Spokojnie to tylko miłość - Dominika Kujawiak-Krakowiak - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 228 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spokojnie to tylko miłość - Dominika Kujawiak-Krakowiak

„Spokojnie, to tylko miłość!“ to opowieść wyjątkowo energetyczna, zabawna i emocjonalna. To prozak bez recepty dla każdego, plaster na rankę duszy, książka na wewnętrzną niepogodę lub umiarkowane zachmurzenie.

 

Julia, szczęśliwa żona i matka, zauważa w lustrze pierwsze oznaki przemijania. Ponieważ ostatnimi czasy dostrzegła u siebie także spadek ogólnej formy, postanawia wziąć się za swoje 35-letnie ciało. Pewnego dnia odkrywa jednak, że obok własnego wizerunku i kondycji, uwagę poświęcić będzie musiała także romansującemu z inną kobietą mężowi. Dopingowana wciąż gorącym uczuciem do Tymoteusza oraz miłością do ich synka obmyśla chytry plan pozbycia się kochanki męża. Wkracza w jej życie jako osobisty instruktor aerobiku, co zapoczątkowuje szereg niespodziewanych zdarzeń i zwrotów akcji.

Opinie o ebooku Spokojnie to tylko miłość - Dominika Kujawiak-Krakowiak

Fragment ebooka Spokojnie to tylko miłość - Dominika Kujawiak-Krakowiak








Kręcioł

Poznaliśmy się z Tymim bardzo dawno temu, jakoś tak na samym początku wakacji w komercyjnym nadmorskim kurorcie. Dwa lata z rzędu snuliśmy za sobą maślanymi oczami (jednak nic więcej, gdyż każde z nas było w innym związku), aż do momentu, gdy Tymoteusz postanowił wziąć po męsku sprawy w swoje ręce i dramatycznie wyznał mi miłość na (wyglądającym na przypadkowe) spotkaniu na plaży. Od tamtej chwili staliśmy się nierozłączni. Oczywiście, żadne z nas nie brało wtedy pod uwagę możliwości, że ten związek nie będzie jedynie wakacyjną przygodą. Nasze relacje stawały się jednak coraz bardziej zażyłe, a zauroczenie coraz mniej banalne. Pod koniec sierpnia postanowiliśmy wyjechać tylko we dwoje na Mazury. Nigdy nie zapomnę tamtych dni...

Lato w pełni, dookoła jeziora, słońce, las, no i my – wpatrzone w siebie „gołąbki”. Dopiero tam poznawaliśmy się coraz lepiej, chociaż i wtedy utrudniał nam to tak zwany „okres wystawowy” (zupełnie naturalny w początkach każdego związku). W tym czasie usiłowaliśmy więc za wszelką cenę zaprezentować się ukochanemu wyłącznie od najlepszej strony. Całymi godzinami toczyliśmy przeintelektualizowane rozmowy o życiu (choć mając po dwadzieścia parę lat, niewiele mogliśmy o nim wiedzieć), miłości (o której mieliśmy jeszcze mniejsze pojęcie), polityce (klepaliśmy bezmyślnie opinie wyczytane z gazet) i tak dalej, i tak dalej...

Codziennie chodziliśmy też na długie, romantyczne spacery. Intensywność tej ostatniej aktywności była w dużej mierze spowodowana tym, że wynajmowaliśmy wyjątkowo obskurny dwuosobowy (!) domek na terenie względnie odrestaurowanego komunistycznego ośrodka wypoczynkowego. „Domek” ten przypominał bardziej budę dla psa, zarówno pod względem wymiarów, jak i standardu. Wieczorami natomiast, jak w każdym porządnym romansie klasy C, nad brzegiem jeziora „piliśmy sobie z dzióbków” na tle zachodzącego słońca...

