Świt ebooków nr 4 - Praca zbiorowa - ebook
Wydawca: RW2010 Kategoria: Aktualności Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00 zł
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 228 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świt ebooków nr 4 - Praca zbiorowa

Pierwszy polski e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie, self-publishingu. Proponujemy: wywiady, felietony, recenzje, opinie, analizy rynku, opowiadania. Zapraszamy i zachęcamy do współpracy: recenzentów, autorów, wydawców, dystrybutorów Jak zwykle z dumą prezentujemy kolejny numer Świtu ebooków. Już czwarty. Numer poświęcony zjawisku i zagadnieniom związanym z polskim self-publishingiem. Zapraszamy. Przy czwartym numerze zima 2013/2014 współpracowali: Alison, Awiola, Agnieszka Bukowczan-Rzeszut, Chani, Agnieszka Chojnowska, Ciernik, Robert Drózd, Aneta Gonera, Anna Kańtoch, Radek Lewandowski, Honorata Nowacka, Dorota Ostrowska, Paideia, Robert Plesowicz, P.M.V., Pokrzywnica, Maciej Różalski, Marcin Rusnak, Aneta Rzepka, Sardegna, Aleksander Sowa, Wojciech Walicki, Wiktor Werner, Margaret Willins, Marta Żołnierowicz, Ewa Żyźniewska.

Opinie o ebooku Świt ebooków nr 4 - Praca zbiorowa

Fragment ebooka Świt ebooków nr 4 - Praca zbiorowa











REDAKCJA

Redaktor naczelny: Maciej Ślużyński

Sekretarz redakcji: Joanna Ślużyńska

Skład i łamanie: Oficyna Wydawnicza RW2010

Zespół redakcyjny: Oficyna Wydawnicza RW2010

Współpraca:

Alison, Awiola, Agnieszka Bukowczan-Rzeszut, Chani, Agnieszka Chojnowska, Ciernik, Robert Drózd, Aneta Gonera, Anna Kańtoch, Radek Lewandowski, Honorata Nowacka, Dorota Ostrowska, Paideia, Robert Plesowicz, P.M.V., Pokrzywnica, Maciej Różalski, Marcin Rusnak, Aneta Rzepka, Sardegna, Aleksander Sowa, Wojciech Walicki, Wiktor Werner, Margaret Willins, Marta Żołnierowicz, Ewa Żyźniewska.

 

ISSN 2300-5645

WYDAWCA

Oficyna wydawnicza RW2010

Os. Orła Białego 4 lok. 75

61-251 Poznań

marketing@rw2010.pl

www.rw2010.pl

 

Serdecznie zapraszamy do współpracy wszystkich recenzentów, blogerów, dziennikarzy, autorów, księgarzy i wydawców. Propozycje tekstów lub linki do tekstów należy nadsyłać na podany adres poczty elektronicznej. W sprawach reklamy w magazynie – prosimy o kontakt na podany adres poczty elektronicznej.


SŁOWO WSTĘPNE


Maciej Ślużyński: Zrób to sam?

Głównym tematem tego numeru naszego kwartalnika jest self-publishing, czyli postaramy się poruszyć ogół zagadnień związanych z samodzielnym wydawaniem ebooków. Inaugurujemy tym samym powstanie odrębnego działu poświęconego w całości zagadnieniu self-publishingu, i witamy w naszym redakcyjnym gronie Macieja Różalskiego, który będzie tym właśnie działem zawiadywał.

O samym zjawisku w bieżącym numerze wypowiadają się znacznie lepsi ode mnie specjaliści, w dużej mierze – praktycy i praktykujący, więc zachęcam do uważnej lektury i odsyłam P.T. Czytelników do poszczególnych tekstów. Ja tylko chciałbym napisać, co – według mnie, choć nie jestem w mojej opinii odosobniony – stanowi największą, najpoważniejszą wadą polskiego self-publishingu. I od razu dodam, że nie ma wyjątków, a ja wyjątkowo nie zamierzam być ujmujący i miły, czyli taki, jaki jestem na co dzień. Dlatego piszę wprost: polski self-publishing jest wyjątkowo złej jakości. Nie mam na myśli technicznych aspektów przygotowania tekstu, owych magicznych konwersji, dzięki którym dokument tekstowy, powstały przy pomocy edytora tekstu, da się „odtworzyć” na czytniku lub urządzeniu mobilnym.

