Tajemnica Abigel - Magda Szabó - ebook
Wydawca: Wydawnictwo Bona Sp. z o.o. Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 502 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnica Abigel - Magda Szabó

Lata 40., Węgry. Nastoletnia Gina pomimo trwającej wojny korzysta z uroków życia: uczy się, spędza czas z przyjaciółkami, flirtuje. Wszystko zmienia się, gdy jej ojciec - wysoko postawiony wojskowy - bez słowa wyjaśnienia wysyła córkę na odciętą od świata, surową kalwińską pensję. Początkowo zbuntowana - przeciw ojcu, przeciw nowym koleżankom, z którymi nie potrafi się porozumieć, przeciwko wojennej rzeczywistości, która zabiera jej beztroską młodość - Gina musi błyskawicznie dorosnąć, gdy poznaje sekret swojego uwięzienia. Na szczęście nie jest sama: czuwa nad nią tajemniczy przyjaciel, podpisujący się imieniem Abigél...

Tajemnica Abigél to pasjonująca opowieść o przyjaźni i dorastaniu, która przyniosła autorce zasłużoną międzynarodową sławę. Doczekała się także kultowej serialowej adaptacji, bardzo popularnej również wśród polskich widzów.

Opinie o ebooku Tajemnica Abigel - Magda Szabó

Fragment ebooka Tajemnica Abigel - Magda Szabó








Tytuł oryginału węgierskiego: Abigél

Copyright © 1970, Magda Szabó

This edition is published by arrangement with the Estate of Magda Szabó

Copyright © for the Polish translation by Alicja Mazurkiewicz

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Bona, Kraków 2012

Redakcja: Dorota Trzcinka

Kolacjonowanie i korekta: Małgorzata Poździk, Alicja Listwan / D2D.pl

Projekt typograficzny i redakcja techniczna: Robert Oleś / D2D.pl

Wydanie I w tej edycji

ISBN 978-83-62836-38-3

Wydawnictwo Bona sp. z o.o.

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków, tel. 12 430 22 90

biuro@wydawnictwobona.pl

www.wydawnictwobona.pl

księgarnia internetowa: www.bonamedia.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.


Spis treści

  • 1 Gina jedzie na pensję
  • 2 Pensja biskupa Matuli
  • 3 Pierwsze znajomości
  • 4 Legenda o Abigél
  • 5 Terrarium i zdrada
  • 6 Wyklęta
  • 7 Gina szykuje się do ucieczki
  • 8 U Mici Horn. Ucieczka
  • 9 Porażka. Generał
  • 10 W cukierni pana Hajdy
  • 11 Posąg przemówił
  • 12 Alarm lotniczy
  • 13 Wycieczka
  • 14 Groteskowy portret
  • 15 U Königa. Abigél znów daje znak
  • 16 Stłuczone akwarium. Pożegnanie z generałem
  • 17 Nabożeństwo w dniu świętego Mikołaja
  • 18 Dokumenty
  • 19 Boże Narodzenie
  • 20 Nocne spotkanie
  • 21 Bohater z Árkodu
  • 22 Feri Kuncz na pensji
  • 23 Dzień imienin Gedeona
  • 24 Abigél
  • Przypisy

1
Gina jedzie na pensję

Nagła zmiana, jaka nastąpiła w jej życiu, pozbawiła ją tylu rzeczy i dokonała takiego przewrotu, jakby na dom, w którym mieszkała, spadła bomba.

Jako pierwsza zniknęła z jej otoczenia Marchelle, którą, od chwili kiedy do nich przybyła, nazywała panną Marchelle, ale o której nigdy nie myślała jako o Francuzce, swojej wychowawczyni, mieszkającej przez dwanaście lat w sąsiednim pokoju.

Marchelle była kimś więcej niż płatną guwernantką, jej obecność pozwoliła Ginie zapomnieć, że właściwie jest to osoba obca i w rzeczywistości nie może zastąpić matki, którą dziewczyna straciła, mając dwa lata. Marchelle zawsze potrafiła zrozumieć nawet to, czego sama Gina nie umiała dość jasno wypowiedzieć, co wyrażała wzrokiem lub o czym ledwo bąknęła. Były momenty, kiedy Gina uważała ją prawie za tak bliską sobie istotę jak ojca. Jeśli czasami ogarniała Marchelle tęsknota za ojczyzną albo Gina się przed nią na coś skarżyła, guwernantka zwykła wówczas mówić, że dziewczynka powinna się tylko cieszyć, ponieważ ma ojca, który kocha ją nade wszystko, ona zaś dawno już straciła rodziców i musi utrzymywać się z tego, czego kiedyś się od nich nauczyła, z ojczystego języka. I dodawała jeszcze, że skoro już tak musi być, to szczęśliwie się złożyło, że znalazła taki dom jak dom Giny, i chociaż nie wyszła za mąż, to czuje się u państwa Vitaych tak, jakby miała rodzinę, a przynajmniej dziecko. Marchelle była osobą, za którą człowiek tęsknił jak za własnymi rodzicami, gdy był daleko od domu, i Gina czuła, że wychowawczyni nie dlatego jest dla niej taka dobra, że płacą jej za to, ale dlatego, że ją kocha.

A teraz już nie ma Marchelle, wróciła do Francji. Ojciec powiedział, że nie mogła zostać u nich dłużej, i niewątpliwie miał rację. Generał nie odesłałby jej, gdyby nie był do tego zmuszony, któż bowiem lepiej niż on wiedział, jakie uczucie niszczy, rozdzielając je. Teraz jest wojna – wyjaśniał generał – narody Marchelle i Giny walczą po przeciwnych stronach, więc zupełnie zrozumiałe, że nie może w ich domu mieszkać Francuzka. Jeśli kiedyś znów nastanie pokój, Marchelle wróci do nich i wszystko będzie tak jak przedtem. Marchelle zresztą nie zabrała wszystkich swoich rzeczy, tylko złożyła je do skrzynek i kazała znieść do piwnicy.

Ale przecież ciotka Giny – Mimó – jest Węgierką, nie Francuzką, i jeśli już Marchelle musi wyjechać, to dlaczego opieki nad nią nie może przejąć ciotka, tylko wysyłają Ginę na pensję z internatem? Kiedy prosiła ojca, żeby pozwolił jej zamieszkać z ciotką, skoro już uważa, że musi mieć ona nad sobą stałą kontrolę, generał tylko pokręcił głową.

Gdyby jednak Gina nie musiała chwytać się każdej możliwości, aby tylko zostać w domu, to sama by przyznała, że ciotka Mimó nie może być następczynią Marchelle, bo po prostu nie nadaje się do tej roli. Gina kochała ciotkę, ale często bawiła się jej kosztem i wiedziała, że mimo swoich czternastu lat jest chyba od niej dojrzalsza, choć ciotka była wdową i przekroczyła już czterdziestkę. Teraz, kiedy okazało się, że i z nią musi się rozstać, że i ją utraci, ten fakt w jakimś nowym świetle ukazał jej postać ciotki, przydał jej znaczenia. Zapomniała nagle o tym, jak bawiły ją starania ciotki, aby zachować przemijającą młodość, jej ambicje, by w każdym towarzystwie tylko nią się zajmowano, i nadzieja, z jaką oczekiwała cudu po nowych kosmetykach i innych modnych artykułach. Gina zapomniała także o tym, jak szybko razem z Marchelle odkryły, że owe sławne herbatki – ciotka Mimó w każdy czwartek urządzała popołudniowe spotkania towarzyskie połączone z tańcami – nie były w zasadzie zorganizowane po to, żeby, jak twierdziła ciotka, dać jej małej bratanicy okazję do przebywania w towarzystwie, nabrania ogłady i nauczenia się tańca, tylko dlatego że sama ciotka Mimó pragnęła się bawić, tańczyć, prezentować swoje nowe stroje, często zmieniające się fryzury i być może nawet wyjść za mąż.

Gośćmi na czwartkowych herbatkach byli bowiem przeważnie panowie, z których każdy mógłby być ojcem, a nawet dziadkiem Giny, młodych kawalerów można było policzyć na palcach. I jeśli nawet Marchelle miała rację, gdy mówiła, że młoda dziewczyna nie na wieczorkach i tańcach nabywa podstawowych umiejętności potrzebnych jej w wieku dojrzałym, to jednak pod pewnym względem się myliła. Niewątpliwie potrzebne są w życiu godność i zdyscyplinowanie, umiejętność odróżnienia prawdziwego nieszczęścia od głupstwa, szczególnie zaś w czasie wojny, gdy na całym świecie giną dziesiątki tysięcy ludzi. Ale właśnie na słynnych herbatkach u cioci Mimó Gina poznała Feriego Kuncza. Młody porucznik, prawie naruszając granice dobrego wychowania, nie widział nikogo poza nią i Gina, trochę niespodziewanie i trochę może przedwcześnie, nieco tym wystraszona, a jednocześnie szczęśliwa, odkryła, że jest zakochana w Ferim Kunczu i w przyszłości chciałaby zostać jego żoną.

Marchelle jednak nie patrzyła przychylnym wzrokiem na tę historię z Ferim (to była zresztą jedyna sprawa, o której Gina nigdy nie śmiała wspomnieć ojcu). Natomiast ciotka okazała się bardziej wyrozumiała, kiedy zauważyła, co się kluje między bratanicą a porucznikiem. Ciocia Mimó w rozmowie z Giną powiedziała, że nie ma nic piękniejszego i bardziej niewinnego od pierwszej miłości, której wspomnienie nawet wtedy pozostanie świeże i wzruszające, jeśli nie uwieńczy jej małżeństwo. Ona sama zaś chętnie będzie aniołem stróżem tego czystego, szlachetnego uczucia. I była. Marchelle nie lubiła Feriego i niechętnie patrzyła na rodzącą się między młodymi sympatię. Niedługo przed tym, jak generał oznajmił jej, że musi wrócić do Francji, zagroziła Ginie, że powie jej ojcu o stałych czwartkowych spotkaniach z porucznikiem, o ich rozmowach szeptem. Generał bowiem często podkreślał, że życzy sobie, aby właśnie ona, Marchelle, a nie jego niepoważna młodsza siostra zwracała uwagę na to, by do dziewczynki nie zbliżał się nikt z oficerów, bo tylko tego by brakowało, żeby któryś zaczął ją adorować. W końcu jednak nic mu nie powiedziała, ponieważ całkiem zaabsorbowały ją przygotowania do podróży i rozstanie z rodziną Vitaych. Spokojnie zresztą mogłaby o tym donieść ojcu, bo przecież teraz Gina i tak rozstanie się z porucznikiem. Jeśli nie zostanie w Peszcie, to w jaki sposób będzie mogła utrzymać kontakt z Ferim Kunczem?

