Szczecin: Grudzień-Sierpień-Grudzień - Tomasz Zalewski Małgorzata Szejnert - ebook
Wydawca: Walkowska Wydawnictwo Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 760 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szczecin: Grudzień-Sierpień-Grudzień - Tomasz Zalewski Małgorzata Szejnert

Kiedy 22 sierpnia 1980 r. Małgorzata Szejnert i Tomasz Zalewski przyjechali do Szczecina, Stocznia Warskiego stała już cztery dni, a gdańska tydzień. Dwójkę reporterów, którzy chcieli opisać zbuntowane Wybrzeże, wysłał w delegację Jerzy Putrament, redaktor naczelny "Literatury", postać w tamtych latach tyleż znacząca, co symboliczna. Piewca socrealizmu, członek KC PZPR. Ani on, ani reporterzy nie wiedzieli jeszcze, że sierpniowe strajki zakończą mit PRL-u, w którym "Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej". Ta książka jest oparta na wspomnieniach 15 członków Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Są wśród nich robotnicy, jak Marian Jurczyk ze stoczni i Mieczysław Soszyński z portu, ale także inżynierowie, prawnik, urzędniczka. Do Szczecina przyjechali z różnych stron kraju.

Opinie o ebooku Szczecin: Grudzień-Sierpień-Grudzień - Tomasz Zalewski Małgorzata Szejnert

Fragment ebooka Szczecin: Grudzień-Sierpień-Grudzień - Tomasz Zalewski Małgorzata Szejnert












Copyright © by Małgorzata Szejnert & Tomasz Zalewski
Copyright © by Michał Paziewski
Copyright © by Adam Zadworny

Fotografie na okładce:
© Stefan Cieślak
© Zbigniew Wróblewski / Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Szczecinie

All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone


Pierwsze wydanie: Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA, Warszawa 1984
Archiwum Solidarności. Seria: Relacje i Opracowania
Drugie wydanie: Wydawnictwo Aneks, Londyn 1986

Redakcja reedycji: Wojciech Jachim, Szymon Jeż
Współpraca redakcyjna: Paweł Knap
Projekt okładki: Szymon Jeż
Korekta: Krystyna Pawlikowska
Opracowanie graficzne i skład: Adrian Łaskarzewski

ISBN 978-83-61805-34-2

Wydanie IV (e-book)
Szczecin 2012,
na podstawie wydania III, 2008

Walkowska Wydawnictwo / JEŻ
ul. Falskiego 29/8, 70-733 Szczecin


www.walkowska.pl


OD WYDAWCY

Książka „Szczecin: Grudzień – Sierpień – Grudzień” była już wydana dwukrotnie: w Niezależnej Oficynie Wydawniczej NOWA (1984), a następnie w londyńskim Wydawnictwie ANEKS (1986). Zasadnicza część obecnego wydania to przedruk edycji z 1986 roku, do której naniesiono nieliczne poprawki edytorskie i uzupełnienia.

„Posłowie” z 1983 roku napisane przez Michała Paziewskiego podpisaliśmy imieniem i nazwiskiem. Wówczas ze względu na represje ze strony władz PRL autor zdecydował się tylko na literę „M.”.

Dalsze losy bohaterów książki po 1983 roku, aż do roku 2008 zostały opisane przez Adama Zadwornego w „Post scriptum”.

Uzupełnieniem są także archiwalne zdjęcia opisywanych wydarzeń.

Zdecydowaliśmy się na trzecią edycję tej książki, ponieważ dwie poprzednie miały z oczywistych powodów ograniczony zasięg. Traktujemy to jako swego rodzaju powinność wobec bohaterów tamtych wydarzeń i czytelnika zainteresowanego najnowszą historią Szczecina i Polski. Nie można zrozumieć przemian we współczesnej Polsce, nie czytając książek takich jak ta.

Jako wydawca składam serdecznie podziękowania wszystkim osobom, których pomoc umożliwiła reedycję książki, a w szczególności: autorom książki Pani Małgorzacie Szejnert i Panu Tomaszowi Zalewskiemu – za zaufanie okazane małemu lokalnemu wydawcy; Pani Ninie Smolar – za wyrażenie zgody na reedycję książki w wersji Wydawnictwa Aneks; Panu Wojciechowi Jachimowi – za pomysł, motywowanie i współpracę; Panu Jarosławowi Mroczkowi – za życzliwość i finansowe wsparcie; Panu Pawłowi Knapowi – za pomoc i osobiste zaangażowanie.

Szymon Jeż


Słowo wstępne

Sierpień 1980 roku w Stoczni Gdańskiej obrósł już dawno legendą. Wałęsa i inni przywódcy tego strajku stali się – jakże zasłużenie – bohaterami zbiorowej pamięci.

A przecież zapewne nie byłoby tak wielkiej wiktorii i legendy Gdańska, gdyby nie Szczecin. Strajk szczeciński był bezcennym wsparciem dla Gdańska. Był sygnałem dla władz, że nie mają do czynienia z protestem lokalnym, lecz z buntem obywateli przeciw zniewoleniu.

Książka Małgorzaty Szejnert i Tomasza Zalewskiego była bestsellerem w podziemiu. Nikt nigdy nie opisał tamtej pokojowej rewolty, gdy ludzie odrzucili przemoc i wybrali pokojowy strajk. W tej książce widzimy ludzi żywych, ich trudne dylematy, ich różnorodne losy. Ta opowieść o ludziach, którzy z determinacją wybijają się ku wolności i godności, jest lekturą pasjonującą; bezprecedensowym dokonaniem dziennikarskim i literackim. Na kartach tej opowieści widzimy ludzi – skądinąd tak bardzo zwyczajnych – którzy zmienili Polskę. Tym ludziom nie wystarczały obietnice podwyżek płac. Oni chcieli powołania niezależnych związków zawodowych, a zatem praktycznej likwidacji monopolu partii komunistycznej. To był wyrok na cały system.

Małgorzata Szejnert i Tomasz Zalewski osiągnęli mistrzostwo dzięki swej ludzkiej wrażliwości i znakomitemu rzemiosłu. Zbudowali oni pomnik ludziom ze strajku szczecińskiego. Warto spojrzeć na ten pomnik po prawie 30 latach...

2008 r.

Adam Michnik













Opowieść o tych wypadkach poświęcamy
Piotrowi Pietrzakowi i Piotrowi Zalewskiemu,
którzy w Sierpniu 1980 mieli sześć i pół roku
i cztery lata

Autorzy


OD AUTORÓW

Trzydziestego sierpnia otwarto bramę Stoczni im. Warskiego. Lecz nie spieszyliśmy się do wyjścia. Trwały jeszcze ostatnie drobne porządki i pożegnania. W salce konferencyjnej dyrektora do spraw produkcji, gdzie zbierało się zwykle prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, krążył z rąk do rąk czwarty, ostatni numer „Jedności”. Zamykały go cztery wersy Mickiewicza, począwszy od słów „...nasz naród jak lawa...”. Ktoś poprosił obecnych, by podpisali mu się na pamiątkę na wolnym miejscu wokół tej strofy. Myśmy także podsunęli swoje egzemplarze strajkowej gazety. Można dziś na nich odczytać nazwiska Mariana Jurczyka, Kazimierza Fischbeina, Mariana Juszczuka, Marii Chmielewskiej, Aleksandra Krystosiaka, Stanisława Wądołowskiego, Stanisława Wiszniewskiego, Jana Nowaka, Andrzeja Zielińskiego, Stanisława Serafina, Mieczysława Soszyńskiego, Waldemara Bana, Leszka Dlouchego, Lucyny Plaugo, Jarosława Mroczka, Marka Gwizdała, Wiesława Wojana.

Podczas późniejszych pobytów w Szczecinie spotykaliśmy się z nimi wiele razy, nie odszukaliśmy tylko Gwizdała i Wojana, którzy nie brali udziału w pracach Międzyzakładowej Komisji Robotniczej. Pozostałych piętnastu członków siedemnastoosobowego prezydium MKS, a po zakończeniu strajku – MKR, budowało „Solidarność” Pomorza Zachodniego, przeżywało trudności i entuzjazm nowego ruchu i własne niepokoje pogłębione zmęczeniem. Obserwowaliśmy ich pracę w Sierpniu, staraliśmy się towarzyszyć ich posierpniowym drogom, rozchodzącym się nieraz. Próbowaliśmy się także dowiedzieć, chociaż niewiele mieli czasu na dłuższe rozmowy, a zwłaszcza na sięganie wstecz – kim byli przed Sierpniem.

13 grudnia 1981 roku przerwał zbieranie tych materiałów. Jeśli informacje zawarte w książce są niepełne, a bohaterowie znikają miejscami z pola widzenia, to dlatego, że nie zdążyliśmy zadać im wszystkich koniecznych pytań. Nie przewidzieliśmy, jak bardzo trzeba się spieszyć.

1983 r.


Część I

Małgorzata Szejnert

DROGA


Rozdział I

PRZED GRUDNIEM

DAWNIEJ

ALEKSANDER KRYSTOSIAK: Urodziłem się w roku 1928 we wsi Godlewo-Warsze, w dawnym powiecie Ostrów Mazowiecka. Miałem jednego brata i siedem sióstr. Ojciec był rolnikiem na dwunastu hektarach. Dobrze gospodarował i działał społecznie, między innymi w Kasie Stefczyka, wiejskiej kasie spółdzielczej. Przez dziesięć kadencji wybierano go sołtysem, miał więc widocznie duży autorytet. W czternastym roku życia poszedłem do gimnazjum mechanicznego imienia Konarskiego w Warszawie, na Lesznie – odpowiednik dzisiejszej szkoły zawodowej, ale na dużo wyższym poziomie. Mogłem się zaczepić w Warszawie, bo jedna z sióstr pracowała przed wojną w firmie Gajewski. Mieszkaliśmy przy Wspólnej. Tak się złożyło, że od wczesnych lat byłem w środowisku, gdzie się dużo mówiło i wiedziało o świecie.

MARIA CHMIELEWSKA: Mój dziadek, Adam Jędrasiak, należał do Polskiej Partii Socjalistycznej jeszcze za cara. W roku 1903 był działaczem w Warszawie, zaangażowanym do tego stopnia, że przyjechała po niego kibitka. Mówiono mi w rodzinie, że mam o tym pamiętać. Partia dała za niego dużą kaucję, wyciągnęła go z Cytadeli i umożliwiła mu wyjazd do Ameryki. Dziadek zostawił w Polsce sześcioro dzieci i żonę, bez środków do życia. Partia te dzieci utrzymywała. Poumieszczała je to tu, to tam, do nauki zawodu. Ojca dali za kelnera, ale nie nadawał się, bo trzeba mieć giętki kręgosłup, być uniżonym, a on był hardy, wysoki, niedźwiedziowaty, potężnie zbudowany mężczyzna. Nieraz mu wymawiała rodzina, że jako kelner miałby dobrze, i tyle porcji, i piękne ubranie, i ręce gładkie, ale on poszedł na robociarza, a potem uciekł do Legionów. Został tam ranny. Kiedy wrócił, trudno mu było o pracę. Miał takie ciągoty, za które zwalniali. Wypowiadał, co myśli, stawiał się majstrom. Wreszcie napisał do Piłsudskiego, jak to on cierpi. I po tym liście dostał robotę. Był kotlarzem, a potem pracował w zakładach Lilpopa, gdzie się znowu naraził. Pamiętam, że jak tylko popadł w kłopoty, mówił: nam, robotnikom, jeszcze słońce zaświeci. I zawsze matka dogadywała, że to słońce mu jakoś nie świeci. Przysięgał matce nieraz, że już nie będzie gadał, i zawsze go ponosiło, narozrabiał coś...

Byliśmy rodziną z dziada pradziada warszawską. Ja się urodziłam w Grodzisku Mazowieckim, ale to był przypadek. Mieszkaliśmy w samym Śródmieściu, przy ulicy Hożej. Do szkoły też chodziłam na Hożą. To była szkoła nr 37 imienia Reymonta. Nie lubiłam jej, uczyłam się źle. Ubrana byłam nie tak jak należy, pomoce szkolne miałam używane i z trudem kupione. Odbijałam od dziewczynek z bogatych rodzin, wystrojonych, odżywionych, które miały piękne kredki i książki.

KAZIMIERZ FISCHBEIN: Moi przodkowie byli pochodzenia żydowskiego. Dziadek miał fabryczkę naczyń emaliowanych w Łodzi. W czasie pierwszej wojny światowej służył w armii rosyjskiej. Przeszedł wraz z oddziałem na stronę austriacką i potem musiał się ukrywać przed władzami carskimi. Osiadł w Dąbrówce Szczepanowskiej, w obecnym województwie tarnowskim, i został chłopem. Wiem z opowieści rodzinnych, że w 1918 roku miejscowa ludność urządziła pogrom, ojciec zdążył się ukryć pod łóżkiem, ale dziadka i stryja mocno pobito.

Rodzina została jednak w Dąbrówce i tam się urodziłem w 1929 roku. Dziadek i ojciec przechrzcili się w 1936 roku. Ojciec był dobrym gospodarzem. Miał piętnaście mórg, razem z lasem. Po podstawowej szkole uczęszczał na kursy rolnicze. Należał do PSL i w latach trzydziestych był radnym gminy. Pisywał ludziom podania i skargi. Uczestniczył w słynnym strajku chłopskim w roku 1937. Pamiętam, jak w nocy zapukano do okien – rolnicy przyszli po ojca, by razem z nim pikietować drogi do miasta. W tym samym roku ojciec był na wiecu w Wierzchosławicach, kiedy to zabito parę osób.

STANISŁAW WISZNIEWSKI: Wychowałem się na wsi, czarnej, drewnianej, pachnącej, gdzie panny śpiewały pieśni i gdzie rosły malwy. Były trzy takie osady puszczańskie, tak zwane budniki, leżące w sercu Puszczy Białowieskiej – Budy, Pogorzelce i Teremiski. Mieszkali tam wędrowni ludzie, którzy cięli las i wypalali węgiel drzewny. Jak zamknę oczy, to widzę moje Teremiski, ale bardzo trudno o nich opowiedzieć. Były czysto polskie, panny śpiewały po polsku, nie po białorusku, i czasem kiedy brat zanuci w Szczecinie jakąś pieśń stamtąd, razem płaczemy. Miałem pięciu braci, którzy musieli dobrze walczyć przy stole, żeby nie stracić swojego kęsa. Ojciec był robotnikiem leśnym, miał dwa hektary, ale mimo swej biedy nie był zahukany. Pracował na rzecz spółdzielczości wiejskiej, dzięki niemu powstał we wsi sklepik społemowski. Do naszego starego drewnianego domu schodzili się w niedzielę wszyscy sąsiedzi, golili się nawzajem, bo w pobliżu nie było fryzjera, i robili sobie prasówkę z dyskusją. Jeden czytał głośno gazetę, a potem była wymiana poglądów. Przez długie lata, zwłaszcza te najgorsze, wspominałem rzewnie więź między ludźmi w naszych Teremiskach.

MARIAN JURCZYK: Pochodzę ze wsi Karczewice, dawniej to było Łódzkie, teraz Częstochowskie. Ojciec miał sześć hektarów. Może nie tak mało, ale ziemia była wyjątkowo słaba. Przyszedł wiatr, to piasek pod niebo. Żyto, ziemniak i to wszystko. Bieda wielka, nas w domu troje, ja urodzony w roku 1935, brat starszy, siostra młodsza. Ojciec myślał tylko, jak nas wyżywić, nie interesował się polityką. Nawet jak był w wojsku, pracował w warsztacie, bo znał rymarstwo.

