Sputnik Sweetheart - Haruki Murakami - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 267 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 7 godz. 29 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sputnik Sweetheart - Haruki Murakami

Narrator, młody nauczyciel literatury kocha się w swojej znajomej, początkującej powieściopisarce - Sumire. Ona jednak jest zakochana w Miu - swojej pracodawczyni, starszej od niej o 17 lat businesswoman. Miu nie odwzajemnia tych uczuć (nie wiadomo czy kocha w ogóle kogokolwiek).

Obie kobiety wyjeżdżają do Grecji - teoretycznie w sprawach służbowych Miu, a naprawdę na wakacje. Miu wyjawia Sumire straszne przeżycie ze swej przeszłości, przeżycie, które sprawiło, że z dnia na dzień zupełnie osiwiała. Niedługo później Sumire znika, nie zostawiwszy żadnej informacji. Miu kontaktuje się z przyjacielem Sumire, ponieważ wie, że nie miała ona przed nim żadnych tajemnic. Ten przyjeżdża, by pomóc w odnalezieniu Sumire. Poszukiwanie rozwiązania zagadki na podstawie nielicznych śladów, jak na przykład pełen niejasności dziennik Sumire, stały się dla Murakami pretekstem do przedstawienia wzruszającego studium miłości, seksualności i przyjaźni, a jednocześnie do napisania wciągającej, tajemniczej, niemal przygodowej opowieści. 

Opinie o ebooku Sputnik Sweetheart - Haruki Murakami

Fragment ebooka Sputnik Sweetheart - Haruki Murakami








HARUKI MURAKAMI

Sputnik
Sweetheart


Tytuł oryginału japońskiego:

Suputoniku-no koibito

Tytuł oryginału angielskiego: Sputnik Sweetheart

Projekt okładki i opracowanie graficzne:  Agnieszka Spyrka 

Redakcja: Maria Mirecka

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zespół

Autor zdjęcia wykorzystanego na okładce:

Radosław Berent

© 1999 by Haruki Murakami

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2003, 2013

© for the Polish translation by Aldona Możdżyńska

ISBN 978-83-7758-563-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2013

Wydanie I


4 października 1957 roku z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie Związek Radziecki wysłał w kosmos pierwszego wykonanego przez człowieka satelitę, Sputnik. Miał 58 centymetrów średnicy, ważył 83,6 kilograma; okrążył Ziemię w 96 minut i 12 sekund.

3 listopada tego samego roku z powodzeniem wysłano w kosmos Sputnik II, na którego pokładzie znajdował się pies Łajka. Było to pierwsze żywe stworzenie, które opuściło atmosferę ziemską. Satelity nigdy nie odzyskano, a Łajka została poświęcona w imię badań biologicznych w kosmosie.

Z Wielkiej kroniki historii świata


Sumire zakochała się po raz pierwszy w życiu wiosną tego roku, kiedy ukończyła dwadzieścia dwa lata. Była to miłość intensywna, prawdziwe tornado przetaczające się przez równiny – zmiatające wszystko, co napotkało na swej drodze, porywające przedmioty w powietrze, rozrywające je na części i miażdżące w drobny pył. Gwałtowność tego tornado nie osłabła ani na chwilę, gdy gnało przez ocean, pustosząc Angkor Wat, spopielając indyjską dżunglę, tygrysy i całą resztę, przemieniając się w perską burzę piaskową, która pogrzebała egzotyczną fortecę w morzu piachu. Krótko mówiąc, była to miłość prawdziwie monumentalnych rozmiarów. Tak się złożyło, że osoba, w której Sumire się zakochała, była od niej o siedemnaście lat starsza i miała małżonka. Powinienem też dodać, iż była kobietą. Tu się wszystko zaczęło i tu się skończy. Prawie.

W tym okresie Sumire – po japońsku „fiołek” – usiłowała zostać pisarką. Życie umożliwiało jej dokonanie rozmaitych wyborów, ona jednak mówiła: pisarstwo albo nic. Jej postanowienie było równie niezachwiane jak Skała Gibraltarska. Nic nie mogło stanąć pomiędzy nią a literaturą.

Po ukończeniu liceum publicznego w prefekturze Kanagawa dostała się na wydział humanistyczny w przytulnym, małym prywatnym college’u w Tokio. Miejsce to wydało jej się zupełnie obce, bez wyrazu i pozbawione ducha. Nienawidziła go, a swych kolegów studentów (niestety, dotyczyło to również mnie) uważała za beznadziejnie tępe jednostki drugiej kategorii. Nic więc dziwnego, że tuż przed rozpoczęciem przedostatniego roku po prostu odeszła. Widocznie uznała, że pozostawanie w tym college’u to zwykła strata czasu. Myślę, że było to właściwe posunięcie, jeśli jednak wolno mi uczynić niewielkie uogólnienie, to czyż na tym świecie, któremu daleko do doskonałości, nie ma miejsca i na rzeczy bezsensowne? Usuń z niedoskonałego życia wszystko, co nie ma sensu, a utraci ono nawet swą niedoskonałość.

Sumire była niepoprawną romantyczką, niezależną i, delikatnie mówiąc, dość niewinną. Jeśli pozwoliło jej się mówić, mogła trajkotać bez przerwy, lecz jeśli przebywała w towarzystwie kogoś, z kim nie miała wspólnego języka – innymi słowy, z większością mieszkańców Ziemi – ledwo otwierała usta. Za dużo paliła i za każdym razem, kiedy jechała pociągiem, gubiła bilet. Niekiedy tak się pogrążała w rozmyślaniach, że zapominała o jedzeniu, była więc chuda jak te wojenne sierotki ze starych włoskich filmów – niczym patyk. Bardzo chciałbym pokazać wam jej zdjęcie, ale nie mam ani jednego. Nie cierpiała się fotografować – nie życzyła sobie zostawiać następnym pokoleniom swego Portretu artysty (artystki) z czasów młodości. Gdyby istniały zdjęcia Sumire z tamtego okresu, z pewnością stanowiłyby cenny dowód na to, jak niezwykli bywają niektórzy ludzie.

