Stracony - Teresa Jadwiga Papi - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 187 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stracony - Teresa Jadwiga Papi

Powieść obyczajowa dla młodzieży. Teresa Jadwiga Papi (1843–1906), pisząca pod pseudonimami Teresa Jadwiga, Teresa Gałęzowska, była polską powieściopisarką i nowelistką. Od 1868 roku prowadziła założoną przez siebie tajną szkółkę, a następnie pensję żeńską wraz z J. Herman-Iżycką. Działała na rzecz Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Organizowała pomoc dla więzionych w Cytadeli socjalistów. Współpracowała z „Przyjacielem Dzieci” i „Światem”, „Wieczorami Rodzinnymi”, „Moim Pisemkiem” i in. Pisała przede wszystkim powieści i nowele dla młodzieży, głównie dla dziewcząt. Wśród nich znalazły się utwory o tematyce współczesnej, obyczajowej: „Chwile rozrywki” (1876), „Ze świata rzeczywistości i świata fantazji” (1880), „Szlachetne marzenia” (1883), „Z różnych sfer” (1888), powieści biograficzne: „Klementyna” (1904) – o K. z Tańskich Hoffmanowej, „Gabriela” (1906) – o N. Żmichowskiej, a także ok. 30 powieści historycznych oraz cykl zbeletryzowanych dziejów Polski („Obrazki zżycia znakomitych Polaków i Polek”, 1899). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Stracony - Teresa Jadwiga Papi

Fragment ebooka Stracony - Teresa Jadwiga Papi





Spis treści

  1. Motto
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. Kolofon

Każdy kąt, w który oko niebios wziera,

mądremu portem i szczęsną przystanią

Szekspir



ROZDZIAŁ I

Statek dobił do przystani, rzucał kłęby pary i dymu, huczał, zdawał się czegoś gniewać. Po pokładzie biegali majtkowie, naciągali sznury, jednym słowem, gotowali się do podróży. Do kasy tłoczyli się ludzie różnego wieku i stanu: kmiecie w grubych siermięgach, mieszczanie, wykwintni panowie, starzy i młodzi, kobiety i dzieci; każdy usiłował stanąć pierwszy przy okienku, gdzie chudy i łysy kasjer powoli podawał bilety, dziwiąc się w duszy, że się tak ludzie tłoczą i gorączkują, kiedy mają jeszcze cały kwadrans czasu do odejścia statku.

Nad brzegiem przystani stało mnóstwo pojazdów, bryczek i wózków kmiecych; szli też i piesi z węzełkami na plecach. Koło powozów uwijali się posługacze, chwytając kufry, kosze i tłumoki podróżnych, po czym, zarzuciwszy je na plecy, śpieszyli z ciężarem na pokład. Nie brakło też i ciekawych, którzy, stojąc nad rzeką, patrzyli obojętnie na tłoczących się do statku, a za każdym turkotem powozu zwracali zaraz spojrzenia ku gościńcowi, by zobaczyć, który z możnych panów, im znanych, wybiera się w podróż.

– Fabrykant z Jeżówki przyjechał – odezwał się naraz głos spośród tej gromadki.

Właśnie u przystani zatrzymał się piękny powóz ciągnięty przez dwa rącze rumaki, które parskając głośno, biły kopytami ziemię i szarpały wodze, jakimi woźnica w biegu je poskromił. Dwóch posługaczy ze statku skoczyło natychmiast do drzwiczek powozu; jeden schwycił za klamkę, drugi sięgnął po tłumoczki, leżące na przednim siedzeniu. Z powozu wysiadł mężczyzna wysoki, szczupły, brunet o czarnych oczach, smagłej twarzy, za nim wykwintnie ubrana w suknię jedwabną kobieta, która podała rękę wyskakującemu z powozu chłopczykowi mogącemu liczyć najwyżej lat dziesięć. Chłopiec miał rumianą, okrągłą twarzyczkę, oczy czarne, pełne życia i ciekawości.

