Tajemnica chemika - Agnieszka Figurska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 116 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnica chemika - Agnieszka Figurska

Ciepła, malownicza, owocująca w niespodziewane zwroty akcji podroż, która na zawsze zmieniła życie dwójki bohaterów. Wyzwoliła głęboką, obopólną przyjaźń, w obliczu przeżyć, gdy szerzej należy otworzyć oczy i umysł na to, co niezwykłe, nieracjonalne, aczkolwiek prawdziwe, gdy jedno jest pewne - czas to jedna wielka niewiadoma, względna, która pomaga zrozumieć naturę ludzką. Fakt, że życiem rządzi przypadek, a dejavu to dowód na istnienie pomyłek i prób ich naprawienia...

Opinie o ebooku Tajemnica chemika - Agnieszka Figurska

Fragment ebooka Tajemnica chemika - Agnieszka Figurska






Strona redakcyjna


Rozdział 1.
Dziwny gość

Było późne czerwcowe popołudnie. Co jakiś czas przejechał samochód lub przemknął zabłąkany turysta. Siedziałem na tarasie i czytałem gazetę z poprzedniego dnia.

Nudziłem się przy tym jak mops. Czasem tylko świergot ptaków wyrywał mnie z nudów oczekiwania. Patrzyłem, jak słońce zbliża się ku zachodowi i lśniącym blaskiem załamuje się nad szyldem mojej firmy. Byłem cholernie wściekły, że znów przez cały dzień nie zarobiłem nawet grosza.

Szkoda gadać!

Ale cóż się dziwić? To już trzeci dzień z rzędu, kiedy siedząc przed budynkiem, wypatrywałem klienta, który nie nadchodził. Pamiętam, jak we wtorek przewoziłem na wyspę panią Czyżyńską.

„Poczciwa staruszka” – pomyślałem i głębiej zapadłem się w fotel.

Sądziłem, że praca przewoźnika pozwoli mi dorobić do skromnej marynarskiej emerytury. Nadzieje jednak okazały się płonne. Szybko zauważyłem, że ten skromny interes opłaca się tylko w sezonie. Wspominałem zamorskie wyprawy i piękne kobiety, które z radością dotrzymywały towarzystwa przystojnemu kapitanowi. Kiedyś uważałem, że marynarz nie powinien się żenić i mieć dzieci, a teraz tego żałowałem. Brakowało mi kogoś ­bliskiego, kogoś, z kim mógłbym porozmawiać, podzielić się chwilami szczęścia i rozpaczy.

Do tego stopnia zanurzyłem się w rozmyślaniach, że nie zauważyłem stojącego przede mną młodego człowieka. Chłopak był ubrany w jasnokremowy garnitur, całkiem nieźle pasujący do jego jasnej cery i lekko opadających mu na czoło złotawych kosmyków. Mógł mieć dwadzieścia pięć, góra trzydzieści lat. Budowa ciała młodzieńca wskazywała raczej na siedzący tryb życia, nie przypuszczam, by człowiek ten miał cokolwiek wspólnego ze sportem. Wstałem lekko z bujanego fotela, wprowadziłem chłopaka do środka, po czym uprzejmie wskazałem mu krzesło.

– Słucham, czym mogę panu służyć? – rzekłem, częstując go papierosem. Dopiero teraz spostrzegłem, że młodzieniec ten jest czymś niezmiernie podniecony. Widziałem, jak zapał tli się w jego jasnych oczach, tak mocno, że przez moment zastanawiałem się, jak to możliwe, że jeszcze nie doszło do pożaru. Chłopak zaciągnął się raz i drugi, po czym zaczął mówić:

– Zawiezie mnie pan na wyspę Harklitta. Dobrze zapłacę.

– Co? – odpowiedziałem zaskoczony. – Nikt nawet o niej nie wspominał. Każdy wie, że oprócz gęstych lasów i bystrych strumieni niczego tam nie ma, nawet pustelnika lub kogoś w tym rodzaju. A poza tym to szmat drogi stąd.

