Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia - Ulrich Schnabel - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia ebook

Ulrich Schnabel

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 292 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 49 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia - Ulrich Schnabel

Kolejna książka z cyklu: o tym trzeba wiedzieć.Nic nie robić bez poczucia winy? Czy to w ogóle jeszcze możliwe? W dzisiejszym świecie, który nam tyle oferuje? W czasach kiedy społeczna presja, by osiągać w życiu wciąż „więcej i więcej”, jest tak silna?

O tym, że umysł i dusza potrzebują ciszy, chwil jałowego biegu, zwykłej bezczynności, filozofowie wiedzą już od dawna, a od pewnego czasu prawdę tę odkrywa także nauka. W społeczeństwie przyśpieszenia i permanentnej komunikacji wszystkich ze wszystkimi chwile wytchnienia są niezwykle cenne. Ulrich Schnabel uświadamia nam na nowo, że od słodkiego nicnierobienia zależy nie tylko nasza kreatywność i pomysłowość – to także szansa, aby poznać samych siebie, odnowić swoją siłę woli. Przyznaje, że nie jest łatwo uwolnić się od nacisków otoczenia, które oczekuje, że nieustannie będziemy dyspozycyjni, skoro to możliwe. Dlatego stara się udzielić czytelnikowi jak najlepszej rady w sprawie leniuchowania. Czy okaże się pomocna? Czy dzięki książce rozpoznamy dręczące nas problemy? Przekonajmy się o tym sami.

Opinie o ebooku Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia - Ulrich Schnabel

Cytaty z ebooka Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia - Ulrich Schnabel

Bardzo prosta medytacja oddechowa Proszę przeznaczyć na to dokładnie ustalony czas (na początek wystarczy pięć lub dziesięć minut). Proszę usiąść po prostu wygodnie na krześle lub na poduszce medytacyjnej, tak żeby
brzuch był luźny. Proszę zrobić dwa głębokie wdechy i wydechy i poczuć, jak oddech wpływa i wypływa – ale bez jego kontrolowania. Teraz proszę skierować swoją uwagę na wydechy, spokojnie wypuścić powietrze i odprężyć się przy tym. Pod koniec wydechu proszę nic nie robić – tak długo aż wdech nadejdzie sam z siebie. Kiedy płuca wypełnią się do pewnego stopnia, proszę ponownie, powoli
i świadomie, zrobić wydech – i tak dalej. Jeżeli do waszej świadomości będą docierały zakłócające myśli lub odgłosy, to proszę przyjąć je po prostu do wiadomości, a następnie uwolnić. W przeciągu tych pięciu czy dziesięciu minut myśli są po prostu nieważne (później można spokojnie do nich powrócić). Zamiast zajmować się nimi, koncentrujemy
Proszę rozkoszować się tym, jak powietrze, bez waszego udziału, wpływa i wypływa. Przynajmniej jest to jedna z rzeczy, o którą nie musicie się martwić! Nieważne, jak dobrze czy też źle potraficie się skoncentrować, proszę nie stresować się niepotrzebnymi ambitnymi celami czy oczekiwaniami. Nie chodzi o to, żeby coś osiągnąć, lecz właśnie o nieosiąganie. Kiedy ustalony czas minie, możemy
pogratulować sobie z okazji pierwszego doświadczenia z medytacją. Proszę wprowadzić to małe ćwiczenie na stałe do swojego rozkładu dnia, na przykład rano, zaraz po wstaniu z łóżka albo wieczorem, przed położeniem się spać, i proszę obserwować, czy i co się zmienia. Życzę wiele przyjemności!
Bez względu na to, jak fascynujące mogą się jawić na początku nowy luksus, stawienie czoła wyzwaniu czy też nowa miłość, z biegiem czasu przyzwyczajamy się do największego nawet szczęścia. Przyjmujemy je za coś oczywistego i szybko zaczynamy dążyć do poprawy naszej sytuacji.
stwierdził, że nieustanne surfowanie w Internecie, „czytanie i pisanie e-maili, skanowanie tytułów i wpisów na blogach, oglądanie filmów wideo i słuchanie podcastów oraz przeskakiwanie z linku na link” radykalnie zmieniły sposób jego myślenia [9] . Wcześniej potrafił na całe godziny zatopić się w książce. „Teraz moja koncentracja słabnie już po dwóch, trzech stronach. Robię się niespokojny, tracę wątek i zaczynam się zastanawiać, co mógłbym jeszcze poza tym robić”. Kiedyś czuł się jak nurek głębinowy w morzu słów. „Dzisiaj prześlizguję się tylko po powierzchni jak na skuterze wodnym”.

Fragment ebooka Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia - Ulrich Schnabel











URLICH SCHNABEL

SZTUKA
LENIUCHOWANIA
O SZCZĘŚCIU NICNIEROBIENIA


Tytuł oryginału: Muße: Vom Glück des Nichtstuns

Projekt serii: Maciej Sadowski

Projekt okładki: Karolina Michałowska-Filipowicz

Redaktor serii: Halina Hałajkiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Aleksandra Bednarska

© 2010 by Karl Blessing Verlag, München

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH,

München, Germany. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Viktor Grotowicz

ISBN 978-83-7758-656-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I


Dla Karo i Hannah


Proszę się odprężyć.
To jest prawdopodobnie najlepsze,
co możecie Państwo zrobić dla ratowania świata.

FRED LUKS,

ekonomista, ekspert w dziedzinie gospodarki ekologicznej


Kilka słów dla tych,
którzy nie mają czasu

Tę książkę czytać można na dwa sposoby. Jeżeli sądzicie Państwo, że nie macie czasu do stracenia, to po prostu przejdźcie do ostatniej strony i zacznijcie lekturę od końca. Znajdziecie tam streszczenie wszystkich najważniejszych tez i zaleceń, coś w rodzaju hand-out dla menedżerów w wiecznym pośpiechu, którzy w drodze na kolejne lotnisko (do następnego awansu, do kolejnego burn-out) chcą jeszcze zdążyć przeczytać o tym, dlaczego szybkie działanie nie zawsze przynosi zamierzony efekt, a nicnierobienie ma niekiedy nieocenioną wartość.

Gdyby jednak ten pomysł nie przypadł Wam do gustu, przeczytajcie tę książkę w stary, wypróbowany sposób – od początku do końca. Dzięki temu, po pierwsze, nie stracicie wielu dających do myślenia przykładów i anegdot; po drugie, dacie swemu umysłowi dość czasu na to, by naprawdę przyswoił zawarte w niej informacje, i wreszcie po trzecie, zechcecie być może zacząć od zaraz praktykować to, co ona propaguje, mianowicie sztukę rezygnacji z pośpiechu, niepoddawania się presji czasu (nawet tej, której ulegamy na własne życzenie).