I wszystko byłoby wprost idealnie, gdyby któregoś dnia Tymuś nie wpadł na pomysł, żebyśmy wypłynęli na jezioro rowerem wodnym. Zgodziłam się wtedy z obiektywnie przesadnym entuzjazmem. Okazało się, że całkiem niesłusznie. Choć w nocy zdobywanie nowych szczytów z Tymkiem przychodziło mi zupełnie naturalnie, o tyle pokazanie mu się w stroju kąpielowym w bezlitosnym blasku słońca stanowiło dla mnie nie lada problem. Mimo to trzymając się za ręce, zgodnie ruszyliśmy nad przystań i wypożyczyliśmy ewidentny (acz jedyny) relikt epoki socjalizmu – rower wodny należący do ośrodka wypoczynkowego „Zacisze”. Zdążyliśmy odpłynąć tym archaicznym sprzętem wodnym zaledwie sto metrów od brzegu, gdy jak na złość przewiało ostatnią chmurkę. Żar lał się z nieba. Tymek, ubrany tylko w kąpielówki (wyrzeźbiony niczym Adonis), pedałował swobodnie, używając do tego tylko jednej nogi – drugą leniwie zanurzał w wodzie. Natomiast po mojej stronie roweru wrzało: po pierwsze, miałam na sobie, oprócz stroju kąpielowego, sukienkę w kolorze czarnym, po drugie (żeby nie wyjść na księżniczkę i cieniasa), wkładałam całą swoją siłę w to głupie pedałowanie! Gdy poczułam strużki potu na plecach i kosmyki włosów przyklejające się do twarzy, w końcu jednym desperackim ruchem ściągnęłam z siebie sukienkę. Nigdy nie byłam przesadnie gruba (raz w życiu byłam przesadnie chuda), ale jak każda kobieta walczyłam (i walczę do dziś) z kompleksami. „Czułymi” punktami zawsze były i są piersi, uda i brzuch. Tak więc, by zaprezentować się ukochanemu z jak najlepszej strony (mimo iż światło dzienne obnażało złośliwie wszystkie moje niedoskonałości), drałowałam przez cały czas z napiętymi mięśniami brzucha i udami ustawionymi w taki sposób, by przypadkiem nie rozpłaszczały się o siedzenie. Jednym słowem – pedałowałam jedynie palcami u stóp, w dodatku na permanentnym wdechu. Nie wiem, czy teraz byłoby mnie stać na taki heroizm...

Po półgodzinnej harówce, kiedy byliśmy już na środku jeziora, coś pod naszym rowerem nagle zgrzytnęło, chrupnęło i... zaczęliśmy pływać w kółko! Dużo bym dała, by zobaczyć nas wtedy z lotu ptaka. Po dwudziestym bezsensownym okrążeniu Tymuś stwierdził, że „to się chyba jednak samo nie naprawi”, i skoczył do wody. Po pięćdziesięciu pięciu minutach daremnego gmerania przy turbinie roweru stwierdził, że „on chyba jednak tego sam nie naprawi”. Czekaliśmy więc w absolutnej ciszy, aż ktoś obok nas przepłynie. Po godzinie beznadziejnego tkwienia na środku jeziora zaczęliśmy wołać o pomoc...

Tej nocy nie zdobywaliśmy żadnych szczytów... Dostałam poparzenia pierwszego stopnia.


Wylewna królewna

„To było siedem lat temu... Siedem? Chryste panie! Aż siedem! No tak... Nie chce wyjść inaczej. Siedem życzeń, siedem cudów świata, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, siedmiu krasnoludków, królewna śnieżka, no i w końcu książę...” – podsumowuję swoje życie miłosne, wychodząc z wanny. Staję przed lustrem i przyglądam się sobie, krytycznie marszcząc czoło. „Królewna!” – prycham. „Cellulitis, falujące uda, a na nich rozstępy...”.

– Te, królewna, korona ci się przekrzywiła! – ironizuję, wycierając się ręcznikiem. Zastanawiam się teraz, po cholerę wtedy, siedem lat temu, mając o niebo lepszy wygląd, wyprawiałam takie cuda! Przechodzę do większego lustra w przedpokoju. – I jeszcze te włosy! – jęczę do siebie. W sypialni narzucam na siebie ulubioną bluzkę i wciągam jeansy (znowu się trochę skurczyły...). Odruchowo przegarniam włosy, a tam... „nicość nad nicościami”. – Nie no, muszę coś z tym zrobić! – postanawiam i maszeruję z powrotem do łazienki.

Po godzinnej walce z żelem do włosów, szczotką, suszarką, lokówką i lakierem do układania wychodzę z... dokładnie taką samą fryzurą, tyle że teraz jestem zlana potem. Idę do sypialni i rzucam się rozpaczliwie na łóżko. Po chwil podnoszę się ciężko (muszę iść po synka do przedszkola, a przedtem wziąć drugi prysznic). Mój wzrok zatrzymuje się na ślubnym zdjęciu.

– Tymek, mój Tymek... – mówię sama do siebie w zamyśleniu.

Pamiętam do dziś te oszalałe motyle w brzuchu, kiedy trzy minuty przed ślubem stałam przed lustrem w białej sukni. Trudno mi było wtedy uwierzyć, że tamta dziewczyna to naprawdę ja... Dzień ślubu jest chyba jednym z nielicznych momentów w życiu każdej kobiety, kiedy czuje się ona (bez zbędnej kokieterii) absolutnie najważniejsza i (bez względu na, to jak w rzeczywistości wygląda) najpiękniejsza. Wzdycham. „Ciekawe, czy on jeszcze czasami widzi we mnie tamtą dziewczynę?” – zastanawiam się smętnie. No cóż... Ostatnio nie można mnie nazwać „płochą nimfą”. Jestem wiecznie podenerwowana, jakoś kiepsko wyglądam i nie wiedzieć czemu nie za dobrze się czuję. Ale przynajmniej się staram! Jak chociażby z tym fryzjerem...