Trochę jednak zakłócam chronologię wydarzeń. Kobieta, w której Sumire się zakochała, miała na imię Miu. Przynajmniej tak się wszyscy do niej zwracali. Nie znam jej prawdziwego imienia, co później spowodowało pewne problemy; ale znowu wyprzedzam fakty. Miu była z pochodzenia Koreanką, lecz dopóki nie postanowiła uczyć się koreańskiego, co nastąpiło dopiero po dwudziestce, nie znała ani słowa w tym języku. Urodziła się i wychowała w Japonii, studiowała zaś na akademii muzycznej we Francji, więc poza japońskim biegle władała zarówno francuskim, jak i angielskim. Zawsze dobrze ubrana, w wyrafinowanym stylu, nosiła drogie, choć skromne dodatki i jeździła dwunastocylindrowym granatowym jaguarem.

Kiedy Sumire poznała Miu, rozmawiały o powieściach Jacka Kerouaca. Sumire miała świra na punkcie Kerouaca. Zawsze miała swojego Idola Miesiąca, a tak się złożyło, że wtedy był nim niemodny Kerouac. W kieszeni płaszcza nosiła wystrzępiony egzemplarz W drodze lub Lonesome Traveler, który kartkowała, kiedy tylko mogła. Za każdym razem, gdy natrafiała na zdanie, które jej się spodobało, zaznaczała je długopisem i uczyła się go na pamięć niczym słów z Pisma Świętego. Jej ulubione fragmenty dotyczyły wieży obserwacyjnej z Lonesome Traveler. Kerouac spędził samotnie trzy miesiące w domku na szczycie wysokiej góry, jako strażnik sprawdzający, czy w okolicy nie wybuchł pożar. Sumire lubiła zwłaszcza następujący fragment:

„Żaden człowiek nie powinien przejść przez życie, choć raz nie zaznawszy zdrowej, a nawet nudnej samotności na całkowitym odludziu. Choć raz powinien być zdany na samego siebie i poznać swą prawdziwą i ukrytą siłę”.

– Prawda, że świetne? – pytała. – Codziennie stajesz na szczycie góry, zataczasz wzrokiem pełny krąg, sprawdzając, czy gdzieś nie wybuchł pożar. I to wszystko. Na ten dzień skończyłeś robotę. Przez resztę czasu możesz czytać, pisać, co tylko chcesz. Nocami pod domek podchodzą niedźwiedzie o skołtunionej sierści. Co za życie! W porównaniu z nim studiowanie literatury w college’u jest nudne jak flaki z olejem.

– No dobrze – odparłem – ale któregoś dnia będziesz musiała zejść z tej góry. – Moje praktyczne, banalne uwagi jak zwykle nie zrobiły na niej żadnego wrażenia.

Sumire chciała być jak postać z powieści Kerouaca – dzika, szalona, rozwiązła. Stała z rękoma wciśniętymi głęboko w kieszenie płaszcza, rozczochranymi włosami, patrząc pustym wzrokiem na niebo przez ciemne okulary aa la Dizzy Gillespie w plastikowych oprawkach, które nosiła pomimo doskonałego wzroku. Była wystrojona jak zawsze – za duży płaszcz w jodełkę ze sklepu z używaną odzieżą i ciężkie robocze buty. Gdyby mogła zapuścić brodę, z pewnością by to uczyniła.

Sumire nie była żadną pięknością. Miała zapadnięte policzki i nieco zbyt szerokie usta, nos mały i zadarty, pełną ekspresji twarz i wielkie poczucie humoru, chociaż rzadko śmiała się na głos. Niewysoka, nawet będąc w dobrym nastroju mówiła tak, jakby niewiele jej brakowało do wywołania awantury. Nigdy nie widziałem, by użyła szminki czy ołówka do brwi, wątpię też, czy wiedziała, że biustonosze są w różnych rozmiarach. Mimo wszystko było w niej coś niezwykłego, coś co przyciągało ludzi. Zdefiniowanie „tego czegoś” nie jest łatwe, kiedy jednak spoglądało jej się w oczy, zawsze było to widać, odbite w ich głębi.

Równie dobrze mogę powiedzieć to już teraz. Byłem zakochany w Sumire. Ciągnęło mnie do niej od naszej pierwszej rozmowy i wkrótce nie było już odwrotu. Przez długi czas nie mogłem myśleć o niczym innym. Próbowałem powiedzieć, co do niej czuję, lecz z jakiegoś powodu nie potrafiłem połączyć uczuć z właściwymi słowami. Może to i lepiej. Gdybym umiał wyznać jej swoje uczucia, po prostu by mnie wyśmiała.

W tym czasie, kiedy się przyjaźniliśmy, umawiałem się z dwiema czy trzema innymi dziewczynami. Nie jest tak, że nie mogę sobie przypomnieć dokładnej liczby. Dwie, trzy – zależy, jak się liczy. Gdyby dodać do tego dziewczyny, z którymi przespałem się raz czy dwa, ta lista stałaby się nieco dłuższa. W każdym razie, kochając się z nimi, myślałem o Sumire. A przynajmniej myśli o niej błąkały się gdzieś na obrzeżach mojej świadomości. Wyobrażałem sobie, że to ją trzymam w ramionach. Dosyć nieeleganckie zachowanie, nic jednak nie mogłem na to poradzić.

Chciałbym jednak wrócić do tego, jak Sumire i Miu się poznały.