STANISŁAW WĄDOŁOWSKI: Nas było w domu dziesięcioro dzieci, troje po pierwszym ojcu, reszta po drugim. Mieliśmy piętnaście hektarów we wsi Perki-Franki w województwie białostockim, dawny powiat Łapy. Po wojnie nazywano takich kułakami, ale ziemia była po pierwszym mężu matki i niewiele z tego mieliśmy. Ojciec był zwykłym rolnikiem, ale matka miała jak na wioskę duże wykształcenie, przedwojenną małą maturę. Jak po opraniu dzieci pozostał czas, udzielała porad i pisała ludziom skargi do władz. Życia przed wojną nie pamiętam, urodziłem się w styczniu 1938 roku.

WOJNA

KRYSTOSIAK: Po wybuchu wojny rodzina ściągnęła mnie na wieś, do ojca. Wydawało się, że tam najbezpieczniej. We wrześniu wkroczyły na te tereny wojska radzieckie. Myśmy byli młodzi, ciekawi, wszystkośmy widzieli. Zimą tego roku, była to zima straszna, wysokie bardzo śniegi, przeprowadzałem przez granicę uciekinierów ze Wschodu. Wszyscy młodzi to wtedy robili. Ludzie uciekali od Rosjan do Niemców. Dużo uciekało. Żydzi także szli. Nie wiedzieli jeszcze, co ich czeka.

CHMIELEWSKA: Jednego dnia wchodzą do Warszawy Niemcy, a następnego umiera matka. Ojciec nie wie, co począć z dwiema córkami, w domu bieda z nędzą. Ciotka załatwiła mi pracę w szwalni przy Królewskiej. Reperowałam koce dziurawe, poszarpane, które na pewno wróciły z frontu.

WISZNIEWSKI: Z odejściem oddziału polskiego odeszła z naszej wsi cała stabilizacja i cała pewność. Kiedyś każda drzazga, każda sztacheta w płocie była mi bliska. Teraz wszystko stawało się obce. Odszedł polski oddział i do Teremisek wjechali Niemcy. Wjechali po prostu na rowerach. I zaraz odjechali, i nic się nie działo do czasu, aż wkroczyli Rosjanie. W tej wsi było wielu gajowych, a gajowy to była poważna funkcja przed wojną. Przede wszystkim każdy miał broń. I pierwsza rzecz, jaką Rosjanie zrobili, to wszystkich tych naszych sąsiadów, którzy się przedtem golili u taty, wywieźli. Przyjechali o czwartej w nocy, była sroga zima, mróz czterdzieści stopni, załadowali wszystkich na furmanki i zawieźli do Białowieży na stację. I niektórych tych sąsiadów zobaczyliśmy dopiero po wyzwoleniu w 1945 roku. A część wróciła po Październiku. Zostały puste domy, po których my, dzieci, grasowaliśmy później. Pamiętam zapach takiego pustego domu. To byli normalni ludzie, bliscy sąsiedzi, a teraz zimne domy, zapach stęchlizny. Wtedy w naszej wsi wszystkie płoty zaczęły się walić, malw nie miał kto sadzić w ogródkach. Po jakimś czasie założono białoruską szkołę i zacząłem tam chodzić do drugiej klasy. Język białoruski jest trudny, straszny, przynosiłem dwóje. Ale na szczęście rodzina została nietknięta. Ojciec, biedak, nie budził podejrzeń klasowych.

W czerwcu 1941 roku znowu wjechali Niemcy na rowerach. I którejś nocy załomotali kolbami w drzwi, jak w wierszu Broniewskiego. Okazało się, że wieś ma być spalona, będą nas wysiedlać. I tak zaczęła się nasza tułaczka po wsiach, po ludziach, po dalszej rodzinie, pasienie bydła za kawałek chleba.

FISCHBEIN: Wojnę spędziliśmy na wsi, cały czas pod groźbą wydania i śmierci. Dziadek i ojciec zaczęli się ukrywać w 1942 roku. Dziadek tego nie wytrzymał, wyszedł z kryjówki i zgłosił się sam na posterunek granatowej policji. Miał dziewięćdziesiąt lat i był zmęczony. Co się z nim stało – nie wiemy, ślad po nim zaginął. Ojciec ukrywał się aż do stycznia 1944 roku. Chował się u gospodarza Bujaka, u wdowy Ćwik, u Anny Sumary na cyplu nad Dunajcem, wreszcie u Majerza, kaleki. Tam go znaleziono. Ktoś złożył donos, nie wiemy kto, wiemy tylko, że po wojnie gospodarz Kot dostał wyrok śmierci za kolaborację, więc może to on. Policja przyszła nie od strony Pleśnej, gdzie ojca znano jako radnego i gdzie na pewno znalazłby się ktoś, kto by go uprzedził, ale z dalszego Gromnika. Ktoś zdążył tylko zawiadomić matkę, że idą po ojca i że lepiej będzie opuścić dom. Matka wysłała nas do ludzi, sama została. Przyprowadzili ojca na podwórko i maltretowali. Matka nie wytrzymała, uciekła i wróciła dopiero po strzałach. My z bratem przeczekaliśmy u Winklera i Kota, o którym nie wiedzieliśmy nic złego; życzliwie nas przyjęto. Kiedy wróciliśmy do domu, ojciec leżał pod stodołą w kałuży krwi.

KRYSTOSIAK: Nawiązałem kontakt z AK. Zostałem łącznikiem w sztafecie, w ochronie komendy obwodu. Praca mało barwna. Raz zdarzyła się wpadka. Na szczęście miałem dokumenty i byłem bez broni. Udało mi się prysnąć z pociągu. Nie ma o czym specjalnie opowiadać.

JURCZYK: Ostatnie dwa lata wojny nieźle pamiętam. W naszych stronach było dużo partyzantki w lasach łódzkich, kieleckich. Niemcy w sąsiedniej wsi zabili księdza, spalili kościół. Mojego ojca Niemcy chcieli powiesić. Nie oddał kontyngentów, bo nie miał z czego. Kazali mi przynieść krzesełko i sznurek i ja osobiście przyniosłem... Tak było, niestety. Miałem wtedy może dziewięć lat. Ale ojciec nie zginął, chyba dlatego, że sołtys znał dobrze niemiecki, coś im wytłumaczył, machnęli ręką i poszli, zostawili nas.

WĄDOŁOWSKI: Pod sam koniec wojny nosiłem ojcu jedzenie do lasu. Ojciec chował się nie dlatego, że był partyzantem, ale dlatego, że miał dużą rodzinę, musiał ją utrzymać, bał się, że go Niemcy wezmą na roboty.

CHMIELEWSKA: Tuż przed Powstaniem Warszawskim całą naszą szwalnię puścili na urlop. Ja już miałam torbę sanitarną naszykowaną i pierwszego sierpnia poszłam do Powstania. Byłam łączniczką w kompanii szturmowej w batalionie Miłosza, ugrupowanie Śródmieście. Służyłam pod dowództwem Józefa Romana, pseudonim „Ziuk”. Mój ojciec też poszedł do Powstania. Nie wiedziałam o nim ani on o mnie, aż spotkaliśmy się przypadkiem w przejściu podziemnym w Alejach Ujazdowskich. On szedł w jedną stronę, a ja w przeciwną. Krótkie spotkanie było. A następne dopiero po wojnie.

URODZENI W LATACH WOJNY

JAN NOWAK: Moi rodzice mieszkali w Mogilnie, w województwie bydgoskim. Mamusia była córką urzędnika magistrackiego w Mogilnie, a dziadek ze strony ojca był zarządcą majątków jakiegoś dziedzica, który stale mieszkał w Paryżu. Urodziłem się w roku 1940 w wiosce Barlinek, mamusia wtedy była u dziadków ze względu na trudny okres wojenny.

Pod koniec wojny ojciec został raniony już po raz trzeci. Rana była ciężka. Nie mógł dalej walczyć na linii frontu. Pozostał na tyłach z zadaniem organizowania milicji ludowej.

ANDRZEJ ZIELIŃSKI: Miastem mego dzieciństwa była Września. Siostra dziadka brała udział w strajku szkolnym, od dziecka słyszałem o tym w domu. Byłem przejęty tą legendą. W domu matki, która nadal mieszka we Wrześni, panował nastrój hurrapatriotyczny. Ojciec był dziennikarzem endeckim, pracował w piśmie „Lech” w Gnieźnie. Pochodził z Powidza. Jestem do niego ogromnie podobny fizycznie i podobno temperamentem. Niestety, nie znałem go właściwie. Rodzice wzięli ślub w lipcu 1939 roku. Niedługo potem ojciec poszedł do niewoli. Dzięki pomocy dawnego znajomego, niemieckiego dziennikarza, wyszedł na przepustkę i mógł się spotkać w Berlinie z matką, która tam do niego pojechała. Wtedy właśnie zostałem poczęty.

STANISŁAW SERAFIN: Urodziłem się w roku 1944 w miejscowości Łęk–Kamionka w dawnym powiecie nowosądeckim. Na temat ojca niewiele mogę powiedzieć, bo – jak to pisał Broniewski – nie głaskało mnie życie po głowie i rodzice wiele ze mną nie rozmawiali.

PO WOJNIE

KRYSTOSIAK: Po wojnie nie było po co wracać do Warszawy. Chałupę przy Wspólnej nam rozbombili. A ponieważ, wiadomo, AK-owcy zaraz po wojnie mieli kłopoty, wyjechałem z Godlewa do Jeleniej Góry. Szwagier stał tam pułkiem, osiedlił się i prowadził z siostrą gospodarstwo. Trochę im pomagałem. W 1947 roku miałem już dosyć tego życia na cudzym. Pojechałem do Szczecina. Zatrudniłem się jako ślusarz w Fabryce Sprzętu Okrętowego, obecnej Stoczni Parnica. Zacząłem sobie spokojnie, normalnie żyć.

CHMIELEWSKA: Drugiego października wyszłam z Warszawy do Pruszkowa, normalnie, z tymi, co ocaleli. Z obozu w Pruszkowie wywieźli nas Niemcy do Lipska, pod te straszne bomby. Jak Amerykanie weszli do Lipska, my obie z siostrą chciałyśmy natychmiast do Polski. Ani chwili nie chciałyśmy czekać, co nas świat obchodzi, my jak te dwie kuropatewki, jak kurczaki, tylko do domu! A później Lipsk przejmowali Rosjanie i Amerykanie zabierali Polaków, który tylko chciał. Kto się zabierał z Amerykanami, dostawał eleganckie paczki, jechał autokarem. Tak że bardzo dużo ludzi z nimi wyjechało. Nas straszyli wszystkim, głodem i chłodem, a co to nam?! Wreszcie doczekałyśmy się Rosjan. Weszli Rosjanie, żadnych paczek nie dawali, dwa tygodnie jechałyśmy towarowym pociągiem, dzieci po drodze umierały z głodu i braku wody, bo studnie na trasie Niemcy zatruli... Potem transport stanął, parowóz zabrali... My, młode dziewczyny, tośmy dojechały. I co się okazało – nasze mieszkanie ocalało i ojciec już czekał. Był bardzo chory. Ale trzeba było z czegoś żyć, poszedł jako murarz do budownictwa, a ja do roboty przy odgruzowaniu i do prywatnej szwalni, bo już miałam wprawę. Ojciec nie wytrzymał, umarł na serce po paru miesiącach.

NOWAK: Tatusia zadaniem było zabezpieczać przed kradzieżą zakłady pracy, maszyny i werbować ludzi do MO. Okres był bardzo niebezpieczny. Mieszkaliśmy wtedy na komisariacie w Mogilnie, na trzecim piętrze. Pamiętam, jak w nocy biegiem na strych, z granatami, nas, dzieci, zabierają ze sobą, bo na dole napad, banda Gwiazdy tak zwana, rolnicy z sąsiedztwa, którzy się nie chcieli zgodzić z parcelacją. Z tym, że ojciec jeszcze członkiem partii nie był i dlatego właśnie z życiem uchodził. W tym gmachu, co myśmy mieszkali na górze, na dole miało pomieszczenia UB, w piwnicach odbywały się przesłuchania. Słyszeliśmy często jęki i krzyki. Ściany tam były olejne, żeby łatwiej zmyć.

ZIELIŃSKI: Pod koniec wojny ojciec uciekł z niewoli i nieostrożnie przyjechał do Wrześni. Ucieczka nie mogła się udać; osadzono go w tym samym obozie pod Hanowerem. Po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów pracował w Niemczech w Międzynarodowym Czerwonym Krzyżu, a potem rodzina ściągnęła go do USA. Był szefem Klubu Weteranów Armii Polskiej w Hammond w stanie Indiana. Umarł w Stanach, mając 39 lat.

WISZNIEWSKI: Wróciliśmy do Puszczy. Ojciec z pustaków zbudował fundament, z drzewa postawił dom. Dom pachniał świeżym drewnem, ale to już nie było to. Nie było tych starych czarnych domów, malw, śpiewów, niczego. Z początku było bezkrólewie takie. Nie ma ani Ruskich, ani naszej władzy polskiej, rób, co chcesz. Ludzie wybierali z lasu drzewo, kto mógł piłował, targował, budował. Później zaczęła się zawiązywać władza. W jednym z domów utworzono szkołę. Ja miałem szesnaście lat i musiałem chodzić do trzeciej klasy. Jeden rząd ławek to była pierwsza i druga klasa, a drugi – pozostałe klasy, aż do siódmej.

FISCHBEIN: Zaraz po wojnie marzyło mi się, żeby zostać lotnikiem, ale sam czułem, że to marzenie zbyt piękne, zapisałem się do szkoły mechanicznej w Tarnowie. Była to szkoła Towarzystwa Szkół Ludowych, czesne płaciłem ze zniżką, jako sierota. Po tej szkole chciałem iść do liceum, ale w gospodarstwie matki było zawsze dużo roboty. Mówiła – pójdziesz sobie do szkoły w następnym roku. Zostałem więc na wsi i pomagałem młócić zboże u chłopów.

JURCZYK: Pomagałem rodzicom na gospodarstwie, chodziłem do szkoły i służyłem do mszy. U mnie nie było mowy, żeby z kolegami piłkę pokopać, tylko praca i praca. Już jako dziecko przywiązywałem wielką wagę do rozmów z ludźmi, o których wiedziałem, że są ludźmi mądrymi i potrafię coś od nich skorzystać. I pamiętam jak dziś, był w szkole podstawowej kierownik pan Jackowski. Często starałem się z tym człowiekiem rozmawiać. Jak służyłem w kościele do mszy, to także bardzo lubiłem się przysłuchiwać rozmowom księdza, o ile się tylko nadarzyła okazja. Dla mnie każda rozmowa przynosi po prostu jakiś owoc, w ten sposób po prostu się uczę, bo wielu spraw nie znam.

ROK PIĘĆDZIESIĄTY

KRYSTOSIAK: Zgubiło mnie ujawnienie. Szwagierek, oficer, mówił, że nie ma się co bać, że się zmieniło. Tymczasem w Szczecinie było sporo chłopaków z konspiracji z naszych dawnych stron. Nie miałem z nimi wielkich kontaktów – dzień dobry, do widzenia. Podobno jeden z nich, niejaki J., współpracował z UB. I on, żeby coś im powiedzieć, wymyślił, że tworzymy nową organizację. Oczywiście nie było o tym mowy. Nie, żeby mi się to ustrojstwo dookoła podobało, ale po prostu – nie. Dostałem dwie sankcje, za nielegalne posiadanie broni i za przynależność do nielegalnej organizacji. Ucieszyłem się, broni nie mam, nigdzie nie należę, sprawdzą i puszczą. Dziewięciu z nas doszło do rozprawy przed sądem wojskowym. Tam się nie kozakowało, ale powiedziałem – wysoki sądzie, skąd ja mogłem wiedzieć, że wszystkie akcje AK były ściśle uzgadniane z Gestapo? Nie wiedziałem, że wyjdzie tak zjadliwie. Dostałem dwanaście lat, a miałem już wtedy żonę i dziecko. Może bym mniej dostał, ale zgubiła mnie pewna sprawa. U nas Rusek przyszedł wcześniej, w sierpniu 1944, i nastąpiło małe starcie z NKWD. Ja wtedy zajmowałem się rannymi, żeby jeść dostali, żeby w razie czego przerzucić, ochronić. Sąd nie dał wiary, że tylko pomagałem przy rannych, bo nie pamiętałem, w czyich chałupach oni leżeli. A tu był u mnie kompletny zanik pamięci, bo żal mi było tych chłopów. Dostaliby przecież po parę lat.