Tymoteusz był pierwszym mężczyzną (no, może oprócz taty), który wielokrotnie pokazał mi, że moje szczęście jest dla niego najważniejsze. Może czasami nawet bardziej (uwaga...) niż szczęście jego samego! Z licznych obserwacji płci przeciwnej wyciągnęłam jeden podstawowy wniosek – przedstawiciele tegoż gatunku nader rzadko predysponowani są do takich zachowań. W większości przypadków taki altruizm mężczyzn wobec kobiet postrzegany jest jako synonim uciążliwego poświęcenia lub wręcz dojmującego pantoflarstwa. Ponieważ ja osobiście absolutnie nie podzielam tego zdania, już wtedy uznałam, że spotkałam na swej drodze unikat. Jeśli nie brylant, to na pewno diament. Szlifuję go do dziś.

Poza tym Tymi pełni w naszej trzodzie rolę „odpromiennika” – niczym guru potrafi nawet w beznadziejnej sytuacji wydobyć na wierzch to, co najistotniejsze i rozładować napięcie. Jego atrybuty to spokój i wewnętrzna radość. Tymoteusz wszedł w ósmy krąg wtajemniczenia i posiadł zdolność zarażania swoimi mocami nawet za pośrednictwem światłowodu. Oczywiście, zdarza się, że spokój mojego „buddyjskiego mnicha” za nic nie chce korespondować z moim, gdyż jego mantry wypowiadane wciąż w moim kierunku (typu: „znowu zostawiłaś ślady od lakieru do paznokci na wannie”, „nie jedz w samochodzie”, „nie trzaskaj tak drzwiami” – w samochodzie, „znowu zostawiłaś pilota na kanapie”) doprowadzają mnie do stanu absolutnego wrzenia. Wtedy jang baaardzo nie chce być blisko jing. Jedno jest jednak pewne – dzięki Tymkowi mam w głowie całe mnóstwo wspaniałych wspomnień. Wielkie klasery osobistych, bezcennych pocztówek i znaczków. Chociażby nasz pierwszy wyjazd w góry. Tego nie da się zapomnieć!


Szczytowanie

Po tym, co odstawiłam podczas naszej pierwszej wyprawy w góry, tylko ktoś taki jak Tymek mógł jeszcze chcieć rozważać kontynuowanie związku ze mną... Ów zimowy wyjazd to była jego inicjatywa. Ten facet kocha góry, a na tamtym etapie życia co najmniej raz w roku wprost obowiązkowo musiał po nich połazić. Ja z chodzeniem po górach miałam wówczas do czynienia tylko dwa razy w życiu. Raz pojechałam na taką wycieczkę z rodzicami (gdy byłam mała, więc to musiały być jakieś niskie góry), a raz w liceum z paczką znajomych i zaprzyjaźnionym nauczycielem. W obu przypadkach w nocy spaliśmy w klimatycznych góralskich domach, a w dzień snuliśmy się po szlakach. Resztę wakacji spędzałam zawsze albo nad morzem, albo nad jeziorem. Wyrastałam w rodzinie wodniaków.

Tymi, planując nasz wyjazd, był bardzo tajemniczy i podekscytowany. Powiedział, że wszystko już przemyślał, a ja mam się tylko spakować i być gotowa na fantastyczną przygodę. No to byłam... Ponieważ niezmiennie zależało mi na tym, by w oczach Tymoteusza pozostać „zniewalająco piękną” (nawet w warunkach górskich), mój plecak oprócz ubrań zawierał: suszarkę, lokówkę, szczotkę do włosów, grzebień, piankę do układania włosów oraz lusterko na nóżce. Nie mogło w nim zabraknąć oczywiście także podstawowych „narzędzi” kobiety zadbanej: kremu (na dzień, na noc i pod oczy), mleczka (do demakijażu), toniku (po demakijażu) oraz tuszu do rzęs, kredki do oczu, cienia do powiek i pudru sypkiego do twarzy. Już na dworcu ledwo mogłam unieść swój bagaż. Ale potem było jeszcze gorzej. Okazało się, że Tymoteusz zaplanował nie żaden tam romantyczny, rekreacyjny wyjazd we dwoje, tylko rygorystyczny dwuosobowy obóz wędrowny, podczas którego nie mamy stałej stancji i poruszamy się ściśle wyznaczoną (przez Tymka i GOPR – aktualnie, czy też inną instytucję na G – kiedyś) trasą ze schroniskami górskimi po drodze... Myślałam, że umrę. Tymek, widząc, że ledwo powłóczę nogami, wziął ode mnie mój plecak i od tej chwili aż do końca naszego pobytu w górach nosił oba. Kiedy wieczorem pierwszego dnia zapytał mnie, co takiego ciężkiego wpakowałam do swojego plecaka, i dla żartu zajrzał do niego, myślałam, że spalę się ze wstydu...

