Światła portu   - Sherry Woods - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Światła portu - Sherry Woods

Kiedy Mick O’Brien zaprojektował i zbudował nadmorskie miasteczko Chesapeake Shores, myślał, że tworzy raj na ziemi. Jednak dla niektórych członków jego rodziny to malownicze miejsce okazało się przedsionkiem piekła. Uciekło stąd aż troje dorosłych dzieci Micka. Teraz Abby, Bree i Kevin wracają po latach do domu, by uporać się z przeszłością i odbudować rodzinne więzi…

Kevin O’Brien, były sanitariusz wojskowy, stracił w Iraku żonę. Przewidując, że niezmiernie trudno będzie mu samotnie wychowywać małego synka, decyduje się szukać wsparcia u rodziny. Wraca do Chesapeake Shores, by znaleźć tu bezpieczną przystań, zapomnieć o okropnościach wojny i osobistej tragedii. Kiedy poznaje Shannę, właścicielkę miejscowej księgarni, zaczyna sobie uświadamiać, jak złudne były jego marzenia o spokoju. Shanna od razu rozpoznaje w nim bratnią duszę - jej także trudno jest uporać się z bolesną przeszłością. Stopniowo stają się sobie coraz bliżsi, ale nieoczekiwanie nad ich kruchym związkiem gromadzą się ciemne chmury…

Opinie o ebooku Światła portu - Sherry Woods

Fragment ebooka Światła portu - Sherry Woods









Sherry Woods

Światła portu

Przełożył: Janusz Maćczak

Harlequin


Tytuł oryginału: Harbor Lights

Pierwsze wydanie: MIRA Books S.A., 2009

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski

Opracowanie redakcyjne: Anna Palusińska

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech


© 2009 by Sherryl Woods

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.


Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25


Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa



ISBN 978-83-238-8150-6

Konwersja: Nexto Digital Services


Drogie Czytelniczki!




Od czwartego roku życia spędzałam wakacje nad Potomakiem, nieopodal zatoki Chesapeake. Moja miłość do tych stron wzięła się właśnie z owych beztroskich dni, kiedy pływałam – zresztą dość słabo – w rzece lub spacerowałam po plaży. Ostatnio najczęściej po prostu siaduję na werandzie mojego letniego domu i przyglądam się orłowi bielikowi, który ze szczytu starego dębu wpatruje się w wody zatoki. Nie ma na świecie drugiego miejsca równie pięknego i sielskiego.

W miarę upływu czasu coraz bardziej kocham ten region. Jeden z moich krewnych, Tayloe Murphy, aktywnie działa na rzecz ocalenia tego rozległego ujścia rzeki. Jako członek Izby Reprezentantów stanu Wirginia, a później dyrektor stanowego Urzędu Ochrony Środowiska, zaangażował się zarówno w tworzenie prawa mającego chronić tutejszą przyrodę, jak i w nadzór nad jego egzekwowaniem. On i kilku jego współpracowników byli pierwowzorami niektórych bohaterów mojej powieści, między innymi Thomasa – brata Micka O'Briena.

Powieściowy syn Micka, Kevin, również darzy miłością tę okolicę. To pomaga mu wydobyć się z rozpaczy po śmierci żony w Iraku, gdy wraca ze swoim synkiem do miasteczka Chesapeake Shores. Mam nadzieję, że historia Kevina was poruszy, a ponowne spotkanie z pozostałymi członkami rodziny O'Brienów dostarczy wam radości i satysfakcji.

A jeśli kiedykolwiek nadarzy się wam okazja, mam nadzieję, że nie omieszkacie odwiedzić zatoki Chesapeake i pojmiecie, dlaczego tak istotna jest walka o ocalenie jej naturalnego piękna.

Serdecznie pozdrawiam,


Sherryl Woods






PROLOG





Były sanitariusz wojskowy Kevin O'Brien podczas dwóch cyklów służby w Iraku był świadkiem wielu bitew, przemocy i śmierci, zanim przed kilkoma miesiącami przeszedł do cywila. Obecnie pracował w pogotowiu ratunkowym w Arlington w stanie Wirginia i udzielał pomocy licznym ofiarom wypadków drogowych, strzelanin i przemocy w rodzinie. Owe doświadczenia nie uodporniły go jednak na chorobę własnego dziecka.

Przez całą noc chodził po pokojach swego domu w Północnej Wirginii, piastując w ramionach zbolałego jedenastomiesięcznego synka. Davy co jakiś czas krzyczał lub kwilił i zrozpaczony Kevin kilkakrotnie był już bliski zadzwonienia do swojej babki w Chesapeake Shores z prośbą o radę lub nawet pojechania do niej. Babcia niewątpliwie chętnie zajęłaby się chłopczykiem.

Właśnie w takich chwilach najbardziej brakowało mu żony. Radził sobie z codzienną opieką nad dzieckiem, karmieniem i podawaniem leków, ale Georgia potrafiła uspokoić synka samym brzmieniem głosu. Był niemal pewien, że Davy płacze z tęsknoty za nią.

Niestety, Georgii pozostało do odsłużenia jeszcze sześć miesięcy w Iraku, gdzie pracowała jako wojskowa sanitariuszka. Mimo że niedawno urodziła dziecko, nie chciała wystąpić o zwolnienie z tej misji, w której udział uważała za swój patriotyczny obowiązek. Kevin miał tylko nadzieję, że żona dotrzyma obietnicy i potem również zwolni się z wojska. Zamierzali wówczas przenieść się do Maryland, blisko rodziny Kevina mieszkającej w Chesapeake Shores, uroczym nadmorskim miasteczku wybudowanym przez jego ojca.

Kevina przerażała perspektywa samodzielnego opiekowania się synkiem, jednak rozumiał pobudki żony. Nie była jedyną młodą matką, która podjęła niełatwą decyzję pozostawienia rodziny i kontynuowania służby wojskowej. Zresztą podziwiał jej oddanie dla ojczyzny, odkąd poznali się, pracując w szpitalu w zielonej strefie Bagdadu – ponoć najbezpieczniejszym rejonie pustoszonego przez wojnę Iraku.

Przystanął i spojrzał tęsknie na ich zdjęcie ślubne na kominku. Georgia wyglądała pięknie w prostej białej sukience, z twarzową fryzurą i promiennym uśmiechem. Praktycznie tylko wtedy widział ją w miejscu publicznym ubraną inaczej niż w wojskowy mundur.

Ślubu udzielił im w pośpiechu na lotnisku jej ojciec, pastor z Teksasu, który wraz z żoną przyleciał na krótko do Baltimore. Georgia przysięgała jednak, że wcale jej nie zależało na wystawnej ceremonii, o jakiej marzy większość dziewcząt. Wystarczyła jej obecność rodziców.

Ze strony O'Brienów na ślubie był tylko jego ojciec, ponieważ Kevin pragnął, by reszta krewnych powitała Georgię w rodzinnym domu nad zatoką Chesapeake, a nie w zatłoczonej hali lotniska. Jednak siostry długo nie mogły mu tego wybaczyć.

