Starosta zygwulski - Adam Krechowiecki - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 458 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Starosta zygwulski - Adam Krechowiecki

Powieść historyczna z 1887 roku, osnuta na wątkach biografii Stanisława „Diabła” Stadnickiego, polskiego szlachcica o nieprzeciętnym charakterze z drugiej połowy XVI wieku. Adam Krechowiecki (1850–1919) był konserwatywnym pisarzem sprzeciwiającym się nowym ruchom i prądom w sztuce. Pisarz przyjaźnił się z Henrykiem Sienkiewiczem i ślady tej przyjaźni widać także w jego twórczości. Dzieła Adama Krechowieckiego przypominają pisarstwo Henryka Sienkiewicza zarówno pod względem budowy artystycznej, jak i w sposobie prowadzenia narracji i wątków. Poglądy pisarza były bliskie postawie krakowskiej szkoły historycznej, od której przejął głównie zapatrywania na przyczyny upadku powstania styczniowego. Autor pracował również jako dziennikarz. Będąc długoletnim redaktorem „Gazety Lwowskiej”, działał na niwie życia kulturalnego i społecznego. Przed związaniem się z „Gazetą Lwowską” był referentem sztuk teatralnych. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Starosta zygwulski - Adam Krechowiecki

Fragment ebooka Starosta zygwulski - Adam Krechowiecki






Spis treści

  1. TOM I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. TOM II
  10. ROZDZIAŁ  VIII
  11. ROZDZIAŁ  IX
  12. ROZDZIAŁ X
  13. ROZDZIAŁ  XI
  14. ROZDZIAŁ XII
  15. ROZDZIAŁ  XIII
  16. ROZDZIAŁ  XIV
  17. ROZDZIAŁ XV
  18. KOLOFON

TOM I


ROZDZIAŁ I

W kościele Panny Marii w Lublinie na wotywę zadzwoniono, a ksiądz pleban Krescenty Modliński u ołtarza stojąc, pierwsze modlitwy odmawiać już począł, gdy w drzwiach wejściowych ukazała się wysoka postać starca, nikomu z obecnych nieznana. Starzec ów miał na sobie odzież ubogą: spod szerokiej bekieszy zarzuconej na ramiona, ile że pora to była jesienna – a w tym roku 1605 niezwykle dżdżysta i chłodna – wyglądał stary, wyszarzany żupan, przepasany taśmą czarną, rzemieniem podszytą i spiętą na klamrę żelazną. Wszakże pomimo stroju tego, który w niczym zamożności nie znamionował, wchodzący powszechną zwrócił uwagę. Rycerska iście postawa, zdawała się mówić, iż długa, ciężka szablica, na rękojeści, której starzec wspierał rękę lewą, nie musiała rdzewieć w pochwie. Wąs długi, biały i takaż broda, nadawały twarzy starca, chudej, zapadłej, okrytej zmarszczkami, wyraz niezwykłej powagi. Włosy miał także długie, aż do ramion sięgające, co się niejako sprzeciwiało ówczesnemu zwyczajowi, który od onej nieszczęsnej za króla Olbrachta bukowińskiej wyprawy – kiedy to niecne Wołochy za długą czuprynę na drzewach uwiązywali – nakazywał przystrzygać lub podgalać włosy. Ale co najbardziej uderzało w nieznajomym, to wielka, głęboka kresa, która od skroni lewej przecinała mu całą twarz prawie. Przy bliższym rozpatrzeniu się zauważano także, że prawa ręka starca była dziwnie skurczona, jakby zgięta w łokciu, a nadto brakowało jej czterech palców, które były szpetnie ucięte.

Starzec z głową podniesioną, nie spoglądając na nikogo, szedł środkiem kościoła, a przed kratkami ołtarza stanąwszy, pochylił głowę na piersi i tak w kornej postawie, nieruchomy do końca mszy świętej pozostał, w medytacji jakiejś, czy w cichej zatopiony modlitwie.

– Co zacz jest ów sędziwy starzec? – szeptano, a gdy nikt zagadki wyjaśnić nie zdołał, ciekawsi, po skończonym nabożeństwie, zgromadzili się w kruchcie, aby raz jeszcze owego nieznajomego oglądać mogli. Starzec wszakże pozostał w kościele dłużej, a potem jeszcze z księdzem Krescentym w zakrystii rozmawiał, który też z wielką atencją, aż za próg świątyni go wyprowadził, sumitując się mu, a prosząc, by na plebanię był łaskaw.

– Przebaczysz mi Wielebność Wasza – odrzekł nieznajomy, a słowa te doszły uszu ciekawych – ale dziś tyle mi zaszczytu przynoszącej inwitacji odmówić muszę, ile że zaledwie przybywszy, wiele czynić mam, aby się, jako tako osiedlić. Przeto na później rezerwuję sobie łaski wasze.

To rzekłszy, pokłonił się nisko Księdzu, pożegnał się i odszedł, a ciekawi hurmem rzucili się ku plebanowi.

– Co zacz ów szlachcic z kresą? – pytano zewsząd.

Pleban uśmiechnął się i rzekł:

– Ano, nie wiele wiem, co zacz jest... Zowie się Jan Szornel...

– Szornel! – zawołał niemłody już szlachcic, Mikołaj Stawski, Cześnik Chełmski, małego wzrostu a ruchliwy wielce, który że najciekawszy był, a zanim na stare lata w Lublinie osiadł, w rozmaitych obracał się stronach, przeto znał wszystkich i wszystko wiedział.

– Szornel! – powtórzył – a jakżeby nie znać?

Wszak ci to Szornele w Chełmskiej ziemi dziedziczą, a ród jest żmudzki, starodawny, herbu Dołęga. Jeden z nich był on rotmistrz sławny w różnych potrzebach, a potem dworzanin i powiernik Stadnickiego Mateusza, który się ariańskich nowinek chwyciwszy, piekłu duszę, heretykom zaś kościoły oddał i ojcem jest onego Stanisława, co go też słusznie „diabłem” zwą...

– Toć to pewno on sam jest, rotmistrz Szornel! – zawołano.

– Może on, albo nie on – zakonkludował Cześnik – ile że ów rotmistrz znacznie winien być starszy, a mnie się widzi, jako już dawno zemrzeć musiał, bo od lat wielu słychu o nim nie było.

Długo jeszcze w ten sposób rozmawiano, do żadnej konkluzji dojść nie mogąc; a że tak na ulicy pod kościołem stać chłodno było i niewygodnie, cała ta gromadka szlachty znalazła się niebawem w pobliskiej gospodzie „pod Barankiem”, gdzie zasiadłszy, a miód lub wino popijając, jęła gwarzyć tak głośno, że huk szedł, jakby na sejmiku jakim.