Ale nasz „wyjazd” dopiero się rozkręcał... Gdy któregoś dnia rano wyszliśmy z kolejnego już schroniska, okazało się, że śnieg i lód pokryły całe Morskie Oko. Tymi zaproponował więc, byśmy przecięli je, skracając sobie drogę do szlaku. Pierwsze sto metrów było w miarę OK, ale następne... Nogi zapadały mi się w śniegu prawie do wysokości pachwin, co chwilę lądowałam twarzą w lodowatym puchu, a wiatr tak przybrał na sile, że wszystko dookoła stało się białe. Włącznie z oddalającym się Tymkiem... W pewnym momencie poczułam, że policzki i nos zaczynają mnie strasznie szczypać. Wytrzymałam jeszcze parę kroków, ale narastający ból i strach przed perspektywą odmrożenia buzi wzięły górę. Stanęłam i zaczęłam nawoływać Tymka. Chodzenie w śniegu musiało mu wychodzić o wiele lepiej niż mi, bo w sekundę był już przy mnie. Ze łzami w oczach powiedziałam, co się dzieje i że muszę wyjąć z plecaka krem do twarzy, by ją natłuścić. Tymoteusz ze stoickim spokojem podał mi mój bagaż. Szukanie kremu skostniałymi palcami zajęło mi całą wieczność i... zakończyło się fiaskiem. Po przewaleniu całej zawartości plecaka oraz (obu) kosmetyczek okazało się, że akurat ten kosmetyk został w schronisku. Nie pozostało mi więc nic innego, jak wyjąć sypki puder i zabezpieczyć twarz właśnie nim. I tak, stojąc na środku jeziora górskiego, po uda w śniegu, w szalejącej dookoła zamieci śnieżnej, ja – Julia Lato – pudrowałam sobie nos... puszkiem.

Tego samego dnia wieczorem Tymuś sprowadził nas z górskich szlaków do miasteczka, wynajął pokój w pensjonacie, kupił szampana i zrobił mi masaż całego ciała. Wyznał, że jeszcze nigdy nie spotkał nikogo takiego jak ja. Uznałam to wtedy, mimo wszystko, za komplement...

Gdy ostatniego dnia wyjazdu szliśmy na dworzec, z powodu nadwyżki czasu stawaliśmy przy każdej witrynie sklepowej i dokładnie oglądaliśmy szczegóły wystroju. Ostatni był jubiler. Wśród wielu cacek zachwycił mnie prosty pierścionek z delikatnym oczkiem. Ten kamyczek musiał być chyba brylantem, gdyż cena umieszczona obok świecidełka zwaliła mnie z nóg. Wtedy nie było mnie stać nawet na buty do łażenia po górach.

Po sześciu miesiącach od pamiętnego wyjazdu w góry Tymek ze łzami w oczach i z dokładnie TAMTYM pierścionkiem w ręce zapytał mnie, czy zechcę zostać jego żoną. Wtedy poczułam, że zdobyłam szczyt.

Wzdycham, biorę szybki prysznic i pędzę po Dunia.


Dekonspiracja

Jestem w kuchni i kończę robić obiad. Ulubione danie Tymka. Dunio, mój synek, dzielnie mi asystuje. Uwielbiam spędzać z nim czas, a on garnie się do uczestnictwa w prawie wszystkich przejawach życia rodzinnego. Będzie naprawdę świetną partią. Dominik to mój prozac, czysta forma piękna i radości życia. Jest absolutnym przeciwieństwem wampira energetycznego. Ma w sobie tyle pozytywnej energii i miłości, że mógłby zasilić nimi cały świat. Ale nie zasila całego, bo jest mój i nikomu go nie oddam (to zapowiada raczej średnie relacje z przyszłą synową).

Kiedy Dunio przyszedł na świat, oczywiście, wszystko stanęło na głowie, ale zaraz potem zrozumieliśmy z Tymkiem, że nasze życie dopiero dzięki dziecku stało się pełniejsze, bardziej wartościowe. Mój mąż zwariował na punkcie swojego synka. Z dnia na dzień stawał się coraz lepszym ojcem. Był czuły, troskliwy i bardzo odpowiedzialny. Od początku pomagał mi przewijać Dunia, kąpać go, chętnie wychodził z nim na spacerki. Uwielbiał także, co zostało mu do dziś, a nie jest tak powszechne wśród tatusiów, kupować dziecku ubrania. Ja natomiast, trzymając moje Słoneczko na rękach, karmiąc piersią czy wdychając zapach jego główki, doznawałam wręcz metafizycznych przeżyć. Poznałam miłość, której potęga jest absolutnie nie do opisania. Dzięki niej byłam i jestem zdolna do dokonywania rzeczy, o których jeszcze kilka lat temu nawet nie odważyłabym się pomyśleć.

