Strefa lęku - Piotr Sikorski - ebook
Wydawca: RW2010 Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 112 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Strefa lęku - Piotr Sikorski

By zapanować nad naszą wewnętrzną strefą lęku, musimy najpierw ją nazwać, zdefiniować jej przyczyny, a potem stanąć twarzą w twarz z naszymi największymi koszmarami. Bohaterowie zbioru opowiadań „Strefa lęku” wpadli w sidła strachu. Czy zdołali się z nich wydostać? Strach jest częścią naszego życia, towarzyszy nam od dzieciństwa. Czy można przed nim uciec? A może lepiej nauczyć się go kontrolować?

Autor dotyka problemu strachu, negatywnych emocji z nim związanych, działań, które podejmujemy pod jego wpływem. Prezentujemy pięć opowiadań. W każdym z nich strach ma inną twarz. Lęk przed niewyjaśnioną zbrodnią z przeszłości, która położyła się cieniem na losach młodej kobiety; strach polityka, który mimo wygranych wyborów zmuszony jest do ucieczki przed rozwścieczonym tłumem; obawa pomieszana z tęsknotą, która każe brnąć przez mrok i śnieg, by ocalić resztki szczęścia; lęk o własne życie, gdy nagle stajemy się świadkami przestępstwa; strach będący innym obliczem samotności, gdy człowiek nie wie, czy to, co mu się przydarzyło, działo się naprawdę, czy był to tylko straszny sen. Bo strach jest przebiegły i dopada nas także podczas snu. A jeśli krwawy koszmar powtórzy się na jawie...?

[color=#000000]Z recenzji:[/color]

[color=#000000]Nie spodziewałam się aż tak znakomitych opowiadań. W zbiorze nie ma elementów charakterystycznych dla opowieści grozy – zagrożenia i lęki są jak najbardziej realne. Jednak Autor potrafił kunsztownie i bez nachalnych efektów zbudować nastrój, z jakim zetknęłam się w prozie Grabińskiego czy Lovecrafta. Polecam szczerze i bez wahania![/color]

[color=#000000]Alicja Minicka [/color]

Opinie o ebooku Strefa lęku - Piotr Sikorski

Fragment ebooka Strefa lęku - Piotr Sikorski




PIOTR SIKORSKI

STREFA LĘKU

 

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2013

Redakcja Joanna Ślużyńska

Korekta Natalia Szczepkowska

Redakcja techniczna zespół RW2010

Copyright © Piotr Sikorski 2013

www.piotrsikorski.eu

Okładka copyright © Mateo 2013

Copyright © for the Polish edition by RW2010, 2013

e-wydanie I

 

ISBN 978-83-63598-53-2

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe jest tylko za zgodą wydawcy.

 

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

 

Dział handlowy: marketing@rw2010.pl

Zapraszamy do naszego serwisu: www.rw2010.pl


Bliźniacze nacięcia

W korytarzu, obok starego lustra sięgającego samej ziemi, a pamięcią w odległą przeszłość szczęśliwego dzieciństwa jedynej lokatorki domu, stała sporych rozmiarów walizka, a na niej leżał wysłużony plecak. Lustro miało swoje szklane blizny, więc nie wszyscy wyglądali w nim tak, jakby chcieli.

Aniela stała przy oknie, zastanawiając się po raz kolejny, czy jest gotowa na ten krok. Z komody wzięła do ręki fotografię oprawioną w złocone ramki. W całym domu, który odziedziczyła po babce, aż roiło się od antycznych bibelotów. Aniela chciała odciąć się od przeszłości, próbowała nawet wietrzyć dom, ale nie przyniosło to znaczącej poprawy. We wszystkich kątach, na sofie, w kuchni, wszędzie, z każdej szpary zdawał się wyłazić osobliwy zapach staruszki. A do tego ten okropny zwyczaj, by zwłoki zabierano z domu dopiero po całonocnych modlitwach najbliższych. Spędziła noc w towarzystwie zimnego ciała kruchej staruszki i zaledwie dwóch wiekowych sąsiadek. Teraz była sama. Nie miała już najbliższych. Nie wiedziała nawet, czy ma dalszych krewnych.