Czytając w ten sposób, macie też Państwo szansę dostrzec, iż ta książka to coś więcej niż tylko swoisty duchowy wygaszacz ekranu, który ma chronić Wasz zestresowany monitor przed przepaleniem. W najlepszym razie może się ona stać siłą napędową i kreatywnym wzmacniaczem Waszych własnych idei, a gdybyście przypadkiem wpadli na pomysły lepsze niż te zaprezentowane przez autora, wtedy spełniłaby wszystkie pokładane w niej nadzieje.

Jeżeli jednak po zakończeniu lektury z ulgą odłożycie ją na bok w przeświadczeniu, że nie potrzebujecie żadnych nowych zasad i reguł – tym lepiej. W sumie, tak czy owak, życzę Państwu przyjemnej lektury.

Ulrich Schnabel


Wprowadzenie
Dieta w sferze myślenia

Nie owijajmy w bawełnę i przejdźmy od razu do sedna…

– Jedną chwileczkę, dzwoni moja komórka…

Tak więc, jak mówiłem, w tej książce chodzi o to, że nieustannie jesteśmy rozpraszani i nie możemy skupić się na sednie sprawy, a więc na tym, ech, co jest dla nas najważ…

– Sorry, przyszedł listonosz…

O czym to mówiliśmy? Ach tak, o sednie. W każdym razie dlatego, że nieustannie jesteśmy w sieci, mamy połączenie ze wszystkimi i wszystkim, że nieustannie nam przerywają…

– Chwileczkę, dostałem ważny mail, tylko sprawdzę…

Przepraszam. Tak więc, ponieważ nieustannie nam przerywają, tak trudno o spokojną chwilę, nie, pardon: tak trudno o chwilę spokoju, a mówiąc dokładniej, o moment koncentracji, tego, no, skupienia… Chwileczkę, o czym była mowa?

To, co najważniejsze: czy państwo także macie uczucie, że nieustannie coś wam przecieka przez palce, że waszym życiem rządzi zamęt? Czy czujecie się podobnie jak my, dziennikarze, kiedy każdego poranka rzucamy się w zalewający nas potok informacji, przebijamy przez setki e-maili, nurkujemy w sieci, googlując i klikając, telefonujemy w przerwie potrzebnej na nabranie oddechu, a wieczorem zadajemy sobie pytanie, co właściwie robiliśmy przez cały ten dzień? Mimo wszystko istnieje przynajmniej jedno pocieszenie: nie jesteście sami.

Stan permanentnego zamętu, niczym wirus grypy, rozpowszechnia się w naszym społeczeństwie. Cierpimy na nadmiar wrażeń i poczucie nieustannego przeciążenia – a mimo to łakniemy szybszych połączeń internetowych i jeszcze wydajniejszych telefonów komórkowych. Jesteśmy ciągle online i w każdym momencie osiągalni – a jednocześnie boimy się nieustannie, że coś przegapimy i pozostaniemy w tyle. Czujemy, jak nasz czas permanentnie się kurczy, i tęsknimy za tym, aby choć trochę poleniuchować – a jednocześnie niczego bardziej się nie lękamy jak właśnie bezczynności i nudy.

Sto lat temu wszystkich nas zdiagnozowano by prawdopodobnie jako neurasteników: ludzi o osłabionych nerwach, uwięzionych w paranoicznej nadaktywności i nieustannym pędzie do przodu, który nigdy nie pozwala osiągnąć celu. Tak jak na przełomie XIX i XX wieku teoretycy rozwoju społecznego zapowiadali „epokę nerwowości”, dziś można by mówić o nadejściu epoki rozprzestrzeniających się błyskawicznie zaburzeń uwagi. Wyniki sondaży pokazują jak bardzo rozpowszechniony jest teraz fenomen poczucia niepokoju. Kiedy Instytut Badań Opinii Publicznej w Allensbach w 2009 roku zapytał Niemców, co w swoim sposobie bycia zmieniliby najchętniej, ci w większości odpowiedzieli, co jest równie oczywiste jak rozpaczliwe, że chętnie byliby „dużo spokojniejsi”[1]. Według Instytutu Forsa sześćdziesiąt siedem procent współobywateli za największy wyzwalacz stresu uznało „nieustanny pośpiech i niepokój”[2], a wśród ich noworocznych postanowień na pierwszym miejscu znalazło się dążenie do „unikania stresu” oraz zyskania „więcej czasu dla rodziny i przyjaciół”[3].

To poczucie nieustannego zagonienia nie jest rzecz jasna specjalnością tylko niemiecką. Także sondaże przeprowadzane na terenie całej Europy potwierdzają, jak bardzo ludzie czują się zestresowani. Prawie pięćdziesiąt procent badanych twierdzi, że przez co najmniej połowę swojego czasu musi pracować „bardzo szybko”[4], a w każdym kolejnym sondażu coraz więcej ludzi skarży się na rosnące tempo pracy i nad wyraz krótkie terminy jej wykonywania[5].

Nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, iż dla większości ludzi cierpienia wywołane brakiem czasu stanowią największe zło życia w nowoczesnym społeczeństwie. Nieważne, czy chodzi o uprawiających wolny zawód, pracujących na własny rachunek czy pracowników etatowych, menedżerów, polityków czy naukowców – wszystkich ich łączy wrażenie pozostawania pod permanentnym naciskiem bilansów kwartalnych, sondaży klasyfikacyjnych, wskaźników wzrostu produkcji, a także niemożności złapania oddechu. Zamiast dać się porwać każdorazowym działaniom i w najlepszym razie doznać flow, stanu uskrzydlenia wywołanego koncentracją na procesie twórczym, coraz częściej czujemy się rozkojarzeni, kierowani z zewnątrz i w jakimś sensie jedynie na wpół obecni. Tracimy przy tym nie tylko możliwość spokojnego zastanowienia, zdolność do koncentracji i efektywnej pracy, lecz także coś o wiele bardziej zasadniczego: możność przeżycia teraźniejszości i doznania tym samym poczucia wartości własnego życia, które zawsze dzieje się jedynie tu i teraz, nigdy zaś we wspomnieniach z dnia wczorajszego czy w planach na jutro.

To, że człowiek nie żyje jedynie ambitnymi czynami, na przestrzeni stuleci zrozumiało wielu mądrych ludzi. O znaczeniu czasu, który nie służy wyłącznie zarabianiu na kawałek chleba, nieustannie mówią religie, a współczesne badania naukowe potwierdzają dobitnie słuszność tej liczącej kilka stuleci mądrości. Mimo to jakoś się jednak odzwyczailiśmy od „celebrowania każdej wolnej chwili”, jak określano to w minionych spokojnych czasach, a deficyt ten rozpościera się już na wszystkie obszary życia.

