Stowarzyszenie aniołów - Grzegorz Hybiak - ebook
Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 348 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stowarzyszenie aniołów - Grzegorz Hybiak


Bohater rzuca na szalę swoje dotychczasowe życie. Poświęca spokój dnia codziennego. Porzuca wszystko co dotychczas stanowiło dla niego cały świat. W zamian otrzymuje niebezpieczną przygodę.

Przystępując do tajnego stowarzyszenia, ryzykując własnym życiem, próbuje wypełnić powierzoną mu misję.

W drodze do celu spotyka wyjątkową przyjaźń, poznaje słodkie sekrety i mroczne tajemnice. Ociera się o prawdziwą miłość i zderza z bezduszną chciwością.

Stowarzyszenie aniołów to opowieść, w której bezgraniczne okrucieństwo ściera się z niewinną przyjaźnią i głęboką miłością. To opowieść o dobrym człowieku.

Robert jest zwyczajnym mężczyzną po trzydziestce. Ma swoich znajomych, swoje zainteresowania, pracę, ulubione miejsca i drobiazgi. Jednak jego życie ugrzęzło w jakimś bliżej nieokreślonym marazmie.

Pewnego dnia Robert spotyka człowieka, który może zmienić jego życie. Ale nie ma nic za darmo. Aby otrząsnąć się z nic nieznaczącej egzystencji, Robert musi wydobyć z siebie wszystko, co ma najlepszego. Musi poświęcić całego siebie dla idei, która nada prawdziwy sens jego życiu. Spotyka ludzi wielkich i małych, pięknych i obrzydliwych, wspaniałych i okrutnych, i trzy wyjątkowe kobiety, które nigdy go nie zapomną.

Dokąd zaprowadzi go ta przygoda?


Grzegorz Hybiak

W literaturze poza pięknem języka fascynują mnie postacie i ich losy. Moja droga literacka to przede wszystkim czytanie. Czytanie pięknej literatury. Sam nie mogę się nazwać pisarzem – zaledwie autorem, który spróbował spojrzeć na literaturę od drugiej strony. Mężczyzna po czterdziestce z całkiem ciekawym bagażem doświadczeń.  Mieszkaniec Poznania. Do niedawna pracownik agencji reklamowej. Po studiach z zarządzania, aktualnie krok przed obroną pracy magisterskiej z finansów i rachunkowości na Poznańskim Uniwersytecie Ekonomicznym. Od zawsze czynny miłośnik sportu i samodoskonalenia.  Człowiek poszukujący.



Opinie o ebooku Stowarzyszenie aniołów - Grzegorz Hybiak

Fragment ebooka Stowarzyszenie aniołów - Grzegorz Hybiak




Część pierwsza

Spotkanie

Kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, sprawiał wrażenie zagubionego turysty, który trzyma w dłoniach stary, zdezaktualizowany przewodnik, napisany w obcym, nieznanym języku.

Na jego miłej twarzy rysował się delikatny uśmiech, a w przerażonych ciemnych oczach można było dostrzec iskry cierpienia. Był przystojnym mężczyzną około trzydziestki. Krótko przystrzyżone czarne włosy nadawały mu dynamiczny wygląd. Znoszone dżinsy i stara skórzana kurtka delikatnie wyciszały promieniującą spod nich energię, i wyjątkową charyzmę tego człowieka.

Każdego dnia mijamy dziesiątki, a czasami nawet setki obojętnych nam ludzi. Jednak na kogoś, kto odmieni nasze życie możemy nie trafić nigdy...

Widok z okna knajpki, do której wpadałem od kilku miesięcy na lunch w czasie pracy, rozciągał się na dość gwarną uliczkę oraz przylegające do niej sklepy i kamienice. Bardzo lubiłem tu przychodzić – to było takie relaksujące.

Z przyjemnością opuszczałem na godzinkę moje biuro, którego miałem już od dłuższego czasu serdecznie dosyć, i oddawałem się drobnym uciechom kulinarnym. Jednak najbardziej przypadł mi do gustu widok z restauracyjnego okna – ludzie – mężczyźni i kobiety, dorośli i dzieci, brzydcy i piękni, szczęśliwi i smutni, tak wiele różnych światów na jednej małej ulicy...

I właśnie tamtego piątkowego popołudnia, kiedy zajadałem kolejnego pysznego tosta z szynką i serem, przed oknem mojej ulubionej knajpki pojawił się on – człowiek, który zmienił moje życie.


*


– Dzień dobry! – zwrócił się do mnie dźwięcznym głosem.

– Dzień dobry! W czym mogę pomóc? – odparłem nie kryjąc zdziwienia.

– Może wyda się to panu dziwne, ale przyszedłem właśnie do pana.

„Do mnie? – pomyślałem. – Nie dawałem ogłoszenia w dziale szukam kumpla...”

Czy my się znamy? – zapytałem.

Nieznajomy rozejrzał się dookoła, po czym skierował swój wzrok prosto w moje pytające oczy. Delikatnym ruchem prawej ręki chwycił stojące przy stoliku drewniane krzesło, na którym powoli usiadł. Oparł się wygodnie o blat stołu i stonowanym, pewnym siebie głosem zaczął mówić:

Widzi pan, Pan Bóg kiedyś stworzył ten świat, stworzył wszystko, co nas otacza. Stworzył Adama i Ewę. Dał ludziom wolną wolę. Pozwolił współistnieć dobru i złu, miłości i nienawiści. Obdarzył nas życiem, ale zesłał nam również śmierć.

Bardzo ciekawie pan opowiada, ale co to ma wspólnego ze mną?

Jest pan cząstką tego świata, chcąc nie chcąc uczestniczy pan we wszystkim, co się na nim dzieje...

Ukradkiem zerknąłem na zegarek, powinienem być już w swoim biurze i zaczynałem się niecierpliwić. Miałem przed sobą jeszcze masę pracy, nie chciałem niczego zawalić, a wieczorem czekało mnie spotkanie z przyjaciółmi. Nie miałem ochoty na pogawędkę o swoim istnieniu, zwłaszcza w czasie pracy. Nie chciałem jednak być niegrzeczny. Poprosiłem kelnerkę o kawę dla nieznajomego i herbatę dla siebie. Miłe spojrzenie uśmiechniętej kelnerki trochę mnie rozluźniło – była naprawdę wyjątkową dziewczyną. „Aż żal, że to zawsze inni mają te najlepsze dziewczyny” – pomyślałem.

– Myśli pan, że kiedy sprzedaję powierzchnię reklamową w regionalnej gazetce mam wpływ na losy prześladowanych ludzi, żyjących na drugiej półkuli? – zagadnąłem nieznajomego z powątpiewaniem.

– Poniekąd – odparł z ironicznym uśmiechem – ograniczając się tylko do tego, co pan w tej chwili robi nie pomoże pan nikomu w kłopotach, nie przyczynia się pan również do zwiększenia ich rozmiarów. Jednak bierność nie jest powodem do dumy. Nie robiąc niczego nie walczy pan ze złem, nie przeszkadza pan oprawcom w ciemiężeniu niewinnych ofiar. To tak, jakby pomagał pan złu.

Nieznajomy dolał do swojej kawy odrobinę śmietanki, wziął łyżeczkę i zaczął powoli mieszać zawartość filiżanki. Następnie podniósł zamyślony wzrok i ponownie zaczął mówić:

Nazywam się Albert Solski, jestem założycielem Stowarzyszenia Aniołów. – teraz ja utkwiłem w nieznajomym swoje badawcze spojrzenie. „Ktoś sobie ze mnie żartuje? Anioł! Też coś...” – pomyślałem.