FISCHBEIN: Zrezygnowałem z lotnictwa, ale nie mogłem usiedzieć na wsi. Zresztą już nie było takiej konieczności. Moja matka wyszła po raz drugi za mąż, nie musiałem opiekować się gospodarstwem. W 1948 roku zdecydowałem się jechać do Szczecina. Teraz ciągnęło mnie morze. Postanowiłem przez Służbę Polsce dostać się do szkoły morskiej, ale komisja lekarska odrzuciła mnie. Jeszcze przed wojną straciłem palec w sieczkarni i to mnie teraz zdyskwalifikowało. Zaczepiłem się więc w mieszkaniu znajomego z moich okolic, który wcześniej tu dotarł i poszedł pracować jako ślusarz narzędziowy do warsztatów portowych Urzędu Morskiego, a po siedmiu miesiącach do „Odry”, dzisiejszej Stoczni im. Warskiego. Pracowałem tam jako frezer i robiłem Państwową Szkołę Techniczną, obecnie Technikum Budowy Okrętów.

Jesienią 1949 roku rozpoczęła się akcja brygad pracy. Ponieważ miałem już zawód – a takich wtedy było niewielu – zachęcono mnie, bym zorganizował taką brygadę. W 1950 roku nasza brygada dostała biblioteczkę. To było duże wyróżnienie. Pamiętam jeszcze, że były tam książki „Opowieść o prawdziwym człowieku”, „Jak hartowała się stal”, „Matka” Gorkiego. Ja dostałem dodatkowo osobistą nagrodę – radioodbiornik Tesla, a z okazji Kongresu ŚFMD przyznano mi srebrną odznakę Gryfa Pomorskiego. To był okres pracy, wiary, zapału.

CHMIELEWSKA: Pracowałam wtedy jako maszynistka w instytucji wojskowej. Nie umiałam pisać, ale nauczyłam się szybko. Dobrze pracowałam i siedziałam cicho. Na prasówkach głosu nie zabierałam. Jak mogłam, robiłam uniki. Na szczęście, my, pracownicy kontraktowi, byliśmy pod mniejszym naciskiem niż wojskowi. Kiedy namawiali mnie do partii, wykręcałam się młodym wiekiem. Nie miałam jakichś tam specjalnych poglądów, ale zawsze jestem ostrożna. Lubię wiedzieć, co robię, dobrze zbadać sprawę, zanim się do niej ustawię.

WISZNIEWSKI: Do nas, do Puszczy, zaczęli przyjeżdżać werbownicy. Zachęcali, że takie szerokie perspektywy otworzyły się dla wszystkich, że przemysł nas wzywa. I ja jakoś się zabrałem z transportem. Trafiłem do szkoły przysposobienia przemysłowego w Pszczynie. Była to szkoła górnicza, wojskowy dryl, wychowawcami naszymi byli podoficerowie WP. Byliśmy umundurowani jak Służba Polsce. Przed różnymi uroczystościami ćwiczyliśmy krok wojskowy, imponowało mi to z początku. Uczniowie tam byli niedouczeni i ciągle przerabialiśmy z konieczności tę samą klasę. W roku 1950 odrabiałem praktykę w kopalni Murcki w Katowicach-Brynowie. Górnicy żuli tam prymki, nawet konia widziałem na dole. Kopalnia stara jak moja wioska. Ale praca była dla mnie za ciężka, coraz częściej myślałem o zmianie zawodu.

NOWAK: Z trzeciego piętra w budynku komisariatu ojciec wyprowadził nas jak ptaszki z gniazdka na wilkę państwa Mikołajczyków. Była to piękna wilka, trzynaście pokoi, ogród, taras, piwnice. Pan Mikołajczyk był robotnikiem w zakładach naprawczych taboru rolniczego, zdaje się tokarzem. Ojciec wywłaszczył go najpierw z połowy willi, a potem dostał nakaz na drugą połowę. Dlaczego, tatuś, my żeśmy wywłaszczyli państwa Mikołajczyk? A on: – Pamiętaj, abyś miał co zjeść i nikogo nie mordował i nikomu takiej znaczącej krzywdy nie robił. – Tatuś, ale to jest krzywda. – Ale ja, widzisz synku, straciłem zdrowie, ja byłem ranny za Polskę, teraz ja chcę dobra waszego, naszej rodziny, żebyście nędzni nie chodzili i głodni. I taka była odpowiedź ojca.

ZIELIŃSKI: Kiedy ojciec został na Zachodzie, odebrano nam najlepszy pokój i ulokowano w nim pracownika UB. Musieliśmy mówić szeptem, cicho nastawiać radio, ale wiadomo było, co chcą usłyszeć i z czego zrobią użytek. UB przychodziło do domu pytać o ojca. Coraz lepiej zdawałem sobie sprawę, że to nie on nas opuścił. Zostałem pozbawiony ojca dlatego, że w Polsce było tak, jak było.

PRZED PAZDZIERNIKIEM

KRYSTOSIAK: Siedziałem między innymi w Rawiczu. Było nas tam w pojedynce od dziesięciu do dwunastu, cela miała sześć metrów długości, a szerokość – na wysokiego chłopa. Coś takiego miałem chyba w sobie przekonywającego, że potrafiłem chłopakom wmówić, że to nic, szybko wyjdziemy, chociaż sam w to nie wierzyłem...

Więzienie to była olbrzymia szkoła. Raz, że z różnymi ludźmi się siedziało, a dwa, cały świat nauki był w kiciu. Ja na przykład studiowałem prawo. W jaki sposób? Wykładał pan Malinowski czy Maliszewski, nie pamiętam... W każdym razie wybitny prawnik. Kodeks Hammurabiego pisaliśmy mydłem na szybie i wkuwaliśmy na pamięć. Potem był egzamin i w portki robiliśmy ze strachu. Angielskiego też uczyliśmy się na szybie. Stasiek Skalski, pilot, opowiadał nam o lotnictwie, a ksiądz Sieredziński, doktor praw, światowiec, o muzeum w Luwrze. Zwiedził cały świat, był nawet w Japonii, doskonale zajmował czas więźniom.

Siedziałem też z Pużakiem i Szturm de Sztremem. Ci znani socjaliści ukształtowali moje poglądy polityczne. Przedtem byłem skłonny bardziej jako endek. Polska dla Polaków – to mi się podobało. Ale antysemityzm – nie! Od Pużaka i Szturm de Sztrema można się było dowiedzieć, jakie były plusy i minusy rządów przedwojennych. W celi trwały ciągłe dyskusje, dochodziło nawet do wielkich kłótni politycznych. Ja jako młody chłopak nie brałem w nich czynnego udziału, tylko gębę otwierałem.

Czyli te pięć lat to nie był dla mnie stracony czas. To dało mi ogromnie dużo. Chyba nie przegnę pałki, jeśli powiem, że to były prawie studia społeczne.

Śmierć Stalina odebraliśmy jako pierwszą jaskółkę. Coś tam powiedziałem z tej okazji bez należytego szacunku, kapuś doniósł i poszedłem do karca. Grozili mi dodatkowym wyrokiem, nie zdążyli już.

FISCHBEIN: Pracowałem i chodziłem do wieczorówki. Ożeniłem się z siostrą kolegi, która przyjechała z Lidzbarka Welskiego. Zamieszkaliśmy w „kołchozie”. Było to mieszkanie trzypokojowe, największy pokój zajmował autochton, inwalida wojenny spod Stalingradu. W dwóch pozostałych mieszkaliśmy tak: ja z żoną i córeczką, moja siostra i moi dwaj bracia, i kolejno dwaj bracia żony. I z bratem żony jeszcze jeden kolega mieszkał. Na szczęście ten autochton, nałogowy pijak, wyszedł któregoś dnia i gdzieś się zapodział, czekaliśmy, czekaliśmy, a potem wyprzątnęliśmy pokój, spaliliśmy śmiecie i było nam trochę wygodniej.

Do pracy jeździłem wtedy motocyklem. To był wielki fason. Nawet w rajdach uczestniczyłem. Kiedy ogłoszono Kartę Stoczniowca, dostałem tę SHL-kę w nagrodę, jako jeden z dwóch tylko pracowników stoczni. W 1953 roku urodziło nam się drugie dziecko, syn. W tym samym roku wstąpiłem do partii. Na moim wydziale pracował Bratuszewski, stary komunista, dąbrowszczak, namówił mnie. W organizacji wydziałowej pełniłem funkcję drugiego sekretarza. Ale to nie była wtedy ważna rola, nie wyróżniałem się.

CHMIELEWSKA: Przyjechaliśmy z mężem do Szczecina w 1951 roku, on tu miał rodzinę. Przyjechaliśmy, bo były szanse mieszkaniowe. Och, jak mi się tutaj nie podobało. Szczecin był dla mnie pusty, obcy, rozrzucony. Zamieszkaliśmy w alei Wojska Polskiego, tam gdzie są teraz Delikatesy, w samym środku miasta. A ja bez przerwy mówię mojemu, kochany, zaprowadź mnie w jakieś centrum, tak jak Marszałkowska, jak Nowy Świat.

WISZNIEWSKI: Kiedy przestała mi się podobać praca na dole, postanowiłem zmienić sobie zawód. Poznałem kolegów, którzy pracowali w jakimś przedsiębiorstwie robót elektrycznych. Opowiadali niesamowite rzeczy, jakie tam dobre warunki, a jaka robota ciekawa. No to ja natychmiast do Krakowa, do tego przedsiębiorstwa. Zatrudnili mnie w Niedowicach, gdzie budowano fabrykę celulozy, a po jakimś czasie wysłali na kurs elektromonterów. Zdałem egzamin na czeladnika i już miałem fach. Szybko wszystko szło!

Wkrótce jednak zaczęła się moja niedola, bo tak... człowiek ciągle szukał nowych wrażeń. Ciągle jeszcze nie znał swojego miejsca. Zatęskniłem do swoich stron, do Białowieży. Pojechałem. A tam jakoś niedobrze, smutno... Ojca usunęli już z wójta, w międzyczasie powstały rady narodowe. Coś tam jeszcze działał w Samopomocy Chłopskiej, ale to już nie wychodziło, postarzał się, zmarł. A matka za nim, w tym samym roku. Zaczęliśmy z młodszym bratem sami jakoś żyć. Brat pracował w gminie, ja w Białowieskim Parku Narodowym, ale nie było nam dobrze. Ciągle myśleliśmy tylko, gdzie by tu pojechać, szerokiego świata zobaczyć, horyzonty sobie poszerzyć, trochę więcej zarabiać...

Kilku od nas z Białowieży wyruszyło wywiadowczo do Szczecina. Przywieźli wiadomość, że są tam szanse. Wtedy pojechał brat. Tak długo się obijał koło szczecińskiego urzędu zatrudnienia, że go wzięli do pracy w tym właśnie urzędzie. Przywiozłem ze sobą łóżko polowe i spaliśmy razem w tym biurze, w willi przy alei Wojska Polskiego nr 113.

Zatrudniłem się. Gdzie? – W ambulansach pocztowych! Po prostu człowiek był ciągle żądny tego świata, nie mógł usiedzieć na jednym miejscu. Myśmy kursowali tak: Szczecin – Wrocław, Szczecin – Kostrzyn, Szczecin – Chojnice. Jeździłem jako konwojent. Ale cóż to za mordęga! Ciągle człowiek niewyspany, całą noc trzeba było pracować. Zarabiałem mało, odżywiałem się herbatą i serkiem topionym.

JURCZYK: Nie miałem jeszcze skończone szesnaście lat, zacząłem pracować. Jeszcze brałem, pamiętam, zaświadczenie od wójta, wtedy tacy wójtowie byli na wioskach. Poszedłem do Częstochowskich Zakładów Lniarskich Stradom. To była po prostu obsługa panien, które pracowały przy maszynach, trzeba im było dowozić szpule, odwieźć, surowiec doręczyć. Pomocnicze prace. Teraz są inne warunki, urządzenia do ściągania kurzu, pyłu, ale wtedy, jak się w dzień pracowało, to się wydawało, że jest noc. W dzień i noc były zapalone światła. Ale człowiek nie zadawał sobie pytań, czy jest wyzyskiwany, czy nie. Po prostu był zadowolony, że pracuje i że te parę złotych może zarobić i pomóc rodzinie, bo na gospodarstwie było strasznie ciężko.

Matka umarła, gdy miałem dwanaście lat. Kiedy ojciec się ożenił po raz drugi, już się nie czułem tak dobrze w domu, nie było tego serca matczynego. Mam siostrę stryjeczną w Szczecinie, przyjechał szwagier, mówi: Jedź do nas, zamieszkasz na razie z nami, ułożysz sobie życie stopniowo. No i tak się stało. Mało myśląc, zwolniłem się z pracy w Stradomiu. Zgłosiłem się od razu do Stoczni im. Warskiego. Trzeba było się chwycić jakiejś roboty, która by dała możliwości zarobienia. W pierwszej kolejności zdobyłem zawód jako dźwigowy, ale tam zarobki były niskie i długo nie cieszyłem się tą pracą, chociaż mi się podobała jako typowo męska. Poszedłem pracować w zawodzie spawacza, jednym chyba z najcięższych w stoczni.

NOWAK: Ojciec wiedział, że jeżeli się do partii nie zapisze, to go pozbawią jego stanowiska, a chciał się utrzymać. I zaraz, jak wstąpił, wysłali go na szkołę oficerską do Szczytna. Skończył i otrzymał już stopień – wyższy, a potem awansował bardzo szybko, w ciągu trzech lat, na pułkownika. Tak że został szefem komendy powiatowej w Mogilnie. Kiedy już ten czas zaczął płynąć normalnym życiem, wtenczas zobaczyłem, że mój ojciec nie jest tym, którego zapamiętałem z dawniejszych lat. Dostali samochody już dla komendy, już ta MO organizowała się fachowo, przywozili tatusia do domu, odwozili z domku, wyjeżdżał ojciec często do pobliskich gorzelni, tam sobie popijali, bawili się, już tryb życia luźniejszy, już hulaszczy zaczął się tworzyć. Powstały wtedy te sery szwajcarskie, ogromne jak chleby, u nas w piwnicy półki się uginały od tych serów. Inny dzieciak w ogóle nie miał chleba, a ja nosiłem do szkoły ser i jeszcze grubo smarowany masłem. Z zakładów mięsnych szło wszystko do nas na telefon. Wódka karnistrami była przywożona. Spirytus rektyfikowano dla ojca specjalnie, kierownik gorzelni parę razy przepuszczał. Doktor komendy, Małecki, przychodził do naszej willi, pytał: Antoś, spirytusik masz? – Mam. Mieszali krople miętowe, żołądkowe, gorzkie, tak sobie szykowali, popijali, a w zimie robili grogi – spirytus, cukier, gorąca woda... W zimie urządzali polowania, a latem do rybaka jechali, bo jeszcze do tego towarzystwa należał rybak Stachowicz, wioska może siedem kilometrów od Mogilna, piękne jezioro, pełne ryb, węgorze. Już wiedziałem, że to nie jest to, co powinno być. Ojciec potrafił wrócić podpity, wyciągał broń, groził matce, że zabije. Ja ciężko przeżywałem, bo kochałem matkę. Lubiłem dom, lubiłem usiąść w fotel i czytać książki po babce – Stary Testament, opisy potopu, o Mojżeszu, o Izaaku. Postanowiłem, że pójdę na księdza. Szkoły nie lubiłem... Nazywali mnie tam „farkarta”, bo ojciec kazał sprawdzać karty rowerowe.

