Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu - Paweł Kozacki OP, Wojciech Prus OP - ebook
Wydawca: W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 187 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 5 godz. 18 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu - Paweł Kozacki OP, Wojciech Prus OP

Ta książka to rozmowa o najbardziej intymnym z sakramentów. Spowiedź dotyka przepaści duszy, jak żaden inny sakrament znajdując się na styku boskich i ludzkich tajemnic. Dominikanie Paweł Kozacki i Wojciech Prus mówią o trudach i pięknie spowiedzi, przypominającej rodzenie się nowego życia.

Paweł Kozacki OP - (ur. 8 stycznia 1965 w Poznaniu[1]), dominikanin, publicysta, przeor Konwentu Świętej Trójcy w Krakowie, były redaktor naczelny dominikańskiego miesięcznika "W drodze".

Wojciech Prus OP - ceniony duszpasterz, niebanalny kaznodzieja, cierpliwy spowiednik. Kiedyś ekonom prowincji, dziś dyrektor Wydawnictwa W drodze. Wielbiciel Lecha Poznań, dobrej literatury i poezji - ostatnio szczególnie twórczości Zbigniewa Herberta. W wolnych chwilach uczy się rysunku i malarstwa, jeździ na nartach i rowerze, gra w tenisa. Pomimo różnych obowiązków wciąż stara się studiować Ojców Kościoła i pogłębiać swoją miłość do nich, która zaczęła się podczas rzymskich studiów patrologii.

Opinie o ebooku Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu - Paweł Kozacki OP, Wojciech Prus OP

Cytaty z ebooka Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu - Paweł Kozacki OP, Wojciech Prus OP

Jeżeli było zatajenie, to musimy zapytać o nasze możliwości. Istnieje bowiem „strach nieprzekraczalny”, czyli taki, nad którym nie potrafimy zapanować, który nas obezwładnia. Może to być reakcja psychologiczna, która jest tak wielkim wstydem, że człowiek nie jest w stanie powiedzieć czegoś takiego. Jeden z braci opowiadał, że ponad godzinę czekał, aż kobieta wypowie swój grzech. Chciała to uczynić, ale nie mogła wypowiedzieć słów. W takim czy podobnym przypadku mamy do czynienia ze zmniejszeniem dobrowolności.
Są dwa rodzaje smutku. Pierwszy prowadzi do utraty nadziei, drugi ku nawróceniu. Ten pierwszy nigdy się nie kończy, odbiera siły do walki i zaciemnia nadzieję na wyzwolenie. Smutek, który wiedzie ku nawróceniu, sprawia, że po momencie żalu i przykrości stawiamy pytanie, co teraz zrobić, aby pójść do przodu. Prowadzi do konkretnych decyzji.
Jeżeli przyjmuję taki dar, to zostawiam siebie, myśli, które ciągle napominają, że powinienem coś sobą w życiu prezentować, coś zrobić, coś umieć, coś wypracowywać. Sprawiedliwość wewnątrz miłosierdzia polega na tym, że człowiek musi dokonać ofiary z siebie. W przypowieści syn musi zrezygnować z koncepcji bycia jednym z najemników. Jeśli człowiek wie, ile kosztuje rezygnowanie z koncepcji, którą sobie wymyślił, nie będzie mówił, że jest to łatwe.
Nawet najbardziej spektakularne nawrócenie, takie jak Pawła pod Damaszkiem, nie sprawia, że człowiek staje się święty. Konieczność wynagrodzenia tym, których się skrzywdziło, przezwyciężenia złych nawyków oraz przesiąknięcie ewangelicznym stylem myślenia wymaga wiele wysiłku i czasu.
Jeżeli przydarzają się upadki, to ogromnie ważny w formułowaniu odpowiedzi jest fakt spowiadania się oraz pragnienie tego. Mogę powiedzieć: „Jestem czysty, ponieważ trwam w stanie łaski od ostatniej spowiedzi”, albo też – jeżeli upadłem i jeszcze nie udałem się do spowiedzi, ale podjąłem decyzję o przystąpieniu do sakramentu – „Nie jestem człowiekiem czystym ani nieczystym, jestem człowiekiem powrotów. Znacznie bliższym czystości aniżeli nieczystości, nawet jeżeli przydarzają się tutaj upadki. Bo się spowiadam”.
Jezus zna kondycję człowieka i wie, ile jest warta ta deklaracja, wie, że Piotr zdradzi. Jezus wie, że Piotr będzie skałą nie dlatego, że jest w nim entuzjazm i szybka gotowość, ale stanie się tak dlatego, że przekonawszy się o swojej słabości, przyjmie moc z wysoka. Zatem Piotr jest pierwszym, który musi odbyć spowiedź.
Przez długi czas drażniło mnie, że Jan sam mówił o sobie „uczeń, którego Jezus miłował” (J 21,7). Sądziłem, że się wywyższał nad innych. Aż kiedyś pomyślałem, że może jest to imię każdego ucznia Chrystusa. Nazywam się „Ten, którego Jezus miłuje”, ale nie jestem o tym do końca przekonany. Jan inaczej, jest pewien, pewnością wiary, dlatego sądzę, że to on namawia do posłuchania nieznajomego i ponownego wypłynięcia na połów. I dlatego za chwilę, widząc pełne sieci, rozpoznaje Mistrza. „To jest Pan!” – woła.
Tego fragmentu nie ma, bo nad nim rozciąga się tajemnica spowiedzi. Tu mogły paść słowa, które Piotr chciał wypowiedzieć przed Jezusem, świadom, że Go zdradził. Jan może nawet nie wie, jakie to były słowa. Do tej pory Piotr spotykał Zmartwychwstałego w większym gronie. Nad Jeziorem Tyberiadzkim po raz pierwszy miał szansę być z Mistrzem sam na sam.
Augustyn wyznaje i uwielbia. Gdy pisze Wyznania , jest od 14 lat chrześcijaninem, od 10 lat kapłanem i od siedmiu lat biskupem. I na tym etapie swojego życia mówi: „Jestem chorym człowiekiem”. Spodziewalibyśmy się, że po wielu latach poszukiwań, dramatycznym nawróceniu, posłudze biskupa, nie będzie miał już problemów. A on mówi, że jest chory nie wtedy, gdy się nawraca, ale wtedy, kiedy ma już wieloletnie doświadczenie naśladowania Pana Jezusa. Ciekawe, jak zareagowaliby księża, gdyby któryś ze współczesnych biskupów wyznał, że jest chorym człowiekiem. Jeśli ktoś odsłania swoją słabość, to albo nas pociąga moc jego świadectwa, albo musimy to cynicznie wyśmiać, by nie konfrontować tego wyznania z własną słabością.