Tymczasem nieznajomy kontynuował:

– Jesteśmy tajną organizacją, która została powołana do walki ze złem. Działamy od dziewięciu lat. Pomagamy ludziom na całym świecie. Staramy się być wszędzie tam, gdzie ktoś cierpi. Nie interesują nas układy polityczne, ustrojowe czy religijne państw. Ludzie wszędzie są tacy sami – niezależnie od koloru skóry, wyznania czy przekonania – wszyscy cierpią tak samo. Jesteśmy po to, aby niszczyć zło, aby dać ludziom szansę na szczęście i miłość, aby dawać dobro. Jesteśmy Aniołami...

Kiedy skończył nie wiedziałem, co powiedzieć, nie wiedziałem jak się zachować, gdzie spojrzeć, gdzie podziać sparaliżowane dłonie, czy siedzieć dalej przy stoliku, czy wstać i wybiec na ulicę…? Siedziałem w bezruchu i analizowałem po kolei każde wypowiedziane słowo nieznajomego. Próbowałem jakoś sobie wytłumaczyć wszystko, co usłyszałem. W końcu ocknąłem się – przede mną stała kelnerka – nieznajomego już nie było.

Koperta

– Była u ciebie jakaś nowa klientka! – już przy samych drzwiach oznajmił mi Wiktor.

– No, niezła była! – z dziwnym grymasem na twarzy potwierdził to wydarzenie Leon.

Moi koledzy zawsze niezdrowo podniecali się odwiedzinami klientek, była to jedna z naszych najlepszych rozrywek w czasie pracy.

Wiktor był jednym z moich najlepszych kumpli, choć nasze kontakty ograniczały się tylko do sfery zawodowej, zawsze mogłem na niego liczyć i podzielić się opinią na każdy temat. Był kawalerem, jak dotąd nie udało mu się związać na stałe z żadną kobietą, co sprawiało, że czuł się na starszego niż naprawdę był.

Leon natomiast był firmowym ogierem – przynajmniej w teorii – co czyniło z niego prawdziwego mężczyznę. Miał ładną żonę, córkę i pełen dom zwierzątek, z których każde prócz niego było płci żeńskiej.

Wiktor wszedł do mojego biura, zamknął za sobą drzwi tak, aby nikt niczego nie mógł usłyszeć, podszedł do mnie na odległość stopy, po czym wyciągnął z kieszeni kopertę, którą natychmiast mi przekazał.

Robercie – powiedział ściszonym głosem – ta klientka chciała rozmawiać tylko z tobą, nie powiedziała nawet, kim jest. Była wyjątkowo tajemnicza. Nie potrafiłbym nawet jej opisać. Mogę ci tylko powiedzieć, że była niczym anioł...

No nie, Wiktor! Proszę cię! Tylko nie anioł! Dwa anioły w ciągu jednego dnia to zbyt wiele jak na zwykłego człowieka – miałem ochotę się roześmiać. Zaczynało mnie to naprawdę bawić, jednak widok, jaki przedstawiał sobą Wiktor skłaniał raczej do płaczu. Był cały spięty, miał wyschnięte wargi i zagubione spojrzenie, a wyraz jego twarzy przypominał znak zapytania...

Jakie dwa anioły? – spytał

– Wyobraź sobie, że miałem już dzisiaj przyjemność spotkać jednego anioła. Tyle, że tamten był mężczyzną – beztroska z jaką to powiedziałem do reszty wytrąciła z równowagi Wiktora.

Ale ta kobieta była naprawdę jak anioł: piękna, silna i taka, no sam nie wiem...

Zaraz się dowiemy, co to za anioł, mamy przecież list – stwierdziłem z zadowoleniem.

Mimo wszystko wolałbym abyś sam go przeczytał, muszę wracać do pracy, pogadamy później – i Wiktor szybko opuścił moje biuro.

Tymczasem ja również wróciłem do moich obowiązków. Miałem naprawdę dużo pracy, chciałem jak najszybciej się z tym uporać i zacząć wreszcie weekend.


*


Weekend zaczął się wyjątkowo sympatycznie. Po powrocie z pracy wziąłem relaksującą kąpiel. Gorąca woda wyciągnęła ze mnie całe zmęczenie i pomogła rozluźnić zesztywniałe ciało – nie miałem już czasu ani chęci na ćwiczenia fizyczne i medytację, które zwykle pomagają mi dojść do siebie, i odzyskać siły.

Wraz ze spływającymi po mojej skórze kroplami potu wróciły wspomnienia z całego dnia – niezwykłe spotkanie z nieznajomym i wizyta kobiety anioła.

– Właśnie, przecież miałem sprawdzić, co jest w kopercie, którą zostawiła dla mnie ta tajemnicza kobieta – powiedziałem sam do siebie.

Już czwarty rok mieszkałem sam. Od czasu rozwodu byłem samotny, co zaczynało coraz bardziej mnie nudzić.Dlatego czasami prowadziłem monologi – to naprawdę pomaga, można mówić do siebie, do czyjegoś zdjęcia, można pogadać z maskotką, z kwiatkiem, z kim chcesz i o czym chcesz.

Koperta, koperta, o jest.

Schowałem ją w kieszeni kurtki i zadzwoniłem po taksówkę.

Kilka minut później wchodziłem do przytulnego pubu, w którym spotykali się moi znajomi. Wszystko wyglądało tak jak zwykle: okrągłe stoliki z ciemnego połyskującego drewna, wygodne siedziska, nastrojowe oświetlenie nad głowami rozbawionych gości, obrazki na ścianach w kolorze ochry. Do uszu docierały niezapomniane przeboje Franka Sinatry – ten pub miał swój wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju klimat. To też wszyscy bawili się wspaniale: dziesiątki dowcipów, salwy śmiechów, krzyki i piski dziewczyn. Czego więcej potrzeba...?

Jednak w mojej głowie coraz mocniej rozwijała się świadomość tego, co usłyszałem dzisiejszego popołudnia, świadomość tego, co uzmysłowił mi nieznajomy. Nie mogłem się dobrze bawić.

Poderwałem się jak oparzony. Skierowałem się do toalety, zatrzasnąłem za sobą drzwi i gwałtownym ruchem sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki. W kieszeni była przesyłka od tajemniczej kobiety anioła.

Wyciągnąłem kopertę, przez chwilę zastanawiałem się, czy na pewno chcę ją otworzyć...

Moje ręce drżały jakbym miał „Parkinsona”. Serce waliło jak młot pneumatyczny, na plecach poczułem strużkę zimnego potu, robiło mi się na zmianę zimno i gorąco.

Otworzyłem kopertę...


*


Po powrocie do domu zaparzyłem sobie herbatę i zasiadłem wygodnie w moim jedynym fotelu. Większość wieczorów spędzałem właśnie w nim, oddając się lekturze starannie wyszukiwanych książek. To było moje drugie życie – otwierając książkę otwierałem drzwi do innego świata, do innej rzeczywistości... Przechodziłem do innego wymiaru. Przenosiłem się w inne czasy, stawałem się innym człowiekiem. Poznawałem inne życie i uczyłem się odmiennego postrzegania tego prawdziwego. To wszystko pomagało mi zrozumieć prawdziwe wartości i cnoty.