URODZENI PO WOJNIE

MIECZYSŁAW SOSZYŃSKI: Mój ojciec pochodził ze wsi spod Siedlec, był urzędnikiem pocztowym, matka bez zawodu, z Lidzbarka Welskiego. Spotkali się przed wojną, ale ślub wzięli po wojnie i z tą falą przenieśli się na ziemie zachodnie. Urodziłem się w roku 1949 w Stargardzie Szczecińskim. Matka nie zabierała głosu w domu, ojciec synów ustawiał. Nie był za bardzo za nową władzą.

MARIAN JUSZCZUK: Urodziłem się w roku 1950 w Jagodnicy pod Białą Podlaską. Ojciec miał tam hektar siedemdziesiąt arów. Żyliśmy dlatego, że zarobkował stolarką. We wsi było trzydzieści pięć gospodarstw na wymarciu. Ostatni zdrowy chłopak uciekł na państwowe.

WALDEMAR BAN: Szczecin jest moim miastem rodzinnym, tu się urodziłem w 1951 roku. Ojciec przyjechał tu ze wsi już w rok po wojnie, został robotnikiem. Był członkiem partii. Jak wielu pionierów czuł wielki zapał i wierzył we wszystko, co było głoszone – że nowe życie, że wszystko dla ludu.

LESZEK DLOUCHY: Mama pochodziła spod Częstochowy, z małej miejscowości Zawada, a ojciec spod Bochni. Rodzinie matki wiodło się ciężko, ale ojciec był synem policjanta, chyba nawet naczelnika policji, który miał dużą gospodarkę, dwa konie, trzy krowy, dwa domy, jeden na dole, drugi na górze, i kształcił dzieci w gimnazjach prywatnych. Rodzice trafili do Wałbrzycha, tak jak się tam trafiało po wojnie, szukając szczęścia... Urodziłem się tam w 1953 roku.

LUCYNA PLAUGO: Moi rodzice przyjechali do Szczecina z Nowej Wilejki. Tu się urodziłam. Z początku ich nowe życie zapowiadało się dobrze. Ojciec pracował na budowach. Mama, kiedy znalazła się w mieście, zaczęła się strasznie starać. Była bez szkoły i bez obycia, wstydziła się tego, więc obserwowała, jak ci z miasta chodzą, jak się ubierają, jak jedzą i stopniowo docierała to wszystko, co w niej było niedotarte. Bardzo nad tym pracowała. Kiedy ojciec już lepiej zarabiał, zaczęła się ubierać, w naszej klatce schodowej mieszkała krawcowa. Nawet do fryzjera chodziła. A że była ładna, była taka dumna z siebie, że jej zaczęli wytykać, czemu zadziera nosa, skoro jest zza Buga.

JAROSŁAW MROCZEK: Ojciec był zastępcą kierownika wydziału oświaty ówczesnej Miejskiej Rady Narodowej w Szczecinie. Był tam sekretarzem POP PZPR, a należał jeszcze do PPR. Mieliśmy dużą rodzinę w Szczecinie, byli w niej inżynierowie ze Stoczni Warskiego, którzy wnosili do domu ruch, dynamizm, dyskusję. Pamiętam tę atmosferę od wczesnego dzieciństwa. Urodziłem się w Szczecinie dwa lata przed Październikiem.

ROK PIĘĆDZIESIĄTY SZÓSTY

KRYSTOSIAK: Wyszedłem już w kwietniu 1955 roku, odsiedziałem niecałe pięć lat, w ostatnim okresie w kamieniołomach. Uważałem, że nie mam hipoteki zapaskudzonej i wróciłem do Parnicy na to samo stanowisko pracy. Zostałem przyjęty bez najmniejszych oporów. A były to te same władze, które zorganizowały masówkę i potępiły mnie jako wroga, gdy tylko zostałem aresztowany. Pracowałem spokojnie jako ślusarz, o rehabilitację się nie starałem. Można było to zrobić, ale ja się bałem, nie chciałem już mieć z nimi nic wspólnego. Bo jednak ten strach pozostał, żeby być z daleka od władz.

CHMIELEWSKA: Siedziałam w domu i chowałam dzieci. Gdzie tam mi polityka była w głowie.

WISZNIEWSKI: Tłukłem się po Polsce w ambulansach pocztowych. Czułem, coś się dzieje. Ale co? Chwytałem wszystko i nic.

FISCHBEIN: W czerwcu stocznia urządziła wycieczkę na Targi Poznańskie. Spóźniłem się na dworzec, budzik nie zadzwonił. Pojechałem późniejszym pociągiem. Chciałem odnaleźć w Poznaniu swą grupę ze stoczni. Jakiś rozgardiasz i nieład był na dworcu, zauważyłem milicjanta z krótkofalówką, wtedy krótkofalówka była rzadkością. Poszedłem na teren targowy. Stoiska pozamykane, w oddali słyszałem strzały, szedłem jak we śnie. Na ulicy spotkałem pochód ze skrwawionym sztandarem. Śpiewali „Boże, coś Polskę”. Słychać było szum silników jakichś wielkich maszyn, były to czołgi. Spotkałem parę osób ze Szczecina, siedzieliśmy na ławce, patrząc, naradzaliśmy się, doszliśmy do wniosku, że trzeba wracać. Pociągi jednak nie stawały na dworcu, zwalniały tylko. Na peronie, obok toalet, zobaczyliśmy zbiegowisko. Na ziemi leżał kapral UB. Był w mundurze. Żył jeszcze, na ustach miał pianę. Tłum nie dopuszczał do niego karetki. Ktoś wcisnął mu do ust papierosa zapalonym końcem. Wołano, że postrzelił kobietę z dzieckiem. Dzisiaj wiadomo, że nie była to prawda, był przypadkową ofiarą. Zapamiętałem jego nazwisko – Izdebny. Nadjechał pociąg, zwolnił, kilku nas ze Szczecina rzuciło się do niego, wskoczyliśmy w biegu. Nieważne było, dokąd jedziemy, chcieliśmy jak najprędzej znaleźć się daleko.

Ten obraz był dla mnie wstrząsem. Lecz niewiele z tego wówczas pojąłem. Przypuszczałem, że ludzie w Poznaniu słusznie się wzburzyli. Stocznia też buntowała się przeciw niesprawiedliwym normom, zamordyzmowi, ale forma poznańskiego protestu była dla mnie niezrozumiała. Gubiłem się w tym. Po powrocie do Szczecina zdawaliśmy w stoczni relację z Poznania. Zwołano zebranie partyjne, opowiadałem na nim, co widziałem. Nie pamiętam, czy wyrażałem na nim swój stosunek do tych wydarzeń, lecz przypuszczam, że tego ode mnie żądano. Pamiętam jeden szczegół: ówczesny dyrektor stoczni, Jędza, już nieżyjący, powiedział, że gdyby z dziesięciu przykazań ujęto trzy pierwsze, pozostałe będą dla nas do przyjęcia. Wywiązała się dyskusja na szersze tematy, mówiono o religii, o Kościele. Panowało oburzenie na masakrę robotników.

ZIELIŃSKI: W czerwcu zrobił się zator przy stacji benzynowej we Wrześni i my, dzieci, pobiegliśmy oglądać sznur samochodów najróżniejszych marek i rejestracji, których właściciele opuścili w popłochu Targi Poznańskie. Potem obok tej stacji przejechały czołgi. Wypadki poznańskie interpretowano w domu radośnie. Lud ruszył się nareszcie przeciw ciemiężcom. Rodzina nie miała żadnych kłopotów z oceną. Władza jest zła, to, co się działo w Poznaniu, było proste jak walka aniołów z szatanem.

WĄDOŁOWSKI: Po podstawówce w Sokołach i szkole metalowej, kolejowej w Starosielcach pod Białymstokiem zaczepiłem się w Warszawie w elektrociepłowni na Żeraniu jako pomocnik spawacza. Tam w Październiku mocno działał Goździk, ale ja się niewiele orientowałem. Poszedłem na wiec pod Pałac Kultury, zresztą wszyscy szli, ale nie wiedziałem, co się dzieje. Szwagier mówił, że Gomułka to może być ta sama spółka.

JURCZYK: Ja w tym czasie odbywałem służbę wojskową. Byłem w szkole podoficerskiej, gdzie na 145 elewów zająłem drugie miejsce. Pierwsze miał kolega Sabat chyba ze Stargardu Szczecińskiego. Ja miałem tylko jedną czwórkę, a reszta piątki, a on miał wszystkie piątki. Zapisałem się wtedy do ZMP. Były usilne starania, żebym został w wojsku ze względu na dokładność, dyscyplinę, porządek, które zawsze były u mnie na pierwszym miejscu i są po dziś dzień. Tak że w 1956 roku byłem jeszcze w wojsku. Pamiętam, że były zmiany na stanowiskach, Gomułka doszedł, ale człowiek był w mundurze i to był jeszcze taki wiek, że trudno mi było rozróżnić, co dobre, co złe.

NOWAK: Z tych czasów pamiętam, że ojciec często usiadł sobie w fotelu i tak dumał, myślał. Matka pyta – O czym tak myślisz? Nie odpowiadał. Podszedł do barku, postawił sobie butelkę, do zakąszenia poprosił. Moim zdaniem sumienie dręczyło, myśli nie dawały spokoju. A nie miał przed kim wyspowiadać się, szukał w alkoholu. I już humor inny, poprawił się.

STABILIZACJA

KRYSTOSIAK: Nareszcie mogłem się zająć pracą społeczną. Zaraz w roku 1956 wybrano mnie do rady zakładowej na funkcję społecznego inspektora pracy. Stałem się nieoficjalym doradcą załogi. Wielu ludzi zwracało się do mnie jakby prywatnie, omijali radę zakładową. Pomagałem im. Nie robiłem tego dla popularności. Ludzie przychodzili do mnie, bo nie musieli wystawać w korytarzach, czapkować po urzędach. Miałem chyba dar urabiania na swoją stronę radców prawnych. W większości przypadków umiałem wymanewrować dyrektora, wytłumaczyć mu, że jego popularność wzrośnie, jeżeli nie będzie się odwoływać do sądu. A jak już tam sprawa trafiła, na ogół robotnik wygrywał. Pamiętam, jak autobus zabił człowieka, który wychodził z zakładu do sklepu. Dyrektor twierdził, że robotnik poszedł po wódkę, na dowód pokazywał znalezioną na ulicy butelkę. Brygadzista, bojąc się, że będzie odpowiadał, zeznał, że podwładny samowolnie opuścił swoje stanowisko. Okazało się, że kiosk spożywczy w zakładzie był tego dnia zamknięty, o czym wcześniej nie zawiadomiono, robotnik musiał wyjść w przerwie śniadaniowej, by kupić coś do zjedzenia. Trzeba było upominać się o prawa jego rodziny. Innym razem udało mi się dopiąć tego, że kłótnia z szefem, która doprowadziła pracownika do choroby, została uznana za wypadek przy pracy.

CHMIELEWSKA: W 63 roku poszłam na rurownię, pierwsza moja praca w Szczecinie. Pierwsza i jedyna, żadnej innej nie chcę! Dostałam pracę na dyscyplince, taki jakby mały dział kadr, tuż przy hali. Przez okno wszystkich tych swoich widzę. Jak coś się kroi – od razu wiem, bo już tu grupka, tam grupka i tak powoli ciągną na stołówkę... Wtedy na dyscyplince było dużo pracy, bardzo dużo tych młodych przyjmowaliśmy i prawie tyle zwalnialiśmy, taka była fluktuacja. Jak przyjęliśmy siedemdziesiąt osób, to zwolniliśmy pięćdziesiąt w miesiącu, z całej Polski tutaj ciągnęli.

FISCHBEIN: Dwa razy próbowałem dostać się na studia, ale za pierwszym razem urodził mi się syn i żona marudziła, że nie ma pomocy w domu, a za drugim dostałem kartę powołania do wojska. Wreszcie jednak skończyłem politechnikę, przeniosłem się do Biura Konstrukcyjnego i otrzymałem stanowisko głównego specjalisty. Dostałem wreszcie własne mieszkanie, na które długo czekałem. W Biurze Konstrukcyjnym wybrano mnie na funkcję sekretarza POP.

WISZNIEWSKI: Miałem już dosyć ambulansów pocztowych. Doszedłem do wniosku, że trzeba się wziąć za porządną robotę. Pewnego dnia poszedłem do stoczni. Wszedłem do kadr i mówię: chciałbym tu pracować, jestem elektrykiem. Przyjąłem się na wydział W-3. Rozpocząłem pracę jako elektromonter okrętowy na wyposażeniu statków, przeważnie pracowałem w maszynowniach. Praca była niesamowicie ciężka, a ja ciągle się źle odżywiałem, wylądowałem w sanatorium przeciwgruźliczym.

JURCZYK: Zaraz po wojsku się ożeniłem. Nie było możności iść do dalszej szkoły, bo trzeba było na tę rodzinę jakoś zarobić. Człowiek się od podstaw dorabiał, dosłownie od łyżki. Ubranie do ślubu brałem na raty.

NOWAK: Ojciec wykupił wilkę na własność, to były oczywiście sprawy groszowe. Milicja i tak remontowała tatusiowi dom, kapitalny remont robili. Tak że żyło nam się wygodnie. Ale nie było zgody między mną a ojcem. Ojciec był za tym, żebym skończył technikum samochodowe. Skończyłem pierwszy rok, ale nie podobało mi się w tym technikum. Chciałem przejść na liceum ogólnokształcące, a potem do seminarium do Poznania, już z księdzem miałem sprawę obgadaną. Coś mnie tak pociągało, żeby zostać duchownym. Widziałem, że to hulaszcze życie jest krzywdą dla drugiego. Uczyłem się w szkole o feudalizmie, a feudalizm miałem koło siebie. Tak że koniecznie chciałem na księdza. Nas trzech chłopców na całą szkołę, na 750 dzieci, nie należało do ZMP, ja, Wiesiek Chrząściel i jego kuzyn. Nie chcieliśmy należeć, bo przy tej agitacji mówili nam, że nasze pochodzenie jest od małpy. Uważaliśmy, że jest to bzdurne, ktoś się chyba wygłupił. I jeden z naszej trójki jest w Gnieźnie proboszczem, a drugi księdzem na misjach. Tylko ja nie poszedłem zgodnie z powołaniem. Ojciec powiedział, że ze względu na eksponowane stanowisko i dlatego, że mundur nosi, mógłbym mu zaszkodzić. No, po prostu błagał mnie – synku... Chociaż wszystkich religijnie wychował, wszyscy są wierzący i sam chętnie do kościoła jeździł. I tak na siłę chodziłem do tego technikum. Na trzeci rok nastąpiło generalne starcie. Tym wąskim paskiem, który ojciec odpiął od głównego pasa, oficerskiego, uderzył mnie kilkakrotnie przez plecy. Rozgniewałem się bardzo, opuściłem dom. Uciekłem za Bydgoszcz, pod Koronowo, do wioski Stopka, zaciągnąłem się jako pomocnik na ciągnik, bo tam był POM. Pokoik dla mnie się znalazł, wyżywienie, wiadomo – nie miałem pieniążków, to na razie na kredyt stołowałem się u kierownika, dobrze mi tam było. Ale ojciec odnalazł, przyjechał w niedzielę milicyjnym wozem, kierownikowi zagroził. Jeszcze kierownik miał pretensję do mnie, czemu ukryłem, czemu taiłem, dałby mi lepszą pracę i więcej zarobić. Tak że musiałem wrócić do szkoły, ale postanowiłem, wyjadę z Mogilna. I zaraz po szkole, po wojsku, ożeniłem się i wyjechałem, najpierw do Trzebiatowa, potem do Gryfic i wreszcie w 1967 roku do Szczecina, od razu na kierowcę do Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej. Poszedłem na autobus, dostałem sana 67, był zdezelowany, ale lubiłem czystość, pucowałem, poznali się na mnie i nawet długo nie musiałem czekać. Dwa miesiące i dostałem nowy autobus, prosto z fabryki. I zawsze tylko za kierownicą, żadnych stanowisk nie chciałem, za biurko nigdy, za dyspozytora nie chciałem, taki charakter miałem, żeby być z ludźmi. Mówią – jako dyspozytor też pan jest z załogą. O nie, dziękuję.