Nie ma już Marchelle, jutro nie będzie ciotki Mimó, Feriego i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknie też Atala Sokoray. I to również niełatwo jest przyjąć do wiadomości. W szkole imienia Atali Sokoray znała każdy kąt, każdy kamień. Była to słynna, stara stołeczna pensja o doskonale dobranym zespole pedagogicznym. Kiedy na przykład ciotka Mimó prosiła o zwolnienie Giny na organizowany w domu bal czy mikołajki, przełożona zawsze ją zwalniała i oczywiście wolno było Ginie chodzić systematycznie do teatru i opery. Czasami zjawiał się na spektaklach generał, siadał wówczas w tyle loży, za Giną, Marchelle i ciotką Mimó. Już sama ta chwila, kiedy otwierały się drzwi i chłodny powiew powietrza muskał szyję i plecy Giny, a potem, gdy ojciec siadał za nimi, skrzypiał wyściełany czerwonym pluszem fotel, bardziej ją uszczęśliwiała niż oglądana sztuka lub opera. Odwracając się, napotykała uśmiechnięte szare oczy ojca patrzące na nią spod brwi o tak podobnym do jej brwi zarysie. Również włosy mieli podobne, były tak samo miękkie, z tą tylko różnicą, że ojciec miał włosy szpakowate, a Gina ciemnoblond; wykrój ust, rysy twarzy, kształt zębów także były identyczne. Ojciec i córka – chociaż w ciągu czternastoletniego życia Giny żadne z nich tego głośno nie wypowiedziało – kochali się ogromnie i właściwie tylko wtedy czuli się szczęśliwi, kiedy mogli być razem. Dlatego też zupełnym absurdem wydawała się decyzja, że po wyjeździe Marchelle Gina pojedzie na pensję do prowincjonalnego miasta i tam będzie kontynuować naukę, oraz to, że ojciec, który w normalnych warunkach spełniał wszystkie prośby córki, w tym wypadku pozostał głuchy na wszelkie jej błagania, a nawet sam zadecydował o jej losie, nie rozmawiając z nią wcześniej na ten temat, i jedynie zakomunikował jej swoją decyzję.

Gdyby jej chociaż to wszystko wyjaśnił, gdyby powiedział cokolwiek, co mogłaby zrozumieć i zaaprobować, wówczas może lżej by zniosła zerwanie z otoczeniem, do którego przywykła. Ojciec jednak nie bawił się w wyjaśnienia. Oznajmił tylko, że najwyższy już czas, by Gina przywykła do większej dyscypliny, niż może jej to wpoić wychowawczyni w domu, a poza tym powietrze na prowincji jest zdrowsze i on, który tak mało może poświęcić jej czasu, będzie spokojniejszy, gdy wybitni profesorowie zajmą się jej wychowaniem. Dlatego też szkoda było się nad tym zastanawiać. Ich willa stała na zboczu Góry Gellérta od strony Dunaju, gdzież więc mogłoby być zdrowsze powietrze niż tam, na stoku góry, w ich ogromnym ogrodzie? I któż lepiej niż Marchelle potrafiłby wdrożyć jej dyscyplinę i porządek? Lepsi nauczyciele? Przecież ojciec wybrał dla niej najlepszą szkołę w stolicy. Nie, ojciec nie powiedział całej prawdy, po prostu chce się jej pozbyć z domu i nie oznacza to nic innego jak to, że chyba ciocia Mimó miała rację, kiedy od paru miesięcy tłumaczyła Ginie, że jej ojciec dlatego tak się zmienił, stał bardziej mrukliwy i milczący, że chyba w grę wchodzi tu kobieta. Przecież to wprost niemożliwe, aby tyle czasu spędzał na służbie. Jeszcze się przekona, że ojciec kiedyś nagle się ożeni. Czy to możliwe, że ta nowa żona nie chce jej wychowywać? Czy to możliwe, aby ojciec bardziej kochał jakąś obcą kobietę od swojego dziecka?

Podobieństwo Giny do ojca przejawiło się również w tym, że po kilkugodzinnym daremnym błaganiu nagle zamilkła, o nic już nie prosiła i nie skarżyła się więcej. Generał, który znał córkę tak, jakby był jej matką, a nie ojcem, wiedział, jaka rozpacz, jaki beznadziejny smutek kryje się za jej zdyscyplinowanym milczeniem. Bez łez i scen spakowała walizkę w przeddzień wyjazdu. Nie trwało to długo, ponieważ niewiele rzeczy pozwolono jej zabrać z sobą.

Ojciec, jak się okazało, jeszcze przed odejściem Marchelle odwiedził owo miasto, w którym upatrzył tę szkołę. Poinformował więc Ginę, że wychowanki otrzymują tam specjalne szkolne wyposażenie, wystarczy zatem, jeśli zapakuje tylko swoje szlafroczki i bieliznę osobistą, wszystko inne otrzyma na miejscu. Nim zamknęła walizę, rozejrzała się jeszcze po pokoju i wsunęła między nocne koszule swojego ulubieńca, łaciatego pluszowego pieska, potem jednak rozmyśliła się i odłożyła go na dawne miejsce. Niech i piesek tu zostanie, niech żaden z dawnych ulubionych przedmiotów nie towarzyszy jej w tym nowym obcym świecie, niech ta zmiana będzie całkowita. Podręczniki, zeszyty również będą nowe. Dotychczas chodziła do szkoły świeckiej, teraz zaś będzie w szkole protestanckiej, inne są tam podręczniki, a nawet bibuła.

Tego dnia złożyli ciotce pożegnalną wizytę, a potem poszli na cmentarz.

Ciotka Mimó dostała spazmów, kiedy dowiedziała się, w jakim celu do niej przyszli. Częściowo oburzył ją fakt, że zabierają jej Ginę spod boku, a częściowo, że dowiaduje się o wszystkim w przeddzień wyjazdu bratanicy i nikt jej dotychczas słowa o tym nie pisnął. Gina czuła się ogromnie nieszczęśliwa, słuchając nieustających wyrzutów ciotki, bo przecież niczemu nie była winna. Jak tylko dowiedziała się od ojca, co ją czeka, natychmiast chciała biec do ciotki po pociechę i pomoc. Wybiegła do holu, gdzie stał telefon, ale nie zdążyła nawet wykręcić numeru, kiedy wyrósł obok niej generał i wyjął jej słuchawkę z ręki. „Nie wolno ci nikomu o tym wspominać – rzekł, i to nie takim jak zawsze tonem, lecz rozkazująco, jakby Gina była żołnierzem. – Do Mimó pojadę z tobą, a poza tym nie będzie żadnych pożegnań ani z przyjaciółkami, ani ze znajomymi, ani nawet ze służbą. Nikomu nie możesz powiedzieć, że cię zabieram z Pesztu. Przyrzeknij mi”. Przyrzekła, ale nie mogła wprost patrzeć na oj ca, tak bardzo ją bolało, że nawet tego ją pozbawia, możliwości wyżalenia się, tych chwil pożegnań, kiedy mogłaby szepnąć Feriemu: „Zostań z Bogiem”.

I właśnie teraz, po raz pierwszy, ciotka Mimó naprawdę pokłóciła się z bratem, kiedy okazało się, że nie chce jej podać nowego adresu Giny („Co minutę będziesz pisała do niej listy, wysyłała paczki i co tydzień odwiedzała! Nie, nie mogę ci tego powiedzieć, Mimó!”). Wstała, powiedziała, że dziękuje za wizytę i przez jakiś czas nie ma ochoty widywać brata, później rozpłakała się, ucałowała Ginę i na dobre już płacząc ze złości, wybiegła z pokoju. Wyszli z domu ciotki i Gina nawet nie zdążyła jej szepnąć kilku słów dla Feriego. To wprawiło ją w jeszcze większą rozpacz. W ubiegły czwartek nic bowiem nie wiedziała o postanowieniu ojca i żegnając się z porucznikiem, obiecała, że w tym tygodniu znowu się spotkają na herbatce u cioci Mimó. Na próżno teraz będzie czekał. Od ciotki pojechali na cmentarz. Stali w milczeniu nad grobem matki dziewczyny. I to pożegnanie wydało się Ginie inne niż wtedy, kiedy na dłuższy czas wyjeżdżali z Budapesztu. Być może ojciec teraz mówi do matki: „Bóg z tobą” i ostatecznie żegna się z nią przed rozpoczęciem nowego życia.

Ten wieczór – dla obserwatora z zewnątrz – w zasadzie nie różnił się od innych wieczorów po wyjeździe Marchelle. Zjedli kolację, po czym generał usiadł przy kominku, aby poczytać. Gina także przysunęła taborecik w pobliże stojącej lampy i wzięła książkę. Patrzyła jednak na drukowane zdania i nic nie rozumiała, nawet nie przewracała kartek, tylko udawała, że czyta. Nagle zauważyła, że za jej plecami także panuje cisza, nie słychać szelestu odwracanych stron. Siedzący w fotelu ojciec również nie czytał. Podchwyciła jego spojrzenie. „Odezwij się do mnie – błagała dziewczynka wzrokiem. – Powiedz, po co to wszystko. Przecież będę ją kochać, kogokolwiek tu sprowadzisz. Twój gust, wybór nie może być zły… Jakże mogłaby dla mnie być obcą lub nienawistną kobieta, którą ty kochasz? Ale powiedz, co planujesz, nie wykluczaj mnie z twego życia, nie zmuszaj, byśmy z czyjegokolwiek powodu musieli się rozstać. Ja nie będę ci przeszkodą, przecież tak bardzo cię kocham. Jeszcze nie jest za późno. Nie odsyłaj mnie! Pomów z tą kobietą, powiedz, że będę jej przyjacielem, nie wrogiem. Odezwij się do mnie!”

