Strzeż się psa - Izabela Szolc - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Strzeż się psa - Izabela Szolc

Pierwszy taki psi kryminał w Polsce!

„Książka Izy daje ciepełko, uśmiech i zawiera szereg innych koniecznych do życia przypraw: humor oraz odniesienia do kina i literatury. To świetna zabawa intelektualna” Małgorzata Kalicińska

Kiedy my, ludzie, śpimy sobie spokojnym snem lub roztrząsamy zwykłe nudne ludzkie sprawy, w świecie psów toczy się walka na śmierć i życie. Bo psy z honorem codziennie stają w naszej i własnej obronie, narażając swoje życie i pełną miskę. Kiedy więc na pewnym osiedlu zaczyna się dziać źle, do akcji wkracza nastawiony do życia ironicznie i z dystansem bloodhound Albrecht o szlachetnym rodowodzie detektywistycznym. Tak więc kryminaliści strzeżcie się psa, bo on nie zna litości!

Izabela Szolc – autorka kilkunastu powieści i opowiadań. Do jej najbardziej znanych tekstów należą powieści: Ciotka małych dziewczynek, Hebanowy świat oraz seria o komisarz Annie Hwierut. Jest ambasadorką wegetarianizmu w Polsce. Uwielbia psy i koty. W przyszłości chce założyć azyl dla zwierząt, dziś aktywnie walczy o polepszenie ich losu. Tantiemy z książki w całości przeznaczyła na fundację Viva! Książka ta jest hołdem złożonym przez nią psiej inteligencji.

Opinie o ebooku Strzeż się psa - Izabela Szolc

Fragment ebooka Strzeż się psa - Izabela Szolc






Karta tytułowa


Dedykacja

Dla Mamy


Motto

„Nie czują
upadłe dzieci Ewy…
Ach, tego szczęśliwego zapachu wody,
tej odważnej woni kamienia!”

G. K. Chesterton, The Song of Quoodle
(przeł. Barbara Lindenberg)


Strzeż się psa

W tym roku ciepłe noce ostatecznie odeszły do przeszłości. Siedziałem na tarasie, patrząc w granatowe niebo, raz po raz przecinane światłami samolotów podchodzących do lądowania. Oby tylko nie usiadły na lodowatej terakocie, zamieniając w popiół mnie i zestaw ogrodowych krzeseł. Laura najwyraźniej zamierzała sprzątnąć je do komórki gdzieś na Boże Narodzenie. A co ze mną? Też czekała, aż zamienię się w sopel? Słyszałem, jak krzyczy, najwyraźniej zaprzątały ją inne rzeczy niż pamięć o mnie, świerknącym na dworze. Sprawy natury osobistej, rzekłbym. I znowu spojrzałem w niebo, tym razem myśląc o Łajce, która wciąż wirowała po orbicie w Sputniku 2. Coraz dalej od domu.

Coś plasnęło o parapet podobno dźwiękoszczelnego okna, niezbędnego, gdy mieszka się pod korytarzem powietrznym. Falowanie i spadanie. Tudzież niezbędnego w innych sytuacjach… Na myśl przyszły mi słowa z Szekspirowskiego dramatu Juliusz Cezar: Wołać będzie: Mordować! / I spuści psy wojny! Przyszły i przeszły, choć, cholera, nie do końca.
„Strzeż się psa” wypisywali Rzymianie na swoich rozgrzanych słońcem mozaikach. Cave canem — czyż nie za sprawą tego hasła tu byłem? Tak, ale wcale nie jest łatwo rzucić się włoskim stylem w ogień awantury domowej, o której wiadomo, że gorsza od skutego wiecznym lodem dantejskiego Piekła. Byłem zatrzaśnięty na tarasie, zamarzał mi zadek. Laura długo finiszuje i w miłości, i w nienawiści. Ot, jej sposób na przedłużenie sobie przyjemności. Erudyta się znalazł, pomyślicie sobie. A czemu by nie? Jeśli jesteś kształtowany przez rodzinę jednocześnie kulturalną i patologiczną, to trudno, żebyś wyrósł na Rin Tin Tina. Trudno, bo rola upudrowanego komedianta czy niemego błazna odpowiadałaby mi bardziej niż rola stróża, pasterza, bodyguarda. Jasne, mógłbym pozostać psem.