Teraz, jak niemal co dzień, pokazał Davy'emu zdjęcie swej żony.

– Widzisz, szkrabie? Ta piękna kobieta to twoja mamusia. Wiem, że ci bez niej smutno, ale staram się chwilowo ci ją zastąpić. A jutro przyjdzie stryjek Connor z kamerą. Będziemy mogli porozmawiać z mamą i widzieć ją na ekranie komputera, prawie jakby była tu z nami.

Chłopczyk z oczami błyszczącymi od łez wyciągnął rączki do fotografii w ramce.

– Mama – powiedział.

Kevin uśmiechnął się do niego wesoło.

– Tak jest, stary, to twoja mama. Najpiękniejsza i najmilsza kobieta na świecie, a przy tym mądra, odważna i z charakterem. Chłopie, kiedy wróci do domu, porozstawia nas po kątach!

Davy zakwilił, a potem oparł główkę na jego ramieniu. Kevin miał nadzieję, że synek może wreszcie uśnie. Lecz w tym momencie zabrzmiał dzwonek do drzwi i chłopczyk znów zaczął płakać. Kevin zaklął pod nosem i poszedł otworzyć.

Ujrzał na progu dwóch umundurowanych mężczyzn z posępnymi minami. Natychmiast domyślił się, co ich sprowadziło, i serce zamarło mu ze zgrozy.

– Nie... – zdołał tylko wydusić.

– Panie O'Brien, z żalem zawiadamiamy, że...

– Nie – przerwał im mocniejszym głosem i się rozejrzał. Chciał za wszelką cenę odwlec tę straszliwą wieść. – Położę mojego synka – wyjąkał wreszcie.

Dwaj wojskowi przyglądali mu się ze współczuciem.

– Oczywiście, proszę pana.

Zaniósł Davy'ego do jego pokoju. Ale przecież nie mógł uciec. Uświadomił sobie, że chłopczyk go potrzebuje, gdyż odtąd zostali tylko we dwóch.

Mimo że jeszcze nie usłyszał tych przerażających słów, wiedział, że Georgia nie żyje. Mniejsza z tym, jak i kiedy zginęła. Liczył się tylko ten ostateczny fakt: jego żona już nie wróci. Śmierć przerwała jej młode życie, nim na dobre się rozpoczęło...






ROZDZIAŁ PIERWSZY





Trzynaście miesięcy później


Kevin wyjrzał z okna swej dawnej chłopięcej sypialni na podwórze, opadające łagodnie ku zatoce Chesapeake. Było udekorowane balonikami, a na stole ogrodowym dostrzegł sterty prezentów i wielki tort. Wszyscy O'Brienowie zebrali się, aby świętować drugie urodziny jego synka, jednak Kevin z trudem zdobył się na to, by w ogóle zwlec się z łóżka. Od śmierci Georgii był załamany, nie potrafił się na niczym skupić ani zmusić do codziennego działania.

Niemniej podjął ostatnio trzy istotne życiowe decyzje. Porzucił pracę w pogotowiu, sprzedał dom w Arlington, pełen wspomnień z okresu tak boleśnie krótkiego małżeństwa, i przeprowadził się do rodzinnego gniazda O'Brienów w Chesapeake Shores. Tutaj jego bliscy otoczyli Davy'ego miłością i opieką, a on sam mógł się przynajmniej zastanowić, co ma dalej począć.

Do drzwi zapukał jego młodszy brat Connor i wrzasnął:

– Złaź na dół! Zaraz zacznie się urodzinowe przyjęcie.

Kevin najchętniej wpełzłby z powrotem do łóżka i naciągnął kołdrę na głowę. Jednak nie zrobił tego. Davy był dla niego najważniejszą osobą na świecie, jedyną, która nadawała jego życiu sens. Poza tym, gdyby został w sypialni, wkrótce przyszliby po niego babcia albo ojciec.

– Już schodzę! – odkrzyknął.

Błyskawicznie wziął prysznic, włożył dżinsy, podkoszulek oraz stare tenisówki i zszedł do kuchni, gdzie zastał tylko najmłodszą siostrę Jess. Przyjrzała mu się uważnie i potrząsnęła głową.

– Wyglądasz okropnie. Zgubiłeś maszynkę do golenia i grzebień? Wszyscy pozostali wystroili się na przyjęcie.

– Naprawdę myślisz, że Davy'ego obchodzi mój wygląd? – rzekł, pocierając pokryte zarostem policzki. Ogolił się wczoraj... a może to było przedwczoraj? Upływające dni zlewały się i zacierały w pamięci.

– Teraz nie, ale chyba nie chcesz, żeby z dzisiejszego dnia zapamiętał ojca przypominającego bezdomnego włóczęgę? Minął już ponad rok od śmierci Georgii i...

– Nie wymawiaj jej imienia – przerwał ostro.

– Ktoś musi – odparła Jess, patrząc mu prosto w oczy. – Rozumiem, że kochałeś żonę i cierpisz z powodu jej utraty, ale nie możesz wiecznie omijać tego tematu.

– Po prostu nie potrafię o niej mówić – rzekł. – Jeszcze nie teraz.

Wiedział, że zachowuje się irracjonalnie, lecz podświadomie uważał, że unikając rozmów o Georgii, w pewnym sensie unieważni jej śmierć. Dzięki temu mógł sobie wyobrażać, że ona nadal ratuje ludziom życie w Iraku i pewnego dnia wróci do niego.

Jednak siostra nie rezygnowała.

– Porozmawiajmy – powiedziała.

Nie miał siły jej się przeciwstawić. Postawiła przed nim na kuchennym stole filiżankę kawy, usiadła naprzeciwko i współczującym gestem ujęła jego dłoń w swoje.

– Posłuchaj, Kev, nie możesz dłużej tutaj siedzieć.

Przeszył go lęk.

– Dlaczego? Czy Davy za bardzo przeszkadza babci? Ona i ojciec chcą się mnie pozbyć?

– Oczywiście, że nie – rzuciła niecierpliwie. – Nie bądź niemądry. To także twój dom. Nie mówię, że masz się wyprowadzić, tylko otrząsnąć i zacząć znowu żyć. Wiem, to zabrzmi brutalnie, ale ktoś musi ci to powiedzieć. Georgia umarła, ale ty nie. Davy potrzebuje prawdziwego ojca, a nie kogoś, kto całymi dniami snuje się osowiały po domu. Obiecaj, że przynajmniej się nad tym zastanowisz. Wszyscy niepokoją się o ciebie. Zwłaszcza mama zamartwia się, że nigdy nie wydobędziesz się z depresji.

Z rezygnacją skinął głową.

– Dobrze, ale jest jeden kłopot.

– Jaki?

– Nie mam pojęcia, co dalej ze sobą począć.

– Jesteś sanitariuszem – przypomniała mu. – Bez trudu znalazłbyś pracę w naszym mieście.

– Nie, już nigdy nie wrócę do tego zawodu – sprzeciwił się stanowczo.