– Znajdziesz się w innym otoczeniu – przemówił nagle generał. – To wprost dziwne, tak często wyjeżdżałaś z Marchelle do Szwajcarii, Paryża, Włoch, tyle razy ja sam zabierałem cię do Wiednia, a tymczasem na prowincji nigdy jeszcze nie byłaś. Proszę cię, wytrzymaj jakoś.

Nie odpowiedziała. Cóż mogła odpowiedzieć? Książka zsunęła jej się z kolan na dywan. Tutaj, na górze, nawet w lecie wieczory bywały chłodne i chociaż dopiero zaczął się wrzesień, już palili w piecu. Elektryczny kominek błyskał czerwonym światłem, jakby naprawdę płonęły w nim polana.

– Nie ma innego wyjścia – ciągnął generał. – Zrozum mnie, Gino, nie ma. Gdyby Marchelle mogła tu pozostać, byłoby inaczej, to była mądra dziewczyna i całkowicie godna zaufania. Rzadko bywam w domu, a Mimó jest niepoważna, nie można na nią liczyć. Musisz wyjechać, i to z takich przyczyn, o których nie mogę ci powiedzieć. Ja nie czuję się lepiej od ciebie, możesz mi wierzyć.

Dziewczyna wpatrywała się w czerwone światło kominka i nawet wyciągnęła rękę, żeby ogrzać sobie palce. Myślała o tym, że wie już, co to za przyczyny, o których generał nie może mówić, ale skoro on sam o tym nie wspomina, to i ona będzie milczeć. To coś, ta p r z y c z y n a pocieszy później ojca w czasie jej nieobecności i wszystko się pięknie samo ułoży. Jeśli człowiek w wieku czternastu lat jest wysyłany na pensję, przeważnie pozostaje tam aż do matury, tylko na wakacje przyjeżdża do domu. „Na prowincji nigdy jeszcze nie byłaś. Proszę cię, wytrzymaj jakoś”. Gdzież on ją wiezie, że tak z góry ją upomina?

– Jutro musimy wcześnie wstać, połóż się – powiedział generał. – Sam cię zawiozę samochodem.

Podnieśli się. Ojciec przytulił ją do siebie i twarz pochylił ku jej twarzy. „Jaki on jest smutny – myślała Gina – boli go, że odejdę. Jakaż bezlitosna jest ta kobieta, a mój ojciec po raz pierwszy w życiu taki słaby”.

Wbiegła na piętro, gdzie znajdowały się sypialnie. Wszędzie były opuszczone żaluzje w oknach, zgodnie z zarządzeniem o ochronie przeciwlotniczej. Jej własny pokój, z którego nie mogła teraz patrzeć ani na miasto, ani na ogród, wydał jej się dziwnie obcy, jakby nie był jej pokojem, jakby nie mieszkała w nim od chwili narodzin.

Niby gość przysiadła na brzegu łóżka i zapatrzyła się na wzór kołdry: czerwone kielichy maków na zielonym tle jedwabiu wyglądały niczym na trawniku. Słowa Feriego: „Zsini, mała Zsini, boginka”, powracały do niej w ciszy jak motyle nad kołdrą w maki. Myśl, aby zakraść się do telefonu w holu i zadzwonić do porucznika, prześladowała ją, była nie do przezwyciężenia. Generał siedzi w salonie przy kominku, służba je kolację w suterenie, nikt by więc nie słyszał, jak telefonuje. Podeszła do drzwi, po czym bezradnie zawróciła. Było coś rozpaczliwego w tym, że nie jest w stanie złamać danego słowa, nawet jeśli to, co przyrzekła, jest niezrozumiałe, nieludzkie, nie do przyjęcia. Wróciła do łóżka, próbowała zgadywać, gdzie jutro będzie spać i jakie będzie jej łóżko. Nie potrafiła jednak sobie tego wyobrazić.


2
Pensja biskupa Matuli

Wyruszyli wcześnie rano, nie mówiąc nikomu, dokąd, na jak długo i dlaczego jadą.

János, ordynans generała, który przygotowywał samochód, myślał niewątpliwie to samo co Róża, gospodyni prowadząca dom Vitaych, czy pokojówka Ili, a mianowicie, że przed rozpoczęciem roku szkolnego jadą sobie jeszcze gdzieś na wycieczkę. Byli już w holu, kiedy zadzwonił telefon. Nim jednak ktoś zdążył podnieść słuchawkę, generał zawołał, że ktokolwiek by to był, nie ma ich już w Peszcie, i Gina słyszała, jak Ili kogoś pozdrawia i mówi: „Niestety, już wyjechali”. Z pewnością ciocia Mimó – pomyślała dziewczynka. – Jeszcze raz chciała spróbować, biedna…

W nocy pożegnała się już w myślach z domem i z tymi wszystkimi, których kochała. Nie obejrzała się teraz ani na dom, ani na gosposię Różę, która z oddaniem kiwała jej ręką, gdy samochód ruszył. Po cóż patrzeć, jak wszystko i wszyscy stają się coraz mniejsi i coraz bardziej odlegli? Gapiła się przed siebie, próbując zgadnąć, dokąd ojciec ją wiezie. Spośród szos wylotowych z miasta najlepiej znała drogę nad Balaton, ponieważ często jeździli nią nad Adriatyk, ale teraz samochód nie trzymał się strony budańskiej, lecz przejechał most. „Widać nie jedziemy w stronę jeziora – myślała Gina. – Na zachód pociągi wyruszają z dworca Keleti. Może więc jedziemy na zachód? Jakie większe miasta są na linii do Wiednia? Győr? A może to Sopron?”

Na placu Kalwina przyszły jej na myśl dwie najlepsze przyjaciółki: Edyta i Alicja. Edyta mieszkała tu, w pobliżu Astorii, Alicja zaś trochę dalej, na tyłach kościoła uniwersyteckiego. Zdumiewające było to, że tak je porzuca bez słowa pożegnania, bez żadnych wyjaśnień i dopiero później, w liście, powiadomi, że już razem nie będą chodziły do szkoły. Mimo wczesnej pory ruch na ulicach był duży, generał, czekając na zielone światło, zdjął ręce z kierownicy i długo patrzył w oczy córce. „Teraz pewnie i jemu przyszły na myśl Edyta i Alicja oraz to, że nie pozwolił mi się z nimi pożegnać – stwierdziła dziewczynka. – Teraz patrzy, jaką zrobię minę. Żadną. I tak już wszystko jedno”.

Opuścili miasto. Prawie nie rozmawiali. Gina uważała, że nie ma o czym, generał zaś obserwował drogę. W cywilu wydawał się jakiś inny, prawie obcy i jakby starszy niż w rzeczywistości. Gina odczytywała nazwy mijanych wsi i na tyle znała geografię, aby się zorientować, że jadą w kierunku wschodnim, a kiedy o ósmej dotarli do Cisy, stwierdziła, że jej przypuszczenie było słuszne. Zjedli śniadanie w jakimś mieście nad rzeką, zupełnie bez apetytu, świadcząc sobie wzajemnie grzeczności. Potem generał zaproponował mały spacer, twierdząc, że dobrze im zrobi po długim siedzeniu w wozie. Wziął córkę pod rękę. Gina była wysoka, wyższa od dziewcząt w jej wieku, ojciec przewyższał ją zaledwie o głowę. Spacerowali, oglądali wystawy, generał zatrzymywał się to tu, to tam, wskazywał na jakiś szalik, chustkę, rękawiczki, pytając, czy nie chciałaby, żeby jej kupił. Gina zaś sama się zdziwiła, jak ostro, gwałtownie zaprzecza. Nie, to jednak nie jest takie proste, nie można tej sprawy ot tak sobie odfajkować. Kiedy jeszcze była mała i nie chciała przyjąć jakiegoś lekarstwa, ojciec zwykle stawał z tyłu, za Marchelle, i niespodziewanie pokazywał jej prezent, a ona wprawdzie z obrzydzeniem, lecz za to szybko połykała, co jej podawano, byle tylko dostać upominek. Ale to wszystko już minęło, te dziecięce choroby, teraz potrafi już przełknąć lekarstwo i nie trzeba przekupywać jej prezentami.

W jednej z bocznych uliczek znaleźli sklep jubilerski. Złota oczywiście na wystawie nie było, zniknęło, jak tylko wybuchła wojna, ale na aksamitnych poduszkach błyszczało kilka srebrnych łańcuszków i medalionów.

– Mimo wszystko coś ci jednak kupię – odezwał się generał. – Mówię poważnie i przestań stroić fochy. Dotychczas nie byłaś taka dziwna, cieszyłaś się, gdy mogłaś chodzić po sklepach. No, wejdźmy!

W sklepie nie było zbyt jasno, tylko stolik, przy którym właściciel naprawiał zegarki, oświetlała bardzo mocna lampa. Zegarmistrz, niski, uprzejmy mężczyzna, starał się jak mógł, aby Gina znalazła coś, co by się jej spodobało. Dziewczyna była jednak trudną klientką, nie dlatego że nie mogła się zdecydować, co wybrać – bo prezentowana biżuteria mimo skromnego wyboru składała się z misternych i gustownych drobiazgów – ale dlatego że w ogóle nie pragnęła teraz dostać żadnego upominku, nie chciała, by najmniejszym choćby drobiazgiem próbowano ją pocieszyć, zmniejszyć jej smutek. W końcu generał sam wybrał wisiorek w kształcie księżyca na delikatnym cienkim łańcuszku, który Gina mimo wewnętrznego sprzeciwu natychmiast ogromnie polubiła, gdy tylko zawieszono go jej na szyi. Był to mały, surowy księżyc o zaciśniętych ustach, tajemniczy i zadumany. Więc mimo wszystko dostała prezent i już wisi on na jej szyi, nie można go zwrócić. Ojciec jednak powinien zrozumieć, że to nie zmieniło sytuacji, że potraktowała prezent tak, jakby go wcale nie otrzymała.