Przyszło nam bowiem egzystować, jak ustalili socjolodzy, w „społeczeństwie przyśpieszenia”, w którym poczucie zagonienia stało się czymś permanentnym; osiągnięcia stawiane są ponad wszystko, a nicnierobienie czy pozbawione jakiegokolwiek celu próżniactwo uważane są za nieproduktywne marnowanie życia.

Człowiek często uświadamia sobie konsekwencje takiej postawy w momencie, gdy już jest za późno. Kiedy Arenda Oetkera, jednego z przedsiębiorców niemieckich odnoszących ogromne sukcesy zawodowe, zapytano co było „największym błędem” jego życia, ten odpowiedział tyleż szczerze co zaskakująco: „Zbyt mało czasu dla przyjaciół”. A kiedy zadano mu pytanie, na jaki „całkowicie zbyteczny luksus” najchętniej by sobie pozwolił, Oetker zamarzył o „kontemplowaniu w spokoju przyrody” i przyglądaniu się w ogrodzie przy domu swoich rodziców, „jak drzewa odbijają się w tafli stawu”[6].

Z powodu niemożności odpoczywania cierpią jednakże nie tylko tkwiący w kieracie własnej pracy i odnoszący sukcesy menedżerowie, lecz – paradoksalnie – także ci, którzy stracili pracę, zostali odsiani, stali się bezrobotni, przymusowo zredukowani. Ci ludzie mają nagle do dyspozycji mnóstwo wolnego czasu. Jest to jednak czas, który wydaje im się teraz pusty, pozbawiony wartości, nienadający się do niczego. W społeczeństwie ukierunkowanym na sukces, w którym liczy się przede wszystkim wzrost ekonomiczny, konsumpcja i maksymalizacja osobistych doznań, nicnierobienie to gorzki przywilej.

Udział różnych chorób w liczbie wczesnych emerytur w Niemczech. Obecnie pracownicy przechodzą na taką emeryturę najczęściej z powodu chorób psychicznych; odsetek osób cierpiących na te schorzenia dawno już przewyższył wcześniejsze przyczyny, takie jak schorzenia mięśniowo-kostne czy choroby serca i układu krążenia.
Źródło: Deutsche Rentenversicherung

W ten sposób zaczynamy sobie stopniowo uświadamiać, iż za podleganie nieustannemu stresowi oraz wyznawanie logiki osiągania „zawsze więcej i więcej” płacimy wysoką cenę. Na płaszczyźnie indywidualnej są to wszelkie możliwe przypadłości psychosomatyczne – od szumów usznych poprzez zaburzenia snu, apetytu lub trawienia aż do błyskawicznie postępującego i coraz bardziej rozprzestrzeniającego się syndromu modnego wśród zestresowanych ludzi sukcesu wypalenia zawodowego (burn-out). Według firmy ubezpieczeń zdrowotnych DAK liczba zachorowań na choroby psychiczne będące przyczyną nieobecności w miejscu pracy prawie się podwoiła w ostatnim dziesięcioleciu[7]. Podobnie alarmujące zjawisko pojawia się również w grupie wczesnych emerytów w Niemczech (zob. wykres).

Nic dziwnego, iż Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zaliczyła stres wywoływany ciągłym przeciążeniem w pracy zawodowej do „największych zagrożeń zdrowotnych XXI wieku”[8]. Za ten stres płacimy nie tylko jako jednostki, ale także jako społeczeństwo: wszyscy razem musimy ponosić konsekwencje wzrostu gospodarczego tak dynamicznego, że stawia naszą planetę na krawędzi zachwiania równowagi ekologicznej i grozi wymknięciem się spod kontroli.

Najlepszym tego przykładem może być globalny kryzys bankowy, finansowy i gospodarczy, który od 2007 roku spędza sen z powiek rządom na całym świecie. Kryzys ten nie jest w zasadzie niczym innym jak „awarią przyśpieszenia” w sytuacji, kiedy szybkość transakcji finansowych nieustannie rośnie, a realna produkcja, tak samo zresztą jak mechanizmy regulacji politycznych, pozostaje w tyle – aż do chwili, gdy dochodzi do załamania. Mniej spektakularne, ale na dłuższą metę być może bardziej niebezpieczne, jest postępujące zagrożenie podstaw naszej egzystencji: wyniszczające połowy ryb, zmiany klimatyczne, wyczerpywanie się nośników energii i zasobów naturalnych oraz inne zjawiska o podobnych skutkach. Zagrożenie to w sposób drastyczny pokazuje nam granice systemu gospodarczego opartego na nieograniczonym wzroście oraz coraz szybszym obiegu dóbr, pieniędzy i wytworów umysłu.

Przekonanie, iż dalej tak być nie może, pogłębia się nawet wśród tradycyjnie konserwatywnych ekonomistów. „Dobrobyt bez wzrostu gospodarczego” – tak brzmi hasło propagowane na przykład przez Meinharda Miegla, byłego kierownika Instytutu do spraw Gospodarki i Społeczeństwa, a obecnie przewodniczącego Fundacji Odnowy Kulturalnej (Denkwerk Zukunft). Stabilność procesów gospodarczych stopniowo staje się pojęciem dominującym także dla innych ekspertów; nawet politycy zaczynają dostrzegać konieczność opracowania nowych modeli gospodarczych ukierunkowanych nie tylko na permanentny wzrost.

Aby znaleźć siły niezbędne do takiej zmiany kierunku potrzebujemy jednak tego właśnie, czego najbardziej nam brakuje: spokoju i czasu. Spokoju, by móc rozwinąć nowe idee; czasu – by przewartościować nasze konwencjonalne wzorce zachowań i wypróbować alternatywy, i to zarówno w naszym życiu osobistym, jak i w wielkiej polityce.

Jak ważne są okresy takich przerw na refleksję, pokazuje niedawny kryzys finansowy: bardzo pomocne w trakcie niezbędnej natychmiastowej stabilizacji podupadającego Hypo Real Estate okazało się to, że zamknięcie giełd na dwa dni w tygodniu zatrzymało, przynajmniej na krótko, obieg papierów wartościowych. Na początku października 2008 roku, kiedy kurs akcji tego banku gwałtownie spadał, dzień wolny od pracy – niedziela – dał moment oddechu niezbędny po to, aby za pomocą miliardowego pakietu ratunkowego uchronić Hypo Real Estate, choćby tymczasowo, przed bankructwem. Kiedy giełda w poniedziałek otworzyła ponownie swoje podwoje, bank był już stabilny, dzięki czemu udało się zapobiec totalnej katastrofie kursów giełdowych[1].

