Srebrnowłosa - Kaja Wasilewska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 492 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Srebrnowłosa - Kaja Wasilewska

Podobno coś tkwi w tym mieście. Wśród starych kamieniczek, czterech bram, wnętrza ogromnego Pałacu Królewskich Klejnotów drzemie moc. Potęga przenika kości zniszczonych budynków, tętni w trzewiach Grantiny, nieodgadniona, zagadkowa, niedająca zapomnieć trzem Klanom o swoim dziedzictwie.

 

 

Marika jest samodzielną i nad wiek poważną kuglarką, należąca do grupy wilantów – klasy miejskiej pozbawionej jakichkolwiek praw, zarabiającej na życie kradzieżą i sztuczkami. Wiele się zmienia, gdy dziewczyna odkrywa, że stara przepowiednia wrzuca ją na pole bitwy pomiędzy Klanami. Jakby nie miała dość osobistych problemów. Ponadto sprawę komplikują agresywne nad podziw żmije, znikające wiedźmy i pewien chorobliwie ambitny mężczyzna. A przede wszystkim smoki. One mieszają najbardziej.

Opinie o ebooku Srebrnowłosa - Kaja Wasilewska

Fragment ebooka Srebrnowłosa - Kaja Wasilewska





Strona redakcyjna


Prolog

Północ. Łódź przemykała po lśniących wodach Grantiny, klucząc w licznych kanałach. Gdy wiosła zanurzały się w czarnej toni, rozlegał się cichy plusk. Na pokładzie oprócz przewoźnika znajdowało się trzech dorosłych mężczyzn i niemowlę trzymane na ręku przez najstarszego z nich. Dopiero z bliska można było ujrzeć, że to dziecko, a nie zawiniątko okutane w stare szmatki. Mężczyzna mocno zaciskał na nim palce, nie pozwalając dojrzeć choćby skrawka jasnej skóry.

– Dopływamy na miejsce. – Przewoźnik przerwał ciszę.

Nikt nie odpowiedział. Nawet ich oddechy były zbyt ciche i nikły w nocy. Nie mieli latarni, płynęli w kompletnej ciemności, zdając się na szczęście i opatrzność. Wysoko, na mostach wybudowanych ponad kanałami, widać było wędrujące niewyraźne poświaty. To Strażnicy patrolowali ulice.

Mężczyzna z poprzetykanymi siwizną włosami i kolczykiem w uchu ciaśniej owinął niemowlę płaszczem, gdyż noc była zaskakująco chłodna jak na środek wiosny. Dziecko nie wydobywało z siebie najlżejszego dźwięku, więc opiekun co jakiś czas odruchowo sprawdzał, czy maleństwo oddycha. Było spokojne, za spokojne.

Pozostali dwaj rzucali podejrzliwe spojrzenia we wszystkie strony. Wszyscy byli jednakowo ubrani: mieli na sobie starą i wystrzępioną odzież, a u pasa wisiały miecze i sztylety.

Łódź stuknęła o brzeg zapuszczonej przystani. Drewno butwiało, pokrywało się mchem i porostami w miejscu, gdzie stykało się z wodą. Platforma do połowy zapadła się w toń, zaledwie na małym kawałku można było jeszcze postawić nogę. Przybysze wyszli z łodzi, deski skrzypnęły przeraźliwie pod ich ciężarem.

– Nie było cichszego miejsca? – syknął szeptem mężczyzna, przysuwając tobołek do piersi.

Przewoźnik uśmiechnął się ponuro, skrywając twarz w mroku płaszcza. Tylko krzywe zęby błysnęły w świetle księżyca.

– Jesteśmy na miejscu. Pięć dukatów za osobę.

Jeden z mężczyzn rzucił w jego kierunku sakiewkę z pieniędzmi. Przewoźnik złapał ją sprawnie i potrząsnął nią. Brzdęk monet usatysfakcjonował go wyraźnie, bo machnął głową w kierunku kamiennych schodów prowadzących na wyższe piętro miasta. Trudno było powiedzieć, czemu zaufali temu małemu i obleśnemu człowiekowi. Był jedynym, który zgodził się na przemyt, choć wciąż mieli wątpliwości, patrząc na złośliwy błysk jego oczu. Mężczyźni szybko wspięli się po schodach, a przewoźnik schował w rękawie sakiewkę. Widząc, jak znikają, podniósł rękę, pokazując dwa palce.

Z mroku kanału wypłynęła druga łódź, wypełniona uzbrojonymi po zęby Strażnikami.

– Tak jak mówiliście. Trójka mężczyzn. – Przewoźnik wskazał schody.

Chwilę później złapał w powietrzu drugą wypchaną sakiewkę. Strażnicy w milczeniu przemknęli do stóp schodów. Ostatni z nich odwrócił jeszcze głowę, by rzucić spojrzenie odpływającemu przewoźnikowi. Ten bezpiecznie się oddalał, uśmiechając się szyderczo.

Mężczyźni jak cienie przemykali po zaułkach miasta. Nie czuli się bezpiecznie. Nikt w tym mieście nigdy nie mógł czuć się bezpiecznie, jedynie na łożu śmierci.

Wysokimi uliczkami i wąskimi mostami doszli na wielki pusty plac. Na jego środku stał olbrzymi Pałac Królewskich Klejnotów. Okazałą budowlę rozświetlały lśniące witraże, mamiące kolorami jak bukiet egzotycznych kwiatów. Mężczyzna z dzieckiem stanął raptownie, tak że pozostała dwójka niemal na niego wpadła.

– Niczego nie widać. Jest pusto – stwierdził pewnym głosem jeden z nich.

– I właśnie to mnie niepokoi – wymamrotał najstarszy.

W tej chwili za nimi rozległy się szybkie kroki. Z zaułków wysypali się Strażnicy. Mieli na sobie zbroje, skórzane płaszcze i rękawice, twarze zakryli hełmami. Trójka stanęła plecami do siebie, kładąc dłonie na rękojeściach mieczy.

– Nie gorąco wam w tych zbrojach? – zapytał kpiąco jeden z trzech mężczyzn.

Z grupy liczącej około pięćdziesiąt osób wystąpił człowiek w pełnej wypolerowanej zbroi i z największym, najbardziej nieporęcznym mieczem. Nie nosił hełmu, w mroku nocy zalśniły okrutne oczy i uśmiech godny korsarza. Wyciągnął rękę w nabijanej ćwiekami rękawicy.

– Daj mi to, staruchu – rozkazał lodowato.

– Wypraszam sobie, taki stary nie jestem – prychnął mężczyzna, jednocześnie cofając się o krok. Plecami dotknął pozostałej dwójki, która na ten znak rzuciła się w bój. Zaskoczeni Strażnicy początkowo cofnęli się pod atakiem, ale po chwili skoczyli, dobywając mieczy.

Mężczyzna z dzieckiem nie walczył. Mimo wieku obracał się zręcznie i z kocią gracją unikał wymierzonych w niego ostrzy. Lawirował wśród mieczy, aż niezauważony wydostał się z tłumu. Jego dwaj towarzysze przywarli plecami do siebie, nie dając Strażnikom możliwości, by musnęli ich swoją bronią. Bez wysiłku odbijali ataki, doprowadzając przeciwników do szału.

Wtem rozległ się przeciągły gwizd. Wwiercał się przez uszy w czaszkę i odbijał echem w jej środku. Wszyscy odwrócili głowy.

– Patrzcie na mnie! – krzyknął mężczyzna. Jedną ręką przyciskał zawinięte w tobołku dziecko do piersi, drugą, zaciśniętą w pięść, wycelował w nocne niebo. Zamachnął się i dwa kamienie poleciały w tłum, wybuchając szarym, oślepiającym popiołem.

Wystarczyła ta krótka chwila, by Strażnicy stracili orientację. Towarzysze uciekającego mężczyzny wbijali swoje ostrza w szczeliny przy hełmach najbliżej stojących przeciwników. Polała się krew, wybuchło zamieszanie, jakby lis wpadł do kurnika. Jednak atakujący przedarli się przez tłum i znów cała trójka, a właściwie czwórka, stała twarzą w twarz z grupą gwardzistów.

– Daj mi to – warknął Strażnik w lśniącej zbroi, wskazując na zawiniątko. Oczy mu płonęły wściekłością.

– Nic z tego, Markiniuszu. Nic z tego. – Najstarszy z osaczonych uśmiechnął się, a pozostali dwaj ocierali klingi z krwi.

– Mogłem się tego spodziewać. – W głosie Markiniusza zabrzmiała przeraźliwa, jeżąca włosy nuta. – Dlatego mam coś, co wam się nie spodoba.

– Ciekawe co? Na nic więcej oprócz bandy niewydarzonych ćwoków nazywających się Strażnikami cię nie stać.

– Zakupiłem pewne zaklęcie... Bardzo przydatne.

Coś w jego tonie sprawiło, że mężczyzna cofnął się o krok, zaniepokojony. Dłonie mocniej przygarnęły tobołek. Dziecko nie dawało znaku życia, nie pisnęło, nie płakało, nie wydawało z siebie żadnych dźwięków. Jakby przeczuwało, że zdarzy się coś złego.

„Albo po prostu to pewien starzec ma zbyt wybujałą wyobraźnię” – pomyślał ironicznie najstarszy, uspokajając się w myślach.

Dwóch szermierzy stanęło przed nim, unosząc miecze.

– Przecież szczury nie znoszą światła.

Markiniusz klasnął w ręce.

Wszystko dookoła nich wybuchło jasnością. Blask był oślepiający, więc zamknęli oczy. Miecze opadły na ziemię.

– Powiem jeszcze, że wynająłem dobrego strzelca – syknął Markiniusz.

Mimo bólu, który tętnił w jego oczach, najstarszy z trójki zauważył, jak jego towarzysz pada na wznak w drgawkach, tuż u jego stóp. Ledwie widział, ale wzrok wyostrzył mu się na tyle, by zauważyć bełt sterczący z ciała, krew wypływającą z piersi.

Dali się złapać w pułapkę. Oślepieni, wystawieni jak na talerzu zawodowemu strzelcowi, byli łatwą zdobyczą. Świst i jęk nastąpiły po sobie, gdy drugi z jego towarzyszy padł na wznak. Plama krwi się powiększyła, mocząc czubki butów mężczyzny z niemowlęciem.

– Daj mi to – powtórzył po raz trzeci Markiniusz, gdzieś spoza kręgu światła.