Byli to państwo Jeżewscy, właściciele pięknego majątku w Płockiem i wielkiej przędzalni, którą na własnej ziemi zbudował pan Jeżewski, mówiąc do sąsiadów, że ponieważ teraz rola często zawodzi, więc zbuduje fabrykę, aby nie potrzebował lękać się zbytecznie lat nieurodzaju.

Państwo Jeżewscy używali w okolicy dobrej opinii, jako ludzie zacni i rozumni, a przede wszystkim chwalono pana Jeżewskiego za rozsądne postępowanie z synem. Jedynak, śliczny jak malowanie Kazio nie należał do rozpieszczonych dzieci: dziesięć lat liczył dopiero, a już jechał do Warszawy po to, aby zdać egzamin do szkoły, gdyż pan Jeżewski lękał się, aby w domu nie nawykł zbytecznie do wygód, matka bowiem psuła nieco jedynaka.

Gdy państwo Jeżewscy zbliżyli się do mostu, prowadzącego na pokład, Kazio zatrzymał się, na jasną jego twarzyczkę wystąpił wyraz zdziwienia; pociągnął matkę za suknię i wskazawszy na tłoczących się kmieci, zapytał:

– Czy wszyscy ci ludzie pojadą z nami?

– Zapewne – odparła pani Jeżewska – lecz bądź spokojny, razem nie pojedziemy.

W tej samej chwili mąż zwrócił się do niej.

– Pójdę kupić bilety i rzeczy oddać – rzekł – idź z Kaziem do altany, przyjdę tam do was.

Pani Jeżewska spełniła z ochotą życzenie męża, gdyż na pokładzie robił się coraz większy tłok i poprowadziła syna do tak zwanej altany.

Wewnątrz wzdłuż ścian stały miękkie kanapki, pąsowym aksamitem kryte, a pośrodku był ustawiony stół; na nim leżały pisma periodyczne. Kazio rad, iż z zaduchu i ciżby się uwolnił, począł oglądać drzeworyty w „Tygodniku Ilustrowanym”, lecz wnet sprzykrzyła mu się ta rozrywka; rozejrzawszy się po altanie, spostrzegł, iż przez okna można widzieć pokład statku, nie narażając się jednakże na szturchańce tłoczących się; zapytał więc matkę, która zajęła się czytaniem jednej z gazet, czy może uklęknąć obok niej i oknem wyglądać. Otrzymawszy pozwolenie, począł przypatrywać się z zajęciem podróżnym, skupionym na dolnym pokładzie.

Kobiety, dzieci, starzy i młodzi, kmiecie, rzemieślnicy, Żydzi, wszystko to razem cisnęło się na ławkach otaczających pokład; a kto na ławie nie znalazł miejsca, ten siadł na podłodze. Gwar głośny dobiegał do okien altany. Podróżni jak gdyby znali się wzajemnie, gdyż rozmawiali z sobą z ożywieniem i gestykulowali, co Kazia wielce bawiło. Kmiecie palili fajki, zażywali tabakę, posilali się ogórkami. Ruchliwi byli i weseli. Kilku drzemało. Żydzi przypatrywali się im i przysłuchiwali z wielką powagą; paru siedziało na uboczu i tajemniczo w żargonie rozprawiało o czymś bardzo żywo.

Kazio miał na co patrzeć, toteż czas wyczekiwania, by statek odbił od brzegu, nie dłużył mu się wcale. Zdawało się przy tym chłopcu, że wśród kmieci widzi znajome twarze; przypatrywał się im też pilnie.

Tymczasem pan Jeżewski powrócił z biletami. Już rzeczy oddał, więc usiadł obok żony, przeliczył resztę pieniędzy, schował do pugilaresu i zapaliwszy cygaro, zapytał ją, co czyta. Lecz Kazio nie pozwolił jej odpowiedzieć.

– Mamo, spójrz w to okno, Antek tam stoi – rzekł, obróciwszy się do matki; jednocześnie palcem na pokład wskazywał.

