Świt ebooków nr 3 - Opracowanie zbiorowe - ebook
Wydawca: RW2010 Kategoria: Aktualności Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00 zł
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 228 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świt ebooków nr 3 - Opracowanie zbiorowe

Pierwszy polski e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie, self-publishingu.

Proponujemy: wywiady, felietony, recenzje, opinie, analizy rynku, opowiadania. Prezentujemy z dumą trzeci numer naszego e-magazynu: Jesień 2013.

Zapraszamy i zachęcamy do współpracy: recenzentów, autorów, wydawców, dystrybutorów.

Redaktor naczelny: Maciej Ślużyński

Sekretarz redakcji: Joanna Ślużyńska

Przy trzecim numerze współpracowali z nami: Awiola, Ciernik, Robert Drózd, Filip Kaczmarek, Joanna Łukowska, Kinga Olkusz, Anna Packalén Parkman, Pokrzywnica, Aleksander Sowa, Waniliowa, Agnieszka Żak, Marta Żołnierowicz.

Trzeci numer Świtu ebooków – Jesień 2013 – poświeciliśmy głównie debiutantom.

Znajdziecie tu zatem garść porad i uwag tyczących bycia e-debiutantem i e-pisarzem.

Poza tym jak zwykle: wywiady, recenzje, analizy, opowiadania (debiutantów oczywiście).

Opinie o ebooku Świt ebooków nr 3 - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Świt ebooków nr 3 - Opracowanie zbiorowe










REDAKCJA

Redaktor naczelny: Maciej Ślużyński

Sekretarz redakcji: Joanna Ślużyńska

Skład i łamanie: Oficyna wydawnicza RW2010

Zespół redakcyjny: Oficyna wydawnicza RW2010

Współpraca:

Awiola, Ciernik, Robert Drózd, Filip Kaczmarek, Joanna Łukowska, Kinga Olkusz, Anna Packalén Parkman, Pokrzywnica, Aleksander Sowa, Waniliowa, Agnieszka Żak, Marta Żołnierowicz.

 

ISSN 2300-5645


WYDAWCA

Oficyna wydawnicza RW2010

Os. Orła Białego 4 lok. 75

61-251 Poznań

marketing@rw2010.pl

www.rw2010.pl

 

Serdecznie zapraszamy do współpracy wszystkich recenzentów, blogerów, dziennikarzy, autorów, księgarzy i wydawców. Propozycje tekstów lub linki do tekstów należy nadsyłać na podany adres poczty elektronicznej. W sprawach reklamy w magazynie – prosimy o kontakt na podany adres poczty elektronicznej.


SŁOWO WSTĘPNE


Maciej Ślużyński: Debiuty po debiutach

Głównym tematem tego numeru naszego kwartalnika jest debiut, a konkretniej – debiutanckie ebooki młodych pisarzy, którzy swoją podróż w krainę literatury zaczynają od tej właśnie strony.

Ale nie możemy zapomnieć o nielicznej wprawdzie, ale bardzo ważnej dla nas grupie Autorów, którzy zechcieli nam zaufać i dodać wiarygodności naszemu przedsięwzięciu, czyli o pisarzach „debiutujących” w kategorii ebooków w trakcie swoich sukcesów na polu książki tradycyjnej, bądź w jakiś czas po ich osiągnięciu. I tym właśnie pisarzom chciałbym poświęcić niniejszy artykuł wstępny, bo choć „klasyczni” debiutanci stanowią zdecydowaną większość wśród naszych autorów, to warto napisać o zjawisku „debiutu po debiucie”.

Jako pierwsza zaufała nam Joanna Łukowska; jej książka Nieznajomi z parku, którą debiutowała w roku 1994, ukazała się jako ebook w naszej oficynie siedemnaście lat później, czyli zimą 2011 roku, i był to pierwszy wydany przez nas e-wariant papierowego pierwowzoru. Wiosną roku 2012 pozytywnie odnieśli się do propozycji współpracy z nami Andrzej Rodan i Romek Pawlak, i w naszej ofercie znalazły się po dwa tytuły obu pisarzy. Przy czym e-publikację Ostatnich dni Sodomy Andrzeja Rodana dzieli od wersji papierowej prawie ćwierć wieku. Parę miesięcy później dołączyła do nas Agnieszka Hałas. W początkach roku 2013 do grona naszych doświadczonych pisarzy przyłączyli się Marek Hemerling i Emma Popik.

Emma Popik – niekwestionowana Królowa Polskiej Fantastyki – zdecydowała się powierzyć nam wydanie w wersji elektronicznej aż czterech zbiorów swoich doskonałych opowiadań, które w tym wyborze i w tej wersji są na rynku rzeczywiście debiutem. Agnieszka Hałas wydaje równolegle warianty papierowe i elektroniczne swoich książek, a pod koniec ubiegłego roku u nas ukazała się trzecia część jej rewelacyjnej trylogii Teatr węży – wyprzedzając o dwa tygodnie publikację wersji papierowej.