Ręce mężczyzny się zatrzęsły. Maleństwo tkwiło w bezruchu, było takie drobne i kruche. Czemu ta istota miałaby się dostać w łapy Melchiorów? Nie pozwoli na to, nie odda go Markiniuszowi. Ten podlec nie ma nawet pojęcia, że to żywa istota, spodziewa się pieniędzy, dokumentów, drogocenności... Miał zadbać o bezpieczeństwo dziecka i zrobi to, chociażby była to ostatnia rzecz w jego życiu.

– Wiesz, ja też zakupiłem użyteczny drobiazg – powiedział spokojnie, wspaniale kamuflując strach i drżenie głosu.

Machnął dłonią, wzbijając masę jaskrawofioletowego dymu. Ostatnim odgłosem, jaki słyszał, był świst i okrzyk wściekłości Markiniusza. Potem oczy zasnuła mu ciepła ciemność.

Lekki wietrzyk rozwiał dym. Tam, gdzie stał mężczyzna z tobołkiem, nie było nikogo. Jedynie dwa trupy wbijały puste spojrzenia w niebo. Markiniusz, zaciskając pięści i tłumiąc przekleństwa, wpatrywał się w plamę światła.

– Nie ma strzały. Szukajcie go! – wydał rozkaz. – Te kuglarskie sztuczki nie przydadzą mu się na długo, musi być blisko!

Strażnicy rozbiegli się po całym mieście.

Mężczyzna leżał na boku w brudnym zaułku. Strzała przeszyła mu ramię, blisko szyi. Rana krwawiła obficie, czuł, jak wraz z posoką ucieka z niego życie. Gorączkowo zaciśnięte palce za nic nie chciały wypuścić dziecka. Z trudem przyciągnął je blisko siebie, odkrywając twarz niemowlęcia.

Dziecko nie spało. Patrzyło na niego dużymi oczami. Spojrzenie miało niezwykle spokojne, ciepłe. Był w nim taki poważny, przepraszający wyraz, jakby mówiło: „Przepraszam, to przeze mnie to wszystko”.

– Głupstwo... – wymamrotał mężczyzna, uśmiechając się słabo.

Coś zaszemrało blisko niego. Podniósł głowę, rzucając przestraszone spojrzenia. Zamiast Strażnika, pijaka lub innego niebezpieczeństwa ujrzał dziecko – chłopca przyglądającego mu się z rezerwą i zaciekawieniem.

Konający zwrócił uwagę na jego strój i postawę. Kolczyk w uchu, podobny do tego, który nosił on sam, mosiężne bransoletki na dłoniach i kostkach, bose stopy. Miał zdeformowane ciało, lekki garb, a jedna ręka była zdecydowanie większa od drugiej. Okrył się ciemną, poplamioną peleryną, nie przed nocnym chłodem, ale ciekawskim wzrokiem Strażników.

– Chłopcze... Chłopcze... – Mężczyzna podniósł się na łokciu, z ust spłynęła mu kropla krwi, czarna niby węgiel.

Chłopak cofnął się szybko, bezszelestnie stąpając po kamiennym bruku.

– Poczekaj, proszę. Jestem jednym z was – wychrypiał mężczyzna, zbierając w sobie siły. – Umieram. Weź wszystko, co chcesz, miecz, płaszcz... ale zabierz to... do Miasta Wyrzutków. – Wskazał zawiniątko. Głowa opadła mu w kałużę krwi, nie mógł już nic z siebie wydobyć.

Przez przeraźliwie długą chwilę mierzyli się wzrokiem. Chłopak miał przerażone oczy, mężczyzna patrzył błagalnie. W końcu dzieciak podszedł ostrożnie, w każdej chwili gotów odskoczyć.

Ukucnął przy umierającym człowieku, zabierając z jego rąk tobołek. Objął go dużą, grubą ręką, a drugą, znacznie chudszą, odgarnął fałdy materiału i spojrzał na twarz maleństwa. Z zaskoczeniem przyjął na siebie jego uważny wzrok . Pogłaskał dziecko delikatnie brudnym palcem po twarzyczce, otulił troskliwie i patrząc w oczy mężczyzny, skinął stanowczo głową. Tamten się uśmiechnął. Oczy zrobiły mu się szkliste i puste, śmierć zdławiła ostatnie iskierki życia.

Chłopak już miał się zabrać za przetrząsanie kieszeni jego płaszcza, gdy nieopodal rozległy się krzyki i odgłosy biegnących, odzianych w ciężkie buty mężczyzn. Wycofał się i umknął, zlewając z cieniem. Chwilę później Markiniusz z wściekłością patrzył na zwłoki mężczyzny. Uśmiech na twarzy wroga denerwował go najbardziej. Świadczył o tym, że misja tego starucha się powiodła, a jego własna zakończyła fiaskiem. Dowódca Strażników wrzasnął wściekle i kopnął martwego z całej siły. Świadomość, że nic nie poczuł, rozwścieczyła go jeszcze bardziej, ale nic nie dorównywało goryczy porażki.

Obiekt był poza jego zasięgiem.


Rozdział 1.

Plac jak każdego ranka tętnił życiem. Na jego obrzeżach stały rozmaite kramy i stoiska, szczelnie wypełniając każdy skrawek przestrzeni. Wszędzie panował harmider, trudno było się rozeznać we wszechobecnym ścisku i hałasie.

Na środku placu stał niezdobyty Pałac Królewskich Klejnotów, oddzielony od plebsu wielkimi drzwiami i mosiężną bramą wiodącą dookoła wzniesienia. Pięćdziesiąt metrów dzieliło ogrodzenie od stóp schodów, które liczyły dokładnie dwieście dwadzieścia dwa stopnie, jeśli wierzyć opowieściom miejscowych. Przy budowli, w strefie wyizolowanej specjalnie dla szlachty, wysoko urodzonych, prowadzono inny targ. Otoczono ich dodatkową strażą. Wszystko w tej części było lepszej jakości, droższe, biżuteria wysadzana drogimi kamieniami, a nie barwionymi szkiełkami. Handel odbywał się w sztywnej atmosferze, wypełnionej narzekaniem i kanciastymi manierami.

Z każdego zakamarka buchał gwar. Rzeźnicy kłócili się ze sprzedawcami ryb, zarzucając sobie wzajemnie niepewne pochodzenie towarów. Wytwórcy biżuterii nie odzywali się do sprzedawców drogich szali i chust, a handlarze kur oburzali się głośno na insynuacje piekarzy i pomocników ze stoisk piekarniczych, jakoby ich drób wyjadał zboże.

Jednak najgorszy konflikt toczył się między Strażnikami a kuglarzami. Ten był poważny.

Codziennie w każdym miejscu można było znaleźć kuglarzy, połykaczy ognia i błaznów. Zabawiali dzieci i przechodniów magicznymi sztuczkami, ogniem, rozśmieszali docinkami i piosenkami. Szczególnie dzieci uwielbiały teatrzyki marionetkowe i pokazy sztuczek, choć wygląd niektórych kuglarzy przerażał. Zdarzali się bowiem osobnicy z dwiema parami nóg, z trzema głowami, fioletową skórą czy okropnymi kłami. Ciała części cyrkowców zdobiły blizny i tatuaże. Wielu z nich było spod ciemnej gwiazdy, być może dlatego tak działali Straży na nerwy.

Jednak para tancerzy tego ranka na placu budziła sympatię. Tańczyli, wirując wśród tłumu, zachęcani oklaskami oraz śmiechem. A mimo to zwrócili na siebie uwagę Strażników, których zdawał się drażnić kolorowy kapelusz wypełniony monetami. W którymś momencie nie wytrzymali i siłą rozdzielili tańczącą parę.

– Skąd macie te pieniądze? – zasyczał wyższy ze stróżów prawa, podnosząc za kołnierz tancerza w fioletowym kubraku. Drugi starał się utrzymać wyrywającą się tancerkę, która kopała we wszystkie strony zgrabnymi nogami.

– Chyba widać! – parsknął kuglarz, nie mogąc wyswobodzić się z uścisku.

– Nieładnie kraść. Posiedzicie trochę w celi, oddacie pieniążki, może w przyszłym tygodniu się was wypuści.

– Zarobiliśmy je uczciwie! – Tancerka kopnęła Strażnika w goleń. Gdy ten jęknął i rozluźnił chwyt, dziewczyna wywinęła mu się, podbiegając do partnera. Odepchnął ją jednak drugi mężczyzna, z taką mocą, że w powietrzu zamigotała kolorowa spódnica. Dziewczę nie upadło jedynie dlatego, że w porę ktoś je złapał.

Spomiędzy gapiów wyskoczył Hrabia Vel. Był prostym mężczyzną, obwołanym przez towarzyszy przywódcą kuglarzy i opiekunem wszystkich artystów, błaznów, grajków, a także złodziejaszków. Był nikłej postury, niczym nie wyróżniał się z tłumu. Chudy jak patyk, cienki jak włos – nawet te określenia nie oddawały w pełni jego wyglądu. Wszystko w nim było szczupłe i wychudzone: od długich nóg po wąskie wargi.

– Coś się stało, panie władzo? – zapytał niewinnie, wyszczerzając do czerwonego z wściekłości Strażnika niesamowicie białe zęby.

– Twoi podwładni, włóczęgo, ukradli te pieniądze uczciwym ludziom! – Na podkreślenie swoich słów rzucił tancerza na bruk, co tłum skwitował jękiem, a tancerka okrzykiem grozy.

– Nie ukradli ich – odparł dobitnie Vel, wciąż się uśmiechając. – Obecni tu uczciwi ludzie poświadczą, że niczego im nie skradziono, a monety – tu podniósł kapelusz w granatowo-żółte pasy z czerwonym piórkiem i brzdąknął jego zawartością – to tylko skromny datek, zapłata za cieszące oczy pląsy. Mam rację? – zakończył głośno.

Ludzie potakiwali i krzyczeli, wyrażając jednogłośnie aprobatę. Lubili kuglarzy, choć to nie oznaczało, że ujęliby się za każdym. W końcu to zgraja z marginesu społecznego...

Tancerz z tancerką pozbierali się szybko i biorąc kapelusz z rąk Hrabiego, zniknęli w tłumie. Vel zdążył im coś szepnąć, strzelając spojrzeniami w kierunku nadąsanych Strażników.

– No, ale jaśnie władzo, nie ma co się obrażać! – Teatralnie poruszył palcami i wręczył mężczyznom okazały bukiet kwiatów, który pojawił się nagle w jego dłoniach. – Różyczki na przeprosiny?

Strażnicy ze złością spojrzeli na kwiecie, które Hrabia Vel podtykał im pod nosy. Z każdego kwiatka strzelił strumyk wody. Ludzie zatrzęśli się ze śmiechu, a stróże prawa w napadzie szału wyrwali kwiaty Velowi i podeptali je.