Tym razem nie wziąłem do ręki żadnej książki. Moją głowę pochłaniały myśli. Szare komórki zmagały się z gigantyczną pracą. Szukałem odpowiedzi. Teraz mogłem otworzyć drzwi do innego świata nie dotykając książki. Problem stanowiła jednak drobna różnica – z tej podróży nie było powrotu. Decydując się na propozycję Stowarzyszenia Aniołów nie mogłem przerwać lektury w wybranym przez siebie momencie, nie mogłem odłożyć jej na później albo całkowicie z niej zrezygnować. Przekraczając próg tej przygody musiałem być zdecydowany na poniesienie wszelkich konsekwencji i podjęcie wielkich wyrzeczeń. Musiałem być również w pełni świadomy, że nikt nie zna jej zakończenia, gdyż autor nie dokończył jeszcze dzieła.

Jeszcze raz odczytałem wiadomość od kobiety anioła:

Panie Robercie,

W chwili dostarczenia tego listu przysłuchiwał się Pan niecodziennym opowieściom pewnego nieznajomego.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że spotkanie, którego był Pan uczestnikiem mogło wzbudzić w Panu różnego rodzaju emocje. Spotkanie, o którym mowa, było wynikiem długiej i wnikliwej obserwacji Pańskiej osoby. Decyzję o ewentualnym przyjęciu Pana do naszego stowarzyszenia podjęto z ogromną satysfakcją.

Pragnę jednak zwrócić Pańską uwagę na wyjątkowo poważny i odpowiedzialny charakter naszej działalności, niosącej z sobą wiele niebezpieczeństw i bardzo duże ryzyko z narażeniem zdrowia i życia włącznie.

Ma Pan pięć dni na podjęcie decyzji.

Jeśli podejmie Pan wyzwanie spotkamy się w środę o 20.00 w Pana ulubionym lokalu.

Z wyrazami szacunku

Albert Solski

Stowarzyszenie Aniołów

Tej nocy nie zmrużyłem oczu. Brałem wszystkie za i przeciw, analizowałem wszystko z każdej strony. Na szale przeciw wielkiej niewiadomej musiałem położyć moje dotychczasowe życie.

No dobrze – powiedziałem sam do siebie – co my tu mamy panie Robercie? Podniosłem notes, który leżał pod szklaną ławą, wśród ostatnich wydań najczęściej czytanych przeze mnie kolorowych czasopism. Wymieniając przy okazji spojrzenie ze ślicznotką uśmiechającą się do mnie z okładki jednego z nich, otworzyłem go i zacząłem rachunek sumienia.

W rubryce „ do stracenia ” wpisałem:

spokojne życie, stała dobra praca, własny dom, samochód, czas na rozrywkę; książkę, kino, sport, czasem wyjście do pubu; spokojny sen, kilku dobrych znajomych.

Teraz czas na porażki – znowu burknąłem do siebie – i zacząłem wypisywać dalej: nieudane małżeństwo, brak dzieci, cztery lata samotności, niespłacone długi, niezrealizowane marzenia…

Po co ja w ogóle żyję? – zapytałem ze zdziwieniem. – Po co właściwie codziennie rano wstaję i idę do pracy? Po to, żeby zrobić przyjemność szefowi? Bo sobie chyba nie... – z żalem stwierdziłem.

Miałem 35 lat. Z mojego rachunku sumienia wynikało, że w moim życiu tak naprawdę nic się nie działo. Nie było kogoś, komu mógłbym zadedykować każdy dzień swojego życia. Nie było w nim niczego naprawdę wartościowego.

Kiedy pierwsze niecierpliwe promienie porannego słońca rozświetlały czarne niebo tej długiej nocy, moje myśli również zostały oświecone, już wiedziałem, że w moim życiu nie było żadnego celu, żyłem tylko dla siebie...

Diana

Halo, tak, przy telefonie... O, witam! Tak, przypominam sobie. Będę tam za 40 minut. Do zobaczenia.

Nad ranem musiałem się troszkę zdrzemnąć. Kiedy zadzwonił telefon tkwiłem wciąż w fotelu – nie bardzo wiedziałem gdzie jestem i skąd się tam wziąłem. Zanim podniosłem słuchawkę aparatu, naprędce wyplątałem się z trudnej do opisania pozycji i odchrząknąłem kilka razy, aby odzyskać prawdziwą barwę głosu. Potrząsnąłem energicznie głową, spojrzałem mętnym wzrokiem zaspanych oczu na zegarek. Wskazówki pokazywały piątą trzydzieści. „Telefon o tej godzinie? Ktoś zwariował?” – pytałem w myślach.

To była koleżanka mojej przyjaciółki. Obydwie mieszkały od kilku lat w Londynie. Karolina wspominała mi wcześniej, że jej koleżanka wybiera się po raz pierwszy w życiu do Krakowa. Dlatego prosiła o pomoc. Nie mogłem odmówić, zwłaszcza, że – jak wynikało z opowieści Karoliny – koleżanka była wyjątkowo miłą osobą.

Nie tracąc cennego czasu doprowadziłem się do względnego porządku i 40 minut później byłem już na lotnisku.

Widok, jaki tam zobaczyłem zrekompensował mi całą bezsenną noc i przepędził resztki zmęczenia. Moja sylwetka nagle wyprostowała się – urosłem jakby mnie ktoś nadmuchał – kroki stały się energiczne, a na twarzy pojawił się obezwładniający uśmiech. W lotniskowej kawiarni, przy jednym z wielu stolików siedziała jedyna w tej chwili kobieta, która nadawała klimat całemu pomieszczeniu.

Urządzona w nowoczesnym, prostym stylu kawiarnia, ziębiąca swoim metalowym charakterem, teraz stała się przytulnym zakątkiem, przywołującym najmilsze uczucia.

Za sprawą uroczego spojrzenia i promiennego uśmiechu, namalowanego na ślicznej twarzy tej czarującej kobiety, można było zapomnieć o wszystkich zmartwieniach tego świata, i przekonać się, że Niebo naprawdę istnieje.

Toteż nogi mimowolnie, niczym zaczarowane, same zaprowadziły mnie do odpowiedniego stolika.

Bardzo przepraszam, czy Pani Diana? – spytałem

zatrzymując się przed obliczem kobiety.

Tak, Diana Kamińska. Robert? – Diana wynurzyła się z za stolika, wyciągnęła do mnie prawą dłoń i obdarzyła szerokim, wspaniałym uśmiechem. Moim oczom ukazała się teraz jej wysmukła sylwetka. Opięte dżinsy podkreślały jej kształtne biodra i długie zgrabne nogi. Pod białą bluzką falowały krągłe piersi, a całość dopełniały proporcjonalne, delikatne ramiona – odpowiedziałem na jej pytanie skinieniem głowy.

Bardzo mi miło! – rzuciła odchylając lewą ręką spadające na twarz kruczo-czarne włosy.

Mnie zdecydowanie bardziej – odpowiedziałem nie ukrywając swojego zachwytu.

– Usiądziesz, czy chcesz już jechać? – spytała Diana ciągle się uśmiechając.

– Usiądę... Zwykle nie pijam rano kawy, ale dzisiaj chętnie zrobię wyjątek. Właściwie dzisiaj w ogóle nie spałem, dlatego myślę, że kawa w Twoim cudownym towarzystwie dobrze mi zrobi – zająłem miejsce naprzeciw Diany i rozejrzałem się za kelnerką.

– Dręczy cię jakieś problemy? Coś się stało? – na jej twarzy pojawiły się oznaki troski.