Rozejrzała się po sklepie. W jednej z gablotek znajdowały się różne wyroby z metalu: pieczęcie, małe figurki, popielniczki. Gina wskazała podłużną, nierzeźbioną popielniczkę i wyciągnęła portmonetkę. Zawsze miała o wiele więcej pieniędzy, niż wynosiło otrzymywane od ojca kieszonkowe. Ciocia Mimó systematycznie uzupełniała jej oszczędności.

– Ja też coś ci kupię – powiedziała Gina. – Na pamiątkę. Abyś myślał o mnie także wtedy, kiedy mnie nie widzisz.

Jubiler obserwował ich, jak spojrzeli na siebie, a potem nagle obydwoje odwrócili wzrok, jakby i bez słów zbyt dużo sobie powiedzieli. Nie potrafił rozszyfrować ich spojrzeń. Skąd mógłby wiedzieć, że oczy Giny mówią: „Natychmiast się rewanżuję, zaraz, nie chcę czekać na jakąś uroczystą okazję. Żebyś, ojcze, wiedział, że ta popielniczka to tylko uprzejmy gest z mojej strony, któż bowiem wie lepiej ode mnie, że nie palisz. Nie, teraz, w czasie tej całej podróży, kiedy nie wiem, dlaczego i dokąd mnie wieziesz, nie możesz mi już dawać upominków tak jak dawniej”. „Proszę bardzo, rewanżuj się jak obcej osobie, jeśli masz taką ochotę – odpowiedziało spojrzenie generała. – Razem z Marchelle uczyliśmy cię, że jeśli od obcych przyjmujemy podarek, wypada się zrewanżować. Kiedyś jeszcze mnie przeprosisz z powodu tej chwili. Bóg da, że doczekamy jej obydwoje”.

Ruszyli dalej. Za rzeką krajobraz gwałtownie się odmienił. Gina nie znała Wielkiej Niziny Węgierskiej, nie widziała nigdy puszty, tylko duże miasta europejskie, góry lub morza. O tym, że w ogóle taka nizina istnieje i tak wygląda, wiedziała dzięki Petőfiemu, nigdy jednak wiersze poety opiewające pusztę nie znalazły większego oddźwięku w jej sercu. Im dalej na wschód unosił ją pędzący samochód, tym mniej widziała osad, tylko same zaorane pola, a czasami mignął w oddali jakiś samotny folwark, kilka białych brzóz, anemiczny lasek i rdzawe gruntowe wody. Kiedy zerwał się nagle pusztański wiatr, a wokół nich były tylko woda, ziemia i powietrze, Gina poczuła coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyła, czego nie potrafiła i nie chciała nazwać… Później, kiedy już wszystko przestało być tajemnicą i smutek nie przesłaniał jej pełnych zachwytu doznań, często przypominała sobie to pierwsze spotkanie z krajobrazem pusztańskim w surowym blasku jesiennego słońca.

„Árkod – pomyślała Gina. – Jedziemy do Árkodu”.

Miała doskonałą pamięć, prawie dosłownie pamiętała to, czego się kiedyś uczyły na lekcji geografii: „Árkod, miasto we wschodnich Węgrzech liczące siedemdziesiąt dwa tysiące mieszkańców, najstarszy w tym regionie ośrodek naukowy. Dziewięćdziesiąt siedem i pół procent mieszkańców stanowią protestanci, przemysł znajduje się dopiero w rozbudowie. W średniowieczu rzemieślnicy z Árkodu znani byli na całym świecie, miejscowy uniwersytet był pokrewną instytucją uczelni holenderskich, skandynawskich i niemieckich. W mieście znajdowała się słynna wyższa szkoła handlowa, kalwińskie gimnazjum męskie i pensja dla dziewcząt nazwana imieniem biskupa Matuli, która była pierwszym tego typu instytutem na Węgrzech, gdzie zawodowi wykładowcy prowadzili systematyczne kształcenie dziewcząt”. Wiedziała już, że odgadła prawidłowo, i o mało co nie krzyknęła głośno. Nie ma pojęcia, jaki w rzeczywistości jest Árkod i ta słynna pensja, ale gdyby nawet była rajem na ziemi, to przecież jest niesamowicie daleko od Pesztu. Wydawało jej się, że ojciec nie wywiezie jej tak daleko od stolicy. Sądziła, że jeśli nawet nie będzie mogła spędzać niedziel w domu, to przynajmniej generał będzie ją odwiedzał. Árkod zaś leży prawie na samej granicy i tutaj nie da się już ot tak, na krótko wyskoczyć. Wszystko wyglądało gorzej, niż sobie mogła wyobrazić w momentach najczarniejszej rozpaczy. Dlaczego tak z nią postępuje? W czym zawiniła? Przecież to, co się z nią dzieje, wydaje się absurdalne.

– Nic nie mów – odezwał się generał, ale nie patrzył na nią, obserwował drogę. – Proszę cię, nie utrudniaj sytuacji. I tak już jest wystarczająco ciężka.

A przecież zawsze byli sobie tak bliscy, że często jednocześnie wypowiadali te same myśli albo śmiali się porozumiewawczo i każde z nich wiedziało, co akurat myśli drugie. Dobrze, nie powie ani słowa, wszystko już i tak jest beznadziejne. Przymknęła oczy, poczuła nagle ciężar powstrzymywanych siłą łez. Starała się myśleć o tym, jak daleko mogą być od celu podróży, jak ją przyjmą na pensji, jakie będą nowe koleżanki… Za wszelką cenę chciała zapanować nad smutkiem. Potem myśli jej się poplątały, rozpierzchły i nawet nie zauważyła, że zasnęła i spała dość długo. Ojciec obudził ją i coś powiedział. Samochód stał.

Przeciągnęła się i rozejrzała dokoła. Okolica była taka sama, jaką widziała przed zaśnięciem, w tym samym chłodnym blasku kołysały się gałęzie drzew, ale na horyzoncie, już nie tak bardzo daleko, wznosiły się wieże. Mnóstwo wież na stosunkowo małym obszarze, wieże pojedyncze, wieże parami jak kamienne bliźnięta. Wydawało się, że widoczne w oddali miasto nadziało rozciągające się nad nim niebo na wierzchołki wież.

– Bardzo wcześnie wstałaś – powiedział generał – dobrze, że z godzinkę udało ci się pospać. Nie gniewaj się, że cię zbudziłem, ale wkrótce będziemy już w mieście, a tam, na pensji, nie będę mógł się z tobą swobodnie pożegnać, jedynie tutaj, gdzie nie ma nikogo, tylko ty i ja.

Popatrzyła na niego w milczeniu, liczyła, że coś wreszcie jej wyjaśni. Ale powiedział nie to, na co czekała.

– Obiecaj, że będziesz na siebie uważać, tak uważać, jakbyś już była dorosła. Jakbyś to nie ty była, lecz twoja matka, która nas tu zostawiła. Słyszysz, Gino?

Słyszała, ale nie mogła zrozumieć tego nagłego niepokoju. Tutaj, niestety, całe grono pedagogiczne będzie na nią uważało i naprawdę nie ma potrzeby, aby ona sama była zbyt ostrożna. Ojciec nigdy się o nią specjalnie nie bał, ani wtedy, kiedy jeździła konno, ani na lekcjach szermierki, również w morzu wolno jej było pływać tak daleko, jak tylko chciała.

– Pocałuj mnie i bardzo cię proszę, później, jak się rozstaniemy, nie płacz, a przynajmniej nie w mojej obecności. Trudno byłoby mi to znieść.

Tego nie powinien był mówić, to było zbyteczne. Nigdy nie stworzyłaby takiej sytuacji przed obcymi ludźmi, w której musiałby czuć się nieswojo, i nigdy nie zwróciłaby uwagi innych na to, co dotyczy tylko ich obojga. Pocałowali się jakoś niezręcznie, oboje nieszczęśliwi, jakby to coś, co nie zostało wypowiedziane, nieodwracalnie zmieniło ich stosunek do siebie.

Ruszyli i wkrótce znaleźli się w mieście. Gina nie potrafiła określić, co czuje, ponieważ jeszcze nigdy nie widziała takiego miasta. Árkod nie był podobny ani do stolicy, ani do innych zagranicznych miast, w których kiedykolwiek była. Później, o wiele później, wiedziała już, że w istocie Árkod nie jest podobny do niczego, był to zupełnie odrębny, biało-czarny świat. Generał prowadził wóz pewnie, jak ktoś, kto dobrze zna drogę. Przejechali koło przysadzistego kościoła, który był biały jak kreda, a na hełmie jego wieży błyszczały świeżo pozłacane, ogromne gwiazdy. Otwierająca się wprost na kościół boczna ulica nosiła imię biskupa Matuli, a na jej końcu bielił się potężny budynek – była to pensja.

„I ten jest przysadzisty – pomyślała Gina. – Przysadzisty, surowy, biały. Ma małe okratowane okienka i obitą żelazem bramę. Musi to być strasznie stare miejsce, przypomina nie szkołę, ale raczej twierdzę”.

Do twierdzy nie tak łatwo było się dostać. Obita żelazem brama była zamknięta. Zadzwonili i sporo czasu upłynęło, nim ktoś wreszcie zauważył ich przybycie. Ten ktoś, kto uchylił nieco bramę i wyjrzał, też był przysadzisty i poważny. W dawnej szkole Giny woźny miał wesołe oczy, zawsze trzymał stronę dziewcząt, choć rugał je za to, że zaśmiecają klasy i korytarz łupinami orzeszków ziemnych albo za głośno krzyczą w czasie pauzy. Na tej twarzy, która teraz się do nich zwróciła, wypytując szczegółowo, do kogo i po co przychodzą, nie było widać ani pogody, ani wesołości, była to twarz jakby wyrzeźbiona z kamienia, nieruchoma maska. Na prośbę generała odźwierny zadzwonił do kogoś z wewnętrznego aparatu i dotąd trzymał ich przed kratą oddzielającą bramę od ogromnego podwórza, aż ten ktoś, przypuszczalnie dyrektor, nie zapewnił go, że przyjezdni mówią prawdę, nazwisko Georginy Vitay jest odnotowane i razem z ojcem można ją wpuścić. Kiedy wreszcie mogli wejść, odźwierny uchylił nieco wewnętrzną kratę; na piętro szli po schodach, których stopnie przez wiele lat tak wydeptano, że stały się pochyłe. Ginę znów ogarnęło uczucie, że biel jest tu bielsza niż gdzie indziej i że w porównaniu do smukłej sylwetki ruchliwego, zatłoczonego Pesztu w tym mieście wszystko jest przysadziste, obszerne, puste. Na korytarzach nie było żadnych ozdób, tylko trochę kwiatów doniczkowych, a na ścianach wersety z Biblii wypisane złotymi literami na czarnym kartonie. Na pierwszym piętrze, nad wejściem do pokoju dyrektora, wisiał ogromny herb, ale i on był potężny, przysadzisty, i chyba tylko dlatego nie czarny i biały, że herb nie może być jedynie w tych dwóch kolorach. Na złotym tle tarczy dwie ręce złożone do modlitwy nad jakimś psałterzem czy Biblią, a wyżej półkolisty napis: Non est currentis1.