– Co za brak manier – cmoknął Hrabia z dezaprobatą. – Co za niedbały wygląd! Panowie, wstydzilibyście się tak wychodzić do ludzi! – powiedział Vel głośno, śmiało patrząc w ociekające wodą, złowrogie twarze. – Zaraz coś na to poradzę! – Po tych słowach kuglarz obrócił się na patykowatej nodze i zdjął z głowy spiczasty kapelusz. Wcisnął go na czerep najbliższego Strażnika, a po chwili zdjął, i wszyscy zobaczyli nową, jakże oryginalną fryzurę; skomplikowany wianek z kwiatów i jaskrawych wstążeczek na krótkich przetłuszczonych włosach.

Vel podskoczył do wyższego mężczyzny. Objął go przyjacielsko ramieniem i przejechał wąską dłonią po jego twarzy, pozostawiając na niej krzykliwy makijaż. Róż, biel i czerń rozpływały się na mokrej skórze.

– Podoba się? – zachichotał Hrabia szaleńczo.

Strażnicy jakby dopiero teraz się ocknęli. Gromy sypiące się z ich oczu byłyby w stanie położyć trupem całe miasto. Wykrzywili twarze, idąc w kierunku chudzielca i rzucając ku niemu soczystymi przekleństwami. Wtedy na ich oczach mężczyzna znikł. Usłyszeli jednak jego głos:

– Nie należy używać brzydkich słów w miejscach publicznych. Przecież tu są dzieci. Radzę pamiętać o manierach!

W oczach mężczyzn widać było niedowierzanie. Wywód Hrabiego płynął zza ich pleców.

– Po pierwsze – używaj słów „przepraszam” i „proszę”! – oznajmił na cały głos, łapiąc Strażników za klamry pasków i zwężając je gwałtownie. Ci zaś, czując nagły ścisk na brzuchach, wydali z siebie nieartykułowane dźwięki.

– Nie rozumiem was! – Hrabia posmutniał, teatralnie rozkładając ręce. – Ale co tam! Po drugie pamiętajcie o tym, że trzeba wykazać się kulturą, żadnych ordynarnych wyrazów!

Vel wyminął ich i wyszedł przed tłum, uraczony salwą oklasków. Ukłonił się, zamiatając brukowany plac kapeluszem, kątem oka rzucając spojrzenie na swoje ofiary. Strażnicy jednak na razie nie zwracali na niego uwagi, z ulgą na twarzy poluzowywali swoje zaciśnięte paski. Vel załamał chude ręce i stanął przed nimi.

– Coś mi się wydaje, że niczego was nie nauczę! Ale pozostaje jeszcze ostatni punkt. Po trzecie...

Skoczył między nich, unosząc ręce, jakby chciał wyściskać dawno niewidzianych przyjaciół. Na ten widok Strażnicy zrobili wielkie oczy, jednak Vel znów znikł i pojawił się za nimi. Uderzył mocno rękoma w plecy dwóch Strażników, przez co obaj pochylili się gwałtownie, przekoziołkowali kawałek i wpadli w stragan z owocami. Na ich głowy posypały się lawiny dyń i jabłek.

– Po trzecie zawsze pamiętaj, by się ukłonić! – Hrabia naciągnął kapelusz na czoło.

Zachwycony tłum bił brawo i wiwatował, jedynie sprzedawczyni owoców rzucała słowa mało pochlebne. A przecież przed chwilą mówił, że używanie takowych nie przystoi ludziom dobrze wychowanym. Nieważne. Vel uśmiechnął się, wykonał głęboki ukłon i oddalił pośpiesznie.

Za nim cichły rozbawione głosy i oklaski. Gdy przestał je słyszeć, odetchnął z ulgą. Strażnicy na pewno nie wzięli tego za żart, więc przez jakiś czas powinien na siebie uważać. Uśmiechnął się triumfalnie i wyjął z kieszeni mały mieszek, który ukradkiem wyjął ze strażniczej kieszeni. Potem przyjrzał się pozłacanemu zegarkowi sprzątniętemu zza szarego munduru drugiemu mężczyźnie. Oba przedmioty pewnie mu się przydadzą.

Po godzinie kluczenia wśród targowych uliczek wpadł na parę tancerzy, których wybawił z opresji. Wirowali, trzymając się za ręce, przy nich na lutniach brzdąkali grajkowie. Gapie śmiali się, klaskali w takt muzyki. Stos monet przy kapeluszu świadczył o udanym zarobku.

Hrabia uniósł tylko rękę, by dać im znak, że wszystko w porządku, i dorzucił do stosu ukradziony mieszek. Tancerze puścili swoje dłonie, wykonując identyczne głębokie dygnięcia, po czym wrócili do pląsów. Vel klepnął jednego grajka w ramię.

– Gdzie Marika?

– Przy kukiełkach, niedaleko Czwororękiego – padła krótka odpowiedź.

Kuglarz sprawnie przeciskał się przez tłum, po części dzięki własnym zdolnościom, a po części dzięki mizernej posturze. Wśród braci kuglarskiej śmiano się, że Vel mógłby schować się za kijem od szczotki, co wcale nie wydawało się niemożliwe. Minął kramy ze słodyczami i zabawkami, wśród których zawsze urzędowały dzieci, poszukując kolorowego wozu.

Przed stoiskiem z lalkami dojrzał Czwororękiego. Mężczyzna zabawiał grupkę maluchów, którym nie przeszkadzało wcale, że kuglarz, jak wskazuje jego miano, ma dwie pary rąk. Górną parą sprawnie żonglował jabłkami, a dwoma pozostałymi szył fartuszek dla słomianej lalki, trzymanej przez rozczochraną dziewczynkę.

– I gotowe! – Uśmiechnął się, a jego obszyty masą jaskrawych piór strój zamigotał w słońcu. – Mam nadzieję, że będzie pasował. – Wręczył ubranko dziewczynce i do jednej z wielu kieszeni schował igłę z nitką.

– Dziękuję panu! – Dziewczynka dygnęła krzywo i wymachując lalką, pobiegła do matki.

Reszta dzieci dostawała od Czwororękiego wyjmowane zza cudzego ucha cukierki i lizaki. Ten mężczyzna o pooranej bliznami twarzy i krzywym nosie budził sympatię u maluchów, za to w ich rodzicach niekoniecznie. Najbardziej nie podobały im się jego cztery ręce, ale cóż, nikt nie jest idealny. Lubił dzieci i dlatego one lubiły jego.

– Malcolm, widziałeś Marikę? Jest u siebie? – Vel szturchnął cudaka w jedno z czterech ramion. Ten spojrzał małymi czarnymi oczkami ukrytymi wśród licznych szram.

– Rano pomagała akrobatom, teraz powinna zabawiać dzieci kukiełkami. Po co ci ona? – zapytał, rozdając maluchom jabłka, którymi przestał już podrzucać.

– Wczoraj znów źle się czuła. Chciałbym zobaczyć, co u niej.

– To miło z twojej strony. – Mężczyzna odznaczał się rozwlekłym i flegmatycznym sposobem mówienia. – Jest z Irym, wystawiają sztukę O Trzech Różach.

– Znowu? – Vel zabawnie wykrzywił usta.

– Dzieci to uwielbiają. – Wzruszył czterema ramionami Malcolm Czwororęki.

Hrabia wyminął tłum i zniknął za rogiem. Policzył najbliżej stojących podwładnych, zastanawiając się, ile jeszcze będzie musiał zrobić do zmroku.

Vel zawsze pilnował porządku wśród wilantów, braci kuglarskiej, nędzarzy, złodziei i żebraków. Cóż wiele mówić – wilantowie to była szajka najgorszych szumowin. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić oprycha rozdającego dzieciom cukierki i szyjącego ich lalkom ubranka. Hrabia szukał kolorowego wozu pokrytego mieniącymi się materiałami i malowidłami.

Ujrzał go w końcu, ale barwny pojazd był tak otoczony dziećmi, że Vel z trudem się dopchał przed tłumek maluchów. Przed oknem wozu grzecznie siedzieli najmniejsi widzowie, starsze dzieci stały naokoło, a te najstarsze podskakiwały, chcąc lepiej widzieć. Przed ich oczami, w oknie cyrkowego wozu, rozgrywał się spektakl, a one jak zaczarowane wpatrywały się w wymyślne pacynki i głowę dziewczyny poza nimi.

Widać było tylko jej usta i brodę, na górną część twarzy nałożyła maskę. W jednym uchu dyndał złoty kolczyk, znak rozpoznawczy wilantów. Poruszała pacynką przedstawiającą mężczyznę z błękitną różą na białej szacie.

– Oj, biada mi, biada! – zawołała pacynka grubym głosem i załamała materiałowe ręce. – Co mam teraz zrobić? Trzy róże walczą ze sobą, błękitna jak niebo, czerwona jak krew i czarna jak noc. Biada mi, biada! Jak pogodzić skłócone kwiaty? Jak?

– Och, sir Gilbercie, może by zaproponować ugodę? – zwróciła się do kukiełki głośno, lekko zachrypniętym głosem, dziewczyna. – Poprosić o złożenie broni?

– Ale jak? Ale jak? Co ja mogę zrobić, szanowna pani, jak zapobiec tym kłótniom? – Sir Gilbert usiadł na ramie sceny i zaniósł się szlochem, chowając wypchaną głowę w ramiona.

– Nie mam pojęcia, sir Gilbercie – odparła szczerze zmartwiona rozmówczyni. – Ale może ktoś z was ma jakiś pomysł? – Tu zwróciła się do dzieci, które z wrażenia drgnęły, wlepiając w nią oczy.

– Tak, tak, powiedzcie zdruzgotanemu władcy Błękitnej Róży, co ma zrobić! – Pacynka z nadzieją wyciągnęła w stronę tłumu rączki.

– Zabić ich! – wydarł się jakiś wyrostek z tyłu, machając drewnianym mieczem.

– Ładnie poprosić... – Mała dziewczynka mięła fartuszek, wbijając wzrok w podłogę.

– Dać jakiś prezent!

– Poszczuć smokiem!

– Głupiś, skąd smoka wziąć?!

– Wyzwać na pojedynek!

– Dzieci, dzieci! – Dziewczyna uniosła rękę. Dobrze ukrywała rozbawienie, maskując się udawanym zamyśleniem. – Nie chodzi nam o rozlew krwi, ale o zjednoczenie się trzech władców. Dość mamy śmierci i zła. Chcemy sprawić, by zmęczeni walką władcy odnaleźli spokój. – Pogłaskała palcem głowę sir Gilberta, który chlipnął rozdzierająco.