W Autorach publikujących w tym trybie liczne i wierne grona akolitów wytworzyły bowiem przekonanie, iż są artystami skończonymi, jednostkami uformowanymi oraz idealnymi i że nic, ale to absolutnie nic, nie muszą robić ze swoimi tekstami – wystarczy je „wrzucić do neta”, a nowi wierni wyznawcy na pewno się znajdą. Opinię tę nader chętnie przyjmują do akceptującej wiadomości owi Autorzy, bo jest im miło i jakby zwalnia ich to od dalszej pracy nad jednym konkretnym utworem. Można iść dalej, zbierając po drodze laury i pochwały. A jako ktoś ośmieli się skrytykować – „to się czepia”. I dlatego właśnie polski self-publishing tak daleki jest od doskonałości.

Nasz zespół redakcyjny wychodzi z założenia (słusznego założenia – dodam bez wahania), że każdy tekst wymaga redakcji. A jeśli piszę, że każdy, to wiedzcie, że mam na myśli nie tylko tekst powieści, opowiadania, bajki dla dzieci czy artykułu, ale także tekst recenzji, felietonu oraz niniejszego wstępu. Mało tego – każdy Autor, publikujący w każdym z możliwych (bądź niemożliwych) trybów, potrzebuje w mniejszym bądź większym stopniu współpracy z doświadczonym redaktorem. A przeważnie – w stopniu większym; znacznie większym niż dany Autor byłby skłonny przyznać.

Niestety – i piszę te słowa z wielkim żalem, jako miłośnik języka ojczystego i jako miłośnik czytania wszystkiego, co zostało zapisane – polscy Autorzy z kręgu self-pub ważą sobie lekce fakt, że redakcja i korekta, a także składnia, gramatyka, stylistyka i interpunkcja stanowią nieodłączne atrybuty dobrego pisania. I że bez nich dobre pisanie nie występuje w przyrodzie, a ich teksty będzie się czytać ciężko, bez przyjemności i z dojmującym bólem śledziony.

Lecz tego bólu nie odczuwają wcale przyjaciele, znajomi, bliższa i dalsza rodzina oraz liczni recenzujący blogerzy. Co do przyjaciół, rodziny i znajomych – ja to nawet rozumiem, ale postawa „recenzujących blogerów” jest dla mnie cokolwiek dziwna, a w każdym razie była dziwna do niedawna. Objaśniono mi bowiem parę dni temu, używając argumentów siły w miejsce silnych argumentów, że „blogujący recenzent” to taki sam czytelnik jak ten z rodziny, tyle że ma dostęp do środków masowego rażenia swoim entuzjazmem, z których korzysta do woli i czasami bez opamiętania. Jeśli zatem przyjąć takie kryterium – pełna zgoda, a recenzentów owych zaliczę do grona „krewnych i znajomych Królika” i rozszerzę na nich definicję „rodziny bliższej lub dalszej”.

Ale nie tylko ci szatani są tu czynni! Przestanę już krytykować liczne grono bezwarunkowych miłośników prozy radosnej, acz niedopracowanej, gdyż jest ich całe mrowie i mogą wdać się ze mną w bolesną kontrakcję, a tego bym nie zniósł jako człowiek łagodnego serca i takiejże natury. Bo jeszcze dwa czynniki są niemniej ważne dla wytłumaczenia kiepskiej jakości wielu tekstów publikowanych na popularnych platformach służących właśnie do publikowania tychże tekstów.

Pierwszy z nich – to technika i technologia, które sprawiają, że publikowanie nigdy nie było tak proste jak w obecnych czasach. Proste i zarazem szybsze niż myśl Lenina, co siłą rzeczy powoduje powstawanie błędów wynikających nie tyle z braku czasu na poprawki, ile z braku ogólnej refleksji nad słowem własnoręcznie pisanym. Drugi – to brak warsztatu pisarskiego. Tylko tyle i aż tyle.

I żeby nie było – nie potępiam self-publishingu jako zjawiska, bo według mnie niesie on ze sobą więcej pożytku niźli szkody. Zżymam się za to na dość niefrasobliwe podejście Autorów do swoich tekstów i swoich czytelników. A tego wybaczyć nie mogę.

Stąd apel – więcej staranności, drodzy Autorzy spod znaku self-publishingu! Prezydent Wałęsa ponoć powiedział kiedyś: „miała być wolność słowa, a tu każdy gada to, co chce”. Ja powiem – miała być wolność publikacji, a tu tak słabe teksty, że aż się płakać chce. I nie, nie mówcie mi, że wszystkie dobre teksty lądują w „prawdziwych” wydawnictwach, gdzie poddawane są wielopoziomowej obróbce i w efekcie można je znaleźć na półkach w księgarniach, a zatem do netu trafiają tylko takie teksty, których nikt z wydawnictwa przeczytać nawet nie raczył. I nie mówcie mi też, że nie umiecie pisać. Umiecie pisać, tylko poprawiać Wam się nie chce!