Grupę „dorosłych debiutantów” można – co wyraźnie widać powyżej – z grubsza podzielić na dwie podstawowe kategorie; pierwsza z nich to osoby chcące wejść na nowy dla siebie pod względem zastosowanych rozwiązań technicznych rynek, druga to osoby chcące ten rynek zdobyć nowymi utworami, nie rezygnując jednocześnie z formy tradycyjnej. W obu kategoriach, co warto zaznaczyć, pisarze ci w większości osiągają znaczne sukcesy, czego dowodzą chociażby wyniki sprzedaży ich ebooków.

I jeszcze kilka słów o debiutach ogólnie, oczywiście debiutach ebookowych. Główną przyczyną zjawiska, że trafia do nas tak wiele doskonałych, choć debiutanckich tekstów, jest... dramatyczna sytuacja na rynku książki papierowej. Tu na debiut czeka się kilka lat, o ile oczywiście jakieś wydawnictwo znajdzie w sobie dość zapału, aby w ogóle z debiutantem podpisać umowę. A i tak – co wiemy z doświadczeń naszych pisarzy – podpisanie takiej umowy nie jest jeszcze gwarancją, że książka w ogóle się ukaże, bo w ciągu kilku lat oczekiwania sytuacja zwykle się mocno zmienia. Na niekorzyść debiutantów...

Dlatego do naszej Oficyny trafia dużo dobrych debiutanckich tekstów, bo ich autorzy szlifują swoje utwory między jedną a drugą odmową wydawniczą. Aż wreszcie zniechęceni sytuacją – lub zachęceni opiniami znajomych i nazwiskami e-debiutujących „pisarzy papierowych” – decydują się uznać ebook za pełnowartościową publikację, która nie tylko nie przynosi im ujmy, ale przeciwnie stwarza wreszcie szansę na dotarcie do czytelników. Czego im oczywiście z całego serca życzymy.


FELIETONY


Robert Drózd: VAT na ebooki trafia do Trybunału Konstytucyjnego

Tekst pochodzi z portalu www.swiatczytnikow.pl.

Kwestią wyższego VAT na książki elektroniczne zainteresował się Rzecznik Praw Obywatelskich i złożył wniosek o stwierdzenie jego niezgodności z Konstytucją RP.

Przypomnijmy – VAT na książki elektroniczne wynosi 23% (w porównaniu do 5% dla książek papierowych), bo według prawa unijnego e-book to usługa. Francję i Luksemburg, które czasowo obniżyły stawkę, Komisja Europejska chce ukarać.

Tekst wniosku RPO do Trybunału Konstytucyjnego znajdziemy na stronach Dziennika Internautów.

W obszernym uzasadnieniu wniosku prof. Irena Lipowicz powołuje się na zasadę równości wobec prawa wynikającą z artykułu 32 Konstytucji. Dalej udowadnia, że dwie odmienne stawki w zależności od formy dostępu naruszają zasadę równości.

Należy jednak zauważyć, że uzasadnieniem dla obniżenia stawki podatku za książki i czasopisma jest ich wartość niematerialna. Celem ustawodawcy było zatem zwiększenie dostępności publikacji dla osób o najniższych dochodach, a nie np. wsparcie gałęzi przemysłu zajmujących się przygotowaniem książek lub wytworzeniem taśm czy płyt (o czym świadczy między innymi fakt, że drukowane publikacje, taśmy czy płyty z treścią inną niż książki lub czasopisma są objęte zwykłą stawką podatku).

Wydaje się zatem, że cechą relewantną łączącą podmioty objęte obniżoną stawką podatku VAT powinna być treść publikacji. Inne kryteria różnicowania sytuacji prawnej wydawców będą zatem stanowiły naruszenie konstytucyjnej zasady równości i powszechności opodatkowania oraz będą prowadziły do nierównego traktowania wydawców i sprzedawców książek i czasopism.

[...]

Tymczasem cyfrowe publikacje, podobnie jak książki i czasopisma wydane w tradycyjnej formie, sprzyjają rozwojowi czytelnictwa, a z racji większej dostępności (do ich pobrania konieczny jest wyłącznie podłączony do Internetu komputer lub inny sprzęt elektroniczny) i niższej ceny wytworzenia mogłyby zachęcić do korzystania z dóbr kultury także tych konsumentów, którzy wcześniej w ograniczonym zakresie korzystali z usług rynku wydawniczego (np. ograniczali liczbę nabywanych książek ze względu na ich cenę).