Tak więc przerwa w codziennym dążeniu do „więcej i więcej” nie jest czasem straconym. Wręcz przeciwnie: taki dystans do powszechnego zagonienia jest warunkiem przeżycia. W takim samym stopniu dotyczy to wydarzeń na giełdzie, jak i naszej psychiki. Naukowcy stwierdzili już, iż mózg potrzebuje nieustannie faz bezczynności, a przełączanie naszego umysłu na jałowy bieg jest niezbędne dla zachowania duchowej równowagi.

W dużej mierze oduczyliśmy się już wspaniałej sztuki nicnierobienia. Przekonanie, że z lenistwa biorą swój początek wszelkie inne wady, tak bardzo już się zakorzeniło, że nawet słowu przydaliśmy kontekst wyłącznie pogardliwy. Większy społeczny szacunek otacza zestresowanego karierowicza (choćby nie wiem jak bezsensownie żonglował środkami finansowymi) niż skromnego, radzącego sobie w życiu człowieka, któremu także bez bogactwa udaje się być szczęśliwym. Czcimy aktywność samą w sobie, nie pytając o to, czy w szerszej pespektywie jest ona korzystna czy też raczej szkodliwa dla innych ludzi. Za wskaźnik szczęśliwości określonego społeczeństwa uznajemy produkt narodowy brutto – tak jakby liczba sprzedanych, skonsumowanych i wyrzuconych na śmietnik dóbr mogła być oznaką wewnętrznego zadowolenia tych, którzy żyją wśród tej góry towarów. Za zaletę uznajemy to, że nowe urządzenie elektroniczne, na przykład iPad Apple, ma jeszcze więcej możliwości, udostępnia nam jeszcze więcej kanałów informacyjnych – tak jakby zawsze chodziło tylko o więcej informacji bez względu na ich jakość.

To zadziwiające, że z naszym ciałem już od dawna obchodzimy się o wiele lepiej i mądrzej niż z psychiką. Niezliczone poradniki dietetyczne pouczają nas, aby zachowywać umiar w jedzeniu, przeprowadzamy różne kuracje wiosenne i jesienne, kontrolujemy nasz body-mass-index oraz jakość pożywienia, a także oburzamy się, gdy na ladzie sklepowej pojawi się nieświeże mięso. Jednakże to samo, co w odniesieniu do jedzenia już jest common sense, zdaje się nie dotyczyć tego, jak obchodzimy się z informacjami. Na tym polu oddajemy się niepohamowanemu obżarstwu, napychamy nasz mózg wieloma fałszywymi bądź nieważnymi danymi i nawet nie przyjdzie nam do głowy, że ów biedny służący do myślenia narząd wszystko to musi przetrawić, a przecież tak jak każdy inny organ potrzebuje czasu na regenerację. I dziwimy się później, dlaczego czujemy się tak wypaleni psychicznie, dlaczego naprawdę ważne zadania tracimy często z pola widzenia.

Moja książka ma być zatem czymś w rodzaju dietetycznego poradnika dla sfery psychiki. Ma pomóc utrzymać kontakt z tym, co najważniejsze, oraz zaszczepić kulturę pielęgnacji tego, co niegdyś nazywane było leniuchowaniem. Owo „powstrzymanie się od interesów lub targów”, jak słownik Grimma definiuje leniuchowanie, dzisiaj przez wielu jest utożsamiane z wyłączeniem aktywności z powodu zmęczenia (najczęściej z czasem spędzanym przed telewizorem). Tymczasem oznacza ono coś zupełnie innego – to są te godziny, kiedy mamy poczucie, że jesteśmy panami swojego czasu, kiedy zamiast gonić za pieniędzmi, karierą czy sukcesem, staramy się dotrzeć do samych siebie i swojego przeznaczenia. Nie sprowadza się więc wyłącznie do odprężonego nicnierobienia. Leniuchujemy w trakcie różnych form aktywności: podczas inspirujących rozmów, gry, która całkowicie nas pochłania, wędrówek lub muzykowania, a nawet pracy. Krótko mówiąc, w tych momentach, które mają wartość same w sobie i nie poddają się nowoczesnej logice oceniania.

Nie trzeba przy tym posuwać się tak daleko jak antyczni filozofowie; dla nich czas wolny oznaczał przygotowanie się do „boskiego oglądu istoty rzeczy”. Wolne chwile, dobrze przeżyte, były „momentem w wieczności”, stąd też w antycznej Grecji także prawdziwym celem życia[9]. Tego, dla kogo brzmi to zbyt górnolotnie, przekonać powinien argument, iż potrzebujemy okresów spokoju i odosobnienia zarówno dla naszej duchowej równowagi, jak i dla rozwoju naprawdę nowych idei. Z tego właśnie powodu francuski poeta Saint-Pol-Roux wieszał na drzwiach tabliczkę: „Poeta przy pracy”, kiedy udawał się na poobiednią drzemkę. Wiedział bowiem, że twórcze pomysły najczęściej przychodzą nam do głowy wtedy, gdy nie usiłujemy ich wymyślić za wszelką cenę[10]. I nie dotyczy to, rzecz jasna, tylko poezji. Dzieje zachodnioeuropejskich prądów intelektualnych pokazują, iż wielkie idee zrodziły się podczas leniuchowania.

Do legendy przeszły okoliczności odkrycia teorii grawitacji przez Isaaca Newtona: zapładniająca idea objawiła się fizykowi nie w gabinecie, kiedy pochylał się nad swoją pracą naukową, lecz w przydomowym ogrodzie, kiedy siedział pod drzewem i obserwował wiszące jabłko (to, że spadło mu ono na głowę, nie jest udowodnione). Innym wielkim myślicielom najlepsze pomysły przychodziły do głowy we śnie, podczas leniwego wylegiwania się w łóżku, na plaży lub podczas wędrówek (wygląda na to, iż zwłaszcza myślenie filozoficzne bywa szczególnie pobudzone w trakcie chodzenia).

Oczywiście genialne przebłyski poprzedza zazwyczaj okres intensywnego studiowania i rozmyślania. Mało które olśnienie spada z nieba, nadal bowiem aktualne jest twierdzenie króla wynalazców Thomasa Edisona, iż geniusz to wynik „jednego procenta inspiracji i dziewięćdziesięciu dziewięciu procent transpiracji”. Jeżeli jednak tego jednego procenta inspiracji zabraknie, to pot, najbardziej nawet obficie wylany, nie pomoże. Decydujący przełom często przychodzi wtedy, gdy się go najmniej oczekuje, a myślenie racjonalne jest czymś zupełnie innym zajęte.

To, że istnieje związek między (pozorną) bezczynnością i prawdziwą zdolnością do osiągnięć, demonstrują nam także zwierzęta. Każdy, kto obserwował kiedyś kota, wie, o czym mowa. Koty, na swój sposób, są prawdziwymi mistrzami relaksu – z błogim oddaniem potrafią godzinami wylegiwać się na kanapie. Ale gdy tylko coś zaabsorbuje ich uwagę (odgłos myszy lub znany dźwięk otwieranej puszki z jedzeniem), w jednej sekundzie stają się czujne i całkowicie skoncentrowane.