Nie, wszystko w porządku, musiałem tylko pewne sprawy dobrze przemyśleć... Ale nie mówmy już o tym. Powiedz lepiej jak Ci minął lot i jaki masz plan na najbliższą przyszłość?

– Trochę się denerwowałam... Nie przepadam za samolotami, a do tego nie mogłam się do ciebie dodzwonić. Już myślałam, że Karolina podała mi zły numer. Dzwoniłam przed wyjazdem, aby cię uprzedzić, że dziś rano będę na miejscu i nic... – palcem rysowała coś na stoliku.

Miała delikatne, ładne dłonie, paznokcie pomalowane na biało. Nosiła dwa skromne pierścionki ze złota – nic szczególnego, ale właśnie tak było dobrze.

– Późno wróciłem do domu, przykro mi, że przeze mnie się martwiłaś... – powiedziałem to tak, jakbym tłumaczył się zaniedbanej żonie. Chciałem ją w ten sposób troszkę rozbawić i chyba się udało. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem i parsknęła śmiechem...

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym zatrzymać się u ciebie na jakiś miesiąc. Mam tu kilka spraw do załatwienia... Nie wiem czy to w ogóle ma jakiś sens, postanowiłam jednak spróbować. Później wszystko ci wyjaśnię – znowu obdarzyła mnie swym uśmiechem.

Jasne, nie ma sprawy, możesz tu zostać tak długo jak tylko chcesz – odpowiedziałem dopijając z apetytem resztę przepysznej kawy.

Uregulowałem rachunek, pomogłem Dianie zabrać wszystkie bagaże i zaprowadziłem ją do samochodu.

Pewnie myślisz sobie: co ta kobieta może ze sobą dźwigać w takich ogromnych walizach? – wtrąciła Diana, wrzucając z nadludzkim wysiłkiem jedną ze swoich dwóch gigantycznych walizek, do bagażnika mojego Volvo.

Wcale nie! Zastanawiam się jednak, jak dotarłaś, z tymi dwiema walizami i bagażem podręcznym dla King Konga do samolotu, i kto cię tam w ogóle wpuścił. Myślę, że jesteś wielką szczęściarą. Z takim bagażem na pokładzie twój samolot nie miał prawa tutaj dolecieć... Jestem też bardzo ciekaw czy mój stary samochód zdoła ruszyć z miejsca z tym ładunkiem?

– Widzę, że masz niezłe poczucie humoru... – stwierdziła z dziwnym wyrazem twarzy. Było to coś pomiędzy niewinnym uśmiechem, miną mordercy i grymasem zmęczonego staruszka. Wyglądało to naprawdę śmiesznie.

Dobra, no to startujemy – spojrzałem rozbawiony na Dianę i uruchomiłem silnik. – Zobaczymy jak daleko zajedziemy...?


*


Na miejsce zajechaliśmy oczywiście bez żadnych problemów. Po drodze rozmawialiśmy o Karolinie. Diana opowiedziała mi jak się poznały, mówiła o wspólnych przeżyciach. Dowiedziałem się, jak bardzo są sobie bliskie.

– Jesteśmy na miejscu – powiedziałem podjeżdżając pod dom. – Mam nadzieję, że ci się spodoba, przez jakiś czas będzie to również twój dom – Diana wysiadła powoli, spoglądając ponad dachem samochodu na jednopiętrowy budynek, zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała się dookoła.

Przyjemne miejsce, masz ładny ogród. Wygląda na to, że wolne chwile spędzasz właśnie tutaj. Lubisz pracę w ogrodzie?

– Kiedyś to była moja pasja, rozmawiałem z każdą rośliną jak z przyjacielem, opiekowałem się nimi jak własnymi dziećmi. To była moja ucieczka i najlepszy azyl... W zamian otrzymywałem cudowne piękno przyrody...

Ogród rzeczywiście był imponujący. Granice terenu strzegły wysokie żywopłoty: od północy rozrastały się ciemnozielone cisy, zachodnią ścianę ogrodu otulały pachnące w maju bzy, zacisze od wschodu zapewniały rozłożyste derenie i kaliny, a południową stronę świata oddzielały obsypane kielichami czerwonych kwiatów piękne waigele. Przed frontową ścianą budynku swą różnorodnością zachwycały rozmaite gatunki jałowców – od płożących się po ziemi, poprzez formy wzniesione, po stożkowo rosnące olbrzymy, z których każdy odznaczał się innym kolorem i odmiennym kształtem. Drogę do domu wskazywał wijący się pomiędzy kamieniami strumień, który wpadał gwałtownie do porośniętego wodną roślinnością stawu, tworząc w ten sposób malowniczą kaskadę. Umiejscowiony w centralnym punkcie budynek otaczały soczysto zielone trawniki, na których można było spotkać zarówno niewielkie, kolorowo kwitnące klomby jak i olbrzymie, majestatyczne świerki i jodły, w których chowały się radośnie śpiewające ptaki. Całość tworzyła bajeczny zakątek, który łagodził geometryczną bryłę domu i dawał spokój oraz wytchnienie jego mieszkańcom.

To bardzo wzruszające... – Diana przykucnęła przy rabacie kwitnących wrzośców i zamyśliła się.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Do uszu dochodziły tylko śpiewy ptaków i delikatny szum strumyka, a z oddali dobiegały odgłosy ujadających psów... Postanowiłem przerwać tę magiczną ciszę. Otworzyłem bagażnik i zabrałem się za walizki Diany. Ocknęła się kiedy jej bagaż był już w domu.

Diano, zapraszam do środka! – poderwała się gwałtownie. Nieobecne spojrzenie szybko ustąpiło miejsca czarującemu uśmiechowi, który przywrócił ją do rzeczywistości.

– Dzięki, już lecę! – rzuciła. I żwawym krokiem podążyła do starych, solidnych drzwi wejściowych mojego domu, które na swój sposób również zapraszały ją do przestąpienia progu.

Tak naprawdę mieszkam na górze. Tam mam wszystko, czego mi trzeba. Od kiedy wyprowadziła się moja była żona, prawie nie korzystam z parteru – oprowadziłem Dianę po całym domu. Góra i dół były dwoma niezależnymi od siebie mieszkaniami wyposażonymi w osobne kuchnie i łazienki. Obydwa posiadały pokoje gościnne, sypialnie i garderoby. Urządziłem wszystko tak, aby dostosować parter do wynajęcia, a piętro zachować dla siebie, jednak nigdy nie zdecydowałem się na dzielenie domu z kimś obcym. Ponad wszystko ceniłem sobie spokój i niezależność w myśl przysłowia: Mój dom jest moją twierdzą.

Masz do dyspozycji cały parter. Czuj się tam jak u siebie. Jeśli jednak będziesz chciała mnie odwiedzić na górze, będzie mi bardzo miło. Z przyjemnością poświęcę ci każdą chwilę. Kiedy się rozpakujesz i odpoczniesz po podróży zapraszam na śniadanie. Życzę miłego pobytu... – zakończyłem powitanie i nie kryjąc radości z goszczenia tak wyjątkowej kobiety, zajrzałem mojej nowej sąsiadce głęboko w oczy.

– Naprawdę bardzo ci dziękuje – odparła wytrzymując moje spojrzenie. Na jej twarzy można było jednak dostrzec pewne zakłopotanie. – Nie wspomniałeś o kosztach mieszkania...