Należy także zauważyć, że ebooki, w których tekst można np. dowolnie powiększać, mogą także ułatwić dostęp do kultury i edukacji osobom starszym czy niedowidzącym. Z tego względu różnice w stawkach podatku VAT nie tylko prowadzą do arbitralnego uprzywilejowania jednej grupy producentów, ale także mogą mieć skutek w sferze praw kulturalnych lub edukacyjnych obywateli.

Co z faktem, że takie regulacje są niezgodne z prawem unijnym? Tu Rzecznik wytacza ciężkie działa.

Jak wskazał Trybunał Konstytucyjny (m.in. w przywołanym orzeczeniu K 18/04), w przypadku sprzeczności pomiędzy prawem unijnym a Konstytucją do polskiego ustawodawcy należy podjęcie decyzji albo o zmianie Konstytucji, albo o spowodowaniu zmian w regulacjach wspólnotowych, albo, ostatecznie, decyzji o wystąpieniu z Unii Europejskiej.

Oczywiście najbardziej realne z tych trzech alternatyw jest podjęcie decyzji o zmianach w regulacjach wspólnotowych. To nasz rząd już jakiś czas temu zapowiadał. Ale wydaje mi się, że i tak czekają, aż więksi gracze w Unii się za to zabiorą.

Czy Trybunał się tym wnioskiem zajmie i czy go uzna? Jakie będą tego konsekwencje? Nie jestem politologiem, a wiadomości ze studiów już mi dawno wyparowały. Ale wydaje mi się, że od wniosku do ewentualnej zmiany ustawy o VAT i wejścia tej zmiany w życie jeszcze długa droga.


Robert Drózd: Program rozwoju czytelnictwa czy „branży kulturalnej”?

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa na lata 2014-20. Czy jest tam coś, co może nas zainteresować?


Punktem wyjścia jest tragiczny stan polskiego czytelnictwa – 60% Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku ani jednej książki, tylko 11% to aktywni czytelnicy – 7 książek i więcej.

Celem – osiągnięcie tego, że 80% Polaków sięgnie jednak po książkę.

Nie udało mi się znaleźć żadnego dokumentu, ale mamy cytat:

Na rozwój czytelnictwa w ciągu sześciu lat przeznaczonych zostanie w sumie miliard złotych. 650 mln zł ze środków resortu kultury i 350 mln zł od beneficjentów programu, m.in. od samorządów i innych instytucji – powiedział minister Bogdan Zdrojewski. Jak zaznaczył, część z tych środków jest już zapisanych w wieloletnich programach rządowych. W jego ocenie program nie zakończy się sukcesem bez zaangażowania szkoły i rodziny. Ma szansę powodzenia i będzie inwestycją trwałą, jeżeli nawyki czytelnictwa będą budowane w rodzinie od wczesnego dzieciństwa i kontynuowane w szkolnictwie przede wszystkim stopnia podstawowego – podkreślił minister.

I jak to oceniam z pozycji „czytającego amatora”?

W dużej części widzę tutaj próby robienia tego samego co dotychczas, tylko że intensywniej. W 2020 roku ebooki mogą stanowić np. 15-20% rynku książki (30% to jednak zbyt optymistyczna prognoza). Tymczasem niewiele w tym planie wskazuje, aby rząd myślał o promowaniu czytelnictwa w formie elektronicznej.

Specom od „kultury” nie przychodzi na myśl, że Polacy nie czytają, bo na książki nie mają ani czasu, ani pieniędzy. A książki elektroniczne mają być zarówno tańsze, jak i ułatwiać czytanie w czasie, w którym nie sięgniemy po książkę papierową; podczas przerw, w drodze do pracy, w kolejce do lekarza.

Ale popatrzmy na niektóre punkty programu:

  • Wydawanie czasopism kulturalnych – zaraz, jak czasopisma kulturalne, dotowane i wydawane w kilkuset egzemplarzach, mają przyczynić się do wzrostu czytelnictwa? Przecież to jest lektura dla elit. Można oczywiście myśleć o upowszechnieniu tych czasopism – tak że każde dotowane przez państwo pismo powinno być dostępne np. w wersji elektronicznej.

  • Modernizacja bibliotek i dofinansowanie zakupu nowości – tak, trzeba wciąż to robić, niestety o tym, czy biblioteka jest przydatna dla przeciętnego człowieka, świadczy fakt, czy znajdzie on tam nowości.

  • Szkolenie przewodników po świecie książki, budowa społeczności wokół bibliotek – to jest tworzenie kolejnych publicznych etatów. Jak to ma pomóc w czytelnictwie?

  • Regulacje prawne dotyczące rynku książki – tego się można obawiać i o tym napiszę osobny artykuł; w skrócie chodzi o przycięcie promocji na nowości.

  • Wsparcie udostępniania legalnej książki w internecie – o, to nas może zainteresować.