Ale rozgrzeszam Was z jednego tylko powodu – nigdy nie spotkałem się ze zjawiskiem, żeby Autor dał radę zrobić redakcję swojego tekstu. Owszem, czasami zdarza się, że da radę zrobić redakcję tekstu cudzego – ale swojemu nie podoła. W przypadku własnego utworu człowiek jest jak w gęstym borze – nie widzi drzew, bo las mu zasłania...


FELIETONY


Robert Drózd: Pomysł na self-publishing, czyli książka Alexa Barszczewskiego

Test pochodzi z portalu Świat czytników.

Tematykę self-publishingu poruszam co jakiś czas. Najchętniej pokazuję przykłady autorów, którzy mają do tego tematu własne podejście i co więcej – udaje im się to.

Dzisiaj zaprezentuję Wam książkę Alexa Barszczewskiego, który od wielu lat prowadzi bloga na temat rozwoju osobistego, a pod koniec ubiegłego roku wydał też Sukces w relacjach międzyludzkich. Najpierw w formie papierowej – w ciągu kilku miesięcy rozeszło się 2 tysiące egzemplarzy. W lutym zaś ukazał się też ebook (EPUB/MOBI), którego miałem okazję testować przed wydaniem.

Książkę można kupić przede wszystkim od autora – zarówno wersję papierową (35 zł), elektroniczną (25 zł), jak i pakiet obu formatów (45 zł).

„Sukces w relacjach międzyludzkich” skierowany jest do ludzi wchodzących dopiero w życie zawodowe i rozpoczynających planowanie kariery – ale zawiera zestaw umiejętności, których brakuje często i na późniejszym etapie. Książkę przeczytałem z dużym zainteresowaniem, chociaż sporo koncepcji było mi znanych; gdybym na nią trafił, mając 20 lat, pewnie bym reagował z takim entuzjazmem jak wtedy, gdy odkryłem pozycje Niwińskiego czy Coveya – wszystkich uczących tego, czego „zapomniała” nas nauczyć polska szkoła.

Postanowiłem zapytać autora o parę spraw związanych z self-publishingiem.

1. Jak wyglądała w Twoim przypadku droga od pisania bloga do decyzji o wydaniu książki? 

Blog zacząłem pisać w 2006 roku i w międzyczasie nagromadziło się tam tyle wiedzy, że korzystanie z niej stało się „nieco” utrudnione. Stąd powstała idea napisania książki. Początkowo miała ona być o dobrym ustawieniu się w życiu, ale jak zacząłem ją pisać, to uświadomiłem sobie, że do tego absolutnie konieczna jest umiejętność nawiązywania dobrych relacji z różnymi ludźmi. Stąd aktualny temat.

2. Dlaczego zdecydowałeś o samodzielnej promocji książki, a nie o pójściu do wydawnictwa?

Doprecyzujmy, że nie tylko promuję i sprzedaję książkę, ale też w 100% ją wydałem, stosując zarówno podejście Lean Startup, jak i bootstrapping. Dziś wiem, jak to zrobić, mając naprawdę niewiele pieniędzy do dyspozycji.

W miarę pisania książki drukowałem jej fragmenty na papierze formatu A5 i takie „beta kawałki” dawałem do poczytania różnym ludziom. Wszystkim się bardzo podobały i w którymś momencie stwierdziłem, że mam książkę potrzebną prawie wszystkim, do tego lekko i praktycznie napisaną. To był produkt, który szkoda było mi dać wydawnictwu, bo wierzyłem, że ma w sobie duży potencjał. Poza tym lubię eksperymentować.

3. Rozpocząłeś sprzedaż od wersji papierowej, dopiero w lutym wprowadziłeś ebooka. Jak oceniasz zainteresowanie wersją elektroniczną?

Zanim omówimy tę sprawę, warto podkreślić parę szczególnych punktów związanych akurat z tą książką.

  • Po pierwsze jest to książka nie tylko do czytania, ale też podręcznik do samodzielnej pracy. Jako taki jest wygodniejsza w papierze, choćby ze względu na możliwość bardzo szybkiego kartkowania i robienia mnóstwa notatek. Sam widziałem egzemplarze pełne uwag, podkreśleń i zagiętych rogów. Ebook nie daje nam takich możliwości, przynajmniej nie tak łatwo. Mówię to jako fanatyczny użytkownik Kindle.

  • Po drugie e-book ukazał się dopiero w lutym, więc mamy dość mało danych porównawczych.

  • Po trzecie książka w papierze sprzedawana jest też na eventach, w kilku księgarniach i na zamówienie firm w większych ilościach (20-100 sztuk). To może nieco zniekształcać obraz.

Dlatego będzie rozsądnie, jeśli weźmiemy dane porównawcze wyłącznie ze sklepu internetowego, bo tu oba produkty są sprzedawane równolegle.