Rozentuzjazmowany Dunio właśnie opowiada mi, co wydarzyło się w przedszkolu (z najmniejszymi szczegółami). „Oby zawsze chciał ze mną rozmawiać tak otwarcie” – myślę sobie, rozkładając sztućce dla trzech osób.

Nagle słychać zgrzyt klucza i w drzwiach kuchni staje Tymoteusz.

– Cześć, moje skarby! – rzuca i przytula Dunia, który właśnie wpadł mu w ramiona.

– Ale ty masz wyczucie czasu! – uśmiecham się, gdy podchodzi i całuje mnie w usta. – Obiad gotowy. Myjcie ręce i siadajcie do stołu. Już nakładam.

– Yyyy... – stęka Tymi. – Wiesz co, ale ja dziś nie dam rady zjeść obiadu.

– Dlaczego? – pytam i słyszę napięcie w swoim głosie.

– No bo umówiłem się z Olkiem – mówi, ale widząc moje pytające spojrzenie, ciągnie: – Zadzwonił do mnie w dzień. Ma jakieś kłopoty. Strasznie mieszał przez telefon. W zasadzie to nic nie powiedział, ale brzmiał żałośnie, więc stwierdziłem, że trzeba jakoś pomóc chłopakowi, i umówiłem się z nim na piwo w „Tabakierze” dziś o 18.00.

– Jakiś ty empatyczny... – mówię z przekąsem i sama nie wiem, po co jestem taka zgryźliwa.

Na Tymka to zdanie jednak działa zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. Siada przy stole i zaczyna nerwowo bawić się widelcem.

– No wiesz, czasami trzeba. Już nie pamiętam, kiedy... – w tym momencie przerywa mu komórka.

– Tymoteusz Kromski, słucham? – mówi do słuchawki. Chwila ciszy i ponownie się odzywa: – Aa! Cześć!... Mhmm... mhm... OK. Nie ma sprawy. No to już jadę. Już nie mogę się doczekać! – rzuca na koniec i rozłącza się.

„»Już nie mogę się doczekać«? Przecież z Olkiem widują się przynajmniej raz w tygodniu. »Już się nie mogę doczekać...«” – mielę w głowie to zdanie. Dziwnie brzmi ono w ustach mężczyzny, który jedzie na spotkanie z kumplem (i na sto procent nie jest gejem)... Tak rozmawiają ze sobą kobiety, ale nie faceci! Chyba że... Tymek rozmawiał właśnie z kobietą!

– ...i dlatego właśnie Olek przesunął spotkanie na wcześniej – dociera do mnie tylko końcówka wypowiedzi Tymoteusza. – Wiesz co, pojadę jednak samochodem, to zdążę jeszcze wskoczyć pod prysznic. Chyba się nie gniewasz, że wychodzę, co? – i nie czekając na moją odpowiedź, dodaje: – Sama zawsze mówisz, że bez względu na wszystko trzeba pomagać ludziom w potrzebie.

– Tak, trzeba – odpowiadam automatycznie.

– No to ja idę do łazienki, a wy sobie w końcu zjedzcie. Pięknie pachnie! – słychać go już z przedpokoju. – Julia, a pamiętasz, że zaraz przychodzi moja matka i zabiera Dunia na basen?

– Mhhm – odpowiadam, chowając trzecie nakrycie.

Szybko podaję Duniowi obiad i pędzę do sypialni – tam zawsze Tymek kładzie komórkę. Odblokowuję ją i przeglądam spis połączeń. Ostatni kontakt: numer 603 887 530. To nie jest numer do Olka!

Czuję, jak krew uderza mi do głowy. Wiedząc, że numer Tymoteusza wyświetla się jako zastrzeżony, w desperacji wybieram podejrzany numer telefonu. Słyszę, jak serce wali mi w piersiach. Ktoś odbiera...

– Słucham, Anna Rudnicka.

Natychmiast się rozłączam i pospiesznie odkładam telefon na miejsce. Boże święty... On mnie zdradza!

Dzwonek do drzwi. Teściowa. Nieprzytomnie pakuję Dunia na basen, dopilnowuję, by zjadł wszystkie warzywa, odpowiadam na niezliczoną ilość pytań jego babci, w końcu zamykam za nimi drzwi. W tym momencie łzy napływają mi do oczu, ale nagle słyszę dźwięk otwieranej łazienki. Tymoteusz! Zupełnie zapomniałam, że on cały czas tu jest! No tak, wyszykowanie się na bara-bara z kochanką zajmuje dużo więcej czasu niż toaleta poranna... Wycieram szybko oczy. Pachnący, świeżutki (i ogolony!) Tymek, przechodząc obok, całuje mnie w głowę.