Czego mógłbym oczekiwać:

  • Poważnego zajęcia się tematem tzw. dzieł osieroconych – książek, których nakłady wyczerpały się dziesiątki lat temu, które wciąż podlegają prawom autorskim, ale których nikt nie wznowi, bo np. nie można dotrzeć do autora. Ministerstwo mogłoby utworzyć fundusz na rzecz publikowania takich wznowień w wersji elektronicznej. Przykładem może być Polski Słownik Biograficzny – pozycja wciąż wydawana, a której pierwszych tomów nie można przy obecnym stanie prawnym wznowić.

  • Wykorzystania ogromnej ilości treści, która jest dostępna dla instytucji kultury. Marzą mi się takie „Wolne Lektury Pro” – które zawierałyby elektroniczne wersje dzieł z serii Biblioteki Narodowej wydawanej od lat przez Ossolineum.

  • Wykupowania praw do ważnych dla polskiej kultury dzieł, szczególnie takich, które dopiero za jakiś czas przejdą do domeny publicznej i uwalnianie ich.

  • Pójścia o krok dalej – nie tylko digitalizacji, ale także opracowania i udostępniania w postaci, w której ludzie czytają ebooki.

Gdy jednak patrzę na organizatorów programu – zaczynam mieć wątpliwości:

W jego przygotowanie, a także koordynację zaangażowane są trzy narodowe instytucje kultury: Biblioteka Narodowa, Instytut Książki oraz Narodowe Centrum Kultury.

Ten sam Instytut Książki, który od paru lat blokuje przejście dzieł Janusza Korczaka do domeny publicznej. Czy instytucja o takiej mentalności może działać skutecznie na rzecz uwolnienia i upowszechniania literatury?

W przypadku Korczaka wymyślono coś takiego jak „otwarta licencja edukacyjna” i skany jego książek udostępniono w bibliotece Polona.


Oczywiście nie nadaje się toto do czytania na jakimkolwiek urządzeniu. Należałoby te książki opracować, wyodrębnić tekst, przekonwertować do normalnych formatów. Mogliby to zrobić nawet amatorzy, co roku dziesiątki książek digitalizowanych jest w Wikiźródłach. Na takie modyfikacje licencja jednak nie pozwala. Chcesz ebooka? To go kup. A tanio nie jest.

Mamy więc iluzję udostępnienia – książka niby została opublikowana, przejrzysz jej skany, ale nie jesteś w stanie niczego z tym zrobić.

Podsumowując – mam spore obawy, że pieniądze zostaną wydane, plan zostanie zrealizowany, ludzie nadal będą tyle czytać, ile czytają, zaś autorytety kulturalne będą nadal biadolić.


Joanna Łukowska: o e-debiutantach, e-czytelnikach, e-pisarzach i e-drodze w ogóle

Od dawna układałem w głowie historię, którą chciałbym spisać, opowiedzieć, ale gdy tylko zasiadam do komputera z przekonaniem, że teraz jest ten dobry czas, teraz uda mi się ruszyć z miejsca, okazuje się, że nie potrafię sklecić kilku ciekawych zdań. Poszukuję osoby, która mi pomoże, podzieli się swoją wiedzą, podpowie.

Tak napisał do mnie w jednym z maili Adept pisarstwa, a ja zamierzam fragmenty jego listów wykorzystać na potrzeby tego artykułu. Liczę, że ów młody człowiek się nie obrazi, a jak się obrazi – trudno. Pisarz to w pewnym sensie ekshibicjonista. A ja korzystam z listów do mnie kierowanych w zbożnym celu, którym jest mała analiza różnego rodzaju e-zjawisk i e-postaci, z szerszym omówieniem sylwetki e-debiutanta.

Wraz z pojawieniem się ebooków, pojawili się e-czytelnicy, a wraz z zakwitnięciem na polskim rynku self-publishingu nastąpił wysyp autorów. W jednym z wpisów na Facebooku wprowadziłam podział na autorów i pisarzy. I choć nie wszystkim się ta klasyfikacja podoba, będę się jej trzymać. Autorzy przeżywają, opowiadają, gardłują, często kończą przygodę z pisaniem na jednym dziele (acz będą o nim gadać do końca życia), wielu ma poważne problemy z gramatyką, przyjmowaniem uwag krytycznych (których przyjmować nie umieją, bo się obrażają – na płaczliwie albo na agresywnie) oraz z fanklubami „przyklaskiwaczy” (wywodzącymi się spośród rodziny i znajomych, którzy ich psują pochwałami). Pisarze zaś piszą, biorą krytykę na klatę i zarabiają (mniej lub więcej) na swoim cyklicznym tudzież publicznym pisaniu.

Nie zależy mi na wydawaniu tego, co napisałem, chciałem po prostu coś po sobie zostawić. A czy przeczytają to tylko najbliżsi, czy większa publiczność, to nie ma dla mnie żadnego znaczenia.