Fragment ebooka Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu - Paweł Kozacki OP, Wojciech Prus OP







Wstęp

Nie z pokory, ale z wdzięczności i fascynacji podążam za wielkimi, próbując zrekonstruować moją historię duchową, bo przecież szybkimi krokami nadciąga czas pierwszych podsumowań. Próbuję więc ułożyć swój własny spis instytucji, które – choć czas był zły, czyli nijaki – otworzyły mnie na tajemnicę życia i obudziły we mnie zdziwienie. Zdziwienie nie tylko wobec mnogości jego przejawów i form, ale nade wszystko wobec tego, że nie jestem sam, choć inteligentnie skonstruowane i podsuwane pokusy (przez Kogo?) dostarczały mocnych argumentów za samotnością, izolacją i autonomią, która miała mnie uchronić przed bólem, zdradą i innymi niebezpieczeństwami teraźniejszego i przyszłego czasu. A jednak nie byłem nigdy sam.

U Schulza znajduję aż cztery instytucje dzieciństwa: Teatr, Sklep, Dom i Szkołę, a ja dorzucam dla siebie jeszcze jedną – Konfesjonał. Mój Boże, przecież nigdy nie widziałem prawdziwych aktorów, to były pacynki, marionetki i kukiełki, ale i nigdy później nie chciało mi się więcej umierać z żalu tak jak wtedy po przedstawieniu. I Sklep był inny – to był skup butelek na Krótkiej, pierwsza szklana piramida, jaką w życiu widziałem, postmodernistyczna instalacja, która poddawała dekonstrukcji czyste światło – nawet w lochach Francji nikt tak wysoko i tak przemyślnie nie potrafi ułożyć butelek. A światło w tym wieku jest najważniejsze, może tylko światło. Dom był pożydowski, ciasny i ciemny, z gorącym strychem i krętymi schodami. Nie byłem u siebie, rosłem pod dachem tych, których życie okrutnie przerwano. Szkoła była męką, ale na języku polskim robiłem się dziwnie gadatliwy (przypominałem zapewne w moich teoriach Piekarskiego), sukcesem jednak było to, że wreszcie mówiłem. A Konfesjonał? To było dla mnie wielkie ucho Boga. To było to coś, co tak przemyślnie wyłapał Brodski w swoim Divertimento: „Z ruchliwej jezdni skręcić możesz/ w zaułek na wpół ślepy; tam/ wejdź do kościoła, o tej porze/ pustego; pobądź chwilę sam/ i wprost w ogromne ucho Boskie/ zamknięte przed hałasem dni,/ wyszeptaj trzy zaledwie zgłoski:/ – Odpuść mi”. Odpuść mi i pomóż mi. Dlatego chciwie szukam wciąż wszelkich zamyśleń, rozmów i traktatów na temat spowiedzi. Kiedy więc wywęszyłem, że tych dwóch braci dominikanów organizuje od czasu do czasu collationes i jeden drugiego przepytuje z sakramentu spowiedzi, chciałem pilnie wejść w posiadanie zapisu tych rozmów. Aż wreszcie otrzymałem pożądane przeze mnie stronice.

