Świeżak - Henryk Gostomski - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 393 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świeżak - Henryk Gostomski

Na apelu kierownik odwołał wszystkie kary. Stwierdził, że w suterenach znalazło się wszystko to, co zostało skradzione. Uczciwym znalazcą okazał się Adam, za co został pochwalony. Stał z przebiegłą miną, zbierając wyrazy uznania. Ich grupa stała dokładnie naprzeciwko naszej. Bury obojętnie obserwował wydarzenia, patrząc na Adama z delikatną kpiną w oczach. Adam zauważył jego spojrzenie, ale uważnie słuchał tego, co mówi kierownik. Było to ważne, bo – o ironio! – nagrodą za znalezienie sprawców kradzieży miała być przepustka do domu. Prędzej czy później o tym, kto i jak się włamał, będzie wiedział każdy mieszkaniec tego ośrodka. Zatem niebezpieczeństwo wpadki groziło cały czas. Donoszenie na kumpli nie było popularne, jednak przy tej liczbie dzieciaków w młodszych grupach nic nie było pewne.

 

Świeżak opowiada o przeżyciach młodego ­chłopaka, który na mocy decyzji sądu umieszczony został w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym, gdzie uczy się sztuki przetrwania. Oparta na faktach opowieść ukazuje świat widziany oczami wychowanka i jego codzienne życie w zamknięciu. Okazuje się, że koegzystencja opiekunów i ich podopiecznych rzadko bywa spokojna, a ekstremalne sytuacje zdarzają się nader często.

Opinie o ebooku Świeżak - Henryk Gostomski

Fragment ebooka Świeżak - Henryk Gostomski






Strona redakcyjna


Powitanie

– No to jesteśmy – odezwał się policjant.

Samochód, tocząc się pomału, podjechał pod szerokie, mieszczące się za dwoma kamiennymi, szeroko rozstawionymi filarami, drewniane drzwi, ozdobione czarnymi żelaznymi okuciami. Staliśmy przed wielkim ni to zamkiem, ni to pałacem, z dużymi oknami, wysokim czerwonym dachem, na którym rozsiadł się olbrzymi dymiący komin. Wszystko tu było duże, ale robiło przyjazne swojskie wrażenie, i na razie nie zauważyłem żadnych krat. Dużo zieleni, krzewów, nawet mury zamku, aż do samego dachu gęsto porośnięte bluszczem, dzięki jego zielonym liściom sprawiały nieokreślone miłe uczucie swojskości.

Gdy wyszedłem z busu, policjant kazał wyciągnąć ręce, założył mi kajdanki – co nie było miłe – i podał reklamówkę z odzieżą. Od niedawno poznanych kolegów kryminalistów dostałem na drogę paczkę papierosów. Twardziel spojrzał znacząco, wzrokiem przypominając o pozdrowieniu brata. Czułem się ośmieszony, idąc z obijającą się o kolana reklamówką, skute ręce czyniły wrażenie, jakbym był nie wiem jak groźnym przestępcą. Po krótkiej szamotaninie z dużą żelazną klamką – by wejść, trzeba ją było podnieść do góry – drewniane ciężkie wrota otworzyły się wolno. Znaleźliśmy się w obszernym holu z prowadzącymi do góry krętymi drewnianymi schodami. Konwojent popchnął mnie lekko do przodu, żebym szedł przed nim. „Na co on sobie pozwala, co to ja jestem, od popychania?” Stale uważał, żebym mu ewentualnie nie uciekł. Byłem jednak zbyt spięty, by myśleć o ucieczce, no i nie bardzo wiedziałem, gdzie, jak i w którą stronę zwiewać, a jeszcze do tego miałem kajdanki na nadgarstkach.

Drewnianymi, skrzypiącymi schodami z drewnianą balustradą przeszliśmy na piętro wyżej. Przechodzący ostrzyżony na łyso chłopak ochoczo pokazał, gdzie jest sekretariat. Po przekroczeniu podwójnych drzwi znalazłem się na środku obszernego biura. Po przywitaniu się pani siedząca przy komputerze zapytała, jak się nazywam i skąd jestem. Zanim zdążyłem się odezwać, policjant odpowiedział za mnie i poprosił o potwierdzenie odbioru aresztowanego, na piśmie.

– Chwileczkę – padła odpowiedź pani zza komputera. – Najpierw trzeba sprawdzić, czy przyszło jego skierowanie.

Druga z pań, trochę młodsza, idąc gdzieś do innego pokoju, powiedziała, że zawoła kierownika internatu. Ta sama pani – jak się okazało, sekretarka – zapytała, dlaczego mam założone kajdanki.

– Czyżby był aż tak groźny? – dodała z uśmieszkiem.

Policjant odpowiedział, że to nie on wymyślił procedury, a poza tym nigdy nie wiadomo, co takiemu może strzelić do głowy.

– Tak? – usłyszałem głos za moimi plecami. – A co my powinniśmy robić, mając przeszło osiemdziesięciu takich jak on, a nawet gorszych? Nikt, jak chyba pan zauważył, w kajdankach nie chodzi!

Do rozmowy włączył się wchodzący mężczyzna. Przedstawił się jako kierownik internatu i kazał natychmiast zdjąć kajdanki. Lekko zmieszany policjant pośpiesznie wyjął kluczyk i wreszcie mnie rozkuł.

Bez pożegnania się z policjantami przeszliśmy do pokoju kierownika, gdzie na szerokim, pstrokatym tapczanie usiadłem naprzeciwko postawnego, łysiejącego mężczyzny. Nie wiem, czy ze zdenerwowania, czy dlatego że na posterunku, gdzie mięliśmy przystanek, wypiłem za dużo wody, ale zachciało mi się sikać, zapytałem więc, czy mogę się załatwić.

Wyszliśmy z jego pokoju do drugiego pomieszczenia. Tu kierownik kazał mi czekać, a sam poszedł do sekretariatu po klucz od toalety. Pomysł przyszedł nagle – długo się nie zastanawiałem, szybko otworzyłem drzwi i wybiegłem na hol przed sekretariatem. Błyskawicznie zbiegłem po krętych schodach i w kilku susach znalazłem się pod wielkimi drzwiami. Chwyciłem za olbrzymią, ciężką klamkę, pchnąłem... i nic, drzwi nawet nie drgnęły. Spróbowałem ponownie, tym razem ciągnąc do siebie. Usłyszałem, jak u góry otwierają się drzwi i ktoś biegnie za mną ciężkimi krokami. Gdy nadal szarpałem się z dużą, żelazną klamką, poczułem, jak na mój kark spada wielka mocna ręka. Kątem oka ujrzałem kierownika. Był wściekły i lekko zasapany. Trzymając mnie mocno za szyję, szarpnięciem odciągnął od klamki. Przez chwilę myślałem, że mnie uderzy, więc odruchowo zasłoniłem głowę ramieniem. Szarpnął mną jeszcze raz. Musiał zauważyć mój odruch.

– Nie musisz się bać – powiedział – ale następnym razem tak łagodny już nie będę.

Nie wiem, czy mówił prawdę, lecz wyraz jego twarzy kazał mi wierzyć na słowo. Nadal mocno trzymając mnie za kołnierz, podszedł do drzwi, podniósł klamkę do góry i lekko pchnął. Ze zdziwieniem ujrzałem, że otwierają się bez problemu. Pomyślałem o pechu i mojej głupocie – przecież wchodząc do budynku, mieliśmy te same kłopoty z wejściem.