– No to ja lecę, kochanie – mówi, nakładając koszulę. – Była matka? – rozgląda się w poszukiwaniu Dunia. – To ile ja tam siedziałem? Jednak zamiast prysznica zafundowałem sobie kąpiel. Teraz zanim przebiję się przez te korki... – bierze kluczyki do samochodu. – Pewnie się spóźnię. Pa, Julka! Postaram się niedługo wrócić – rzuca na odchodnym i zamyka drzwi.

Dopiero teraz zauważam, że cały czas ściskam w ręce grzebyk, którego zabrania stanowczo odmówił Dunio. Rzucam go z całej siły na podłogę. Szybko zakładam kurtkę, buty, porywam kluczyki do swojego autka i pędzę za Tymkiem. Ponieważ zawsze parkuje trochę dalej od domu niż ja, wiem, że jestem w stanie go dogonić. Na dole zapalam bączka i wyjeżdżam na naszą ulicę. Zwalniam. Widzę, jak mój mąż dopiero dochodzi do swojego samochodu. Zjeżdżam na pobocze i czekam. Za chwilę Tymoteusz rusza. Wciskam sprzęgło, wrzucam bieg i dodaję gazu.

– No dobrze, łajdaku, a teraz pokaż mi, gdzie ona mieszka – mruczę pod nosem. Pierwszy raz kogoś śledzę. Mam trudności z zachowaniem bezpiecznej odległości, tak by Tymek nie zobaczył mnie w lusterku. Czuję, jak pot spływa mi po plecach. W końcu Tymoteusz wjeżdża w dzielnicę willową i parkuje przy jednym z domów. Staję po przeciwnej stronie w pewnej odległości i opuszczam się na siedzeniu. Tymek wysiada i sprężystym krokiem, podrzucając sobie beztrosko kluczyki, wchodzi przez furtkę na posesję. Jestem jak sparaliżowana. Dopiero po chwili dociera do mnie, po co tu przyjechałam. Ruszam i przejeżdżając powoli obok willi, do której wszedł mój mąż, odczytuję adres: Lawendowa 7. Ruszam, niestety, z piskiem, dając za dużo gazu. Czuję, jak drżą mi nogi...

W domu przez kolejnych parę godzin przechodzę różne fazy: od złości, przez nienawiść, aż po uwierającą miłość i poczucie krzywdy. Nie mogę zrozumieć, jak Tymoteusz mógł zrobić coś takiego! Gdyby ktokolwiek jeszcze wczoraj zapytał mnie, czy mój mąż mógłby mnie zdradzić, odpowiedziałabym natychmiast: „Nie!”.

Oczywiście, nie twierdzę, że Tymoteusz nie dostrzegał pięknych kobiet ani z nimi nie flirtował. W końcu jest facetem. Jednak nigdy nie podejrzewałam go o zdradę! Analizuję wszystko milion razy, przypominam sobie nasze ostatnie rozmowy, gesty. Przecież było w nich jeszcze tyle czułości... Teraz przynajmniej wiem, dlaczego był ostatnio jakiś nieobecny, dużo (rzekomo) pracował nad tym swoim projektem, znikał na kilka godzin w ciągu dnia (podobno jeździł do biura)...

Wyję w poduszkę. Dunio po wyczerpującym basenie cichutko sapie przez sen w swoim pokoju. Tymka jeszcze nie ma... Jak obrzydliwą, uporczywą muchę odganiam od siebie myśl, co może w tej chwili robić. Zaczyna mnie boleć brzuch. I co teraz będzie? „A może jeszcze nie wszystko stracone?” – przechodzi mi przez głowę nowa myśl. „Może to tylko chwilowe zauroczenie, nic znaczącego?... Może mogę go jeszcze odzyskać? Może oprzytomnieje?”.

Leżę w sypialni i patrzę w sufit. Nagle wstaję z łóżka i idę się umyć. Wiem, co zrobię. W wannie opracowuję szczegółowy plan.