Ale mijały następnie dnie i tygodnie całe, a ciekawość sąsiadów nie została zaspokojoną, ile że imćpan Szornel, zamieszkawszy w małym dworku, opodal starej baszty, na ulicy Jezuicką zwanej, wcale z nikim się nie komunikował, do kościoła nawet chodzić przestał, a parę razy tylko widziano, że na plebanię wieczorem szedł, jakby umyślnie taką wybierając porę, gdy tam nikogo, oprócz samego księdza Krescentego nie było.

Dziwiło to i niecierpliwiło niepomału braci szlachtę, której tam podówczas mnogo siedziało w Lublinie dla interesów rozlicznych, albo też mieszkało stale przy klasztorach i kościołach na dewocji. Byli to najczęściej ludzie lat już podeszłych, a bez fortuny znacznej, ale byli też i posesjonaci, którzy tu sprawy w trybunale mieli, lub też podzieliwszy majętności swe pomiędzy dzieci, tu się osiedlali, chwaląc Pana Boga, a rozpamiętywając dawne, minione czasy. Byli też między nimi ludzie rycerscy, którzy tu po znojach obozowych wypoczynku szukali; wszyscy zaś herbowi i rodów zacnych, dziwowali się mocno a gorszyli tym, że imćpan Szornel, osiadłszy wśród nich, tak stronić się zdawał, jakby od hołoty.

Około kościoła Panny Marii utworzył się tedy jakby zaścianek szlachecki. Tu najpierw mieszkał pan Cześnik Chełmski, Mikołaj Stawski, o którym już powyżej była wzmianka. Wybudował on sobie piękny dworek, a na facjacie wyryć kazał herb Stawskich: Tępa Podkowa i litery swoje M. S., które tam jeszcze po dziś dzień widnieją. Dalej nieco, w mniejszym dworku, osiadł imćpan Sobiesław Brzechwa, niegdyś żołnierz waleczny, i siłacz wielki, który pomimo sześćdziesięciu lat wieku, żelazo gniótł w garści jak ciasto, a w wieczystej był zwadzie z sąsiadem Cześnikiem, co nie przeszkadzało, że się kochali wzajemnie bardzo i jeden bez drugiego żyć nie mógł. Oprócz nich było Jakubowskich dwóch, Dąbrowskich czterech, Zawadzkich i Zakrzewskich kilku, z sobą niespokrewnionych i herbów rozmaitych. Wszystko to jednak była szlachta z dawna tu osiadła, znająca się dobrze między sobą i trzymająca społem, ilekroć o kogoś im wszystkim obcego chodziło; między sobą bowiem waśnili się i kłócili nieraz. – Nie lubili intruzów i skoro się taki pojawił, wnet go oglądano na wsze strony, a biada mu, jeśli nie okazał się pewnym szlachcicem; bo go naówczas zgoła odosobniano, i nikt z nim żyć nie chciał, że wreszcie skazany na samotność, uchodzić stąd musiał. Nawet taki, który chociaż szlachcicem był, lecz z dalszych okolic przybywał, a nie miał między bracią szlachtą lubelską konneksji, musiał czas długi cicho siedzieć, a głosu nie podnosząc, sumitować się kornie dawniej osiadłym, by go do grona swego przypuścić raczyli i wejść z nim w bliższe konfidencje.

Z czasem tedy wytworzyła się w tym zakątku Lublina jakoby jakaś konfraternia szlachecka, mająca swoje obyczajowe prawa, którymi się rządziła i od których nie odstępowała. Od pewnego czasu rej tu wodził niejaki imćpan Marcin Kozieka, herbu Zkrzyżłuk. Jakkolwiek ród to ruski starodawny i tytułu kniaź używający, sam wszakże pan Marcin był tu przed laty nieznanym przybyszem. Długi też czas, nie mając wcale żadnych krewnych ani konneksji, musiał hamować swoją burzliwą, niespokojną naturę, a ubierać się w pokorę, zanim mu wreszcie owi Jakubowscy, Zakrzewscy, Zawadzcy i Stawscy miejsce między sobą dali. Odtąd, czy to siła woli i rozumu pana Marcina, czy też może indolencja tej gromadki szlachty, sprawiła, że ów przybysz zajął wśród niej przemożne stanowisko. Ruchliwy a przebiegły bardzo, pan Marcin stał się niejako głównym plenipotentem owego lubelskiego zaścianku. On sprawy sporne w grodzie załatwiał, on przeprowadzał proces, jego zdanie tak w prywatnych jak i publicznych sprawach nieraz przeważało. I działo mu się z tym wcale dobrze: żył dostatnio, jakkolwiek o ile było wiadomo majątku nie miał żadnego. Influencji tej swojej, przyznać trzeba, nie zawżdy używał na pogodzenie zwaśnionych – owszem, częściej się zdarzało, iż wynajdywał sam powód sporu, zręcznie go zaostrzał i do procesu doprowadzał.

– „Chodźmy do kniazia!” – mawiano w razie, jakiej dyferencji, a kniaź niby to godził, perswadował, uśmierzał, ale koniec końców z małej częstokroć zwady, wielką sprawę zrobił i do prawowania się zmusił. Nie było wszakże wypadku, aby którakolwiek strona żaliła się na pana Marcina; nawet w razie przegranej umiał on tak pięknie rzecz przegrywającemu przedstawić, że go jeszcze na szklanicę miodu zaprosił, a dziękował za pomoc i radę. Nikt też wcale nie pytał już pana Marcina, jaka go zawierucha z województwa wołyńskiego, gdzie pono rodzinę możną miał, aż do Lublina zaniosła; akceptowano go raz stanowczo, a nie tylko akceptowano, ale pozwolono wziąć górę i słuchano pilnie, gdy mówił, co mu się wszakże nie często zdarzało. Kniaź miał w zwyczaju więcej słuchać niż mówić, a milcząc i słuchając, pomrukiwał jeno pod nosem, jakby rzecz słyszaną w umyśle ważył; gdy zaś się odezwał, to krótko – jednym, dwoma słowami rozstrzygając kwestię. Wówczas inni otwierali gęby i śmiali się lub frasowali, stosownie do wyroku kniazia. Kozieka zaś nie śmiał się nigdy, a frasował się też bardzo rzadko, chyba na pozór, gdy nad swoim losem i niesprawiedliwością ludzi, którzy się na nim poznać nie umieli, ubolewać począł.

Żebyż to przynajmniej postawę okazałą miał ten główny plenipotent i mediator lubelskiego zaścianku – ale gdzie tam! Niewielkiego wzrostu, chudy, a chociaż zaledwie czterdzieści kilka lat wieku liczył, przygarbiony szpetnie, ubrany zimą i latem w kubrak szaraczkowy, wcale nędznie wyglądał. I twarz miał szpetną, a pomarszczoną i pofałdowaną tak dziwnie, że nawet broda rosnąć na niej nie chciała, i tylko jakieś rzadkie, krótkie, a ostre kosmyki wśród tych fałdów wyrastały. Oczy miał małe, ale biegające i przenikliwe, nastrzępionymi brwiami na poły zasłonięte; nos nieco do góry patrzący, z nozdrzami ruchliwymi, a zaczerwieniony od owego miodku, którym kniazia sowicie raczono i który on bardzo lubił. Usta wreszcie wąskie i małe, pokryte były rzadkim wąsem, który dwoma płowymi kosmykami na dół spadał. Za to włosy na głowie jeżyły się mu bujnie do góry, gęste i twarde.