Ponownie spojrzała na zdjęcie siostry i od razu wróciły wspomnienia. Tych pogodnych, naznaczonych śmiechem, było niewiele i coraz bardziej się zamazywały. Siostra miała niespełna pięć lat, gdy zaginęła bez śladu. Policja była bezradna i nie pomogło nawet sprowadzenie dwóch funkcjonariuszy z Gdańska. Oni także, mimo większego doświadczenia w takich sprawach, niewiele mogli poradzić. Śledztwo po kilku miesiącach zamknięto i sprawa trafiła do segregatora z innymi niewyjaśnionymi przestępstwami. Bo to było przestępstwo. Gdyby zaginęła tylko jedna z sióstr, wszyscy snuliby przypuszczenia. Może zabłądziła w lasach otaczających Radunię, może wpadła do jeziora i porwał ją zdradliwy wir? Ale stało się inaczej. Oprawca zostawił zbyt wiele śladów, by ich nie dostrzec. Nie była to odosobniona tragedia. W tamtym czasie zdarzyło się kilka podobnych zaginięć; chociażby głośna sprawa rudej sześciolatki z Borucina.

Jednak pomimo śladów krwi i znalezienia tajemniczej walizki w ogrodzie za domem, pięcioletnia Bożenka przepadła, jak kamień w wodę. Ślad, o ironio, rzeczywiście urywał się nad jeziorem. To tam psy zgubiły trop, a policjant dowodzący akcją bezradnie rozłożył ręce. Do dziś Aniela słyszała echo okrutnego zdania, które beznamiętnie wypowiedział porucznik… jakiś tam. Nieważne. „Przykro mi, ale wygląda na to, że porywacz jest od nas sprytniejszy”. Nazwisko uleciało jej z pamięci; sama była wtedy jeszcze dzieckiem i przerażonymi oczami dziesięciolatki obserwowała przebieg zdarzeń, odnosząc wrażenie, że w jej głowie odgrywa się przerażający film, a ona w żaden sposób nie potrafi znaleźć drogi ucieczki. Wciąż prześladowały ją zamazane, dziwne wspomnienia. Jakby tam była. Na łodzi, z siostrą. A później zeskakuje na drewniany pomost z żółtymi barierkami i… i film się urywa. Nic więcej nie pamiętała, ani wtedy, gdy policja ją przesłuchiwała, ani teraz. Nazajutrz rano, dzień po porwaniu, rybacy znaleźli ją na brzegu, całą przemoczoną, podrapaną, i ze świeżą raną na boku. Ślad po nacięciu został i wciąż przypominał tamte wydarzenia.

Aniela podsunęła fotografię bliżej okna, by na zdjęcie padało więcej światła. Bożenka na zdjęciu bawi się w ogrodzie. Stoi przy huśtawce zawieszonej na gałęzi starego wiązu. Dziś wszystko postarzało się o piętnaście lat, ale wciąż przypominało Anieli tamte wydarzenia. Bożenka była taka urocza. Lalka. Wszyscy ją uwielbiali. Aniela nie była taka urodziwa. Fioletowy ślad na jej twarzy ciągnął się od czoła, wypełzając spod rudych włosów jak wąż, i sięgał aż do samej szyi. Meandry tej maszkary wiły się po policzku, i nawet rozpuszczanymi włosami nie dało się zasłonić okrutnej pieczęci złośliwego losu. „Dziewczyna ze skazą, blizną, co jeszcze?” – pomyślała ze smutkiem o swoim trudnym losie i braku mężczyzny, który by ją chronił i czasem… pieścił.

Nim odłożyła zdjęcie na miejsce, Aniela potarła palcami drobną postać swojej siostry; kilka minut później pod dom zajechała zamówiona wcześniej taksówka. Dziewczyna podniosła walizkę, której ciężar boleśnie szarpnął jej ramieniem. Zapomniała, że spakowała rzeczy na długi wyjazd. Bardzo długi. Prawdę powiedziawszy, nie wiedziała, czy kiedykolwiek będzie w stanie tu wrócić. Zanim zamknęła drzwi, spojrzała raz jeszcze na znajome meble, kilka zdjęć i porozrzucane gazety. Chciała zamknąć za sobą nie tylko drzwi, ale także trudny okres życia, pełen bólu, strat i poświęcenia. Najpierw siostra, ojciec, później matka, którą pokonała zgryzota, a teraz staruszka. Jedyne ogniwo łączące ją z przeszłością. Przez ostatnie lata bardzo marudne ogniwo. Staruszka miała swoje fanaberie, zaś Aniela z anielską wręcz cierpliwością je znosiła. Również wrzaski i wyzwiska, a w końcu zupełną obcość osoby, która tracąc pamięć, nie rozpoznawała już swojej cierpliwej opiekunki.