– Czemu nie odkłonisz mu się? Antek grzeczniejszy od ciebie – odparł surowo pan Jeżewski. – Zawsze muszę ci przypominać, że powinieneś być uprzejmym dla naszych robotników, bo oni uczciwie dla nas pracują.

Chłopiec zaczerwienił się, zdjął szybko z głowy kapelusz i ukłonił się uprzejmie Antkowi. Ujęci jego grzecznością kmiecie, starzy i młodzi, znajomi i nieznajomi, nawzajem kłaniać mu się zaczęli.

Wtem statek zakołysał się, zahuczał głośniej, rzucił gęstsze kłęby pary i ruszył z miejsca. To zwróciło uwagę wszystkich w innym kierunku. Zaszumiała Wisła, podniosła srebrny wał w górę, jak gdyby chciała przeszkodzić w odjeździe podróżnym, rzuciła stojącym dalej na pokładzie zimne krople w twarz, jak gdyby straszyć ich chciała. Kmiecie śmiać się głośno poczęli, dzieci rękami wskazywały pieniące się bałwany, matki ciągnęły je za ramiona, by nie wpadły do wody. Kazio nie wiedział, czemu się przypatrywać. Rzeka go zachwycała, kmiecie bawili – od jednych do drugich wzrokiem przebiegał.

Mimo przeszkód stawianych przez rzekę statek posuwał się coraz szybciej, rozbijał śmiało stawiane przed nim wały, syczał i huczał głośno.

– Chodź ze mną na górny pokład, stamtąd lepiej zobaczysz, jak piękna jest Wisła, gdy walczy ze statkiem – odezwał się pan Jeżewski do syna.

Kazio porwał się z kanapki z błyszczącymi oczami.

– Chodźmy, tatusiu – rzekł.

I podał ojcu rękę.

– Czy na pokładzie nie będzie za chłodno dla Kazia? – odezwała się za nimi pani Jeżewska.

– Bądź spokojna, zajrzałem tam przed chwilą – odparł mąż.

Była to siódma rano; upał nie dokuczał jeszcze, a wietrzyk łagodny chłodził czoła. Fale Wisły toczyły się szybko, rozbijane piersiami statku, a w nich igrały ryby, wypływając pod samą powierzchnię, niepomne na rybitwy, co nad nimi krążyły.

Od krzewów, które rosły na brzegach, dolatywał śpiew ptasząt. Od pól, gdzie szumiały złote zboża, biegły pieśni żniwiarzy. Wspaniały krajobraz przedstawiał się oczom Kazia...

Gdy chłopiec napatrzył się do woli na malowniczy krajobraz, pan Jeżewski oprowadził go następnie po całym statku: pokazał mu koło, czyli ster, którym sternik kierował, kajuty, gdzie kilku pasażerów drzemało, niższy pokład, na którym kmiecie jedli właśnie śniadanie. Rozwiązawszy węzełki, rozłożyli na grubych szmatach chleb razowy, ser, ogórki kwaszone i spożywali ze smakiem skromny ten posiłek.

Antek, ujrzawszy pana Jeżewskiego, podszedł doń i z czapką w ręce, do nóg jego się chyląc, ukłonił się grzecznie.

– Dokąd jedziesz? – zapytał go pan Jeżewski.

– Do Warsiawy – odparł. – Tam mieszkają stryje, jeden szewcem ci jest, drugi kowalem; matka kazała mi prosić, aby który rzemiosła swego nauczył młodszego mego brata.

– Czemuż nie oddaje go do przędzalni? – zapytał pan Jeżewski.

Antek się zakłopotał, a uczucie to objawił w ten sposób, iż podrapał się w głowę; po czym zdobył się na szczerość:

– Chłopak woli być szewcem – rzekł nieśmiało.

Uśmiechnął się pan Jeżewski.

– Ha, niechaj idzie za swoim powołaniem – odparł.