Trudno się pomylić podczas lektury – brat Paweł ze swoją naturą kota jest przyjacielskim, ale twardym i wymagającym przepytującym – pyta w imieniu tych wszystkich, dla których prawda o grzechu pierworodnym, spowiedzi, pokucie, zadośćuczynieniu nie jest ewidentna, podobnie jak obecność ludzkiego pośrednika między mną a Bogiem podczas wyznawania grzechów. Był czas, że Pawła znałem tylko z opowieści – jako nowicjusza OP, którego Służba Bezpieczeństwa próbowała zmiękczyć w więzieniu na Kochanowskiego w Poznaniu. Nie poddał się. Potem robiliśmy razem studia w Krakowie i w końcu każdy z nas odpłynął w swoją stronę – on przez kilka lat był zawołanym duszpasterzem akademickim w Szczecinie, pisał i publikował, wreszcie dostał się do miesięcznika „W drodze”, któremu przez wiele pięknych lat przewodził. Wojciecha poznałem jako maturzystę w okularkach a la Maksymilian Kolbe, władającego świetnie angielskim i fantastycznie jeżdżącego na nartach, co dla człowieka zjeżdżającego zawsze „na krechę” bez samobójczych jednak motywacji stanowiło poważny powód do zazdrości. Ten inteligentny okularnik studia z patrologii kończył w Rzymie i jak to bywa w zakonie – skończył jako ekonom prowincji dominikanów. To oczywiście niepotrzebna złośliwość, bo przecież Wojciech miał się dobrze przez kilka młodych lat jako duszpasterz krakowskiej „Beczki”. Kiedy jednak poszedł w ekonomy, bronił swojego kapłaństwa, kłusując na terenie instytucji Konfesjonału. Tak, ma potężne doświadczenie. Ale nade wszystko posiada naturalną dobroć i ciekawość drugiego człowieka. Po kilku dobrych latach stał się wielkim uchem Boga. W książce, którą stworzył z Paw­łem, widać to wyśmienicie. Przekonany i prawdziwy, wolny jest jednak w swoich wypowiedziach od przemądrzałości i pychy płynących z wiedzy. Bo stara się zrozumieć głos, który płynie z drugiej strony kratek konfesjonału. Głos na kolanach, często upokorzony sytuacją. Głos, który odsłania serce człowiecze często nieufne i niewierzące w przebaczenie, pełne poczucia winy zaciemniającego zawsze Boży horyzont. Głos nie tak rzadko agresywny, próbujący przerzucić ludzki brud przez kratki i wydrzeć absolucję, i poczuć się na moment dobrze podczas dorocznych świąt, ślubów i chrztów, by wrócić za chwilę do swojego normalnego „stanu, w którym grzech łasi się i prosi o powrót do domu niczym sobiepański a podlizujący się pies”. Głos, który nienawidzi konfesjonału, bo nie jest na jego warunkach, i optuje za rozgrzeszeniem zbiorowym, żeby oddalić prawdziwe nawrócenie w nieokreśloną przyszłość, jakby nagła i niespodziewana śmierć istniała tylko dla drugich. Bywa, że spotyka nieprzeniknione milczenie oczekujące beznadziejnie pomocy. Albo słyszy litanię cudzych grzechów, bo winni są zawsze „oni”. I Wojtek pomaga. Najpierw ofiarując czas. Przy konfesjonale Wojciecha zapewne ludzie nie zderzają się głowami, całując stułę. I sądząc z zapisów rozmów z Pawłem – nie należy do spowiedników, którzy ziewając, zwykli po druzgocącym wyznaniu grzechów z gatunku: „zabiłem ojca” zadawać mało przytomne pytanie: „ile razy?”. Bo spowiedź u Wojtka jest dialogiem. A często zapominamy, że aby dialog się udał, przynajmniej jedna ze stron nie może być sfrustrowana i agresywna. Nie sądzę jednak, że Wojciech popada w drugą skrajność i chce się wydać „słuszny politycznie” i „na czasie” – nie na darmo w naszym krakowskim środowisku dominikanów krążyła smaczna anegdota o pewnym kapelanie i wiecznym rezydencie w wiejskim dworku, który zwykł podczas spowiedzi zadawać dziedziczce pomocnicze pytanie: „A czym to pani hrabina raczyła dziś Pana Boga obrazić?”.