Kojarzył mu się on będzie już zawsze ze śmiercią Georgii. Na rynku w Bagdadzie wybuchła bomba, zabijając i raniąc wielu niewinnych cywili, a ekipa ratownicza, do której należała jego żona, przybyła na miejsce akurat w momencie, gdy zdetonowano drugi ładunek wybuchowy. Kevin wiedział, że jego reakcja jest irracjonalna, lecz ostatnimi czasy rzadko kierował się rozsądkiem.

– W takim razie mam jeszcze lepszy pomysł – oznajmiła rozpromieniona Jess.

Nie spodobał mu się błysk entuzjazmu w jej oczach. Najmłodsza siostra zawsze miała talent do wpadania w tarapaty. Zapalała się do kolejnych projektów, by porzucić je w połowie drogi. Brakło jej wytrwałości i konsekwencji – a przynajmniej tak było, zanim nie otwarła pensjonatu „Pod Orlim Gniazdem''. Po trudnych początkach, obecnie prowadziła ten tradycyjny hotel sprawnie i z pełnym zaangażowaniem.

– Jaki? – zapytał nieufnie.

– Połowy ryb – odparła natychmiast i pospiesznie mówiła dalej, uprzedzając jego ewentualne zastrzeżenia. – Mógłbyś wydzierżawić część nabrzeża w porcie jachtowym „Bezpieczna Przystań''. Jako chłopiec spędzałeś mnóstwo czasu na wodzie. Zawsze twierdziłeś, że wędkowanie cię uspokaja, nawet jeśli wracałeś do domu bez choćby jednej skorpeny czy umbryny. A ponieważ wcale ci nie zależało na tym, by je złowić, więc oczywiście ryby niemal same wskakiwały do twojej łódki.

– Chcesz, żebym został rybakiem? – spytał z niedowierzaniem.

To była ciężka i niewdzięczna praca. Rolnictwo i inne rabunkowe formy ludzkiej działalności znacznie zmniejszyły ilość ryb, krabów i ostryg w wodach zatoki Chesapeake, a w dodatku niebotycznie wyśrubowane ceny paliwa ograniczyły zyski z rybołówstwa niemal do minimum.

– Niezupełnie – odparła Jess. – Chcę, żebyś zabierał swoją łodzią turystów chętnych do łowienia ryb.

Popatrzył na nią kpiąco.

– Jedyna łódź, jaką obecnie posiadam, z trudem pomieściłaby kogokolwiek oprócz mnie, a z większości rejsów wracam na wiosłach, ponieważ silnik stale nawala.

– Ale masz na koncie pieniądze od taty i część możesz przeznaczyć na nabycie większej i bardziej niezawodnej łodzi. Ojciec ustanowił dla nas wszystkich fundusze powiernicze, żebyśmy mogli kupić sobie domy albo sfinansować jakieś przedsięwzięcia biznesowe. Wiem, że nawet nie naruszyłeś tej sumy, więc miałbyś środki na rozkręcenie działalności.

– I sądzisz, że mógłbym się z tego utrzymać? – rzucił z powątpiewaniem.

– Zapewne to nie to samo, co ratowanie ludziom życia – rzekła z przekąsem. – Ale niemal codziennie zwracają się do mnie goście pensjonatu pragnący wybrać się na ryby. W mieście nie ma nikogo, kto zajmowałby się zawodowo czarterowaniem łodzi. Od czasu do czasu udaje mi się namówić George'a Jenkinsa, żeby kogoś zabrał, ale on jest równie rozmowny i towarzyski jak małża.

Kevin pomyślał o długich leniwych dniach, które w czasach chłopięcych spędzał z Connorem w łódce. To były jedne z jego najlepszych wspomnień. Jak powiedziała Jess, nie troszczył się ani trochę o łowienie ryb, tylko napawał się spokojem i ciszą na wodach zatoki. Oczywiście w łodzi pełnej obcych byłoby to niemożliwe, jednak pomysł go kusił.

Jess przyglądała mu się z nadzieją.

– Zastanowisz się nad tym?

Sama idea wydawała się obiecująca, jednak należałoby rozważyć tysiące praktycznych szczegółów. Na przykład będzie musiał odbyć kurs, by uzyskać licencję sternika.

Powoli skinął głową i odrzekł:

– Tak.

– Świetnie! A teraz chodźmy na przyjęcie. – Wstała energicznie, pociągając brata za sobą. – Musisz zobaczyć te sterty prezentów dla Davy'ego!

Kevin poszedł za nią z ociąganiem. Jednak widok synka uganiającego się wokół stołu na tłuściutkich nóżkach trochę poprawił mu nastrój. A kiedy Davy na jego widok uśmiechnął się zachwycony, Kevina na moment ogarnęła niepohamowana radość. Tak samo promiennie i beztrosko uśmiechała się Georgia...

Po raz pierwszy od śmierci żony przynajmniej na krótko pozbył się smutku i znów odnalazł w sobie nadzieję.


Pomimo danej Jess obietnicy, Kevin przez następne dwa tygodnie nadal tkwił w domu. Dni spędzał z synkiem, a wieczorami zaszywał się w swoim pokoju.

Wreszcie pewnego wieczoru babka usiadła obok niego na werandzie, podała mu szklankę mrożonej herbaty oraz talerz jego ulubionych owsianych ciasteczek z rodzynkami i zagadnęła:

– Musimy porozmawiać.

– O czym? – zapytał, czując jeszcze większą nieufność niż wcześniej wobec Jess. Nelly O'Brien wychowywała ich po rozwodzie rodziców. Miała złote serce i cięty język.

– O tym, że całymi dniami snujesz się smętnie z kąta w kąt – odparła. – To nie służy tobie, a już zwłaszcza twojemu synkowi. W jego wieku powinien poznawać świat i widywać inne dzieci.

– Są tu przecież jego kuzynki – zaoponował chmurnie.

– Bliźniaczki Caitlyn i Carrie mają już prawie osiem lat. Wprawdzie uwielbiają Davy'ego, ale powinien bawić się z rówieśnikami. – Nelly spojrzała przenikliwie na wnuka. – I powinien się częściej śmiać. Kiedy ostatnio baraszkowałeś z nim albo zabrałeś go do miasteczka na lody?

– Nigdy – przyznał. – Ale nie rozumiem, dlaczego robisz z tego taki wielki problem. Wszyscy tutaj rozpiesz czają Davy'ego. Właśnie dlatego przeprowadziłem się do Chesapeake Shores.

– Więc mamy go wychowywać za ciebie? – rzekła cicho, ale z naciskiem. – Kevinie, wiemy, że rozpaczasz po stracie Georgii, i zrobimy wszystko, aby ci pomóc. Musisz jednak otrząsnąć się i zająć synkiem. Wiem, że Jess z tobą rozmawiała, więc czekałam, ale ponieważ nic się nie zmieniło, nie mogę dłużej przyglądać się biernie, jak marnujesz sobie życie. Jesteś energicznym młodym mężczyzną i masz przed sobą jeszcze wiele lat. Nie roztrwoń ich na daremny żal.