Weźmy okres od 3.02 do dzisiaj i przyjrzyjmy się najpierw proporcjom sprzedanych egzemplarzy (niebieski/po prawej – wydanie papierowe, ceglasty/po lewej – ebook)

 

 

Widać, że w sztukach ebook wyprzedza książkę papierową.

Odliczając VAT, przychód netto rozkłada się następująco:

 

 

Widać, że wysoki VAT na ebooki bardzo zmniejsza przychód z formy elektronicznej.

Spójrzmy teraz na dochód przed opodatkowaniem, czyli przychód minus VAT minus koszty.

 

 

Pamiętamy: niebieski/po prawej – wydanie papierowe, ceglasty/po lewej – ebook.

Widać, że tutaj wydaniu papierowemu ciążą wyższe koszty produkcji i wysyłki, co mimo wyraźnie większego przychodu netto powoduje, że dochód jest prawie równy.

Warto też uwzględnić, że spora część ebooków została sprzedana jako dodatek do książki papierowej za znacznie niższą cenę (10 zł zamiast 25 zł)

Proporcje ilościowe między ebookami w różnych cenach wyglądają następująco (po prawe – ebook 25, po lewej – ebook 10):

 

 

To są oczywiście dane obejmujące nieco ponad miesięczny okres sprzedaży. Chętnie poinformuję Cię, jak to będzie wyglądać za pewien czas. Może się komuś takie informacje przydadzą.

4. Jakie są Twoje dalsze plany związane z książką i pisaniem?

W najbliższych tygodniach będę intensywnie pracował w mojej podstawowej działalności biznesowej, zarabiając bardzo konkretne pieniądze. Od kwietnia chcę popróbować, co jeszcze można zrobić z książką, którą wydałem. Głównym wyzwaniem jest to, że większość ludzi, dla których jest ona przydatna, nic nie wie o jej istnieniu, a rynek księgarski w Polsce jest nieco dysfunkcyjny. To będzie ciekawe wyzwanie. Potem zabiorę się za pisanie następnej książki, mam już kolejny istotny temat.

Podsumowanie

Na początku mała polemika. Mimo tego, że jako czytelnik bloga Alexa kupiłem sobie jego książkę najpierw na papierze, to... przeczytałem ją dopiero na czytniku, również robiąc sporo podkreśleń, co mniej więcej wygląda tak.

 

 

Oczywiście notatki znacznie łatwiej jest robić na papierze – podobnie jak ćwiczenia, które co jakiś czas pojawiają się w książce. Posiadacz czytnika może sięgnąć po tradycyjny zeszyt, zresztą udowodnione jest, że pisanie ręczne poprawia kreatywność...

Autor jest ze sprzedaży książki zadowolony – pamiętajmy tylko o jednym. Tak obiecujących wyników nie byłoby, gdyby Alex przez kilka lat nie prowadził bloga i nie tworzył społeczności. Samo wydanie książki niczego w zasadzie nie załatwia – wystarczy kilkaset złotych na ebooka i trochę więcej na papier.

Tak zresztą Alex komentował niedawno sprawę Kai Malanowskiej – autorki nominowanej do Nike, która napisała o kiepskich wpływach finansowych z tytułu ostatniej książki.

W dzisiejszych czasach konieczne jest jak najwcześniejsze stworzenie platformy kontaktu z odbiorcami, budowanie z nimi relacji, wchodzenie w dialog. Często oznacza to zdobywanie fanów naszej twórczości długo przed jej oficjalnym opublikowaniem. Wszystko jedno, jakiego rodzaju jest to twórczość! Zrobienie tego dobrze daje obecnie zdumiewająco dobre rezultaty, na pewno lepsze niż ustawianie się w kolejce po jakiekolwiek zapomogi od Państwa. Jak pokazuje praktyka, dla finansowego powodzenia naszej działalności twórczej może to być nawet ważniejsze od prestiżowych nagród.

Nad tym musi pomyśleć każdy, kogo interesuje forma self-publishingu. Z książki można mieć do 100% przychodu zamiast tradycyjnych 10%, ale jednocześnie ponosi się wszelkie koszty – przygotowania, dystrybucji, ale przede wszystkim promocji. Nie dziwię się, że niektórzy autorzy wolą wybrać tradycyjne wydawnictwa (i niższe zarobki), ale skupić się na pisaniu. Niemniej przykład Alexa Barszczewskiego pokazuje, że jeśli mamy już swoje własne grono odbiorców – warto do takiej formy wydawania podejść.


Robert Plesowicz: Ustawa czy ustawka?

Rynek czytelniczy w Polsce jaki jest, każdy widzi. Istnieje grupa osób, które czytają sporo, niestety z drugiej strony są osoby nieczytające wcale. Polska Izba Książki wyszła z propozycją zmiany takiego stanu rzeczy, propozycją tyleż ciekawą, co kontrowersyjną.