Zachęcony mocnym pchnięciem, idąc z przegraną miną przed kierownikiem, udałem się w drogę powrotną, a za mną mój prześladowca. Nie ma co, taki wyczyn na początku kariery w nowym miejscu to zupełnie kiepski sposób na budowanie zaufania. Teraz to dopiero będą mnie pilnować – następna ucieczka może być trudniejsza, bo przecież już wiedzą, z kim mają do czynienia.

Wróciliśmy do pokoju kierownika. Pierwsze, co zauważyłem, to szeroki pas leżący obok na regale. Kierownik zauważył moje spojrzenie i niepokój:

– Nie musisz się martwić, dawno nieużywany!

Następnie musiałem wywrócić kieszenie i od razu straciłem paczkę papierosów, trzydzieści siedem złotych i zapalniczkę. Po zapisaniu na kartce mojego nazwiska zanotował wszystko, co mi zabrał, kazał podciągnąć nogawki, po czym sprawdził, czy nie ukrywam czegoś w skarpetkach. Spytał, czy mam uszkodzenia na ciele: tatuaże, sznyty lub jakieś inne ślady po okaleczeniach. O ile byłem zdziwiony przeszukaniem – myślałem, że takie sytuacje zdarzają się tylko na policji – o tyle nie zaskoczył mnie wywiad, bo na podobne pytania odpowiadałem, gdy zatrzymano mnie w policyjnej izbie dziecka. Widziałem najprzeróżniejsze tatuaże, wiedziałem, jak żyletką robi się sznyty, nie były mi też obce widoki uszkodzeń na ciele. Teraz cieszyłem się swoim nieskazitelnym wyglądem i byłem wdzięczny Zbyszkowi, który wybijał mi z głowy ochotę na zrobienie sobie tatuażu.

Po oględzinach pan kierownik kazał mi wygodnie usiąść na kanapie, sam siedział rozparty w fotelu naprzeciwko. Następnie kazał uważnie słuchać, co ma do powiedzenia, ponieważ wszystko, co powie, jest ważne i zależy mu, oraz wszystkim pracownikom placówki, żeby mnie i innym wychowankom było tu jak najlepiej. Nie bardzo mogłem się skupić na jego słowach, mimo całego zainteresowania, bo nadal koniecznie musiałem skorzystać z toalety. Nieśmiało zapytałem, czy mogę się załatwić, bo już nie mogę wytrzymać.

– Co ty powiesz?! – usłyszałem. – Przecież raz już szliśmy do ubikacji, ty jednak wybrałeś inny kierunek. Nie wyobrażaj sobie, że znowu będziesz mógł sobie pozwalać na wygłupy.

Nie czekając na moją odpowiedź, wstał i poszliśmy do toalety. Gdy ponownie znaleźliśmy się w jego gabinecie, wrócił do przerwanej rozmowy, jeszcze raz przypominając, żebym najpierw uważnie słuchał, a potem będzie czas na pytania.

Po pierwsze, w ośrodku nie wolno palić papierosów. Palenie na policji, w izbie policyjnej i więzieniu jest możliwe, bo tam są inne zasady i cały ten resort podlega Ministerstwu Sprawiedliwości. Tu jest młodzieżowy ośrodek wychowawczy, podlega Ministerstwu Oświaty, jest przeznaczony dla młodzieży, nie dla dorosłych, i palić nie wolno. Tracę papierosy i zapalniczkę, będzie matka, to weźmie te niepotrzebne już rzeczy do domu. Pieniądze zostaną oddane wychowawcy grupy, do której zaprowadzi mnie za chwilę, i należą do mnie, ale wszystko, co będę chciał sobie kupić, od dzisiaj jest pod kontrolą wychowawcy, czy mi się to podoba, czy nie. Wychowawca włoży pieniądze do zamkniętej kasetki, by nie zabrali mi ich inni wychowankowie, i dopilnuje, żebym nie wydawał na papierosy, wino lub inne głupoty. Wszystkie wydatki będą odnotowane w zeszycie depozytowym, a każda wpłata i wypłata jest podpisywana przez wychowanka i wychowawcę.

Mam sobie zapamiętać – ciągnął jednostronną rozmowę kierownik – że do tej pory robiłem, co chciałem, i dlatego znalazłem się pod opieką w ośrodku. Teraz nikt tego nie zmieni i trzeba się z tym pogodzić. O wszystkim decyduje wychowawca i nauczyciele w szkole – oczywiście, jest jeszcze dyrektor ośrodka, pedagog, psycholog, no i kierownik internatu, z którym właśnie mam przyjemność rozmawiać. Znalazłem się tutaj nie za karę – co kierownik bardzo podkreślił – ale dlatego, żebym wyszedł na człowieka, no i przestał krzywdzić innych niewinnych ludzi, których najczęściej nawet nie znałem. Ponieważ nie jestem tu za karę i nie na mocy wyroku, lecz na podstawie decyzji sędziego dla nieletnich, nie jest określone, jak długo będę wychowankiem. Najczęściej wszyscy opuszczają placówkę po ukończeniu szkoły, czyli gimnazjum. Ponieważ jestem w drugiej klasie, to oczywiście czekają mnie prawie dwa lata w Grzybowie. Chyba że dobre wyniki w nauce i zachowaniu pozwolą mi na śródroczną promocję do następnej klasy. Jeżeli złożę podanie o promocję, to za zgodą rady pedagogicznej po półroczu przeniosą mnie do klasy trzeciej i w czerwcu następnego roku mogę wrócić do domu. Podstawowy warunek to nienaganne zachowanie i dobra nauka – o ucieczkach nie może być nawet mowy. To, co stało się dzisiaj, było z mojej strony bardzo głupie i nikomu nie potrzebne.

Mówiąc to wszystko, kierownik nie krył zadowolenia, że złapał mnie na próbie ucieczki, ale też nie traktował owego wydarzenia jako powodu do dumy. Usłyszałem, że nie wpłynie to na mój dalszy pobyt, gdyby jednak ucieczka się powtórzyła, to mam sobie zapamiętać – następna rozmowa nie będzie tak łagodna, jak teraz, i tracę wszystkie przywileje z prawem do przepustki włącznie.

Czas biegnie szybko, niedługo będą święta Bożego Narodzenia, które – zgodnie z regulaminem ośrodka – jeśli będę się dobrze zachowywał, mogę spędzić w rodzinnym gronie. Najbliższa przepustka należy mi się po pięciu tygodniach, chyba że... Tu kierownik zawiesił głos.

– Wiem – odezwałem się – chyba że ucieknę.

– No właśnie! Widzę, że głupi nie jesteś i szybko łapiesz, o co chodzi. Proszę bardzo, teraz masz czas na pytania.

Wiedziałem, że zdarzają się sytuacje, w których nowi wychowankowie w poprawczakach lub ośrodkach wychowawczych są bici przez innych chłopaków, bo takie były zasady. Nie dawało mi to spokoju, a kierownik zrobił na mnie całkiem dobre wrażenie – moje pierwsze pytanie dotyczyło tego, co słyszałem o biciu. W ogóle nie był zdziwiony. Powiedział, że nie wie, kto mi opowiadał takie historie, ale w tym ośrodku takich zasad nie ma i jego w tym głowa, żeby wszyscy nowi, i nie tylko nowi, czuli się bezpiecznie. Dowiedziałem się, że nie jesteśmy w miejscu przeznaczonym dla aniołków, a wszyscy trafili tu dlatego, że nikt nie mógł sobie z nami poradzić, i dotyczy to również mnie. Z moich akt jasno wynika, jakim byłem ziółkiem. Kierownik nie ukrywał zdziwienia moimi obawami, zwłaszcza gdy zauważył, że mam na koncie również pobicia, więc teraz sam chyba widzę, jak kiedyś mogły się czuć moje ofiary. Ja również nie mam prawa dotknąć kogokolwiek, choćby małym palcem, gdyby jednak ktoś groził mi biciem, ma o tym natychmiast wiedzieć nauczyciel lub wychowawca. To nie jest szkoła gdzieś w mieście, gdzie łobuzom wszystko wolno. Tutaj cały czas jesteśmy pod stałą opieką i nadzorem właśnie dlatego, żeby jeden drugiemu nie robił krzywdy.