Tak mógł napisać tylko Adept, który jeszcze nie wie, co w nim drzemie. Albo... autor. I od razu wysuwam śmiałą tezę, że autor się na e-pisarza nie nadaje. Na pisarza – zwłaszcza z gatunku „twórca jednego dzieła” – może, ale też niekoniecznie. Teoretycznie amator może zostać zawodowcem, jeżeli będzie ćwiczył, ćwiczył i jeszcze raz ćwiczył. Ale w pisaniu to się raczej nie sprawdzi, znaczy ilość nie przejdzie w jakość: napisanie stu ramot nie złoży się na jedno arcydzieło. Trenować oczywiście trzeba – rok za rokiem, tekstem za tekstem – bo szkolenie warsztatu to obowiązek profesjonalisty. Z drugiej strony każdy ma prawo błądzić. Różnica między autorem a pisarzem polega jednak na tym, że ten drugi uczy się na swoich błędach i nieustająco się rozwija. Zatwardziały autor nie zostanie pisarzem cyklicznym i publicznym, bo dyskredytują go brak bazy rzemieślniczej oraz niechęć do pracy nad sobą. Czasem ta awersja do autokorekty wynika z pychy, częściej z nieudolności – zwyczajnie nie umie swojego tekstu skorygować, nawet jak mu się palcem pokaże usterki.

Debiutant zaś ma talent. Czasem niewyrobiony i przyciężki, czasem z postaciami kiepsko albo akcja szwankuje, czasem brak konceptu na zakończenie, bywa, że redakcja ma kupę roboty, a korekta przeklina. Ale to wszystko jest do wyprostowania. Byle zapał był i szczera ochota do szlifowania umiejętności.

E-czytelnicy też są mniej wyrobieni niż PZFDiSK (Pasjonaci Zapachu Farby Drukarskiej i Szelestu Kartek). E-czytelnicy nie są zatem zbyt wymagający, co nie znaczy oczywiście, że łykną każdy chłam; ale raczej nie oczekują książek na miarę Nobla ani pozycji, w których połowy słów nie zrozumieją albo popadną po ich lekturze w depresyjny stupor. Wręcz przeciwnie – oni w przeważającej większości łakną rozrywki, relaksu. Nie mają też nic przeciwko emocjonalnej jeździe, a nawet bardzo chętnie wsiądą na uczuciową karuzelę fundowaną przez pisarza, byle bez przeżywania artystycznego i duchowego katharsis.

I to warto podkreślić, bo potem e-pisarz z pretensjami dziwi się, że jego świetna pod względem literackim pozycja sprzedaje się gorzej niż jakiś tam romans fantasy. W takim przypadku rodzi się uzasadnione podejrzenie, że mamy do czynienia z pisarzem, który udaje e-pisarza, gdyż w głębi duszy marzy o papierze i uwielbieniu ze strony PZFDiSK.

Czemu ja zdecydowałam się na współpracę z e-wydawnictwem? Bo odmówiło mi kilka wydawnictw papierowych? I tak, i nie. Tak – w przypadku Państwa Tamickiego (już niemal otarłam się o wydanie, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło). Nie – w przypadku Pierwszej z rodu: Znajda. Nigdzie nie wysłałam swojej najnowszej wówczas powieści. Dlaczego? Bo chciałam ją pokazać czytelnikom już, bez czekania miesiącami na odpowiedź – taką lub siaką – a potem latami na wydanie lub nie, co też się zdarza i bywa osobisto-artystyczną tragedią dla twórcy, z którym rozwiązano umowę z powodu cięć w budżecie wydawnictwa. Pisarz i e-pisarz, poza porządną bazą warsztatową, mają moim zdaniem główną cechę wspólną: nie pisują do szuflady. Mój znajomy Adept też się rozwinął w kierunku publicznym.

Dużo myślałem o pisaniu do szuflady, czy to ma sens, czy warto w ogóle tak pisać. Wcześniej mówiłem, że piszę, bo muszę, i liczy się dla mnie opinia tylko kilku najbliższych osób. Owszem, nadal zdanie bliskich będzie dla mnie ważne, ale ma Pani rację: nie warto pisać, by pokazać książkę tylko kilku osobom. Będę ją chciał pokazać całemu światu! Jeszcze nie wiem, jak to zrobię, ale na pewno będę chciał się pochwalić moją historią.