 

Niewielki statek Józefa kursował z jednego końca jeziora na drugi, mijając po drodze Bramę Kaszubską. Właściciel łajby był po prostu Józefem; nikt nie zadawał sobie trudu, by pamiętać jego nazwisko. Jezoro Reduńsczé Dólné, jak mawiał stary Kaszub, było jego domem. Większą część roku spędzał na wodzie, po każdym sezonie nakładając na swoją ukochaną łódź kolejną warstwę farby i odnawiając napis Wieżyca na jej prawym boku. Ludzie chętnie korzystali z jego usług, choć w ostatnim czasie coraz więcej, zwłaszcza młodych, przesiadało się do własnych samochodów. Józef jednak pozostał na jeziorze i pewnie tylko śmierć była w stanie przerwać jego wieloletnią służbę.

Aniela przeniosła z samochodu swoje bagaże i zajęła miejsce przy lewej burcie łodzi, skąd rozciągał się dobry widok na porośnięte lasami wzgórza. Zanim jednak odbili od brzegu pogoda zaczęła się zmieniać, i okolica tonęła powoli we mgle.

 

Łódź przebijała się przez gęstą zasłonę, która zdawała się wisieć w tych okolicach od zawsze. Cypel, na którym Aniela zamierzała wysiąść, był oddalony zaledwie o godzinę rejsu. Z morenowych wzgórz zsunął się w stronę jeziora zimny wiatr i dziewczyna na całym ciele poczuła nieprzyjemne dreszcze. Nie tylko z powodu pogody – była przecież późna jesień, więc czego miała się spodziewać. Nie. Istniał inny powód. Odnosiła wrażenie, że to wszystko już się kiedyś działo. Nagle ten krótki rejs, mgła i drzewa zwisające ze wzgórz, jakby chciały zajrzeć w otchłań czarnej wody – wszystko to zaczęło wyciągać z najdalszych zakamarków jej pamięci podobne wydarzenie, zatarte, niewyraźne. To mgliste wspomnienie budziło w niej nieokreślony lęk. Gdy po trudnych przeżyciach ostatnich tygodni, naznaczonych oczekiwaniem i powolną agonią niemal dziewięćdziesięcioletniej kobiety, jej ostatniej krewnej, znalazła pod drzwiami reklamę pensjonatu położonego w odległej części jeziora, pomyślała, że to dobry moment na zmiany. Tkwiła dotąd w martwym punkcie bolesnych wspomnień, sennych koszmarów i uzależnienia od zrzędliwej staruszki. Trudno się jednak dziwić, że stara narzekała; była niedołężna i doświadczyła w swoim długim życiu tylu dotkliwych strat. Mąż, dziadek Anieli, poległ na wojnie w jakiejś zapomnianej norweskiej wiosce. Jej córka nie wytrzymała napięcia i stresu. Po stracie młodszego dziecka, Bożenki, popadła w depresję i kolejnych kilka lat do przedwczesnej śmierci spędziła w zamkniętym ośrodku. Zięć, ojciec Anieli, gdzieś się ulotnił niedługo po tym, jak pogodzili się ze stratą uwielbianej Bożenki. Pogodzili? Nie, to była tylko gra. Z tym nie można się było pogodzić. Ciała dziewczynki nigdy nie odnaleziono, a tajemnicze nacięcie na brzuchu Anieli wciąż przypominało niewyjaśnioną tragedię.

Zza kępy krzewów zaczął się wyłaniać cel podróży. Mgła gęstniała z każdą chwilą, więc w miarę przybliżania się do przystani na cyplu, kapitan co kilka minut sygnalizował ich obecność na jeziorze. Dźwięk syreny rozchodził się na wszystkie strony jak ryk wielkiego, morskiego stworzenia z głębin granatowoczarnych wód.