Kevin w głębi duszy przyznawał babce rację, tylko nie wiedział, jak ma się wydobyć z marazmu. Kłębiły się w nim sprzeczne emocje. Nienawidził wojny, która zabrała mu żonę. Dręczyło go poczucie winy, że nie zdołał odwieść Georgii od wyjazdu na kolejną misję wojskową do Iraku. I opłakiwał tę pełną energii młodą kobietę, której nigdy nie będzie dane wychować ich syna.

Podniósł głowę i spojrzał na Nell.

– Babciu, nie mam pojęcia, co robić. Bywają dni, kiedy ledwo udaje mi się w ogóle zwlec z łóżka.

Ze zrozumieniem pokiwała głową.

– Tak samo zareagowałam po śmierci twojego dziadka. A Mick zapewne czuł się podobnie, gdy twoja matka go porzuciła, zostawiając mu na głowie opiekę nad wami wszystkimi. Jednak, jak wiesz, uporał się z tym.

– Jeżdżąc po całym kraju, by realizować swoje projekty architektoniczne – dopowiedział Kevin z goryczą.

– Uważasz, że lepiej zaszyć się tutaj?

– Ale przecież ze mną jest zupełnie inaczej... – zaprotestował.

– On też nie chciał nikogo zranić – przerwała mu. – Po prostu radził sobie w jedyny dostępny mu sposób. Teraz, trochę poniewczasie, próbuje wynagrodzić wam swoją ówczesną nieobecność. Nie chcę, żebyś ty czekał, aż Davy dorośnie, by zrekompensować mu swoje zachowanie.

– Więc od czego mam zacząć? – zapytał z prawdziwą rozterką.

Pociągał go pomysł organizowania płatnych rejsów wędkarskich, ale obecnie jeszcze by temu nie podołał.

Babka serdecznie uścisnęła mu rękę.

– Działaj powoli i rozważnie. Jutro w porze drzemki Davy'ego wyrwij się stąd i pojedź do miasta. Zjedz lunch w barze Sally, wpadnij do kwiaciarni Bree, a potem odwiedź pensjonat Jess i pomóż jej przez parę godzin. Uczyń pierwszy krok, a pojutrze następny.

W jej ustach zabrzmiało to, jakby taki przełom był możliwy, a nawet łatwy.

– Chyba potrafię to zrobić – przyznał.

Wspomniał czasy, kiedy babka musiała praktycznie sama wychowywać jego i pozostałą czwórkę wnucząt, podczas gdy ich matka rozpoczynała nowe życie w Nowym Jorku, a ojciec stale wyjeżdżał w podróże służbowe.

– Byłem sanitariuszem na wojnie, a potem pracowałem w pogotowiu ratunkowym – powiedział. – Wykonywałem trudne i niebezpieczne zadania, a jednak niekiedy bardziej przeraża mnie konieczność samodzielnego wychowywania syna.

– Ależ wszyscy z radością będziemy cię w tym wspierać – zapewniła go Nell. – Nie chcemy tylko, by ominęła cię sposobność bycia dla Davy'ego takim ojcem, jakim w głębi duszy pragniesz się dla niego stać. – Wstała, pochyliła się i pocałowała go w policzek. – Kocham cię, Kevinie. Nigdy o tym nie zapomnij.

– Babciu, dziękuję ci za ciastka i rozmowę.

– Nie dostałbyś tych pierwszych bez tego drugiego – rzekła żartobliwie i mrugnęła do niego.

Kiedy wyszła, przypomniał sobie, że swoje rady zawsze umilała jakimś ulubionym słodkim smakołykiem każdego z nich pięciorga. Dzięki temu mogli je łatwiej przełknąć.

Jutro mam zrobić tylko jeden krok naprzód, powiedział sobie i pomyślał kwaśno, że być może nie zdoła uczynić następnych.


Obsługa ekspresu do kawy stanowiła dla Shanny całkowitą zagadkę. Gdyby nie żal jej było wydanych pieniędzy, roztrzaskałaby przeklęte urządzenie o ścianę. Jednak powodzenie jej nowego przedsięwzięcia biznesowego zależało od tego, czy zdoła parzyć dla klientów kawę i herbatę równie sprawnie, jak sprzedawać im książki i gry.

Zainwestowała wszystkie oszczędności w księgarnię „Świat Książek i Gier''. Miała nadzieję, że w ten sposób pogodzi miłość do lektury i gier planszowych – takich jak Scrabble czy Monopoly – z uzależnieniem od kofeiny i dzięki temu zdoła znów zapanować nad swoim życiem.

Wybrała Chesapeake Shores, ponieważ pragnęła osiąść w niewielkiej miejscowości, a nie w tętniącej gorączkowym rytmem metropolii. Już podczas pierwszej wizyty w tym nadmorskim miasteczku urzekły ją atmosfera, spokój oraz życzliwe usposobienie mieszkańców. Zauważyła też całkowity brak sklepów mogących stanowić dla niej konkurencję. Chyba każdy wczasowicz chciałby poczytać na plaży dobrą książkę, a także kupić kilka gier planszowych i puzzli, by zająć czymś swoje dzieci. Prawdopodobnie będzie musiała uwzględnić w swojej ofercie również gry elektroniczne, lecz chwilowo nie było jej na nie stać, a poza tym ich nie rozumiała. Jak mogłaby sprzedawać coś, na czym się kompletnie nie zna? Oczywiście połowa tutejszych nastolatków z łatwością objaśni jej takie gry.

Idea prowadzenia własnego sklepu przerażała ją, ale też ekscytowała. Z radością złożyła w hurtowniach pierwsze zamówienia i obecnie miała na składzie sporo towarów, z których większość wciąż jeszcze w pudłach. Miała też mnóstwo pomysłów zanotowanych na kartkach, które przyklejała do lodówki na zapleczu sklepu albo układała na starym wysłużonym biurku.

Teraz potrzebowała przede wszystkim porcji kofeiny, lecz niestety nie potrafiła uruchomić tego kretyńskiego ekspresu do kawy. Wyglądało na to, że instrukcję obsługi wydrukowano we wszystkich możliwych językach z wyjątkiem angielskiego. Ponieważ ekspres był zbyt kosztowny, żeby go zniszczyć, więc zamiast tego cisnęła przez pokój najbrzydszym na świecie kubkiem, stanowiącym żartobliwy prezent od najlepszej przyjaciółki. Oczywiście się nie rozbił... gdyż złapał go zdumiony mężczyzna, który właśnie otwierał frontowe drzwi.

Przez chwilę zafascynowany przyglądał się pomarańczowemu brzydactwu. Już miała go przeprosić, gdy podniósł głowę i spojrzał na nią. Dostrzegła w jego oczach przelotny błysk męskiego podziwu i serce zabiło jej mocno.

– Ten kubek istotnie jest dość szkaradny, lecz chyba nie zasłużył na taki okrutny los – rzekł lekkim tonem.