Czym jest ten dialog „przez kratkę” i do czego prowadzi? Najpierw jest wysłuchaniem, aktywnym i ciepłym wysłuchaniem oraz prostą i solidną edukacją chrześcijańskich prawd albo ich przypomnieniem. Ten gest służy odsłonięciu miary ludzkiego serca, które może być dogłębnie zrozumiane tylko przez Chrystusa. Jest to zarazem wspólna wyprawa po wolność – ile taktu, wiary, poszanowania i znajomości drugiego człowieka musi w sobie nieść spowiednik, żeby tę wolność penitentowi uświadomić, przebudzić w nim to prawo, dar i zadanie. Tylko w takiej przestrzeni Boże miłosierdzie może zajaśnieć zniewalającym blaskiem. Wreszcie spowiedź – spotkanie może dotknąć niezwykłej „potrzeby” Boga – Jego pragnienia kościelnej wspólnoty. I znów pójdę tropem ludzi doświadczonych i przywołam zdanie Gerharda Lohfinka z książki Czy Bóg potrzebuje Kościoła?, zdanie budzące w wielu nas odruch sprzeciwu, który w praktyce przekłada się na gest zepchnięcia sakramentalnego życia w sferę „przymusu” i „obstrukcyjnej instytucji”: „Bóg nie działa wszędzie, lecz w jednym określonym miejscu. Nie działa zawsze, lecz w konkretnym czasie. Nie działa przez obojętnie kogo, lecz przez ludzi, których sobie wybiera. Jeśli tego nie pojmiemy, wówczas żadna odnowa w naszej epoce nie będzie możliwa. Dawna zasada dziejów zbawienia obowiązuje przecież również dzisiaj”.

Dziękując braciom Pawłowi i Wojciechowi za książkę Spowiedź bez końca, pozostaje mi zaprosić do jej uważnej lektury wszystkich pragnących odświeżyć i pogłębić swoje spojrzenie na sakrament spowiedzi, a zwłaszcza tych zbuntowanych, niegdyś zranionych przez spowiednika, także tych udręczonych poczuciem winy i tych, którzy nie wierzą, że ich grzechy mogą być odpuszczone. Niech im nie zabraknie odwagi, by podejść do konfesjonału i wyszeptać trzy zaledwie zgłoski: odpuść mi. Może uchem Boga będzie wtedy Paweł? Albo Wojciech? Albo całkiem ktoś inny, ktoś, kto gdyby tylko mógł, napisałby podobną książkę. A jeśli znów źle trafią? Dlatego też z całą pokorą tę książkę i moim współbraciom w kapłaństwie polecam.

 

Michał Zioło OCSO


Zło przejechało po człowieku

O grzechu pierworodnym,
chrzcie i nowym stworzeniu

 

Paweł Kozacki OP: Po co właściwie jest spowiedź?

Wojciech Prus OP: Zanim powiemy o sakramencie spowiedzi, spójrzmy na sakrament chrztu. To dobry punkt wyjścia. Lubię pytać rodziców przygotowujących się do chrztu dziecka, co właściwie zmienia on w ich potomku. Bardzo często pierwsza odpowiedź brzmi: nie wiem. Po jednym z chrztów dostałem SMS: „Pytałeś, ojcze, co się zmieniło po chrzcie… pierwszy raz od urodzenia Hani spokojnie przespaliśmy całą noc”. Kiedy opowiedziałem o tym znajomemu lekarzowi, skomentował to tak: „To efekt psychologiczny. Dziecko przeżywało, potem się uspokoiło”. Znamy prawdy katechizmowe, ale co innego stanąć wobec sakramentu. Ktoś powie, że chrzest to „obmycie” – ale tego obmycia nie widać.