Miu coś tam słyszała o Jacku Kerouacu i miała niejasne wrażenie, że jest on pisarzem. Ale jakim, tego sobie nie przypominała.

– Kerouac… Hmm… Czy on nie był sputnikiem?

Sumire nie mogła zrozumieć, co Miu ma na myśli. Nieruchomiejąc z nożem i widelcem w dłoniach, zastanawiała się przez chwilę.

– Sputnikiem? To znaczy pierwszym satelitą, którego Sowieci wysłali w kosmos w latach pięćdziesiątych? Jack Kerouac był amerykańskim pisarzem. Chociaż chyba rzeczywiście żył mniej więcej w tym samym czasie…

– Czy nie tak nazywało się ówczesnych pisarzy? – spytała Miu. Palcem zatoczyła krąg na blacie stołu, jakby grzebała w słoiku pełnym wspomnień.

– Sputnik…?

– Nazwa ruchu literackiego. Wiesz – tak jak się klasyfikuje pisarzy z różnych szkół literackich. Tak jak Shiga Naoya należał do Szkoły Białej Brzozy.

Sumire w końcu olśniło.

– Bitnik!

Miu delikatnie otarła chusteczką kąciki ust.

– Bitnik, sputnik. Nigdy nie potrafię spamiętać takich określeń. Zupełnie jak restytucja Kenmun albo traktat w Rapallo. Starożytna historia.

Zapanowała łagodna cisza przypominająca o upływie czasu.

– Traktat w Rapallo? – powtórzyła Sumire.

Miu się uśmiechnęła. Był to nostalgiczny, intymny uśmiech przypominający cenny, stary przedmiot wyciągnięty z czeluści szuflady. Z niewysłowionym wdziękiem zmrużyła oczy. Wyciągnęła rękę i długimi, smukłymi palcami delikatnie zmierzwiła już i tak rozczochrane włosy Sumire. Na ten nagły, lecz naturalny gest Sumire mogła odpowiedzieć jedynie uśmiechem.

Od tamtego dnia imię, jakie Sumire wymyśliła dla Miu, brzmiało Sputnik Sweetheart. Sumire uwielbiała jego brzmienie. Przypominało jej o Łajce. O wykonanym przez człowieka satelicie mknącym bezszelestnie w mroku przestrzeni kosmicznej. O ciemnych, lśniących oczach psa wyglądającego przez maleńkie okienko. Na co mógł ten pies patrzeć w bezmiernej samotności kosmosu?

Ta rozmowa o sputniku miała miejsce na weselu kuzynki Sumire, które odbyło się w eleganckim hotelu w Akasaka. Sumire nie była szczególnie związana z tą kuzynką; właściwie w ogóle nie mogły znaleźć wspólnego języka. Już wolałaby poddać się torturom, niż pójść na takie przyjęcie, nie mogła jednak odmówić. Posadzono ją koło Miu przy jednym ze stolików. Miu nie wdawała się w szczegóły, ale zdaje się, że kiedyś udzielała kuzynce Sumire lekcji gry na pianinie czy innym instrumencie, gdy ta zdawała na wydział muzyczny na uniwersytecie. Ich znajomość nie była ani długa, ani zażyła, lecz Miu czuła się w obowiązku przyjść na wesele swej uczennicy.

W chwili gdy Miu dotknęła jej włosów, Sumire się zakochała, jakby przechodziła przez pole i nagle – trach! – piorun trafił ją prosto w głowę. Uczucie pokrewne artystycznemu olśnieniu. Właśnie dlatego w tamtej chwili fakt, że osoba, w której się zakochała, przypadkowo jest kobietą, nie miał dla Sumire żadnego znaczenia.

Nie sądzę, by Sumire kiedykolwiek miała kochanka. W liceum umawiała się z paroma chłopcami, chodziła z nimi do kina i na basen. Nie wyobrażam sobie jednak, by któryś z tych związków był czymś poważniejszym. Sumire, zbyt skupiona na tym, by zostać pisarką, nie mogła się zakochać. Jeżeli w liceum zaznała seksu – lub czegoś zbliżonego – to z pewnością uczyniła to nie tyle z pożądania, ile z pisarskiej ciekawości.

– Szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiem całego tego pożądania – powiedziała mi kiedyś, usiłując sprawiać wrażenie trzeźwej. Zdaje się, że było to tuż przed jej odejściem z college’u; wychyliła pięć bananowych daiquiri i była już nieźle wstawiona. – No wiesz – jak to się dzieje. Jak ty to widzisz?

– Pożądanie nie jest czymś, co się rozumie – odparłem, wyrażając swe jak zwykle wyważone zdanie. – Ono po prostu jest.

Przez chwilę przyglądała mi się bacznie, jakbym był maszyną napędzaną przez nieznane do tej pory źródło mocy. Nagle straciła zainteresowanie mną, wbiła wzrok w sufit i nasza rozmowa się urwała. Pewnie Sumire doszła do wniosku, że ze mną nie warto o tym rozmawiać.

Sumire urodziła się w Chigasaki. Jej dom stał niedaleko wybrzeża, więc wychowała się przy dźwiękach suchego wiatru dmącego piaskiem w jej okna. Jej ojciec prowadził klinikę dentystyczną w Yokohamie. Był wyjątowo przystojny, jego zgrabny nos przywodził na myśl Gregory Pecka w Urzeczonej. Sumire nie odziedziczyła tego ładnego nosa, według niej nie odziedziczył go również jej brat. Uważała to za zdumiewające, iż geny, które stworzyły ten nos, zniknęły. Jeżeli rzeczywiście zostały na zawsze pogrzebane na samym dnie zbiornika genów, świat stał się przez to smutniejszym miejscem. Tak piękny był ten nos.