– Zabić ich! – Wyrostek zakręcił mieczem, obdarzając najbliższego sąsiada guzem.

– Oj, biada mi, biada... – Sir Gilbert wpadł w rozpacz. Wyglądało na to, że jeśli szybko nie dostanie odpowiedzi, załamie się na dobre. – Co mam czynić, by nikt nie był mi wrogiem, a jedynie dobrym przyjacielem i wiernym druhem? Biada mi, biada...

– Przestańcie się kłócić o tron! Rządźcie razem! – odezwał się mały chłopczyk z usmarkaną twarzą, entuzjastycznie zrywając się z ziemi i machając rękoma.

Pacynka władcy Błękitnej Róży poderwała się z ramy, równie żywo podskakując.

– Tak! To właśnie zrobię! Ustalimy nowy porządek, będziemy razem o wszystkim decydować! Koniec z nieporozumieniami, w końcu uda nam się pozbyć złych smoków i reszty potworów!

– Brawo, sir Gilbercie! – podchwyciła dziewczyna, obserwując, jak usmarkany malec kraśnieje z dumy. – Rządźcie razem przez rok, a potem pięć lat każdy z was po kolei! Tak będzie sprawiedliwie!

– Tak! Tak! Tak! Pani, masz rację, teraz wszystko na pewno się uda! Pędzę do sir Rowena i sir Melchiora z dobrą wieścią!

Dziewczyna zrobiła krok w tył, oddalając się od sceny, a sir Gilbert na wyimaginowanym rumaku kłusował przed siebie. Dzieci nie odrywały oczu od pacynki i krzyknęły głucho, gdy w rogu ramy pojawiły się dwie nowe postacie.

– Stój, sir Gilbercie! – zawołał głucho okrutny głos, sprawiając, że dzieci siedzące przed wozem odruchowo się cofnęły. – Nie wolno przekroczyć ci terenu władcy Czarnej Róży, gdyż tu panuje Śmierć, wierna towarzyszka i moja podwładna, gotowa spełnić każdy mój rozkaz!

Jedna pacynka z wyszytą ciemną różą machnęła na drugą, w całości zakutaną w czarny materiał. Śmierć zachichotała potwornie, wyciągając błyszczącą miniaturową kosę. Maluchy pisnęły.

Hrabia Vel z uniesionymi brwiami przyglądał się najbardziej znanej sztuce Grantiny. W istocie była to opowieść krwawa i brutalna, którą ładnie uproszczono dla najmłodszych. Gdyby mali widzowie dowiedzieli się, że sir Gilbert zamordował pięciu wróżbitów, zanim wpadł na pomysł zjednoczenia, byliby przerażeni.

Podczas gdy Marika wraz z Irym, skrytym za masą materiałów, odgrywała scenę rozmowy ze Śmiercią, Vel przeszedł na tyły wozu, siadając na małych schodach przed drzwiami.

Dziewczyna wyglądała dobrze, musi na pewno czuć się lepiej. Może niepotrzebnie tu przychodził? Ostatnio stał się zbyt przewrażliwiony. Hrabia wyjął zza pazuchy pacynkę, która była jego kopią, tyle że trochę grubszą, i pomachał rękoma materiałowego ludzika. Przekrzywił głowę w zamyśleniu. Pacynka spojrzała na niego z troską, jak na człowieka niespełna rozumu.

– I co teraz zrobimy? – zapytał, a jego szmaciana miniaturka wzruszyła ramionami.

Gdzieś za nim rozległy się okrzyki radości. Sir Gilbert musiał osiągnąć swój cel, co oznaczało koniec bajki. Na końcu zawsze pojawia się tajemnicza postać w czarnym płaszczu, mówiąca słynne zdanie przekazywane z pokolenia na pokolenie.

– Brak im jednej osoby. Wcielamy się w Mrocznego Pana? – zasugerował, a pacynka chętnie pokiwała głową. Hrabia wyjął z rękawa czarną chustkę i owinął ją na kukiełce.

Nie namyślając się wiele, otworzył drzwi i cicho wślizgnął do wozu. Pomieszczenie nie było większe od średniej wielkości stoiska z warzywami, więc było tam mało miejsca. Wszędzie leżały skrawki materiału i pacynki. Okiennica stanowiąca scenę oddzielona została od bałaganu grubą zasłoną. Widział nogi Mariki stojącej za płachtą i siedzącego na stołku Iry’ego.

– I w ten sposób – głos Mariki zabrzmiał uroczyście – w naszym pięknym mieście rządzą trzy Klany Róż, a ten jeden, który raz na sześć lat jest po kolei wybierany, nazywamy Królewskim Klejnotem. Po dziś dzień ta tradycja istnieje i będzie istnieć, a w Grantinie będzie panował pokój.

Dzieci klasnęły, a Iry pociągnął za kotary. Fałdy błękitnego materiału miękko zakryły okiennice, odcinając artystów od widowni.

Vel odciągnął płachtę zasłony, za którą siedziała zaskoczona jego przybyciem dwójka. Marika już miała na dłoni czarną pacynkę, gdy Hrabia mrugnął porozumiewawczo i wystawił swoją miniaturową wersję przed błękitną kotarę. Widownia dramatycznie wstrzymała oddech na widok odzianego w czerń podejrzanego jegomościa.

– Pokój nie będzie trwał wiecznie, więc będziemy czekać... – oznajmił złowrogo Mroczny Pan i zanosząc się złowieszczym rechotem, znikł ze sceny.

Vel parsknął śmiechem, słysząc pełne protestów krzyki dzieci. Iry spojrzał na niego dziwnie i pociągnął za jedną z lin przywiązanych do skrzyni. Okiennice teatrzyku marionetkowego zatrzasnęły się z hukiem.

– Lubisz grać postacie owiane złą sławą, prawda, Hrabio? – Marika uśmiechnęła się kącikiem warg, zdejmując maskę. Jej twarz była jasna mimo opalenizny, nie wyróżniała się niczym szczególnym. Oczy dziewczyny były spokojne, o barwie trudnej do określenia, najbardziej zbliżonej do szarości. Włosy całkowicie zakrywała ciemnozielona chusta.

– Nie muszę grać, jestem tym, na którego krzywo patrzą – zachichotał Vel, podrzucając pacynkę.

– Tak jak każdy z nas. – Iry ukucnął na stołku, splatając dłonie na piersi. Jego ręce miały różną grubość; jedna była odpowiednio proporcjonalna do ciała, druga znacznie większa. Dłoń przypominała pół bochna chleba, dlatego chłopak pacynki nakładał na dwa złączone palce. Oczy miał duże i czujne, na ustach lekki uśmiech. Właściwie to był już młody mężczyzna, w końcu miał dwadzieścia trzy lata.

– Jak każdy z nas to trochę za mocno powiedziane. Każdy ma ciemną stronę i tak dalej... Choć nie wyobrażam sobie Malcolma jako podejrzanego typa. – Hrabia poprawił kapelusz i wziął się pod boki, przyjmując pozę myśliciela. – Ale nie czas na filozofię. Chciałem sprawdzić, jak się czujesz – zwrócił się do Mariki.

Nie była zaskoczona jego słowami.

– Dużo lepiej. Nie martwcie się o mnie, ja sobie zawsze poradzę.

– Ta... Tylko nie mdlej mi na ulicy, bo będzie źle. Tłum by cię wcisnął w bruk i trzeba będzie potem to skrobać, a czyściciele ulic i tak mają dużo roboty. – Hrabia klepnął Marikę i Iry’ego w plecy, aż zadudniło. – Podobno pomagałaś rano akrobatom. Nie bierzesz na siebie za dużo obowiązków?

Marika energicznie rozcierała sobie łopatkę, już otwierając usta, gdy Iry spojrzał na nią podejrzliwie i powiedział z całą powagą:

– Miałaś coś tylko sprawdzić... Kiedyś w końcu coś ci się stanie, zapamiętasz moje słowa. – Klepnięcie Vela nie zrzuciło go ze stołka, choć tylko stopami dotykał wyszczerbionego siedzenia.

– To się dzieje tylko wtedy, kiedy śpię. Tak samo jak z Robaczkiem. – Dziewczyna odkaszlnęła, bo jej głos wiecznie był zachrypnięty. – Biedaczek. Coś z nim gorzej ostatnio – zmartwiła się poważnie.

Iry wywrócił oczyma, patrząc wymownie na Hrabiego, jakby mówił: „Tego można się było spodziewać”. Vel tylko się wyszczerzył i poklepał Marikę po głowie, dotykając śliskiego materiału chusty. Spojrzała na niego z uniesionymi brwiami.

– Zapewne chodziło o sprawdzenie, czy trupa da sobie radę z nową sztuczką. Nawet jak znowu powiem, że dajesz się wykorzystywać, nie przejmiesz się tym – westchnął teatralnie. – Przez jakiś czas bądź przy wozie, dobrze? Odpoczywaj chociaż tu, bo przez resztę dnia i nocy nie wiadomo, co wyczyniasz.

– Nie ma to jak opowiadanie tej samej historii piętnaście razy dziennie – prychnął Iry z rozbawieniem. – Pytamy po raz któryś te same dzieci, co władcy mają robić, a one ciągle się zastanawiają. Ręce opadają. Jak można tego nie zapamiętać?

– Tak bywa. – Hrabia wzruszył cienkimi ramionami i otworzył drzwi. – Spodziewam się, że robicie przerwę na obiad. Kto się zajmie wozem?

Wyszli na zewnątrz. Dzieci oblegały przód pojazdu, pukając w okno, domagając się kolejnej porcji bajek i legend. Niektóre rozbisurmaniły się do tego stopnia, że kopały wóz.

– Ja już jadłem – przeciągnął się Iry, aż trzasnęło mu w kręgosłupie. – Posiedzę na dachu i popilnuję, by nam nie rozwalili miejsca pracy. No i muszę zlokalizować jakiegoś Strażnika. Potrzebuję funduszy na zakup kamieni, ostatnio zużyłem cały zapas.

– To ja pójdę do Appona, szybko coś zjem, o ile nic nie stanie na przeszkodzie. – Dziewczyna rozejrzała się czujnie dookoła.

– Niedawno spacyfikowałem dwóch Strażników, pewnie doprowadzają się do porządku. Reszta gdzieś przepadła. – Hrabia zawirował na jednej nodze, jak to miał w zwyczaju. – Będziesz musiał gruntownie przeszukać teren, by jakiegoś znaleźć, Iry.

– Dam radę – wyszczerzył zęby chłopak i jednym susem wskoczył na zielony dach powozu. Usiadł, machał nogami i lustrował tłum, nie przejmując się okrzykami dzieci i pełnymi oburzenia spojrzeniami przechodniów.