Niewielka grupa pasażerów zeszła na pomost, którego poręcze rozpaczliwie wołały o świeżą warstwę żółtej farby. Pensjonat znajdował się na uboczu i dawno już zagubił urodę sprzed lat; w każdym razie nie przypominał ładnego budynku z reklamowej ulotki podrzuconej przed jej dom.

Aniela, odkąd zeszła na ląd, miała dziwne przeczucia. Nie opuszczało ją natrętne przypuszczenie, że nie znalazła się w tym miejscu po raz pierwszy. Zaczęła się zastanawiać, czy przybyła tu z własnej woli, czy może ktoś, lub coś, kierowało podstępnie jej życiem.

Nad lasem wisiała tajemnicza atmosfera strachu. Nieliczni mieszkańcy osiedla, którego drewniane domki rozciągały się od wybrzeża aż po sosnowe drzewa na wzgórzach, mijali się w milczeniu, czasem tylko wymieniając krótkie pozdrowienia, lub szepcząc coś w nerwowym pośpiechu.

Aniela z trudem zataszczyła ciężką walizę do pensjonatu, mimo chłodu na jej bluzce pod pachami pojawiły się ciemne plamy potu. Właścicielka wyjeżdżała na rok do Stanów, potrzebowała więc kogoś do prowadzenia hotelu i po ich wcześniejszej rozmowie telefonicznej zgodziła się powierzyć swój interes Anieli. W drzwiach stanęła wysoka, szczupła blondynka wyglądająca na młodszą niż była w rzeczywistości. Wygląd sugerował najlepsze lata przed czterdziestką, a tak naprawdę zbliżała się do pięćdziesiątki. Uśmiechnęła się na widok Anieli.

– Witam! – odezwała się pierwsza.

– Dzień dobry – odpowiedziała Aniela, spoglądając na kobietę i obejście.

– Jest pani bardzo punktualna. Czternasta trzydzieści. – Spojrzała na zegarek. – Tak jak się umawiałyśmy.

– Józefowa łódź jest bardzo punktualna – odparła Aniela, odwzajemniając uśmiech właścicielki.

Pokój, który otrzymała dla siebie, był bardzo schludnie urządzony; w rogu stało dość duże łóżko, do tego szafa na ubrania i biurko. Całości dopełniały fotel i stojąca przy nim lampa. Z okna rozciągał się widok na jezioro, teraz pogrążające się w szarym zmierzchu, szybko zapadającym o tej porze roku. Miała też dla siebie łazienkę, w której zdążyła poukładać wszystkie przywiezione kosmetyki, zanim właścicielka pensjonatu „Przystań”, Teresa Formela, zawołała ją z dołu na kolację.

 

W Borowej Hucie był tylko jeden sklep, dość niedbale urządzony na parterze domu zbudowanego z białych pustaków. Rozmowa podsłuchana między regałami podczas pierwszych zakupów sprawiła, że Aniela pośpiesznie opuściła sklep z jedną tylko paczką chipsów ziemniaczanych. Usłyszane słowa szły za nią aż do pensjonatu, pobrzmiewając w głowie smutnymi wspomnieniami.

– To dzieję się znowu – szeptała jedna ze starszych kobiet, nachylając się przy tym do swojej rozmówczyni, która wydała z siebie tylko westchnienie, pełne przerażenia i bolesnych skojarzeń. – Tak. On wrócił – kontynuowała. – Widziałam córkę lekarza. Dziewczyna wyrwała się z rąk oprawcy. Tak jak kiedyś jedna z tych porwanych sióstr. Niebawem we wsi znów pojawi się policja.

– Znów giną dzieci! – syknęła przez zęby jej znajoma.

– Miejmy nadzieję, że tym razem złapią bydlaka! – dodała druga z kobiet zaraz po tym, jak nieco opanowała drżenie, chwytając się za regał wypełniony paczkami z makaronem.

Aniela, zanim jeszcze podeszła do lady z kasą, odruchowo przyłożyła rękę do boku, na którym nosiła ślad z dzieciństwa.

– Znowu nacina swoje ofiary, po czym niektóre wypuszcza. A może same mu uciekają? – ciągnęła ta z kobiet, która wydawała się bardziej zorientowana.