– Właściwie chciałam rozbić ekspres do kawy.

– Niejasna instrukcja obsługi i głód kofeiny – domyślił się. – Zapraszam na filiżankę kawy do pobliskiego baru Sally, zanim spróbuje pani rozbić coś jeszcze.

Zakłopotana Shanny potrząsnęła głową.

– Dziękuję, ale myślę, że zdołam nad sobą zapanować.

Zawahał się, a potem wszedł do środka.

– Wobec tego proszę pozwolić, bym przynajmniej rzucił okiem na tę instrukcję. Może bardziej mi się poszczęści. Nazywam się Kevin O'Brien, a moja siostra ma tuż obok kwiaciarnię. Nawiasem mówiąc, nie wie pani, gdzie się podziała? Na drzwiach wisi kartka ZAMKNIĘTE.

– Nie mam pojęcia. Byłam całkowicie pochłonięta przygotowaniami do otwarcia sklepu. Ja jestem Shanna Carlyle.

– Dziwne, że Bree jeszcze nie zadręcza cię pytaniami. Szczyci się, że wie o wszystkim, co dzieje się w miasteczku.

– Mieszkam tu od niedawna. Byłam na liście osób szukających lokalu sklepowego na głównej ulicy. Dwa tygodnie temu poinformowano mnie telefonicznie, że jeden się zwolnił, więc przyjechałam.

Paplała, by pokryć zdenerwowanie, gdyż czuła się jak nastolatka na pierwszej randce z najbardziej seksownym chłopakiem w szkole.

– Dokonałaś tego wszystkiego zaledwie w dwa tygodnie? – spytał z podziwem, przyglądając się świeżo pomalowanym ścianom i niezliczonym stertom pudeł.

Shanna wzruszyła ramionami.

– Wiedziałam dokładnie, jakiego rodzaju towarów szukam. Musiałam jedynie uzyskać pożyczkę i zadzwonić do hurtowników. Poza tym, gdy już podpisałam umowę najmu, nie mogłam sobie pozwolić na zwłokę. Muszę jak najszybciej otworzyć księgarnię, gdyż potrzebuję gotówki, aby opłacić czynsz za ten lokal i mieszkanie na piętrze.

– Na kiedy wyznaczyłaś termin otwarcia?

– Na przyszłą sobotę.

Mężczyzna zrobił sceptyczną minę.

– W takim razie potrzebujesz pomocy – stwierdził.

– Nie stać mnie na wynajęcie pracownika.

Znów spostrzegła, że się zawahał, jakby obawiał się, że pożałuje tego, co za chwilę powie.

– Zatem dobrze się składa, że ja nie oczekuję zapłaty – rzekł wreszcie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. – Mam trochę czasu, zanim wróci Bree, i chętnie zakaszę rękawy.

Dziewczyna znieruchomiała. Odezwały się w niej dawne lęki rodem z wielkiego miasta, choć Kevin O'Brien niewątpliwie był interesującym mężczyzną. Słyszała w miasteczku to nazwisko i wiedziała, że niejaki Mick O'Brien, sławny architekt, zaprojektował i wybudował Chesapeake Shores. Kobieta kierująca agencją nieruchomości również nazywała się O'Brien.

– Więc jesteś z tych O'Brienów? – upewniła się. – Czytałam trochę o Micku i poznałam Susie.

– To mój ojciec i moja kuzynka – wyjaśnił.

Shanna trochę się uspokoiła, lecz nadal miała się na baczności.

– Dziękuję za ofertę pomocy, ale powinnam radzić sobie sama. Muszę rozmieścić wszystkie towary, a jak widzisz, nie ma jeszcze regałów. Przywiozą je dopiero jutro.

Mężczyzna nie wyglądał na zbytnio rozczarowanego jej odmową. Prawdę mówiąc, odniosła wrażenie, że wręcz poczuł ulgę.

– A co z ekspresem? Może spróbuję go uruchomić?

Nie chcąc wydać się opryskliwą, skinęła głową.

– Dobrze. Jeśli ci się powiedzie, nie zapłacisz za pierwszy zakup.

– Nie powinnaś tak rozdawać książek – rzekł. Przestudiował instrukcję i wybrał odpowiednie narzędzie z zestawu rozłożonego na kontuarze. – Chociaż mój synek niewątpliwie będzie zachwycony. Uwielbia książeczki z obrazkami. Z pewnością zostaniemy twoimi stałymi klientami.

Serce zatrzepotało jej w piersi. Nie była pewna – z rozczarowania czy trwożnej rozkoszy. Kevin był przystojnym mężczyzną i najwyraźniej uwielbiał dzieci.

– Masz syna?

– Dwulatka Davy'ego – przytaknął.

– Wobec tego ty albo twoja żona możecie przyjść tu z nim zaraz po otwarciu księgarni. Mam obszerny katalog książeczek obrazkowych na zamówienie.

Na ułamek sekundy mężczyzna zamarł bez ruchu, a potem spochmurniał i znów zajął się ekspresem. Shanna natychmiast wyczuła, że palnęła jakąś gafę. Może się rozwiódł? Ale w takim przypadku dziecko chyba zostałoby przy matce...

Raptem przypomniała sobie, że kiedy rok temu po raz pierwszy przyjechała do Chesapeake Shores, aby dojść do siebie po krachu swego małżeństwa i rozwodzie, zatrzymała się w tutejszym pensjonacie. Jego właścicielka również nosiła nazwisko O'Brien, a jej brat niedawno stracił żonę na wojnie w Iraku i właśnie powrócił z synkiem w rodzinne strony. To z pewnością był Kevin.

Gdy zachodziła w głowę, jak ma go przeprosić, wstał i zapytał:

– Gdzie jest najbliższe gniazdko elektryczne?

Wskazała w kierunku stolika, na którym stały już plastikowe kubki i zapas pierwszorzędnej niezmielonej kawy. Niebawem pomieszczenie wypełniła rozkoszna aromatyczna woń.

– Proszę – powiedział z uśmiechem, wręczając dziewczynie filiżankę świeżo zaparzonej kawy.

– Jestem ci ogromnie wdzięczna – odrzekła szczerze, a potem spytała pod wpływem nagłego impulsu: – Co robisz w przyszłą sobotę? Jeśli zgodzisz się podczas otwarcia księgarni obsługiwać ten ekspres, nie tylko obdaruję Davy'ego książeczkami, ale ponadto ci zapłacę. Nie stać mnie na zatrudnienie pomocnika nawet na niepełnym etacie, ale mogę opłacić jeden dzień twojej pracy, żeby móc poczęstować klientów kawą.

Twarz mu stężała, jakby poczuł się urażony.

– Jeśli będę w pobliżu, pomogę, ale nie wezmę od ciebie pieniędzy.

– Nalegam – powiedziała stanowczo.