I owa to niepoczesna persona rej wodziła w zaścianku lubelskim, jako się wyżej rzekło. Najdłużej wszakże influencji pana Kozieki opierał się imćpan Cześnik Chełmski Mikołaj Stawski, który w owym przybyszu zawżdy, jakieś niepewne podejrzewał intencje.

– Kniaź, nie kniaź – mawiał pan Cześnik – ale dali pan warto by go zapytać, skąd i po co tu przybył, skoro tam w Wołyńskim Województwie kniaziów Poryckich i innych możnych ma powinowatych. Niech da respons.

– Waść byś żądał, jakieś tu indagacje ekstraordynaryjne zaprowadzać – przerwał mu olbrzymi pan Brzechwa, wieczysty oponent Cześnika – a toć wiadomo, że Koziekowie na Rusi ród starodawny, a ludzie rycerscy...

– Jakoś mi ten na rycerza nie patrzy.

– Waść także na rycerza nie patrzysz, boś mały, że cię przeskoczyć można!

– Nie radzę próbować – odparł urażony już pan Stawski, prostując się – bo choćby to był drągal taki jak waćpan, to mu odprawę dam!

– Nie boję się ja waćpana! – krzyczał zaczerwieniony już gniewnie pan Brzechwa, machając wielkimi pięściami – nie takich ja gniotłem w garści i nie takie łamałem podkowy, jak waćpana tępa w herbie!

I byłoby nieraz przyszło z tego powodu do poważnej zwady, gdyby obecni, śmiejąc się z tych zapasów wielkoluda z karlikiem, nie interweniowali i nie godzili zwaśnionych.

Kozieka zaś, nie wiele sobie ważąc opozycję Stawskiego, instalował się na dobre w Lublinie, a osiedliwszy się, z dniem każdym coraz więcej miru i wziętości sobie zjednywał. A chociaż imćpan Cześnik nie mógł nigdy całkowicie przemóc niechęci swej i zawżdy podejrzewał intencje kniazia, to na te suspicja jego nikt już wcale uwagi nie zwracał.

Od czasu pojawienia się Szornela, Kozieka nie miał spokoju. Imponował mu a zarazem drażnił niepomiernie ten stary, poważny szlachcic, który nie idąc śladem innych przybyszów, nie starał się wcale zbliżyć do kniazia, ani też o jego influencję się ubiegał, aby uzyskać przyjęcie do owej lubelskiej konfraternii szlacheckiej. Zamieszkawszy w Lublinie do nikogo się nie zbliżał, na kniazia się patrzał spokojnie, ale obojętnie, lekkim skinieniem głowy zaledwie odpowiadając na niskie ukłony Kozieki.

– Hardy pan! – mruczał kniaź gniewnie – ale poczekaj, nauczę ja cię submisji!

I odtąd pilnie śledzić począł każdy krok Szornela. Zrazu nic wyśledzić nie mógł; to jedno tylko zwróciło powszechną uwagę i obudziło niechęć ku przybyszowi, że Szornel zamieszkał w dworku, który był własnością niejakiego pana Wojciecha Żegoty. Ów Żegota przed dwoma laty przybył tu z Krakowa i także wcale dziwnie sobie poczynał, prowadząc zgoła odosobniony żywot, oddany wychowaniu córki jedynaczki. Mówiono, że pan Żegota był mieszczaninem krakowskim, posiadającym znaczną fortunę, że przed dwoma laty straciwszy ukochaną małżonkę i z żalu po jej zgonie nie mogąc wysiedzieć w Krakowie, umyślnie przeniósł się do Lublina, gdzie go nikt nie znał i samotności wdowiej przerywać nie mógł. Żył też bardzo skromnie i w odosobnieniu wielkim, lubując się jeno w księgach, które skupowywał i ślęczał nad nimi. Widywano go często w kościele wraz z córką, która liczyć mogła podówczas siedemnaście lub osiemnaście wiosen, a tak była urodziwą, że ją powszechnie w Lublinie zwano „piękną Reginką”, bo takie imię miała.

Brzechwa, który pomimo siwizny, piękne twarzyczki niezmiernie lubił, usiłował z początku wszelkimi sposoby zbliżyć się do Żegoty i jego córki, ale to się na nic nie zdało. Żegota grzecznie, ale stanowczo dał do zrozumienia, że wcale z nikim konneksji mieć nie pragnie.

Kniaziowi powiodło się jeszcze gorzej. Zasłyszawszy o fortunie Żegoty, chciał on pozyskać sobie koniecznie jego względy, a w tym celu szukał pilnie dobrej sposobności. Sposobność ta nadarzyła się niebawem: Żegota bowiem nabywszy dworek w Lublinie, wplątał się w spór jakiś z dawnym właścicielem, z czego jak mówiono proces miał wyniknąć. Kniaź, jako w tych sprawach wielce doświadczony, a w prawie biegły, ofiarował natychmiast Żegocie swoje usługi. Ten wszakże nie tylko owych usług przyjąć nie chciał, ale zbył Koziekę tak lekceważąco, że kniaź przysiągł, iż do grobowej deski tego mu nie zapomni. Nie lubił nawet mówić, jak to było z owym Żegota, a ilekroć go o to zagadnięto, spluwał jeno z pasją wielką i mruczał gniewnie:

– Łyk podły!

Stawski utrzymywał, że kniazia spotkał tam despekt wielki, że go Żegota za drzwi wyraźnie wyprosił, albo i co gorszego uczynił. Trudno to było sprawdzić, bo Kozieka nie mówił nic, jeno się szpetnie odgrażał, a Żegota, ów spór z kupna dworku wynikły, zgodnie załatwiwszy, do nikogo się nie zbliżał, tylko czasem do księdza Krescentego na plebanię zaglądał i z nim księgi wertował a uczone dysertacje prowadził. Reginka podzielała samotność ojcowską wcale ochotnie, nie zdradzając chęci do właściwych jej wiekowi rozrywek. Nie wychodziła prawie nigdy z domu, prócz do kościoła z ojcem, gdzie się przykładnie i gorliwie modliła, nie zwracając uwagi na płomienne spojrzenia, jakimi ją nie tylko zalotny Brzechwa, ale i cała młódź lubelska ścigała. Piękną, bo też była nad wyraz. Wysoka, smukła, włosy miała jasne, a brwi ciemne i oczy ciemne, szafirowe o niezwykłym blasku i takim przejmującym wyrazie, że imćpan Brzechwa zaklinał się, iż raz jak spojrzała na niego, to mu serce jak wosk zmiękło, a w głowie zaszumiało, że omal na kolana przed nią nie upadł.