Czym się różni pisarz od e-pisarza? Podejściem oczywiście, do siebie i swoich dzieł. Przebić się z książką, nawet obiektywnie dobrą, ale bez różnych subiektywnych okoliczności wspomagających – jest trudno. I jedni próbują, a inni szukają alternatyw. Zatem pisarze (czekający na wydanie), którym bardziej zależy na prestiżu niż na w miarę szybkim dotarciu ze swoją twórczością do czytelnika, którzy marzą o swym nazwisku wydrukowanym na papierowej okładce i śnią o sukcesie na miarę Sapkowskiego czy Kuczoka, niech dalej dzielnie oblegają twierdze wydawnictw papierowych. Życzę im z głębi serca powodzenia. Bo nie neguję prestiżu, dużo większych (zazwyczaj) pieniędzy oraz popularności. Oczywiście pod warunkiem, że książka okaże się hitem (choćby malutkim).

Tym bardziej niecierpliwym, którym zależy na informacji oddolnej, czyli idącej od czytelnika, którym czekanie na odpowiedź podcina skrzydła – sugeruję e-drogę. Z góry uprzedzam, że też lekko nie będzie, może się okazać, że sprzedaż wyniesie dziesiątki, a nie miliony pobranych licencji. Niemniej wierzę, że e-droga będzie się robić coraz szersza, wygodniejsza i zacznie zyskiwać coraz więcej odgałęzień. Wierzę, że za kilka lat wydanie ebooka bynajmniej nie będzie przekreślać szans utworu na wydanie papierowe – czego przede wszystkim boją się pisarze – ale raczej stanie się czymś w rodzaju testu. „A jak się ebook sprzedawał i jakie miał recenzje wśród czytelników?” – zaczynać kiedyś będą rozmowę „duzi” wydawcy, rozważając druk. Zwłaszcza w przypadku pozycji popularnych. Wielka Literatura powinna mieć wsparcie ze strony państwa, publicznej telewizji, Świętego Mikołaja oraz wszelkich instytucji powołanych do propagowania Sztuki. Czy je ma, to już inna bajka. Literaturę popularną trudno jednak ubrać w szatę misyjną i by ją wypromować, trzeba sięgnąć do prywatnej kieszeni. O ile bez specjalnie dużych nakładów można wydać ebooka, o tyle przy papierowej książce należy sięgnąć do tej kieszeni znacznie głębiej. Dlatego wydawcy tradycyjni szukają pewniaków.

Na rynku książki papierowej pieniądze zainwestowane w reklamę potrafią sięgać niebotycznych sum. Dla przykładu dwa tysiące sprzedanych ebooków w rok to hit. Zaś pozycja papierowa, której sprzedało się w miesiąc trzy tysiące, może być dla wydawcy porażką... zwłaszcza gdy mu się nawet nie zwrócą nakłady wyłożone na promowanie tytułu. Co gorsza, najpóźniej po roku taka książka z lepiej eksponowanych stanowisk, gdzie prezentuje się okładką do narodu, trafia na długi i wysoki regał z wieloma półkami, na których widać tylko grzbiety. I szukaj, potencjalny czytelniku, szukaj, na palcach albo na klęczkach. Ebook zaś w każdej chwili, przy sprzyjających wiatrach, intrygujących ruchach w sieci, promocjach, okazjach, premierze następnego ebooka danego twórcy – może wskoczyć na listę ebookowych bestsellerów i odżyć.

Toteż doprawdy nie dziwię się, że wydawcy książek papierowych chuchają i dmuchają na każdą wydawaną złotówkę. Choć serce boli i gust się czasem zżyma, rozumiem, czemu wolą wydać książkę celebryty, aktora, polityka czy żony polityka (bo taki „autor” ma znane nazwisko i ludziska kupią z ciekawości) albo zainwestować w zagraniczny hit, zwłaszcza sfilmowany (bo lwią część promocji będą mieli z głowy). Nie dziwię się, choć płacą za taką strategię polscy pisarze. A zwłaszcza debiutanci.

Debiut nigdy nie był łatwy, ale teraz graniczy z cudem. Prawda jest przykro przyziemna. Kto zainwestuje swoje pieniądze w promocję polskiego debiutanta? Chyba tylko jakiś wróżbita znający przyszłość. Decydującą rolę gra cena. PZFDiSK wydadzą ewentualnie parędziesiąt złotych na książkę, gdy coś o niej wiedzą; znają autora lub tytuł obił im się o uszy. Widząc na okładce nieznane nazwisko, obok nic im niemówiącego tytułu – w przytłaczającej większości nie zaryzykują. Wybieramy przez... reminiscencje.

Zatem jeżeli debiutantowi nie zależy na szybkim „wydaniu się” – a pisze, bo spełnia wewnętrzną potrzebę, i wierzy, że robi to dobrze – niech próbuje i puka do drzwi dużych wydawnictw. A nuż zdarzy się ów cud i zostanie odkryty, wydany, załapie się na stos nagród i peany krytyków. Albo niech sam się wyda, skoro aż tak wierzy w sukces swojej książki.