– Wiem – odpowiedział przybysz i odgarnął włosy opadające mu na czoło.

– Przepraszam, że się wtrącam – wykrztusiłem – ale czy zna pan legendę Harklitta?

– Tak! Znam!

Nagle wstał, odwrócił się na pięcie i podchodząc do okna, przedstawił się jako Alfred Kortański, archeolog. Po chwili dodał:

– Często chodzę do biblioteki, licząc, że natknę się na coś interesującego pod względem historycznym. Przeglądam różne księgi, pamiętniki i stare gazety. Chyba zawsze chciałem odkryć nieznaną kulturę – wymówił te słowa z wielką powagą i delikatnie pogładził się po brodzie. – W zeszły czwartek jak zwykle przeglądałem prasę i starodruki. Ciągle natrafiałem na artykuł typu „Popełniono morderstwo”, nekrologi, afery polityczne, plotki itp. Już miałem dać sobie z tym wszystkim spokój, gdy nagle, zapewne pod wpływem tak wielu wzmianek o tym skandalu, postanowiłem przeczytać informację o dwójce młodych ludzi, których miłość zbulwersowała ówczesną opinię publiczną.

Chłopak wymówił te słowa z widocznym rozbawieniem. Wciągnął w płuca powietrze zmieszane z trującymi oparami fajek i zaczął opowiadać rewelacje wyczytane w plotkarskich rubryczkach.

– Przyznaję, że bardzo zainteresowało mnie zniknięcie tego kochanka, jak również jego choroba psychiczna... Mmm! Wie pan, wydaje mi się to dziwne... No bo dlaczego inteligentny, wykształcony człowiek nagle zaczyna mówić o dziwnych bogach i obcej kulturze? Przyzna pan, że to trochę dziwne.

– Tak – wybełkotałem, nieświadomie marszcząc czoło, jednak odpowiedziałem w skupieniu: -Wie pan, dziś już nie zdążymy, słońce zaczyna zachodzić.

Na dźwięk tych słów młodzian naprężył mięśnie twarzy i spojrzał na mnie wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu. Zobaczywszy jego minę, po głębszym namyśle zgodziłem się popłynąć z nim następnego dnia o świcie. Chłopak trochę się uspokoił i bacznie mi się przypatrując, wstał, po czym powtórzył:

– Zatem o świcie – i pożegnawszy się, wyszedł.

Zostałem sam w swym dusznym biurze, zatopionym w czerwonożółtej poświacie gorejącego słońca. Nagle zrobiło się tak dziwnie cicho, że przez otwarte okno nie wpadały nawet odgłosy ulicy. Zaparzyłem sobie herbaty. Popijając gorący napar, rozmyślałem o dziwnym gościu, czekającej mnie pracy – no i o Harklitcie...


Rozdział 2.
Legenda Harklitta

Wydarzenia składające się na legendę biednego Harklitta miały miejsce w latach dwudziestych ubiegłego stulecia. Dziś jeszcze pamiętam, jak z nieukrywanym strachem i zdumieniem opowiadali mi ją starzy mieszkańcy mej wioski, gdy tylko do niej przyjechałem dziesięć lat temu.