– Odkąd mnie ziemia nosi, jeszczem takiej dziewki nie widział! – wołał w zapale i nie tracił nadziei, że prędzej czy później potrafi przełamać upór Żegoty i zbliżyć się do niej. Jakoż po pewnym czasie tyle uzyskał, że pan Żegota na pozdrowienie jego odpowiadał uprzejmym ukłonem, a raz nawet Reginka uśmiechnęła się doń wdzięcznie, gdy Brzechwa z wielkim łoskotem na ziemię upadłszy, podał jej chustkę, którą wychodząc z kościoła przypadkiem upuściła z ręki. On też jeden wraz z księdzem Krescentym stawał zawżdy w obronie Żegoty, gdy cała szlachta, z Kozieką na czele, czyniła mu rozliczne zarzuty.

Raz, gdy się wszyscy, gwoli jakiegoś odpustu, na plebanii zebrali i mowę o tym rozpoczęto, ksiądz Krescenty opowiadał, jako Żegota, to człek wielkiej nauki i pobożności, który w Krakowie znacznego rozgłosu zażywał, że co przedniejsi panowie o jego przyjaźń zabiegali. Brzechwa potakiwał głośno, podnosząc przy tym pod niebiosa urodę i cnoty Reginki.

– Dobre, poczciwe dziecko! – rzekł na to pleban – dzieli wdowią samotność ojca z rozkoszą, nie pragnąc wwcale innej zabawy, prócz pielęgnowania sędziwego rodzica, którego jest jedyną pociechą i podporą.

– Niech poślubi pana Brzechwę – mruknął kniaź – będzie też pielęgnowała podagrę mężowską.

Brzechwa zamachnął się groźnie, ale rozbił pięścią jeno powietrze, bo kniaź nie chcąc słuchać pochwał nienawistnego sobie Żegoty, uszedł, drzwiami srodze stuknąwszy.

– Niech się pan Brzechwa zawczasu przygotuje na to, że Reginka za mąż iść nie zechce – zauważył uśmiechając się pleban – o ile wiedzieć mogę, pono do Panien Brygidek, po najdłuższym życiu rodzica, wstąpić ma zamiar, a i teraz często tam przebywa u ciotki swej, która jest starszą siostrą w tym zakonie.

Pan Brzechwa nie rzekł na to nic, jeno odtąd często odwiedzać począł kościół Panien Brygidek, a chociaż tam nigdy Reginki nie spotkał, to wszakże z zakrystianem tamtejszym w konfidencie wszedłszy, dowodnie spenetrował, jako piękna Żegocianka rzeczywiście całymi często dniami u ciotki swej zakonnicy przebywa, z nią razem modlitwy, posty i różne ćwiczenia duchowne odprawiając. Za czym pan Brzechwa wielce stał się nabożnym, a klasztor ów szczególniejszymi łaskami otaczać począł. Że zaś bez fortuny nie był, a bliskich krewnych i obowiązków żadnych nie miał, świadczyć mógł i świadczył tak hojnie, że go niebawem Panny Brygidki w poczet szczególniejszych swych dobrodziejów policzyły, a Reginka, dowiedziawszy się snać o tym, coraz przyjaźniej na ukłony jego odpowiadać poczęła. Nawet Żegota tak zrazu nieprzystępny, pozdrawiał go z atencją i o zdrowie pytał Brzechwa był tym wielce uradowany i bijąc się z impetem w piersi, szeptał sam do siebie z cicha, aby go kniaź dosłyszeć nie mógł:

– Zaczarowała mnie ta dziewka na starość, dalipan! na nic się to nie zda, wiem dobrze, ale pókim żyw jam jej sługa, do ostatniego tchu!

I szedł modlić się do Panien Brygidek.

Reszta szlachty z Kozieką na czele, wyśmiewała się zeń szyderczo, samego zaś Żegotę, za poduszczeniem kniazia, o rozmaite pomawiała niecnoty, gniewając się srodze za hardą postawę i nieprzystępność owego, jak go zwała, „podłego mieszczanka”. Gdy przeto Szornel do Lublina przybywszy, zamieszkał w dworku Żegoty i z nim, jak to wnet spenetrowano, w wielkiej był konfidencji, a Reginkę jakby córkę rodzoną miłował, zyskał tym wprawdzie cichego sprzymierzeńca w Brzechwie, ale resztę sąsiadów niepomiernie na siebie oburzył, w kniaziu zaś otwartego miał nieprzyjaciela.

– Z nami żyć nie chce, jeno z łykiem się brata! – mówiono z oburzeniem wielkim.

Tak przeszedł czas niejaki, minęło miesięcy kilka, a kniaź pomimo bacznego śledzenia, nic złego w postępowaniu Szornela dopatrzeć nie zdołał. Raz tylko, późnym już wieczorem, dostrzegł, jako Szornel wychodził z plebanii i zatrzymawszy się z księdzem Krescentym u furty, coś z nim żywo rozmawiał. Kozieka przysięgał, iż przystanąwszy a nadstawiwszy uszu, najwyraźniej słyszał, jako ksiądz pleban głosem stanowczym groził Szornelowi karą bożą, a on na to nie mówił nic, jeno chyląc głowę powtarzał:

– Nie mogę, ojcze, nie mogę!

Odtąd nie widziano już Szornela ani w kościele, ani na plebanii, a gdy raz spytano o to księdza Krescentego i przy nim zaczęto srodze szkalować przybysza, pleban najprzód surowo skarcił ciekawość, nakazał milczenie, a widocznie zafrasowany, rzekł wreszcie:

– Biedny człek... módlcie się zań, a nie sądźcie, byście sami nie byli sądzeni.

Wszakże to wszystko zaostrzało niepomiernie ciekawość sąsiadów i skłaniało kniazia do tym gorliwszego śledzenia. Dowiedziano się wreszcie, że stary szlachcic był rzeczywiście owym rotmistrzem słynnym z odwagi i rycerskich czynów, który ciężko ranny w jednej potrzebie z Tatarami, przez przyjaciela swego i towarzysza w onej wyprawie Mateusza Stadnickiego, do zamku jego w Niedźwiedziu sprowadzony, tam długie lata przebywał. To dało asumpt kniaziowi, że go jako heretyka przedstawić chciał, a ogólnej wzgardzie i nienawiści podać.

Raz, gdy szlachta wedle zwyczaju w gospodzie „pod Barankiem” zgromadzona, przy kubkach miodu gwarzyła, Kozieka począł srodze przeciw przybyszowi wykrzykiwać, a ciężkie mu czynić zarzuty.

– Arianin jest! – wołał – jako i Stadnicki! Dopomagał mu świątynie boże heretykom na splugawienie oddawać i praktyki diabelskie z nim wespół odprawował; a i teraz pono, dlatego z ludźmi żyć nie chce, ile że z nieprzyjacielem a kusicielem rodzaju ludzkiego w konszachty się bawi.