Gina dość dobrze znała łacinę, uczyła się jej od trzeciej klasy, ale nie potrafiła tego przetłumaczyć, te trzy słowa razem jakoś nie miały sensu. „Non znaczy: nie, est: jest, obydwa słowa razem: nie ma, currentis zaś to genetivus participium imperfectum2 od czasownika currere, biegać, czyli: biegnącego. Coś jakby: Biegnącego nie ma. Ale dlaczego biegnącego?”

Korytarz był pusty, jakby to nie jutro miał się rozpocząć rok szkolny. A może nauczycielom nie wolno było pokazywać się nigdzie poza klasami i pokojem nauczycielskim? Generał położył już rękę na klamce drzwi do gabinetu dyrektora, kiedy poczuł dotknięcie Giny. Obejrzałsię prawie rozgniewany. Dlaczego chce przeciągać tę chwilę – pomyślał rozgoryczony. – Czy nie czuje, że i jemu jest ciężko? Teraz znów zacznie prosić, aby ją stąd zabrał, nie usuwał z domu. Jakby on mógł coś na to poradzić!

– Kiedy się żenisz? – spytała.

Spojrzał na nią tak zaskoczony, że mogło to wystarczyć za odpowiedź. To przez Mimó, przez jej idiotyczną fantazję wszędzie dopatrującą się miłości i idylli, to tylko Mimó mogła coś takiego wymyślić. Biedna mała, biedny mój nieszczęśliwy robaczek. Chyba nie wierzyła, że to, co się dzieje, dzieje się z takiego powodu?

– Nigdy – odpowiedział. – Co za głupi pomysł? Jak ci to mogło przyjść do głowy?

Generał nie zwykł kłamać. Mglista postać nieznanej kobiety, której istnienie podejrzewała, rozwiała się, zniknęła. Ojciec nie ma zamiaru zmienić trybu życia. Ale wobec tego dlaczego ona nie może przy nim zostać? Ojciec nie dał jej czasu na nowe pytanie i otworzył drzwi gabinetu. Weszli, musieli wejść, ponieważ z wnętrza pokoju już ich dostrzeżono. Kiedy przekroczyli próg, Gina znalazła się w tym drugim świecie, który odtąd miał być jej domem.

Ściany gabinetu dyrektorskiego były jeszcze bielsze od tych na zewnątrz, zaś sam dyrektor stanowił ekstrakt czerni. Tutaj też nie wisiał ani jeden obraz, tylko kilka wykresów i mapa Europy, na której widniały tu i ówdzie przyczepione małe niebieskie chorągiewki. Później Gina dowiedziała się, że oznaczają one rozmieszczenie bratnich instytutów tego typu za granicą. W pokoju znajdował się komplet mebli obitych czarną skórą, kasa pancerna, biurko, jakaś szafa na akta z żaluzjowym zamknięciem i ogromne akwarium. Wszystko to Gina odbierała tak, jakby była pod narkozą, podobnie czuła się kiedyś, gdy dostała zastrzyk oszałamiający przed jakimś drobnym zabiegiem. Ogarnęło ją uczucie niepewności, oderwania od świata, zawieszenia. Zauważyła, że ojciec i dyrektor mówią do siebie na „ty” i rozmawiają, jakby byli starymi znajomymi. Dyrektor nie podał jej ręki, tylko skinął głową i również tylko ojca poprosił, żeby zajął miejsce. Wziął jej dokumenty i jakieś pieniądze, Gina zauważyła, że wystawił ojcu mnóstwo kwitów za czesne i nowy szkolny ekwipunek, po czym poprosił, aby generał był uprzejmy jeszcze raz przeczytać regulamin oraz przepisy obowiązujące na pensji i potwierdzić podpisem przyjęcie ich do wiadomości. Generał długo czytał jakiś druk, po jego twarzy nie było widać, czy podoba mu się to, co czyta, czy nie, podpisał jednak.

– Wychowawczynią córki w internacie będzie siostra Zuzanna – usłyszała Gina, ale tak, jakby rozmawiano gdzieś w oddaleniu, nie obok niej, w pokoju. – Listy pisane do uczennicy muszą być adresowane na siostrę z zaznaczeniem nazwiska córki.

– Raczej będę telefonował – powiedział generał. – Nie lubię pisać, nie mam czasu. Jak często mogę dzwonić?

– W każdą sobotę. W sobotę po południu jest dzień poczty.

Ucieszyło ją to. Jeśli co tydzień mogą rozmawiać, to nie jest jeszcze tak źle.

– Poza tym wszystko będzie tak, jak poprzednio ustaliliśmy – dodał dyrektor.

Generał przytaknął, nie patrząc na córkę, zupełnie jak ktoś, kto ma wyrzuty sumienia. Gina zwróciła głowę w kierunku okna. Z miejsca, w którym się znajdowała, widać było, że fronton szkoły od strony ulicy Matuli jest tylko fragmentem rozciągającego się z tyłu ogromnego budynku w kształcie podkowy. Kiedy dyrektor podniósł słuchawkę i poprosił portiera, aby polecił komuś zanieść do internatu walizkę Georginy Vitay oraz przysłał do jego gabinetu siostrę Zuzannę, Gina zastanawiała się, czy żegnając się z ojcem, potrafi być dość zdyscyplinowana i dorosła, tak jak życzył sobie generał, którego postępowanie w tej chwili jeszcze mniej rozumiała niż przedtem, kiedy sądziła, że się ożeni. Ze słów dyrektora, iż jej wychowawczynią w internacie będzie siostra, domyśliła się, że jest to diakonisa. I nie pomyliła się.

Do gabinetu weszła młoda, poważna kobieta, która jednak uśmiechnęła się do niej. Gina pragnęła odwdzięczyć się za miły uśmiech, ale nie mogła, wbrew jej woli usta pozostały sztywne i nieruchome. Chciała jak najszybciej stąd wyjść, aby wreszcie położyć kres temu nieznośnemu napięciu, była bowiem śmiertelnie wyczerpana.

– Georgina Vitay – przedstawił ją dyrektor, a potem, jakby się zwracał do małego dziecka, powiedział: – Georgina Vitay pożegna się z ojcem, pożegna z dyrektorem i pójdzie do siebie.

– Serwus – szepnęła dziewczynka. Nie patrzyła na ojca, nie śmiała na niego spojrzeć.

– W ten sposób nie żegnamy się z rodzicami – skarcił ją dyrektor.

– Całuję rączki – poprawiła się Gina.

Generał wstał, ścisnął jej ramię i w milczeniu, z ogromną czułością popchnął ku drzwiom. Gina już wychodziła, kiedy Zuzanna zatrzymała ją ruchem ręki. Znów uśmiechnęła się do niej i nagle zdjęła z szyi dziewczynki nowy srebrny łańcuszek z księżycem.

– Naszym wychowankom zabrania się noszenia wszelkiego rodzaju biżuterii i ozdób – wyjaśniła diakonisa. – Pan generał będzie tak uprzejmy i zabierze to ze sobą.

Mały księżyc znalazł się na stole przed generałem. Ojciec i córka znów nie patrzyli na siebie, obydwoje z uwagą wpatrywali się w dywan. Zapanowała taka cisza, że słychać było nieustające brzęczenie osy, która zabłądziła tu przez otwarte okno.

– Pożegnaj się z panem dyrektorem – upomniała ją diakonisa.

Gina zaś stała, zastanawiając się, co należy powiedzieć w tym czarno-białym świecie. Czy wystarczy tylko „do widzenia”?

– Do widzenia, panie dyrektorze – podpowiedziała jej śpiewnym tonem Zuzanna, niczym jakiejś pierwszoklasistce.

– Do widzenia, panie dyrektorze – wyszeptała dziewczynka i zaczerwieniła się mocno. Nigdy w życiu nie czuła się tak bezradnie i niezręcznie. Marchelle, ciotka Mimó, dawna szkoła nauczyły ją wszystkiego, co powinno się wiedzieć w Peszcie. Tutaj zupełnie się nie orientowała i niczego nie potrafiła przewidzieć.

– Szczęść Boże – odpowiedział dyrektor i odwrócił się do niej plecami.

Zuzanna miała półbuty na wojłokowej podeszwie i bezszelestnie przemykała korytarzem, prowadząc Ginę. Dziewczyna najchętniej ściągnęłaby pantofle, których skórzane spody głośno stukały w korytarzu. Diakonisa otworzyła przed nią małe drzwi w ścianie, które prowadziły do drugiego skrzydła budynku, przypuszczalnie do internatu. Na progu Gina zatrzymała się i obejrzała za siebie. Jeśli kilka minut tu zaczeka, jeszcze raz zobaczy ojca, podbiegnie do niego, przytuli się, poczuje znane ciepło jego ciała, które przypomni jej dom i cały dawny świat, dziś już bardziej odległy niż sen. Ale Zuzanna ujęła ją za rękę i łagodnie pociągnęła za sobą.


3
Pierwsze znajomości

Gina po raz pierwszy w życiu znalazła się w tak dziwnym budynku o poplątanych, łączących się korytarzach.