W naszych nowoczesnych burzliwych czasach sztuka całkowitego wyłączania się, odprężonego nicnierobienia powoli wymiera. Robimy wszystko, aby tylko nie zastygnąć w bezruchu w myśl niewypowiedzianej dewizy. „Bezczynność to regres”, jak wpajają nam doradcy ekonomiczni. Albo: „Kto przestaje płynąć pod prąd, ten zostaje zniesiony z nurtem”. Powstaje jednak pytanie, o jakim prądzie jest tutaj mowa. Czy rzeczywiście chodzi o rzekomą skłonność do lenistwa, która powinna być nieustannie zwalczana? A może powinniśmy raczej już dzisiaj zacząć trenować przeciwstawianie się wszechobecnemu dążeniu do ślepego działania dla samego działania?

Gdyby zapytać o to lekarzy, odpowiedź byłaby jednoznaczna. „W epoce bycia online obserwujemy, że wielu ludzi traci zdolność do przejścia, psychicznie i duchowo, w offline, to znaczy do wyłączenia się”, jak twierdzi Götz Mundle, psychoterapeuta i kierownik medyczny Oberbergklinik, gdzie leczone są przede wszystkim takie zaburzenia, jak uzależnienie, wypalenie i depresje. Większość pacjentów, twierdzi Mundle, w ogóle nie zauważa, ile, z powodu stresu, kosztuje ich nieustanna koncentracja i gotowość do komunikowania się. „Wszyscy wiemy, że w trakcie pracy biurowej potrzebujemy rekompensaty w postaci fizycznego wysiłku, dlatego też uprawiamy fitness. Tylko niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że również masowy napływ informacji musi zostać przepracowany psychicznie”. Obecnie jednak ludzie nierzadko czują się niezdolni do podjęcia takiego wysiłku. „Problem naszych pacjentów nie polega na niemożności osiągania wybitnych sukcesów. Wręcz przeciwnie, problemem jest nieumiejętność wyłączenia się i nicnierobienia”[11].

Wielu lekarzy i terapeutów podobnie jak Mundle jest przekonanych, że pojawianie się coraz to nowych mediów rodzi potrzebę szukania nowych dróg radzenia sobie ze stresem i form odprężenia, że kto chce być online, ten musi umieć aktywnie znaleźć się offline. Wskazaniu takich dróg i strategii poświęcony jest jeden rozdział tej książki. Oczywiste jest jednak także, iż w licznych sytuacjach same indywidualne porady niewiele zdziałają. Na tym bowiem polega błąd wszystkich tych poradników zarządzania własnym czasem, które sugerują, iż powszechny brak czasu to problem jedynie osobisty, i ten, kto nie potrafi go przezwyciężyć, sam jest sobie winien, co w konsekwencji jeszcze bardziej naraża na stres nas wszystkich.

A przecież wszechobecne zagonienie już dawno stało się problemem kolektywnym, który ma wiele źródeł – postęp techniczny, przemiany społeczne, globalizacja i nowe religijne wyobrażenia. Poczucie braku czasu jest w pewnym sensie cechą charakterystyczną nowoczesnego społeczeństwa przyśpieszenia, które utrzymujemy przy życiu wszyscy, wspólnymi siłami. Stąd wszelkie dobre rady ignorujące ten aspekt problemu na dłuższą metę muszą okazać się zawodne.

Jednego z najbardziej jaskrawych tego przykładów dostarcza specjalistka z dziedziny nauki o komunikowaniu Miriam Meckel, która jak mało kto zna problemy nowoczesnego społeczeństwa przyśpieszenia. W 2007 roku napisała mądrą książkę Das Glück der Unerreichbarkeit [Szczęście nieosiągalności], gdzie zaprezentowała codzienny stres wynikający z nawału terminów oraz permanentnej komunikacji, i z naciskiem zalecała swoim czytelnikom planowanie zawsze przerwy na odpoczynek i skuteczny relaks. Wszystko to brzmiało jak najbardziej przekonująco – jednakże trzy lata później sama Meckel udowodniła, iż tego typu porady niewiele mogą zdziałać. W 2010 roku ta kobieta sukcesu, która w wieku trzydziestu jeden lat została najmłodszą niemiecką profesorką, później rzeczniczką rządu i podsekretarzem stanu, a dzisiaj wykłada na Uniwersytecie Szwajcarskim w St. Gallen, opublikowała książkę Brief an mein Leben – Erfahrungen mit einem Burnout [List do mojego życia – doświadczenia z wypaleniem]. Opisała, jak przydarzyło jej się dokładnie to, przed czym ostrzegała w swojej pierwszej książce: kiedyś, kiedy po raz kolejny musiała odpowiedzieć na zalew e-maili, spakować walizkę na kolejną konferencję i myśleć o tysiącu rzeczy naraz, doznała prawdziwego załamania. Jej ciało odmówiło posłuszeństwa, nie była w stanie nic robić[12].

W historii Meckel godne uwagi jest nie tylko to, że mimo swego doskonałego rozeznania nie potrafiła uniknąć pułapki sukcesu, którą tak dokładnie opisała; równie interesujące jest to, że jej książka z miejsca stała się bestsellerem, a samej autorce przysporzyła (choć już była ona w centrum uwagi publicznej jako partnerka życiowa prezenterki telewizyjnej Anne Will) dodatkowej popularności. Z niejakim cynizmem można by powiedzieć: Meckel udowodniła, iż nawet burn-out można przekuć w sukces.

Wypalenie jest jedynym cierpieniem duchowym, „którym ludzie chętnie chwalą się publicznie”, jak napisał magazyn „Focus”[13]. „Szczególnie w szeregach prominentów i półprominentów do dobrego tonu, jak się wydaje, należy wyjawianie tego faktu”. Ten, kto jest wypalony, udowodnił przynajmniej, że był wcześniej do jakiejś sprawy bardzo zapalony, jak mówi popularny stereotyp. A przecież zaburzeniom związanym z wyczerpaniem towarzyszą często poważne choroby, takie jak stany lękowe i depresje, które mogą doprowadzić – tak się stało z bramkarzem Robertem Enkem – nawet do samobójstwa.

Co najbardziej w tym problematyczne, wypaleniu często towarzyszy zaprzeczenie: dotknięta nim osoba wcale nie chce go uznać za „prawdziwą chorobę”. Woli uważać, że to jedynie przejściowy stan osłabienia i najlepiej będzie „wziąć się w karby”. Kto chce wiedzieć, czy jest kandydatem do wypalenia, powinien przeprowadzić test, który opracował hamburski lekarz Michael Stark.