– A przecie do kościoła chodzi! – zaoponowano.

– Raz był i to nie klęczał, jeno stał, a potem go już i żywe oko w świątyni bożej nie widziało. Za to widziałem go sam, jako w nocy po cmentarzu chodzi.

Nie jeden szlachcic przeżegnał się krzyżem świętym.

– Widziałeś kniaziu? – spytano chórem.

– Jako mnie tu żywym widzicie!

– I ja widziałem – ozwał się dotąd milczący imćpan Brzechwa – ale wyznaję, że to właśnie com widział, wcale na mnie inną impresję wywarło.

– Opowiedzże waćpan, jako to było! – zawołało kilka głosów.

– Ano, ekstraordynaryjnego nie było nic – odparł Brzechwa – jeno dowodzi, iż suspicja kniazia, jakoby rotmistrz Szornel heretykiem był, wcale nieugruntowane. Wczoraj, gdym oto wracał z gospody tej, miało się już ku północy, a dochodząc do dworku pana Cześnika, podle starej baszty, ujrzałem Szornela, idącego wolnym krokiem ku staremu cmentarzysku. Szedł powoli z głową w dół zwieszoną, a ja ciekawością zdjęty, podążyłem za nim, trzymając się z dala, aby mnie dojrzeć nie mógł. Tak przyszliśmy ku cmentarzowi, a przyznam się waszmościom, że mi jakieś dreszcze po skórze przechodzić poczęły, gdym ujrzał, jako pan Szornel przez furtkę wkroczył na cmentarz i tam pomiędzy grobami snuć się począł.

– I cóż tam czynił? – spytano z zdwojoną ciekawością.

Brzechwa nie zaraz dał respons. Wstyd mu było się przyznać, że gdy Szornel przekroczył próg cmentarza, on lękiem zdjęty, nie oglądając się za siebie, czmychnął do domu.

– Ano – rzekł w końcu – ciemno było, nie mogłem dojrzeć dobrze, co czynił, jeno to widziałem, jako kląkł u jakiegoś grobu i słyszałem, że jęczał głucho... może się modlił...

Kozieka zaśmiał się szydersko, że się wszyscy aż wzdrygnęli, przejęci jakąś mimowolną trwogą.

– Czarownik jest, heretyk, powtarzam – rzekł kniaź – na grobach o północku zioła zbiera i praktyki czarodziejskie z nimi odprawuje.

– Srogi zarzut – ozwał się znów Brzechwa – nie śmiałbym takiej rzucać suspicji.

– Nie darmo ksiądz Krescenty karą bożą mu groził – ciągnął dalej Kozieka, nie zważając na słabą opozycję Brzechwy. – Pięknegośmy doczekali się tu kompana, którego by co rychlej stąd wyświecić warto, iżby i na nas pomsta boża nie przyszła.

– Nic pewnego nie wiemy – zauważył na to spokojnie a poważnie imćpan Cześnik Stawski, który tu w tej gromadce zawżdy ważny głos miał. – Są to wszystko jeno podejrzenia a domysły, które wcale nieugruntowanymi okazać się mogą, jakkolwiek te wędrówki nocne na cmentarz iście dziwne.

– Warto by to spenetrować – zauważył jeden z Jakubowskich, w sile wieku i dzielnego animuszu człek. – Imćpan Brzechwa, co podkowy łamie...

Stawski się zaśmiał.

– Dobrze mówi! – zawołał – pan Brzechwa diabła nie powinien się bać, bo większy od niego, przeto niech idzie na cmentarz i wyklaruje rzecz całą.

Olbrzymi szlachcic żachnął się gniewnie.

– Mniemam, iż lepszy do tego pan Stawski – odparł. – Diabeł, choćby tam i był, nie dojrzy małego pana Cześnika, a tym mniej Szornel. Tym go też łacniej pan Stawski podpatrzy.

Już się wszczynała zwykła dyskusja między Cześnikiem i Brzechwą, gdy pan Jakubowski rzecz całą zgodził, zaproponowawszy, iżby wszyscy in gremio, gdy północ zbliżać się będzie, na cmentarz poszli. Nie jeden wprawdzie, a pierwszy pan Brzechwa, który w bitwie dzielnym był junakiem, lecz do ekstraordynaryjnych rzeczy wcale animuszu nie miał – byłby się chętnie od tej wędrówki uchylił, gdy jednak propozycja uczynioną była poważnie, spozierano tedy na siebie przez pewną chwilę, a potem zaakceptowano ją chórem. W gromadzie takiej, czegóż obawiać się miano? Wszakże dla animuszu, że do północy było jeszcze daleko, postanowiono miodu nie żałować, a wkrótce potem słychać już było gwar zwiększony i śmiechy głośne i zwadę Brzechwy ze Stawskim...

*


ROZDZIAŁ II

Do północy mało niewiele już brakowało, gdy gromadka z dziesięciu ludzi złożona, zbliżała się ku staremu cmentarzysku, wśród nocnych ciemności. Ciemności te były rzeczywiście ponure; wiatr zimny, marcowy, smagał nielitościwie, jęcząc żałośnie. Cisza była dokoła; w mieście i na przedmieściach nigdzie już świateł nie było widać; spokojni mieszkańcy Lublina spali już dawno. Czasem jeno wiatr szarpnął silniej i stuknął okiennicą źle przytwierdzoną, lub znakiem sklepowym wiszącym nad drzwiami domostw; czasem ozwało się nawoływanie stróża nocnego, lub szczeknięcie psa z oddali; zresztą głucho było i pusto. Po wyludnionych ulicach przesuwała się owa gromadka cicho, bezmownie, dech zapierając w piersiach. Hałaśliwa w gospodzie, wyszedłszy na owe ciemności nocne, oniemiała nagle. Pan Brzechwa, który z początku wysunął się naprzód, ociągał się jakoś w miarę im dalej postępowano, że go pan Stawski znaglać musiał. Szli tedy coraz wolniej, aż nareszcie na tle ciemnym nieba ujrzeli jeszcze ciemniej rysujące się poszarpane mury starej baszty, podle, której mieszkał pan Szornel, a poza którą, o, jakie kroków sto ciągnął się cmentarz.

Brzechwa przystanął.

– Et! – rzekł z cicha – głupia historia! mnie miód we łbie kręci i spać się chce. Po co mamy włóczyć się po nocy. Niech tam sobie ów Szornel robi, co chce, co nas to obchodzić może?

– I ja tak mówię – potwierdził kniaź – wdawać się z czarownikiem niebezpieczna rzecz, taka impreza wiele nas kosztować może...

– Wstydźcie się, mości panowie! – ozwie się na to pan Stawski, wysuwając się naprzód – rozumiem, że panu Brzechwie nie stało animuszu samemu na cmentarz iść, ale w kompanii się bać, to iście rzecz dziwna. A cóż się nam stać może?