Ojciec Sumire był postacią niemalże mityczną dla kobiet w Yokohamie, które potrzebowały leczenia dentystycznego. W swoim gabinecie nosił zawsze czepek chirurgiczny i ogromną maskę, więc pacjent widział tylko oczy i uszy. Mimo to jego uroda była niewątpliwa. Piękny, męski nos sterczał sugestywnie pod maską, pacjentki aż się rumieniły na ten widok. I w jednej chwili – bez względu na koszt leczenia – się zakochiwały.

Matka Sumire zmarła z powodu wrodzonej wady serca, mając zaledwie trzydzieści jeden lat. Sumire nie skończyła wtedy nawet trzech lat. Jedyne wspomnienie matki, jakie zachowała, było niejasne i dotyczyło zapachu jej skóry. Po matce zostało tylko kilka zdjęć – upozowana fotografia z wesela i fotka zrobiona tuż po narodzinach Sumire. Sumire czasami wyjmowała album i oglądała zdjęcia. Jej matka była – łagodnie mówiąc – zupełnie przeciętną osobą. Niska, z nieciekawą fryzurą, ubrana zupełnie bez smaku, z pełnym skrępowania uśmiechem. Gdyby zrobiła krok do tyłu, wtopiłaby się w ścianę. Sumire postanowiła wryć sobie w pamięć twarz matki. Może dzięki temu kiedyś spotka ją w snach. Uścisną sobie ręce i utną miłą pogawędkę. Ale nie było to takie proste. Choć Sumire bardzo się starała zapamiętać twarz matki, obraz ten wkrótce znikał. Gdyby minęła ją na ulicy w biały dzień – a co dopiero we śnie – nie rozpoznałaby jej.

Ojciec Sumire prawie nie mówił o swej zmarłej żonie. Nie był rozmownym człowiekiem, a już nigdy – jak gdyby to było zapalenie dziąseł, którego nie chciał się nabawić – nie mówił o swoich uczuciach. Sumire nie przypominała sobie, by kiedykolwiek zadawała mu pytania o zmarłą matkę. Zdarzyło się to tylko raz, kiedy była jeszcze malutka; z jakiegoś powodu spytała go: „Jaka była moja mama?”. Bardzo dobrze pamiętała tę rozmowę.

Ojciec odwrócił wzrok i zastanawiał się przez chwilę, zanim odpowiedział:

– Miała dobrą pamięć. I ładny charakter pisma.

Dziwny sposób opisywania człowieka. Sumire czekała w napięciu, z zeszytem otwartym na pierwszej, śnieżnobiałej stronie, na ożywcze słowa, które mogłyby się stać źródłem ciepła i ukojenia – kolumną, osią, na której wsparłaby swe niepewne życie tutaj, na trzeciej planecie od Słońca. Ojciec powinien był powiedzieć coś, na czym jego córka mogłaby się oprzeć. Lecz przystojny ojciec Sumire nie zamierzał wypowiedzieć tych słów, tych słów, których potrzebowała najbardziej.

Ojciec ponownie się ożenił, gdy Sumire miała sześć lat, a dwa lata później urodził się jej młodszy brat. Nowa matka również nie była ładna. Do tego jeszcze nie miała dobrej pamięci, a i jej charakter pisma nie rzucał na kolana. Była jednak miłą i uczciwą kobietą. Pod tym względem Sumire, świeżo upieczona pasierbica, miała szczęście. Nie, „szczęście” to nieodpowiednie słowo. W końcu jej ojciec celowo wybrał tę kobietę. Może nie był idealnym ojcem, lecz jeśli przyszło do wyboru towarzyszki życia, wiedział, co robi.

Miłość macochy do Sumire była niezachwiana przez cały długi i trudny okres dojrzewania dziewczyny, a kiedy Sumire oznajmiła, że zamierza porzucić college i poświęcić się pisaniu powieści, macocha – chociaż miała własne zdanie na ten temat – uszanowała tę decyzję. Zawsze się cieszyła, że Sumire tak dużo czyta, i wspierała jej literackie zapędy.

Macocha w końcu przekonała męża i postanowiono, że do dwudziestego ósmego roku życia Sumire będzie dostawać od nich niewielkie stypendium. Jeżeli do tej pory nie zacznie zarabiać na życie pisaniem, będzie musiała radzić sobie sama jakoś inaczej. Gdyby macocha się za nią nie wstawiła, Sumire prawdopodobnie znalazłaby się – bez pieniędzy, bez umiejętności życia w społeczeństwie – w dziczy cokolwiek niewesołej rzeczywistości. Bo Ziemia nie po to z takim trudem krąży wokół Słońca, by ludzie beztrosko się na niej bawili.

Sumire poznała swoją ukochaną Sweetheart nieco ponad dwa lata od dnia odejścia z college’u.

Mieszkała w kawalerce w Kichijoji, w otoczeniu minimalnej liczby mebli i maksymalnej liczby książek. Wstawała w południe, a po południu, z entuzjazmem pielgrzyma, udawała się na wędrówkę przez święte wzgórza lub spacerowała po parku Inogashira. W słoneczne dni siadała na ławce w parku, żuła chleb, kopciła jednego papierosa za drugim i czytała. W dni deszczowe lub chłodne wchodziła do staroświeckiej kawiarni, gdzie na cały regulator puszczano muzykę poważną, opadała na zniszczoną kanapę i z poważnym wyrazem twarzy czytała swe książki, słuchając symfonii Schuberta, kantat Bacha. Wieczorem wypijała jedno piwo i kupowała w supermarkecie gotowe danie na kolację.

Około jedenastej zasiadała do biurka. Zawsze stał na nim termos gorącej kawy, kubek (ten, który dałem jej na urodziny, ze Snafkinem), paczka marlboro i szklana popielniczka. Oczywiście miała też komputer. Każdy klawisz z własną literą.