Wolała, by ich stosunki ograniczyły się wyłącznie do płaszczyzny zawodowej. Z tego, co słyszała, żadnemu z O'Brienów nie zależałoby na tych marnych groszach, jakie mogła mu zapłacić. Jednak w grę wchodziła jej duma. Wciąż jeszcze bolały ją krzywdzące oskarżenia byłych teściów, że jest pospolitą naciągaczką.

– Odłóżmy na razie tę dyskusję – zaproponował. – Powiadomię cię telefonicznie, czy w przyszłą sobotę będę w mieście. Miło było cię poznać, Shanno.

– Nawzajem, Kevinie.

Jednak gdy wyszedł, zdała sobie sprawę, iż nie wie o nim nic oprócz tego, że być może stracił żonę w Iraku. Zafascynował ją, lecz powinna trzymać się od niego z daleka. Ryzykownie jest wiązać się z mężczyzną o zranionej duszy. Już raz popełniła ten bolesny błąd i nie zamierzała próbować ponownie.


ROZDZIAŁ DRUGI





Minęła szósta, a Shanna wciąż jeszcze rozpakowywała pudła. Chciała przygotować wszystko, zanim nazajutrz rano przywiozą regały.

Kiedy rozległ się sygnał jej komórki, odebrała, nie sprawdzając na wyświetlaczu, kto dzwoni – czego nie robiła od czasu rozwodu, gdyż unikanie telefonów od byłego męża weszło jej już w nawyk. Na szczęście tym razem ostrożność okazała się zbyteczna.

– Jak idą interesy w branży księgarskiej? – zapytała Laura.

Shanna uśmiechnęła się, usłyszawszy głos swej najlepszej przyjaciółki.

– Odpowiem ci, kiedy sprzedam pierwszą książkę.

– Wobec tego mów, co u ciebie. Nadal jesteś zadowolona z przenosin na tę zapadłą prowincję? Jak możesz tam wytrzymać, skoro w promieniu wielu kilometrów nie ma nawet przyzwoitej kawiarni?

– Po prostu otwieram własną – odparła i usiadła na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Po raz pierwszy dzisiaj poczuła się odprężona. Rozmowa z Laurą, która była świadkiem udręk jej małżeństwa i rozwodu, zawsze podnosiła ją na duchu i poprawiała jej nastrój. – I naprawdę jestem tu szczęśliwa – dodała

– Poznałaś już kogoś interesującego?

Słysząc to powtarzane do znudzenia pytanie, Shanna natychmiast wpadła w irytację.

– Masz obsesję na punkcie moich kontaktów towarzyskich? – rzuciła. – Rozwiodłam się zaledwie przed rokiem i doskonale wiesz, że był to dla mnie ciężki okres. Nie zamierzam pakować się w następny związek.

– O rety! Sądząc z twojej gwałtownej reakcji, rzeczywiście spotkałaś jakiegoś przystojniaka. Opowiadaj!

– Nie mam o czym – odparła z uporem Shanna. Przelotne zetknięcie z Kevinem O'Brienem nie było warte nawet wzmianki – choć zapewne Laura myślałaby inaczej. Sama niedawno się zaręczyła i uważała, że cały świat powinien pójść za jej przykładem.

– Cóż, wielka szkoda. A zatem będę zapewne skazana na wysłuchiwanie niekończących się relacji o książkach i grach zmagazynowanych w twoim sklepie.

– Tym razem się od tego powstrzymam – obiecała jej Shanna. – Opowiedz mi lepiej o Drew. Jak przebiegają przygotowania do waszego ślubu?

Z tego, co ostatnio słyszała, ceremonia ślubna miała być wystawna i uroczysta. Oczywiście kilka tygodni wcześniej jej przyjaciółka zamierzała wyjść za mąż jak najprościej na hawajskiej plaży. Laura zmieniała plany w ekspresowym tempie, przyprawiającym Shannę o zawrót głowy.

– Dzwonię między innymi z tego powodu. Mówiłaś, zdaje się, że ten hotel, w którym zatrzymałaś się w zeszłym roku, jest bardzo przyzwoity i organizuje wesela?

– Chodzi ci o pensjonat „Pod Orlim Gniazdem''? Tutaj, w Chesapeake Shores? – spytała zaskoczona Shanna.

– Właśnie – potwierdziła przyjaciółka. – Co myślisz o tym, żebym wzięła tam skromny kameralny ślub?

– Naturalnie byłabym zachwycona. Pensjonat jest uroczy, jedzenie wyśmienite, a okolica przepiękna. Wydawało mi się jednak, że zależy ci na imponującym i ekstrawaganckim ślubie.

– Właśnie się dowiedziałam, ile trzeba zapłacić za takie ekstrawagancje – wyznała Laura żałośnie. – Drew się przestraszył, że jeśli wykosztujemy się na ślub i wesele, zabraknie nam pieniędzy na wybudowanie domu.

– Słusznie – zgodziła się Shanna. – A krzykliwa i wystawna ceremonia ślubna wcale nie gwarantuje szczęścia. Sama jestem tego przykładem.

– Więc może wpadnę w przyszły weekend i przyjrzę się temu pensjonatowi?

– W przyszłą sobotę oficjalnie otwieram mój sklep – przypomniała Shanna. – Nie będę miała dla ciebie ani chwilki czasu.

– A zatem upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu – oznajmiła radośnie Laura. – Pomogę ci dopiąć wszystko na ostatni guzik.

– Naprawdę chcesz obejrzeć ten pensjonat? – spytała podejrzliwie Shanna. – A może po prostu pragniesz zobaczyć, jak sobie radzę w nowym miejscu, i ewentualnie udzielić mi swego błogosławieństwa? O ile wiem, nie byłaś zachwycona tym, że podjęłam decyzję, nie konsultując jej z tobą.

– Cóż, musisz przyznać, że zdecydowałaś się praktycznie w ciągu jednej nocy. Zazwyczaj nie działasz pod wpływem nagłego impulsu, toteż martwię się o ciebie.

– Nie masz powodu. Wiesz przecież, że zastanawiałam się nad tym niemal przez rok.

– Może i tak – przyznała Laura. – Niemniej wolałabym przekonać się na własne oczy, czy rzeczywiście jesteś tam szczęśliwa. Więc jak? Mogę przyjechać i pomóc ci w świętowaniu otwarcia księgarni?

Shanna nie potrafiła się oprzeć propozycji przyjaciółki. Uświadomiła sobie, że istotnie potrzebuje jej aprobaty. Z wyjątkiem kwestii własnego ślubu Laura była bardzo trzeźwą i rozsądną osobą.

– Naturalnie – odrzekła. Nagle przypomniała sobie o Kevinie O'Brienie i jego ewentualnej obietnicy, ale przecież w gruncie rzeczy nie mogła na niego liczyć. Jednak gdyby się zjawił, Laura natychmiast spostrzegłaby jej zainteresowanie i uczyniłaby wszystko, by je podsycić. Och, trudno, zaryzykuję – pomyślała Shanna i powiedziała: – Proszę, przyjedź. Będzie mi bardzo miło.