Ustawa o jednolitej cenie książki z założenia ma uregulować rynek wydawniczy w Polsce i zwiększyć poziom czytelnictwa wśród Polaków, poprzez wprowadzenie stałej ceny na nowości wydawnicze (co dla wielu wygląda po prostu na zmowę cenową). Pomysł zaczerpnięty został z innych krajów europejskich, takich jak Francja czy Niemcy. A jak to ma wyglądać w praktyce? Każda nowo wydana książka miałaby ustaloną przez wydawcę cenę, która przez rok od wydania książki nie mogłaby ulec zmianie. Jest to spowodowane tym, że teraz wielkie sieci wymuszają na wydawcach spore rabaty, tak by w dzień premiery – albo niedługo po niej – móc sprzedawać dany tytuł poniżej ceny okładkowej. Co w moim przekonaniu jest lekką paranoją i tu twórcy ustawy mają rację. Wydawca musi sobie takie rabaty odbić, zwiększając właśnie cenę okładkową; inaczej wydanie książki mogłoby się w ogóle nie opłacać. A wysokie rabaty serwowane przez duże sieci są niestety zabójcze dla małych, niezależnych księgarni, których po prostu nie stać na takie działanie. I nawet mogę się zgodzić, że praktyka wprowadzenia stałej ceny może obniżyć cenę książek (jak zapewniają twórcy ustawy), jeśli wydawcy nie będą strofowani rabatami przez rok. Pomogłoby to nawet małym księgarniom, które zamiast na polu cenowym, mogłyby konkurować z dużymi sieciami czymś innym, np. wyjątkowym traktowaniem klienta. Ale... gdzie tu tak właściwie jest promowanie czytelnictwa? Ustawa, owszem, krąży wokół rynku wydawniczego, książek, ale już niekoniecznie ich czytania, bo to, czy małe księgarnie znikną z rynku wyparte przez kolosy, i to, czy Polacy zaczną czytać – to dwie różne sprawy.

Odpowiedź na tak zadane pytanie oczywiście znajdziemy w ustawie. PIK zakłada, że wprowadzenie stałej ceny na książki przyczyni się do wzrostu ich sprzedaży, co zwiększy przychody wydawnictw, dzięki czemu te będą mogły wydawać więcej tytułów, niekoniecznie topowych, ale też ambitnych, mniej popularnych, nie tylko takich, które mają szanse trafić do supermarketu. Po prostu będą mogły zwiększyć swoją ofertę wydawniczą, co podobno skłoni więcej osób do sięgnięcia po książki. Ale (ponownie)... w prezentacji, która jest dostępna na stronie PIK, możemy znaleźć ciekawą rzecz. Liczba tytułów wydawanych w Polsce wzrosła od 1990 do 2012 roku trzykrotnie, z około 10 tysięcy, do ponad 34 tysięcy (!). Niestety spadły nakłady; w 1990 średni nakład jednej książki wynosił około 16 tysięcy, a w 2012 około 2 tysięcy, czyli osiem razy mniej. Czy naprawdę wydawnictwa potrzebują dalszego poszerzania swojej oferty? Czy 34 tysiące tytułów to wciąż za mało, skoro widać, że nie w tym tkwi problem?

Wydaje mi się, że w kraju, którego połowa mieszkańców otwarcie przyznaje, że ostatni kontakt z książką miała w szkole, wprowadzanie stałej, nawet niższej ceny na książki, nie spowoduje szturmu na księgarnie. Poszerzenie oferty wydawniczej też raczej tego nie zmieni. Osoby, które czytają, raczej potrafią już teraz znaleźć literaturę ambitniejszą. A ci, którzy nie czytają wcale – niczego, nawet literatury niższych lotów – mieliby nagle rzucić się na dzieła trudniejsze w odbiorze, skłaniające do refleksji i jakiegoś wysiłku umysłowego? Nie sądzę.

Nie jestem do końca przekonany, czy głównym powodem nieczytania książek przez Polaków jest cena. W dobie wszechobecnej elektroniki i internetu znacznie prościej odpalić telewizor czy komputer i oddać się czynnościom mniej wymagającym. A do tego trzeba dodać prędkość, z jaką dziś toczy się życie. Sama praca pochłania znaczne ilości czasu i energii; widzę po sobie – a czytam sporo – że nie zawsze mam ochotę na odpalenie czytnika czy otworzenie książki. Jednak jestem przekonany, że tę godzinę dziennie na czytanie mógłby znaleźć każdy, gdyby tylko chciał. I to jest właściwie postawiony problem. Kultura czytania jest w Polsce słabo rozwinięta, zresztą jak wiele innych „kultur”; żeby nie szukać daleko, np. kultura jazdy. Tyle że zainteresowanie czytaniem trzeba wzbudzać od najmłodszych lat. Bądźmy szczerzy, osoba 40-50-letnia, która nie czyta, nie zacznie nagle tego robić tylko dlatego że pojawi się więcej tytułów albo że wszystkie nowości będą dostępne w jednej cenie, albo że ta cena będzie trochę niższa. Jeśli na to liczą twórcy ustawy, mogą się srodze rozczarować.