Zapadała głęboka cisza. Jej umysł był jasny jak zimowe nocne niebo, gdzie Wielka Niedźwiedzica i Gwiazda Polarna jasno migoczą na swoim miejscu. Miała tyle do napisania, tyle historii do opowiedzenia. Gdyby tylko potrafiła znaleźć odpowiednie ujście, gorące myśli i pomysły buchnęłyby jak lawa, gęstniejąc w silny strumień oryginalnych dzieł, jakich świat jeszcze nie widział. Ludzie wytrzeszczaliby oczy na widok niespodziewanego debiutu tej Obiecującej Młodej Pisarki o Rzadkim Talencie. Jej zdjęcie, uśmiechniętej nonszalancko, pojawiałoby się w działach sztuki w prasie, a wydawcy wydeptaliby ścieżkę do jej drzwi.

Tak się jednak nie stało. Sumire napisała parę prac mających początek. I kilka z zakończeniem. Lecz ani jednej, która miałaby i początek, i zakończenie.

Nie chodzi o to, że cierpiała na blokadę pisarską. Była od tego daleka – pisała nieustannie, wszystko, co jej przyszło do głowy. Problem polegał na tym, że pisała za dużo. Można by pomyśleć, że powinna tylko wyciąć niepotrzebne fragmenty, a osiągnęłaby swój cel, ale nie było to takie proste. Nigdy nie mogła się zdecydować na ogólny obraz – nie wiedziała, co jest niezbędne, a z czego może zrezygnować. Kiedy następnego dnia czytała wydruk tego, co napisała, każde zdanie wydawało jej się absolutnie niezbędne. Inaczej równie dobrze mogłaby wyrzucić całość. Niekiedy, w rozpaczy, darła maszynopis i ciskała go do kosza. Gdyby noc była zimowa, a w pokoju znajdował się kominek, scena ta miałaby w sobie pewne ciepło – tak jak w La Boheame – lecz w mieszkaniu Sumire nie było nie tylko kominka, ale i telefonu. Nie wspominając już o porządnym lustrze.

W weekendy Sumire przychodziła do mnie ze szkicami powieści wysypującymi się z rąk – z tymi maszynopisami, które szczęśliwie uniknęły masakry. Mimo wszystko była ich niezła sterta. Sumire pokazywała je tylko jednej osobie na całym świecie. Mnie.

W college’u byłem dwa lata wyżej niż ona, mieliśmy też różne specjalizacje, więc istniała niewielka szansa na to, że się kiedykolwiek poznamy. Doszło do tego dzięki czystemu przypadkowi. Był maj, poniedziałek, dzień po świętach, stałem na przystanku autobusowym przed główną bramą college’u, czytając powieść Paula Nizana, którą znalazłem w antykwariacie. Jakaś niska dziewczyna koło mnie pochyliła się w moją stronę, zerknęła na książkę i spytała: „Dlaczego właśnie Nizan?”. Powiedziała to tak, jakby chciała wywołać awanturę. Jakby chciała coś kopnąć, lecz nie znajdując nic odpowiedniego w pobliżu, zaatakowała mój wybór lektury.

Sumire i ja byliśmy do siebie bardzo podobni. Pożeranie książek przychodziło nam z równą łatwością, co oddychanie. W każdej wolnej chwili zaszywaliśmy się gdzieś w kącie i bez końca przewracaliśmy stronę po stronie. Powieści japońskie, zagraniczne, klasyka, od awangardy aż po bestsellery – jeżeli tylko w książce było coś intelektualnie stymulującego, braliśmy się do czytania. Przesiadywaliśmy w bibliotekach, całe dnie spędzaliśmy w Kandzie, mekce wszystkich antykwariatów w Tokio. Nigdy przedtem nie spotkałem osoby, która czytałaby tak zachłannie – tak intensywnie i dużo – jak Sumire, i jestem pewien, że ona miała takie samo zdanie o mnie.

Uzyskałem dyplom mniej więcej w tym czasie, kiedy Sumire porzuciła college. Wpadała wtedy do mnie dwa, trzy razy w miesiącu. Niekiedy to ja ją odwiedzałem, lecz w jej kawalerce ledwo mieściły się dwie osoby, więc przeważnie Sumire lądowała u mnie. Rozmawialiśmy o powieściach, które przeczytaliśmy, i wymienialiśmy się książkami. Często gotowałem. Nie miałem nic przeciwko temu, a Sumire należała do osób, które wolą chodzić głodne, niż samemu coś sobie przyrządzić. W podziękowaniu przynosiła mi prezenty z miejsca, gdzie akurat pracowała. Raz, gdy zatrudniła się w magazynie firmy farmaceutycznej, podarowała mi sześć tuzinów prezerwatyw. Pewnie nadal leżą gdzieś w czeluściach szuflady.

Powieści – czy też właściwie ich fragmenty – które tworzyła Sumire, nie były aż tak beznadziejne, jak jej się wydawało. To prawda, jej styl miejscami przypominał kołdrę zszywaną z kawałków przez grupkę upartych starszych pań – a każda z własnym wyczuciem smaku i własnymi pretensjami – pracujących w ponurej ciszy. Jeśli dodać do tego maniakalno-depresyjną osobowość Sumire, to rzeczy niekiedy wymykały się spod kontroli. Na domiar złego Sumire była zdecydowana stworzyć opasłą Powieść Totalną w dziewiętnastowiecznym stylu, coś w rodzaju kufra naładowanego wszelkimi możliwymi zjawiskami mającymi oddać stan duszy człowieka i jego los.