Diano, nie robię tego dla pieniędzy – teraz ja byłem zakłopotany i wcale nie miałem ochoty tego ukrywać. – Zaproponowałem pomoc ze względu na starą przyjaźń z Karoliną. Nigdy nie wspominałem o kosztach. Zdeklarowałem się do ugoszczenia cię w moim domu i udzielenia wszelkiej możliwej pomocy, na jaką mnie stać. To przysługa w imię przyjaźni. Nie jestem materialistą. A teraz, kiedy cię poznałem z każdą chwilą chciałbym... – przerwałem nagle. W samą porę, bo jeszcze trochę, a powiedziałbym za wiele. Czułem, jak z każdą sekundą rośnie moja sympatia do tej kobiety. Zdawałem sobie sprawę, że Diana nie jest mi już całkiem obojętna – to było idiotyczne. Nie minęły nawet dwie godziny od chwili, kiedy ją poznałem... Zrobiłem głupią minę i zacząłem mówić dalej.

Postawisz kiedyś obiad, bilet do kina i będziemy kwita. Ok?

Skoro tak chcesz? Niech tak będzie.

I wtedy zrobiła coś, co sprawiło, że zacząłem tracić głowę...


*


Wskazówki kuchennego zegara zaczynały już opuszczać swój najwyższy pułap, oznaczający południe, kiedy kończyliśmy pierwsze wspólne śniadanie.

„Nigdy nie jest za późno na dobre śniadanie, zwłaszcza po nieprzespanej nocy” – pomyślałem.

Siedzieliśmy przy stole w milczeniu – Diana delektowała się kolejną kawą, podczas gdy ja kończyłem kanapkę z dżemem, a w radiu Elvis śpiewał Love Me Tender.

Ciągle miałem przed oczami wspomnienie tej cudownej chwili, kiedy Diana podeszła do mnie i niewinnie całując w usta podziękowała za pomoc, jaką jej obiecałem. Wciąż czułem zapach jej delikatnej skóry i słodki smak wilgotnych ust. Ta kobieta jednym małym niewinnym pocałunkiem rozerwała na strzępy barykadę do mojego serca, którą z tak mozolnym wysiłkiem budowałem przez ostatnie lata. Czyżby wszystko to, co dawało mi energię i siłę, znowu miała zabrać miłość? – dręczyło mnie pytanie. – Bałem się tego uczucia, w przeszłości wielokrotnie mnie zawiodło. Kiedy kochałem, miłość pochłaniała mnie bez reszty, dla niej poświęcałem wszystko i dawałem całego siebie. Później wracałem do życia wypalony, zawiedziony, oszukany i samotny. Miłość mnie nie lubiła, dlatego postanowiłem się przed nią bronić. Otoczyłem się barykadą, zbudowałem twierdzę nie do zdobycia, fosę napełniłem obojętnością, a wysoko podniesiony most był najlepszym zapomnieniem. Najwyraźniej zbliżało się poważne natarcie – z najwyższej wieży mojej solidnej twierdzy można było dostrzec proporce Amora, a jego długie włócznie i ostre strzały były już gotowe do ataku.

Tymczasem Diana zabrała się za studiowanie przewodnika po Krakowie. Pierwszy dzień postanowiła poświęcić na zwiedzanie miasta. Chciała zobaczyć najciekawsze zabytki i poznać najstarsze zakątki dawnej stolicy Polski.

Najdziwniejsze było to, że na swoją pierwszą wycieczkę wybrała się sama. Przekazałem jej tylko niezbędne wskazówki i podrzuciłem w miejsce, które tak jak cały plan zwiedzania Diana wybrała sama.

Nie trzeba było grzeszyć spostrzegawczością, aby zauważyć, że moja nowa sąsiadka została dosłownie pochłonięta przez ciekawostki i tajemnice nowego dla niej miasta. Od czasu, kiedy wysiadła z mojego starego volvo prawie jej nie widywałem. Do domu wracała tak późno, że brakowało mi odwagi, aby wyjść jej na spotkanie i powiedzieć “dobry wieczór”. Nie miałem pojęcia, co o tym wszystkim sądzić, postanowiłem jednak nie wtykać swojego wielkiego nochala tam gdzie nie trzeba. Miałem na głowie wystarczająco dużo swoich spraw i problemów. Poza tym zachowanie Diany skłoniło do odwrotu chorągwie Amora, co pozwoliło mi wzmocnić własne flanki.

Na rozdrożu

Dochodziła dwudziesta. Od piętnastu minut siedziałem w miejscu mojego przeznaczenia. Zanurzywszy spojrzenie w roztapiającej się gałce waniliowego loda, stanowiącego część podanej mi przed chwilą szarlotki, wybiegałem myślami w przyszłość. Próbowałem wyobrazić sobie najbliższe minuty mojego życia – jak potoczy się i co przyniesie spotkanie z aniołem... Nie potrafiłem jednak przywołać obrazu anioła, nie mogłem odtworzyć rysów jego twarzy, wszystko się rozmazywało i znikało we mgle myśli, z której powstawała postać podobna do Diany, po czym znów widok się rozmywał... Wróciłem do rzeczywistości, spojrzałem na zegarek – minęła dwudziesta – upiłem troszkę kawy, lód na talerzu powoli zamieniał się w białą kałużę. W drugim końcu sali jakaś para spędzała właśnie jedno ze swoich bardziej romantycznych spotkań, przy wspólnym koktajlu truskawkowym pochłanianym na dwie słomki. Przy innym stoliku starszy mężczyzna w eleganckich okularach, z ogromnym zainteresowaniem, czytał gazetę. Kelnerka zajmowała się przygotowywaniem deserów dla czworga rozbawionych dziewczyn siedzących przy stoliku na środku lokalu.

Wieczór jak każdy inny, dookoła nic szczególnego, tylko we mnie, w głębi mojego ciała, z każdą minutą narastało napięcie. Wiedziałem, że zbliża się coś szczególnego, byłem zdecydowany na wszystko, pozostało mi tylko czekać, jednak to czekanie było najgorsze – każda sekunda stawała się minutą, minuta godziną, a godzina wiecznością.

Kiedy zaczynałem już tracić nadzieję, w drzwiach ukazała się znajoma postać, to był on – Albert Solski.

Anioł rozejrzał się dookoła – wymieniliśmy ze sobą spojrzenia – powoli podążył w moim kierunku, przepuszczając przodem kobietę, która mu towarzyszyła. Wstałem i wygramoliłem się z za stolika.

Witam panie Robercie. Proszę wybaczyć to opóźnienie, mieliśmy pewne problemy... Chciałbym, aby kogoś pan poznał – tu zwrócił twarz ku swej towarzyszce, kobieta wyciągnęła do mnie dłoń.

Paulina – rzuciła swoje imię i uścisnęła mi rękę. Miała zgrabne, silne dłonie. Tak naprawdę trudno było ją określić. Z jednej strony była bardzo kobieca – ale nie tylko fizycznie – jakby towarzyszyło jej coś magicznego… Z drugiej strony każdy jej gest i ruch wyrażał również męską energię i siłę. Nie była pięknością, ale na swój sposób była ładna, posiadała więcej uroku niż urody, co dawało jej wyjątkową swobodę bycia. Nie było w niej ani grama sztuczności, jak to często bywa w przypadku tak zwanych ślicznotek. Z pewnością daleko jej było do przeciętności. Miała w sobie coś nieuchwytnego...

„To na pewno ona dostarczyła list do mojego biura” – pomyślałem.

Wiktor miał rację, była jak anioł.

– Robert, miło mi – odpowiedziałem – może usiądziemy?

Paulina będzie pańskim opiekunem – zaczął Albert, siadając naprzeciw mnie. – Tak naprawdę już od dłuższego czasu podążała pańskimi ścieżkami. Dzięki niej bardzo dobrze pana znamy.