Oczywiście nie neguję potrzeby wsparcia małych księgarni, bo tego potrzebują. Konsumenci też. Obecność na rynku tylko wielkich potentatów, którzy mogliby wtedy dowolnie ustalać ceny, to niewesoła perspektywa dla klientów.

Trzeba też dodać, że PIK w swojej ustawie nie zwrócił uwagi na ebooki, nie idąc z duchem czasu. A przecież sprzedaż książek elektronicznych stale rośnie, i to mimo spadku czytelnictwa w Polsce. Polacy coraz częściej sięgają po czytniki. Co prawda jeszcze nie do końca odróżniamy czytnik ebooków od tabletu (sądząc po zapytaniach na okazje.info), ale mimo wszystko trend jest wzrostowy.

I tak, co nikogo raczej dziwić nie powinno, najpopularniejszymi czytnikami w Polsce są czytniki Amazona, jest ich aż 88%. Pocketbook, Prestigo i Onyx mają odpowiednio 3,63%, 2,72% i 2,06% udziału w rynku. Dlaczego dziwić nie powinno? Już tłumaczę; Amazon postanowił wypuścić swoje czytniki poniżej kosztów produkcji, co znacznie obniża ich cenę, skoro producent nie chce na nich dodatkowo zarobić. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich modeli, ale Amazon mógł pozwolić sobie na taki ruch. Dzięki olbrzymiej bazie klientów, skupiając się raczej na tym, by zarobić na sprzedawanych ebookach, plus wyświetlaniu reklam na ekranie czytnika, gdy go nie używamy.

Część osób może się zastanawiać, czy Amazon naprawdę sprzedaje poniżej kosztów produkcji, czy tylko tak mówi, sprzedając sprzęt np. ze słabych jakościowo komponentów. Z perspektywy użytkownika Kindle’a 4 mogę powiedzieć, że jest to sprzęt bardzo dobry. Nie zawiódł mnie ani razu (używam go od dwóch lat), bateria wytrzymuje bez ładowania – przy dość intensywnym użytkowaniu – co najmniej dwa tygodnie, czytnik wygląda elegancko, jest lekki i poręczny. A przede wszystkim posiada technologię e-ink, co według mnie powinno być głównym kryterium wyboru czytnika, bo dzięki temu, czytając nasze ebooki, nie męczymy oczu, tak jak podczas czytania z ekranu LCD, czy innego, który emituje własne światło. E-papier ma imitować zwykły papier i sprawdza się w tej roli znakomicie. Jeśli ktoś chce kupić czytnik (który służy przede wszystkim do czytania), to naprawdę ekran pozbawiony technologii e-ink jest chybionym pomysłem.

Wracając do ustawy, twórcy chyba nie dostrzegli potencjału ebooków albo po prostu o regulacje tego segmentu rynku będą się martwić później, gdy rozrośnie się jeszcze bardziej, miast teraz, kiedy byłoby to prostsze. Od razu mogliby zająć się przy okazji sprawą VAT-u, który na książkę papierową wynosi 5%, a na e-book 23% (!), a przecież obie wersje różnią się od siebie tylko formą, w jakiej dostaje ją czytelnik.


Anna Kańtoch: Refleksje o pisaniu, tym razem o wydawaniu książek własnym sumptem

Tekst pochodzi ze strony autorskiej: Zabawki Anneke.

Po ostatnim Falkonie, kiedy na spotkaniu z Jackiem Komudą padło pytanie „Czy warto wydać sobie samemu książkę, a potem iść z nią do normalnego wydawcy?”, naszła mnie ochota, żeby napisać parę słów o self-publishingu. Nie żebym udawała wielkiego znawcę księgarskiego rynku – bo nim nie jestem – ale po dziesięciu latach pisania i wydawania jakieś tam pojęcie mam. Niemniej proszę czytelników, żeby potraktowali niniejszy wpis bardziej jak garść luźnych refleksji niż jak głęboką analizę zjawiska, jakim jest self-publishing.

Od razu też zaznaczam, że pisząc „self-publishing”, mam na myśli zarówno książki wydawane przez samych autorów, jak i te publikowane przez wydawnictwa z autorskim (współ)finansowaniem – wiem, że to nie to samo, ale problemy generuje podobne, więc pozwolę sobie na pewne uproszczenie.