Historia ta rozpoczęła się w posiadłości ziemskiej gdzieś na wschodzie kraju. Młody, dwudziestosześcioletni panicz – Mateusz Harklitt – był najlepszą partią w okolicy. Przystojny niebieskooki szatyn w nienagannie skrojonym garniturze budził wielkie zainteresowanie płci pięknej. Na dodatek był on człowiekiem wykształconym; ukończył wydział inżynierii chemicznej na Politechnice Lwowskiej. Nie dziwi zatem, że wróciwszy do majątku po długim pobycie w Chicago, gdzie praktykował u znanego wynalazcy, chciał się ożenić i ustatkować. Dość szybko na jednej z licznych kolacji poznał pannę Izabelę Krajewską, filigranową blondynkę o piwnych oczach. Ich rodziny z radością zaaprobowały ten związek. Zresztą ojciec Izabeli szalał ze szczęścia, że trafił mu się za zięcia tak bogaty i wykształcony człowiek. Tak więc po dwóch miesiącach znajomości Mateusz zaręczył się z Izabelą i zaczął snuć plany na przyszłość. W międzyczasie w jego rodzinnej posiadłości pojawiła się panna ­Marta ­Chojecka. Była to dziewiętnastoletnia niewysoka brunetka o zielonych oczach i krągłych kształtach. Od razu można było zauważyć, że panicz robi na niej ogromne wrażenie – krzątając się obok niego, bardzo się czerwieniła i spuszczała głowę. Po niedługim czasie nawet niewprawne oko mogło dostrzec, że i Mateusz łapczywie wodzi za nią oczyma. Zrazu nieśmiało, potem zaś coraz odważniej zaczęli się spotykać w niedalekim lasku. Z dnia na dzień ich uczucie stawało się silniejsze, wieczory pełne były miłosnych wyznań i zaklęć. Pamiętali jednak o dzielącej ich granicy. Nigdy więc głuchym półsłówkiem nie wspomnieli o ślubie.

Zajęci sobą, nawet nie zauważyli, jak znaleźli się w kościele. Ona, jak zawsze milcząca, siedziała z resztą służby i patrzyła na ślub dziedzica. On zaś bezradnie stał z narzeczoną przed ołtarzem i błądził po ścianach nieprzytomnym wzrokiem. Był tak zamyślony, że nawet nie usłyszał, jak ksiądz zadaje mu pytanie, czy chce wziąć Izę za żonę, wobec czego dobroduszny proboszcz spytał powtórnie. A on nic, stoi i patrzy – na Izę, Martę i księdza. I nagle krzyczy z całych sił: „Nie! Ślubu nie będzie!”. Zapanowała nieopisana wprost cisza. Wszyscy zastygli w bezruchu, panna młoda i niektóre panie zemdlały, a ksiądz wlepił oczy w młodzieńca i powoli spytał: „Czemu?”. Mateusz nic nie odpowiedział, tylko podszedł do Marty, ukląkł przed nią i wyznał jej miłość. Dziewczyna oniemiała, dało się słyszeć lament gości i ciche głosy oburzenia wśród zebranej czeladzi. Wtem młodzian wstał, przerzucił kochankę przez ramię i opuścił świątynię. Doskonale wiedział, że złamał kodeks honorowy i nie ma czego szukać w najbliższej okolicy. Postanowił więc nie czekać, aż wszyscy wrócą do domostwa. Zabrał swe rzeczy i oszczędności, po czym na zawsze opuścił dom rodzinny.

***

Dziś jeszcze pamiętam, jak stara Karolowa chlipała, opowiadając mi tę historię. Ale niech pomyślę, co było dalej... A! Już wiem! Zakochani udali się konno na drugi koniec kraju, gdzie w wiejskim kościółku ksiądz udzielił im ślubu. Skandal, jaki wywołali, rozszedł się głośnym echem po całym kraju, rozpisywały się o nim wszystkie kroniki towarzyskie. Nie dziwi więc, że skoro małżonek dowiedział się o możliwości kupna niewielkiej wysepki – oddalonej szmat drogi od nieżyczliwych ludzi – nie zastanawiał się zbyt długo. Pomyślał, że tam spokojnie zajmie się swoją pracą wynalazczą, a żonie oszczędzi uszczypliwości, na jakie była narażona. Nie marnując więc czasu, dokonał transakcji i sprowadził do swej własności robotników. Ci wybudowali mu skromny, lecz przestronny dom. Potem przez dwa lata nic się nie działo, wiadomo tylko tyle, że żona Mateusza prowadziła dom i zajmowała się ogrodem, który wspólnie założyli. On zaś cały czas tkwił w pracowni, gdzie mozolnie nad czymś pracował. Baby mówiły, że urodził im się syn. Podobno chłopiec chował się dobrze i nie było z nim żadnych kłopotów, dopóki w siódmym miesiącu życia nie zachorował nagle na dziwną, nieznaną nikomu chorobę, w efekcie której zmarł. Jego matka długo nie mogła dojść do siebie po stracie dziecka. W końcu oszalała i po jakimś czasie popełniła samobójstwo, rzucając się z urwiska do wody. „Śmierć dziecka to rzeczywiście cios” – pomyślałem.