Kazio podał Antkowi rękę, lubił go bowiem bardzo. Chłopak był zręczny i uprzejmy, strugał mu często cacka z drzewa: to młynki, to łódki maleńkie.

– Do widzenia – rzekł.

– Do widzenia – odparł Antek.

– A pamiętaj, że masz urlop tylko na tydzień – dodał pan Jeżewski i pociągnął Kazia z powrotem na górny pokład.

Siedli teraz na jednej z ławek i wpatrzyli się w dal.

Wisła płynęła i płynęła bez końca, a płynąc, szumiała, jakby szeptała coś sama do siebie o przeszłości tych miast i wiosek, które się nad nią rozsiadły.

Wtem na schodach wiodących na pokład górny ukazał się chłopiec w wytartym surducie, w butach pokrzywionych; chciał dostać się na górny pokład; tuż za nim szedł człowiek bosy, obdarty, w siermiędze. Już stanęli obaj na najwyższym stopniu, gdy zagrodził im drogę jeden ze służących na statku.

– A wy czego tutaj chcecie? – rzekł – wasze miejsce na dolnym pokładzie.

Ująwszy niegrzecznie chłopca za ramię, pchnął go ku dolnemu pokładowi. Kazio spojrzał zdziwiony.

– Dlaczego on go wypędza? – zapytał ojca.

– Pewno ten chłopiec ma bilet drugiej klasy – odparł pan Jeżewski – to jest pokład pierwszej klasy.

– A czemuż ojciec jego nie kupił mu takiego biletu, jaki my mamy? – zapytał Kazio – tutaj o wiele ładniej niż na dole.

– Ponieważ ładniej, więc nasze bilety drożej kosztują – odparł pan Jeżewski. – Może jego ojciec jest ubogi.

Kazio zamyślił się chwilę nad otrzymaną odpowiedzią, po czym chciał zapytać, czemu to Pan Bóg jednym daje dużo pieniędzy, a drugim mało, lecz spadająca spod obłoków w nurty Wisły rybitwa zwróciła jego uwagę w innym kierunku. Nierozważna rybka wychyliła się nadto z wody, spostrzegł ją drapieżny ptak i pochwycił w swoje szpony. Kazio pogonił wzrokiem za rybitwą, a gdy ją stracił z oczu i znowu rozejrzał się po pokładzie, zobaczył na schodach tego samego chłopca, którego już tam raz widział.

Tym razem zamiast bosego kmiecia szedł za nim mężczyzna biały jak gołąb, o twarzy naznaczonej wielką, czerwoną kresą, która szpeciła mu prawy policzek. Krzaczaste brwi starca i sterczące wąsy nadawały mu wyraz bardzo surowy; w czarnych jego oczach tlił tłumiony gniew.

Dotarłszy do górnego pokładu, ujął idącego przed nim chłopca za rękę, poprowadził do ławki stojącej naprzeciw pana Jeżewskiego i rozsiadł się na niej z dumną miną. Chłopiec tuż obok niego. Pan Jeżewski i Kazio przypatrywali się im ciekawie, starzec i chłopiec – wyzywająco.

Wtem na górnym pokładzie zjawił się znowu posługacz statku; spostrzegł chłopca siedzącego na ławce, uśmiechnął się złośliwie i przystąpił do starszego jego towarzysza.

– Proszę o bilety – rzekł.

Stary dobył pugilares i pokazał dwa bilety drugiej klasy.

– Dla panów jest pokład dolny – rzekł posługacz, obejrzawszy bilety. – Proszę zejść na dół, gdyż pójdę na skargę do kapitana.

– To idź – odparł starzec – nie lękam się twego kapitana; ta wstążeczka zapewni mi jego szacunek – wskazał na swoją pierś.

W pętelce surduta miał w istocie zatkniętą czerwoną wstążeczkę.