Wypadałoby w tym miejscu zabawić się w pana Umberto Eco albo Jerzego Pilcha i wtrącić kilka słów o mojej przeszłości. Parę zdań nim zamarznie mi też język, chyba że Laura odpowiednio szybko zdecyduje się odgryźć łeb swemu absztyfikantowi.

Przyszedłem na świat jak każdy: nie wiedząc, co czynię. Zdezorientowany, z okołoporodową demencją. Kto…? Kim…? Co?! Gdzie???

— To canis lapus — stworzyły mnie słowa. — Pies domowy.

— Raczej lapsus niż lapus — odgryzł się wyższy głos i to była Laura. — On chyba już nie urośnie?

— Twoja mama powiedziałaby, że to gran bambino… Ale o to chodziło.

— Czyli będzie większy?

— Największy! — Poczułem, że od źródła niższego i starszego głosu nagle uderzyło ciepło krwi dopływającej do policzków.

— Tato!

— Lauro, to z mamą postanowiliśmy, że potrzebujesz psa obronnego. Samotnie mieszkająca młoda kobieta…

— Znowu to samo!

— Przecież to uroczy szczeniak! Spójrz na te długie, nisko zwisające uszy. A to wysklepienie czaszki!

Tata, czyli „dziadek”, był profesorem filologii klasycznej, ale czasem zagalopowywał się do przeszłości, kiedy jako chłopiec dłubiący w piaskownicy marzył o tym, by zostać paleontologiem. Dobrze, że stało się inaczej. W przeciwnym razie byłbym dinozaurem, martwym. W tamtej chwili zaś byłem skamieniałym ze strachu szczenięciem bloodhounda.

— Powiedziałeś bloodhound?

— Są też sympatyczniejsze imiona. W średniowieczu nazywano je psami świętego Huberta.

— To musiał być pomysł mamy.

Uzupełniając wiadomości: obiecuję, że opowieść ta jest krwawą sensacją, a nie sagą rodzinną, cieknącą jak krew z nosa. I dodam, że matka Laury była specjalistką od średniowiecznego włoskiego, czyli tak jakby bardziej pokiereszowanej łaciny. Spotkali się z ojcem (który miał wówczas dwadzieścia dwa lata i nie domyślał się, co czeka już za progiem) na zjeździe lingwistów. Biorąc pod uwagę specjalizację ogółu, zlot powinien odbyć się w Rzymie. Ze względu na to, że wszyscy jego uczestnicy posiadali jedynie paszporty uprawniające do przekraczania bratnich krajów socjalistycznych, wylądowali w Jugosławii. Tata i mama zmajstrowali Laurę w Dubrowniku. Później musieli przeprowadzić się do dużego miasta, gdzie jedyny kontakt z łaciną zapewniała buntująca się przeciwko swoim klasykom klasa robotnicza. Etc., etc. Gdzieś po jedenastej et cetera granice i paszporty Wschód — Zachód przestały mieć aż takie znaczenie. Matka Laury wyjechała do Florencji na naukowy kontrakt, ojciec dochrapał się pilśniowej katedry na uniwersytecie, a sama Laura dorosła i uznała, że dzielenie życia pomiędzy dwa domy to za wiele, więc wyjechała do stolicy i wynajęła mieszkanko w zaułku, gdzie co i rusz natykała się na krzywą, ale spopularyzowaną łacinę.

— Tu jest niebezpiecznie. Będziesz miała tego psa!

— Powiedziałeś „Hubert”?