„Mogłem się tego spodziewać, ale jak mogłem jej nigdy wcześniej nie zauważyć?” – dziwiłem się.

– Wydaję mi się to mało prawdopodobne... Często obserwuję ludzi i nie wierzę w to, abym nie zwrócił uwagi na taką kobietę – przerzuciłem spojrzenie z jednego anioła na drugiego i wykrzywiłem pytająco usta.

Paulina ma swoje sposoby... – przerwał na chwilę uśmiechając się do mnie. – Potrafi niemalże zniknąć kiedy wykonuje swoje zadanie, a sytuacja tego wymaga – Paulina bawiła się pustą popielniczką, okręcała ją w różne strony, przesuwała tam i z powrotem. Najwyraźniej krępowała ją ta rozmowa. – Poza tym, ludzie tacy jak pan, uczciwi i poukładani, nie myślą nawet, że ktoś może lustrować ich życie. Nie zdają sobie sprawy jak wiele dziwnych rzeczy dzieje się dokoła. Często w ogóle nie dostrzegają prawdziwej rzeczywistości – żyją w świecie tylko swoich reguł – widzą tylko to, co chcą widzieć. Jedni nie dostrzegają dobra i możliwości, jakie daje im życie, drudzy nie zauważają zła i zagrożeń, jakie na nich czyhają. To tylko dwa przykłady – w rzeczywistości jest ich dużo więcej.

Chyba zaczynam pana rozumieć. Do której grupy ja należę?

Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Jednak ważne jest samo pytanie – to początek drogi. Odpowiedź można znaleźć po przebyciu długiej podróży, na krańcu której czeka tablica informacyjna z rozwiązaniem zagadki pt. “kim jestem?”. Smutne jest to, że nie wszyscy wyruszają na tę wycieczkę...

Anioł na dłuższą chwilę utkwił spojrzenie w najbliższej ścianie, Paulina wciąż bawiła się popielniczką, a ja próbowałem zgłębić sens wypowiedzianych słów. Każdy z nas oddał się na moment refleksji, którą zakłócały dobiegające z drugiego końca sali odgłosy obcych nam rozmów i rytmiczne dźwięki muzyki.

Nasze milczenie przerwała Paulina. Opowiedziała kilka zabawnych historyjek związanych z obserwacją mojej osoby. Podzieliła się wrażeniami z wywiadów, jakie przeprowadziła z różnymi ludźmi na mój temat. Wspomniała o wizycie w moim biurze i dziwnym zachowaniu Wiktora, któremu prosiła przekazać pozdrowienia. Na koniec rzuciła kilka skromnych zdań o sobie i swojej pracy dla stowarzyszenia, które Albert rozwinął do zajmującego opowiadania.

O pierwszej w nocy otrzymałem od kelnerki wyraźne znaki, na które każdy zareagowałby grzecznym “dobranoc”, co też uczyniliśmy zaraz po uregulowaniu rachunku.


*


Następnego dnia z głębokiego snu wyrwały mnie hałasy dochodzące z parteru mojego domu. Budzik nie zdążył jeszcze wykonać swojego niewdzięcznego zadania. Tym razem ubiegła go Diana, która, delikatnie rzecz ujmując, prowadziła rozmowę telefoniczną. Ktoś musiał porządnie nadepnąć jej na odcisk, bo nie przebierała w słowach...

Dawno nie miałem okazji słyszeć takiej nawałnicy wyzwisk, a grzmocący głos Diany niemalże wprawił w wibracje bambusowe dzwonki wiszące w oknie mojej sypialni. Toteż szybko wyskoczyłem z łóżka i schowałem się przed tym kobiecym kataklizmem w łazience. Na szczęście, kiedy skończyłem poranną toaletę było już po wszystkim i ze spokojem mogłem zjeść śniadanie.

Na 10.00 byłem umówiony z moją opiekunką, jak to określił Albert, musiałem więc dobrze się przygotować, gdyż czekał mnie długi i tajemniczy dzień. Nie miałem zielonego pojęcia, czego się spodziewać. Zjadłem więc porządne śniadanie, wrzuciłem na siebie wygodne ciuchy i spakowałem kilka przydatnych moim zdaniem drobiazgów. Przed wyjściem z domu zadzwoniłem jeszcze do firmy, aby poinformować Wiktora, że dzisiaj mnie nie zobaczy - na co zareagował z pożałowania godną obojętnością. Na koniec wstąpiłem jeszcze do Diany. Moja sąsiadka nie okazała po sobie ani grama zmieszania poranną rewoltą, w której odegrała główną rolę. Chciała podzielić się wrażeniami z kilkudniowego pobytu w Krakowie, jednak wiedzieliśmy oboje, że pięć minut, które mogłem jej poświęcić nie wystarczy... Zapewniła mnie, że świetnie się bawi – w co nie wątpiłem – i znakomicie sobie radzi w nowym otoczeniu. Na pożegnanie obdarzyła mnie swoim uroczym uśmiechem i słodkim buziakiem. Kiedy zamykałem za sobą drzwi, przed wjazdem stał już zaparkowany czarny Jeep Grand Cherokee. Za kierownicą siedziała ubrana również na czarno moja opiekunka.

Witaj Robercie! – z nie ukrywanym zadowoleniem przywitała mnie Paulina.

Witam moją opiekunkę! – odpowiedziałem wchodząc do samochodu. Położyłem moją sportową torbę na tylnym siedzeniu i wygodnie usadowiłem się z przodu. Pomimo przyklejonego uśmiechu czułem się spięty i podenerwowany. Starałem się jednak nie okazywać emocji, które we mnie narastały.

Do twarzy ci w czarnym – rzuciłem, aby rozładować napięcie i chyba mi się udało.

Tobie też...

– Dzięki. Wygląda tak, jakbyśmy się umówili na jakieś czarne spotkanie... Jesteśmy ubrani na czarno, jedziemy czarnym samochodem po czarnej drodze... – spojrzeliśmy na siebie z rozbawieniem. – To mi się bardziej kojarzy z diabełkami niż aniołkami – zażartowałem.

Nie zawsze białe jest naprawdę białe, a czarne czasami tylko wygląda jak czarne.

Czyli twoje ubranie nie jest wcale czarne, a twoje zęby nie są naprawdę białe??? – zrobiłem głupią, uśmiechniętą od ucha do ucha minę i popatrzyłem na wyszczerzone w uśmiechu śnieżno białe zęby mojej rozmówczyni.

Czy zdarzają ci się chwile, w których jesteś poważny?

Nie pamiętam – zrobiłem krótką przerwę – ale staram się, żeby było ich jak najmniej, taki już jestem. Czy to źle?

– Skąd... Lubię ludzi z poczuciem humoru.

No to jestem uratowany – postanowiłem jednak przejść na poważniejszy temat. – Zdradzisz mi, co mnie dzisiaj czeka i gdzie właściwie jedziemy? Mam nadzieję, że nie zostałem porwany sprzed własnego domu?

Ciekawe co byś wtedy zrobił? – najwyraźniej teraz Paulinie zebrało się na żarty.

To zależy od tego, jaki byłby cel tego porwania – poczekałem chwilkę. – Myślę, że każdy prawdziwy facet z ogromną przyjemnością dałby się porwać takiemu diabełkowi jak ty... – zauważyłem błysk zadowolenia w jej oku i z cierpliwością poczekałem na odpowiedź, nad którą dość długo się zastanawiała.