– Nie ma nic gorszego niż zatajenie pobicia, skutki mogą być fatalne, bo taka sytuacja prawdopodobnie będzie się powtarzać. Zgłoszenie tego nie jest żadnym kapowaniem – człowieku przecież jakoś musicie się bronić! Jeśli będziesz się bał, przyjdź prosto do mnie.

W trakcie tej wypowiedzi kierownik zaczął się trochę podniecać, ale też widać było, jakie to dla niego ważne i że słów na wiatr rzucać nie lubi. Ponieważ zmieniłem temat i zacząłem opowiadać o mojej rodzinie, przeszliśmy do rozmowy o odwiedzinach. Z ulgą przyjąłem informację o możliwości odwiedzania mnie przez mamę i najbliższych, bez ograniczeń. Kierownik stwierdził, że jest wskazane, by kontakt z bliskimi, zwłaszcza z matką i ojcem, był dobry, o ile ojciec będzie przyjeżdżał trzeźwy.

W moich aktach nieźle ktoś się musiał rozpisać, bo w trakcie rozmowy kierownik mówił o zdarzeniach, o których już prawie zapomniałem. Były tam niemal wszystkie daty moich wyczynów oraz nazwiska chłopaków, z którymi robiłem włamania i kradłem. Rozmawiając ze mną, kierownik przewracał kartki w teczce z danymi, a ja czułem się tak, jakby grzebał w moim życiu. Dopytywał o różne rzeczy: czy wiem o wyroku, który dostał ojciec, jakie mamy mieszkanie, czy mam rodzeństwo, i najważniejsze – czy mam zamiar zmienić swoje postępowanie. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że odwiedziny ojca w ogóle mnie nie interesują; im prędzej go zamkną, tym prędzej w domu będzie spokój; mam nadzieję, że nie zdąży mnie odwiedzić. Oczywiście, jak zwykle, solennie obiecałem poprawić zachowanie. Co się zaś tyczy kolegów, to zdaniem kierownika jakiekolwiek kontakty raczej nie wchodzą w rachubę. Moją obecną sytuację i miejsce pobytu w dużej mierze zawdzięczam kochanym kumplom, zbyt dobremu sercu matki i jej nieograniczonej tolerancji dla moich sprawek.

Poczułem zniecierpliwienie, jak zawsze gdy ktoś zaczynał mnie upominać i mówić, co wolno, a czego nie powinienem robić. Z ulgą usłyszałem, że nasza rozmowa na dzisiaj dobiega końca. Na zakończenie dowiedziałem się o czekającym mnie jeszcze spotkaniu z panią psycholog i panią pedagog i że teraz idziemy do szkoły na spotkanie z klasą, do której od dziś codziennie – nie tak jak to było w poprzednim miejscu zamieszkania – bez względu na moje humory, będę chodził razem z nowymi kolegami.


A teraz szkoła

Jak na taki ośrodek, na korytarzu panowała zdumiewająca cisza. Spodziewałem się podobnego hałasu, jaki był w szkole, do której chodziłem, a przecież było tu zbiorowisko różnych drapichrustów, przestępców i popaprańców wyłapanych przez policję w całej Polsce.

Po minięciu wahadłowych drzwi szliśmy – ja oczywiście przodem – wąskim korytarzem, po chwili skręciliśmy w lewo i znowu prosto, aż do następnych drzwi, za którymi był szkolny korytarz; też wąski – gdybym stanął na środku i wyciągnął ręce, to czubkami palców mógłbym prawie dotknąć ścian obitych boazerią. Dzięki dużemu oknu wychodzącemu na park przynajmniej nie był tak ponury, jak poprzedni; po obu stronach znajdowały się klasy. Zza drzwi docierały odgłosy prowadzonych lekcji, słychać było podniesiony głos, prawie wrzask, wyzywającej kogoś od idiotów nauczycielki, i stłumiony śmiech uczniów. Odwróciłem głowę. Idący za mną kierownik z wyraźną dezaprobatą na twarzy pokręcił głową, nie komentując ani słowem tego, co słyszymy. Przy następnych drzwiach polecił, żebym się zatrzymał. Gdy weszliśmy do klasy, wszyscy, bez wyjątku i ociągania, jak na komendę wstali z miejsc, szurając krzesłami. Wysoki, barczysty nauczyciel (czy wszyscy – pomyślałem – są tutaj tak wyrośnięci?) przestał coś tłumaczyć i odwrócił się od tablicy w kierunku drzwi.

– Panie Staszku, przyprowadziłem nowego wychowanka, od dzisiaj jest uczniem klasy drugiej gimnazjum. Proszę wskazać mu jego miejsce i zapoznać z nowymi kolegami. – Po tych słowach kierownik opuścił klasę, zostawiając mnie na pastwę nowego otoczenia.

Po chwili drzwi znowu się otworzyły.

– Bardzo przepraszam – znowu usłyszałem kierownika – zapomniałem przekazać panu, panie Staszku, żeby dał pan naszemu nowicjuszowi opiekuna i przekazał wszystkim nauczycielom, że ten delikwent już próbował uciekać. Nawet nie zdążył zobaczyć, jak tu u nas jest i dokąd go przywieziono.

Drzwi trzasnęły, kierownik zniknął, a ja ponownie zostałem sam z nową klasą. Zewsząd patrzyły na mnie ciekawskie oczy chłopaków. Nie były to, jak sobie wcześniej wyobrażałem, wyrośnięte dryblasy.

Nauczyciel specjalnie się mną nie przejął, pokazał, gdzie jest moje miejsce, i kazał się przedstawić nowym kolegom. Po kolei usłyszałem, jak kto ma na imię, oczywiście niewiele z tego przedstawienia pamiętając. Po ceremonii przedstawiania się, nie zważając na nauczyciela, wszyscy zaczęli dopytywać, skąd jestem. Po mojej odpowiedzi usłyszałem o innych chłopakach, którzy też są ze Szczecina – chyba nikogo nie znałem, zresztą wszyscy pytali jednocześnie i w tym harmidrze nie mogłem się skupić.

Pan Staszek zaczął uspokajać klasę, jednak z miernym skutkiem. Trochę mnie to dziwiło, bo w takim ośrodku oczekiwałem surowej dyscypliny. Tymczasem już od wejścia po swobodzie bycia chłopaków zorientowałem się, że moje obawy są nieco przesadzone. Gdy mnie dokładnie obejrzeli, otrzymałem osobistego opiekuna o imieniu Grzesiek, z którym nauczyciel kazał mi usiąść ku niezadowoleniu siedzącego obok chłopaka, zmuszonego tym samym do zamienienia się ze mną miejscami. Po otrzymaniu osobistej – nazwijmy to – ochrony nauczyciel przestał się mną przejmować i wrócił do zawiłości matematyki. Próbowałem karnie i uważnie słuchać wykładu, ale ciągłe nagabywania nowych kolegów o papierosy i pytania, skąd przyjechałem, odwracały moją uwagę od prowadzonej lekcji. Zauważyłem, że większość z tego, co mówił nauczyciel, była mi znana. Najwyraźniej byli nieźle opóźnieni z materiałem, bo zupełnie łatwe rzeczy tłumaczył nam jak krowie na miedzy. Czułem ustępujące napięcie, zwłaszcza że nie zwęszyłem widocznego zagrożenia ze strony nowego towarzystwa i jak się zorientowałem, coś niecoś łapałem – przynajmniej z matematyki. Cały wywód kierownika dotyczący tego, że nie będę bity na wejściu, przynajmniej na początku wyglądał na prawdziwy. Dobre wrażenie sprawiał też mój opiekun, jak się okazało, pochodzący z Kamienia Pomorskiego.