— Albrecht, Albrecht powiedziałem. To był pierwszy miot bardzo rasowej suki, więc wszystkie szczeniaki dostały imiona na pierwszą literę alfabetu.

— Albrecht, pies świętego Huberta? Bloodhound? — Błysnęło mi w szczenięcej (bo nie małej) głowie, jak w rodzącej się galaktyce. Ja? Przecież ja jestem łagodny. Od urodzenia, cokolwiek to znaczy.

— Bloodhound, pies szukający zaginionych dzieci, tropiący kryminalistów i zbiegłych niewolników — wyczytała Laura w encyklopedii. — Do jakiej grupy mnie zaliczyliście? A co ty na to powiesz, Al?

Spojrzałem w jej czarne, przepastne oczy i zemdlałem. Miałem sześć tygodni i już byłem zakochany na zabój. Ja, Al. Minęło prawie siedemdziesiąt miesięcy od tamtej chwili, a mnie zamarza zad, bo Laura właśnie wypłasza z naszego M kolejnego niewydarzonego kochanka. Oparłem pomarszczoną kufę na łapach i westchnąłem, szykując się do… wiosny.

Dobiegł ostatni okrzyk i napięcie opadło. Nie minęła chwila, kiedy Laura otworzyła przeszklone drzwi i zaprosiła mnie do mojego własnego domu.

— Ani mi się waż poruszyć ogonem — anatomia Laury miała jedną ciekawą rzecz (no, wiele ciekawych rzeczy, kiedy się ją panoramowało): jeden profil był harmonijny jak u modelki, drugi był profilem złośnicy. Zgadnijcie, który miałem teraz przed pyskiem? Awers czy rewers mojego skarbu? Podkuliłem, co miałem podkulić, ale…
— „Chcę, aby mój mężczyzna był jak mój pies” — zacytowałem jej wypowiedź Gerii Halliwell „Ginger” Spice, właścicielki shi tzu (sic!) o imieniu Harry. Zignorowała mnie. Niektóre kobiety są z Wenus, a psy z Syriusza. Nasze gniazdko wyglądało, jakby przeszedł przez nie umiarkowany huragan. W kącie leżała drewniana figurka Buddy, która w mniej burzliwych czasach zdobiła biurko. W ekumenicznym geście powąchałem ją. Był to równocześnie gest ambiwalentny, bowiem to Budda powiedział, że „ci którzy mają na sumieniu podłe czyny, odradzają się w sferze zwierząt lub w jednej ze sfer piekła”. Nie zgadzałem się z nim ani nawet z jego koniem, który tak ukochał swego pana, że serce mu pękło, kiedy tamten oddał się pokutnemu życiu.

— Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty mojego życia — powiedziała Laura, co było banalne nawet na nią, a przecież zawodowo zajmowała się banałem, wartościowaniem banału. Liczyłem na to, że od razu pójdziemy do łóżka, ale ona usiadła przy komputerze i zajęła się sprawami Firmy. Z jej fascynacji buddyzmem pozostały: płyta zespołu Nirvana, paczka wegetariańskiego żarcia dla psów z internetowego sklepu, no i ta figurka. Nie wiem, kiedy się połapała, że tak w ogóle to nie chce osiągnąć oświecenia, bo wtedy to życie okaże się jej życiem ostatnim. A kto by tak chciał? Wy? Ja nie. Tak jak wcześniej pragnieniem jej serca były wyrzeczenia, tak teraz przyjemności. Przyjemności jej i innych, dodajmy tonem usprawiedliwienia. Laura postanowiła „wiązać powietrze w węzły” i założyła małą agencję public relations. Dobrze jej szło: potrafiłaby obdarzyć charyzmą i osobowością nawet zwój konopnego sznurka. Z pierwszych pieniędzy kupiła perfumy Guerlaina „Samsara”, równie bogate i pyszne, co zgubne, bo niosące posmak nieustannego życia. W różnych wcieleniach, postaciach, miejscach. Nie było źle — ona wciąż była Laurą, a ja jej psem, ale mogliśmy się wyprowadzić z podłej dzielnicy do nowo zbudowanych bloków, z jednej strony otwierających się na stację metra, z drugiej na las, którego koniec niknął w głębokim cieniu. Jasne, były jeszcze korytarze powietrzne nad głowami, a domy przypominały speerowskie blokhauzy, tyle że bez Speera, ale któż by się tym przejmował? Laura się rozwijała, a ja lubiłem świeże powietrze pachnące lasem, łąkami i kadzidłem (tak, obok wyrósł neokoszmarny, przepraszam neoromański, kościół). Jest fajnie. Naszymi sąsiadami są single i młode pary. Mam masę kumpli. Wiadomo: nim dokonają bilansu, lukną na giełdowe wahania i kupią wszystkie nowinki o dzieciach — dla treningu wezmą sobie psa.