Nie zapominaj, że białe nie zawsze jest białe... – odpowiedziała z pełną satysfakcją, aż przygryzła sobie usta.

– Ok. Wygrałaś. A teraz uchyl rąbka tajemnicy – grzecznie poprosiłem.

Czarna asfaltowa droga, po której pędziło nasze czarne błyszczące auto wyprowadziła nas już dawno z miasta. Teraz jezdnia wiła się pomiędzy pagórkami to w lewo to w prawo, w tę i z powrotem, mijaliśmy zielone lasy, przejeżdżaliśmy wzdłuż rozciągniętych na wzgórzach i schowanych w dolinach różnobarwnych pól. Widoki zmieniały się jak w kalejdoskopie lecz jedna rzecz była niezmienna – niewiadoma.

Przez kilka minut nikt się nie odzywał, do uszu docierały tylko świsty mijanych od czasu do czasu samochodów. W tylnej części naszego samochodu coś rytmicznie skrzypiało, a Paulina wystukiwała palcami o kierownicę jakąś, tylko sobie znaną, melodię.

Nie lubisz słuchać muzyki w samochodzie? – nic lepszego nie przyszło mi do głowy, a koniecznie chciałem przerwać to usypiające milczenie.

– Pewnie, że lubię. Sama nie wiem, dlaczego nie włączyłam radia – dotknęła przycisk radia z napisem power i z głośników wydobył się jakiś standard jazzowy.

Od razu lepiej... Jeszcze daleko?

Jeszcze trochę i będziemy na miejscu. Miejsce, do którego jedziemy, tak naprawdę nie istnieje. To znaczy – tu zrobiła przerwę – nasz obóz znajduję się na terenie prywatnej rezydencji, która rozciąga się na obszarze prawie stu kilometrów kwadratowych.

Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech podkreślający dumę.

Mamy tam niezły poligon. Z zewnątrz wygląda to całkiem niewinnie. Wyobraź sobie, że na obrzeżach uprawiane są normalne pola, dopiero kilka kilometrów w głąb zaczyna się teren bardziej tajemniczy. Mamy swoje lasy, jeziora, kawałek pustyni, a w centralnej części mieści się małe miasteczko. Wszystko pilnie strzeżone. Najlepsze jest to, że na mapach niczego tam nie ma... – rzuciła na mnie przeszywające spojrzenie.

– Chciałam ci zrobić niespodziankę, dlatego nic nie mówiłam. Stwierdziłam jednak, że lepiej będzie, jeśli uchylę rąbka tajemnicy, o który prosiłeś.

– Dzięki... Ale trochę trudno mi uwierzyć w to co mówisz.

Wcale ci się nie dziwię, kiedyś też miałam wątpliwości.

Właśnie w tej chwili zjechaliśmy z głównej drogi. Paulina znacznie zwolniła i powoli skierowała samochód na polną, wyboistą drogę, która prowadziła przez zielone pole buraków. Jakieś dwieście metrów dalej przejazd zastawiała stara rozpadająca się drewniana brama, od której w obydwu kierunkach rozchodziło się tak samo zniszczone drewniane ogrodzenie. Belki, które tworzyły tę pożałowania godną przeszkodę sięgały najwyżej metra wysokości, były solidnie przerzedzone i zmęczone czasem.

Paulina zatrzymała samochód, wyłączyła silnik i wysiadła. Otworzyłem drzwi i poszedłem za nią w stronę bramy.

Tutaj zaczyna się nasze królestwo – powiedziała popychając drewnianą przeszkodę, przed którą staliśmy.

Nie wygląda to zbyt imponująco – wystękałem.

– Mówiłam ci... Z zewnątrz wygląda to bardzo niewinnie. Taki jest zamiar. Dzięki temu nikt nie zwraca uwagi na to, co znajduje się dalej.

No tak, dookoła widać tylko pola, nic więcej, niezły kamuflaż – przyznałem.

Pojechaliśmy dalej. Niebawem dojrzałem pas zieleni, który wyłonił się z za horyzontu. Okazało się, że mamy przed sobą gęsty las. Wjechaliśmy pomiędzy drzewa, jednak kilkadziesiąt metrów dalej drogę zagrodził nam przepływający tamtędy wartki strumień. Spojrzałem pytająco w stronę Pauliny – była spokojna i pewna siebie.

Bez chwili zastanowienia ostrożnie wjechała do wody. Poczułem jak przez uda i plecy przechodzą mi ciarki, szum przepływającej pod samochodem wody wciąż narastał... Chciałem coś powiedzieć, zrobić cokolwiek, ale nie mogłem. Tymczasem moja opiekunka z zadziwiającym opanowaniem przeprawiała się przez szalejący pod nami żywioł. Wreszcie dotarliśmy na drugi brzeg, Paulina zatrzymała pojazd w bezpiecznym, suchym miejscu.

– Chodź rozprostujemy trochę kości – zaproponowała.

Dobry pomysł! – odpowiedziałem i z przyjemnością postawiłem nogi na twardym gruncie. „Pewnie kosmonauci mają podobne wrażenie po powrocie na ziemię” – pomyślałem.

Jak się czujesz?

Zauważyłem delikatny uśmieszek na twarzy Pauliny.

Tak jak rozbitek... Wszystkim znajomym robisz takie niespodzianki?

Odwróciłem się w stronę strumienia i przycupnąłem na spoczywającym obok starym pniu. Podeszła i usiadła koło mnie. Teraz razem wpatrywaliśmy się w niespokojne wody srebrzystego potoku.

Robi wrażenie, prawda? – odezwała się Paulina. – Wygląda jak szalejąca w czasie powodzi rzeka...

W rzeczywistości przejechaliśmy przez niegroźny strumyk. Na tym odcinku koryto ma około dwudziestu metrów szerokości. Wydaje się, że strumień jest głęboki, bo spienione wody nie pozwalają dojrzeć dna, tymczasem grunt znajduje się zaledwie dwadzieścia centymetrów pod powierzchnią wody. W dodatku kamienisto–żwirowe dno nie zapada się pod obciążeniem, dlatego można tędy przejechać bez większych problemów. Nieźle, co? Kiedy pierwszy raz tędy przejeżdżałam wyskoczyłam z samochodu. Mój opiekun pokładał się ze śmiechu, a ja byłam przerażona. Nie gniewaj się ale każdy anioł musi przez to przejść. To pierwsza lekcja. Pamiętaj, nie zawsze białe jest naprawdę białe...

A czarne czasami tylko wygląda jak czarne...

W końcu dotarliśmy do celu naszej wycieczki. Po drodze niczego szczególnego nie zauważyłem. Dookoła rozciągały się tylko wspaniałe lasy, przepiękne nieskalane przez człowieka tereny, których niepodzielnymi panami były dzikie zwierzęta. Z zarośli podrywały się do lotu rozmaite gatunki ptaków, a pomiędzy drzewami przemykały spłoszone warkotem samochodu sarny i zające. Kiedy dotarliśmy do kolejnego ogrodzenia – tym razem wykonanego ze stalowej solidnej konstrukcji zakończonej ostrymi grotami – ogromne masywne wrota otworzyły się przed nami same.