Grzesiek, bo tak miał na imię, na pytanie, w jakiej będę grupie, rozwiał moje obawy dotyczące kolejnego poznawania chłopców. W tym ośrodku klasa w szkole jest jednocześnie grupą wychowawczą w internacie i wszyscy są ze sobą praktycznie bez przerwy. Jestem w ośrodku pierwszy raz, więc dobrze będzie, jeżeli będę o wszystko pytał, inaczej mogę popaść w poważne kłopoty – tu wyraźnie zabrzmiały elementy groźby, i to bez najmniejszej próby kamuflażu. Spojrzałem pytająco na Grześka.

– Tak, tak, co tak patrzysz? Jesteś teraz świeżakiem, dlatego musisz siedzieć cicho i robić, co ci karzą.

Poczułem ukłucie niepokoju; nie wiedziałem, na czym może polegać robienie, co mi każą, nie podobała mi się też wyraźnie zaznaczona tendencja do podporządkowania mnie. Nie wiem, czy nie za szybko chciałem zaakceptować przydzielonego mi przez nauczyciela anioła stróża. Pożyjemy, zobaczymy, czas pokaże. Byłem wprawdzie już kiedyś w Policyjnej Izbie Dziecka w Szczecinie, na Kaszubskiej, trwało to jednak zbyt krótko, by poczuć jakąś hierarchię czy moc układów z ich siłą automatycznego określania statusu każdego, kto się tam znalazł. Niemniej już od wejścia w powietrzu wisiał nakaz słuchania chłopaków. Od samego początku było jasne, kto, kim i z kim rządzi; nikt też z nowoprzybyłych nie miał szans i nawet nie próbował tego zmienić, przynajmniej na początku pobytu w izbie.

Przypomniałem sobie to wszystko, czując podskórnie podobieństwo obecnej sytuacji z klimatami panującymi wśród wychowanków policyjnej izby dziecka. Znowu poczułem niepokój, a z nim wróciły rozważania o ucieczce. Grzesiek spojrzał na mnie i jakby znając moje myśli, powiedział wolno i wyraźnie:

– Pamiętaj, żadnej ucieczki, bo nie puszczą mnie na przepustkę, cała grupa zostanie ukarana, a ciebie prędzej czy później złapią, dowiozą, a wtedy zajmą się tobą chłopaki z grupy. Może tego jeszcze nie wiesz, ale zaraz po twojej ucieczce zaczną się pytania: czy ktoś cię pobił, czy ktoś cię gnębił, i takie różne pierdoły. Oczywiście grupa dostanie jakiś zakaz, a do mnie będą pretensje – no bo jestem twoim opiekunem i mam cię pilnować.

Zacząłem udawać zainteresowanie tym, co się dzieje przy tablicy, jednocześnie dyskretnie rozglądałem się po klasie. Nikt nie przejmował się zbytnio nauczycielem, może zaledwie dwóch czy trzech uczniów zwracało uwagę na wykład i pisane na tablicy równania. Co ciekawe, pan Staszek cały czas mówił, popierając swoje wywody wyliczeniami, po czym mazał i pisał następne cyfry, nie zadając sobie trudu sprawdzenia, czy ktoś go słucha. O tym, by ktokolwiek zdążył coś przepisać, nawet mowy nie było. Większość klasy nie miała zielonego pojęcia, co wygaduje i pisze ich wykładowca, większą uwagę zwracali na świeżaka, czyli na mnie. W klasie znajdowało się jedenastu uczniów, ciekawi byli, czy już gdzieś siedziałem; rzucając nazwiskami jakichś chłopaków, wypytywali, czy ich znam, a co najmniej połowa pytała, czy mam papierosy. Już zaczęło mnie to wkurzać, ale nie miałem innego wyjścia; jako nowicjusz byłem bezradny. Musiałem te pierwsze chwile jakoś przetrwać. Jeden chłopak nie odezwał się ani razu. Trochę wyższy od innych, śniady, ubrany w jasną bluzę firmy „Nike” siedział spokojnie w ostatniej ławce, bez emocji obserwując, co się dzieje.

– Co się tak głupio wypytujecie? – odezwał się. – Nie widzieliście, kto go przyprowadził? Na pewno miał kipisz i stracił wszystko, co przywiózł.

– Tak, rzeczywiście – potwierdziłem jego słowa. – Kierownik internatu zabrał mi papierosy i pieniądze.

Powiedziałem też o krótkim pobycie w policyjnej izbie, no i że jest to mój pierwszy raz w ośrodku wychowawczym. Rozmowę przerwało brzęczenie dzwonka na korytarzu. Część uczniów podniosła się, nie zwracając uwagi na nauczyciela matematyki, który przekrzykując rosnący hałas, kazał odrobić lekcje, jednocześnie pisząc na tablicy stronę i numer zadania. Krzykiem przypomniał o mających się odbyć po obiedzie zajęciach wyrównawczych, po czym nakazał Grześkowi, żeby mi włos z głowy nie spadł. Gdy wychodził, powiedział jeszcze, że zaraz wróci i wtedy będzie można iść do ubikacji. Na korytarzu rósł harmider, było słychać jakieś trzaskanie drzwiami i pokrzykiwania nauczycielek. Przez otwarte drzwi co chwila zaglądali wychowankowie innych klas, znowu dopytując o papierosy. W drodze do ośrodka wyobrażałem sobie ponurych chłopaków z ponurymi minami, żyjących w wojskowym drylu. Tymczasem patrzyłem na ruchliwe towarzystwo, ciągle załatwiające jakieś interesy. Od chwili gdy tylko nauczyciel zniknął za drzwiami – poza wyjątkami – wszyscy nagminnie bluzgali, „kurwowanie” i „chujowanie” było prawie w każdym zdaniu. Na wolności przeklinanie nikogo nie dziwiło, ale tutaj to było jakieś apogeum. Kręcący się chłopcy bez przerwy wykazywali zainteresowanie moją osobą, przydzielony opiekun przypomniał o zakazie wychodzenia na korytarz – wyjść będzie można, gdy wróci nauczyciel. Mało kto miał jednak zamiar respektować zakaz, część wymykała się z klasy na zewnątrz, inni wracali, a w drzwiach ciągle ktoś stał, pilnując, czy nie nadchodzi nauczyciel. Śniady chłopak w jasnej bluzie usiadł na parapecie otwartego okna, wyjął zapalniczkę i papierosa, przypalił go i bez jakiejkolwiek obawy wydmuchiwał dym przez okno. Kategoryczny zakaz palenia przekazany mi w rozmowie wstępnej, z tego co zobaczyłem, traktowany był bardzo swobodnie. Do palącego podszedł Grzesiek.

– Daj trochę zajarać. – Złapał podany niedopałek czubkami palców, pociągnął dwa głębokie machy, też wypuszczając dym na zewnątrz – cały czas zerkał z zainteresowaniem w moim kierunku. Poczułem, jak bardzo i mnie chce się palić.

– Stachu! – krzyknął chłopak stojący w drzwiach.