Jeśli jednak nieco brak mu pewności siebie (o wolnych środkach finansowych nie wspominając), a chce się sprawdzić wcześniej (póki jest jeszcze młody), może spróbować e-drogi. Choćby dlatego, że owi mniej wyrobieni i mniej wymagający e-czytelnicy są też mniej snobistyczni niż PZFDiSK, nie zadzierają nosa i chętnie dają szansę twórcom zupełnie sobie nieznanym. Wystarczy, że pozycja mieści się w ich sferze zainteresowań, ma chwytliwy opis oraz interesująco niską cenę. Tacy odbiorcy czekają na e-debiutantów, którzy nie muszą być cudownymi dziećmi literatury, nagradzanymi w kraju i za granicą, nie muszą mieć pleców w jakiejś poczytanej gazecie, która zrobi im darmową reklamę.

A jakie cechy powinien posiadać e-debiutant?

Jeśli chodzi o wydawanie książki, jestem świadom swoich zdolności pisarskich i nawet jeżeli mi się uda coś wydać, nie będzie to moim źródłem utrzymania, choć bardzo bym chciał. Pragnę po prostu napisać tę jedną historię, bo czuję taką potrzebę. Coś mnie od środka męczy i wiem, że będzie dalej męczyło, dopóki nie wyrzucę z siebie tej opowieści. Jeżeli znajdzie się chętny wydawca – super, ale nie za wszelką cenę. Nie poświęcę pracy, która daje mi pieniądze niezbędne do życia, dla napisania książki. Chcę to zrobić dodatkowo.

Przymus pisania połączony z rozsądkiem – bardzo dobry e-początek. Jest historia, którą Adept musi opowiedzieć. Skoro musi, to można się spodziewać czegoś intrygującego, a przynajmniej szczerego, poruszającego autentyczne emocje. Czyli coś w sam raz dla e-czytelników, którzy wybaczą drobne niedoskonałości stylu, jeżeli poczują się porwani historią. Zarazem Adept twardo stąpa po ziemi i wie, że samą sztuką nie wyżyje. Jeść trzeba. A na razie e-droga nie gwarantuje stałej, zadowalającej pensji, zwłaszcza na początku. Więc jeśli ktoś spodziewa się kokosów, i to natychmiast po wydaniu ebooka, może się mocno rozczarować. To pewna sprzeczność. E-droga jest dobra dla niecierpliwych, ale potem trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość.

W międzyczasie trzeba pisać dalej. Powtarzalność na e-drodze stanowi warunek konieczny sukcesu. Można być twórcą jednego papierowego dzieła i odcinać od niego kupony przez całe życie. Ale kto chce zarabiać na ebookach, kto chce trafić do jak najszerszej rzeszy e-czytelników, ten powinien mieć tych pozycji ebookowych jak najwięcej. Bo nawzajem nakręcają swoją sprzedaż. Bo nazwisko częściej pojawia się w wyszukiwarkach. Bo lepiej/poważniej/wiarygodniej się wygląda, mając na e-koncie kilka pozycji, a przynajmniej dwie. Zaś posiadając ich w dorobku kilka, można sobie pozwolić na luksus popełnienia ambitniejszego tytułu (jak e-pisarza swędzi, żeby coś sobie udowodnić, albo ciągnie go nieodparcie w stronę Literatury).

Jednak – co tu kryć – najlepiej zacząć e-przygodę od czegoś komercyjnego. E-debiut ciężkim tytułem, w stylu dramatu psychologicznego (którego nie można podpiąć pod kategorię: powieść dla kobiet) kiepsko rokuje. E-debiut kryminałem, romansem, horrorem – znacznie lepiej. A idealnym rozwiązaniem będzie pierwszy tom z serii. Oczywiście trzeba najpierw na taki nośny i pojemny pomysł cykliczny wpaść. Dobrze też zdecydować się na konkretną kategorię gatunkową, którą da się dość precyzyjnie określić. E-księgarnie bazują na wyszukiwarkach, czyli szufladkują. I nie jest dobra ani maleńka szufladka, wymagająca kilku dookreśleń (bo trudno do niej trafić), ani wielka szuflada typu „powieść”, bo tytuł w niej utonie pośród wielu innych pozycji.

A jakie cechy powinien posiadać sam e-debiutant? Po pierwsze niezbędna jest pokora w przyjmowaniu uwag krytycznych pod adresem swojej twórczości – od redaktora, starszych kolegów po fachu, czytelników, którzy dali mu szansę. A po drugie debiutant musi mieć tupet.

Czemu mój wybór padł akurat na Panią? Będę szczery i mam nadzieję, że mnie to nie przekreśli. Od dawna liczy się dla mnie tylko jeden pisarz, a mianowicie Paolo Coelho. Pani książek, niestety, nie miałem okazji czytać, trafiłem tylko gdzieś na kilka cytatów z książki Dreszcze, które mnie zainteresowały i przypomniały mi o chęci napisania własnej powieści. Od razu zabrałem się za wyszukiwanie kontaktu do Pani.