Później dowiedziała się, że słynna szkoła imienia biskupa Matuli mieści się w średniowiecznym klasztorze i dlatego ściany są bardzo grube, sale mają łukowe sklepienia, a niektóre klasy taki niezwykły kształt. Aby z dawnych cel zakonników zrobić sale o odpowiedniej wielkości, rozbierano lub przestawiano ściany. Z kolei wyposażenie pensji było o wiele bardziej nowoczesne niż w dawnej szkole Giny i wszystko aż lśniło od czystości. Ktoś zapomniał zamknąć drzwi od łazienki i z korytarza widać było białe kafle oraz ogromną, obudowaną wannę. Zuzanna natychmiast zamknęła drzwi, jakby nie wypadało oglądać miejsca, w którym wychowanki zwykły rozbierać się do naga.

Szły dalej, coraz bardziej oddalały się od tego drugiego skrzydła, gdzie z pewnością generał ciągle jeszcze rozmawiał z dyrektorem. Okna korytarza były szczelnie zamknięte, a porowate, grube szyby nie pozwalały dojrzeć ogrodu. Przypuszczalnie dotarły właśnie do tej części, gdzie toczyło się codzienne życie internatu, ponieważ dopiero teraz zobaczyła po raz pierwszy uczennice. Mniejsze i większe dziewczęta stały przy ścianie i porządkowały swoje szafki. Kiedy diakonisa i Gina przechodziły koło nich, odwracały się, stawały na baczność i pozdrawiały je. Wszystkie nosiły fartuchy klotowe z długimi rękawami, czarne z czerwoną lamówką, sięgające do połowy łydek. Ginie nagle przyszło do głowy, że chyba nigdy nie nauczy się rozróżniać dziewcząt, tak były do siebie podobne, nawet włosy miały tak samo uczesane, z przedziałkiem na środku i splecione w krótsze lub dłuższe warkocze, związane na końcu czarną tasiemką przypominającą sznurowadło.

Zuzanna zaprowadziła Ginę do magazynu, gdzie siostra magazynierka wydała jej obowiązujący ekwipunek. Potem musiała wejść do oddzielnej kabiny i zmienić nie tylko sukienkę, lecz także bieliznę. Magazynierka ze spojrzeniem pełnym dezaprobaty składała wzorzystą haleczkę Giny z żółtego jedwabiu, na której były małe jeziorka i szybujące nad nimi niebieskie ptaszki. Nowa bielizna, szkolne sukienki, kapelusze, rękawiczki, płaszcze, fartuch (dopiero z bliska zauważyła, że od spodu rękawa przyszyty jest specjalny nałokietnik), wszystko, co otrzymała, było w odpowiednim dla niej rozmiarze i z materiału dobrego gatunku, tylko okropnie niezgrabne. Wydawać by się mogło, że ten, kto projektował stroje, dołożył wszelkich starań, aby wychowanki pensji Matuli nie zwracały swoim ubraniem niczyjej uwagi. Ale właśnie ów fatalny krój rzucał się w oczy. Zastanawiające, jak można aż tak zepsuć przyjemną dziewczęcą sukienkę, czy też odświętny mundurek, który niby przypominał strój marynarski, nie miał jednak spiczastego dekoltu i wykładanego kołnierza, lecz zapinał się wysoko pod szyją i był ozdobiony małym kołnierzykiem z wyhaftowanym na nim tulipanem.

Walizkę Giny opróżniono, szczegółowo przebadano, co ze sobą przywiozła, i nic z tych rzeczy nie pozwolono jej zatrzymać. Ani rannych pantofli, ani ręczników, ani szlafroka, ani nawet chusteczki do nosa.

Gina jak zahipnotyzowana wpatrywała się w swoją walizkę, w starannie układane na powrót miękkie różowe i jasnoniebieskie ręczniki kąpielowe, w pachnący obłok koszulek nocnych i płaszcz kąpielowy, na którym z bajkowego sitowia wyglądały małe hipopotamy i krokodyle. Siostra magazynierka aż zwróciła jej uwagę, żeby nie patrzyła z taką rozpaczą, bo chyba nie chce jej wmówić, że owe fatałaszki mają aż takie znaczenie dla młodej chrześcijanki. Między Zuzanną a siostrą magazynierką wywiązała się dyskusja o tym, czy pozwolić dziewczynce – ze względu na oszczędności podyktowane sytuacją wojenną – aby korzystała z własnej szczoteczki do zębów i mydła, czy też nie. W rezultacie zdecydowano, że jednak nie. Szczoteczkę i mydło zdobyła dla niej z jakichś ukrytych, tajemnych źródeł ciotka Mimó, mydło było w kolorze bananowym, o silnym kameliowym zapachu, a rączka szczoteczki wiśniowa, ale niezależnie od barwy – jak zauważyła magazynierka – miała wyzywający i nieprzepisowy kształt. Gina otrzymała więc białą szczoteczkę, na której trzonku siostra natychmiast wypisała numer, pod jakim dziewczynka była zarejestrowana w szkole, dostała też duży kawałek mydła domowej roboty, koloru masła.

– Mydło wyrabiane jest w szkole, wszyscy go używają, nawet sam pan dyrektor – powiedziała Zuzanna.

Kiedy wreszcie na stopy w czarnych pończochach włożyła czarne buciki o wysokich cholewkach i szerokich noskach, sądziła, że jest już gotowa, ale okazało się, że nie. To, co teraz nastąpiło, jeszcze bardziej ją zdenerwowało niż przedziwny ekwipunek. Zuzanna zaczęła bowiem szczotkować jej anglezy nową szczotką w drewnianej oprawie, którą Gina otrzymała zamiast własnej szczotki oprawnej w srebro. Diakonisa zrobiła jej przedziałek na środku, zaplotła warkocze i związała czarną tasiemką. W tym momencie Ginę ogarnęło drżenie. „Całą mnie pochłonęli, to już nie jestem ja – myślała z rozpaczą. – Nawet loków mnie pozbawili. Teraz już nic nie pozostało z tego, czym byłam kiedyś”.

– Tylko nie płacz! – ostrzegła ją Zuzanna. – A jeśli już chcesz płakać, to nie z takiego błahego powodu jak uczesanie. To niepoważna sprawa.

Nie płakała, ale tylko dlatego, że chciała im pokazać, jak dalece uważa je za obce i nawet na tyle nie obdarza ich zaufaniem, aby uczynić świadkami swojego bólu.

– No, popatrz tylko – powiedziała diakonisa. – Wszystkie dziewczęta tutaj są tak ubrane i noszą takie fryzury. I ty musisz się dostosować, bo taki jest regulamin. Zresztą nie bez przyczyny, możesz mi wierzyć.

– Jaka to przyczyna? – zapytała Gina. Dopiero teraz odezwała się po raz pierwszy.

– Później, jak się już tutaj zadomowisz, dowiesz się – odparła Zuzanna. – Musisz się też nauczyć, że uczennice nie zadają pytań, tylko się podporządkowują. Powiedz siostrze „do widzenia” i idziemy.

Nowe pantofle były nieco za duże, wydawały jej się też ciężkie i niewygodne. Szła za Zuzanną i patrzyła pod nogi, aby się nie pośliznąć na wypolerowanej kamiennej posadzce. Jej domowe rzeczy siostra magazynierka zamknęła u siebie, a w opróżnionej walizce Gina dźwigała swój nowy ekwipunek. Zuzanna natomiast niosła jej pościel.

W pewnej chwili diakonisa otworzyła drzwi, na których była tabliczka z napisem: „Świetlica A, klasy V-VI”. Wewnątrz, wokół długiego stołu, siedziały dziewczęta i rozmawiały. Kiedy zobaczyły, że drzwi się otwierają, zerwały się jednocześnie z miejsc i pozdrowiły Zuzannę.

– Tutaj masz spędzać wolny czas, jeśli nie będziesz w sypialni, jadalni czy na lekcjach – wyjaśniła diakonisa. – To zaś są twoje koleżanki, później je poznasz. A to jest Georgina Vitay – przedstawiła ją dziewczętom – dzisiaj przyjechała. Pomagajcie jej we wszystkim.

Dziewczęta pozdrowiły ją tak samo, jak poprzednio diakonisę, mówiąc „dzień dobry”.

– Szczęść Boże – wyszeptała w odpowiedzi Gina, jak to poprzednio słyszała od dyrektora, i chyba właściwie, bo Zuzanna jej nie poprawiła.

Natychmiast poszły dalej, diakonisa zaprowadziła ją do sypialni, położyła pościel na niezasłanym łóżku, mówiąc, że tutaj będzie spać, a zaraz za drzwiami, na korytarzu, znajdzie szafkę, w której musi później poukładać swoje rzeczy, na drzwiczkach jest jej nazwisko. Kluczyk znajduje się w zamku – kiedy będzie już gotowa, niech zamknie szafkę i zawiesi kluczyk na szyi. Gdyby go zgubiła, zostanie ukarana.

Sypialnia nie była pusta, znajdowały się w niej dwie dziewczynki. One również słały łóżka, a w momencie gdy weszła Zuzanna, przerwały pracę i stanęły na baczność, tak jak dziewczęta w świetlicy. W opuszczonych rękach trzymały akurat rozłożone prześcieradła. Zuzanna przedstawiła im Ginę, po czym szykowała się do odejścia. Gina przeraziła się. Za chwilę zostanie tu sama, z tymi dwiema obcymi dziewczynkami, będzie musiała z nimi rozmawiać, odpowiadać na ich pytania. „Czy ty masz serce? – pytała w myślach diakonisę. – Kim jesteś, że nie zauważasz, jak bardzo się boję? Powiedz coś takiego, żebym wiedziała, że mnie żałujesz, a przynajmniej rozumiesz. Abym przekonała się, iż mimo waszych dziwacznych zwyczajów jesteście ludźmi. Przemów, żeby mi nie było tak strasznie ciężko!”

– Zostań z Bogiem! – powiedziała Zuzanna od progu i uśmiechnęła się do niej swoim pięknym uśmiechem, po czym wyszła.

„Powinna była powiedzieć coś bardziej od serca, coś prostszego – pomyślała Gina – coś, po czym lżej by mi było tutaj oddychać”.