Laura przyszła do łóżka. Ja już tam na nią czekałem, bo czyż nie trawiła mnie choroba? Miała nawet swoją łacińską nazwę: morbus amor. Niepokojące, a ukochane objawy: uczucie ściskania w gardle, kołatanie serca, skurcze serca, gwałtowne ślinienie się (zamiast oblewania się potem, co występuje u innych gatunków), drżenie mięśni…

— Posuń się! — Jakże słodko w moich uszach brzmiało warczenie Laury. — Oddawaj poduszkę!

Czyż to nie są wieczorne pogwarki starych, dobrych małżonków? Miała na sobie kusą koszulkę i dochodził od niej mocny zapach miętowej pasty do zębów. A pod nim była woń mojej Laury! Doprowadzała mnie do szału! Próbowałem wcisnąć jej kufę pod pachę. Wiedziała, że zrywa z kawalerem, więc nie wydepilowała tych malutkich włosków, które tak doskonale trzymają intymny aromat.

— Przestań.

Obróciła się do mnie plecami. Przycisnąłem się do niej, kładąc łeb na jaśku i zarzucając łapę na ramię Laury. Była już zbyt śpiąca, aby zaprotestować. Też po chwili odpłynąłem.

Stanąłem nad nią. Za oknem świtało, a ja czułem, że mój pęcherz domaga się gwałtownego opróżnienia. Szybkiego, ale w romantycznej scenerii. Po drugie zależało mi, aby spotkać na patio Tofu. Jego pan był maklerem giełdowym i już od bladego poranka szykował się na parkiet. Pomagała mu w tym nerwicowa bezsenność.

Laura spała, pochrapując cichutko. Twarz miała obróconą lepszym profilem i wyglądała jak Śpiąca Królewna. Pochyliłem się i polizałem jej twarz. Od dołu do góry. Całuśnie. Zerwała się jak oparzona.

— Co ty wyprawiasz?!

Leciutko zaskuczałem.

— Cholera jasna!

— Na spacer!

— Kto kładzie się z psami, ten budzi się z pchłami — zamamrotała. Nie czułem się urażony. Miała prawo do takiej oceny sytuacji. Kołdra zsunęła się, ukazując jej gładką, umięśnioną nogę. Gdyby tylko się nie depilowała, byłaby to doskonała noga charcicy.

— Idź sam. Yyyidź sam — ziewnęła i nakryła głowę poduszką. Ściągnąłem ją. Gdyby była skłonna otworzyć się na mnie i posłuchać, wytłumaczyłbym jej, że ochroniarze wściekają się, kiedy psy hasają same po patio. Każdy z nas aż marzy, aby obesrać tę idealnie utrzymaną, wiecznie zieloną trawę… Yorkom czasem to się udaje. Malutkie, wredne pieseczki. Killery w miniaturze i różowych sweterkach kamuflujących. A gdy tylko bloodhound próbuje swobodnie wybiegać się po patio, to wrzeszczą wszyscy. Ochroniarze, babcie, dzieciaki wywijające orła w piaskownicy… Wrzeszczy Laura: — On nie gryzie!