Byliśmy na miejscu, naszym oczom ukazały się imponujące zabudowania. Najwyższe, czteropiętrowe budynki tworzyły zamkniętą zabudowę w kształcie prostokąta. Z zewnątrz otoczone były mniejszymi pojedynczo rozmieszczonymi budynkami o zróżnicowanej architekturze. Większość obiektów pokryta była grafitową dachówką, a dzięki ciemnozielonej barwie elewacji całość doskonale wtapiała się w leśną okolicę. Jednak największe wrażenie robił panujący tu spokój. Wzdłuż wybrukowanej drogi, która prowadziła do centralnego placu, nie spotkaliśmy dosłownie nikogo. Słyszałem tylko dobiegający z oddali śpiew ptaków i towarzyszący nam warkot silnika.

Powitanie

Czy to już wszyscy? – zapytał starszy mężczyzna przeglądając w swoim komputerze dane personalne przybyłych do bazy ochotników.

Profesor Waldemar Reder był odpowiedzialny za szkolenie adeptów.

Od początku swojej działalności dla stowarzyszenia tworzył i koordynował program szkoleniowy, którego celem było wszechstronne przygotowanie przyszłych aniołów do działań w ekstremalnych warunkach, z naciskiem na odporność psychiczną i kreatywne myślenie podczas akcji. W świecie zewnętrznym wykładał psychologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak od momentu przystąpienia do aniołów cały swój zapał i potencjał poświęcił stowarzyszeniu.

Na razie dotarło trzydziestu pięciu. Z wytypowanej setki kandydatów zdecydowało się tylko czterdziestu. Do wczoraj zrezygnowało jeszcze czterech. Dzisiaj powinien dojechać ostatni – Ułan, bo tak nazywano tutaj tego mężczyznę, był najbliższym współpracownikiem profesora Redera, kierował specjalną grupą łowców, którzy werbowali nowych kandydatów. Ten niezrównany ekspert ludzkiej natury miał obsesję na punkcie wszystkiego, co wiązało się z ułanami. Dogłębnie studiował historię czasów napoleońskich, kolekcjonował najprzeróżniejsze pamiątki z tamtego okresu – zwłaszcza militaria – analizował osobowości i idealizował bohaterów tamtych lat. Na świat patrzył poprzez pryzmat minionych czasów. Ułan potrafił precyzyjnie ocenić tkwiące w człowieku możliwości. Ponadto, w znacznym stopniu potrafił tę umiejętność przekazać swoim podwładnym, którzy robili z niej wspaniały użytek. Teraz siedział w kancelarii Redera i składał raport z najświeższych łowów:

Zobaczymy co da się z nich zrobić... Poprzednie szkolenie przeszło tylko trzech. Dlaczego tak trudno jest znaleźć kilku godnych ludzi, którzy mieliby odwagę przeciwstawić się szalejącej pladze okrucieństwa i zepsucia? To pytanie nurtuje mnie od zawsze... – Reder wciąż analizował przekazane mu dane.

Waldek, dobrze wiesz, że światem rządzi pieniądz. To największy demon naszych czasów... Bogactwo, władza, kariera, sukces. Inne wartości już się nie liczą. Wciąż mam przed oczyma szablę mojego dziadka, który zostawił rodzinę, cały dobytek i zaciągnął się do Legionów Piłsudskiego. Bóg, Honor, Ojczyzna... Dla tych wartości walczył, w imię tych wartości zginął, te słowa zdobiły jego szablę, to je nosił przy boku i raził swych wrogów ich blaskiem... Ale wcale nie jest tak źle. Mamy przecież całą armię aniołów, którzy wykonują wspaniałą robotę. Dobrze wiesz, że każdy z nich gotowy jest na wszystko. Ci ludzie doskonale wiedzą, co to honor i dzielnie stawiają czoła w obronie prawdziwych cnót. Czasy się zmieniły, jednak ludzie są wciąż tacy sami... Każdy ma swojego demona.

Mam nadzieję, że nasi nowi ochotnicy nie przyniosą nam wstydu.

Na czole Redera pokazały się głębokie zmarszczki zakłopotania.

– Pożyjemy zobaczymy, ale na pociechę muszę ci powiedzieć, że sam Albert zainteresował się jednym z nich.

Ułan rzucił dumne spojrzenie prosto w oblicze swojego rozmówcy.

Facet jest wyjątkowo interesujący, z raportów wynika, że możemy mieć z niego pociechę.

Nie zwróciłem uwagi. Który to?

Reder gwałtownie zmienił wyraz twarzy, a w jego oczach pojawił się błysk nadziei. Wydobył się z za monitora swojego komputera i wbił wzrok w stojącego przed nim Ułana.

– Hmmm... – Ułan uciekł gdzieś myślami, po czym uśmiechnął się do Redera. – Na to pytanie niestety sam musisz sobie odpowiedzieć. Albert jest ciekaw czy podzielisz naszą wspólną opinię. Na pewno rozumiesz, że nie mogę zdradzić, kogo mamy na myśli.

O której ma przyjechać ten ostatni?

Powinien tu być około pierwszej.


*


Właśnie zbliżała się pierwsza, kiedy pod główny budynek zajechał czarny Jeep Grand Cherokee. Z samochodu wyłoniły się dwie postacie ubrane na czarno. Spod czarnej czapki kobiety wystawały końcówki blond włosów, którymi delikatnie poruszał chłodny wiaterek. Mężczyzna nieco wyższy od swojej towarzyszki podążał za nią długim sprężystym krokiem. Jego krótkie, jasne włosy nie poddawały się podmuchom wiatru, który nieprzyjemnie zawiewał mu w przymrużone, niebieskie oczy. W prawej ręce niósł podłużną sportową torbę a lewą dłoń trzymał w kieszeni skórzanej kurtki. Kobieta odwróciła do niego twarz i skinęła w kierunku najbliższych drzwi. Weszli do środka.

To tutaj Robercie. Usiądź sobie, ja tymczasem muszę zgłosić nasze przybycie. Kiedy mnie nie będzie na pewno ktoś się tobą zajmie. Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Trzymam za ciebie kciuki. Do zobaczenia później!

Powinienem coś wiedzieć? – Robert był zaniepokojony.

Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Głowa do góry! Na razie! – Paulina mrugnęła na pocieszenie i pośpieszyła ku schodom, które prowadziły do kancelarii Ułana.

– Dzięki! – wykrztusił z siebie Robert, ale nikt już tego nie słyszał.

Robert rozejrzał się dookoła, wziął głęboki oddech i oparł się o ścianę. Pomieszczenie, w którym się znajdował na pierwszy rzut oka do złudzenia przypominało przestronny hol hotelowy. Stały tam dwie duże marmurowe ławy otoczone przepastnymi skórzanymi fotelami w kolorze wiśni, która nadawała również barwę miękkim chodnikom i dywanom rozciągniętym na marmurowej posadzce. Ściany pokryte były kłującą w oczy bielą, która rozjaśniała zatopione co kilka metrów w grubych murach, ciemne wiśniowe drzwi.

„Brakuje tylko recepcji i ponętnej recepcjonistki z wymalowanymi na białej twarzy pulchnymi ustami w kolorze wiśni…” – stwierdził w duchu Robert.

Robert rzucił okiem na kamienne schody, które pochłonęły jego opiekunkę. Czekał aż jej obraz znowu się tam pojawi. Kiedy stracił cierpliwość zlustrował swym wzrokiem głębię długiego korytarza biegnącego z holu do drugiego skrzydła budynku. W końcu wtopił się w jeden ze stojących w holu foteli i poczuł jak nachodzi go senność.

Kiedy się przebudził stał nad nim wielki łysy ochroniarz, z wymierzonym w jego kierunku pistoletem.

Na ziemię śmieciu! – zawarczał ochroniarz wściekłym ochrypłym głosem.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com