Teleranek

Na drugi dzień czuję się, jakbym obudziła się o dziesięć lat starsza. Niestety, spojrzenie w lustro nie poprawia mi humoru. Po nałożeniu makijażu jest trochę lepiej... Nie wiem, jak ja wytrzymam ten dzień. Po śniadaniu dzwonię do Olka. Strasznie się cieszy, jak zawsze zresztą, że się odzywam. Niestety, ten uroczy człowiek zupełnie nie jest świadomy, w jakiej sprawie dzwonię. Rozmawiamy sobie miło przez parę dobrych minut. Olek to naprawdę świetny facet: ciepły, otwarty, ze świetnym poczuciem humoru i klasą. Wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego nadal jest singlem. Kiedy luźne tematy mamy już przerobione, wystawiam w końcu swoją ciężką artylerię... Pytam (niby mimochodem), czy nie był jakoś w tym tygodniu umówiony z Tymkiem. Olek, niczego nieświadomy, odpowiada, że nie był i że z powodu pracy nad projektem Tymoteusza kolejne spotkanie „przy piwku” przełożyli na następny tydzień... A więc wszystko układa się w jedną koszmarną całość.

Rozgoryczona, z głową ociężałą jak na kacu, dzwonię do przyjaciółki. Jolka, moja bratnia dusza, „przytula” mnie psychicznie przez słuchawkę, solidarnie i bardzo skrupulatnie oczernia wraz ze mną Zdzirę oraz pomaga doprecyzować plan działania. Kochana jest. Umawiamy się też, że wpadnie jutro, żeby przytulić mnie już w realu. Podczas rozmowy okazuje się również, że Jolka (zdeklarowana dotychczas singielka) poznała ostatnio niejakiego Michała i potrzebna jest szybka weryfikacja, „czy w ogóle warto coś poważniej, bo ona nie ma czasu”. Tak więc postanawiamy, że jutro przyjdzie do mnie najpierw sama (byśmy mogły nacieszyć się sobą), potem pojawi się (że niby po nią) Michał, a ja, wedle życzenia mojej przyjaciółki, ocenię go oraz wydam opinię, czy (moim zdaniem) ta para w ogóle konweniuje.

Kiedy kończę rozmowę z Jolą, wykręcam numer do mamy. Już sam jej głos działa na mnie terapeutycznie. Nie mówię, co się stało, a ona o nic takiego nie pyta (ale pewnie i tak czuje, że coś się dzieje). Rozmawiamy więc o różnych pierdółkach, ogólnie o samopoczuciu fizycznym i psychicznym każdej z nas, o zdrowiu, Duniu, tacie, Tymku (szybko urywam ten temat), o zbliżających się świętach, o dziadkach, o wujkach. Dużo się śmiejemy, „na zaś” przesyłamy sobie buziaczki i dobre fluidy.

Choć jestem już troszkę doładowana energetycznie, wysyłam jeszcze esemesa do taty z pytaniem, co u niego, a także informacją, że u nas OK, że postanowiliśmy, by święta w tym roku były u nas, że bardzo się z tego powodu cieszę (a Dunio to już odlicza dni), że aura za oknem udziela mi się i czuję wewnętrzne „ble”, że kocham i całuję.

Kiedy odkładam już telefon, przychodzi esemes – to moja ukochana przyjaciółka z innego miasta. Niesamowite, ale jakoś tak się składa, że nawzajem dosłownie „wychwytujemy się” telepatycznie. I nie chodzi tu tylko o typowe dla więzi przyjacielskich myślenie jednotorowe. Z nami jest trochę jak z bliźniaczkami – bardzo często zaczynamy myśleć o sobie (choć dzieli nas prawie trzysta kilometrów), gdy coś ważnego dzieje się w życiu tej drugiej, kiedy potrzebuje wsparcia lub kilku energetycznych bodźców. A przecież każda z nas ma swoje życie...

Na koniec mojej psychoterapii do pokoju wchodzi Dunio ze swoją zabawkową komórką przy uchu. Siada obok mnie na łóżku i mówi:

– Halo? Czy to moja mama?


Guliwer

Jola po krótkim dźwięku dzwonka wpada z hukiem do przedpokoju, dzierżąc piękny bukiet kwiatów w jednej dłoni, a pudełko czekoladek w drugiej. To dla mnie. Ach, tylko kobieta wie, co może poprawić nastrój innej kobiecie. Po uściskach przechodzimy do salonu. Na tle szaroburej poświaty bijącej z okna Jolka wygląda, jakby była jedynym kolorowym elementem w jakimś starym, czarno-białym filmie. Ciekawe, czy to zasługa Michała... A może ze mną jest gorzej...?

Przygotowuję herbatki, ciasteczka (ale tylko dla mnie, bo Jolka jest na diecie) i siadamy przy stoliczku kawowym. Dunio plącze się między naszymi nogami. Moja przyjaciółka, zaczerpnąwszy łyk herbaty, robi tajemniczą minę i mówi:

– Mam newsa! Stara, padniesz, jak go usłyszysz!

– No? – niecierpliwię się, bo nie lubię takiego stopniowania napięcia. Od wczoraj jestem już wystarczająco spięta.

– Podobno moja matka jest w mieście! – wypala Jola i aż czerwienieją jej policzki.