ZIELIŃSKI: Poszedłem do znakomitego gimnazjum we Wrześni. Przy przyjęciu na studia w Poznaniu dawano pierwszeństwo absolwentom tej szkoły. Uczyło w niej jeszcze wielu przedwojennych profesorów. Nasz ksiądz prefekt miał za sobą trzy lata medycyny, ale naprawdę był historykiem, uczył nas z zamiłowania nie religii, lecz nieocenzurowanej historii Polski. Miał wspaniałą bibliotekę i dopuszczał do niej wybranych. Ja do nich należałem. Sądzę, że mam teraz nie gorszy księgozbiór niż on. Potem poszedłem na prawo w Poznaniu. Nie należałem do żadnej organizacji, nawet do ZSP, bo mój kolega działał w ruchu studenckim i nie podobało mi się to, co opowiadał. Studia minęły bez większych wrażeń; gimnazjum we Wrześni lepiej pamiętam. Wziąłem stypendium fundowane przez Sąd Wojewódzki w Szczecinie. Wybrałem Szczecin, bo tam mieszkał wuj; w jego domu też się ciągle wspominało strajk szkolny we Wrześni. W sądzie jednak pracowałem krótko. Wojsko skaperowało mnie na radcę prawnego. Sąd dawał tysiąc dwieście, a oni – trzy i pół i mieszkanie służbowe.

SERAFIN: Po podstawówce w Wałbrzychu poszedłem do trzyletniej szkoły metalowej i pracowałem niecałe dwa lata w tym samym co ojciec Famelu. Tam dostało mi się w ręce ogłoszenie, że kopalnia Knurów poszukuje ślusarzy. To nie ma co, spakowałem worek i jadę. Ale na dworcu jakaś stara gazeta leży. Piszą, że stocznia szczecińska potrzebuje... Nie miałem pieniędzy na pociąg i autostopem przyjechałem do Szczecina. Myślę sobie, przezimuję i dalej sobie coś innego znajdę. Zahaczyłem się na wydziale W-S. To był rok 1962. Zagubiony w stoczni czułem się niesamowicie. Ten teren to jak cała moja wioska rodzinna. Niedługo powołano mnie do wojska. Tam się zapisałem do partii. Od ojca o mało co lania nie dostałem, jak przyjechałem na przepustkę i przyznałem się. Służba się skończyła i teraz gdzie iść? Z powrotem do stoczni. Ale widzę, kiwają mnie. Przed pójściem do wojska miałem czwartą grupę zaszeregowania, a po powrocie proponują to samo. To ja dziękuję, powinienem co najmniej piątą dostać. Spotkałem kolegę z mechanicznego, przed wojskiem mieszkałem z nim na sublokatorce, i on mówi – ja ci załatwię na mechanicznym. Przyjąłem się na wiertarkach. Pracowałem tu ze trzy lata. Ponieważ robiłem bezbrakowo, przeniesiono mnie na wytaczarkę, a to już jest maszyna uniwersalna, a wytaczacz – zawód poszukiwany w Polsce.

SOSZYŃSKI: Zarząd Portu Szczecin, gdzie pracował ojciec, urządzał zakładowe kolonie letnie na wzór harcerski. Ojciec mnie tam wysyłał. Wtedy zainteresowałem się harcerstwem. Harcerstwo zrobiło ze mnie żeglarza. W takim żeglarstwie, nie na rzece czy jeziorze, ale na morzu, potrzebna jest dyscyplina i wiedza. Dyscyplina bardzo mi odpowiadała, ceniłem tę cechę. Mając piętnaście lat zdobyłem stopień żeglarza, a w następnym roku byłem już sternikiem jachtowym. Mogłem prowadzić jednostki, szkolić młodzież w Harcerskim Ośrodku Morskim. Bardzo lubiłem tę pracę z młodzieżą, to był w moim życiu najszczęśliwszy okres. Zalew Szczeciński to duży akwen. Ten sam wiatr, który robi falę na jeziorze, na Zalewie wznosi już półfalę, która ma pewną długość. Mnie się podobało, że na wodzie nigdy nie ma pełnego relaksu, że trzeba być ciągle przygotowanym na wszystko.

Po szkole zasadniczej poszedłem pracować jako pomocnik murarza, miałem siedemnaście lat. A po pracy chodziłem do Technikum Budowlanego. Owszem, pozwalano mi się uczyć – ale zarób na siebie. Tak ciężko może w domu nie było, ale taka była zasada rodziców. Od początku pracowałem w Zarządzie Portu. Szybko wstąpiłem do ZMS, byłem nastawiony nie na jakąś ideologię, ale na pracę dla młodzieży, organizowałem wieczorki, spotkania, zapraszałem ciekawych ludzi, robiłem na przykład takie imprezy – Czy wiesz, jak się zachować przy stole? Czy umiesz poprosić partnerkę do tańca? Uważałem – młodzież trzeba wychowywać.

JUSZCZUK: Mój ojciec wieczorami bardzo dużo czytał. Były to na ogół książki historyczne. Tylko że on umiał włożyć zakładkę i przerwać czytanie, a ja ślepiłem pod kołdrą nieraz do rana. On mnie budził do krów, a ja jeszcze świeciłem po kartkach latarką. Brat też ma po ojcu zamiłowanie, robi zaocznie studia historyczne w Białymstoku. Byłem zdolny, recytowałem pięknie wiersze o przyjaźni polsko-radzieckiej, nauczyciele mnie chwalili, dlatego ojciec wybrał dla mnie lepszy ogólniak w Siedlcach – nie Królowej Jadwigi, ale Bolesława Prusa. Chodziłem tam rok, ale byłem wiejski chłopiec, nieobyty, i chuligani miejscy złamali mi nos, bo nie wiedziałem, co to znaczy kopnij zeta – daj złotówkę. Więc żeby się odegrać, sam zostałem chuliganem. Ojciec musiał mnie przenieść do zawodówki do Janowa Podlaskiego, gdzie już do końca byłem prymusem.

BAN: Ojciec, który przedtem wierzył we wszystko, po Październiku bardzo się zmienił, zaczął dociekać i oceniać krytycznie. Kiedy przynosiłem ze szkoły różne wiadomości, zapoznawał się z nimi i często prostował. Było nas trzech synów i prawdziwa nauka historii odchodziła w domu. Ojciec na przykład pokazywał nam kalendarze robotnicze z wczesnych lat pięćdziesiątych, czytał z nich życiorysy naszych dżentelmenów u władzy i analizował je. Wynikało z tego, że informacje są zakłamane, że historię można fałszować. Ojciec kontrolował jakby, czy nie robi się tego nadal. Kiedy poszedłem do technikum kolejowego, zastanawiałem się nieraz, czy nasi nauczyciele nie mogliby być lepsi? Czy nie mogliby mówić więcej? Nauczyciel, jeśli chce, zawsze się może lekko wychylić. Często prowokowałem nauczycieli do odpowiedzi związanych wprawdzie z tematem, ale nie mieszczących się już w tych wąskich linijkach.

DLOUCHY: Rodzice przenieśli się do Wrocławia. Tam odkryłem nieznane mi przedtem fakty z życia ojca. Okazało się, że po wojnie siedział w więzieniu, prawdopodobnie za udział w akcjach AK. Po Październiku, już we Wrocławiu, rozpoczął aktywne życie zawodowe; został zastępcą dyrektora centrali włókienniczej, studiował, wstąpił do partii. W dwa lub trzy lata później złożył legitymację. Rzecz jasna, przestał być dyrektorem. Chciałem się dowiedzieć, dlaczego poszedł do więzienia, dlaczego złożył legitymację, lecz on nie stwarzał klimatu do takich pytań. Więc nie pytałem. W naszym domu nigdy nie mówiło się o polityce ani o szerszych sprawach społecznych. Byliśmy zamknięci we własnym kręgu. Rodzice dbali o wychowanie czworga dzieci. Nie miewaliśmy prawie gości. Ojciec był domatorem. Nie chodziło się do kina ani do teatru. Mówiło się wyłącznie o praktycznych, codziennych sprawach.

PLAUGO: Ojciec nas opuścił. Wszystko się skończyło. Matka przestała o siebie dbać. Kiedy żył ojciec, zwierzchnicy nie śmieli się do niej zalecać. A teraz... Zawsze mama miała szefa mężczyznę. Była jeszcze młoda, zawsze oni jej stawiali warunki, na które nie chciała się zgodzić. Pracowała na przykład w stołówce, a były czasy, kiedy taka repeta miała swoje znaczenie. Kobiety wynosiły torbami jedzenie. Kiedy ojciec odszedł i jeszcze alimentów nie płacił, to ta praca była idealna, żeby dzieci wykarmić. Raz wzięła bochenek chleba i kawałek mięsa z obiadu, odsmażyła, on jeszcze leżał na patelni, zastanawiała się, zjeść czy wziąć, i właśnie wszedł kierownik. Pamiętam go, starszy gość, bez zębów, nieciekawy, z tej zemsty robił kontrole, naloty, wiedzieli, że mama musi wynosić, bo przecie jest sama, że są dwie córki, tylko chodziło o to, ile wynosi. I kiedy mama zwróciła się z prośbą o to, by dawać zupę dzieciakom, odmówiono kategorycznie. Nie tylko nie pozwolono jej wynieść tego, co zostaje, ale nawet nie pozwolono, żebyśmy przyszły i zjadły na miejscu. I żeby w ogóle nie było tej sprawy, przeniesiono ją z kuchni do sprzątania hotelu robotniczego.

Przez obserwowanie życia matki stopniowo wyrabiał się mój charakter. Ze szkoły wracałam do smutnego domu. Była zmordowana i ciągle tęskniła do swoich stron. Nikogo tam właściwie nie zostawiła i niczego, ale ciągle rozpamiętywała, jakie tam kwiaty kwitły po kolei, jaka trawa rosła, jak to drzewo wyglądało, jak tamto i ciągle czytała „Nad Niemnem” Orzeszkowej, bo tam jest słowo w słowo to, co ona sama pamięta.

MROCZEK: Chowałem się w atmosferze „inżynierskiej”, która bardzo mnie pociągała. Jednocześnie z domu wyniosłem zasadę, która może wydawać się infantylna – żeby jak najwięcej dobrego zrobić dla drugiego człowieka, bo to daje prawdziwą radość. Starałem się kierować tą zasadą na przykład w harcerstwie.

ROK SZEŚĆDZIESIĄTY ÓSMY

FISCHBEIN: Już wcześniej, po wojnie izraelsko-arabskiej, chciano w Biurze Konstrukcyjnym zwołać wiec potępiający Izrael. Atmosfera nie sprzyjała jednak temu wiecowi. Przecież przedtem prasa pisała, że Naser dąży do zniszczenia Izraela. Organizując wiec, ośmieszyłbym się, niezależnie od mego pochodzenia. Zwołałem natomiast egzekutywę, żeby się poradzić. I egzekutywa wiecu nie aprobowała. W marcu 1968 r. nie udało się jednak tego uniknąć. Zwieziono ludzi na halę, od nas zażądano, byśmy przybyli. Komitet dzielnicowy podał nam, jakie mamy wywiesić hasła. Podyktowano ich treść. Jednej szturmówki nikt jednak nie chciał wziąć do ręki. Był na niej napis potępiający wybryki studenckie. Na wiecu wygłaszano przemówienia przeciwko studentom, naukowcom. Według mnie ludzie wyczuwali, że to jest próba wbicia klina między inteligencję a robotników. Już jesienią 1967 r., gdy Gomułka na kongresie Związków Zawodowych mówił o „piątej kolumnie”, zauważyłem, że zaczyna się nagonka antysemicka. Nasze Biuro też odczuło, że to jest robione na siłę. Ta nagonka wywarła u nas skutek odwrotny od zamierzonego, nie odwróciła uwagi od trudności gospodarczych, a jedynie rozeźliła ludzi.

Sam nie miałem kłopotów z racji pochodzenia. Jeden z naszych inżynierów próbował robić dochodzenia i wszystkich oskarżał o pochodzenie żydowskie, ale mnie nie atakował, miałem zbyt dobrą pozycję w Biurze. Potem okazało się, że był żonaty z Żydówką, która go rzuciła, miał jakiś uraz.

JURCZYK: U nas w stoczni cięto kabel okrętowy na kawałki, każdy partyjny mógł dostać w rękę siedemdziesiąt centymetrów tego kabla, żeby iść i rozganiać demonstracje studenckie. Do tego nie doszło. Część partyjnych rzuciła wtedy legitymacje, ale część ludzi ze strachu brała ten kabel.

WĄDOŁOWSKI: Ci, którzy wzięli, zaraz po cichu wkładali go do takich pojemników, gdzie leżały odpady. Dwa wielkie pojemniki pełne były tych lag.

BAN: W marcu byłem na praktyce w Poznaniu, w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego. Na placu przed operą studenci rozdawali ulotki, że będzie wiec. Poszliśmy na niego. Dwa plutony MO zapuszczały się w głąb tłumu z pałami. Bili nawet kobiety. Kolega poczuł tylko gorąco na plecach i znalazł się w wozie milicyjnym. Opowiadał, że spotkał tam jakieś babcie, wręcz niedołężne, różne przypadkowe osoby. Nie wrócił już na praktykę, nakazano mu opuścić województwo poznańskie. Po tym wiecu odbyła się masówka, na której miano potępić studentów. Zapędzono nas na nią obowiązkowo. Ktoś odczytał rezolucję i zaraz potem odbyło się głosowanie. Pierwszy szereg podniósł ręce, ale pozostali nie kwapili się. Następnego dnia w „Gazecie Poznańskiej” napisali, że rezolucja została przyjęta jednogłośnie. Pokazali zdjęcia wzięte od dołu, tak, by te pierwsze szeregi załapać. I to było to, co nam kiedyś ojciec opowiadał – że gazeta pisze bzdury. Rozmawialiśmy potem z kolegami z ZNTK – jak fajnie gazeta potrafi oszukać.

Później zaprowadzono nas na transmisję przemówienia Gomułki. Obowiązkowo mieliśmy słuchać. W sumie była kupa śmiechu, ale nie bardzo można było to wszystko pojąć, ale po raz pierwszy wtedy pomyślałem, że partia też się składa z wierzących. Skandowano – wierzymy w Ciebie, Wiesławie!

Nikt nie wierzył w to, co wtedy głoszono. Absolutnie. Myśmy na praktyce chcieli się dowiedzieć, co właściwie jest grane. Zapytaliśmy o to robotnika, któremu dali szturmówkę „Syjoniści do Dajana”. Byli tacy, co z nami w ogóle nie chcieli rozmawiać. Ktoś powiedział – uważajcie, bo tutaj co drugi ormowiec, a reszta się boi.

Po powrocie do Poznania zapytałem nauczycieli, co o tym sądzą. Wyjaśnienia były wątłe, kiepskie. Myślałem, że się narażam. Tymczasem przeżyłem wielkie zaskoczenie. Na świadectwie maturalnym z tak zwanej nauki o Polsce i świecie współczesnym wpisano mi piątkę. To automatycznie zwalniało od zdawania tego przedmiotu na maturze. Przedtem miałem z tego przedmiotu trójki, czwórki. Zastanawiałem się – może oni się boją, nie chcą, żebym przed komisją występował? Doszedłem jednak do wniosku, że nauczyciel mnie po prostu docenił. Nie zawsze mógł mi odpowiedzieć w dyskusji, odpowiedział mi właśnie tak – piątką. Rozmawiałem z nim po jakimś czasie i potwierdził moje domysły.