– Już nie mogę się doczekać! – wykrzyknęła z entuzjazmem jej przyjaciółka.

W tym momencie drzwi się otworzyły i do sklepu zajrzała ładna kobieta o błyszczących błękitnych oczach O'Brienów. Shanna gestem zaprosiła ją do środka.

– Ktoś wszedł, Lauro. Muszę już kończyć. Daj mi znać, kiedy przyjedziesz.

– Dobrze. Pozdrawiam cię serdecznie. Do zobaczenia.

Shanna wyłączyła komórkę i zwróciła się do nieznajomej, która chodziła po pomieszczeniu, rozglądając się z zaciekawieniem:

– Cześć. Czym mogę ci służyć?

– Jestem Bree O'Brien z sąsiedniego sklepu... a właściwie Bree Collins. Ciągle jeszcze nie przywykłam do tego, że zostałam mężatką – wyjaśniła, uśmiechając się z zażenowaniem. – Tak czy inaczej, chciałam cię powitać... i trochę się rozejrzeć z czystej ciekawości – przyznała.

Shannie spodobała się jej szczerość.

– No cóż, będzie tutaj sklep z książkami i grami oraz maleńki barek kawowy, niestanowiący żadnej konkurencji dla lokalu Sally. Tylko kawa, herbata i może najwyżej jeszcze kilka rodzajów ciastek, o ile znajdę odpowiednią piekarnię.

– Brzmi obiecująco. Potrzebujemy w miasteczku miejsca, gdzie można by poszperać wśród książek i napić się kawy. – Bree urwała i się zamyśliła. – Wiesz, skontaktuj się z moją siostrą Jess. Prowadzi pensjonat i zatrudnia świetnego piekarza.

– Dzięki. Obejrzyj sobie wszystko, co zechcesz, jeśli zdołasz prześliznąć się pomiędzy stertami książek. Regały nadejdą jutro rano i wtedy pomieszczenie zacznie wyglądać tak, jak sobie wyobraziłam.

Bree odnalazła książki o ogrodnictwie oraz układaniu kompozycji kwiatowych i przejrzała je z entuzjazmem.

– Mogę odłożyć dla siebie te trzy? – spytała.

– Ależ oczywiście – odparła Shanna i uznała, że to odpowiedni moment, by dowiedzieć się czegoś o nowo poznanym mężczyźnie. – Wiesz, przed chwilą szukał cię tu twój brat Kevin.

– Naprawdę? – zdziwiła się Bree. – Ostatnio rzadko wychodzi z domu.

– Dlaczego? – zapytała Shanna, lecz zaraz się zreflektowała. – Przepraszam, jestem wścibska.

– Nie szkodzi. Większość tutejszych mieszkańców wie o jego dramacie. Nieco ponad rok temu Kevin stracił żonę podczas zamachu bombowego w Iraku. Wówczas załamał się i zamknął w sobie. Nie wiem, co by się z nim stało, gdyby nie jego synek Davy. Ma dopiero dwa lata i wymaga stałej opieki, co uchroniło Kevina od pogrążenia się w kompletnej rozpaczy.

Domysły Shanny się potwierdziły i znów ogarnęło ją współczucie dla tych dwóch istot, potrzebujących matczynej troski. Zadanie w sam raz dla mnie – pomyślała, a potem ponownie napomniała samą siebie, że powinna trzymać się z daleka od tego mężczyzny i jego dziecka.

Jednak gdy przypomniała sobie jego smutne oczy, pojęła, że nie zdoła mu się oprzeć. Kevin O'Brien jest zagubiony i zdesperowany, a ona nosi w sobie pustkę, którą od lat usiłuje wypełnić, kochając żarliwie, lecz zupełnie nierozsądnie...


Kevin z piwem w ręku siedział w fotelu ogrodowym na podwórzu i przyglądał się, jak Davy bawi się samochodzikami. Czekali, aż zapadnie zmierzch i pojawią się świetliki, które ogromnie fascynowały chłopca. Potem wykąpie synka, położy do łóżka, przeczyta mu bajkę i będzie miał resztę wieczoru dla siebie. Jak zwykle dopadną go słodkie, a jednocześnie bolesne wspomnienia o Georgii...

– Hej, Davy! Zobacz, co złapałam – zawołała Bree i podeszła ze słoikiem, w którym wirowały dwa robaczki świętojańskie. Usiadła na trawie, a chłopczyk wpatrzył się w naczynie z dziurkowaną pokrywką. – Na horyzoncie się błyska – stwierdziła, spoglądając w kierunku zatoki.

Kevin przypomniał sobie, że w dzieciństwie w takie duszne i wilgotne, zapowiadające burzę wieczory też łapali świetliki.

– Za godzinę lub dwie może zacząć padać – ciągnęła. – Dawno nie było deszczu i przydałaby się porządna ulewa.

Przypuszczał, że Bree nie wpadła po to, by pogawędzić z nim o pogodzie. Milczał więc z rezerwą, czekając, aż siostra przejdzie do sedna. Jednak ona z zadowoloną miną gapiła się na morze.

– Dlaczego nie jesteś w domu z Jake'em? – zagadnął wreszcie, licząc, że skieruje uwagę Bree na jej ulubiony ostatnio temat męża.

– Bzy pani Finch wymagały natychmiastowej interwencji – odparła z uśmiechem.

Całe miasteczko wiedziało o obsesji wdowy Finch na punkcie jej krzaków bzu. Ta stara kobieta doprowadzała Jake'a niemal do szału, upierając się, by nadzorować go, gdy co roku przycinał krzewy i okrywał je mierzwą. Jednak była jedną z najlepszych klientek jego firmy zajmującej się pielęgnacją ogrodów, toteż stawiał się na każde jej wezwanie.

– Lepiej, że padło na niego niż na mnie – zauważył Kevin. – Jako chłopcy kosiliśmy razem jej trawniki, a potem szliśmy podrywać dziewczyny.

Siostra zareagowała uśmiechem, lecz nie dała się odwieść od tego, co ją tu sprowadziło.

– Poznałam dzisiaj Shannę – rzuciła niewinnym tonem. – Powiedziała, że mnie szukałeś.

– Owszem. Kiedy wspomniałem babci, że być może wpadnę do miasta, natychmiast poprosiła, bym przywiózł jej kilka kwiatów z twojej kwiaciarni. Ponieważ jej ogród właśnie kwitnie, domyśliłem się, że to pretekst, abym na pewno wyrwał się z domu. Rozruszanie mnie uważa ostatnio za swą życiową misję.

– Nie jest nawet w połowie tak przebiegła, za jaką się uważa – stwierdziła z uśmiechem Bree, po czym z uporem powróciła do interesującego ją wątku: – Podobno dość długo zabawiłeś w księgarni?

– Czekałem na ciebie, więc pomogłem Shannie uruchomić ekspres do kawy.

– Nie wspomniała mi o tym – rzekła zdziwiona Bree.

– To nic wielkiego – odparł, wzruszając ramionami.