– Nikt się tu z nas nie lęka – odparł Brzechwa – a skoro panu Cześnikowi przyszła ochota, to wolno mu iść kędy się podoba... ja bym tam nie chciał penetrować niczyich tajników.

– To moim zdaniem nie szlachecka rzecz – dorzucił kniaź.

– Nie szlachecka rzecz! – powtórzył z oburzeniem Cześnik – ale suspicja rzucać, zwać czarownikiem i o konszachty z diabłem pomawiać...

– W imię Ojca i Syna! – przerwał Brzechwa, który już w ostatnim szeregu pozostał – mów waść, co się podoba, jeno nieprzyjaciela rodzaju ludzkiego nie wyzywaj! – I przeżegnał się nabożnie.

– Ale suspicja rzucać! – powtórzył Cześnik – toć rzecz tym bardziej nie szlachecka i konkluduję, że teraz iść musimy spenetrować rzecz całą i albo panu Szornelowi wrócić cześć, albo...

Nie dokończył. Z dworku, w którym mieszkał pan Szornel, wysunęła się chuda, wysoka postać Rotmistrza, otulona w bekieszę.

Wszyscy mimowolnie rzucili się ku baszcie i skryli za mur wystający. Szornel obejrzał się na wszystkie strony i wolnym krokiem ruszył ku staremu cmentarzysku. W piersiach patrzących dech zamarł. Pan Brzechwa przykląkł i zgiął się, aby się za Stawskiego schować mógł.

– Idźmy!... – szepnął Cześnik i wszyscy już nie oponując, ruszyli za nim cicho, ostrożnie.

Rotmistrz szedł bardzo powoli, a nie spodziewając się, by go kto śledził, nie oglądał się już wcale za siebie. To też Cześnik z kompanią swoją mógł o kilkanaście kroków idąc za nim, przyjść niepostrzeżenie aż do furty cmentarnej, którą Rotmistrz przekroczył i znikł wkrótce wśród drzew otaczających grobowce.

– A co? – szepnął Kozieka – widzieliście?

Głos kniazia drżał nieco, a głuche milczenie było mu odpowiedzią. Dla wszystkich stawało się jasnym, że Szornel szpetne jakieś praktyki odprawuje, inaczej bowiem, po cóż by po starym cmentarzysku chodził w noc późną? Jużci nie dla modlitwy, bo na to kościoły są we dnie otwarte, gdzie człek nabożny może Panu Bogu cześć, a swej duszy pokrzepienie przynieść. Ale na cmentarzu i to dawnym, opuszczonym, cóż by czynił i po co by tam szedł? Nie, po co innego, jeno jak kniaź mówił, aby czarodziejskie inclusa wynajdywać. Nawet pan Brzechwa, który zawżdy dotychczas brał stronę Rotmistrza, nie rzekł nic, jeno po cichu dla odpędzenia złego ducha pacierze odmawiał, a wytężonym wzrokiem usiłował przebić ciemności, by dojrzeć, co się tam na owym cmentarzysku działo. Na próżno; widział jeno obnażone gałęzie drzew, jak na tle ciemnym nieba, poruszane wichrem, niby walkę z sobą tocząc, uderzały o siebie z głuchym łoskotem; słyszał wycie tego wichru i przyspieszone tętno własnego serca, które tłukło mu się w piersi, lękiem a zarazem kompasją zdjęte dla tego starca, który się tułał tam wśród tych grobowych ciemności.

– Być że to może? – powtarzał – być że to może?

I cała ta gromadka stała tak długo, milcząc i patrząc ku cmentarzowi, do którego zbliżyć się nie śmiała. Nareszcie po długiej chwili, Stawski, chwytając obok stojącego towarzysza za rękę, szepnął:

– Widzisz waćpan?...

U furtki stała znów wysoka postać Rotmistrza. Jakby mu żal było opuszczać to miejsce wieczystego spoczynku, zwrócił się twarzą ku cmentarzowi, głowę oparł o mur na poły rozwalony i tak nieruchomy pozostał... Byłże to jęk wichru, który teraz wyraźnie słyszeć się dawał?...

– Tak samo, jak wczoraj – szepnął Brzechwa – tak samo jęczał, słyszałem...

– Ekstraordynaryjny wypadek! – mruknął Stawski – wszak ci to tak jakby płakał.

W całej gromadce przed chwilą nieprzyjaźnie usposobionej, przemagać poczęło uczucie kompasji. Kozieka chciał wprawdzie dowodzić, jako to są zwykłe czarnoksiężników zaklęcia, ale mu przerwano dość ostro, więc zmilczał.

– Biedny człek! – rzekł wreszcie Stawski, nie godzi się go tu ostawić; starzec jest, może omdleć, bo widocznie jakiś ciężki smutek go gnębi.

– Nie godzi się! – pierwszy raz ze Stawskim zgodził się Brzechwa – chodźmy doń waćpanowie i odprowadźmy do dom.

Wszelkie podejrzenia i krzywdzące domysły naraz ustały. Jeden tylko kniaź nie zbyt dawał folgę uczuciom, bo machał wciąż pogardliwie ręką, a gdy postanowiono iść ku Szornelowi, rzekł:

– Ja nie pójdę. A po co? Wszystko to dla mnie jasnym nie jest. Da on sobie radę i bez nas, a jak sam przyszedł, tak i sam powróci. Moje jest iść stąd precz, a zdać o tym księdzu Krescentemu relację, niech radzi dalej, jako wie.

Słowa kniazia wywarły jak zawżdy wrażenie. Ci, którzy posunęli się już naprzód ku Szornelowi, cofnęli się znowu i poczęli zastanawiać się, zali nie lepiej pójść do dom, a jutro księdzu Krescentemu wszystko jak było opowiedzieć.

Ale wahanie się to trwało nie długo. Podczas narady owej, Szornel począł iść z powrotem; szedł jednak dziwnie chwiejnym, niepewnym krokiem, jakby znużony czy osłabły bardzo; a naraz o kamień na drodze zawadziwszy, potknął się, zachwiał i całym ciężarem runął na ziemię.

Jeden okrzyk przerażenia wyrwał się z piersi patrzących. Nie zastanawiano się już dłużej, ale gromadnie spieszono na pomoc. Szornel leżał na ziemi, na próżno usiłując się dźwignąć. Skoro jednak dojrzał posuwającą się ku niemu gromadkę ludzi, jakby lękając się spotkania, ostatka sił dobył i powstał. Chciał się zawrócić i iść, ale byłby upadł, gdyby pan Brzechwa ze Stawskim, w czas nadbiegłszy i uchwyciwszy go w pół, nie zapobiegli temu.

– Dziękuję waszmościom – ozwał się słabym głosem Szornel – dziękuję waszmościom, zaniemogłem nagle... pozwólcie mi usiąść na ziemi, aby ta niemoc minęła.