Jak już wspomniałem, pisarstwo Sumire odznaczało się nadzwyczajną świeżością, stanowiło próbę szczerego opisu tego, co było dla niej ważne. Trzeba przyznać, że nie usiłowała naśladować stylu innych pisarzy i nie próbowała tworzyć uroczych, błyskotliwych utworów. I to najbardziej mi się podobało w jej twórczości. Nie byłoby w porządku, gdyby zrezygnowała ze swej bezpośredniej mocy na rzecz stworzenia przyjemnych, zgrabnych form. Nie było potrzeby przyśpieszać biegu wydarzeń. Sumire miała jeszcze mnóstwo czasu na eksperymenty. Jak głosi przysłowie: „Co nagle, to po diable”.

– Moja głowa jest niczym absurdalna stodoła zapchana aż po strop rzeczami, które chcę opisać – powiedziała Sumire. – Obrazy, sceny, strzępki słów… w moim umyśle lśnią, są żywe. Pisz! – krzyczą do mnie. Niedługo narodzi się nowa historia, czuję to. Przeniesie mnie w zupełnie nowe miejsce. Problem polega na tym, że kiedy już usiądę za biurkiem i przeleję wszystko na papier, uświadamiam sobie, że brakuje tu czegoś istotnego. To się nie chce skrystalizować – żadnych kryształów, sam żwir. I donikąd się nie przenoszę.

Sumire ze zmarszczonym czołem po raz dwieście pięćdziesiąty podniosła kamyk i cisnęła go do stawu.

– Może czegoś mi brakuje. Czegoś, co absolutnie trzeba mieć, by stać się pisarzem.

Zapadła głęboka cisza. Wyglądało na to, że Sumire czeka na moją banalną opinię.

Po jakimś czasie się odezwałem:

– Dawno temu w Chinach istniały miasta otoczone wysokimi murami, w których znajdowały się ogromne wspaniałe bramy. Nie służyły jedynie do wpuszczania lub wypuszczania ludzi, lecz miały większe znaczenie. Ludzie wierzyli, że zamieszkuje w nich duch miasta. A przynajmniej że powinien tam przebywać. Podobnie jak w średniowiecznej Europie ludzie uważali, że serce miasta znajduje się w katedrze i na rynku głównym. Dlatego nawet teraz w Chinach wciąż jeszcze spotyka się mnóstwo przepięknych bram. Wiesz, w jaki sposób Chińczycy je budowali?

– Nie mam pojęcia – odparła Sumire.

– Ludzie jechali wozami na stare pola bitew i zbierali zbielałe kości pochowane tam lub rozrzucone dokoła. Chiny to bardzo stary kraj – pełno tam pól bitwnych – więc mieszkańcy nie musieli szukać daleko. Przy wejściu do miasta budowali ogromną bramę i wmurowywali w nią kości. Mieli nadzieję, że oddawszy w ten sposób honor poległym żołnierzom, zasłużą sobie na ich opiekę. Ale to nie wszystko. Kiedy brama była już ukończona, przynosili pod nią kilka psów, podrzynali im gardła i ich krwią spryskiwali bramę. Dopiero po połączeniu świeżej krwi z wyschniętymi kośćmi pradawne dusze zmarłych w magiczny sposób mogły ożyć. Tak przynajmniej wierzono.

Sumire w milczeniu czekała na dalszy ciąg.

– Pisanie powieści jest bardzo podobne. Zbierasz kości i budujesz swoją bramę, ale choćby była przepiękna, samo to nie czyni z niej żywej, oddychającej powieści. Opowieść to coś nie z tego świata. Prawdziwa historia wymaga magicznego chrztu, który połączy świat po tej stronie ze światem po tamtej.

– Chcesz więc powiedzieć, że powinnam iść poszukać własnego psa?

Pokiwałem głową.

– I przelać świeżą krew?

Sumire przygryzła wargę i przez chwilę się zastanawiała. Wrzuciła do stawu kolejny nieszczęsny kamyk.

– Naprawdę wolałabym nie zabijać zwierząt, jeśli nie muszę.

– To metafora – powiedziałem. – Tak naprawdę nie musisz niczego zabijać.

Jak zwykle siedzieliśmy w parku Inogashira, na jej ulubionej ławce. Przed nami rozpościerał się staw. Bezwietrzny dzień. Liście leżały tam, gdzie spadły, przyklejone do powierzchni wody. Wyczuwałem zapach ogniska rozpalonego gdzieś w oddali. Powietrze przepełniał aromat końca jesieni, a odległe dźwięki były boleśnie wyraźne.

– Potrzebujesz czasu i doświadczenia – powiedziałem.

– Czasu i doświadczenia – zadumała się Sumire, spoglądając w niebo. – Z czasem niewiele da się zrobić – po prostu płynie. Ale doświadczenie? Tylko nie to. Nie jestem z tego dumna, ale nie mam żadnych potrzeb seksualnych. A jakie doświadczenie może mieć pisarz, jeżeli nie czuje namiętności? Jest jak szef kuchni bez apetytu.

– Nie wiem, gdzie się podziały twoje potrzeby seksualne – powiedziałem. – Może gdzieś się ukrywają. Albo pojechały na wycieczkę i zapomniały wrócić do domu. Ale zakochanie się to istne wariactwo. Może przyjść ni z tego, ni z owego i po prostu cię dopaść. Kto wie – może już jutro.

Sumire przeniosła wzrok z nieba na moją twarz.

– Jak tornado?

– Można tak to ująć.

Zastanowiła się.

– Widziałeś kiedyś tornado?

– Nie – odparłem. Na szczęście w Tokio tornada zdarzały się dość rzadko.

Jakieś pół roku później, tak jak to przewidziałem, nagle i absurdalnie Sumire dopadła miłość przypominająca tornado. Miłość do kobiety o siedemnaście lat starszej. Do jej własnej Sputnik Sweetheart.