– No to muszę szybko iść, on jeszcze gotów zasnąć na tym dachu. – Dziewczyna pokręciła głową z rozbawieniem.

– To ja cię odprowadzę. I tak idę w tym kierunku. – Hrabia ukłonił się, zamiatając bruk kapeluszem, i wyciągnął rękę w stronę Mariki. – Mogę służyć panience ramieniem?

– Ależ oczywiście, jaśnie panie Hrabio.

Dziewczyna dygnęła elegancko. Efekt tego ukłonu spotęgowałaby pewnie okazała kolorowa spódnica, jaką noszą wilantki, lub długie ciągnące się po ziemi rękawy, ale Marika nie zakładała takich strojów. Jak wszyscy kuglarze, miała bose stopy, bo jedynie nieliczni kupowali sobie buty. Nosiła nieokreślonego koloru spodnie do kostek, białą luźną koszulę przewiązaną burym pasem i kamizelkę. Wszystko to było przetarte, przybrudzone i nie najlepszej jakości. Nawet spory kolczyk i bransoletki na przegubach dłoni i stóp udawały tylko złoto. Przy Hrabim noszącym się jak papuga dziewczyna wyglądała szaro i niepozornie.

Wzięli się pod ręce i zgodnie poszli w kierunku obrzeży targu.

Marika, nucąc pod nosem, wyciągnęła dwie monety na obiad od przechodzącego obok Strażnika, który był zbyt tępy, by zauważyć, że zawartość jego kieszeni znikła. Słowem, dziewczyna zachowywała się jak zawsze.

Hrabia zaś szukał na jej twarzy i w zachowaniu czegoś, co zdradziłoby chorobę, osłabienie, jednak patrząc na nią, powoli się uspokajał. Z Mariki niezwykle trudno było wyciągnąć coś o jej samopoczuciu, pozostawała nieludzko spokojna, ale czuł, że rzeczywiście jest dobrze.

Dotarli do ciemnego zaułka między budynkami otaczającymi plac. Pod ciemną ścianą kamienicy znajdowała się mała jadłodajnia Appona, kucharza z konieczności. Ludzie przybywali tam tylko wówczas, gdy głód bardzo przycisnął, bo nigdy nie było wiadomo, co znajduje się w gulaszu lub potrawce Appona. Jednak wilantowie wiedzieli, że kucharz stoi po stronie kuglarzy, nie obawiali się tam jeść, bo dla nich zawsze znajdował coś jadalnego i nawet smacznego. Natomiast Strażników częstował podejrzanymi potrawami – tylko zgadywać, czy z psa, czy ze szczura.

– O, pan Hrabia Vel we własnej osobie i Marika! Moja wnuczka właśnie wróciła z teatrzyku, niezmiernie się jej podobał. – Appon puścił oko dziewczynie, nalewając dwie miski pięknie pachnącej potrawki i stawiając ją przed swoim straganikiem. Siadało się tu na skrzyniach, trzymając miski w dłoniach. – Zapraszam, dziś na mój koszt. Hrabio, ty też się posil, coś chudy jesteś – zachichotał.

Był otyłym, sympatycznym staruszkiem. Jego tusza podskakiwała wraz z jego ruchami, podwójny podbródek trząsł się wesoło z każdym wypowiedzianym słowem. Mężczyzna ścisnął się w pasie fartuchem i mieszał naraz w dwóch sporych garnkach stojących na żarzących się węgielkach. Mała dziewczynka, którą Marika rozpoznała po kolorowym fartuszku i sposobie, w jaki mięła materiał, patrzyła na kuglarzy nieśmiało. Marika często widywała ją przy kukiełkach. Pogłaskała ją po głowie i usiadła na skrzynce obok Hrabiego, który wlał w siebie już pół porcji gulaszu.

– Ja chudy, ja chudy... – zrzędził Vel, oblizując wargi z tłustego sosu. – Spójrz na siebie, trzech mężczyzn nie jest w stanie cię objąć – powiedział z wyrzutem, na co Appon ryknął śmiechem, aż przechodnie i pozostali klienci podskoczyli.

– Mógłbyś lepiej jeść... Sama skóra i kości! Ty też, Marika, wyglądasz, jakbyś miała zaraz paść. Zupełnie jak moja wnuczka. – Spojrzał tkliwie na małą dziewczynkę. – Taki niejadek, że strach, tylko cukierki jej w głowie.

Zaśmiali się głośno. Marika wyjadała palcami mięso z gulaszu, podczas gdy Hrabia skończył swój posiłek. Tu niewielu było stać na łyżki, dlatego jedzono rękoma, a za serwetki do wycierania dłoni służyły własne ubrania. Vel oddał Apponowi pustą miskę i położył na stole dukata.

– Masz, mnie nie musisz obejmować swoją promocją.

Appon chwilę się z nim kłócił, przesuwali monetę po całej ladzie w tę i z powrotem. W końcu kucharz dał za wygraną i zgarnął pieniądz. Jednym ruchem wrzucił go do sakiewki i uśmiechnął się, ukazując garnitur żółtych zębów.

– Ja też kiedyś będę umiała tak się bawić lalkami – powiedziała cicho wnuczka Appona, ciągnąc Marikę za rękaw.

– To wspaniale, będziemy mogły bawić się razem. – Dziewczyna uśmiechnęła się do niej. Lubiła dzieci. Wbrew pozorom o wiele łatwiej przychodziło jej dogadywać się z nimi niż z większością dorosłych.

– Tylko najpierw naucz się brzuchomówstwa, poruszania pacynką i tak dalej. To wcale nie jest takie proste – mruknął Hrabia i jęknął zaraz potem, gdy Appon zdzielił go dłonią w tył głowy. Kapelusz poszybował na bruk.

– No, nie podcinaj skrzydeł mojej Renatce! Jak zechce, to będzie wam pomagać, prawda, Reniu? – Kucharz wyszczerzył zęby.

– Wszystkiego można się nauczyć. – Marika odstawiła pustą miskę i wytarła brudne palce o zwieszające się ze skrzyń szmaty. – Tylko trzeba chcieć i ćwiczyć.

– Złote słowa, dziecino, złote słowa – usłyszeli w odpowiedzi niewyraźny głos.

Do stoiska Appona pokuśtykał ostrożnie zgięty wpół starszy mężczyzna. Poruszał się niepewnie, badając grunt drewnianą laską. Był odziany w łachmany, a jego sucha i pomarszczona skóra zwieszała się w fałdach. Siwa broda sięgała mu pasa, włosy w tłustych strąkach sterczały we wszystkie strony. Na oczach starzec zawiązał opaskę, w ręce ściskał poobijany kubek, pełen brzdąkających monet.

– Ślepy Inap. Gdzieś ty się podziewał? Nie widziałem cię od miesiąca – zawołał do przybyłego Hrabia, patrząc, jak staruszek maca skrzynkę i sadowi się na niej ostrożnie.

– Tu i tam. Uzbierało się trochę pieniędzy i kupiłem nową laskę – wychrypiał żebrak i wyłuskał monetę z miedzianego kubka. – Jedną porcję, proszę. – Rzucił pieniądz w kierunku Appona.

Kucharz złapał dukata w locie i nadgryzł. Stwierdziwszy, że jest prawdziwy, nalał mu gulaszu.

– Dlaczego ten pan ma zakryte oczy? – szepnęła Renata Marice do ucha i usiadła obok na skrzynce.

– Bo jest ślepy. Nic nie widzi – odparła zapytana bez mrugnięcia okiem.

– Ojej... – zmartwiła się szczerze dziewczynka i przez chwilę patrzyła, jak staruszek chłepcze potrawkę. Potrząsnęła głową, odganiając smutne myśli, i złapała Marikę za ręce. Nie przejęła się wcale jej klejącą, brudną skórą. Kuglarze nie słynęli z czystości. – Zagrajmy w paluszki! Proszę! – zawołała błagalnie, zginając kciuk Mariki.

– Nie daj się prosić. Zabawa jest przyjemna. – Hrabia mrugnął okiem.

– Złote słowa, Hrabio, złote słowa – mlasnął Ślepy Inap.

– Może i złote, ale nic za nie, niestety, nie kupię. Będę się zbierał. – Vel poprawił swój strój, otrzepując kapelusz i obstukując buty. – Muszę jeszcze obejść targ, wieczorem parę innych miejsc, a potem do domu. Wszędzie mam jakieś spotkania, w knajpach, zaułkach...

– Z kim się spotykasz? – zainteresował się Appon.

– Zbieram raporty od swoich ludzi.

– Wy, wilantowie, wszędzie was pełno...

– Zupełnie jak robaki, prawda? – zapytał ktoś ostro, a jego głos wdarł się jak fałsz między spokojne tony.

Atmosfera zmieniła się momentalnie. Ślepy Inap zastygł z uniesioną miską, Appon zmarszczył brwi i sięgnął pod ladę po solidną chochlę, a przestraszona Renatka wcisnęła się Marice pod ramię. Reszta klientów powoli wstała i odsunęła się od stoiska.

Przed nimi stało pięciu Strażników, niezbyt dobrze uzbrojonych, na czele z dowódcą w pełnym rynsztunku i z dużym mieczem. Widoczne na jego piersi trzy róże przeszyte mieczem, znak Strażnicy, kłuły w oczy tak samo jak specyficzna aura wokół przybyłego. Wzrokiem ukrytym za przyłbicą hełmu taksował wszystkich naokoło.

Hrabia Vel pierwszy odzyskał animusz.

– Czym zasłużyliśmy sobie na wizytę samego kapitana? – Skłonił się, nie dając nic po sobie poznać, choć dobrze wyćwiczone ucho wykryłoby jad w jego głosie.

Mężczyzna zdjął hełm, pokazując zebranym młodzieńczą twarz, z jasnym blond wąsikiem, lodowato błękitnymi oczami i nieprzyjemnym wyrazem. Wszyscy w prowizorycznej jadłodajni odetchnęli z ledwo ukrywaną ulgą.

– Vasko! A już, już się bałem, że to Fedro. – Hrabia w teatralnym geście złapał się za serce, jakby miał zemdleć. – Kiedy awansowałeś na kapitana? W końcu wywalili Fedro na zbity pysk?

– Nic z tych rzeczy, kuglarzu – prychnął Vasko, z powrotem nakładając hełm. – Pana Fedro przeniosła Czarna Róża, jest teraz zwierzchnikiem Strażników w całej Grantinie, nie tylko na targu.