Siostra umilkła, co uśpiło jego czujność. Jednak gdy uznał, że już porzuciła ten niewygodny temat, zapytała nagle:

– Co o niej sądzisz? Jest atrakcyjna, prawda?

– Nie zauważyłem – skłamał.

W istocie rzuciły mu się w oczy delikatna cera Shanny, jej faliste włosy i zgrabna figura. Ale dostrzegł też coś więcej. Ta kobieta była przygnębiona, bezbronna i zagubiona. Jednak nie potrafiłby jej pomóc. Ostatnio ledwo sobie radził z własnym życiem.

– Jest atrakcyjna... i przypuszczalnie niezamężna – stwierdziła Bree.

Kevin spojrzał na nią gniewnie.

– Mam nadzieję, że nie zamierzasz mnie swatać. Na wypadek, gdyby ci to przyszło do głowy, oświadczam, że nie szukam żadnego nowego związku i mógłbym równie dobrze żyć w klasztorze.

– Och, nie musisz przecież się z nią żenić ani nawet umawiać na randki. Po prostu od czasu do czasu wypij z nią kawę, pomóż jej urządzić sklep i otwórz się trochę na innych ludzi.

– Daj mi spokój – rzucił. Wstał i podniósł Davy'ego. – Czas na kąpiel, szkrabie. Podziękuj cioci Bree za słoik ze świetlikami i pożegnaj się z nią.

Malec uśmiechnął się do dziewczyny i pisnął:

– Pa, pa, ciociu Buee.

– Dobranoc, robaczku – rzekła z uśmiechem, a potem zwróciła się do Kevina: – Shanna powiedziała, że jutro z samego rana przywiozą jej regały.

– I co z tego?

– Pomyślałam po prostu, że może chciałbyś o tym wiedzieć – odparła niewinnym tonem.

Kevin doszedł do wniosku, że nazajutrz powinien się trzymać jak najdalej od głównej ulicy, jeśli nie chce dać się wciągnąć w życie Shanny Carlyle... ani dostarczyć siostrze okazji do swatów.


Mick rozumiał, że jego syn potrzebuje czasu, by otrząsnąć się po śmierci żony oraz po traumatycznych przeżyciach w strefie wojennej w Iraku. Jednak po kilku miesiącach uznał w końcu, że ten czas już minął. Miał już dość przyglądania się, jak Kevin snuje się bez celu po domu. Uważał, że zdrowy trzydziestoletni mężczyzna powinien wreszcie wziąć się w garść i znaleźć sobie jeszcze jakiś inny cel w życiu oprócz opieki nad małym synkiem.

Odnalazł Kevina na plaży, wpatrującego się w morze, podczas gdy Davy budował z piasku krzywy zamek.

– Masz jakieś plany na dzisiaj? – zapytał, a gdy Kevin zaprzeczył, powiedział: – Świetnie. Wobec tego pójdziesz ze mną.

– Dokąd? – spytał syn podejrzliwie.

– Kieruję kilkoma budowami fundacji Habitat for Humanity, zajmującej się wznoszeniem domów dla ludzi pozbawionych własnego dachu nad głową. Mógłbyś mi trochę pomóc.

Kevin zsunął okulary słoneczne na koniec nosa i obrzucił ojca sceptycznym spojrzeniem.

– Naprawdę pracujesz jako wolontariusz?

– Owszem. To był pomysł twojej babki i muszę przyznać, że okazał się bardzo dobry.

– A co z twoją firmą?

– Radzi sobie całkiem nieźle beze mnie.

Początkowo Micka to irytowało, gdyż zawsze uważał się za niezastąpionego. Wkrótce jednak zaczął doceniać fakt, że zyskał więcej wolnego czasu. Spędzał go w Nowym Jorku z byłą żoną, a także kierując kilkoma placami budowy Habitat for Humanity. Zarząd fundacji był zachwycony, że pozyskał w jego osobie słynnego architekta, który wykorzystywał swoje kontakty w branży budowlanej do zdobywania bezpłatnej specjalistycznej pomocy przy wykonywaniu prac ciesielskich, elektrycznych i hydraulicznych.

– No dobrze, rozumiem, że ogarnął cię zapał do działalności społecznej – rzucił cierpko Kevin. – Ale do czego ja mogę ci się przydać? Jak często słusznie powtarzałeś, nie mam żadnych talentów do budownictwa.

Istotnie, Mick już dawno stwierdził ze smutkiem, że obydwaj jego synowie nie odróżniają młotka od hebla i nie potrafiliby równo pomalować ściany. Teraz jednak odrzekł raźnym tonem:

– Nigdy nie jest za późno na naukę. Wielu wolontariuszom brakuje doświadczenia.

– Ale czy dla ciebie jako sławnego architekta nie będzie zawstydzające, że twój syn wzniesie ścianę, która natychmiast runie?

Mick mimo woli zachichotał.

– Masz rację. Więc co zamierzasz dalej robić w życiu?

– Nie mam pojęcia – przyznał otwarcie Kevin.

– Możesz się zatrudnić w tutejszym pogotowiu ratunkowym.

– Wiem, ale to mnie nie interesuje.

– Więc co cię interesuje? – rzucił Mick ze zniecierpliwieniem, a potem ugryzł się w język. Przyrzekł sobie, że będzie unikał sporów z synem i spróbuje nawiązać z nim bliższe więzy.

Usłyszawszy podniesiony głos dziadka, Davy skrzywił się płaczliwie. Skruszony Mick wziął go na ręce.

– A może ty, kolego, chcesz pójść z dziadkiem?

Kevin zmarszczył brwi.

– Chyba nie zamierzasz pozwolić, by dwuletnie dziecko uganiało się po placu budowy?

– Wpadnę tam tylko na godzinkę, żeby sprawdzić parę rzeczy. Nie spuszczę Davy'ego z oka. Zresztą, jeśli się o niego martwisz, możesz pojechać z nami.

– Sprytnie to wymyśliłeś, tato. Jednak wbrew temu, co sądzisz, mam coś do roboty.

– Mianowicie?

Kevin przez dłuższą chwilę usiłował wymyślić jakąś wiarygodną odpowiedź.

– Jadę do miasta – odparł wreszcie.

– Po co?

– Co za różnica? Czy w gruncie rzeczy nie chodziło ci tylko o to, by wyciągnąć nieszczęsnego przygnębionego syna z domu? – burknął Kevin, po czym wstał i oddalił się szybkim krokiem.

Mick spoglądał za nim, a potem westchnął ciężko.

– My też pójdziemy – rzekł do wnuka. – Zobaczysz, będzie fajnie.






ROZDZIAŁ TRZECI





Pomimo powziętego wczoraj postanowienia, Kevin trafił na główną ulicę przed witrynę księgarni. Minąłby ją i poszedł dalej, jednak w tym momencie jego siostra Bree wyszła z sąsiedniej kwiaciarni, którą prowadziła od ponad roku.

– No, no, kogo ja widzę – rzekła wesoło. – Więc jednak zdecydowałeś się pomóc Shannie.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com