– My waszmości, panie Rotmistrzu, tu ostawić nie możem – odparł żywo Stawski – wszak sąsiedzi jesteśmy, pozwól waćpan, abym cię do dom odprowadził.

– Dziękuję, bardzo dziękuję – odrzekł po chwili Szornel – i akceptuję łaski wasze... ile że czuję, iż sił mi brak... mówić nawet nie mogę.

Stawski tedy z jednej, a Brzechwa z drugiej strony, prowadzili pod ramię Rotmistrza, który szedł powoli, wlokąc nogi za sobą, a chwilami przystając, by z głębi piersi chłodnego zaczerpnąć powietrza.

Nikt głosu nie podnosił, jeno Kozieka mruczał coś pod nosem, snać nie kontent z takiego obrotu sprawy.

Tak w milczeniu minęli basztę starą i stanęli obok dworku, w którym mieszkał Szornel, a Stawski widząc, że Rotmistrz ogląda się na wsze strony, jakby w obawie, aby ta cała ciekawych gromada do wnętrza nie weszła, rzekł zwracając się do towarzyszy:

– Proszę waszmościów na mnie nie czekać. Ja z panem Brzechwą odprowadzę imćpan Rotmistrza do izby, a że godzina już późna, wnet do dom pójdę i pana Brzechwę do siebie inwituję, jeśli łaska.

Brzechwa nie nawykły zgadzać się z Cześnikiem, burknął coś potakująco, a Rotmistrz z wdzięcznością ścisnął ramię Stawskiego, na którym się opierał. Za czym weszli samotrzeć do wnętrza dworku, pozostawiając resztę kompanii na dworze, mocno niezadowoloną.

Stali tam oni zrazu w milczeniu, spoglądając w ciemne okna dworku, w których niebawem jakieś mignęło światełko, ale widząc, że ani Brzechwa, ani Stawski nie wychodzą, postawszy jeszcze chwilę, ruszyli ku miastu.

Głuche milczenie przerwał Kozieka.

– Głupia rzecz! – zawołał. – Włóczymy się w nocy, po zimnie, że aż kości się trzęsą i po co? aby jakiegoś tam heretyka ratować i do dom z paradą odprowadzać. A na domiar jeszcze drzwi nam przed nosem zamknięto.

– Winien był pan Szornel przynajmniej słowo podzięki rzec – zauważył inny szlachcic.

– Mówić nie mógł, ile że srodze osłabiony jest i chory – tłumaczył drugi.

– Chory! chory! – mruknął kniaź – a po cóż po cmentarzysku się włóczy? Zali to chrześcijańska rzecz misteria, jakieś na grobach czynić?

– Ciekawa rzecz – ozwał się Jakubowski – jaka będzie jutro relacja Stawskiego i Brzechwy?

– Nie dowiemy się nic – odrzekł kniaź – nie powiedzą nam nic zgoła. Zaklnie ich Szornel i nakaże wieczyste silentium o tym, co u niego widzieć będą, bo to już taki obyczaj u wszystkich heretyków.

– Co zaś waść pleciesz ciągle o tych heretykach? – przerwał mu z irytacją Jakubowski – mamy tu przecież wielu disidentów w Lublinie, którzy tu w domu pana Tęczyńskiego zbór swój mają; wszak to są ludzie spokojni, słuszni, a są między nimi i znaczni mężowie, jako i sam pan wojewoda Tęczyński, starosta nasz lubelski.

– Są heretycy i heretycy – odrzekł kniaź – a ten imćpan Szornel nie jest snać z tych Kalwinów lubelskich, ale z owych, którzy Trójcy Świętej znać nie chcą i dzieci swych, jako poganie, nie chrzczą, aż póki nie dorosną, przeto też zowią ich Anabaptyści... Straszliwa to jest sekta!

– A skądże to waść wiesz o tym?

– Skąd wiem? – odparł kniaź. – Zali to człek mało nawędrował się po świecie? Byłem ja swojego czasu i w Rakowie, kędy jest główna siedziba herezji a odszczepieństwa. Jest tam zbór wielki i szkoła fundowana przez imćpan Sienieńskiego, kasztelana żarnowskiego. Byłem też w Niedźwiedziu i Dubiecku u pana Mateusza Stadnickiego, który był zaciekłym Arianem, i w Łańcucie u syna jego Stanisława, a tam miałem okazję przypatrzeć się ich praktykom heretyckim.

– Ale cóż to? – zawołał nagle kniaź, wskazując przed siebie ręką – czy mi się widzi, czy też istotnie w gospodzie pod Barankiem jeszcze pali się światło?

Wszyscy zwrócili oczy w tę stronę i ujrzeli rzecz iście o tej porze ekstraordynaryjną. Wszystkie okna gospody owej jasno były oświetlone, a sam jej właściciel imćpan Szafrański niezwykle zaanimowany, krzątał się z dwoma pachołkami w sieni, od której drzwi na oścież były otwarte.

Pan Kozieka a za nim kompania cała, wielką ciekawością zdjęta, pospieszyli ku gospodzie, ale tu zrazu nie wiele dowiedzieć się mogli.

Szafrański, otyły człowieczek, a wielce spokojnego ducha i niecierpiący zwady, z widoczną aprehensją w głosie wydawał rozkazy pachołkom i sam krzątał się a kręcił jak mucha w ukropie, biegając tam i sam do kuchni, piwnicy, do stajni, skąd dochodziło rżenie koni i krzyki snać licznej służby.

– Ktoś przybyć musiał... jakaś znaczna persona – szepnął Kozieka.

– Kto jest w gospodzie? – zapytano Szafrańskiego, gdy ten zmordowany przysiadł w sieni, ocierając pot spływający mu po twarzy kroplami – kto przybył?

– Oj! oj! – jęczał Szafrański – dajcie mi waćpanowie spokój! Straszne rzeczy! straszne rzeczy!

Przerażenie gospodarza niepomału zdumiało gromadkę szlachty. Otoczono go kołem i zarzucono pytaniami, ale pan Szafrański głową kręcił, rękami machał, wzdychał ciężko i nie odpowiadał nic, jeno na drzwi gospody, jakby z trwogą spoglądał.

– Panie Baranku! czy jak tam waści? – zagrzmiał nagle głos donośny, męski, silny, z wnętrza izby gospodnej – chodź sam tu!

Szafrański zerwał się i pospieszył, co tchu do izby, a gromadka szlachty pozostała pod drzwiami, spoglądając na siebie w zdumieniu.

– Co to być może? – szeptano – kto zacz jest w izbie?

Kozieka ciekawości stłumić nie mogąc, wyszedł z sieni i wspiąwszy się na palcach ku oknu, do wnętrza izby zaglądnął.

Okna były małe, nie zbyt przejrzyste, a migocące światło ogniska na kominie rozłożonego, nie dawało od razu rozpoznać dobrze, co się wewnątrz działo... Długo patrzał pan Kozieka i wzrok wytężał, a za jego przykładem i reszta kompanii, zająwszy miejsca przy innych oknach, to samo czyniła, zaglądając przez szpary, a zamieniając od czasu do czasu stłumione pytania i wykrzykniki:

– Czy widzisz waść?