– Co? – Vel tak jak większość osób był wstrząśnięty i tym razem wcale nie grał. – Fedro jest teraz majorem? An, miej nas w swojej opiece – wymamrotał niespokojnie.

– Bardziej cię to martwi niż ja? – W głosie nowego kapitana słychać było źle skrywany zawód. – Wczoraj odbyło się moje zaprzysiężenie. Cóż, oświadczam ci, że w przeciwieństwie do pana Fedro zamierzam dbać o porządek i sprawić, by jak najwięcej wilantów zniknęło z tego miasta. Jesteście jak robaki, wszędzie wpełzacie, trafia się na was na każdym kroku...

– I nie da się nas pozbyć. Z nami nie wygrasz – odparł rezolutnie Hrabia Vel z aroganckim uśmiechem, odzyskując pewność siebie.

– To się okaże. Chociażby teraz mógłbym was wszystkich aresztować, spędzilibyście miesiąc na skórce od chleba, i zobaczysz, wkrótce ludzie waszego pokroju będą uciekać z Grantiny. Masowo.

– Gdybym dostawał dukata za każdą taką gadkę, byłbym dawno bogaty – ziewnął Hrabia. – Nie masz nic na nas.

Kapitan Vasko zacisnął dłoń na rękojeści miecza, choć na targu nie wolno było nosić tak dużej broni. W otwartej przyłbicy hełmu widać było błysk oczu, które patrzyły na mężczyznę z pogardą tak jawną, że Renata kurczowo uczepiła się Mariki.

– Mogłoby to być obrażanie władzy, opór przy aresztowaniu, niewłaściwy strój, słownictwo... Coś zawsze się znajdzie, niektóre punkty naszego prawa sędzia może spisać na moją prośbę.

– Idź stąd, Vasko, psujesz estetykę tego miejsca – splunął w odpowiedzi Hrabia pod nogi kapitanowi. – Nie masz szacunku nawet dla własnego ojca...

– Zaraz pójdę, tylko zaprowadzę odrobinę porządku... Bo, jak twierdzisz, wypadałoby poprawić tu estetykę. – Zanim ktoś się zorientował, kapitan złapał za kark Ślepego Inapa.

Miska z niedokończonym posiłkiem upadła na bruk, zawartość rozlała się wokół. Brzdęk metalu wdarł się w uszy jak krzyk. Laskę ślepca z trzaskiem złamał jeden ze Strażników niby suchą gałązkę. Vasko trzymał żebraka za ubranie na plecach, a ten nie śmiał nic powiedzieć, sprzeciwić się choćby piskiem.

– Zostaw go. – Przed kapitanem stanęli ramię w ramię gruby jak beczka Appon z ciężką żelazną chochlą w ręku i chudy jak szczapa Hrabia dzierżący krótki miecz. Obaj ze złowrogimi spojrzeniami, tak samo przejęci.

– A czemu? To żebrak, brud, smród i ubóstwo. Należy się takich pozbywać, by nie zanieczyszczali naszego pięknego miasta – kpiąco powiedział Vasko.

– Nie ośmielisz się go tknąć – warknął ostro Hrabia, wpijając w Strażnika ostre i twarde spojrzenie.

– O, daj spokój, to jeden z twoich podwładnych? Przecież to kaleka, nic niewarty śmieć. W niczym ci nie pomoże. Po co ci on? Przez jemu podobnych wciąż dochodzi do aktów przemocy wśród ludzi.

– Jemu podobnych? – Marika gwałtownie wstała, robiąc dwa długie kroki. Mówiła spokojnie, lecz z mocą w głosie. Ton wywoływał ciarki. – Nie rozśmieszaj mnie. Kto tu napadł na starca?

Jeden ze Strażników chciał wyjąć miecz i zapewne rzucić się na dziewczynę, ale nie zdążył. W dłoni Mariki nagle zalśnił się sztylet i jednym skokiem dziewczyna znalazła się przy kapitanie, wciskając ostrze w szczelinę jego przyłbicy.

– Teraz go zostawisz, Vasko. Zostawisz i sobie pójdziesz – powiedział cicho i dobitnie Appon. – Już odpędziłeś mi dosyć klientów. Poza tym sądzę, że takiemu smarkaczowi jak ty nie uda się złapać niczego więcej niż ćmę latającą wokół lampy.

Kapitan próbował się wyrwać, ale Marika przycisnęła nóż do jego skóry, by mógł poczuć metaliczny chłód.

Vasko ostrożnie ustawił Ślepego Inapa na ziemi. Staruszek zachwiał się i upadł. Marika odjęła nóż od kapitana, strzeliła palcami i ostrze znikło w rękawie koszuli. Pochyliła się, by pomóc żebrakowi wstać, gdy kapitan ciężkim, pokrytym metalem buciorem kopnął ślepca, aż ten poleciał kilka metrów do tyłu.

– Nic tu po nas – warknął Vasko i dając znak swoim Strażnikom, zniknął z nimi w tłumie.

Marika pomogła usiąść Ślepemu Inapowi na skrzynce. Cios Kapitana trafił go w biodro tak mocno, że staruszek z trudem łapał oddech. Hrabia i Appon, pomstując na Vasko, również nachylili się nad nieszczęśnikiem.

– Źle to wygląda – cmoknął kucharz. – Reniu, poleć po trochę wody do studni. Tylko w podskokach! – rozkazał wnuczce, która ukryła się za skrzyniami, a teraz wyskoczyła z kryjówki jak konik polny, pędząc przed siebie.

– Będziesz miała kłopoty, Mariko. Vasko to idiota, ale jest ambitny i pełen pychy, a to zła mieszanka – powiedział cicho Hrabia do dziewczyny. – Nie daruje ci.

– Jakbym nigdy nie zalazła Straży za skórę – odparła niecierpliwie Marika, dotykając czoła staruszka. Ślepy Inap podskoczył, wciąż rozdygotany. – Już sobie poszli.

– Już? To dobrze, dziecino, to dobrze. – Żebrak westchnął z ulgą i zdjął z głowy opaskę. Zamrugał parę razy i strzelał spojrzeniami na zgromadzonych zaskakująco jasnym wzrokiem. – Nic mi nie jest. Będzie spory siniak, nie więcej. Tylko laski szkoda.

– Parszywy drań – prychnął Appon. – Tchórz w dodatku, brać znienacka bezbronnego. – Jego potężny brzuch podskakiwał z każdym wypowiedzianym w złości słowie.

– Nic nie poradzimy. Inap, załóż opaskę, jeszcze wrócą i to zobaczą. Będą mieli kolejny pretekst, by cię zamknąć lub chociażby trochę pomęczyć. – Hrabia rozejrzał się gorączkowo.

Zrobił to w samą porę, bo właśnie nadbiegła Renata z wiadrem wody.

Opatrzyli staruszka i zostawili pod tymczasową opieką Appona. Marika wraz z Hrabią pomogła ogarnąć lekki rozgardiasz, który powstał po pojawieniu się Strażników. Potem pożegnali się i zniknęli w zatłoczonych uliczkach targu.

– Masz dziwną minę – zauważył Hrabia po długiej chwili milczenia.

Marika nie odpowiedziała.

– Coś cię dręczy?

– Ludzie – odpowiedziała krótko.

– Bywa. Nikt nie jest idealny. – Vel zmrużył oczy i poklepał ją po ramieniu. – A tak z innej beczki, mógłbym cię prosić o przysługę?

– Będę musiała uciekać przed Strażnikami? – Dziewczyna stanęła raptownie, patrząc śmiało w oczy Hrabiego.

– Możliwe.

– Trzeba będzie skakać po dachach i wiać przed żmijami?

– Niewykluczone.

Z uniesionymi brwiami oczekiwał na jej odpowiedź, chociaż doskonale wiedział, co usłyszy.

– Zgadzam się. – Marika obdarzyła mężczyznę szerokim uśmiechem. Niesamowite, jak perspektywa szwendania się nocą po mieście rozpogodziła ją po przykrym incydencie.

– Dam ci znać przez Malcolma, kiedy masz się do mnie zgłosić, ale nie jestem pewien, czy to zadanie będzie aż tak niebezpieczne. Może powodować dreszcze strachu, nic więcej. – Hrabia zatrzymał się, ludzie w tłumie przelewali się, krzycząc i nawołując. Obydwoje nasłuchiwali przez chwilę, jak gdzieś gdakały kury, kłócili się klienci. Vel przeciągnął się, celując patykowatymi rękami w niebo. – Ładny dziś dzień, nie uważasz? Ech! Mam pomysł, Czwororęki nie robi dziś nic konstruktywnego. – Hrabia podrapał się palcem po ostro zakończonej brodzie. – Przekażę mu więc, by wraz z Irym zajęli się pacynkami, a ty zrób sobie wolne, może potańcz trochę...

Marika spojrzała na niego z uniesionymi brwiami, jak na krnąbrne dziecko, które właśnie coś zmalowało. Hrabia odpowiedział niewinnym spojrzeniem.

– No co, trochę blada jesteś. Na podskokach nie musisz skupiać się tak jak na machaniu lalkami. – Wzruszył ramionami. – Nie patrz tak na mnie, ostatnio postanowiłem trenować odruchy serca. No, idź już i uważaj na siebie.

Ponieważ Marika nie zmieniła wyrazu twarzy, Vel udał zniecierpliwienie.

– No, idź, bo zmienię zdanie. A to byłoby tragiczne w skutkach, przynajmniej dla mnie. Muszę też ćwiczyć asertywność.

Marika klasnęła w ręce ze śmiechem, a Hrabia uśmiechnął się, zadowolony, że udało mu się ją rozbawić. Pokiwał głową, patrząc, jak w szarych oczach dziewczyny biegają iskierki.

– No to zmykaj, już cię tu nie ma! I mnie przy okazji też! – To powiedziawszy, rzucił w powietrze garść zielonego pyłu, który zawirował wokół jego chudej sylwetki. Gdy dym się rozwiał, po Hrabi nie było śladu.

Marika spuściła głowę, pozwalając, by jej uśmiech stał się mniej promienny. Czuła, że źle robi, oszukując Vela, ale nie lubiła, gdy ktoś się o nią martwił. Nie znosiła roztkliwiania się nad sobą. Ma już czternaście lat! Na An, Na i całą resztę – nie jest już dzieckiem! Kiedy kręciła się bez celu po targu, słyszała dobrze znane komentarze: Odsuń się od tej wilantki, może nas okraść! Schowaj głębiej pieniądze, kochanie, to jedna z kuglarek... Ich jest tu pełno, miej się na baczności!