Adept z takim tupetem ma przed sobą przyszłość. Doceniam wiarę w siebie, brak kompleksów, odwagę w szukaniu pomocy, rady, a nawet protekcji. No chyba że to desperacja; ale uznajmy, że raczej pasja twórcza. Ogarnięty nią młody człowiek nie zauważył, iż mógł mnie urazić, traktując jak zastępczą nauczycielkę, recenzentkę, a może jeszcze korektorkę. Bo na pomoc tego, którego podziwia, liczyć nie może. Skromni i nieśmiali mają na e-drodze pod górkę; pyskaci i zuchwali maszerują szybciej, bo w tej podróży autopromocja się przydaje.

Niestety rozmowy nie możemy przenieść na Facebooka, gdyż – uwaga! – nie posiadam konta na Facebooku. Tak, są tacy ludzie. Choć znajomi się ze mnie śmieją i mówią, że po prostu nie istnieję.

To akurat cofa Adepta o parę kroków na e-drodze. Bo kto chce się sprzedawać w sieci, powinien w tej sieci istnieć. Jak? Niech Adept założy i prowadzi bloga, niech zadba o konto na fejsie albo przynajmniej założy stronę autorską, niech zapisze się do kilku grup związanych z literaturą, gdzie będzie się aktywnie udzielał, niech nawiąże kontakt z blogerami recenzentami, z serwisami literackimi. Krótko mówiąc, trzeba dawać wirtualny głos i pojawiać się w świecie, który chce się podbijać.

Na koniec posłużę się przykładami konkretnych e-debiutantów – młodych ludzi, którzy współpracują z Oficyną wydawniczą RW2010 już od jakiegoś czasu, więc można wysnuć pewne wnioski.

Martyna Goszczycka, czyli śmiało kroczy młodość.

Odrodzenie, debiutancka powieść Martyny Goszczyckiej, nie każdemu z mojego pokolenia przypadnie do gustu, ale ja, czytając ją, odnosiłam silne wrażenie, że gdyby moi wyrodni synowie czytali książki – ta by im się spodobała. Zwłaszcza młodszemu – fanowi mang i anime. Odrodzenie to powieść mroczna, krwawa, brutalna, pełna emocji. Bije z niej swego rodzaju butność młodziutkiej autorki, która opowiada nam swoją historię śmiało i głośno. Bo w nią wierzy, bo nią żyje. I to akurat mi się najbardziej podoba: młodzieńcza odwaga i pewność siebie. Czasem czytając coś, odnoszę wrażenie, jakby autor się wstydził, jakby szeptał mi swoją historię na ucho. A Goszczycka wali opowieść w świetle dnia, w kawiarni pełnej ludzi, nie zważając, że krew, pot, flaki. Taka jest dziś młodzież i taka jest ta powieść. Bezkompromisowa, ostra, mięsista.

Jako e-debiutantka Goszczycka spełnia wszystkie warunki na sukces. Napisała horror fantasy – świetnie określona szuflada; o demonach, z wątkiem miłosnym – zatem modnie i na czasie. Wiemy, że będą następne części, zatem warunek powtarzalności też jest spełniony. Ma w sobie pokorę, bo słuchając krytycznych uwag czytelników, wycofała swoją powieść z self-publishingu i poszukała wydawcy, który zgodził się jej tekst zredagować i wydać. Zaś tupet przejawia w śmiało podjętej tematyce, niby oklepanej do bólu, czym się ani trochę nie przejmuje. Poza tym doskonale rozumie, że trzeba być w sieci – zatem mamy i wywiad, i trailer, i współdziałanie z blogerami.

Darek Kankowski, czyli chłopak, którego bym adoptowała.

Kocham moje dzieci, ale gdyby były tak zdolne literacko jak Darek Kankowski, puchłabym z dumy. Nie będę ukrywać, że ten młodzieniec jest wśród młodzieży RW2010 moim ulubieńcem. Może dlatego, że pojawił się w RW razem ze mną. Obserwuję zatem od początku pisarskie poczynania Kankowskiego i widzę, jak niemal w locie się rozwija. Ledwie wspomnę o wyobraźni, której mu nie brakuje, ale wielu młodych pisarzy na brak bujnej imaginacji nie narzeka. Gorzej z ujęciem tej wyobraźni w karby języka. Kankowski zaś panuje nad słowem z każdym tekstem coraz lepiej. Więcej, jest świadom używanych przez siebie słów, ustawianych w takim, a nie w innym szyku. Jego ostatnia powieść, horror fantasy Płacz przodków, oczarowała mnie. A scena erotyczna – umieszczona z sensem i dobrze zrobiona – zrobiła na mnie wrażenie.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.