Posługacz mruknął coś pod wąsem i oddalił się. Starzec zaś zwrócił spojrzenie na pana Jeżewskiego i rzekł:

– Jestem Różycki, były kapitan; walczyłem za Bułgarów, a raczej za Chrystusa; ranny pod Plewną, tę oto wstążeczkę dostałem.

Pan Jeżewski pochylił przed nim czoło i nazwisko swoje wymienił.

Wtem Kazio porwał się z ławki i zbliżył do Różyckiego z biletem swoim w dłoni.

– Niech pan weźmie mój bilet; ja pójdę z pana chłopczykiem na dół. Tutaj mogą tylko ci siedzieć, którzy mają takie bilety jak my; jeszcze pana wypędzi stąd posługacz.

W czarnych źrenicach kapitana gniew zapalił się ogniem.

– Co?! Mnie wypędzić, mnie, byłego kapitana? – rzekł drżącym głosem. – Smarkaczu jakiś, nie ubliżaj ludziom zasłużonym.

I trzęsąc się cały, zwrócił się do swego chłopca.

– Chodźmy stąd – rzekł przyciszonym głosem.

To powiedziawszy, podążył ku schodom, a za nim chłopiec w wytartej kurtce.

Kazio zmieszany, bliski płaczu, przysunął się do ojca.

– Ja nie chciałem go obrazić – szepnął.

– Wiem, iż mimo woli to uczyniłeś, więc przebaczam ci – odparł pan Jeżewski – niech się nieco uspokoi, pójdziemy go przeprosić.

Kazio usiadł zmartwiony obok ojca i znowu w milczeniu patrzyli w dal, a fale rzeki płynęły równo i spokojnie; słońce przeglądało się w ich zwierciadle, rybitwy nad nimi szybowały.

– Chodźmy do pana Różyckiego – odezwał się po chwili pan Jeżewski.

Mówiąc to, podał synowi rękę i poczęli schodzić razem ku dolnemu pokładowi pełnemu ludzi, gwaru i zaduchu; wieśniacy, posiliwszy się, zawiązywali na powrót węzełki, inni drzemali, gawędzili lub nucili półgłosem.

Rozejrzawszy się uważnie, pan Jeżewski spostrzegł kapitana Różyckiego, który, siedząc na ławie, przypatrywał się w zadumie szerokiej Wiśle; gniew ustąpił już z jego twarzy, cichy smutek malował się w jego oczach.

– Syn mój przyszedł pana przeprosić za nieuważne swoje odezwanie się – rzekł pan Jeżewski, zatrzymawszy się przed starcem. – Proszę mi wierzyć, iż ubliżyć panu nie chciał.

Były kapitan powstał i wyciągnął dłoń do pana Jeżewskiego.

– Wierzę, najzupełniej wierzę – odparł głosem wzruszonym i ścisnął serdecznie podaną sobie rękę, a twarz mu się rozjaśniła. – Za prędko się uniosłem, lecz zdawało mi się, że i pan z pogardą spogląda na mój surdut łatany; zwyczajny grzech u ludzi, których los poniżył: zawsze się im zdaje, iż ktoś chce im ubliżyć...

To powiedziawszy, uśmiechnął się smętnie. Pan Jeżewski uścisnął mu dłoń powtórnie, a kapitan, zwróciwszy się do Kazia, dodał:

– Pamiętaj, paniczu, że honor tych, którzy w łatanych butach chodzą, często jest drażliwszy, niż tych, co pojazdami jeżdżą i bądź z nimi uważniejszy; strzeż się najlżejszą niegrzeczność im sprawić; bo, gdy tamtych rozgniewasz tylko, tych zranisz boleśnie.

Czy Kazio dobrze zrozumiał jego słowa, tego nie mówił, lecz pochylił się do ręki starca i ucałował ją z nieudanym szacunkiem, co rozbroiło ostatecznie kapitana.

– Wstań, Karolu – rzekł do siedzącego obok niego chłopca; a gdy ten spełnił jego rozkaz, rzekł, zwróciwszy się do pana Jeżewskiego – to mój prawnuk; może pan zajmie jego miejsce?