Czy jestem kandydatem do wypalenia (burn-out)?

Proszę przez tydzień odpowiadać każdego dnia na następujące dziesięć pytań i oznaczać odpowiedzi czerwonym lub zielonym krzyżykiem.

Pon. Wt. Śr. Czw. Pt.

W jakim nastroju obudził/a się Pan/Pani?

wypoczęty (zielony), zmęczony (czerwony) ——————————

Czy poranek spędził/a Pan/Pani spokojnie,

mając np. czas na zrobienie śniadania?

tak (zielony), nie (czerwony) ——————————

Czy w ciągu dnia robił/a Pan/Pani krótkie

przerwy, aby np. w spokoju zjeść obiad?

tak (zielony), nie (czerwony) ——————————

Czy palił/a Pan/Pani więcej niż zwykle?

tak (zielony), nie (czerwony) ——————————

Czy w ciągu dnia lub po pracy miał/a

Pan/Pani trochę ruchu?

tak (zielony), nie (czerwony) ——————————

Czy miał/a Pan/Pani problemy z trawieniem?

tak (zielony), nie (czerwony) ——————————

Czy zdarzyła się Panu/Pani w tym dniu

jakaś stresująca sytuacja?

tak (zielony), nie (czerwony) ——————————

Czy po pracy zrobił/a Pan/Pani świadomie

coś relaksującego (np. sauna, sport, kino)?

tak (zielony), nie (czerwony) ——————————

Czy dzisiaj miał/a Pan/Pani

wystarczająco dużo czasu dla siebie?

tak (zielony), nie (czerwony) ——————————

Czy przed snem musiał/a Pan/Pani

wziąć tabletki lub spożyć alkohol?

tak (zielony), nie (czerwony) ——————————

Wynik: ci, którzy przy pięciu lub sześciu pytaniach postawili czerwony krzyżyk, mają pierwsze objawy wypalenia. Przy siedmiu (lub więcej) odpowiedziach z czerwonym krzyżykiem powinni państwo zasięgnąć porady lekarza.

Źródło: Michael Stark/Das Gesundheitshaus (www.prof-stark.de/)

Moja książka ma nie tylko uchronić państwa przed wypaleniem, lecz także pomóc przeanalizować przyczyny odczuwalnego wszędzie przyśpieszenia.

Dlatego rozdział pierwszy poświęcony jest paradoksowi polegającemu na tym, że pozornie czasu mamy coraz mniej, choć pojawiają się nieustannie nowe rozwiązania techniczne, które pozwalają nam go zaoszczędzić. Gdzież jest zatem cały ten uzyskany czas wolny? Dlaczego nowe metody zarządzania czasem wprawdzie prowadzą do większej wydajności, ale nie dają poczucia spokoju? I jak należy wyjaśnić fakt, iż postęp techniczny, ze swoimi różnorodnymi opcjami i możliwościami wyboru, naraża nas na stres, zamiast nam ułatwiać życie?

W rozdziale drugim omawiam sposób, w jaki najlepiej możemy podołać wyzwaniom wynikającym z nowoczesnego zalewu informacji. Opisuję, jak Internet, smartfony i nieustanna wymiana e-maili odmieniają sposób naszego myślenia, jak nasz mózg reaguje na ten ogrom bombardujących nas bodźców oraz w jaki sposób wpływa to na naszą siłę woli i zdolność do samokontroli. Piszę tu także o sztuce przełączania się z takiego zewnętrznego sterowania na samokontrolę.

Zalety nicnierobienia wymienione są w rozdziale trzecim. Jak wynika z badań naukowych, takie pozornie nieproduktywne umiejętności jak sen, marzenia na jawie, medytacja posiadają zaskakujące właściwości. Okazuje się także, iż fazy incydentalnej bezczynności są niezbędne nie tylko dla naszego zdrowia psychicznego, ale również dla naszej koncentracji i kreatywności.

Dlaczego więc tak rzadko z nich korzystamy? To jest główny temat rozdziału czwartego, w którym przeanalizowane zostały sposoby funkcjonowania społeczeństwa przyśpieszenia oraz udzielono odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób postęp techniczny, przemiany społeczne i nowy kanon wyznawanych wartości w sposób nieunikniony prowadzą do tego, że dzisiaj czas, we wszystkich obszarach naszego życia, wydaje się coraz krótszy.

Rozdział piąty pokazuje, że jednak może być inaczej. Omawiam w nim miejsca i kultury leniuchowania, sensowne modele alternatywne i strategie spowolnienia, które mogą służyć jako wzorzec i propozycje do naśladowania w procesie przemiany własnych zachowań czytelnika.

A ponieważ w trakcie formułowania pewnych postanowień człowiek napotyka zawsze przeszkodę w postaci siły przyzwyczajenia, tematem rozdziału szóstego są właściwe strategie na drodze do przemiany. Psycholodzy i etolodzy wyjaśniają tu, w jaki sposób wyrwać się z utrwalonych struktur i zmienić stare przyzwyczajenia. Chodzi przy tym jednak nie tylko o niezbędne przerwy i odpoczynek od codziennej pracy, lecz przede wszystkim o kwestie zasadnicze: o to, co uważamy w naszym życiu za istotne.

Oczywiście każdy z nas porusza się według własnego systemu nawigacyjnego, u każdego „wewnętrzny kompas” jest inaczej ustawiony. Stąd też celem tej książki nie jest dostarczenie ogólnie obowiązującej recepty na wszystko, lecz przede wszystkim sformułowanie różnorodnych sugestii i pomysłów, które każda czytelniczka i każdy czytelnik mogą dostosować do swoich możliwości.

Temu celowi służy również Galeria wielkich leniuchów, zbiór krótkich portretów ludzi, którzy udoskonalili – na swój własny sposób – sztukę nicnierobienia. Uświadamiają nam oni bowiem, jak istotne jest w gwałtownie przyśpieszającym świecie nietracenie z oczu własnych priorytetów i refleksji nad samym sobą. Przykłady tych leniuchów unaoczniają poza tym, że nie jesteśmy bezbronni wobec ogólnie panującego pośpiechu; wręcz przeciwnie: zawsze istnieją drogi i możliwości, aby mądrze na to zareagować. W taki sam bowiem sposób, w jaki uruchomiliśmy cały ten system przyśpieszenia, możemy go także wspólnie powstrzymać.


[1] Allensbach 2009, cyt. za „ZEIT Wissen Ratgeber Psychologie”, nr 2/2010, s. 25.

[2] Forsa-Umfrage für die Zeitschrift, „Stern”, April 2005.

[3] Forsa-Umfrage 2009, zob. „ZEIT Wissen…”, dz. cyt.