— Jasne, od razu połyka!

Zatrzymuję się i wyję: o wy, ignoranci, nie wiecie, że bloodhoundy jak inne gończe nie mają instynktu zabijania? Morderstwa pozostawiamy ludziom i terierom. I co? Smycz, kaganiec, buda. Ta buda to licentia poetica, ale wszystko inne…

— Zaraz się zleję, Lauro, na twój beżowy dywan. Wstała. Popatrzyłem na nią i zrozumiałem, dlaczego księżniczki w zapiskach bajkopisarzy najczęściej śpią. Przebudzone wyglądają jak matki Grendela.

— Albrecht!

— Hau?

— Idź. Nie sikaj na trawnik. A jeśli już, to dyskretnie.

— Wow!

Wypuściła mnie na korytarz naszego bloku-molocha, a później, cholera jasna, zaspana, zatrzasnęła drzwi. Nieważne, poleciałem szukać ulgi.

Tofu już był na spacerze. Makler wypuścił go za bramkę, żeby pobiegł na pole (nasz supernowoczesny blok wybudowano pośród pól i… skowronków) i zrobił swoje. Podciąłem ciecia, który pakował się na patio z kompletem plastikowych wiader, i ujadając, pognałem za Tofikiem. Brzmi po gejowsku? Po pierwsze psy są biseksualne, po drugie ja tak do niego tylko w myślach.

— Ej, Wielki Kinol, poczekaj! — zaszczekałem, choć w ogóle się nie ruszał. Trwał z udręczoną miną. Proszę, młodszy ode mnie o rok, a tu problemy z prostatą.

Zdziwiłem się, że od razu nie odszczeknął. Gorzej: tylko popatrzył na mnie tymi swoimi smutnymi oczami basset hounda.

— Co jest? — Zatrzymałem się przy nim, kurtuazyjnie wwąchując się w jego wymęczone siuśki. Żal mi było lać przy nim prężnym strumieniem, więc sam się trochę stopowałem, ćwicząc Bóg wie jakie mięśnie, bo mięśnie Kegla mają chyba tylko suki.

— Al, podaj mi piątkę najbardziej inteligentnych psich ras.

— Tak od rana? Bez kawy, bez buzi? Bloodhoundy i…

— Nie ma na niej bloodhoundów.

— Jak to nie ma? Możemy być jeszcze sklasyfikowane jako psy świętego Huberta.

— Najinteligentniejsi: border collie, owczarek niemiecki, golden retriver, doberman, pinczer.

— A skąd w ogóle jest ta lista?

— Jak wszystko teraz, z internetu.

— Narzędzie Szatana.

Nie rozśmieszyłem go, ale czy w ogóle jest ktoś, kto potrafi rozśmieszyć basseta?

— Piątka psów najmniej rozgarniętych. Z internetu. Zgaduj, kurwa — był w tych ostrych słowach ból.

— A bo ja wiem. — Nie chciałem być stronniczy, ale w końcu każdy ma swoje sympatie i antypatie. Naraz zalałem się zimnym potem. — Ale chyba nie psy świętego Huberta? — W końcu kształtująca historię tradycja chrześcijańska, no i konkordat, do czegoś zobowiązuje, nawet w sieci.

— Shi tzu.

— Ksenofobiczna ocena.

— Mastiffy.

— Mięśniaki.

— Chow-chowy.

— Niemowy. I ten granatowy język. Nie mogą się odszczeknąć.

— Beagle.

— Nie lubię. Może i coś jest na rzeczy…

— Basset houndy.

— Nie!

— Nie musisz mnie pocieszać tylko dlatego, że jesteś moim kumplem. Al, czy ty uważasz, że ja rzeczywiście jestem głupi?

— Nie. Nikt nie jest doskonały, ale żeby od razu głupi…

— Co masz na myśli?

— Jaja ciągniesz po ziemi.