– Kto to może być?

– Jak by Brzechwa tak wielki!

– Ależ to olbrzym, nie szlachcic!

Za stołem siedziała rzeczywiście niezwykłych rozmiarów persona. Przybysz ów, obrócony był twarzą ku oknom, tak że po chwili, zaglądająca w nie szlachta mogła rozpoznać jego rysy, dziwnie wielkie. Włosy ciemne, dobrze już przyprószone siwizną, mocno podgolone, odkrywały czoło szerokie, groźnie ściągnięte nad oczami, które wszelako nie miały chmurnego wyrazu. Owszem, przebijała się w nich dobroduszność pewna, dziwnie sprzeczająca się z marsem na czole. Cała fizjonomia nieznajomego o rysach bardzo wybitnych, miała wyraz wielkiej stanowczości i powagi, łagodzonej pełnym szczerości uśmiechem, który od czasu do czasu pojawiał się na ustach, okolonych wąsem sumiastym, a nieco wydętych i mięsistych. Olbrzymia ta głowa, osadzona na krótkiej, grubej szyi, wspierała się na ramionach odpowiednio szerokich. O wzroście sądzić było można z nóg wyciągniętych, a sięgających daleko poza obręb stołu, za którym siedział ów przybysz, zajadając z wielkim smakiem, jakieś arcydzieło kulinarnego kunsztu, sporządzone naprędce przez kuchmistrza pana Szafrańskiego, i zapijając miodem, którego wielki gąsior stał na stole, wypróżniony już na poły. Odziany był ów szlachcic w zwykły strój podróżny, ale dość strojny: miał na sobie kurtkę ciemnozieloną sukienną, guziczkami małymi gęsto na przodzie i koło rękawów ozdobioną, a barankami podszytą. Szlachcic jadł i pił głośno, mlaszcząc językiem, a od czasu do czasu chrząkając tak silnie, że się szyby trzęsły.

Naraz powstał... A czynił to powoli, rozprostowując stopniowo swą wspaniałą postać, jakby nią pochwalić się chciał przed zaglądającą szlachtą. Wstawał i wstawał i jeszcze końca temu nie było, że aż prawie do powały głową dosięgnął.

Głośny szmer podziwu zgromadzonych pod oknami towarzyszył temu wstawaniu olbrzymiego szlachcica.

– Dalipan! – zawołał, któryś głośno, zdumienia pohamować nie mogąc – takiego wielkoluda jeszcze jakem żyw nie widział!

Nierozważny ten wykrzyknik i szmer poza oknami, zwrócił uwagę przybysza, który jednym krokiem był już przy oknie, otworzył je szarpnąwszy i wyglądnął. Nie dostrzegł jednak nic, bo cała kompania pana Kozieki, na widok zmierzającego ku niej olbrzyma, czmychnęła od okien i w jednym momencie była już w sieni, kryjąc się tam w ciemnościach.

Wielki szlachcic otworzył drzwi i wrzasnął:

– Mości Baranku!

Szafrański wnet nadbiegł, sumitując się kornie.

– Szafrański jestem... de nomine Wincenty – rzekł nieśmiało.

– Furda panie! – krzyknął wielkolud – jeno waść patrzaj, by mi tam przez okna nie zaglądano; jakieś nicponie powlepiali nosy w szyby i gadali głośno. O mnie mniejsza, bo ja tam furda panie! strzelam, gdy kto na mnie zagląda i basta! ale pan Starosta tego nie ścierpi i gotów zły być!

Mówiąc to wielki szlachcic uśmiechał się pod wąsem, ale szlachta schowana w najciemniejszym zakątku sieni, nie widząc tego, oniemiała z przerażenia.

– Hm... hm... mruczał Kozieka – nieszpetna alternata: on strzela i basta – a pan Starosta jeszcze gorzej... ciekawa rzecz, co gorszego może być?

Szafrański tymczasem mitygował przybysza.

– Niech Wasza Miłość będzie spokojny... to może wiatr oknem szarpnął...

– Nie wiatr... nie wiatr... mości Baranku!

– Szafrański jestem...

– Furda panie! nie przerywaj mi waćpan i idź precz! a pilnuj, aby było cicho!

Drzwi izby zamknęły się z trzaskiem, a Szafrański blady z przelęknienia, zwrócił się ku szlachcie, która wyszedłszy z ukrycia, otoczyła go kołem.

– Chodźcie waszmościowie... wyjdźcie stąd! – szepnął gospodarz – zali nie widzicie, co się dzieje?

I wyszli wszyscy razem na palcach, bramę zamknęli i dopiero o kilkanaście kroków od gospody przystanąwszy, jęli pytać Szafrańskiego, kto by to był ów przybysz.

– Nieszczęście! kara Boża, powiadam waszmościom – rzekł Szafrański, wzdychając bardzo ciężko – dopuszczenie straszliwe na mnie i na Lublin cały... Wiecie waszmościowie, kto przybył?

– Ależ mówże waćpan! – przerwał niecierpliwie kniaź – nie wiemy nic, a waść wzdychasz jeno i mówić nie chcesz. Kto jest ów wielkolud?

– E! – machnął ręką Szafrański. – Wielkolud to jeszcze nic. To zacny ziemianin i rycerz sławny, on nikomu krzywdy nie uczyni. Jest to imćpan Niezabitowski.

– Znam! znam! – zawołał Kozieka – Rotmistrz królewski, dzielny wojownik, który w potrzebach z Tatarami i w tej pskowskiej...

– Rotmistrz – przerwał Szafrański – ten, co to tak był wielki, że oko od oka było u niego na dwie dłonie, a który Turkom i Tatarom tak był straszny, że jeno ujrzawszy go, pierzchali; zwał się Jakub, a już pono zmarł, bo i wielkoludy umierają. A zaś ten zowie się Sebastian, chorąży, i jest pono bratankiem owego Jakuba. Wielki jest także okrutnie, postawę groźną ma i krzyczy: furda panie! Ale jego ja się nie lękam, bo człek jest słuszny i prawy... za to ten drugi...

– A któż jest ten drugi?

– Kto? kto? – powtórzył z cicha, z wielką aprehensją w głosie pan Szafrański – i zbliżywszy się prawie do ucha Kozieki, szepnął:

– Nie kto inny – jeno sam Starosta Zygwulski... Stadnicki!

– Diabeł! – zawołało kilka głosów.

– Jezus, Maria! – wrzasnął Kozieka i aż ku ziemi przysiadł.

– Mości Baranku! – zagrzmiał w tejże chwili głos potężny od gospody – a gdzież to wędrujesz? Furda panie! posługi żadnej nie ma!

Szafrański poleciał co tchu, a szlachta została na środku ulicy, spoglądając na siebie w zalęknieniu wielkim.

*