[4] Europäische Stiftung zur Verbesserung der Lebens und Arbeitsbedingungen, zob. http://www.eurofound.europa.eu/pubdocs/2009/27/en/1/ EF0927EN.pdf. Następny sondaż zostanie przeprowadzony w 2010 roku. Wtedy liczba ludzi zagonionych będzie zapewne jeszcze większa.

[5] Na zbyt krótkie terminy skarżyło się w 1990 roku, według sondażu Unii Europejskiej, 49 procent obywateli, w 2000 roku było ich już 60 procent; zob. S. Klein, Zeit, Fischer, Frankfurt 2008, s. 168.

[6] Interview mit Arend Oetker, „Cicero”, nr 12/2008, s. 100.

[7] DAK, Gesundheitsreport, 2005 und 2010.

[8] WHO 2006, Comission on Social determinants of Health, Newsletter No. 9.

[9] Cyt. za Hans-Dieter Bahr, Zeit der Muße – Zeit der Musen, Attempto, Tybinga 2008.

[10] Cyt. za D. Grozdanovitch/S. Leys: L’Art difficile de ne (presque) rien faire, Gallimard, Paryż 2010.

[11] „Ständig online, das geht nicht”. Gespräch mit Götz Mundle, „Psychologie Heute”, Januar 2010, s. 36.

[12] M. Meckel, Brief an mein Leben, Rowohlt, Hamburg 2010.

[13] F. Gerbert, Wenn Arbeit krank macht, „Focus”, nr 10/2010, s. 94.


Rozdział I
Czas uzyskany i czas stracony

Zbliżając się do biura, przyspieszał kroku, mówiąc: „Byle prędzej!”. Wokoło niego całe miasto się śpieszyło – dla samego pośpiechu. Ludzie, siedzący przy kierownicy samochodu, śpieszyli wyprzedzić inne śpieszące samochody. Ludzie, którzy chcieli jechać tramwajem, śpieszyli do tego właśnie wozu, chociaż za minutę nadjeżdżał nowy; po czym wyskakiwali z tramwaju, galopem pędzili przez boczne ulice, galopem wbiegali do domu, żeby jak najprędzej wbiec do windy – ekspresu. Jedzący śniadania połykali szybko potrawy, które przyrządzał śpieszący się kucharz. U fryzjera ludzie ci wołali: „Tylko raz przejedź mi pan po twarzy! Byle prędzej!”. W biurze szybko pozbywali się klientów, wymownie zwracając ich uwagę na napisy: „Czas mój jest drogi!”, „Bóg stworzył cały świat w sześć dni! Ty możesz załatwić swój interes w sześć minut!”. Ludzie, którzy półtora roku temu zarobili sześć tysięcy dolarów, a rok temu siedem tysięcy, łamali sobie głowy i umęczali ciało, żeby w tym roku zarobić dwadzieścia tysięcy, a zarobiwszy owe dwadzieścia – szybko zapadali na zdrowiu i śpieszyli wsiąść do pociągu, żeby jak najszybciej odpocząć – co nakazywali im również śpieszący się lekarze”[2].

W ten właśnie niezrównany sposób Sinclair Lewis opisał w 1922 roku w swojej powieści Babbitt gorączkowe życie nowoczesnego społeczeństwa. Bohater książki Lewisa, George F. Babbitt, makler od nieruchomości, usiłuje w sposób niesłychanie systematyczny bezustannie oszczędzać czas i całe swojej życie podporządkowuje zasadzie efektywności. U niego nic nie dzieje się spontanicznie; Babbitt przestrzega wszelkich, pisanych i niepisanych, praw życia mieszczańskiego, choć jednocześnie żywi nadzieję na wyrwanie się z takiego sztywnego myślenia.

Prowokacyjny portret amerykańskiego mieszczaństwa pióra Sinclaira Lewisa robił wrażenie karykatury panującej wówczas rzeczywistości i szokował współczesnych. Zaostrzenie się opisywanych przezeń warunków wydawało się prawie niemożliwe. A mimo to nawet taki człowiek, jakim był George F. Babbitt, doznałby zawrotu głowy, gdyby nagle został przeniesiony do początku XXI stulecia, kiedy czas stał się dobrem jeszcze rzadszym. W obliczu komunikacji odbywającej się z prędkością światła, globalnych dostaw just-in-time oraz procesów produkcyjnych odbywających się dokładnie w rytmie nanosekund życie, jakie bohater Lewisa wiódł w latach dwudziestych, jawiłoby mu się chyba jako relikt „starych dobrych czasów”.

Jeżeli wówczas wszystko musiało odbywać się szybko, to w dniu dzisiejszym działoby się też intensywnie. Babbitt już w drodze do biura byłby online, podczas przerwy w pracy wygodną „jadłodajnię” zastąpiłaby już dawno budka z fast foodem, a zamiast do sunącego spokojnie pociągu pędziłby na lotnisko. Przyzwyczajenia Babbitta związane z odbiorem dźwięków i wrażeń wzrokowych z pewnością również uległyby przemianie. Muzykę jazzową, tę samą, która w latach dwudziestych ubiegłego wieku wydawała mu się dzika i zawrotna, dzisiaj włączałby jako relaksujące melodie płynące w tle w chwilach odpoczynku. Sztuki teatralne, które wówczas go szokowały, teraz odbierałby jako przydługie i nudne, a miejsce spokojnych, spędzanych na wędkowaniu urlopów, mających wprawić go w stan relaksacji, zajęłyby bogatsze w wydarzenia wycieczki. Porównanie tempa życia na początku lat dwudziestych XX wieku i na początku XXI wieku mimowolnie przywodzi na myśl drugą sonatę fortepianową Roberta Schumanna g-moll (opus 22), bardzo napiętą rytmicznie i rozpoczynającą się wskazówką: „tak szybko, jak to możliwe”, którą teraz nakazano by pianiście grać „jeszcze szybciej”.

Jak bardzo rozpowszechniło się poczucie, że mamy coraz mniej czasu, pokazują od dziesięcioleci różne badania naukowe. Już w 1970 roku socjolog Steffan Linder w książce The Harried Leisure Class (Nękana klasa leniuchów – w wolnym przekładzie), pisał o powszechnym „głodzie czasu”[1]. A badacze rozporządzania czasem, John Robinson i Geoffrey Godbey, przestrzegali: „Niezaspokojony głód czasu prowadzi nie do śmierci, lecz raczej, jak stwierdzili starożytni ateńscy filozofowie, do tego, że człowiek nigdy nie zaczyna żyć naprawdę”[2].

A przy tym nic nie jest tak rozpowszechnione jak wysiłki skierowane na oszczędzanie czasu. Książki na temat zarządzania czasem stają się bestsellerami, procesy pracy są optymalizowane tak samo jak codzienne czynności życiowe, nieustannie jesteśmy uszczęśliwiani coraz to nowszymi „pozwalającymi zaoszczędzić czas” technologiami, takimi jak kuchenki mikrofalowe, kamery cyfrowe czy speed-dating, które niesamowicie przyśpieszają żmudne gotowanie, pstrykanie zdjęć czy poznawanie ludzi i tym samym obiecują przeogromne zyski czasowe.