– Policja już węszy wokół domu leśniczego Skierki. Widziałam, jak dwa samochody jechały w głąb lasu.

– Zawsze podejrzewałam go o najgorsze. To straszny dziwak. Mieszka sam w lesie. Słyszałam, że dom się zupełnie rozsypuje. No i okropny z niego odludek; z nikim nie utrzymuje kontaktów, czasem tylko zajrzy do sklepu.

– Święta Panienko!

Aniela nie miała siły słuchać dalszej rozmowy przerażonych mieszkanek wioski. Wybiegła ze sklepu, nie czekając nawet na wydanie reszty. Sprzedawca zsunął z nosa grube okulary i odprowadził ją zdziwionym spojrzeniem.

Osada z dnia na dzień wydawała się coraz bardziej wyludniać. Mieszkańcy nie wypuszczali z domów swoich dzieci, a i sami wychodzili tylko z konieczności. Życie toczyło się w zamkniętych domach, gdzie rodzice pilnie strzegli swoich dzieci.

 

Zapadł wieczór, zimny i mglisty, jak większość wieczorów w tej ponurej okolicy. Późną jesienią było tu szaro i mroczno. Letnicy opuścili domki przed kilkoma tygodniami i teraz rządził tu wiatr, wilgotny i smutny. Aniela przebywała na cyplu od tygodnia. Chciała uciec od bolesnych wspomnień, a tymczasem koszmar dopadł ją znowu, z jeszcze większą siłą. Nad jeziorem doszło do kolejnej zbrodni. Mieszkańcami niewielkiej osady wstrząsnęło brutalne porwanie córki właścicieli sklepu. Wszyscy obawiali się najgorszego.

Minęło kilka kolejnych dni, w czasie których po wsi wałęsały się głównie znudzone psy. Jesień ustąpiła zimie; gruba pokrywa śniegu przykryła całą okolicę białym całunem. Policja w sprawie porwań nie miała nic konkretnego do powiedzenia. Przeczesali domy, stodoły i oddalone od zabudowań ubojnie. Na przetrzymywanie porwanych ofiar doskonale nadawała się schowana w lesie leśniczówka, ale i tam niczego nie znaleziono.

Aniela obserwowała wydarzenia z rosnącym napięciem. Pensjonat był pusty, goście zapowiedzieli się dopiero na święta. Wróciła właśnie ze sklepu, taszcząc pod pachą wypchaną po brzegi papierową torbę. Upewniła się, czy przekręciła klucz w zamku, zasłoniła okna, stanęła przed lustrem i po chwili zrzuciła z siebie ubranie. Stała naga w słabym świetle lampy, większość światła której skutecznie pochłaniał rozłożysty, staromodny klosz. Nawet w półmroku dobrze widziała blizny po nacięciach. Były teraz większe, jakby przez te lata rosły razem z nią, nie dając dziewczynie zapomnieć o brudnych, szorstkich łapach oprawcy.

Milczała przed piętnastu laty. Wówczas nie wiedziała, czy to, co działo się w jej głowie, to realne wspomnienia, czy jakieś senne majaki. Była przerażona i do dziś nosiła w sobie tamtą tajemnicę. To przecież nie mógł być on, choć wyraźnie czuła wtedy znajomy zapach swojego wuja Antoniego, brata matki; dobrze znała nieprzyjemną mieszankę szorstkości, potu i zapachu ryb. Jednak wówczas musiało się jej tylko wydawać. Strach ją paraliżował i nie potrafiła nawet wyjaśnić, w jaki sposób się wtedy uwolniła i znalazła na brzegu. Nie było przy niej siostry i wciąż się za to obwiniała. Mimo że nie była w stanie powiedzieć, co tak naprawdę się wówczas wydarzyło na plaży. To działo się tak dawno temu. „Bożenka miałaby dziś dwadzieścia lat. Bożena…” – pomyślała ze smutkiem. A jeśli ona gdzieś żyje i dźwiga na sobie piętno wspomnień? A może… Nie! To niemożliwe. Przecież takie rzeczy zdarzają się tylko w telewizji, albo gdzieś bardzo daleko.

 

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.