Palący bez pośpiechu zgasił papierosa o parapet, po czym udał się na swoje miejsce. Gdy wszedł nauczyciel, od razu zgłosiło się kilku chętnych do toalety. Wypuszczał ich po dwóch; gdy wrócili, szło dwóch następnych. Pan Staszek musiał wyczuć dym, bo rozdrażnionym głosem zapytał, kto w klasie palił. Nikt nie zareagował, pytania jakby nie było.

– Głusi jesteście? Jeszcze raz pytam, kto palił papierosy?

– Nikt nie palił – odezwało się kilka głosów.

– Być może zaleciało z ubikacji – odezwał się Grzesiek.

– Co wy, durnia ze mnie robicie? Przecież czuję!

Chłopcy z uśmieszkami na twarzy patrzyli to na nauczyciela, to na siebie. Widziałem, jak facet czuje się coraz mniej pewnie, a w końcu mięknie, nie widząc szans na znalezienie winowajcy; ku cichemu triumfowi klasy tracił rezon. Rozległ się dzwonek i po chwili do klasy weszła nieduża nauczycielka, sztucznie uśmiechnięta ze ściągniętym pyszczkiem, dodająca sobie ważności energicznymi ruchami. Stanowczymi krokami podeszła do biurka nauczyciela.

– O, nowy! – powiedziała, obrzucając mnie spojrzeniem. – Skąd jesteś? – zapytała.

– Ze Szczecina – odezwał się pan Staszek, wyręczając mnie. – I proszę na niego uważać. Pan kierownik mówił o nieudanej próbie ucieczki zaraz po tym, jak go dowieziono. Oczywiście, nie udało się – dodał takim tonem, jakby to była jego zasługa.

„Teraz to ważniak” – pomyślałem. „Ciekawe, dlaczego nie był taki mądry, kiedy chłopaki robili go w konia, popalając w klasie papierosy.

– No proszę, i po co ci to było? – odezwała się nauczycielka, patrząc na mnie z dezaprobatą. – Ale, ale... Czy tu przypadkiem w czasie przerwy ktoś nie palił papierosów? Wyraźnie czuję dym! – Mówiąc to, popatrzyła w kierunku klasy i jednocześnie zerknęła na nauczyciela.

– Nie, nie, pani Zosiu, być może zaleciało z toalety – ku mojemu zdumieniu odezwał się nauczyciel z niepewną miną. – A tego nowego kazałem pilnować Grześkowi. Powinien sobie z nim poradzić – zagadywał pośpiesznie, wręczając nauczycielce dziennik lekcyjny.

– No, załóżmy – nie kryła zdziwienia, słysząc taką odpowiedź swojego kolegi.

Nauczycielom sytuacja przez chwilę wydawała się trochę niezręczna, jednak na klasie nie robiła żadnego wrażenia.

– To u niego normalne – odezwał się do mnie Grzesiek, patrząc w kierunku matematyka pośpiesznie wychodzącego z klasy. – A tak na przyszłość to pamiętaj: kumpli się nie wydaje, chyba że chodzi o jakiegoś frajera!

Zaczęła się lekcja języka polskiego. Nauczycielka zapytała, czy otrzymałem książki i zeszyty. Gdy zaprzeczyłem, kazała mojemu opiekunowi zaprowadzić mnie po lekcjach do wychowawcy klasy, żebym pobrał podręczniki i przybory do pisania. Mówiła to takim tonem, jakby polecenie miało nie wiadomo jak wielką wagę.

– Bury – zwróciła się do chłopaka w białej bluzie – nie wiesz przypadkiem, kto tu mógł palić papierosy? Bo chyba nie sądzicie, że dam się nabrać na wasze wykręty?!

Bury bez pośpiechu, wręcz ślamazarnie, powolnymi ruchami podkreślając swoją arogancję, wstał i z najbardziej niewinną na świecie miną, patrząc z góry na dużo niższą polonistkę, zaprzeczył z ledwie widocznym, bezczelnym uśmieszkiem.

– Nie, nie zauważyłem, żeby ktoś tu palił papierosy – dodał. – Zresztą może pani zapytać, kogo pani chce. Pan od matematyki też potwierdził to, co mówię, i nie rozumiem, dlaczego akurat mnie pani o to pyta.

Odpowiedź udzielona z tupetem w pozornie poprawnej postawie, a do tego sprytne powołanie się na nauczyciela matematyki wyprowadziły nauczycielkę z równowagi. Pomyślałem, że Bury był ostatnią osobą, którą ta baba powinna zapytać.

– Akurat wam wierzę! – odpowiedziała podniesionym głosem, czerwieniąc się z emocji. – Ja na takie bzdurne kłamstwa na pewno nabrać się nie dam! Gdy tylko spotkam wychowawcę Tuszyńskiego, od razu o wszystkim mu opowiem!

– Niech pani mówi – odezwał się Bury, który nadal stał przy swojej ławce; jednocześnie popatrzył na nas znacząco.

– Nikt nie palił! – odezwali się chłopcy.

– Na pewno nie – dodawali inni anonimowymi głosami.

Bezczelność klasy rosła, w miarę jak rosła wściekłość małej nauczycielki.

– Siadaj! – krzyknęła na Burego ze złą miną na złym pyszczku. Odwróciła się plecami do klasy i zaczęła pisać na tablicy temat lekcji.

No nieźle, takiej furiatki w swojej karierze jeszcze nie spotkałem.

– To wariatka – powiedział do mnie Grzesiek. – Wydziera się, czy ma racje, czy nie, a potem się dziwi, gdy sobie robimy z niej jaja. Jeszcze może być niewesoło, kiedy o wszystkim dowie się Wujo – tak mówimy na Tuszyńskiego, który udaje dobrego wujka, a naprawdę traktuje nas jak złodziei.

– No wiesz – odezwałem się – przecież wszyscy tutaj kiedyś kradli.

– No to co? – włączył się siedzący z drugiej strony rudzielec w okularach. – To nie powód, żeby od razu traktować nas jak barachło. – Nasza grupa, odpukać, jest w porządku, ale do Tuszyńskiego to szczęścia nie mieliśmy – kontynuował. – To chyba najgorszy wychowawca w ośrodku. Ten, jak się do czegoś przyczepi i zacznie wyjaśniać, to tak długo będzie wiercić dziurę w brzuchu, aż znajdzie powód, żeby w końcu wymierzyć komuś karę. Najczęściej zabiera wolne dni z urlopu lub ferii albo da ci godziny do odpracowania. Gdy nie znajdzie winnego, karana jest cała grupa, czyli po prostu obrywamy za darmo. Ale wiesz, nigdy nikogo nie wkopiemy, i tego się świeżak trzymaj. Czasami znajdziemy jakiegoś frajera i każemy mu się za kogoś przypucować, czyli przyznać się. Niektórych zeksów – tak mówimy na wychowawców – nie zawsze można nabrać, ale czasami się udaje.

– I co? – zapytałem. – Ten ktoś dostaje karę za innych?

– No pewnie! – Rudy wyraźnie się zdziwił. – Pożyjesz, to zobaczysz. Na razie siedź cicho i gęba na kłódkę, a na pewno będziesz miał w porządku.

– Nowy! Dopiero cię przywieźli i już przeszkadzasz w lekcji?! – odezwała się złym głosem polonistka, chociaż to nie ja rozmawiałem.

– Przepraszam – odpowiedziałem, przybierając pozę grzecznego ucznia.

Grzesiek uśmiechnął się.

– No widzisz, przecież nie wkopiesz teraz Rudego – usłyszałem. – Gdybyś to zrobił, to miałbyś przesrane już od samego początku.