Karol skłonił się z miną zadąsaną i poszedł do balustrady; oparłszy się o poręcz, patrzył na srebrne fale Wisły. Kazio zbliżył się do niego, aby z nim porozmawiać, lecz nie wiedział, jak rozmowę rozpocząć, o co zapytać nieznajomego. Obejście Karola onieśmielało go; ani spojrzał na niego, nie miał widocznie ochoty zawierać z nim znajomości, więc przypatrywał mu się tylko z daleka.

– Czy pan jedzie do Warszawy? – zapytał tymczasem dyrektor przędzalni kapitana, usiadłszy obok niego.

– Do Warszawy – odparł starzec. – Chcę prawnuka umieścić w gimnazjum. W Płocku krewnych nie mam, trzeba by za stancję płacić, a na to mnie nie stać. W Warszawie mieszka moja wnuczka, siostra ojca Karolka i ta obiecała darmo chłopca żywić.

Rzekłszy to, westchnął i zamilkł na chwilę.

– Nie zawsze tak bywało, mości dobrodzieju, nie zawsze – począł znowu. – Miałem ja kiedyś mój własny majątek, Malinówkę, cacko, mości dobrodzieju; miałem swój dwór, swoją służbę... wszystko przeszło jak sen; marnotrawny syn winien temu...

Umilkł, sieć zmarszczek wystąpiła mu na czoło.

– Człek na starość sługą, mości dobrodzieju – szepnął – ekonomem jestem.

Bolesny uśmiech wykrzywił mu usta, począł kiwać głową.

– Żadna praca nie hańbi, gdy uczciwie ją spełniamy – odezwał się pan Jeżewski – w naszym kraju to częste wypadki: strata fortuny.

– Jakaż tego przyczyna? – zapytał Różycki.

– Różne, a jedna z ważniejszych, iż w istocie lubimy żyć nad stan – odparł pan Jeżewski...

Kapitan coś mruknął, potem ręką machnął.

– Et, nie warto o tym mówić – rzekł – dawne to czasy, znudziłbym pana, a siebie rozdrażnił... A pan dokąd, panie dobrodzieju? – zapytał naraz.

– Ja też do Warszawy; również wiozę syna do szkoły – odparł pan Jeżewski. – Dziesiąty rok zaczął; mamusia pieści, boję się o chłopca.

Jakby na potwierdzenie tych słów na dolnym pokładzie ukazała się pani Jeżewska i przystąpiła zarumieniona do męża.

– Gdzie Kazio? – zapytała tonem niezadowolenia...

Pan Jeżewski wskazał jej Wzrokiem syna, opartego o poręcz statku.

– Na takim słońcu, w takim zaduchu – rzekła z wymówką i zbliżyła się do dziecka dłoń okrytą cienką rękawiczką, kładąc na jego ramieniu.

– Pójdź, Kaziu, do kajuty, tam chłodniej – dodała.

Chłopiec zwrócił się szybko do matki. Rad był, że go wzywa; ciężko mu było na sercu Powierzał jej zawsze swoje troski; ona umiała łagodzić je w sposób przedziwny. Matka odgadła natychmiast, iż pieszczoch jej ma jakieś zmartwienie.

– Tobie coś jest, synku – rzekła, gdy siedli obok siebie w altance na kanapie i przygarnęła go do siebie – możeś głodny, może ci się pić chce?

– O nie, mamusiu – odparł chłopczyk, tuląc się do niej i westchnął.

– Masz jakieś zmartwienie, widzę to; wyspowiadaj się mamusi – badała dalej jedynaka pani Jeżewska i pochyliła się z pocałunkiem do jego czoła.

– Opowiem mamie wszystko od początku – rzekł Kazio.

I począł opowiadać całą przygodę na górnym pokładzie i na dolnym.

Pani Jeżewska pogładziła jego jasne włosy wijące się w pierścienie.