A teraz do rzeczy: nie jestem przekonana do self-publishingu ani jako czytelniczka, ani jako autorka. I uprzedzając od razu ewentualne zarzuty oburzonych: bynajmniej nie uważam, że wszyscy selfowie to grafomani. Sama znam kilka opublikowanych w tym obiegu książek, które spokojnie mogłyby wyjść np. w Fabryce Słów i nikt nie zauważyłby różnicy. Jednak w moim przekonaniu lepiej jest wydać książkę normalną drogą, nawet gdyby miało się to wiązać z dłuższym oczekiwaniem czy koniecznością mozolnego dobijania się do kolejnych wydawnictw. Co ciekawe, mam wrażenie, że spora część selfów publikuje w ten sposób nie dlatego, że zwyczajni wydawcy ich odrzucili, tylko ponieważ nie wiedzą, że można inaczej. Serio. Byłabym bogata, gdybym dostawała 10 zł za każdym razem, gdy na konwencie podchodzi do mnie człowiek (najczęściej młody) i pyta, ile zapłaciłam za wydanie swoich książek, a po informacji, że nic i że to mnie płacą, robi wielkie oczy, ja zaś zyskuję 10 punktów do zajebistości oraz szacun na dzielni.

Wszystkim tym ludziom oraz innym potencjalnym self-publisherom dedykuję sześć powodów, dla których nie warto samemu wydawać książek:

1. Spora część czytelników jest wobec self-publisherów nieufna, wychodząc z założenia, że lepiej zainwestować pieniądze w autora „sprawdzonego”, czyli takiego, który przeszedł proces selekcji w normalnym wydawnictwie, niż w delikwenta, który wydał książkę, bo go na to stać. I trudno się temu dziwić. Kupowanie książek z normalnego obiegu a kupowanie książek self-publisherów jest trochę jak zakupy w sklepie kontra zakupy na dzikim targowisku. W sklepie możemy wprawdzie dostać towar gorszej albo lepszej jakości, jednak zdecydowana większość oferty jakieś tam podstawowe standardy spełnia. Na targowisku czasem upolujemy fajną „okazję”, ale częściej natkniemy się na straszliwego bubla – bo tych jest więcej.

2. Autor wydany normalnie, nawet jeśli po publikacji wszyscy jego dzieło skrytykują, zawsze może sobie powiedzieć: „OK, ale przecież wydawca przyjął to do druku i co więcej, zainwestował własne pieniądze, więc nie mogę pisać aż tak źle”. Self-publisher w podobny sposób pocieszyć się nie może – on nigdy nie będzie wiedział, czy argumentem na „tak” dla wydawcy był wysoki poziom książki, czy może grubość autorskiego portfela.

3. Mało kto robi tą metodą literacką karierę – i to zarówno w sensie finansowym, jak i prestiżowym (wystarczy przejrzeć listy bestsellerów czy utworów w taki czy inny sposób nagrodzonych).

4. Utwory self-publisherów nader często pozbawione są redakcji. Fakt, niektórym książkom i najlepszy redaktor nie pomoże, ale część selfowych powieści mogłaby być lepsza, gdyby przed wydaniem trafiły na kogoś przytomnego, kto powie, co poprawić. I bywa, że całkiem zdolny autor zamiast zbierać zasłużone laury, musi znosić docinki czytelników nabijających się z kiksów językowych czy przeróżnych nielogiczności. Nie jest to najlepszy pomysł na literacki start.

5. Książki self-publisherów z reguły mają słabą dystrybucję, bo autor albo sam musi zadbać, żeby znalazły się w księgarniach (co proste nie jest), albo uzależniony jest od wydawcy, któremu na sprzedaży szczególnie nie zależy – on przecież już zarobił na autorze.

6. Książki self-publisherów mają również słabą promocję, gdyż jak wyżej: albo autor zadba o nią sam, albo musi liczyć na wydawcę, który reklamowanie autora ma w nosie.

Ponieważ jednak jestem relatywistką i zawsze staram się patrzeć na problem z różnych stron, rozumiem także argumenty tych, którzy na self-publishing się zdecydowali. Powody mogą być różne:

1. Istnieje teoria mówiąca, że „każda dobra książka znajdzie prędzej czy później wydawcę”. Nie jestem pewna, moim zdaniem książka może mieć pecha albo być niezłą, ale zbyt niszową, ale mniejsza z tym – ważne, że nawet gdyby teoria była prawdziwa, to w przypadku, kiedy w grę wchodzi raczej „później” niż „wcześniej”, niektórzy autorzy mogą zwyczajnie stracić cierpliwość. Jestem w stanie zrozumieć zdesperowanego twórcę, który po trzech-czterech latach pielgrzymowania od wydawcy do wydawcy wreszcie decyduje się wydać sam.