Ludzie mówili, że po tym zdarzeniu Harklitt kompletnie się załamał. Podobno spalił dom i zniknął bez wieści. W pogorzelisku nie znaleziono żadnego ciała i do dziś nie wiadomo, co właściwie stało się z Mateuszem. Ha, ha ha... Przypominam sobie teraz, jak stary piekarz opowiadał mi kiedyś, że kilka razy w roku można zobaczyć dom Harklitta stojący wśród listowia. Podobno widać światło świec i postacie rozmawiające przy blasku kominka. Doprawdy, co ci ludzie potrafią wymyślić...

Wspomniawszy tę historię, wstałem z krzesła i poszedłem do łóżka, by się położyć. Przeszło mi przez myśl, że ten młody archeolog musi być nienormalny, no bo tylko wariat może wierzyć w takie bzdury. Obca kultura i Mateusz... Niemożliwe!


Rozdział 3.
Witaj, przygodo

Tej nocy nie spałem dobrze. Co chwilę się budziłem, po czym patrzyłem na zegarek i bezskutecznie próbowałem zasnąć (widać byłem bardzo zaaferowany wyprawą...). Przyznam więc, że kiedy przez okno wpadły pierwsze promienie słońca, ucieszyłem się, że wreszcie nadszedł tak oczekiwany ranek. Szybko zerwałem się z łóżka, wygodnie ubrałem i zszedłem do kuchni, gdzie zjadłem smaczne śniadanie i naszykowałem sobie prowiant na drogę.

Nie zdążyłem wypić porannej kawy, gdy rozległ się natarczywy dźwięk dzwonka. „Oho!” – pomyślałem – „już jest”. Żwawym krokiem poszedłem w kierunku drzwi. Mój wczorajszy gość wywarł na mnie niezwykłe wrażenie, gdy od progu krzycząc „Dzień dobry!”, wparował do mej kuchni i zapytał, czy jestem gotów. Byłem zdumiony, widząc tego jegomościa w wygodnym sportowym stroju i kapeluszu na głowie. Ekwipunek, jaki miał ze sobą, przyprawił mnie o zawrót głowy: namiot, mapy, dziwne przyrządy – no i zapas jedzenia oraz odzienia uprzytomniły mi, że to nie choroba psychiczna, jak mi się wczoraj wydawało, lecz młodzieńczy zapał obudził w tym chłopcu chęć odkrycia starej tajemnicy. „Ech!” – westchnąłem tylko cicho, wypiłem kawę i wyszedłem z nim. Do licha! Ile było roboty z jego bagażem! Przez dobrą godzinę załadowywałem go z mozołem.

– Pomogę panu, żeby było szybciej – zaproponował archeolog.

– Dziękuję, w takim razie proszę podawać mi bagaże.

Gotowe. Wreszcie mogłem trochę odsapnąć. Gdy wyruszaliśmy w drogę, słońce stało już wysoko na niebie. Jeszcze raz spojrzałem na swą starą przystań i okna domu... Gdybym tylko mógł wtedy to wszystko przewidzieć...

Pogoda była wyjątkowo sprzyjająca. Co prawda słońce trochę za bardzo prażyło, jednakże bezchmurne niebo i spokojna tafla jeziora z nawiązką wynagradzały nam tę niewygodę. Można więc było z rozkoszą delektować się tą letnią podróżą i pięknem otaczającej nas przyrody. Płynąłem, lekko trzymając ster. Można nawet powiedzieć, że snułem się po nieruchomej płycie wody i podziwiałem mijające nas kormorany. Maleńkie fale kłaniały się przed nami, a szmaragdowa toń obejmowała naszą małą łupinę swym zwiewnym, przezroczystym woalem, aksamitnie przesuwając ją po powierzchni.