Kiedy Sumire i Miu usiadły obok siebie przy stole na weselu, zrobiły to, co wszyscy na całym świecie robią w takiej sytuacji, a mianowicie przedstawiły się sobie. Sumire nie cierpiała swojego imienia i kiedy tylko mogła, starała się je ukryć. Ale gdy ktoś cię pyta o imię, jedyną uprzejmą odpowiedzią jest podanie go.

Według jej ojca to matka wybrała imię dla Sumire. Uwielbiała pieśń Mozarta pod tym tytułem i dużo wcześniej postanowiła, że jeżeli kiedyś urodzi córeczkę, nada jej takie imię. Na półce w ich salonie stała płyta z pieśniami Mozarta, niewątpliwie ta, której słuchała matka, i Sumire w dzieciństwie często kładła ostrożnie ów ciężki longplay na talerzu adapteru i na okrągło słuchała tej pieśni. Sopranem śpiewała Elisabeth Schwarzkopf, na pianinie grał Walter Gieseking. Sumire nie rozumiała słów, lecz sądząc po pełnym wdzięku motywie przewodnim, miała pewność, że jest to pean na cześć pięknych fiołków kwitnących na łące. Obraz ten bardzo jej się podobał.

W bibliotece gimnazjum natknęła się jednak na japońskie tłumaczenie tej pieśni i przeżyła wstrząs. Słowa mówiły o prostej córce pasterza depczącej na łące nieszczęsny fiołek. Dziewczyna nawet nie zauważyła, że zdeptała kwiat. Pieśń ta była oparta na wierszu Goethego i Sumire nie znalazła w niej nic pocieszającego, żadnej nauki na przyszłość.

– Jak matka mogła nadać mi imię po tak okropnej pieśni? – powiedziała nachmurzona Sumire.

Miu poprawiła rogi serwetki na kolanach, uśmiechnęła się obojętnie i spojrzała na Sumire. Miała bardzo ciemne oczy. W oczach tych łączyło się wiele kolorów, były jednak czyste i bezchmurne.

– Jak myślisz, czy ta pieśń jest piękna?

– Tak, sama muzyka jest śliczna.

– Skoro muzyka jest śliczna, to myślę, że to powinno wystarczyć. W końcu nie wszystko na tym świecie może być piękne, prawda? Twoja matka musiała tak bardzo kochać tę pieśń, że słowa jej nie przeszkadzały. A poza tym, jeśli będziesz ciągle robić takie miny, to te zmarszczki zostaną ci już na stałe.

Sumire rozluźniła twarz.

– Może i masz rację, ale czuję się taka zawiedziona. No bo jedyną namacalną rzeczą, jaką mi zostawiła matka, jest to imię. Oczywiście oprócz mnie samej.

– A ja myślę, że Sumire to piękne imię. Bardzo mi się podoba – powiedziała Miu, lekko przechylając głowę, jakby chciała spojrzeć na tę sytuację pod innym kątem. – A tak przy okazji, czy twój ojciec jest tutaj, na weselu?

Sumire się rozejrzała. Sala weselna była ogromna, lecz jej ojciec należał do wysokich ludzi i szybko go wypatrzyła. Siedział dwa stoliki dalej, rozmawiając z niskim, starszym mężczyzną w żakiecie. Uśmiech miał tak ufny i ciepły, że mógłby stopić lodowiec. W blasku świec wspaniały nos wznosił się łagodnym łukiem niczym rokokowa kamea i nawet Sumire, przyzwyczajona do jego wyglądu, była poruszona urodą ojca. Idealnie pasował do tego rodzaju oficjalnych spotkań. Sama jego obecność dodawała splendoru temu miejscu. Jak kwiaty w ogromnym wazonie lub czarna limuzyna.

Kiedy Miu dojrzała ojca Sumire, aż jej odebrało mowę. Sumire usłyszała, jak Miu wstrzymuje oddech. Przypominało to odgłos, jaki wydaje aksamitna zasłona, gdy się ją odsuwa w spokojny poranek, by wpuścić promienie słońca i obudzić ukochaną osobę. Może powinnam była wziąć ze sobą lornetkę teatralną, zadumała się Sumire. Była jednak przyzwyczajona do gwałtownej reakcji, jaką wywoływał u ludzi wygląd jej ojca – zwłaszcza u kobiet w średnim wieku. Czym jest uroda? Jaką ma wartość? Sumire zawsze wydawało się to dziwne. Ale nikt nigdy jej nie odpowiedział. Wrażenie nieodmiennie pozostawało takie samo.

– Jak to jest, gdy się ma tak przystojnego ojca? – spytała Miu. – Pytam z czystej ciekawości.

Sumire westchnęła – ludzie bywają tak przewidywalni.

– Nie mogę powiedzieć, żeby mi się to podobało. Wszyscy myślą to samo: Jaki przystojny mężczyzna. Naprawdę wyjątkowy. Ale jego córka – no cóż, nie jest zbyt atrakcyjna, prawda? W ich mniemaniu to atawizm.

Miu odwróciła się do Sumire, leciutko spuściła głowę i spojrzała na jej twarz. Zupełnie jakby podziwiała obraz w galerii sztuki.

– Jeżeli zawsze tak sądziłaś, to byłaś w błędzie – powiedziała. – Jesteś piękna. Tak samo jak twój ojciec. – Wyciągnęła rękę i całkowicie naturalnym gestem lekko dotknęła dłoni Sumire spoczywającej na stole. – Nawet sobie nie uświadamiasz, jak bardzo jesteś piękna.

Sumire poczuła gorąco na twarzy. Serce galopowało jej tak głośno, jak oszalały koń na drewnianym moście.