Nie tylko nie widać, ale właściwie nie wiadomo, dlaczego dziecko, które jeszcze nie dokonało w życiu żadnego świadomego wyboru, nie popełniło żadnego zła, ma być obmyte z jakiegoś brudu.

Św. Paweł napisał, że „w Adamie wszyscy zgrzeszyli” (por. Rz 5,12–19). Istnieje solidarność całej ludzkości, niezależnie od miejsca i czasu, zarówno w tym, co dotyczy dobra, jak i w tym, co dotyczy zła. Człowiek przez urodzenie zostaje dopuszczony do uczestnictwa w dziedzictwie ludzkości, uczestniczy we wspólnocie ludzi. Skutkiem czynu Adama i Ewy, owego grzechu pierworodnego, stało się wejście na świat śmierci, nie tylko w sensie fizycznym, ale i duchowym. Człowiek nie może powrócić do raju, do stanu pierwotnej wspólnoty z Bogiem, szczęśliwości i nieśmiertelności. Ta niemożność jest przekazywana wraz z życiem przez rodziców.

Dlaczego błąd pierwszych rodziców tak bardzo zaważył na losie całej ludzkości? Czy nie jest to niesprawiedliwe, że grzech praprzodków kładzie się cieniem na ludziach tysiąc pokoleń później?

To rzeczywiście jest niesprawiedliwe. Dlatego potrzebny jest chrzest. Z jednej strony otrzymujemy od poprzednich pokoleń dużo dobra: wychowanie, wykształcenie, tradycję, czasem dobra materialne, ale równocześnie dziedziczymy zło. Widać to wyraźnie już na płaszczyźnie psychologicznej. Dzieci noszą w sobie nierozwiązane problemy swoich rodziców. Na przykład konsekwencją choroby alkoholowej w rodzinie w najlepszym wypadku będzie syndrom DDA, czyli dorosłych dzieci alkoholików. To też jest niesprawiedliwe, bo dlaczego dzieci mają ponosić konsekwencje błędów swoich rodziców, dlaczego mają być od początku obciążone emocjonalnie, dlaczego muszą nosić w sobie modele zachowań, które utrudniają nawiązywanie dojrzałych relacji? Tym bardziej działa to na płaszczyźnie duchowej, na której dziedziczymy skutki grzechu pierworodnego wyrażające się chociażby poprzez zaciemnienie rozumu, pęknięcie woli i nieład w emocjach. Tak nie powinno być! To niesprawiedliwe! Tak to odbieramy. Ale w rzeczywistości każdy grzech psuje ten świat, a każdy dobry czyn przybliża go do dobra. Niestety nie mamy własnej mocy, która mogłaby zabezpieczyć nas przed negatywnym wpływem grzechu pierworodnego – początku wszystkich innych. Potrzeba zatem boskiej interwencji, która odwróciłaby tę tendencję.

Po chrzcie nadal jednak zachowujemy skłonność do zła. On nie odwraca tej tendencji.

Tak, ale chrzest odwraca fatalizm. Po zmartwychwstaniu Chrystusa człowiek nie jest skazany na zwycięstwo zła w swoim życiu. Nawet jeśli podlegamy jego wpływowi, to jednak w murze beznadziei uczyniony zostaje wyłom otwierający przed człowiekiem drogę wiodącą do życia wiecznego, czyli odzyskania tego, co stracił przez grzech pierworodny. Ojcowie Kościoła nazywali chrzest oświeceniem. W praktyce pierwszych wieków wyglądało to tak, że doprowadzano człowieka do źródła chrzcielnego, często basenu z wodą, w której go zanurzano. Nawiązywano w ten sposób do słów św. Pawła – „zostaliście zanurzeni w śmierci Chrystusa, by razem z Nim powstać do nowego życia” (por. Rz 6,4). Wynurzając się z wody, ochrzczony wychodził po drugiej stronie. Bo chrzest – oświeceni – to wyjście z ciemności dotychczasowego życia, zanurzenie, udział w śmierci Chrystusa i wynurzenie ku światłości.