— Co? Po prostu jesteś zazdrosny o to, że trawa pieści moje jądra.

— Makler cię nie wykastrował?

— A to co jest? — Wypiął się ku mnie, odważnie podnosząc ogon.

— Myślałem, że imitacja. Wiesz, teraz po kastracji wszywają takie kulki, żeby państwo nie czuli, że mają niepełnowartościowe psy.

— I ty, Brutusie?

— Przestań, Kinol. Myślałem, że skoro nie wyszło ci z tamtą suką…

— Wyszło mi. Tylko zmuszono ją do zabiegu.

— To nie była suka beagla?

— Fiona. To była Fiona.

— Jak nie ona, to inna.

— Wiesz, że basset houndy pochodzą od bloodhoundów?

— No, Kinol.

— Właśnie: kinol. Nie zauważyłeś? Kinol, uszy, ogon, pysk tak w ogóle. Reszta skarłowaciała.

Cholera, z pyska był trochę do mnie podobny. Naciągane? Czy ja odszczekuję się Laurze, jak mówi, że jestem podobny do Bogarta?

— A wiesz, dlaczego skarłowaciała? Żeby ludzcy piechurzy mogli za nami nadążyć na polowaniu. Twój pan hrabia woził dupę na koniu i dlatego tylko nie ciągniesz jajami po ziemi.

— To też z internetu?

— Z Wielkiej encyklopedii psów.

Cholera, tego już nie da się tak łatwo zignorować. Na granicy kruszonego betonu i ostro podwiędniętej trawy stał Makler i nerwowo zerkał na zegarek. Naraz obok pojawiła się Laura, od stóp do głów zakryta ubraniami, w czapce z daszkiem, spod którego ledwo było widać koniec nosa i okulary słoneczne. Myślałby kto, że słońce od razu ją zabije (była mgła), ma kaca giganta albo rozpoznają w niej mleczną siostrę Moniki Bellucci. Doprawdy, to dla tej kobiety wymyślono czador.

— Wracamy? — uprzejmie zapytałem Tofika.

— E tam. — Obrócił się ogonem do Maklera i jak rakieta z opóźnionym zapłonem ruszył przed siebie. Dogoniłem go.

Przewracał się właśnie na błotnistej ziemi, szczekając entuzjastycznie: — Uwielbiam zapach zająca w wilgotne poranki! Był moim najlepszym kumplem, co nie przeszkadzało mi po cichu posądzać go o cyklofrenię.

— A wracając do sprawy…

— Nie martw się, Tofik.

— Och nie, nie. Chodzi o zupełnie inną sprawę. Kojarzysz Sybille?

— Tę rudą cockerkę?

— No. Kradnie w naszym blokowym spożywczaku. Pogadałbyś z nią. Masz autorytet. Przez nią za chwilę w ogóle przestaną wpuszczać psy do środka. A sam wiesz, jak jest, zima idzie. Nikt nie lubi sobie odmrażać tyłka, gdy duzi robią zakupy. A kiedy wyskakiwali tylko po fajki, można było załapać dodatkowy spacer.

— Mnie i tak nikt nigdy nie wpuścił do tego sklepu.

— Dobra, wszystko przez to, że jesteś taki duuuży. Ale są mniejsi i najmniejsi, ci też są. Nie bądź takim książowskim sobkiem, arystokratycznym bufonem. Nie myśl tylko o sobie… No, Habsburska Wargo.

— Co powiedziałeś? Tam na końcu?

Nabrał wody w kufę. W sumie to nie wiedziałem, czy mam się obrazić. Niby sypał mi piaskiem oszczerstw w oczy, ale z drugiej strony pił do mojego nie byle jakiego pochodzenia… Jestem trochę snobem. Gdyby się wydało, że jedna z prababek miała romans z fila brasileiro… Umarłbym. Troszeczkę bym umarł.

— Al? Sybille cię szanuje. Proszęęę…

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com