Później, wiele miesięcy później, kiedy już dobrze poznała Zuzannę, pojęła, że dla diakonisy to było jedyne i najprostsze zdanie, jakie potrafiła wypowiedzieć. Żyła bowiem tak blisko Boga, że wydawało jej się, iż Gina też nie zrozumie jej lakonicznego życzenia inaczej jak: „Bardzo mi cię żal, moje dziecko, gdyż musi ci być tutaj naprawdę ciężko, ja ze swojej strony będę się starała ci pomóc, abyś jak najszybciej przywykła, ale przecież ja niewiele tu mogę, jest ktoś ode mnie potężniejszy, kto ci w tym dopomoże. Na pewno pomoże, nie martw się!”.

Gina rozejrzała się. Policzyła łóżka, było ich dziesięć po jednej i dziesięć po drugiej stronie. Obydwie dziewczynki dalej słały łóżka, więc i ona się do tego zabrała. Z ogromną wdzięcznością myślała teraz o Marchelle, która poza odrabianiem lekcji wdrażała ją również do wykonywania prac domowych. Wstyd by jej było teraz, gdyby szło jej to bardziej niezręcznie niż pozostałym, ale zakończyły słanie prawie jednocześnie. Przez chwilę patrzyły na siebie, po czym jedna z nich, niższa, o czarnych jak smoła włosach ściśle splecionych w warkocze, jakby był w nich umieszczony drut, ruszyła w stronę Giny. Wówczas i wyższa, blondynka, której oczy były zaczerwienione, jakby niedawno płakała, poszła za nią. Przedstawiły się Ginie. Czarnowłosa nazywała się Mari Kis, a ta o zaczerwienionych oczach Piroska Torma. Mari Kis zapytała, z jakiej szkoły jest Gina, i obydwie ogromnie się zdziwiły, że z tak daleka, aż z Pesztu. Gina wyjaśniła, że jej ojciec jest wojskowym, nie potrafi zapewnić jej teraz odpowiedniej opieki, rzadko bywa w domu. Miała wprawdzie francuską guwernantkę, ale ona musiała opuścić kraj, matka zaś nie żyje i dlatego się tutaj znalazła. Sama Gina zdziwiła się, jak to wszystko brzmi logicznie i naturalnie. Zapragnęła nagle uwierzyć, że postępowaniem generała nie kieruje żadna szczególna przyczyna i że tylko dla powodów, o których wspomniała dziewczętom, znalazła się w tej twierdzy.

– Ja natomiast nie mam nikogo, nawet ojca – powiedziała ta o zapłakanych oczach. – Ani ojca, ani matki, nie pamiętam ich wcale. Tutaj się wychowywałam od dziecka.

– Niewdzięcznica – zauważyła Mari Kis. – Jak to nie masz nikogo? A pan dyrektor? Toż to prawdziwe szczęście mieć za wuja dyrektora szkoły. Widzisz, jak bardzo się troszczy o twoje wychowanie, już ci zdążył łzy z oczu wycisnąć. Moi rodzice są nauczycielami, ale na wsi, więc muszę się tutaj uczyć, bo u nas nie ma gimnazjum, tylko podstawówka.

– Ojej, torebka! – wykrzyknęła zdumiona blondynka.

Torebka ze srebrnym monogramem leżała na nocnej szafce Giny. Wcale się nie zdziwiła, że tak im się spodobała, przecież ciocia Mimó zamówiła ją dla niej na gwiazdkę w sklepie przy ulicy Lajosa Kossutha. Smętnie dotknęła palcem delikatnej skórki, której piękna niebieska barwa zupełnie nie pasowała do tego niewydarzonego stroju.

– Zapomnieli ci dać regulaminową torbę – powiedziała Piroska. – Przyjrzyj się dobrze temu dziełu sztuki, bo zaraz ci ją zabiorą ze wszystkim, co się w niej znajduje.

– U nas nosi się tylko torby – wyjaśniła Mari Kis. – Torebki są zabronione. W torbie trzymamy wszystko, co potrzebne. Powinnaś przeczesać sobie włosy, bo wyglądasz okropnie. W łazience jest lustro. Pokazać ci, gdzie jest łazienka?

O czym one mówią? Że zabiorą jej torebkę? Z całą zawartością? Zabiorą albumik, w którym między zdjęciami ojca, cioci Mimó i Marchelle ukryta jest również fotografia Feriego? Feri akurat skacze przez przeszkodę na koniu Selyembogár. Zabiorą sto pengő i drobne, jakie zostały po kupnie popielniczki, puderniczkę, kalendarzyk, grzebień i klucz od peszteńskiego mieszkania? Nim zauważą, trzeba to wszystko szybko wyjąć i gdzieś ukryć. Ale gdzie? W łóżku? Niemożliwe. Na pewno zajrzą pod materac. Gdzie tu może być takie miejsce, w którym mogłaby schować swoje ostatnie skarby przypominające jej dawne, minione już życie?

– No, chcesz się przeczesać? Jeśli tak, to chodźmy do łazienki.

Przewiesiła torebkę przez ramię i poszła za Mari Kis. W sypialni nie widziała kosza na śmieci, pomyślała, że pewnie będzie w umywalni. Może uda jej się ukryć za nim, pod nim lub w nim zawartość torebki, dopóki nie znajdzie jakiejś lepszej kryjówki. Mari Kis odprowadziła ją do zakrętu korytarza, otworzyła drzwi umywalni i powiedziała, żeby Gina się pospieszyła, bo Zuzanna wyliczyła, ile każda czynność zajmuje minut, a poza tym dodatkowe czesanie włosów przed południem jest zabronione. Człowiek dlatego nosi fryzurę zgodną z regulaminem, żeby wystarczyło mu tylko poranne i wieczorne posługiwanie się grzebieniem.

W łazience unosił się wilgotny zapach wyszorowanych wanien. Przez odchylone u góry okno, wychodzące na skąpany w słońcu obszerny dziedziniec, wpadało pachnące winobraniem, świeże jesienne powietrze. W rogu znajdowała się nieznana Ginie duża pokojowa roślina. Dziewczynka zauważyła, że jakaś choroba zaatakowała jej liście i widocznie wstawiono ją tutaj na rekonwalescencję, aby wilgotne, parne powietrze ją uleczyło. Na parapecie okiennym stały skrzynki z pelargoniami, które w promieniach słońca miały wesołą czerwoną barwę. Aby przypadkiem przy podlewaniu nie zalano polakierowanego na biało parapetu, skrzynki z kwiatami wstawiono w większą skrzynię obitą od wewnątrz blachą. Pod umywalką znajdowało się wiadro na śmieci, zupełnie się jednak nie nadawało do ukrycia czegokolwiek, papier toaletowy nie był umieszczony w specjalnym pudełku, jak u nich w domu, tylko zaczepiony na obracającej się ośce. Nie widać też było nigdzie pieca kąpielowego ani bojlera, z pewnością ciepła woda dochodziła do kranów z jakiegoś centralnego kotła, ściany też nie miały żadnych schowków. Gina wdrapała się nawet na muszlę klozetową, aby dosięgnąć wierzchu rezerwuaru: był zakryty przyśrubowaną żelazną pokrywą.

A więc nie udało się, zabiorą jej te ostatnie pamiątki. Była już zbyt zmęczona, żeby płakać. Czesać się nie chciała, nie dlatego tu przyszła. Zupełnie jej to nie interesowało, że zrobili z niej stracha na wróble. Podeszła do okna, próbowała wyjrzeć, ale porowata, matowa szyba przesłaniała wszystko, a przez szczelinę odchylonego u góry okna było widać tylko niebo. Wspięła się, chwytając skrzynki z pelargoniami, zapragnęła, aby jej ciało nagle się wydłużyło i dosięgło tej szczeliny i żeby poczuła na twarzy powietrze, świeży i wolny powiew wiatru ze świata, którego Bóg wie jak długo będzie pozbawiona. Jej palce obsunęły się w szczelinę między skrzynkami pelargonii a skrzynią ochronną. O mało co nie zwaliła jej na siebie. Z emocji aż odkaszlnęła, tak sucho zrobiło jej się w gardle. Znalazła kryjówkę!

Ogromnie ciężko było wyciągać wewnętrzną skrzynkę z pelargoniami, prawie przekraczało to jej siły. Gdyby nie uprawiała szermierki, nie jeździła konno, nie wzmacniała swoich mięśni systematyczną gimnastyką, chyba by się jej to nie udało. Zacisnęła zęby z tego niecodziennego wysiłku i niemal bezszelestnie wyjęła kwiaty i postawiła na podłodze. Wysypała całą zawartość torebki. Gdyby teraz ktoś wszedł, wszystko by przepadło, zaczynałaby swoje życie na pensji z ogromnym czarnym minusem i nigdy nie potrafiłaby go zmazać. Ale jeśli nikt jej nie przeszkodzi, to może się uda. Ponadto musi działać dokładnie, uważnie, bo jeśli się będzie spieszyć, to wszystko na nic. Układała obok siebie albumik ze zdjęciami wielkości notesu, ozdobny kalendarzyk z ołówkiem, małą portmonetkę, klucz w futerale, puderniczkę i srebrny grzebień, starając się, aby mniej więcej tworzyły równy poziom. Czoło zrosił jej pot, nim z powrotem wstawiła skrzynkę z pelargoniami. Teraz wszystkie przedmioty były tak dokładnie przykryte, jakby wcale ich tam nie włożyła. Serce biło jej szybko, prawie czuła ból.

Cofnęła się do progu i najpierw stamtąd, a później z coraz bliższej odległości obejrzała dokładnie skrzynkę: nie było żadnej dostrzegalnej zmiany. Tylko Gina wiedziała, z jakiego powodu jedna skrzynka z pelargoniami wystaje centymetr ponad skrzynię obitą blachą, ktoś inny jednak tego nie zauważy. A zatem udało się ukryć coś przed Zuzanną i magazynierką. Stała chwilę, czekając, aż serce jej się uspokoi, ale Mari Kis zawołała, że tyle czasu zwykle przeznacza się im na kąpiel, niech natychmiast wyjdzie, bo będzie awantura.

Kiedy Gina znalazła się na korytarzu, Mari dokładnie jej się przyjrzała i z dezaprobatą pokręciła głową. Obiecała, że jutro spróbuje ją sama uczesać, bo żadnej różnicy nie widać, warkocze są tak samo paskudnie splecione jak przedtem. Gina kołysała na ręku pustą niebieską torebkę, a gdy wróciły do sypialni, rzuciła ją na świeżo zasłane łóżko.