Pomału zacząłem się orientować w przedstawianych mi racjach, a jednocześnie czułem rosnące uzależnienie od innych, chociaż jeszcze nikogo nie znałem. Oblał mnie zimny pot, jak bumerang wróciły myśli o ucieczce, a przecież niedawno rozważałem propozycję szybszego skończenia klasy, dobrego zachowania i wcześniejszego wyjścia na wolność. Patrzyłem w kierunku tablicy, ale niewiele słyszałem z tego, co mówiła mało sympatyczna nauczycielka. Coraz mocniej czułem własną niemoc w nurcie nowych wydarzeń, gdzie – jak na razie – niewiele miałem do powiedzenia. Boże, ile bym dał za to, żeby być w domu, z chłopakami, gdziekolwiek, byle nie tutaj. W zamkniętym ośrodku mówienie nie miało takiej wartości, jak na wolności. Można było nic nie mówić i życie toczyło się tak samo. Teraz ważne jest słuchanie wychowawców, mocniejszych kolegów i wykonywanie poleceń.

Lekcja nadal miała nienaturalny, nerwowy przebieg. W każdym geście prowadzącej zajęcia dominowało zniecierpliwienie, wszyscy już mieli dość jej podniesionego, nieprzyjemnego głosu. Ona również nie przejawiała ochoty, by traktować nas choćby z odrobiną przyjaźni. Uczniowie rewanżowali się tym samym – patrzyli na nią jak na zło konieczne, nie chciało im się uczestniczyć w lekcji. Do tego można było zauważyć dziwną skłonność do zwracania się ciągle do tych samych osób. Burego przestała zauważać, a siedzący w pierwszej ławce mały, obdarty chłopaczek po odpyskowaniu położył się na ławce i nie niepokojony czekał na koniec lekcji. Odzywali się tylko słabsi i ci, którzy nie mieli odwagi ani czelności, by się sprzeciwić. Odpowiadali jak pod przymusem, swoją postawą, niedbałym podnoszeniem się do odpowiedzi, znudzonymi minami demonstrowali niechęć do nauczycielki. Miałem swoją małą satysfakcję, gdy zauważyłem – podobnie jak na poprzedniej lekcji – moją orientację w temacie poruszanym przez nauczycielkę. Zacząłem mieć nadzieję, że przynajmniej na lekcjach powinienem sobie poradzić, i gdyby była taka potrzeba, to może udałoby mi się zrobić, jak to wspominał kierownik, dwie klasy w jednym roku szkolnym.

Mimo że wszyscy dookoła byli wyraźnie znudzeni, mnie czas biegł wartko. Wszystko tu było inne, nowe, momentami śmieszne, czasami dziwne. O ile na poprzedniej lekcji uczniowie nie czuli niechęci do nauczyciela, a nauczyciel starał się czegoś nauczyć, o tyle teraz atmosfera nie sprzyjała nikomu. Ani nauczycielowi, ani słuchaczom nie zależało na sobie. Zośka, jak wychowankowie nazywali nauczycielkę, chociaż momentami próbowała, nie potrafiła ukryć niechęci do klasy. Na jej twarzy widać było skrywane pretensje, podniesiony ton odstręczał, zamiast sprzyjać słuchaniu. Po porażce poniesionej na początku lekcji wszystkich nastawiła do siebie wrogo – nie była tu lubiana.

Dzwonek. Na tablicy znowu zapisano zadanie domowe i usłyszeliśmy, żeby ustawić się przed klasą. Po położeniu krzeseł na stołach pomału wychodziliśmy z klasy.

– Po co musimy kłaść te krzesła na stołach? – zapytałem Grześka.

– Jak to po co? Żeby dyżurny mógł pozamiatać. Zaraz przyjdzie wychowawca, pójdziemy umyć ręce i zejdziemy do stołówki na obiad – usłyszałem.

Na razie staliśmy pod ścianą w wąskim korytarzu. Przed innymi klasami z harmidrem ustawiały się pozostałe grupy. Nadchodzili wychowawcy i po przeliczeniu stanów dawali komendy w prawo lub w lewo zwrot, w zależności, z której strony korytarza staliśmy.


Internat

Podszedł do nas niewysoki, krótko ostrzyżony facet.

– To Kaziu – szepnął Grzesiek. – Fajny wychowawca, czasami trochę śmieszny, czasami mu coś odbija, ale wszyscy go lubią; nie tak jak wuja, sam się przekonasz.

Grupa wyraźnie ucieszyła się na widok wychowawcy, który od razu mnie zauważył. Cóż oni tak się cieszą? Nie będzie ten, to przyjdzie następny, i co – też będziemy się cieszyć?

– No, witam cię! Powiedz, skąd przybywasz i jak masz na imię.

– Bartek, na imię mam Bartek. Przywieźli mnie przeszło dwie godziny temu ze Szczecina.

– Z kierownikiem rozmawiałeś?

– Tak, rozmawiałem.

Patrzył na mnie z sympatią i zainteresowaniem; rzeczywiście, widać było jego przyjazne nastawienie do chłopaków. Zapytał, kto ma mnie pod opieką (nie kto pilnuje, tylko kto ma pod opieką!). Poczułem się troszkę lepiej, nie jak ktoś pod strażą, tylko jeden z członków grupy. I co budziło sympatię oraz poprawiało poczucie bezpieczeństwa, nie miał w oczach tego dziwnego lekceważenia, widocznego w pobieżnych spojrzeniach pani od polskiego.

– No dobra, idziemy do internatu – powiedział, po czym poszliśmy korytarzem, a następnie betonowymi schodami do góry.

Po otworzeniu ciężkich drzwi, z małą prostokątną szybką w środku, znaleźliśmy się na długim wąskim korytarzu wyłożonym czerwonym linoleum. Ustawiliśmy się wzdłuż odrapanej ściany przed drewnianymi drzwiami, za którymi znajdowały się pomieszczenia mieszkalne naszej grupy. Weszliśmy do sypialni z równo ustawionymi sześcioma tapczanami. Gdy chłopaki brały z szaf ręczniki, przez długą chwilę nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić. Podszedł do mnie Grześ i kazał szybko wyjść, zanim wychowawca zauważy, że nie zdjąłem butów.

Po wzięciu ręczników Kaziu zaprowadził nas do dużej umywalni. Na środku znajdowały się dwa niskie wykafelkowane, przylegające do siebie korytka z dwoma rzędami kranów. Na wprost mieściło się małe okratowane okienko wychodzące na spadzisty daszek z widokiem na duży gęsto zarośnięty park, w głębi, z prawej strony, przez korony drzew przebijała się małymi kawałkami tafla jeziora. Gdy wyszliśmy na korytarz, od razu ustawiliśmy się w dwuszeregu. Wychowawca sprawdził wzrokiem, czy nikogo nie brakuje, dał komendę: w prawo zwrot, i zaczęliśmy schodzić na obiad. Najpierw dwa piętra w dół, potem w prawo, długim korytarzem do drzwi wahadłowych, znowu w prawo, znowu drzwi wahadłowe, przytrzymywane przez tego, który szedł pierwszy, aż wreszcie stanęliśmy przed wielkimi drzwiami stołówki. Zakrętów, zwrotów i przejść było co niemiara; gdybym miał wrócić do punktu wyjścia, miałbym poważne problemy. No i jak tu uciec?!

Podobnie jak w internacie, grupa sama, bez ingerencji wychowawcy, zaczęła się ustawiać w dwuszeregu. Inne klasy stawały tak jak my, zachowując między sobą odstępy. Przed każdą grupą stał wychowawca. Panował lekki rwetes – ktoś kogoś popychał, słychać było śmiechy, niektórzy wychylali się z szeregu, próbując zerkać na stołówkę, by zobaczyć, co jest na obiad, jednak wszyscy cierpliwie stali i czekali pod bacznym okiem swoich wychowawców. Nie wierzyli nam czy co? Tutaj ciągle ktoś na nas patrzył.