– I czegóż martwisz się jeszcze? – przerwała mu opowiadanie – wszakże kapitan zrozumiał już, żeś nie chciał mu ubliżyć i nie gniewa się na ciebie.

W oczach Kazia zaświeciły się łzy.

– Ale Karolek! – szepnął.

– Jaki Karolek? – zapytała pani Jeżewska. Kazio zapomniał, iż rozpoczął swoje opowiadanie od chwili, jak posługacz statku upomniał się u kapitana o bilet, że o prawnuczku pana Różyckiego nic matce nie wspomniał, więc musiał uzupełnić swoje opowiadanie.

– I cóż ten Karolek? – zapytała znowu pani Jeżewska.

– Gniewa się jeszcze; nie chce nawet patrzeć na mnie – odparł Kazio.

– Może w szkole się spotkacie; wówczas postarasz się pozyskać go sobie – rzekła pani Jeżewska.

Myśl ta podobała się Kaziowi ogromnie; począł roić o Warszawie, o przyszłych kolegach, jak zaprosi ich której niedzieli na podwieczorek do siebie.

– Musisz mi zostawić trochę pieniędzy, mamusiu i przysłać z Jeżówki jabłek, gruszek, śliwek – mówił z ożywieniem; a matka, widząc uśmiechniętą jego twarzyczkę, rada temu, przyrzekała mu wszystko, o co ją prosił.

Tymczasem pan Jeżewski gawędził dalej z ekskapitanem.

– Odziedziczyłem po ojcu niewielką wioskę z ciężarami, gdyż rodzeństwo miałem spłacać – opowiadał – by sobie to zadanie ułatwić, założyłem przędzalnię; interes rozwinął się pomyślnie, dochodami z fabryki oczyściłem Jeżówkę. Dziś mam jednego tylko syna, lecz mogę mieć więcej, więc wiozę chłopca do szkół, aby przygotował się do pracy; niech nie uszczupli z czasem majątku, ale go podniesie, tak jak ja.

– Tak, tak – przywtórzył Różycki – niestety, co do mnie, nie mogę powiedzieć, aby prawnuk mój nie uszczuplił majątku, tylko go powiększył, bo on, nieborak, nic nie odziedziczy po mnie; lecz pragnę także, aby się nauczył pracować i majątek zrobił... Los nas zepchnął ze stanowiska, na jakim staliśmy; ten chłopiec wydźwignie naszą rodzinę; musi być znowu tym, czym byli niegdyś Różyccy.

Gdy starzec wymawiał te słowa, Karol zwrócił się ku niemu i z oczyma błyszczącymi przysłuchiwał się; naraz przystąpił do dziadka i pocałował go w ramię.

– Wrócimy jeszcze do Malinówki – szepnął. Starzec ujął obu rękami jego głowę i w czoło pocałował.

– W tobie cała moja nadzieja – szepnął.

– Warszawa! Warszawa! – rozległo się nagle na statku i ruch powstał na pokładzie; każdy porywał swój tłumoczek, każdy zwracał się z ciekawością w stronę, gdzie ukazały się smukłe wieżyce starych kościołów. Miasto występowało coraz wyraźniej, zdawało się wydobywać z fal rzeki; parostatek huczał i sapał głośno; majtkowie biegali to tu, to tam, spełniając otrzymane rozkazy.

Na dolnym pokładzie największy był tłok, gdyż podróżni zewsząd się tam cisnęli.

Pan Jeżewski powstał z ławki i podał rękę panu Różyckiemu.

– Naucz pan prawnuka pracować, lecz niechaj chłopiec nie myśli, że jedynym celem pracy jest zebrać majątek i że ten tylko szczęśliwy, kto majątek posiada – rzekł.

Ekskapitan chciał coś odpowiedzieć, lecz podróżni tak cisnąć się poczęli, iż zdążył tylko uścisnąć dłoń pana Jeżewskiego, który do żony pośpieszył.