czym odwróciła się na pięcie i omal nie umarła z przerażenia.

Stał przed nią ogromny, czarny, gotowy do skoku wilk z obnażonymi kłami i przerażającymi oczami. Cornelia dopiero po dłuższej chwili zrozumiała, że ta bestia to również malowidło ścienne.

– Jestem niemal tak samo głupia jak ta średniowieczna ludność – wyśmiała samą siebie i zaczęła rozglądać się za ewentualnym wyjściem z pomieszczenia. W końcu znalazła zrujnowane schody, prowadzące do pomieszczeń parterowych. Już na górze spojrzała na ekran telefonu komórkowego i ku swemu zaskoczeniu stwierdziła, że wyświetla godzinę trzecią nad ranem.

– Już tak późno?! – zdziwiła się.

Szybko rozpakowała torbę, zostawiając rzeczy przyniesione specjalnie do wykorzystania w dworku. Następnie pośpiesznie ruszyła w drogę powrotną do domu.


Rozdział 5
Dajcie mi święty spokój!

– Mógłbyś wykazać większe zainteresowanie! – krzyczał Marco do drugiego chłopaka.

– Po co? Nie obchodzi mnie to – odparł nieznajomy, który tak samo jak Marco wyglądał na Włocha.

– Gdyby cię to nie obchodziło, nie brałbyś udziału w tej maskaradzie – odpowiedział zjadliwie.

– Zrobiłem to tylko po to, żebyście dali mi w końcu święty spokój. Mam dość tych prób. Za dużo wiary mnie to kosztowało. Jestem już na to po prostu za stary – westchnął Latynos.

– Ale teraz wszyscy jesteśmy przekonani, że się uda. Istnieje zbyt duża zgodność, by tym razem miało się nie udać, dlatego nawet nie próbuj się wycofać.

– Grozisz mi? – prowokował chłopak.

– A żebyś wiedział. Skoro nie wierzysz ani mnie, ani jej, to wyślij kogoś zaufanego albo po prostu sam sprawdź.

– Nikomu już nie wierzę, a zwłaszcza samemu sobie... – westchnął chłopak, po czym niespodziewanie wyszedł.

– Ale ty głupi jesteś! Naprawdę głupi! – wrzasnął za nim Marco.

***

– Co tak długo dzisiaj spałaś? – zaciekawiła się pani Ojnone, gdy Cornelia w południe zeszła do kuchni.

– Nie mam pojęcia. Widocznie leniuchowanie męczy – roześmiała się dziewczyna.

Babcia nie dała po sobie poznać, czy jej wierzy. Dwie godziny później Cornelia spojrzała na zegar, po czym zerwała się z okrzykiem:

– Lecę do biblioteki! – i wybiegła z domu.

Pół godziny później dotarła na miejsce.

– Cześć, Marco! Masz coś dla mnie? – spytała słodko.

– Cześć. Jasne. Trzymaj. Chociaż już zaczynałem wątpić, że się tu dzisiaj pojawisz.

– No co ty... Za bardzo mi na tym zależy. Dzięki za fatygę! – odparła, po czym nachyliła się lekko i cmoknęła go w policzek.

– Hmm... To było miłe. Słuchaj, wiem, że krótko się znamy, ale ty chyba z nikim tu nie trzymasz. Pomyślałem, że może poszłabyś ze mną na imprezę do kumpla...?

– Jasne, dlaczego nie. A kiedy?

– Dzisiaj o dwudziestej. Wybacz, że nie powiedziałem ci wcześniej, ale sama wiesz, że nie było ku temu sposobności. Naturalnie przyszedłbym po ciebie, a potem odprowadził cię do domu.

– Dobra. Nie ma sprawy. Muszę tylko poinformować babcię. To na którą mam być gotowa?

– Na dwudziestą. Rzadko się zdarza, żeby wszyscy byli punktualni, więc jak przyjdziemy, i tak pewnie będzie jeszcze drętwo.

– OK, to do zobaczenia wieczorem – rzuciła, wychodząc z biblioteki.

***

– Babciu, dzisiaj wieczorem wychodzę – oznajmiła Cornelia przy obiedzie.

– O... To bardzo dobrze. A gdzie idziesz? – zainteresowała się pani Ojnone.

– Marco zaprosił mnie na jakąś imprezę.

– Aha. To dobrze, nawet bardzo dobrze. O której wychodzisz?

– O dwudziestej.

– A wracasz?

– Nie wiem, a mam być o jakiejś konkretnej godzinie?

– Myślę, że sama dobrze wiesz, o której będziesz chciała wrócić – stwierdziła babcia dziewczyny.

– Dziękuję, babciu! Kochana jesteś! – ucieszyła się dziewczyna.

– Dlatego, że dostałaś nieograniczony czas? – roześmiała się.

– Ogólnie – odparła Cornelia z promiennym uśmiechem.


Rozdział 6
Impreza!

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.