Torma wykładała papierem szufladki w nocnej szafce i stała odwrócona do nich plecami. Nie patrząc na przybyłe, zaczęła wypytywać nową koleżankę, jaką aktorkę widziała lub znała osobiście. Pytanie to podziałało niczym balsam na piekącą ranę, na chwilę złagodziło świeży smutek Giny. Przez dom cioci Mimó przewinęli się niejedna słynna aktorka i niejeden słynny aktor. Wymieniła takie nazwiska, że Torma zaprzestała swojej czynności, odwróciła się i z nabożeństwem patrzyła na Ginę.

Obecność Zuzanny zauważyły, dopiero kiedy przemówiła.

Niemożliwością było ustalenie momentu, w którym tu weszła, rozmawiały bowiem dość głośno, diakonisa zaś w swych pantoflach na wojłokowej podeszwie poruszała się bezszelestnie. Przez ramię miała przewieszoną regulaminową, dość dużą czarną torbę, na której wyhaftowane były biały tulipan i dwa białe liście. Torba zapinała się na dwa perłowe guziki.

– Zapomniałam wymienić ci torebkę – powiedziała Zuzanna. – Proszę, oddaj mi swoją.

Po raz pierwszy, od kiedy znalazła się w murach tej twierdzy, Gina miała ochotę się uśmiechnąć. Podała diakonisie niebieską torebkę, którą ta zaraz otworzyła i zlustrowała, ale nie znalazła w niej nic poza umyślnie zostawioną cienką batystową chusteczką w kropki. Nim odeszła, oznajmiła jeszcze Ginie, że jeśli potrzebne byłyby jej pieniądze – na tacę w kościele lub na cele misyjne – niech zwróci się do niej, ponieważ ojciec zdeponował dozwolone regulaminem roczne kieszonkowe.

Mari Kis chwyciła torbę i nisko się skłoniwszy, podała ją nowej koleżance.

– Oto wspaniała, najmodniejsza torebka na świecie! – zawołała. – Oto dzieło sztuki, ostatni krzyk mody, twór niedościgniony! – Przewiesiła ją Ginie przez ramię i wybuchnęła śmiechem.

Tutaj, w sypialni, okna zewnętrzne także miały matowe porowate szyby, ale w wewnętrznych szyby były normalne i j eśli włożyło się za nie coś ciemnego, to można było się przejrzeć jak w lustrze. Torma nie żałowała trudu, zdjęła fartuch i zaczepiła go od tyłu na szybie, niech Gina zobaczy, jaką zrobiono z niej piękność. W ramę okienną były wbite dwa gwoździe, dziewczęta widać postarały się, aby chociaż do pasa można się było tutaj przejrzeć, lustra w łazience bowiem ukazywały im tylko twarz. Gina, ujrzawszy siebie w całym pensjonarskim rynsztunku, przez chwilę niedowierzająco patrzyła na swoje odbicie, po czym ku swojemu największemu zdziwieniu roześmiała się głośno. Z okropnego czarnego opakowania wyłaniała się tyka o ciemnoblond, źle splecionych warkoczach, z torbą na ramieniu, taką jakie noszą włóczędzy, na szyi smętnie się kołysały zawieszone na tasiemce kluczyki.

– Nie bój się – pocieszała ją Mari Kis – nie jest tutaj tak źle. A właściwie jest bardzo źle, ale jednak można wytrzymać. Ogromnie dużo się śmiejemy.

– A teraz ze mną rozmawiaj – poprosiła blondynka – kiedy jeszcze nie jestem ukarana. Ja prawie bez przerwy jestem karana i wówczas nie wolno się do mnie odzywać, najwyżej w nocy, ale i wtedy nie jest to wskazane, ponieważ Zuzanna zawsze zjawia się nie wiadomo skąd, ma słuch jak zając.

– Dlaczego jesteś stale karana? – zapytała Gina. Torma miała bowiem tak miłą, spokojną twarzyczkę, że trudno było sobie wyobrazić, aby mogła się zachowywać niewłaściwie.

– To z miłości – wyjaśniła Mari Kis. – Nie bądźże taką gapą, przecież już powiedziałam, że jest bratanicą dyrektora, on jest jej opiekunem i podobnie jak Bóg tego karze, kogo kocha. No, chodźmy, bo w ciągu dnia nie wolno przebywać w sypialni, przeważnie siedzimy w świetlicy. Ale skoro nie ma jeszcze lekcji, może uda się namówić Zuzannę, aby pozwoliła nam wyjść do ogrodu.

Ruszyły w stronę świetlicy. Przez okna wpadały na korytarz promienie słońca. „Może – myślała Gina – może się przyzwyczaję. Przecież są tu nie tylko dorośli, lecz także dziewczęta. Koleżanki. A może i dorośli nie są wszyscy tacy sami. Może znajdzie się ktoś, kto choć troszeczkę będzie podobny do Marchelle”.

Zawieszone na jej szyi kluczyki od szafki na korytarzu i szuflady w stoliku uderzały o siebie, pobrzękując w rytm kroków. Był to słaby, zniekształcony dźwięk, podobnym dźwiękiem odpowiadały kluczyki Mari Kis i Tormy. Gina nie mogła się pogodzić z tym, że ma na szyi zawieszoną tasiemkę z kluczami. Przecież dostały torby. Dlaczego w nich nie mogą nosić kluczyków? Do czego więc te torby są im potrzebne?

– Klucz nie należy do zawartości torby – wyjaśniła Mari Kis. – W torbie należy nosić chusteczkę, dzienniczek i podwieczorek w ceratowym woreczku, który otrzymujemy przy śniadaniu. W czasie wycieczki możesz nosić w torbie wałówkę, a przez cały rok Biblię, psałterz i piórnik. Koniec, kropka. Kluczyk ma wisieć na szyi, tam jest jego miejsce. Zastępuje biżuterię.

Biżuteria. To słowo przypomniało jej mały księżyc, który Zuzanna jej odebrała, i to wspomnienie, jeszcze tak świeże, dotarło do jej świadomości jednocześnie z dźwiękiem, którzy zwrócił również uwagę dwóch pozostałych dziewcząt. Przez otwarte okno od strony ulicy Matuli dała się słyszeć jakaś melodia, potrójny głos klaksonu dolatujący z odległego szczęśliwego miasta, położonego dalej niż za siedmioma górami i lasami, i niosący jakby słowa ojca przeznaczone dla niej – Mała Gina. Mała Gina. Przez chwilę zdawało się jej, że ten głos przekomarza się z nią wesoło, ale potem, kiedy stał się głośniejszy, brzmiał coraz smutniej i Gina przycisnęła czoło do ściany, aby dziewczynki nie zobaczyły jej twarzy. Nie znała bowiem jeszcze na tyle ani czarnowłosej, ani blondynki, żeby odsłonić przed nimi swoje uczucia. Mała Gina… dolatywał z oddali dźwięk klaksonu, coraz cichszy i cichszy, aż w końcu zamilkł. Samochód generała wyjechał z ulicy Matuli. Teraz pewnie jest gdzieś w okolicy przysadzistego kościoła, a ona pozostała sama w tej twierdzy.

– No – odezwała się Mari Kis i łagodnie obróciła ją ku sobie, by jej spojrzeć w oczy. – Nie płacz, mówiłam już, że można tu wytrzymać. Zobaczysz, że będzie całkiem przyjemnie. Jeśli chcesz, to Piroska później coś wymyśli, żebyśmy się dobrze bawiły. Jej i tak jest wszystko jedno, i tak stale jest za coś karana.

Dziewczęta rzeczywiście były ogromnie miłe i kochane, ale mimo wszystko nie potrafiły jej rozweselić. Dawno już umilkł klakson samochodu, a mimo to ciągle jeszcze brzmiało w jej uszach: Mała Gina.

– Jutro będzie nabożeństwo z okazji inauguracji roku szkolnego, całe miasto będzie się na nas gapiło na ulicy i może uda się przedostać na chór kilku chłopcom – mówiła dalej czarnulka. – A później zacznie się rok szkolny i my wszystkie wyjdziemy za mąż. Ty również. A jeśli urodziłaś się w czepku, to być może wyjdziesz za samego świętej pamięci biskupa Matulę.

Było to coś tak dziwacznego, że Gina musiała się roześmiać.


4
Legenda o Abigél

Ogród był olbrzymi i Gina się ucieszyła, że pozwolono im tam spacerować do obiadu. Mari powiedziała, że one same pielęgnują kwiaty. Na pensji jest wprawdzie ogrodnik, ale dziewczęta muszą poznać i tę pracę, podobnie jak szycie, którego lekcje odbywają się w szwalni, i wszelkie inne możliwe na świecie zajęcia. Zdaniem dyrektora nie ma bowiem nic gorszego jak bezczynność – wszak droga do piekła wybrukowana jest godzinami gnuśności. A więc tutaj nie ma czasu na lenistwo, niech się Gina nie obawia. Kiedy odrobią lekcje, diakonisy przepytują je z zadanego materiału. Na pensji nie ma złej uczennicy, bo jeśli któraś jest tępa albo leniwa, wylatuje stąd na końcu roku jak z procy. Matula jest najbardziej surową szkołą na całej kuli ziemskiej. Kto przygotował zadanie pisemne i nauczył się ustnego, może ruszać do pracy w ogrodzie, kuchni albo szwalni, zależnie od tego, jaki otrzymał przydział. Może ewentualnie brać dodatkowe lekcje muzyki albo uczyć się jeszcze jednego obcego języka, skoro tego sobie życzą jacyś rodzice bez serca. Nawet nie trzeba za to płacić. Jeśli zaś komuś zostaje jeszcze trochę wolnego czasu, to może czytać, bo szkoła ma dużą bibliotekę, ale wolno również zajmować się robótkami ręcznymi lub zgłosić się na ochotnika do jakiejś potrzebnej w danej chwili pracy. Każdego dnia odbywają dwugodzinny spacer i jedną godzinę spędzają w sali gimnastycznej, obowiązkowo. Niech się więc Gina nie denerwuje, nudzić się na pewno nie będzie.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com