Po dwóch godzinach odczułem głód i pragnienie. Sięgnąłem więc po kanapkę z szynką i napiłem się coli. Doprawdy, byłem zaskoczony zachowaniem swego pasażera, który niestrudzenie od samego początku podróży (w tak niebotycznym upale) czytał coś, nie odzywając się do mnie ani jednym słowem. Czasami tylko wypił coś i zjadł chipsa. „Dziwny człowiek, doprawdy, dziwny” – pomyślałem. W tym momencie chłopak krzyknął:

– Daleko jeszcze?

– Ależ nie – zawołałem. – Za godzinę powinniśmy być na miejscu.

Mimowolnie spojrzałem na zegarek.

Po jakimś czasie ochłodziło się. Na moich rękach pojawiła się gęsia skórka.

– Nie wiem, jak pan, ale ja zakładam kurtkę. Zerwał się strasznie zimny wiatr – zauważył Alfred.

Po paru minutach był już ciepło odziany. Ja zaś włożyłem na siebie swój stary brązowy sweter, z którym wiązało się tyle tkliwych wspomnień. Niestety, młodzieniec nadal milczał. I widać było, że nie ma ochoty na jakąkolwiek pogawędkę.

Byliśmy na miejscu, gdy księżyc zaczynał wyłaniać się zza drzew...

***

Na mojej twarzy malowało się zmieszanie. Oczy zdradzały zaniepokojenie i niezdecydowanie. Zastanawiałem się, co powinienem zrobić. Ze złości przygryzałem wargi. W końcu drapiąc się po głowie, łamliwym głosem wykrztusiłem:

– Niech to szlag. Cholera by to wzięła. Dziś nie mam już szans na powrót i muszę przenocować na wyspie.

Po chwili z iskierkami buntu w oczach dodałem:

– Gdybym wiedział, że to zajmie aż tyle czasu, to za żadne skarby nie zgodziłbym się na tę podróż. Rozumie pan? Za nic!

Ze złości ścisnąłem dłonie w pieści. Przez chwilę wyglądałem jak bokser, który mimo pewności, że przegra walkę, jest gotów odeprzeć następny cios. Na usta cisnęła mi się biała smuga wściekłej piany. Mój towarzysz odpowiedział:

– Proszę się nie denerwować. Przewidziałem tę sytuację i zabrałem ze sobą dodatkowy śpiwór – wskazał na jeden z tobołków. – Widzi pan?

W tamtej chwili byłem mu bardzo wdzięczny. W końcu lepiej spać w śpiworze niż na gołej ziemi. Rozejrzałem się dokoła, po czym uznałem, że drzewa i krzewy dość gęsto porastają to miejsce. Nie wyglądały one jednak aż tak strasznie, jak przekonywali mnie o tym mieszkańcy mej wioski. A już na pewno nie było to siedlisko szatana, o czym zapewniała mnie sklepowa.

– Musimy wsunąć łódź na brzeg i porządnie ją przymocować – powiedziałem, podpierając się łokciami. Kumpel spojrzał na mnie.

– A, jasne – odrzekł, jakby dopiero teraz zrozumiał, co do niego mówię.

Podwinęliśmy rękawy i mocno pchając łódź, zdołaliśmy w końcu wsunąć ją na brzeg.

– Niech pan dobrze przywiąże ją do drzewa – krzyknął chłopak. – Nie znam się na robieniu mocnych węzłów.

– Już to zrobiłem.

– Wobec tego idziemy! Musimy znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg – oznajmił mój towarzysz stanowczym głosem.

Rozejrzałem się wokół siebie. Rzuciłem tęskne spojrzenie na wodę. Wreszcie wziąłem część rzeczy.

– W którą stronę chcesz nas poprowadzić? – spytałem.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.