Na dużej stołówce uwijali się wysłani do nakrywania stołów dyżurni. Widziałem przez szeroko otwarte drzwi, jak szybko biegali do okienka i z powrotem: z naczyniami, widelcami, kubkami, chlebem, by w końcu ustawić na stołach wazy z dymiącą zupą. Każdy dyżurny po wykonaniu zadania wychodził przed stołówkę i zgłaszał swojemu wychowawcy, że stoły są nakryte. No, wreszcie wejdziemy! Jak to przed obiadem, wszyscy byliśmy piekielnie głodni.

Grupy czekały na pozwolenie wychowawców, po czym kolejno wchodziły do środka, od razu ustawiając się dookoła swoich stołów. Nie bardzo wiedziałem, gdzie usiąść. Kaziu pokazał mi stołek obok siebie. Usiadłem, ale zaraz się poderwałem, bo spostrzegłem, że nikt nie siadał. Grupy miały po trzy stoły. Przy każdym, czekając na znak wychowawców, którzy siedzieli przy środkowych stołach, stało sześciu zgłodniałych, wyczerpanych ciężką szkolną nauką, pożądliwie zerkających na zawartość wazy chłopaków. Dyżurny w białym kitlu podszedł do wychowawcy z koszykiem chleba, Kaziu wziął kromkę i głośno powiedział „smacznego”. Na ten sygnał – po gromkiej odpowiedzi: „Sma-czne-go!”, można było usiąść. Pierwszy nalał sobie zupę wychowawca, dopiero po nim wychowankowie. Podobny rytuał obowiązywał w innych grupach.

Obiad, chociaż smaczny, jadłem bez apetytu. Powiedziałem, że nie chcę jeść drugiego dania, co spotkało się z protestem wychowawcy. Usłyszałem zdecydowane polecenie zjedzenia wszystkiego, co dostałem. Niektórzy, widząc mój brak zapału przy talerzu, z ochotą chcieli pomóc w zjedzeniu mojej porcji. Wychowawca cierpliwie wyjaśnił, że do kolacji daleko, a gdy minie moje zdenerwowanie, wróci mi apetyt i będę głodny. Starałem się zjeść jak najwięcej, chociaż mimo nalegań nie byłem w stanie zjeść wszystkiego. Nie miałem najmniejszych kłopotów z kompotem, który wypiłem duszkiem. Teraz mogłem się rozejrzeć po stołówce.

Była to obszerna, wysoka sala z ozdobnymi poprzecznymi belkami przy suficie, od dwóch zwisały blaszane śmigła wentylatorów niezbyt pasujące do całości. Wszystkie ściany miały wysoką boazerię zrobioną z cienkich drewnianych płyt zwieńczonych szeroką listwą, na której stały kolorowe podstawki z serwetkami. Jedna ściana jadalni miała rząd wysokich okratowanych okien wychodzących na plac, gdzie leżała szlaka po spalonym koksie. Dalej roztaczał się zielony park i przebłyskiwało jezioro, którego fragmenty zauważyłem wcześniej z okna łazienki.

Na początku stołówki znajdowało się szerokie okno wydawalni, za którym dwie kucharki nalewały do waz zupę, kompot, dawały przez nie chleb, sztućce i wszystko, o co poprosili dyżurni.

W trakcie jedzenia nikt nie wstawał od stołu, jedynie dyżurni przynosili w dzbanach kompot lub koszyki z chlebem, podawali też drugie danie. Jeżeli ktoś chciał dokładkę zupy, to zwracał się do dyżurnego; nikt nie odchodził od stołu bez pozwolenia wychowawcy. Te same zasady panowały w innych grupach. Pod koniec obiadu chętni na zjedzenie dokładki, po uzyskaniu zgody wychowawcy, ustawiali się w kolejce przy okienku, cierpliwie czekając, czy starczy tego, co zostało z drugiego dania. Cisza była zdecydowanie większa niż w mojej szkole w Szczecinie.

W jednych grupach było nieco głośniej, w innych ciszej. Ogólnie panował pewien porządek wynikający z ustalonych norm oraz przez wszystkich respektowanych zasad. Rzadko było słychać polecenia lub uwagi wydawane przez wychowawców. Po atmosferze panującej w jadalni było widać, kto tu decyduje, a kto ma słuchać. I nikogo to nie dziwiło. Tak jak normalne i oczywiste było wydawanie poleceń przez wychowawców, tak samo normalne i oczywiste było wykonanie ich przez nas. Od samego początku mojej bytności w Grzybowie poddawałem się biegowi wydarzeń, bez próby przeciwstawiania się – inaczej to sobie wyobrażałem, gdy zabierała mnie z domu policja.

Obiad dobiegał końca. Nikt się nie ruszył, dopóki wychowawca nie pozwolił wstać od stołu, następnie głośno mówił „dziękuję”. W odpowiedzi padało gromkie: „Dzię-ku-je-my!”, będące sygnałem do wyjścia. Przed stołówką ponownie ustawiliśmy się, a Kaziu zapytał każdego z nas, co mamy do sprzątania. Byłem zdziwiony, ponieważ padały nic nie mówiące mi odpowiedzi w stylu: gwiazda, krótki, długi, czerwony, kręte, i inne obco brzmiące dla mnie pojęcia. Tymczasem były to nazwy odcinków do sprzątania, na jakie podzielono cały budynek ośrodka wraz z rejonami zewnętrznymi. Grzesiek, z racji że byłem pod jego opieką, miał teraz we mnie pomocnika do sprzątania swojego rejonu.

Gwiazda to było półkole z kafelkami ułożonymi w kształcie gwiazdy, czerwony to korytarz pokryty czerwoną wykładziną, długi to nazwa najdłuższego korytarza, i tak dalej. Z czasem szybko poznałem wszystkie nazwy rejonów naszej grupy, a następnie całego obiektu. Ponieważ nie było tu sprzątaczek, obowiązkiem każdego wychowanka była troska o czystość przydzielonego mu kawałka ośrodka wraz z rejonami zewnętrznymi. Prosto spod stołówki przeszliśmy do internatu. Drzwi, za którymi przez okienko było widać sypialnie, otworzył wychowanek. Teraz dopiero mogłem dokładniej obejrzeć swoje, a raczej nasze pomieszczenia mające w przyszłości zastąpić mi dom: średniej wielkości sala z małymi kwadratowymi oknami, podłoga wyłożona brązową wykładziną dywanową, sześć równiutko ustawionych w dwóch szeregach tapczanów, na każdym wygładzone narzuty, wszystkie w jednakowym szarym kolorze w wyblakłe, kiedyś kolorowe, pasy; w okienkach firany, na środku mały, kwadratowy, przykryty czystym obrusem stolik; bez krzeseł – w sypialni w ogóle nie było krzeseł; na drewnianych ścianach kolorowe obrazy, puzzle, kwiaty, drewniane motywy z ususzonych korzeni – dość kolorowo i bardzo czysto; obok przejście do świetlicy, tu też wykładzina, taborety, stoliki, sprzęt audiowizualny, telewizor, nawet sprzęt do odbioru telewizji satelitarnej. Na wprost od wejścia, po drugiej stronie sypialni, przechodziło się do dwóch mniejszych pokojów, w jednym były trzy, w drugim, nieco większym, cztery tapczany. W sumie w trzech trochę kiczowato wyglądających sypialniach mieściło się dwanaście tapczanów. Wszędzie wisiały niewielkie kolorowe obrazki, jakieś puzzle i małe kinkiety na drewnianych, wytapetowanych ścianach. Na dwóch stolikach w świetlicy stały puchary, nad stolikami przytwierdzono dyplomy dokumentujące osiągnięcia sportowe grupy, pod ścianą leżała kronika. Obok Deklaracji praw dziecka znajdował się regulamin ośrodka i kilka gazet.