Nie było to miłe, ale było prawdą. Kuglarze kradli, choć starali się ograbiać ludzi złych lub uprzykrzających innym życie. Strażników, amoralną szlachtę i jeszcze gorszych mieszkańców, jeśli się jacyś napatoczyli. To też nie było właściwe, ale żyć jakoś trzeba. Zresztą jakby wilantowie mieli w tym mieście jakiekolwiek znaczenie... Bez względu na wygląd, empatię, zachowanie, zawsze pozostaną kuglarzami, licznymi jak robaki... Może Vasko ma trochę racji? Przecież na każdym rogu był przynajmniej jeden grajek, przynajmniej jedna pląsająca para...

– Złodziej! Łapcie go!

Na każdym rogu był przynajmniej jeden złodziej.

Nagły zamęt sprawił, że wszyscy zwrócili głowy w tę samą stronę. Ktoś krzyczał, ale nikt z zebranych nawet nie kwapił się zatrzymać winnego. Dopiero trzech Strażników wraz z Vasko pojawiło się na horyzoncie i biegło w kierunku rabusia. Był nim niski chłopczyk o krzywo przyciętej rudej czuprynie, ubrany w coś, co wyglądało jak rozciągnięty worek po kartoflach. W ręce ściskał garść monet i pędził przed siebie.

Przebiegł pod ramieniem Mariki jak strzała. Dziewczyna specjalnie zeszła mu z drogi, jednocześnie stając bokiem do nadciągających Strażników. Gdy byli tuż obok i wymijali ją, kopnęła cegłę pod najbliższym straganem. Bele materiałów z furkotem sfrunęły na ziemię, wprost pod nogi nowego kapitana Straży. Marika nie wiedziała, co sprawiło jej większą uciechę: wściekłe okrzyki Vasko czy grzechot ciężkich zbroi przy upadku. Niestety, jeden ze Strażników poleciał na nią, przygniatając jej biodro, ale nawet nie jęknęła.

Kiedy mężczyźni podnieśli się do pozycji pionowej, zaczęli bluzgać, szukając wzrokiem złodzieja. Dziewczyna przeturlała się, wstając z niejakim trudem, bo jej bok przeszywały igły bólu. Czuła, że jest cała poobijana, niemniej cieszyła się, bo powstrzymała Straż. Żaden wilant nie zasługiwał na to, by wpaść w ich łapska, nawet złodziej. Każdy stara się przeżyć wszystkimi możliwymi środkami, smarkacze też.

Wtem ktoś chwycił ją za przód koszuli, podnosząc do góry. Ujrzała potężną dłoń w grubej, pokrytej blachami rękawicy, a chwilę potem wściekłe oczy Vasko, lśniące w szczelinie hełmu.

– Znowu ty?!

Choć wewnątrz trzęsła się ze strachu i miała ochotę krzyczeć w głos, patrzyła na niego spokojnie, z lekkim uśmiechem, co doprowadzało go do szału. Uniósł ją wyżej, tak że mogła ujrzeć przerażone twarze tłumu i nienawistne spojrzenia pozostałych Strażników.

– Tak. Znowu ja – powiedziała bez emocji. Zawsze tak robiła. Pięć lat temu jeden ze Strażników chciał nadać jej przezwisko Lodowy Smarkacz, jednak tego samego dnia przypadkiem zabłądził w opuszczoną część miasta i nie wrócił.

– Kpisz? Drugi raz wchodzisz mi w drogę! Kiedy w końcu ludzie nauczą się, że takich jak ty trzeba od razu wieszać? – Zacisnął dłoń. Mimo że unosił wzrok do góry, by spotkać się z Mariką spojrzeniem, dziewczyna miała wrażenie, że to on stoi wyżej i strzela z oczu piorunami.

Milczała, ludzie dookoła zaczęli się burzyć i krzyczeć. Strażnicy, zaniepokojeni zachowaniem tłumu, próbowali uspokoić Vasko. Odtrącił ich, mocno zdenerwowany.

– Nie tak dawno przyciskałaś mi nóż do szyi – parsknął do dziewczyny. – Wy, wilantowie, jesteście jak robaki. Już ci to dziś mówiłem, czy tak? – wysyczał złowrogo. – Małe, plugawe, ośliz-głe robale, które trzeba na wszelki sposób wytępić! – rzucił jej prosto w twarz.

Nie zareagowała głównie dlatego, że właśnie jej milczenie działało Vasko na nerwy. Otworzył przyłbicę i można było zobaczyć, jak piana występuje mu na usta. Jego oczy miały taki wyraz, że Marika z chęcią zaczęłaby po prostu wyć ze strachu. Pomyślała też, że wpiłaby w nie palce i żywcem wydłubała. W strachu człowiek jest w stanie popaść w skrajność.

Wciąż patrzyła bez emocji, jakby cała ta sytuacja jej nie dotyczyła.

– Masz inny pogląd na tę kwestię? Co twoim zdaniem trzeba robić z takimi jak ty? Topić? Palić?! Wypędzić?! – krzyczał kapitan z furią.

– Zostawić – odparła spokojnie.

Vasko zamachnął się i cisnął nią w tłum. Ludzie rozstąpili się z krzykiem, a Marika upadła na ziemię, odbiła się od niej i przeturlała, znajdując się dziesięć metrów od kapitana.

– Raczej wyrżnąć co do jednego. To moje zdanie. – Wyszarpnął miecz zza pasa. Dziewczyna leżała na boku, nie mogąc się podnieść, i tylko wlepiała w mężczyznę szare oczy. Rękaw koszuli miała rozszarpany, a lewą rękę obtartą do krwi po bliskim spotkaniu z kamiennym brukiem. Vasko wściekle wywinął mieczem, zbliżając się do niej.

„No to koniec. Zaraz mnie zabije. I czemu chciałam zgrywać bohatera? Jesteś tylko brudną wilantką, Marika! Myślisz, że jesteś w stanie sprzeciwić się kilku Strażnikom?!” – myślała gorzko.

– Kto to widział! Kapitan atakuje dziecko!

– Zostaw ją, potworze, co ci zrobiła?

– Też mi Strażnik, złodziei łapcie, a nie znęcacie się nad innymi!

Takie okrzyki dobiegały z tłumu. Wilantowie, grajkowie, akrobaci i inni znajdujący się najbliżej miejsca zdarzenia stanęli, zasłaniając Marikę. Dziewczyna z ulgą czuła, jak strach odchodzi. Zaraz dołączyli do nich mieszkańcy Grantiny, kupcy i kupujący, wieszając psy na Vasko i Strażnikach.

Kapitan warczał, zdawało się, że jego największe pragnienie w tej chwili to rzucić się w ich kierunku i pogryźć do krwi każdego, kto się nawinie. Strażnicy próbowali go odciągnąć, uspokoić trochę, ale wciąż się wyrywał i pieklił.

Marika podniosła się z pomocą jakiejś kobiety, która matczynym gestem chciała przygarnąć poturbowaną dziewczynę do piersi. Ona jednak wyswobodziła się z ścisku, dziękując skinieniem głowy za pomoc. Nie lubiła czułości. Otrzepała ubranie, obcierając krew z rękawa. Ludzie i wilantowie dalej stali murem między Strażnikami a nią. Mimo protestów przeszła między nimi, stając przed Vasko.

– My, wilantowie, mamy prawo do życia jak każdy inny człowiek. Zawsze będziemy, jak to pięknie ująłeś, wszędzie się wałęsać jak robaki. – Odetchnęła głęboko, rzucając mężczyźnie w twarz słowa.

– Niech cię tylko dopadnę, to rozdepczę jak robala! – wysyczał kapitan, ale nie odważył się znów zaatakować.

– Chyba masz na tym punkcie jakieś kompleksy! – zawołał ktoś z tłumu.

– Czyżby? Chodź, będziesz miał szansę powiedzieć to kapitanowi w twarz! – Jeden ze Strażników chciał się wykazać i wyszarpnął z pochwy sztylet, celując nim w tłum.

– Gdzież byśmy śmieli?! – krzyknął ironicznie ktoś z drugiej strony.

Vasko i Marika mierzyli się spojrzeniami. Oboje dobrze wiedzieli, że gdyby nie reakcja tłumu, dziewczyna miałaby już miecz w brzuchu. Kiedy działo się coś poważnego, jej zdrowy rozsądek się wyłączał i górę nad nim brał język – Marika plotła wówczas wszelkie dyrdymały. Tak już miała, ale teraz była okazja, by trochę uspokoić zebranych.

– Nie walczcie – powiedziała głośno, z zamkniętymi oczami. – To przeze mnie to wszystko.

– Właśnie, przez ciebie. Utrudniasz nam pracę, wilantko – odezwał się już spokojniej Vasko. – Dlatego lepiej by było, gdybyś zniknęła. Pójdziesz ze mną.

Marika uśmiechnęła się kącikiem warg. Schyliła się, zgarniając płachtę wściekle żółtego materiału, który spływał ze stoiska z zasłonami. Złapała jego rąbek i, jak na kuglarkę przystało, wykonała zgrabny ukłon. Vasko zgrzytnął zębami.

– Mili państwo, towarzysze niedoli – zwróciła się do innych kuglarzy. – Kapitanie – skłoniła się przed dowódcą Straży z niejaką drwiną – znikam.

Okręciła się wokół własnej osi, sprawiając, że zasłona zakryła ją całą. Mariki nie było widać spod fałd materiału. Po chwili żółta tkanina opadła na ziemię, a dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu. Tak jak oświadczyła, znikła.

Kapitana przegonił tłum. Obyło się bez walk i utarczek.

***

Był wczesny wieczór. Choć Grantina leżała w ciepłej strefie klimatycznej, czuć było w powietrzu lekki chłód. Marika siedziała na dachu wozu, liżąc rany. To znaczy opatrywała ramię i doprowadzała swoje i tak niezbyt czyste ubranie do względnego porządku. Iry przycupnął obok, kiwając się na czubkach palców i piętach.

– Czyli trochę namieszałaś.

– Nie gorzej niż ty kilka dni temu. Rozwaliłeś stoisko z petardami, a Fedro wywiesił za tobą list. Dobrze, że wszystkich się pozbyliśmy – mruknęła Marika, zawiązując supeł na bandażu, którego czystość przyprawiłaby o palpitacje serca każdego porządnego lekarza.

– Za jakiś czas zupełnie o tym zapomną. Na razie nie rzucaj się w oczy.

– Łatwo ci mówić.

Marika westchnęła ukradkiem i poprawiła chustkę na głowie. Po ataku Vasko była nieco poobijana, na biodrze i plecach wymacała świeże siniaki. Nie było to aż tak zatrważające. Niektórzy kuglarze lądują w łupkach lub przez miesiąc nie wstają z łóżka po spotkaniu ze Strażnikiem, który miał akurat gorszy humor. Marika miała mnóstwo szczęścia, biorąc pod uwagę fakt, że na kapitana wpadła dziś dwukrotnie, a za drugim razem był gotów na to, by zatopić w niej swój miecz.