Potem Sumire i Miu pogrążyły się w prywatnej rozmowie. Wesele było huczne, nastąpiło kilka zwyczajowych poobiednich mów (w tym oczywiście również mowa ojca Sumire), a sam obiad był nie najgorszy. Ale nic z tego nie pozostało w pamięci Sumire. Czy na przystawkę podano mięso? Czy też rybę? Czy używała noża i widelca i pamiętała o dobrych manierach? Czy też jadła rękoma i oblizała talerz? Nie miała pojęcia.

Rozmawiały o muzyce. Sumire była wielką fanką muzyki poważnej i od dzieciństwa lubiła grzebać w kolekcji płyt ojca. Okazało się, że ona i Miu mają podobne gusta muzyczne. Obie uwielbiały muzykę fortepianową i były przekonane, że 32 sonata Beethovena to absolutny szczyt osiągnięć w historii muzyki. I że nagrania dla wytwórni Decca w niezrównanym wykonaniu Wilhelma Backhausa wyznaczają standard interpretacji. Cóż za rozkoszne, wibrujące i radosne brzmienie!

„Monofoniczne nagrania Chopina w wykonaniu Vladimira Horowitza, a zwłaszcza scherza, są poruszające, nie sądzisz?”. „Interpretacja preludiów Debussy’ego Friedricha Guldy jest błyskotliwa i śliczna; Grieg Giesekinga jest, od początku do końca, uroczy”. „Prokofiewa Światosława Richtera warto słuchać na okrągło – jego interpretacja dokładnie oddaje te kapryśne zmiany nastroju”. „A sonaty Mozarta w wykonaniu Wandy Landowskiej – tak przepełnione ciepłem i czułością, że aż trudno uwierzyć, że nie spotkały się z większym uznaniem”.

– Czym się zajmujesz? – spytała Miu, gdy już zakończyły tę dyskusję o muzyce.

– Porzuciłam college – wyjaśniła Sumire – i teraz pracuję dorywczo, jednocześnie pisząc powieści.

– Jakie powieści? – spytała Miu.

– Trudno wyjaśnić – odparła Sumire.

– No to jakie powieści lubisz czytać?

– Gdybym miała wymienić wszystkie, musiałybyśmy spędzić tu całą wieczność – powiedziała Sumire. – Ostatnio czytam Jacka Kerouaca.

I tu właśnie nastąpiła część rozmowy o sputniku.

Poza lekką beletrystyką, którą czytała dla zabicia czasu, Miu rzadko sięgała po powieści. „Nie potrafię zapomnieć, że to wszystko jest wymyślone – wyjaśniła – więc nie mogę się wczuć w położenie bohaterów. Zawsze tak było”. Dlatego właśnie ograniczyła lekturę do książek, które traktowały rzeczywistość jak rzeczywistość. Głównie takich, które pomagały jej w pracy.

– Czym się zajmujesz? – spytała Sumire.

– Moja praca jest związana z zagranicą – powiedziała Miu. – Trzynaście lat temu przejęłam firmę handlową, którą prowadził mój ojciec, ponieważ byłam najstarszym dzieckiem. Miałam zostać pianistką, lecz ojciec zmarł na raka, matka nie była zbyt silna fizycznie, a poza tym nie mówiła dobrze po japońsku. Brat jeszcze chodził do liceum, więc postanowiłyśmy, że przynajmniej na razie zajmę się firmą. Zależało od niej utrzymanie pewnej liczby naszych krewnych, więc nie mogłam pozwolić, żeby zeszła na psy.

Swe słowa podkreśliła westchnieniem.

– Początkowo firma mojego ojca importowała z Korei suszoną żywność i zioła lecznicze, ale teraz sprowadza wiele rzeczy. Nawet części komputerowe. Oficjalnie jestem dyrektorem, ale jej prowadzenie przejęli mój mąż i młodszy brat, więc nie muszę zbyt często przychodzić do biura. Założyłam natomiast własny interes.

– Co robisz?

– Głównie importuję wino. Niekiedy również organizuję koncerty. Dość często jeżdżę do Europy, ponieważ ten rodzaj interesów zależy od kontaktów osobistych. Dlatego też mogę zupełnie samodzielnie konkurować z niektórymi największymi firmami. Jednak podtrzymywanie wszystkich tych kontaktów pochłania mnóstwo czasu i energii. No, ale można się było tego spodziewać… – Podniosła wzrok, jakby właśnie coś sobie przypomniała. – A tak przy okazji, znasz angielski?

– Mówienie po angielsku nie jest moją mocną stroną, ale radzę sobie nie najgorzej. Natomiast uwielbiam czytać po angielsku.

– Umiesz obsługiwać komputer?

– Nie bardzo, ale korzystałam z edytora tekstu i na pewno szybko bym się nauczyła.

– A co z prowadzeniem samochodu?

Sumire pokręciła głową. W tym roku, kiedy zaczęła chodzić do college’u, próbowała wprowadzić tyłem do garażu volvo kombi swojego ojca i rąbnęła drzwiami w słupek. Od tej pory prawie nigdy nie siadała za kierownicą.

– No dobrze, a czy potrafiłabyś w co najwyżej dwustu słowach wyjaśnić, jaka jest różnica między znakiem a symbolem?

Sumire podniosła z kolan serwetkę, lekko otarła usta i odłożyła ją z powrotem. Do czego ta kobieta zmierza?

– Między znakiem a symbolem?

– Nie ma to większego znaczenia. To tylko taki przykład.

Sumire znowu pokręciła głową.

– Nie mam pojęcia.

Miu się uśmiechnęła.

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym, żebyś mi opowiedziała o swoich praktycznych umiejętnościach. W czym jesteś wyjątkowo dobra. Poza czytaniem powieści i słuchaniem muzyki.

Sumire cicho odłożyła na talerz nóż i widelec, zapatrzyła się w anonimową przestrzeń nad stołem i zadumała nad tym pytaniem.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.