2. Nie każdy autor chce od razu robić wielką literacką karierę – niektórym wystarcza, że zobaczą swoje dzieło wydrukowane, dostaną kilka pozytywnych recenzji na blogach i/lub zyskają wąski, ale wierny krąg czytelników.

3. Zachęcony pozytywnym odzewem czytelników self-publisher tym chętniej napisze kolejną książkę – i tę być może już uda mu się wydać normalnie.

4. Self-publishing bywa trampoliną do wydania normalnego. Znam przypadki, kiedy autor sam wydawał sobie powieść, zyskiwał popularność, po czym przejmował go zwyczajny wydawca i książka wychodziła jeszcze raz, tym razem z normalną redakcją, dystrybucją, reklamą itp. Zdarza się nieczęsto, ale się zdarza.

Poza tym część argumentów „przeciw” da się zminimalizować przy pomocy odpowiednich działań. I tak:

1. Argument nr 1 można obejść, publikując w normalnym obiegu opowiadania. Wtedy nieufny czytelnik pomyśli sobie: „OK, gość może i wydaje sam sobie książkę, ale wcześniej tekst puściły mu »Nowa Fantastyka« i »Esensja«, więc chyba umie pisać”. Jeśli natomiast tego próbowaliśmy i zostaliśmy odrzuceni, to zastanówmy się, czy koniecznie chcemy uszczęśliwiać świat swoją twórczością. Jedna książka czy opowiadanie z takich czy innych względów mogą mieć pecha, ale jeśli od dłuższego czasu rozsyłamy swoje utwory po wydawcach/czasopismach i nigdzie nas nie chcą, to najprawdopodobniej z naszym pisaniem jest coś nie tak. Wiara w siebie jest miła i generalnie pożyteczna, ale nie zawsze przekłada się na talent czy umiejętności.

2. O redakcję (argument nr 4) można zadbać samemu. Niestety, najczęściej wiąże się to z dodatkowymi kosztami – no chyba że szczęśliwym trafem autor ma akurat znajomego redaktora, który będzie skłonny popracować nad dziełem za darmo. Dobrze byłoby jednak, żeby był to redaktor z prawdziwego zdarzenia, a nie koleżanka, która poprawi, bo w szkole miała piątki z polskiego.

3. Jeśli autor jest pomysłowy i energiczny, to i z promocją (argument nr 5) poradzi sobie we własnym zakresie – bo jeśli decydujemy się wydać sami książkę, to musimy w jakiś sposób zwrócić na nią uwagę czytelników. Najpopularniejszą metodą jest rejestrowanie się na różnych forach i zakładanie tam tematów „Zapraszam do czytania mojej nowej książki!” czy coś w tym rodzaju, jednak to słabo działa (nie wydaje mi się, żeby bywalcy takich miejsc byli zainteresowani dziełami obcych autorów, zwłaszcza takich, którzy przyszli na forum wyłącznie po to, żeby się pochwalić wydaniem). Trzeba więc wymyślić coś innego. Mnie nie pytajcie co. Nie mam pojęcia – autopromocja nigdy nie była moją mocną stroną. :)


E-WYDAWCY


Aneta Gonera: GONETA – nowe podejście do e-booków

www.goneta.net

Literatura w internecie istnieje w zasadzie od początku powstania sieci. Początkowo udostępniano jednak jedynie zeskanowane książki lub publikowano utwory nieznanych autorów chcących podzielić się swoją pracą, a później dopiero teksty dostępne równolegle w formie tradycyjnej książki. Pierwszym większym przedsięwzięciem wprowadzającym literaturę do sieci był tak zwany Projekt Gutenberg – czyli stale wzbogacane archiwum tekstów. Zostało ono założone w 1971 r. przez Michaela Harta. Dziś natomiast, gdy w sieci możemy znaleźć całą gamę ebooków, których odpowiedników nie znajdziemy w wersji papierowej, a wygoda ich użytkowania jest tak przydatna, wybór stał się na tyle szeroki, że nie sposób z niego nie skorzystać. Pojawienie się ebooków i dedykowanych im czytników zwiększyło mobilność w świecie literatury oraz otworzyło nowe spectrum możliwości czytelniczych.

Już nie musimy sobie wyobrażać, że wszystkie lektury mamy pod ręką w małym urządzeniu, dzięki czemu oszczędzamy czas i pieniądze, bowiem wszystko to stało się rzeczywistością dostępną dla każdego. Cyfrowe publikacje podbijają rynek, gdyż czytelnicy coraz częściej decydują się na zakup ebooka niż tradycyjnej książki. Czym w zasadzie jest ebook? Ebooki to w najprostszej definicji pliki komputerowe, zawierające treść książki.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.