PLAUGO: Pewnego wieczora usłyszałyśmy hałas pod oknem. To studenci szli z transparentami naszą ulicą. Moja mama wybiegła na balkon i zawołała – Nie wiem, nie mam nic, dajcie mi kija, pójdę im pomóc. Bo już tego draństwa nie mogę znieść! Była bardzo rozżalona, że do studentów nikt się nie przyłączył. Wtedy wielu zabrano do suk, wleczono ulicą, bito, gdzie popadło. Miała straszny żal, ale cóż mogła poradzić. Nawet nie pamiętam, gdzie pracowała wtedy, chyba przy myciu toalet i szatni.

JUSZCZUK: W grudniu 1968 pojechałem do Szczecina na wesele siostry ciotecznej. Zobaczyłem stocznię i urzekła mnie. Powiedziałem sobie, że nigdzie indziej nie będę pracował, i w parę miesięcy później już byłem z powrotem. Zamieszkałem u ciotki. Brat cioteczny przygarnął mnie na tapczan, trzy lata tak spałem. Poszedłem na wydział W-0, który dopiero powstał. Uderzyło mnie, że w stoczni jest duże niezadowolenie. Mówiono, że robotnik ciągle jest bity.

W PRZEDDZIEŃ GRUDNIA

CHMIELEWSKA: Co ja wtedy robię? Siedzę na rurowni, przekładam papierki i nie wtrącam się w żadną działalność. Rozum nakazuje być grzeczną, ja jestem pracownikiem nieprodukcyjnym. Bo produkcyjny może podskoczyć, on robi akord, on jest fachowcem, no i kierownik z nim się liczy. Na stoczni się liczy produkcja! A taki pracownik-kobieta, co siedzi w biurze, to pyłek marny. I ona, jak ma dobre układy z kierownikiem, to lepiej chyba niż z robotnikami. Dla robotników może być zimna, tyle tylko, żeby grzeczna, ale bezosobowa może być, formalistka, aby tylko nie musieli się skarżyć na nią. Ale nie musi do nich przystawać. A jak z kierownikami ma dobre układy, to przecież wiadomo, na czym rzecz polega, ona dostanie podwyżkę, ona już jest zaufana, no w ogóle, pod każdym względem. Na produkcji, aby tylko nie podpadła mistrzowi, to co ma kierownik do mnie? Swoją robotę odwalę i mogę sobie mądrzyć się. Nawet kierownikowi mogę wytknąć, bo ja jestem z produkcji, mogę powiedzieć – na naszym oddziale bhp leży! Albo – ja nie miałam materiału! Ja nie mogę zrobić planu! A ja co powiem? Że ja ołówka nie miałam? W każdym razie na dużo gorszej pozycji jestem. I rozum nakazuje takiej babie, co robić? Siedzieć cicho, tak jak inne kobiety siedzą, albo w ogóle – po stronie kierownictwa stać.

Tak że ja się w nic nie wtrącałam, w ogóle. Ja nawet nie wiedziałam, kto tam w związkach działa na stoczni, jaki przewodniczący tam jest. Mnie to w ogóle nie interesowało. Ja nic od nich nie potrzebowałam. Ale okazało się, oni potrzebowali ode mnie. Bo Marychna, wiadomo, umie na maszynie. Więc jak były wybory do rady oddziałowej, przed rokiem siedemdziesiątym, kiedy sprawozdania składali, różne tam akcje przedwyborcze robili, to mnie prosili, żeby przepisać. Biorę ten papier i czytam: „Towarzysze, zwiększcie wydajność, świetlana przyszłość...” i takie tam. Tak mnie to wkurzyło, że napisałam całkiem w innym duchu! „Towarzysze, który z was nie choruje jeszcze na korzonki albo przepukliny jeszcze nie dostał, to w tej kadencji ma zapewnione...” No i oddałam temu, który tam działał i on przyleciał zaraz rozjuszony, ale już inni przeczytali w międzyczasie, już się na halę rozeszło, wszyscy się śmieją.

Kiedy wreszcie doszło do tych wyborów, ja pracowałam właśnie w nadgodzinach. Wybory jak zwykle były na stołówce, więc z ciekawości poszłam zobaczyć, jak to się wybiera i jak oni te mowy trzaskają. Oni już odczytali te nazwiska, co przynieśli w teczce, ale jedno, dla porządku, miało paść z sali. Stanęłam sobie i wyciągam szyję, bo przecież nie wiem, jak się głosuje, jakaś komisja matka, jakaś skrutacyjna. Nagle słyszę z sali moje nazwisko i wszystkie ręce do góry. I tak zostałam członkiem rady. Potem się okazało w głosowaniu, że miałam największą ilość głosów. I podział był później tych ról – ty zostaniesz przewodniczącym, ty tym, ty tamtym, a Marysia... aaa... taaa... do spraw kobiecych. A kobiet było dwadzieścia na całym wydziale ogromnym. Tak sobie pracowaliśmy. A że Maryś, czyli ja, pracowałam w dyscyplince, a oni na produkcji, to zawsze miałam czas robić różne zbiórki pieniężne, różne listy i przy okazji niańczyłam tych swoich stażystów. Poszłam nieraz na statek popatrzeć, myślę, mój Boże, niech nas nie straszą piekłem, piekło to jest robić na statku. Tam właśnie, w tych dniach, jak się statek zaczyna budować, jak oni biegają z tymi ciężarami, po tych wąziutkich deskach. To jest naprawdę ciężka praca, zwłaszcza dla takich młodych, prawie dzieci, zimno od tych blach przemarzniętych, przeziębienia różnego rodzaju, urazy, wypadki, serce boli patrzeć. Szłam sprawdzać, jak oni chorują na swoich kwaterach. Domek elegancki, na stryszku pełno łóżek nastawionych, to przecież tylko o pieniądze chodzi! Proszę pani, czy u pani taki i taki mieszka? O - mówi – a ja nawet nie wiem, tak się zmieniają, spytam się męża. Wdrapuję się, leży ten nasz, Boże kochany, rozpacz. Samo łóżko, jakaś szafka, stołek odrapany. Trochę smalcu, chleb, no i nic. I on w temperaturze, w gorączce. Cholera, przecież każdy normalny tatuś, mamuśka, lata jak nie wiem, kiedy on chory. A tutaj leży, bo przyjechał diabli nie wiem skąd, bo to pewno z roli, albo uciekł, albo rzeczywiście ma ciężkie warunki i tutaj z temperaturą, nawet bez herbaty... Dlatego się biłam o szpital dla nich, o kwatery, o opiekę, i gdzie tam, obiecywali, miało być, miało być... Niewiele miała do gadania ta rada w każdym razie. Już pracowałam parę lat i widziałam, co się robi. Na stoczni to się widzi. Niesprawiedliwości, narzucanie. Ci sekretarze tacy nieudolni, tacy pewni siebie. Narzucali na przykład, że jedno mieszkanie musi być dla partyjnego, z góry wiadomo było, kto dostanie. Bez przerwy miałam do czynienia z takimi sprawami – dostaniesz grupę, tylko się zapisz. To jednak się nawarstwiało i denerwowało na co dzień. Ta propaganda nachalna. Te podwyżki. Zarobki były małe, przegrupowanie było bardzo ciężko dostać. Człowiek bardzo przeżywał, jeśli nie dostał tej grupy. Żywność drożała, trudno było kupić.

FISCHBEIN: Przed Grudniem nie byłem już sekretarzem POP w Biurze Konstrukcyjnym. Ustąpiłem, a raczej nie chciałem kandydować do tej funkcji w ostatnich przedgrudniowych wyborach, bo nie widziałem sensu tej działalności, była to zabawa we współrządzenie.

WISZNIEWSKI: Czego oczekiwałem, rozpoczynając pracę w stoczni? Jakiejś większej jednomyślności, wspólnoty interesów, sprawiedliwości. A tego niestety nie spotykałem dlatego, że jako ten nowy byłem stale spychany na gorsze prace, mniej płatne. A nie byłem nigdy cwaniakiem, nie potrafiłem wyrabiać sobie pleców u przełożonych. Byłem taki surowy człowiek, półwsiowy, co się trochę poobijał po świecie, ale nie znalazł sobie miejsca w załodze. Byłem ciągle taki, który przyszedł z zewnątrz. Uważałem się za dobrego fachowca, a nie chciano mi przyznać tego statusu. Nie było między nami zżycia.

JURCZYK: Prawie do Grudnia pracowałem w zawodzie spawacza, blisko piętnaście lat. Człowiek pracował nie na powietrzu, ale w różnych kanałach, zbiornikach, pomieszczeniach na statkach. Ta praca fizycznie może nie tak ciężka, ale przebywanie w tych pomieszczeniach zamkniętych, przy tych gazach, jest bardzo niezdrowe. Człowiek wchodził na drugie piętro, to język mu, jak to mówią, na brodzie wisiał. Przy takiej pracy człowiek powinien nie tylko dobrze zarobić, ale jeszcze kupić w sklepie, co powinien kupić. Tego nie było, z dnia na dzień było coraz gorzej. Do tego uległem wypadkowi, miałem uraz głowy. Po piętnastu latach pracy na produkcji człowiek rzadko kiedy zachowa zdrowie.

WĄDOŁOWSKI: W roku siedemdziesiątym pracowałem już w szefostwie technicznym u Warskiego jako starszy technolog spawalnictwa. Kończyłem budować swój domek. W pierwszym roku budowy przepracowałem przy tym dwa tysiące godzin. Czy niedziela, czy święto, tylko w pierwszy dzień Wielkanocy nie robiłem. Harówka, harówka. Myśmy mieszkali na Jagiellońskiej, jeden pokój przejściowy, woda zamarzała. Mieliśmy otrzymać mieszkanie w 68, ale jak przyszedł termin, powiedzieli, że dadzą w siedemdziesiątym. I padł taki pomysł, z głupia frant, kolega też w takiej sytuacji był – może jakiś dom wybudujemy. Ja miałem działkę. Zobaczyliśmy, że rozbierają jakiś budynek i gruz wywożą na wysypisko, to już mieliśmy trochę... Dokumentację kupiliśmy w Warszawie, na Woronicza, po 250 złotych, cztery egzemplarze, to było razem tysiąc złotych. Przerobiłem ją trochę, bo przecież skończyłem technikum budowlane, koledzy sprawdzili, czy to się jakoś trzyma w ogóle, podpisali. Okazało się, że w stoczni jest mur do rozebrania, za rozbiórkę można zabrać cegłę i gruz. Na szalunek kupiłem stare deski, akurat zmieniali podłogi w technikum, w którym pracowałem. Zrobiliśmy szalunki porządne, zafelcowane. Przywieźliśmy żużel od Warskiego, po trzydzieści złotych wywrotka. Zimą spawałem grzejniki elektryczne pożyczoną spawarką, nie miałem nawet na to, żeby tlen kupić. Sam robiłem nawet przyłącza gazowe, bo nie stać mnie było, żeby zapłacić dwa tysiące złotych, kupiłem tylko litr wódki dla mechaników, to mi wypadło sto pięćdziesiąt złotych. Wprowadziliśmy się na początku grudnia do jednego gotowego pokoju, reszta jeszcze była surowa.

SERAFIN: Pracowałem na wytaczarce, zarabiałem dobrze, w tym czasie pieniądz się jeszcze liczył. Więc mogłem być zadowolony, gdyby nie mieszkanie. Mieszkałem na sublokatorce z żoną i synem, siedem metrów powierzchni. Dosłownie. A w tym czasie chodziłem jeszcze do technikum, więc uczyłem się w ubikacji, nie miałem gdzie. No i skaperowali mnie do Towimoru. Ten zakład się wtedy rozbudowywał, a w Toruniu było brak wytaczarzy. Zwolniłem się, zajechałem i rzeczywiście – dwa dni trwały formalności z przyjęciem do pracy, w trzecim dają mi klucze. Dwa pokoje z kuchnią w wieżowcu. Wróciłem do Szczecina zabrać rodzinę i meble, poszedłem na wydział, a tam kierownik mi gwarantuje, że za dwa lata będę miał mieszkanie, żebym nie wyjeżdżał. I ja w tym samym dniu, w którym rozmawiałem, już pracowałem z powrotem w stoczni. Już z nią byłem zżyty, szkoda mi było zostawić.

JUSZCZUK: Ludzie okrutnie sarkali. Stale bito robotnika po kieszeni. Zarabiało się mało. Normy żyłowały czas. Dostajesz ten sam fundament do wykonania i okazuje się, że na początku miesiąca miałeś na niego pięć godzin, a teraz masz trzy. A nic się nie zmieniło, te same maszyny, to same oprzyrządowanie, człowiek w ciągu miesiąca też się nie zmienia na tyle, nie? W stoczni były kradzieże. Było mnóstwo Wietnamczyków i Bóg wie kogo jeszcze, uczyli się, mieszkali w hotelach, z naszych pieniędzy to szło. Ja na stażu ciężko pracowałem, a zarabiałem tysiąc pięćset złotych. To nas wściekało. Przecież ta stocznia jest dojną krową! A my razem z nią.

O ile dobrze pamiętam, szesnastego grudnia przypłynął do portu holownik z Gdańska i przywiózł wiadomości stamtąd.

***

Fragment dyskusji* zorganizowanej w kwietniu 1981 roku przez redakcję kwartalnika „Morze i Ziemia”, Wojewódzkie Archiwum Państwowe w Szczecinie i tamtejszą rozgłośnię Polskiego Radia z udziałem organizatorów wydarzeń strajkowych w Grudniu 1970 i Styczniu 1971 roku:

– Lucjana Adamczuka, członka i doradcy obu komitetów strajkowych, wówczas socjologa zakładowego, który ukończył studia na WSNS, pracując jako spawacz w Stoczni Warskiego,

– Józefa Kasprzyckiego, wiceprzewodniczącego grudniowego komitetu,

– Ryszarda Bartoszewicza, delegata wydziału W-l w strajku grudniowym,

– Wiesława Krajewskiego, montera maszyn okrętowych, członka styczniowego komitetu strajkowego,

– Franciszka Wilanowskiego, doradcy prawnego obu komitetów.

ADAMCZUK: Bezpośrednia przyczyna strajku w dniu 17 grudnia miała oczywiście charakter solidarnościowy i była wywołana napięciem natury psychicznej – koniecznością poparcia stoczniowców gdańskich. Bo wieści od nich docierały jednak i ten nacisk z dnia na dzień narastał. Czuliśmy, że nie możemy przecież zostawić kolegów, współtowarzyszy, bez wsparcia. Dlatego też pierwsze transparenty, pierwsze hasła, jakie się w stoczni pojawiły, mówiły o poparciu dla stoczniowców gdańskich. To były pierwsze zewnętrzne objawy. Oczywiście był też cały szereg przyczyn natury ekonomicznej, społecznej i politycznej, które doprowadziły do tego, że napięcie narastało. Osobiście miałem w tym czasie ścisłe kontakty ze swoim macierzystym wydziałem budowy kadłubów (K-3). Działy się tam pewne rzeczy, których geneza sięga do roku 1968, do tego pierwszego momentu konfliktowego, który być może zapisał się trwale w pamięci członków partii i pracowników tego wydziału. Sprawa dotyczyła konfliktu związanego z interwencją w Czechosłowacji. Wtedy akurat tak się złożyło, czytałem pierwszy list Biura Politycznego, że interwencji nie będzie, że uznajemy suwerenność Czechosłowacji. A w tydzień lub dwa później czytałem na zebraniu drugi list Biura Politycznego, który właśnie tę interwencję uzasadniał i usprawiedliwiał. I, i... oczywiście był do tego odpowiedni komentarz, już mój własny, bo nie można było tolerować tego rodzaju zakłamania. Zaczął się wtedy ferment wśród pracowników tego wydziału.