Dziwnym jednak trafem, jakby na przekór wszystkim tym wysiłkom, przeżywamy coś na kształt tego, co stało się udziałem postaci z Momo Michaela Endego, klasycznej książki dla dzieci: pełni zdziwienia stwierdzamy, iż im więcej czasu staramy się zaoszczędzić, tym mniej go mamy. W historii z książki łatwo zidentyfikować winnych: są nimi „siwi panowie” z „Agencji Oszczędności Czasu”, którzy kradną ludziom czas, aby móc w nim żyć. Kto jednak w prawdziwym życiu jest odpowiedzialny za brak czasu? Kto lub co odgrywa rolę owych „siwych panów”? I gdzie podziewa się cały ten czas, który umyka nam, jak na to wygląda, w jakiś tajemniczy sposób?

Najwyższa pora, by udać się w poszukiwaniu czasu, tyle że tego „pozyskanego” nie zaś straconego (jak niegdyś u Marcela Prousta).

1. W błędnym kole maszynki do golenia

Kilka lat temu ukazały się ogromne billboardy koncernu komputerowego IBM z mniej więcej dziesięcioletnim chłopcem siedzącym w fotelu szefa i smutnie patrzącym w obiektyw. „Kiedy będzie duży”, głosił tekst, „odziedziczy firmę po tym dziwnym typie, który nigdy nie miał dla niego czasu”. Koncern IBM znał, rzecz jasna, odpowiednie lekarstwo na takie dziecięce smutki: jeżeli ojciec zakupi nowe ułatwiające komunikację oprogramowanie dla przedsiębiorstw, to będzie mógł skrócić „czasochłonne procesy decyzyjne”. W ten sposób IBM „odda mu nieco z czasu”, jaki zainwestował w swoją firmę.

Ten sugestywny plakat wywarł zapewne na ojcach mających wyrzuty sumienia zamierzone wrażenie. Tym jednak, o czym reklama nie mówi, są konsekwencje, jakie pociąga za sobą zakup narzędzia mającego pomóc w zaoszczędzeniu czasu. Czy bowiem ów przedsiębiorca rzeczywiście będzie odtąd mógł opuszczać biuro o godzinie szesnastej, aby pograć z synem w piłkę nożną? Nic z tego: nowe oprogramowanie już o to zadba, żeby firma stała się bardziej wydajna, a więc więcej produkowała, co z kolei zintensyfikuje związaną z tym komunikację i w rezultacie raczej jeszcze powiększy stres ojca. Zresztą gdyby nawet ojciec podjął mocne postanowienie, że mimo zastosowania nowej techniki utrzyma poziom (produkcji), i tak konkurencja, która także będzie się oczywiście posługiwała oszczędzającym czas oprogramowaniem, bardzo szybko go od tego odwiedzie. W rezultacie syn otrzyma kiedyś być może bardziej wydajną firmę, ale na pewno nie bardziej zrelaksowanego ojca.

„Każda nowa technologia, która obiektywnie pozwala nam zaoszczędzić czas, przyśpiesza zarazem nasz rytm i przepływ naszych działań. Sprawia, że mamy więcej pracy, zamiast przynosić nam dodatkowy czas wolny”, jak podsumował ten problem Jeremy Rifkin, kierownik amerykańskiej Fundation on Economic Trend[3]. W konsekwencji powstaje, według Rifkina, „cywilizacja zniecierpliwienia”. Jesteśmy mniej tolerancyjni, mniej odporni nerwowo i popadamy w rozpacz już wówczas, gdy komputer nie zareaguje w ciągu trzech sekund. „Żądamy natychmiastowego skutku, inaczej wpadamy we wściekłość”. Nicolas Georgescu-Roegen, amerykański ekonomista, postrzegał nowoczesnych ludzi jako złapanych w „błędne koło maszynki do golenia”: „Golę się szybciej, abym miał więcej czasu na wynalezienia maszynki, dzięki której będę mógł się golić jeszcze szybciej, żebym miał więcej czasu…”[4].

Tymczasem na początku wszystko to miało przebiegać zupełnie inaczej. Nowoczesna technika oraz postęp ekonomiczny miały ułatwić ciężki dzień roboczy, uwolnić ludzi od obciążających czynności i pozostawić im więcej wolnego czasu na przyjemniejsze strony życia. Ekonomista John Maynard Keynes w 1930 roku w swoim eseju Możliwości ekonomiczne naszych wnuków przepowiadał, że najważniejsze wyzwanie przyszłych pokoleń będzie polegało na nadmiernej ilości wolnego czasu i odpoczynku oraz kwestii, w jaki sposób go sensownie wykorzystać[5]. Nawet jeszcze w latach sześćdziesiątych, kiedy już można było przewidzieć, że z tego odpoczynkowego raju nic nie wyjdzie, wiara w ów ideał była bardzo silna. W 1964 roku „Life-Magazine” donosił: „Amerykanie konfrontowani są z ogromną ilością czasu wolnego – zadanie na teraz brzmi: jak nie brać życia na serio”[6].

Dzisiaj takie naiwne wyobrażenia traktuje się z przymrużeniem oka. Nie tylko bowiem jesteśmy od owego dobrobytu nadal oddaleni, ale zamiast się do niego przybliżać, cierpimy nieustannie z powodu niedostatku tego drogocennego surowca, jakim stał się czas. „Wystarczy, że zadzwonię do byłego pracownika, wysokiego urzędnika państwowego albo, jeszcze gorzej, do jakiegoś profesora, aby dowiedzieć się od nich, że w tym tygodniu czy też miesiącu naprawdę nie mają czasu”, narzekał w swojej książce The Metronomic Society zmarły niedawno Michael Young, socjolog brytyjski i polityk laburzystowski, „jakby człowiek koniecznie musiał być poniżany z powodu tych wszystkich wymogów dotyczących czasu, tak jakby ich lista terminów miała być dużo ważniejsza”[7].

Fakt, iż przepowiadana przez Keynesa epoka wolnego czasu nie chce po prostu nadejść, potwierdzają między innymi badania naukowe prowadzone przez ekonomistów Valery’ego Rameya i Neville’a Francisa. Dokonali oni bilansu rozwoju czasu pracy, uczęszczania do szkoły, pracy w domu i odpoczynku w Stanach Zjednoczonych w latach 1900–2005 i doszli do wniosku, iż czasu wolnego[3] wcale nie przybyło, przeciętnie „dzisiaj pozostało go tyle samo, co przed stu pięciu laty”[8].

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.