Jeśli chrzest jest bramą otwierającą drogę wiodącą do życia, to rozpoczyna jakiś proces.

Rodząc się, jestem stworzony, ale nie w pełni. Chrzest zaś – w którym rodzę się na nowo, duchowo – otwiera we mnie bramę, przez którą mogę przejść, by rosnąć do pełni, którą zamierzył dla mnie Stwórca. To właśnie mamy na myśli, mówiąc, że człowiek potrzebuje wzrastania do pełni zbawienia. Bo chociaż się rodzi fizycznie, jego stwarzanie nie jest jeszcze ukończone. Kościół powie, że potrzebuje on ciągłego nawracania, by osiągnąć pełnię miłości, która pozwoli mu stanąć w dniu ostatecznym przed Bogiem.

Co ciekawe w początkach Kościoła wielki teolog Orygenes uważał, że zbawienie polega na odtworzeniu tego, co było w raju (re-creatio in pristina), a dla innego mistrza duchowego świętego Ireneusza z Lyonu oznaczało ono odtworzenie ku lepszemu (re-creatio in melius). Według koncepcji tego drugiego nawet bez grzechu pierworodnego ludzie podlegaliby nieustannemu procesowi rozwoju. Gdzie jest bowiem miłość i wolność, tam musi być twórczość, wzrastanie, zmierzanie do pełni.

Na czym polega proces zainicjowany przez obmycie, które dokonuje się w sakramencie chrztu?

Św. Ireneusz wyjaśnia, co zmienia w nas obmycie przez chrzest święty: „Pan powierzył Duchowi Świętemu swoją własność, to jest człowieka, który wpadł w ręce zbójców. Nad nim sam się wzruszył, opatrzył jego rany i za niego dał dwa królewskie denary. A my, którzy otrzymaliśmy przez Ducha Świętego obraz i napis Ojca i Syna, mamy pomnożyć denar nam dany i pomnożony zwrócić naszemu Panu” (Adversus haereses 17,1–3). Ireneusz połączył tu Ewangelie o miłosiernym Samarytaninie i o talentach, a także o płaceniu podatku Cezarowi, o monecie z napisem i obrazem Cezara. Pamiętamy słowa Jezusa: „Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt 22,21). Ireneusz dopytuje dalej: „Jaki jest obraz i napis w człowieku?”. Odpowiedź sięga Księgi Rodzaju: człowiek został stworzony na obraz i na podobieństwo Pana Boga. Co się dzieje z monetą, kiedy przejedzie po niej tramwaj? Jest spłaszczona i prawie nie widać obrazu i napisu. I właśnie to się stało po grzechu pierworodnym – zło przejechało po człowieku. Obraz jest zamazany, moneta wydaje się bezwartościowa. Nad takim człowiekiem, w którym zamazał się obraz Boga, pochyla się miłosierny Samarytanin. Zdecydował się stracić swój czas dla niego. Zatrzymuje się, wzrusza, bierze pobitego na osiołka i zawozi do gospody. To jest obraz chrztu świętego. Jezus zatrzymuje się przy poranionym grzechem człowieku, zawozi go do gospody Kościoła, opatruje i uiszcza zapłatę Duchowi Świętemu, żeby dbał o tego człowieka, po to, by po powrocie odebrać denar pomnożony. W gospodzie człowiek wraca do pełni zdrowia, podobieństwa do Boga. Obraz na monecie staje się coraz
wyraźniejszy.

Można sobie wyobrazić, że jednym z lekarstw podawanych w gospodzie Kościele jest właśnie spowiedź?

Według mnie spowiedź jest powtórką wzruszenia miłosiernego Samarytanina na widok pobitego człowieka. Obecny jest w niej też wątek długu. Samarytanin wziął człowieka na swojego osiołka. Chrystus wziął na siebie nasze grzechy. Pismo Święte mówi, że zapłatą za grzech jest śmierć. Tak jest wtedy, gdy ktoś nam wyrządza krzywdę. Powstaje rana, strata, jest w nas mniej życia. Zostaje naruszona sprawiedliwość. Nie da się cofnąć czasu. Jeżeli rana nie jest zaleczona, a dług nie został wyrównany, powoduje to następny dług, następną ranę. Dlatego Jezus wziął na siebie nasze grzechy, straty, długi i rany. Cofnął spiralę śmierci.


Siedemdziesiąty siódmy powrót

O miłosierdziu i sprawiedliwości

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.