BARTOSZEWICZ: Oczekiwałem tego strajku z niecierpliwością. Chciałem, żeby wybuchł. Wstąpiłem do partii w 1963 roku. Byłem już w pewnym sensie w takim duchu wychowany. I kiedy wstąpiłem do partii, doznałem szoku. Okazało się, że ci moi partyjni przedstawiciele, w których wierzyłem, odsunęli się od moich uprzednich wyobrażeń o partii. Dam wam taki przykład. Był taki okres w stoczni, że na każdy prawie statek dostawano jakąś premię. Ta premia przychodziła na wydział. Dyspozytorem tej premii był kierownik wydziału. Rozdzielał na poszczególnych mistrzów, ale była taka metoda, że do podziału zwoływał kolektyw. Kolektyw składał się z sekretarza partii, przedstawiciela rady robotniczej, rady zakładowej i ZMS. Miał taką metodę: ile było do podziału, nie pokazywał, a pisał na liście: sekretarz – 1200, przewodniczący rady zakładowej – 1200, reszta po tysiąc, a tamtym po 1200. Wtedy dodawał im po sto i w ten sposób wyrównywał różnicę, a w ich odczuciu sprawa była już załatwiona. A przeciętna premia na wydziale nie była wyższa niż 400 zł. Listy wywieszane na wydziałach były oplute i pisano tam – partyjniacy złodzieje. Mnie to obrażało. Mnie, wówczas młodego człowieka, bardzo to obrażało. Rodził się we mnie bunt. Mówiłem o tym na zebraniu i zawsze wtedy doświadczałem odsuwania od głosu, obrażano mnie, nie pozwalano się wypowiedzieć. Czekałem więc na okazję, by ten gromadzący się żal wypowiedzieć. Kiedy wybuchł strajk w Gdańsku, zaraz czekaliśmy, kiedy my solidarnościowo rozpoczniemy też.

KRAJEWSKI: Na przykład były sekretarz Janusz Ławniczek otrzymywał wysokie premie eksportowe i ludzie się oburzali. Ten człowiek całymi dniami siedział za stołem, patrzył w sufit albo obserwował, można powiedzieć, że śledził ludzi, sam nic nie robiąc. Pytali się, dlaczego po piętnaście tysięcy zarabia? W brygadzie było po osiem, dziesięć osób, które na niego pracowały. A byli tak zastraszeni, że nikt nie chciał mu się narażać.

DOC. DR HAB. BOHDAN DOPIERAŁA, kierownik szczecińskiej pracowni historii PAN: A czy były wypadki, że ktoś się naraził i jakie to pociągnęło skutki?

KRAJEWSKI: Oczywiście. Wytypowano mnie do odznaczenia stoczniowego, tej blaszki, którą po iluś tam latach każdy stoczniowiec może dostać, a po wystąpieniu na zebraniu skreślono mnie. Pytałem, jaki powód? Nikt nie był w stanie mi odpowiedzieć. To nasze niezadowolenie brało się z tego typu zdarzeń. To narastało, nabrzmiewało i w końcu wyrosło w bunt. Takich spraw na wydziałach było sporo. A wszyscy byli bezradni, bezsilni. Człowiek po prostu stawał się zwykłym narzędziem. Dziś musi przyjść do pracy, najeść się po uszy nerwów, niepokoju, bo przekraczając bramy stoczni, był już jakimś innym człowiekiem. Po prostu w wirze tego zaszczucia, tej niepewności, czy ktoś go tam nie podszpicluje, nie zrobi jakiegoś donosu, po którym będzie się musiał gęsto tłumaczyć – rosło przekonanie, że tu nie ma miejsca dla mnie. Ale co tu zrobić? Jak zaradzić temu? Dokąd się udać? Na tych pytaniach wszystko się skończyło.

WILANOWSKI: Pytał pan, czy kolega mógł dać konkretne przykłady sankcji. Nie, on ich nie mógł dać. A dlaczego? Bo nie wiedział, że sankcje do niego zastosowano. On nie dostał premii. Nie wiedział dlaczego. Ten aktyw, który uczestniczył w podziale, załatwił to między sobą. Należy jeszcze o jednym powiedzieć, że aktyw społeczno-polityczny był bardzo podporządkowany administracji zakładowej. Tam wśród tych aktywistów często nie umieli pisać. Tak. Tę robotę partyjną, wszystkie nakazy z góry płynące, wykonywała administracja.

ADAMCZUK: Pamiętam taką sytuację z czasów, kiedy pracowałem jeszcze jako spawacz na pochylniach – moi koledzy buntowali się przeciwko wpisywaniu na kartach pracy nazwy „robotnik”. Oni chcieli być pracownikami, żeby ich traktować tak po ludzku, jak urzędnika, który im tę kartę wydawał. Prestiż tego urzędnika, biorąc pod uwagę znaczenie jego pracy dla stoczni, był żaden, ale fakt, że siedział za biurkiem, że wydawał tę kartę, że się nazywał „pracownik”, a ich ważniejszych przecież – nazywano „robotnikami” – co było w odczuciu ludzi wyrazem zniewolenia i upodlenia przez administrację. To są elementy już tego psychicznego dna, na które robotnika wówczas wepchnięto. Sam pracowałem jako spawacz przez wiele lat, trułem się oparami cynku w dnach podwójnych, ślepłem jak wszyscy spawacze od błysków łuku elektrycznego, paliłem się przy spawaniu w suficie, gdy na człowieka spada ogień i pali ubranie i ciało. Do dzisiaj mam te ślady jak większość spawaczy. I na to nie było rady. Ludzie się truli latami. To było coś strasznego. Mistrz był tym, który mógł człowieka wepchnąć w to dno statkowe zawsze, kiedy miał do niego jakąś urazę, szczególnie – tych młodych. Ja przez całe lata byłem tym młodym spawaczem i musiałem w te dna łazić. (...) Ludzie, którzy nie stykali się z produkcją okrętową, zwłaszcza na montażu, nie mają wyobrażenia, jak dalece można człowieka tam upodlić, że to są często wraki ludzkie. Pylica była, musiała być. Przecież każdy z nas wychodził po ośmiu godzinach pracy z kopalnią w nosie; jak się przez osiem godzin wdycha dym z elektrod, musi to powodować skutki w płucach. Ale mimo to pylica nie była uznawana za chorobę zawodową. To upodlenie robotnika sięgało wtedy dosłownego i metaforycznego dna.

Było również upodlenie polityczne. Wrócę do przerwanego wątku. Ten 1968 rok. Pierwszą pracą socjologiczną, jaką robiłem w stoczni, był wywiad w mojej własnej brygadzie – jaki jest stosunek robotników do polityki partii i rządu wobec studentów. Robiłem w ukryciu, nie mogłem tego robić oficjalnie. Rozmawiałem na zasadzie ukrytego wywiadu. Nie mogłem zdradzić nawet przed kolegami celu rozmowy, jaką z nimi przyprowadzam, siedząc przy śniadaniu czy idąc po elektrody. A celem było uzyskanie odpowiedzi na ankietę, która składała się z kilku pytań. Na przykład – czy słuszne jest, żeby rodzice byli karani za poglądy i zachowanie dzieci – dorosłych studentów. Odpowiedzi były dość jednoznaczne. Potępiające postawę rządu i partii za stosowanie takich sankcji. Tak więc to, co się mówiło oficjalnie na różnych wiecach, było w odczuciu robotników jednoznacznie potępiane. Nie było aprobaty. To mechanizm administracyjny wymuszał na ludziach posłuch. Ta potworna propaganda, ten nacisk, który się rozpętał w 1968 roku, był tak duży, że ludzie obawiali się nawet w koleżeńskich rozmowach przyznawać do tego, że mają odmienne zdanie. A później w roku 1969, 1970 organizowano różne przerażające wiece. Mnie na przykład zapędzono na jakiś wiec, żeby poprzeć coś takiego, co nawet miałem ochotę poprzeć, ze względu na treść, ale nie mogłem się zgodzić na metodę. Bo odbywało się to na tej zasadzie, że zamykano nam po prostu stołówkę, co oznaczało: „nie dostaniecie śniadania, dopóki nie pójdziecie na wiec i tam nie podejmiecie odpowiedniej rezolucji, dopiero potem dostaniecie żreć. Inaczej nie będzie”.


Rozdział II

GRUDZIEŃ

Klasa robotnicza nigdy nie chwytała się strajku jako oręża walki o swoje prawa w sposób lekkomyślny.
Tym bardziej teraz w Polsce Ludowej, rządzonej w jej imieniu i w imieniu wszystkich ludzi pracy, nie zrobiła tego kroku lekkomyślnie. Najwidoczniej przebrała się miara. A miary nie można nigdy przebierać bezkarnie.

Władysław Gomułka na VIII Plenum KC PZPR
w październiku 1956 r.

Gdy naród zażądał za pracę swą chleba

Panowie tu czołgi wezwali

Gdy naród zawołał, że z czegoś żyć trzeba

To oni do ludu strzelali

(Wszystkie wierszowane motta w tym rozdziale pochodzą z anonimowych ballad strajkowych osnutych na wydarzeniach roku 1970 i 1971)

PIERWSZY DZIEŃ – CZWARTEK, 17 GRUDNIA

W siedemnastym grudnia roku pamiętnego

Stocznia wyruszyła na pałac Grubego

Spalili mu fotel, spalili dywany

Zostały mu zgliszcza i wokół parkany

WISZNIEWSKI: I przyszedł ten dzień siedemnasty grudnia. Niesamowicie mnie zaskoczył. Byłem jakiś rozkojarzony wtedy, zbajerowany przez propagandę. Nie byłem pewien, gdzie jest słuszność, to z całą świadomością mogę powiedzieć. W czwartek, gdy było to pierwsze wyjście na miasto, które przyniosło tyle wypadków, dostaliśmy akurat z kolegą polecenie pójścia na halę, by uruchomić jakiś aparat spawalniczy. Raptem hala zaczęła pustoszeć. Popatrzyliśmy na siebie – co się dzieje?

JUSZCZUK: Na nasz wydział W-0 przyszła dość duża grupa kadłubowców. Pamiętam starego cieślę, który wszedł gdzieś wysoko i coś do nas mówił. Wszyscy stali pod bramą. Był tłok i szum. Potem wszyscy się znaleźli pod budynkiem dyrekcji, za bramą. Szedłem za wszystkimi, z ciekawości. Może nie tylko z ciekawości, ale i z poczucia, że trzeba być ze wszystkimi, nie czułem jednak wielkiej potrzeby czy przekonania. Drzwi dyrekcji były zabarykadowane. To mi dopiero dało do myślenia, że dyrektor nie chce rozmawiać z robotnikami. Dyrektorem był wtedy Cenkier. Dopiero się otworzyło okno na pierwszym piętrze. Z tego okna dyrektor krzyczał, żeby iść do pracy, sporządzić postulaty, że on je przekaże. Wtedy ludzie w tłumie ustalili, że jeśli władze nie chcą przyjść tutaj, to ludzie ze stoczni pójdą do KW. I tutaj mam białą plamę w pamięci na parę godzin. Charakterystyczne, że zapamiętałem dobrze wszystkie sceny, kiedy byłem w tłumie, a wymazało mi się to, co robiłem sam. Wydaje mi się, że musiałem wrócić na wydział, by posprzątać narzędzia, bo wychodząc, zostawiliśmy w pośpiechu otwarte szafki.

JURCZYK: Trudno już dzisiaj skojarzyć, jak to było. Podobno delegacja ze stoczni poszła do Komitetu Wojewódzkiego*, tam z nią nie chcieli rozmawiać, przyszli ci koledzy z powrotem na stocznię, kto to był, nie wiem, i dlatego właśnie wyszliśmy z pochodem.

JUSZCZUK: Wróciłem pod stocznię, już się ustawiała kolumna, która będzie szła. I ruszyło to wszystko. Pierwsze szeregi trzymały się pod ręce, zajmowały ulicę od krawężnika do krawężnika, całe ławy ludzi. Na początku szedłem gdzieś w środku tej kolumny, aż do sklepu mięsnego na rogu Emilii Plater i Firlika, niedaleko stoczni. Ktoś rzucił kamieniem w okno tego sklepu. Rozległy się okrzyki, pytania – kto rzucił? Było wiadomo, że kamień nie padł z kolumny strajkowej. Po tym wypadku z witryną zrobiło się małe zamieszanie i znalazłem się może w piątym, może siódmym szeregu. Im dalej w miasto, tym większe było napięcie. Więc śpiewano hymn, „Międzynarodówkę”. „Na barykady, ludu roboczy”, „My ze spalonych wsi, my z głodujących miast”. Śpiewałem i dreszcze szły mi po plecach. Doszliśmy do ulicy Dubois. Wtedy przez te rzędy przede mną zobaczyłem kordon milicji ustawiony przed nami w poprzek jezdni i oficera stojącego z boku. Wszyscy oni byli w normalnych mundurach MO, a oficer miał w ręku tubę. Pamiętam, że stanęliśmy może pięćdziesiąt metrów przed tą ławą milicji. Była cisza. Ciekawi przesunęli się do przodu.

SERAFIN: Na początku postanowiłem – nie będę się w nic angażował, mam żonę, mam dziecko.

ZIELIŃSKI: Poszedłem z jakąś sprawą do kwatermistrza, pułkownika Królika, a on – ty do mnie z duperelami, a tu tysiąc ludzi wyszło ze stoczni. I w parę minut potem przez megafony w sztabie dywizji, gdzie pracowałem, rozległ się głos dowódcy, pułkownika Mieczysława Urbańskiego, który potem został generałem, że ogłasza stan podwyższonej gotowości, nie wolno opuszczać budynków sztabu, wydać broń kadrze. Byłem wtedy „kadrą”. Wprawdzie miałem niski stopień wojskowy, ale hierarchia w sztabie była taka – dowódca, zastępca dowódcy do spraw politycznych i ja, bezpartyjny radca prawny. Tylko dwóch oficerów w sztabie było bezpartyjnych. Jako „kadra” dostałem pistolet.

JUSZCZUK: Ci, którzy przesunęli się do przodu kolumny, słyszeli rozmowy. Powiedziano przez megafon, że mamy zawrócić. Ale z czoła padło wezwanie, że idziemy. Wszystko ruszyło więc, śpiewając „Międzynarodówkę”. Przeszliśmy parę metrów. Wtedy przez megafon padło ostrzeżenie, że użyją broni. Nie słyszałem, co odpowiedzieli na to nasi, ci z czoła. Po następnym ostrzeżeniu rozległy się ślepe strzały i puszczono gaz. Nikt nie upadł. Wszystko się rzuciło do przodu, do ucieczki. Oczy strasznie piekły. To był uskok może pięćdziesiąt, może sto metrów, i wszystko się z powrotem skotłowało i zatrzymało. Ktoś złapał rakietę dymną i odrzucił. I następny. I znowu. To były takie utarczki. W pewnym momencie dostałem rakietę w brudną zatłuszczoną fufajkę, zaczęła się palić, ale ugasiłem. Poszedł okrzyk, żeby ktoś pobiegł do stoczni i przyniósł okulary spawalnicze. Ludzie z wieżowców przy ulicy Dubois moczyli gałgany i zrzucali nam, mogliśmy je przykładać do oczu. Okulary spawalnicze rzeczywiście się pojawiły, być może niektórzy mieli je od początku ze sobą, może po prostu w nich wyszli. Ktoś zauważył, że z dachu wieżowca ktoś filmuje lub robi zdjęcia, ludziom wydało się oczywiste, że to milicja fotografuje, aby mieć twarze i potem rozpoznać. Malarze, a może kadłubowcy, pobiegli na górę, złapali tego kogoś, zniszczyli sprzęt, nie wiem, czy pobili tego człowieka. Podjeżdżały suki. Milicjanci zapuszczali się czasem za blisko tłumu. Jeden z gazików pozostał, nie zdążyli wsiąść. Ludzie, których nie znam, wyrwali drzwi, unieśli je, pokazywali. Potem ten zrujnowany gazik spalono. Kto był z wiatrem, ten wygrywał, bo mniej piekło w oczy. Ustawialiśmy się od strony zawietrznej, jeśli się udało. To wszystko trwało może godzinę, a może trzy, nie wiem*.