– Serio? Ale skąd to wiesz? Przecież nie masz z nią kontaktu od lat!

– Dostałam cynk od... pewnego informatora.

– Denerwujesz mnie. Możesz mówić normalnie? Zresztą nieważne. Skąd to wiesz i co zrobisz z tą wiadomością? Spotkasz się z matką?

– Odbiło ci? Po tym, co mi zrobiła? W życiu! Teraz modlę się tylko, żeby jej gdzieś na ulicy nie spotkać!

– A może lepiej się skonfrontować? Minęło tyle czasu. Może przyniesie ci to ulgę?

– O nie, nie! Niech się wali! Ta osoba już dla mnie nie istnieje. Wymazałam ją z pamięci i z całego życia (tak samo zresztą jak tego jej skurwysyna). Restart. Pamiętasz? – spoglądam na Dominika, czy wychwycił już przekleństwo...

– Pamiętam, pamiętam... – odklejam dyscyplinujące spojrzenie od rozdziawionej paszczy Dunia i przenoszę je na przyjaciółkę. Kiedy Jola chrząka „przepraszająco”, mówię: – Zawsze ci kibicowałam w tej sprawie. Pamiętasz? – ironicznie papuguję jej pytanie. – Ale nie ciekawi cię, co ona tutaj robi?

Jola zdecydowanie przerywa mi w połowie zdania:

– Ciekawi i to akurat może sprawdzę. A może nie... Nie mam pojęcia, Julka. Wiesz przecież, że to dla mnie totalna trauma. Jak tylko zaczynam myśleć o tamtym, wszystko mi wraca. Potrzebowałam tyle czasu, żeby stanąć na nogi, a ona nie zrobiła nic. Czujesz? Nic! Absolutnie nic. Nie mam zamiaru ułatwiać tej dziwce życia.

– No tak... – odpowiadam cicho i oczami daję Dominikowi znać, by zostawił nas same. Dość się już nasłuchał.

W tym momencie dzwoni domofon. Dunio pędzi do przedpokoju. Po chwili wraca i pełnym przestrachu głosem mówi:

– Jakiś pan...

– To chyba Michał! Musiał coś popie...! Ups... – Jolka uśmiecha się do mnie przepraszająco. – To znaczy coś mu się widocznie pomyliło... – poprawia się, głaszcząc zafascynowanego Dominika po głowie. – Miał tu być dopiero za godzinę!

Domofon odzywa się ponownie.

– Duniu! To ty go nie wpuściłeś? – pytam zaskoczona synka wpatrzonego w Jolę jak w obrazek.

– Nie... Przecież mówiłaś, że nie mam otwierać obcym. A ja nie znam tego pana! – odpowiada rezolutny jak zawsze Dominik.

– To może ja... i powiem mu od razu, żeby wszedł na górę – Jola podnosi się i mruga do mnie porozumiewawczo. – On niby wie, że ma wejść, ale wiesz, jacy są faceci! – kończy już w biegu i przewraca oczami.

– Jasne – odpowiadam, jednocześnie pokazując, że nie będę spuszczała gościa z oka.

Kiedy czekamy, aż Michał wjedzie na górę, Jolka zaznacza:

– Tylko wiesz, Julka... On może być trochę drewniany do Dunia. Nie zrażaj się, OK?

– Tak jest! – salutuję ze śmiechem, a w przedpokoju słychać już dzwonek do drzwi.

Michał ma chyba z dwa metry (więc od razu dostaje ode mnie przydomek Guliwer). Jest bardzo sympatyczny i trochę skrępowany. Dunio patrzy na niego jak na okaz z parku jurajskiego, a Jolka wije się w kobiecych wdziękach, dokonując prezentacji. Kiedy przepuszczam ich w drzwiach salonu, dostrzegam, jak Guliwer szczypie moją przyjaciółkę w pupę. Idę do kuchni, żeby zrobić dodatkową kawę. Dunio trzyma się blisko mnie. Kiedy wracamy do salonu, moi goście odskakują od siebie bardzo gwałtownie. Jolka ma rozmazaną szminkę dookoła ust i rozpięty o jeden guziczek za dużo.

Uśmiecham się, udając, że niczego nie zauważyłam, i stawiam kawę na stoliku. W tym momencie Michał wstaje, odchrząkuje, otwiera usta i... odzywa się Jola:

– Bo... Michał kupił taki mały upominek dla Dunia.

Całkowicie „przezroczysty” do tej pory Dominik nagle pojawia się tuż przed Guliwerem z nader uroczym uśmiechem i rączkami grzecznie założonymi do tyłu...

– No właśnie... To dla ciebie... – mówi niepewnie Michał, schylając się prawie do czterdziestu pięciu stopni nad podłogą, by mieć głowę mniej więcej na wysokości Dunia.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.