Każdy wychowanek, zanim wszedł do pomieszczeń grupy, jeszcze na korytarzu zdejmował buty i ustawiał w dwóch stojących wzdłuż ścian szafkach. Dopiero po włożeniu kapci można było przekroczyć próg sypialni.

Po pobraniu sprzętu do sprzątania, opisanego farbą w taki sposób, że było wiadomo, do jakiego należy odcinka, chłopcy wychodzili, siadali na szafkach, zdejmowali kapcie, znowu wkładali buty i szli sprzątać ośrodek. Ponieważ Grzesiek sprzątał plac apelowy, wziął wiadro z kantorka mieszczącego się w rogu sali, wręczył je mnie, a następnie poszliśmy schodami, korytarzami i po pokonaniu kilku zakrętów wyszliśmy na plac, na który mnie przywieziono. Chodziliśmy dookoła, zbierając papierki, obok nas przechodzili w różnych kierunkach inni wychowankowie, głównie z koszami na śmieci. Pytali mnie, skąd jestem i czy mam szlugi, czyli papierosy – oczywiście, każdego swoją odpowiedzią rozczarowywałem, mnie również doskwierał brak papierosa.

Z tej opresji niespodziewanie wybawił mnie Grześ. Rozejrzał się na wszystkie strony, po czym udał się w kierunku parku, każąc mi iść za sobą. Zeszliśmy niżej w stronę małego, zielonego boiska i schowaliśmy się za wysokim kamiennym murkiem okalającym budynek od strony parku, tam usiedliśmy na kamieniach. Mój osobisty ochroniarz wyjął ze skarpetki pomiętą paczkę papierosów, włożył jednego do ust, z kieszeni wyskrobał jedną zapałkę, z drugiej kieszeni wyjął kawałek draski, potarł ją zapałką, przypalił papierosa i rozejrzawszy się ponownie dookoła, z rozkoszą zaciągnął się dymem. Znowu poczułem ssanie w dołku, ale niespodzianie zobaczyłem wyciągniętą w moim kierunku rękę z papierosem.

– Pociągnij, świeżak – usłyszałem. – I pamiętaj, jak dostaniesz szlugi, to jedna paczka dla mnie. A teraz słuchaj – kontynuował, odbierając ode mnie papierosa, którym kilka razy pozwolił się zaciągnąć – jesteś świeżak, nie znasz naszych zasad, jeżeli nie będziesz uważał, bardzo szybko się skiepszczysz i będziesz miał przerąbane. Pewnie zauważyłeś już w klasie, że o kapowaniu nie może być mowy, w kiblu niczego nie dotykaj gołymi rękami, bo będziesz miał kiepsko, łazienka ma pierwszą umywalkę z lewej strony skiepszczoną, tam się nie myj, nie wycieraj twarzy ręcznikiem do nóg, bo też się skiepszczysz. Z niektórymi frajerami lepiej się nie zadawaj, bo będziemy myśleli, że jesteś taki sam – później zobaczysz, o kogo chodzi. Najważniejsze, żebyś trzymał z tymi, którzy są w porządku, i nie zadawał się z cwelami.

Chociaż nie wszystko było dla mnie jasne, cały czas przytakiwałem. W trakcie nauk udzielanych mi przez Grześka od strony internatu nadbiegł chłopak – poznałem w nim ucznia naszej klasy. Szybko oddychając, powiedział, że wychowawca zaczyna się wkurwiać, bo za długo nas nie ma. Ponieważ nie widział nas przez okno dyżurki wychodzące na plac apelowy, zaczął latać od okna w sypialni do okna na korytarzu, obawiając się, czy przypadkiem świeżak nie dał nogi. W dodatku był na grupie kierownik – od razu rozejrzał się po sypialniach i zapytał Kazia, gdzie jest świeży. Kaziu, jak to Kaziu, wzruszył ramionami i powiedział, że poszliśmy sprzątać, po czym poleciał do okien, popatrzył z jednej strony, potem z drugiej, no i wysłał pierwszego z brzegu chłopaka z ostrym poleceniem natychmiastowego powrotu do internatu razem ze mną. Trochę się przestraszyłem, bo nie wiedziałem, co z tego będzie, ale usłyszałem od Grześka, żebym nie pękał. I rzeczywiście, wychowawca, widząc nas wracających w komplecie, odetchnął, trochę pokrzyczał, pomachał rękami, głównie na mojego opiekuna, jednak na twarzy malowała mu się ulga, jaką sprawiłem mu swoim widokiem. Po chwili, wyraźnie uspokojony, kazał nam iść za sobą.

– Chodź, musimy cię wyposażyć w przybory sanitarne, ręczniki, pościel i inne duperele – powiedział i nie oglądając się, ruszył przodem, jednocześnie dał znak Grześkowi, by szedł z nami.

Betonowe schody zaprowadziły nas trzy piętra w dół. Znaleźliśmy się w suterenach przed wąskim, ciemnym korytarzem ze strasznie odrapanymi, kiedyś białymi, ścianami. Panował półmrok. Dopiero gdy zapalono światło, zorientowałem się, że stoimy przed blaszanymi drzwiami, za którymi skrywał się magazynek naszej grupy. Staliśmy w obszernym pomieszczeniu z dwoma małymi, okratowanymi okienkami umieszczonymi prawie przy suficie. Od zewnętrznej strony znajdowały się tuż nad ziemią, dlatego tu również było prawie ciemno. Dookoła stały wysokie półki z ułożonymi w kostkę ciuchami, wszystko zasłaniały niezbyt czyste brązowe kotary. Wychowawca otworzył jedną szafkę i po kolei wyjmując, wręczał mi: mydło, mydelniczkę, komplet pościeli, piżamę, parę nowych kapci, pastę do zębów ze szczoteczką i kubkiem, dwa ręczniki, a na końcu kazał potwierdzić odbiór podpisem w mocno wymiętym zeszycie. Tak się zaangażował w zaopatrywanie mnie w godne podpisu akcesoria, że nie zauważył, jak w międzyczasie Grzesiek zwinął z półki najpierw jedną paczkę papierosów, po chwili następną, i jakby mało było tej bezczelności – zapalniczkę. Papierosy leżały obok metalowej kasetki, w której tkwił mały kluczyk. Nie chcąc przeginać, następnych paczek nie ruszył, chociaż parę jeszcze leżało. Ze zdziwieniem zobaczyłem rękę mojego zacnego opiekuna próbującą przekręcić kluczyk w kasetce, szybko cofniętą, ponieważ zaopatrujący mnie wychowawca, kończąc wydawanie pościeli i środków czystości, odwrócił się. Grzesiek z miną niewiniątka dopytywał, czy wszystko dostałem – a może jeszcze sznurowadła, czy mam już mydło i czy zaopatrzono mnie w grzebień. Tu wychowawca się obruszył.

– Nie widzisz, że świeżak jest prawie łysy? – burknął, jednocześnie podejrzliwie zerkając na Grzesia, czym skutecznie zniechęcił i trochę ostudził nadopiekuńczość asysty. – No, to chyba wszystko. Jeśli czegoś ci potrzeba, to mów od razu – zwrócił się do mnie – bo jak pójdziemy na górę, to tak prędko nie wrócimy. Aha, jeszcze zapamiętaj, która półka jest twoja, bo tu będziesz trzymać swoje rzeczy.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.