JURCZYK: Byłem tam. Mieszkałem wtedy zresztą na Malczewskiego, bardzo blisko stoczni. Pamiętam te opary gazu łzawiącego, dym z palących się samochodów milicji.

WISZNIEWSKI: Tego dnia dostałem zwolnienie lekarskie. Skorzystałem z tego zwolnienia, powiedziałem, że mam gorączkę i poszedłem do domu, ale nie od razu. Poszedłem przez park, drogą wycofującej się milicji i kroczących za nią stoczniowców. Widziałem porozrzucane kamienie. Byłem zaszokowany i przerażony.

JUSZCZUK: Po tej utarczce znowu mam białą plamę, musiałem w tym czasie wrócić na wydział, żeby się przebrać, bo pod KW byłem już po cywilnemu. Szło nas pod KW kilkunastu ze strachem, ale tam już był wielki tłum. Komitet płonął.

ZIELIŃSKI: Poszedłem z ciekawości do centrum dowodzenia. Rozmowy z dowódcami w mieście odbywały się przez tak zwany koncentrator w pomieszczeniu oficera operacyjnego dywizji. Dowódcą oddziału, który ochraniał Komitet Wojewódzki, był pułkownik Henryk Ziemiański, dowódca 5 pułku w Szczecinie, tego, w którym kiedyś walczył Jaruzelski. Budynek już się palił. Usłyszałem dramatyczny krzyk telefonistki: Ratujcie! Palimy się! Nigdy nie zapomnę tego krzyku. Wtedy pułkownik Drewniowski, zastępca dowódcy dywizji do spraw politycznych, zaczął walić: – Pułkowniku Ziemiański, rozkazuję otworzyć ogień. I na to usłyszałem odpowiedź, a była to sytuacja bojowa: – Obywatelu pułkowniku, odmawiam wykonania rozkazu. A potem usłyszeliśmy – Do kogo, kurwa, będę strzelał, tam są kobiety i dzieci. Pomyślałem, że pójdzie pod sąd albo zostanie generałem i wyszło na to drugie. Nie zdążył, zginął w wypadku samochodowym, ale szło ku temu.

CHMIELEWSKA: Wtedy, jak się palił komitet, bardzo się zdenerwowałam, bo synkowie moi, piętnaście i szesnaście lat, byli w technikum na Racibora. I strasznie to przeżywałam, bo myślę, co oni robią. I wyrwałam się, przyleciałam do domu, pusto. W międzyczasie mąż leci do szkoły, w szkole też ich nie ma. Dyrekcja bardzo mądrze zrobiła, zamknęła szkołę, przytrzymała dzieci, niech ich rodzice sami odbiorą, ale niektórzy chłopcy – trudno ich przytrzymać – przez płot i cześć. Potem dopiero zdyszani bohaterowie przychodzą i opowiadają, jak to na czołgach się siedziało, jak to z żołnierzami się rozmawiało, jak to się paliło, co to nie leciało z okien i w ogóle, włosy dęba stają.

MROCZEK: Miałem wtedy szesnaście lat. Chodziłem do drugiej klasy ogólniaka. Widok płonącego Komitetu Wojewódzkiego to było coś takiego... Jakbym Marsjan zobaczył. Wtedy nawet nie uświadamiałem sobie jeszcze, że następuje przełom w mojej świadomości. Zobaczyłem na własne oczy, że nie ma rzeczy niewzruszonych, nie ma rzeczy niepodważalnych. Jak głęboko było we mnie zakodowane status quo tamtejszej rzeczywistości, skoro widok na placu Żołnierza był dla mnie takim szokiem.

PLAUGO: Ja chodziłam do ogólniaka wtedy na Gumieńcach. Urwaliśmy się szybko na plac Żołnierza. Wyrzucali tam przez okna dobytek KW. Wyciągano portrety, przez chwilę trzymano je w górze, potem powoli spadały na chodnik, na płonący stos. Cieszyłam się, chociaż nie wiedziałam jeszcze z czego. Cieszyłam się, o, powiem w ten sposób – za kłopoty domowe.

SOSZYŃSKI: Jadąc do wieczorówki, miałem możność to wszystko zobaczyć. Widziałem, jak to wszystko tam leci, te kwiaty, te meble, i tak dalej, dla mnie to było coś przerażającego, w tym odczuciu, że to mienie się niszczyło. Z tym, że część ludzi brała udział w tym akcie, a część spokojnie się przyglądała. Ta reakcja ludzi mnie zastanowiła, że nikt się nie oburzał i nie protestował.

FISCHBEIN: Po pracy w biurze poszedłem do synów. Okrążyłem tereny zapalne. Poszedłem po jednego do Technikum Budowy Okrętów i po drugiego do Technikum Mechanicznego. W czwartek już z domu nie wychodziłem.

KRYSTOSIAK: Dorabiałem wtedy na pół etatu jako instruktor nauki zawodu. Swoich uczniów rozpuściłem wcześniej, po paru, żeby nie szli grupą. W Parnicy było trochę szumu, trochę mętliku, ale zanim się dowiedziano, co i jak, wszyscy pracownicy poszli do domu.

JUSZCZUK: Nie wiem, jak długo stałem pod KW. Potem pojawiły się skoty. Z ulicy Małopolskiej, od Komendy Wojewódzkiej MO odezwały się pierwsze ostre strzały. Ja już wtedy stałem z boku, bardziej od ulicy Wyzwolenia, gdzie przystanek „dziesiątki”. Ale mego kolegę z wydziału zahaczył niechcący kołami wojskowy skot, podgarnął pod siebie i zmiażdżył mu nogi. Ten kolega nazywał się Czesiek Nowak, był konserwatorem na hali, przeżył, ale już nie wrócił do pracy. Kiedy odezwały się strzały, cały tłum ruszył na gmach MO, nie bacząc zupełnie na niebezpieczeństwo. Potężne drzwi budynku były zaryglowane. Na placyku naprzeciw stała szalupa dla zabawy dla dzieci. Tłum ją uniósł i zaczął taranować drzwi. Bez skutku. Tuż przy drzwiach palił się skot. Z gmachu wyrzucano rakiety z gazem. Myśmy je odrzucali. Wkrótce zaczęły się palić firanki, story. Oni mieli wodę i gasili. Od strony Małopolskiej wychodziły tyraliery, które rozjuszony tłum wpierał, wciskał znowu w głąb ulicy. Ktoś krzyknął, że na Małopolskiej jest kasyno MO. Złapano jakąś belkę, staranowano drzwi. Ludzie się tam wepchnęli. Ja nie zdążyłem. Widziałem, jak ludzie wychodzili z wódką. Potrącali się, rozbijali butelki.

SOSZYŃSKI: Część ludzi jakby zorganizowała to uderzenie na komendę MO. Już się wdrapywali, już podjeżdżali samochodem, już skrzynki, butelki z benzyną. Mnie zastanowiło, czy to są pewne rzeczy organizowane? Stałem na takim kamieniu i nagle poczułem, chyba to z filmu znałem, że coś mi brzęczy, świszcze za uszami i już tylko krzyki: ludzie uciekajcie!

ZIELIŃSKI: Wkrótce do sztabu przywieziono skotami wierchuszkę KW, która z gmachu komitetu partii uciekła biegiem do pobliskiego gmachu milicji. Sekretarz rolny Łochowicz, skacząc z pierwszego piętra, złamał sobie nogę, ludzie pozwolili go zabrać karetką, a sekretarza Rychlika, który podobno pozorował zawał, wcześniej zabrała żona. Więc ich nie było, ale przywieziono sekretarza Walaszka, sekretarza propagandy Hubera i przewodniczącego WRN Łempickiego. Walaszek był tak wystraszony, że biegał po korytarzu i witał się ze wszystkimi, łapiąc za rękę. Złapał Urbańskiego i mówi: – Towarzyszu pułkowniku, to wasza wina. I tłumaczy, że wojsko było za łagodne, za bardzo się certowało. A Urbański, który miał twarz truskaweczki, lubił pić i umiał, palnął Walaszkowi: – Co wy mi pierdolicie, ja tu dowodzę. Spojrzałem na Walaszka i pomyślałem, że on już rozumie, że to jego koniec. Okazało się potem, że nie rozumiał.

NOWAK: Ja, pamiętam doskonale, miałem w tym dniu linię 62. Wtedy w tym miejscu, gdzie Klub 13 Muz, stała nasza czerwona budka, tam myśmy posiłki śniadaniowe jedli. I tam właśnie zostaliśmy zablokowani przez skoty, na placu Żołnierza. Trzy autobusy tam stały. Tak że widziałem, na moich oczach chłopiec może dziesięcioletni został zastrzelony przez mundurowego w panterce milicyjnej. I babcia, staruszka. Chłopczyk dlatego – precz z Gomułką, precz z Gomułką, niech żyje demokracja – biegł, podskakiwał i machał chorągiewką biało-czerwoną. I stał opancerzony samochód wojskowy, z tego skota, z pmk wycelował w niego ten mundurowy. Chciałem podbiec, ale kolega mówi, co ty wariat, przecież i ciebie zaraz... To dziecko leżało jeszcze jakiś czas. Jakaś babcia przechodziła potem i podniosła laskę, wy bandyci, wy esesmanowcy, i w babcię też huknęli*. Była już szara godzina, może siedemnasta. Dopiero jak strzelanina uspokoiła się, milicja odprowadziła nas pod eskortą do zajezdni.

JUSZCZUK: Na razie nie widziałem zabitych i rannych, chociaż słyszałem, że już są. Jak ludzie odepchnęli milicję w głąb Małopolskiej, ktoś krzyknął: uwolnić więźniów z aresztu w gmachu MO! Już wtedy nie kierowali tym robotnicy, ale nie potrafię tak oczu otworzyć szeroko, żeby zobaczyć, kto prowadzi pod areszt. Lecz szedłem. Nie doszedłem do samej bramy, był zbyt wielki tłum. I wtedy z Małopolskiej i Starzyńskiego rozległy się serie. Już było ciemno, widać było jasne smugi w powietrzu. Poczułem blisko świst. Rozległy się straszne krzyki, wtedy musiało paść dużo łudzi. I zdjął mnie strach. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie biegłem do domu najkrótszą drogą, lecz znowu koło KW. Stali tam żołnierze i paliło się ogromne ognisko z tych wszystkich rupieci wyrzuconych z okien. Biegłem na ulicę Willową. Cały czas miałem w uszach terkot broni maszynowej i dziwiłem się, czemu szyby nie lecą. Nie odpocząłem ani razu. Wpadłem do domu zziajany. Moja przyszła żona i jej matka, u których wtedy mieszkałem, stały na balkonie. Stanąłem z nimi. Słychać było strzały. Potem znowu jest biała plama. Chyba zasnąłem. Młody jeszcze chłopak, nie byłem w wojsku.

PLAUGO: Usłyszałam przez okno, nasze mieszkanie jest od ulicy, nawoływania, gwar, jakby pochód. Szli ludzie na więzienie, głównie młodzi. Oczywiście wybiegłam z domu i z mamą, bo mama nie chciała mnie opuścić, poszłyśmy pod to więzienie. I zaraz, jak się kończy nasza ulica Krzywoustego i skręca w Kopernika, jest stacja benzynowa. Ci młodzi ludzie zawrócili od tej stacji do hotelu „Piast”, zabrali gar, duży, trzydziesto- a może pięćdziesięciolitrowy, zagrozili, że jeżeli nie dostaną benzyny, wysadzą w powietrze cały CPN, więc oczywiście dostali i z tym garem, i z tłumem, który dołączał się z ciekawości, skręcili tutaj w ulicę Kaszubską i przy Kaszubskiej, gdzie sąd, jest taki krużganek. Tam nie było obstawy, więc część benzyny wylali przed to wejście i podpalili. Mało tego, zaczęli nawoływać więźniów, robić straszny szum, okrzyki się odbijały o mury. Mnie i mamę dzieliła od muru duża odległość, więc nie wiem, kto zaczął strzelać, tam jest strażnica na rogu, więc może strażnik. Zaczęłyśmy z mamą uciekać. Potem padła cała seria strzałów, to było coś nie do opisania. Myśmy już były koło kościołów, a strzały jeszcze leciały.

BAN: Pracowałem wtedy na kolei. Wydarzenia uliczne zastały mnie w Porcie Centralnym. Nie wiedziałem jeszcze, o co chodzi. Mieszkałem wtedy w pobliżu ulicy Kaszubskiej. Kiedy wróciłem do domu, zauważyłem, że w oknach Komendy Miejskiej MO przy tej ulicy są wory z piaskiem.

KRYSTOSIAK: Szedłem do domu po siódmej wieczorem. Walk już nie było. Palił się komitet partii i gmach WRZZ. Ten się raczej tlił. Ludzie pracy podpalili własne związki zawodowe.

FISCHBEIN: Ogłoszono godzinę policyjną. Tymczasem syn chciał odprowadzić koleżankę na dworzec. Gdzieś go tylko wylegitymowali i uprzedzali, żeby się nie mieszał.

WĄDOŁOWSKI: To jest dym, gaz. Ludzie padają. Niesprawiedliwość społeczna straszna! Nie zajmowałem się wtedy polityką, ale ja w życiu, jak kogoś słabego atakowano, zawsze za niego musiałem stać. W dzieciństwie, gdy młodszego brata pobili, to za niego stawałem. Wróciłem do domu wieczorem strasznie wzburzony. Siedzieli już koledzy, znajomi, wszyscy mówili jeden przez drugiego, trzeba było coś postanowić.

ZIELIŃSKI: Tej samej nocy pojechałem z kwatermistrzem Królikiem na rajd po mieście. Organizacja w wojsku była fatalna. Zapomniano o żołnierzach ochraniających obiekty. Stali głodni, zapomniani. Nikt nie pomyślał o menażce zupy czy herbaty dla nich, a to był już grudzień.

Fragment relacji chirurga Zbigniewa Zdanowicza, opublikowany częściowo w specjalnym wydaniu „Jedności”, Biuletynie Informacyjnym MKZ NSZZ „Solidarność” z 17 grudnia 1980 r.:

Zasadniczą rolę w dramacie naszej przychodni odegrała jej lokalizacja. Upraszczając sprawę, można topografię dramatu umieścić na planie krzyża. U jego podstawy leżała stocznia. Wierzchołek to Komitet Wojewódzki PZPR. Na lewym ramieniu WRZZ. Na prawym Komenda Wojewódzka MO. W miejscu skrzyżowania – nasza przychodnia. (...) Nasz gipsiarz mocuje się z zaciśniętymi pięściami jednego z martwych.

– Co pan tam robi?

– On miał to w obu rękach, doktorze. Te kamienie.

– To niech pan mi da jeden.

– Po co?

– Jeszcze nie wiem.

Kładliśmy się w przychodni po północy. Gdzie kto mógł. Zemdliło mnie. Pod bramą żołnierz i warkot pracujących silników.

– Czy mogę się z panem trochę przespacerować? Potrzebuję powietrza. Świeżego. Chodźmy.

Ponura noc. Zimno. Żołnierz milczał. Na placu Hołdu Pruskiego swąd spalenizny. Poczułem dreszcze. Włożyłem ręce do kieszeni. Natrafiłem na ten KAMIEŃ.

DRUGI DZIEŃ – PIĄTEK, 18 GRUDNIA

Opowiedzcie nam, stoczniowcy, jak tam u was jest

U nas wiele i niewiele, to w sam raz

Jest milicja, mają pałki, mają gaz

Mają chyba też ochotę robotników zmieszać z błotem

Trzeba zmniejszyć ilość robotniczych mas

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.