– Nie zasypiaj mi tu. – Iry położył jej mniejszą dłoń na ramieniu. – Bo spadniesz z wozu.

– To raczej ty masz tendencje do zasypiania w dziwnych miejscach – odburknęła dziewczyna. – Ciągle coś mnie łapie w nocy, nie wysypiam się...

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała. Chłopak patrzył na nią uważnie, z pewnym niepokojem. Odpowiedziała mu jednak swoim spokojnym spojrzeniem i lekko się przy tym uśmiechnęła.

– Jest coraz gorzej. Teraz niemal co noc masz jakieś spazmy.

– Nic mi nie jest. W każdym razie jeszcze żyję. – Poklepała Iry’ego po łopatce. – Nie martw się, wydaje mi się, że to jedzenie Appona wychodzi mi bokiem.

Patrzył na nią badawczo, jakby nie wierzył w ani jedno jej słowo. Po chwili zmienił temat i zaczął grzebać w kieszeni.

– Właśnie przed chwilą kupiłem kamienie. Masz, może ci się przyda. Ostatnio nie widziałem u ciebie żadnego.

Marika obejrzała gładki szary otoczak i schowała go do jednego z wielu zakamarków w ubraniu. Kamienie były drogie, ale bez nich nie dało się obejść w trudnych sytuacjach.

– Dzięki, przyda się. – Zmrużyła oczy. – Jest niemal wieczór. Czemu nie robisz ostatniego przedstawienia? Przecież w planie jest jeszcze jeden seans.

Ciemną, głęboką pomarańczową barwę nieba przyciemnił granat. Powoli się ściemniało, choć tłum ani myślał przerwać kupowanie i sprzedawanie. Targ nadal był głośny i pełen życia.

– Przecież zrobiło się późno, zmierzcha. Dlatego dzieci zostały już zamknięte w domach. Przynajmniej te młodsze – parsknął gorzko. – Jakby to miało pomóc, i tak żmije chodzą po Grantinie.

– Daj im się chociaż łudzić, że to coś pomaga.

– Wiesz o tym najlepiej, bo kto jak kto, ale ty lubisz się włóczyć w nocy po podejrzanych zakamarkach. Często wpadasz na te potworki – wyszczerzył zęby chłopak. – Z kilkoma się nawet zakumplowałaś.

– Ha, ha! Tak samo często, jak pojawiają się informacje o smokach i innych upiorach. – Marika wstała, otrzepując spodnie. – Choć to nie one są zagrożeniem – dokończyła ciszej.

– Dokąd idziesz?

– Do Vela. To znaczy do Malcolma. Hrabia prosił mnie o przysługę, a Czwororęki miał mi przekazać, o co chodzi. Wolę pójść do niego sama, bo czuję, że mnie zaraz rozniesie.

– Jak na osobę, która dziś nieźle oberwała, wykazujesz sporą nadpobudliwość.

– Powiedział człowiek, który na widok pewnej rudowłosej piękności łazi w kółko z przejęcia i nie może ustać spo... Au! – Marika chwyciła się za ramię. – Oszalałeś? Chcesz, bym miała obie ręce tak spuchnięte jak twoje, Iry?!

– Nie wygłupiaj się, tylko już idź! – Twarz chłopaka przybrała wiśniowy odcień. – Jak będziesz gadać w ten sposób to, na An, dojdzie do rękoczynu.

– Oj tam, oj tam. – Marika zeskoczyła z wozu, miękko lądując na nogach. – Lepiej odprowadź wóz i też się zbieraj.

Iry’emu czerwony kolor znikł z policzków i chłopak zapomniał chyba o docinkach, bo teraz patrzył na Marikę uważnie, po czym westchnął i skinął głową.

– Tylko na siebie uważaj.

– Będę. To do zobaczenia! – Pomachała mu dłonią na pożegnanie.

Uciekając przed wścibskimi spojrzeniami, a zwłaszcza przed spojrzeniami Strażników, przemknęła bliżej Pałacu Królewskich Klejnotów. Powolutku kupcy zbierali swoje towary w obu częściach targu. Marika szła pograniczem, między składanymi kramami a kawałkiem wolnej przestrzeni wokół bramy. Zmierzała na plac koło pałacu.

Tam, za bramą, odizolowani od plebsu arystokraci kupowali swoje brokaty i klejnoty. Nieopodal bramy parkowali karety i zatrzymywali konie. Znów słychać było krzyki, tym razem dobiegające od strony pałacu. Wysoki status społeczny nie przeszkadzał niektórym drzeć się na całe gardło.

Po kilkunastu krokach dziewczyna natrafiła na tłum gapiów, wyraźnie czymś zaintrygowanych. Marika też rzuciła okiem.

Otyła kobieta, wciśnięta w bogato zdobioną suknię, wydekoltowaną niemal do pasa, wrzeszczała wniebogłosy. Była obwieszona masą biżuterii, wokół szyi zawiązała sznur pereł tonący w jej tuszy, a grube palce przyozdobiła wymyślnymi pierścieniami. Przy niej stał mały chłopczyk w kosztownym kaftaniku, chudy jak patyk. Najpewniej jej syn. Matrona kłóciła się, wskazując na karetę i zarzucając słudze, że nie zapakował wszystkich kupionych przez nią dóbr na dach przed jej przyjściem.

Marika z niesmakiem patrzyła, jak kobieta krzyczy na podstarzałego mężczyznę i okłada go pięścią po głowie. Jej syn kompletnie nie zwracał na to uwagi, przyglądając się żukowi pełznącemu spokojnie po ziemi.

– Ty głupi padalcu! Ty chamie! – Na sługę posypały się kolejne porcje wyzwisk. Mężczyzna zdawał się być do tego przyzwyczajony, choć widać było, że sprawiają mu przykrość.

Gdzieś za nimi rozgrywała się kolejna scenka: to Strażnicy kłócili się z blondwłosym mężczyzną żądającym od nich większej sumy za upilnowanie koni. Zwierzęta, zdenerwowane krzykami, rzucały przerażone spojrzenia i skrobały kopytami o kamienie.

Normalny dzień na targu. Z łatwością rozpoznasz bezczelność plebsu i brak dobrych manier u osób wysoko urodzonych. Mało który szlachcic zachowuje prawdziwą klasę, przeszło przez głowę Marice. Grantina to piękne miasto, ale ludzie nie zawsze bywają tu piękni. I nie chodzi wyłącznie o powłokę.

Dziewczyna pewnie zajęłaby się na dobre filozofowaniem, gdyby ktoś nie położył dłoni na jej ramionach i jednocześnie nie zakrył jej oczu.

– Zgadnij, kto to?

– Kto z wilantów ma dwie pary rąk? – zapytała retorycznie Marika, uśmiechając się znacząco. – No, nie jestem pewna. Malcolm? Czy to ty?

Cztery ręce obróciły ją i stanęła przodem do mężczyzny o pokrytej bliznami twarzy. Malcolm uśmiechnął się szeroko, błyskając małymi oczkami. Ostatnie promienie zachodzącego słońca zamigotały w jego kolorowym wyszywanym kaftanie, a pióra zalśniły granatem.

– Witam panienkę Marikę, pytam o zdrowie i samopoczucie, bo coś wymięta jesteś. – Poklepał ją po policzku. – Hrabia cię szukał, jeszcze przed południem. Wpadliście na siebie?

– Wpadliśmy, ale teraz to ja go szukam – odpowiedziała mu dziewczyna, a w jej szarych oczach pojawiły się wesołe ogniki. – Poza tym nic mi nie dolega. A co ty tu robisz?

– Wracałem do siebie, kiedy cię zauważyłem. Dzieci już schowały się w domach, a szkoda. Miałem im opowiedzieć kilka bajek na do widzenia. Tylko, na An, co to za krzyki?

– Szlachta. Arystokraci i tak dalej. – Kuglarka wzięła Czwororękiego pod ramię. – Tylko oni potrafią na siebie wrzeszczeć godzinami. – Większość osób odsunęła się od Malcolma, kiedy wmieszali się w tłum, co zanotowała bez zdziwienia.

Kobieta dalej wrzeszczała na sługę i nic nie wskazywało na to, że zamierza przestać. Drugi konflikt także się zaognił, jasnowłosy mężczyzna jawnie już groził Strażnikom tak grubym głosem, że nawet konie położyły uszy po sobie.

– Do kogo się zwracasz, chamie?! Do mnie?! Do sir Roderyka Geora z domu Yres? – Sir nie zachowywał się dostojnie i poczerwieniał, częstując ucieszony tłum wyszukanymi przekleństwami.

– Tak – westchnął Malcolm. – Niezbyt miły widok. Zajdźmy może na zachodnią stronę placu, pokarmimy gołębie. Tam, za rogiem, sypią ptakom ziarno, może znajdziemy Vela.

– Przechodziłam obok, Hrabiego nie ma przy gołębiach. – Marika poprawiła machinalnie opatrunek i koszulę. – Ciekawa jestem, gdzie się podział. Miał dla mnie zadanie, o którym coś podobno wiesz.

Malcolm podrapał się po dużej bliźnie na policzku i wzruszył wszystkimi ramionami. Marika puściła go, stając na palcach i szukając wzrokiem spiczastego kapelusza Vela.

– Widzisz coś? – zapytał z tyłu Czwororęki.

– Ty mi powiedz, jesteś ode mnie znacznie wyższy – mruknęła dziewczyna, opadając na pięty.

– Będzie chciał zbadać te krzyki.

Istotnie, wrzaski przybrały na sile. W dodatku mężczyzna, wskazując na swoje konie trzymane przez pozostałych członków Straży szturchał Strażnika palcem w pierś. Ten gwałtownie rozłożył ręce, machając nimi w tył i przód.

Nagły gest przestraszył konie. Jeden z nich wierzgnął niespodziewanie i stanął dęba. Uwolnił się i ruszył z kopyta, niemal od razu rozpędzając się do galopu.

– Niech go ktoś zatrzyma!

Oczywiście nikt tego nie zrobił. Przestraszone zwierzę ominęło karetę grubej arystokratki, która momentalnie przestała krzyczeć, i pędziło dalej. Akurat w kierunku syna wrzeszczącej kobiety, który nieroztropnie oddalił się od matki. Chłopiec stał na drodze konia, przypatrując się kolorowemu żukowi, nieświadom zagrożenia.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.