Splątane serca  - Diana Palmer - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Splątane serca - Diana Palmer

Nieudana ucieczka

Po śmierci bliskich Natalie Block została zupełnie sama. Wrażliwa i serdeczna, znalazła schronienie i przyjaźń na ranczu rodziny Killainów. Mack Killain, szorstki i niecierpliwy samotnik, z czasem stał się jej wyjątkowo bliski…
Mack, upokarzany przez ojca i pozbawiony opieki przedwcześnie zmarłej matki, sam musiał zajmować się młodszym rodzeństwem i dbać o gospodarstwo. Chociaż pokochał Natalie, nie dopuszcza do siebie myśli o stałym związku. Natalie, niesłusznie oskarżona o romans z narzeczonym siostry Macka, w gniewie opuszcza ranczo Killainów i wyjeżdża do odległego Dallas. Postanawia wyrzucić z serca przystojnego ranczera. Jednak jedno dramatyczne zdarzenie wszystko zmieni…

Prawo do szczęścia

Violet Hardy pracuje jako sekretarka w kancelarii adwokackiej Blake’a Kempa. Mimo ciągłych kłótni ze zgorzkniałym szefem, czuje do niego coś więcej niż tylko sympatię. Kiedy on przez przypadek dowiaduje się o jej uczuciach, wybucha awantura. Upokorzona Violet składa wypowiedzenie i podejmuje nową pracę. Dopiero wtedy Blake uświadamia sobie, że stracił nie tylko świetną sekretarkę, ale też kobietę, która sprawiła, że znów nabrał ochoty do życia…

Opinie o ebooku Splątane serca - Diana Palmer

Fragment ebooka Splątane serca - Diana Palmer




ROZDZIAŁ PIERWSZY

– W życiu nie wyjdę za mąż! – zawodziła Vivian.

– On nigdy mi nie pozwoli zaprosić tu Whita. Chciałam tylko, żeby przyszedł na kolację, a teraz muszę do niego zadzwonić i wszystko odwołać! Mack jest wstrętny!

– No, uspokój się, wszystko będzie dobrze... – Natalie Brock objęła młodszą przyjaciółkę. – On nie jest wstrętny.

Po prostu nie rozumie, co czujesz do Whita. Poza tym musisz pamiętać, że od siedmiu lat Mack jest za ciebie całkowicie odpowiedzialny.

– Ale on jest moim bratem, a nie ojcem. – Vivian otarła z policzków łzy. – Mam dwadzieścia dwa lata – dodała.

– Nie może mi mówić, co mam robić!

– Może, na ranczu Medicine Ridge Mack wszystko może – odpowiedziała lekko drwiącym tonem Natalie.

– On jest tu wielkim wodzem.

– Tylko dlatego, że tata mu je zostawił!

– No, niezupełnie. Twój ojciec zostawił mu ranczo zadłużone do tego stopnia, że bank starał się przejąć całą ziemię. – Powiodła wzrokiem po okazałym salonie, urządzonym w stylu wiktoriańskim. – To wszystko Mack zdobył swoją ciężką pracą.

– Więc McKinzey Donald Killain może robić, co mu się podoba, i wszystkimi rządzić, tak?

Dziwnie zabrzmiało jego pełne imię i nazwisko. Od lat wszyscy z okolic Medicine Ridge w Montanie nazywali go Mack. To było zdrobnienie pierwszego imienia, którego większość z jego szkolnych kolegów nie potrafiła wymówić.

– On tylko chce, żebyś była szczęśliwa – powiedziała łagodnie Natalie, całując Vivian w rozpalony policzek.

– Pójdę z nim porozmawiać.

– Zrobisz to? Naprawdę? – W jasnoniebieskich oczach Vivian zapłonęła nadzieja.

– Naprawdę.

– Nat, jesteś moją jedyną prawdziwą przyjaciółką – powiedziała z żarem w głosie. – Nikt inny w tym domu nie ma odwagi powiedzieć mu cokolwiek.

– Bob i Charles czuliby się niezręcznie, mówiąc mu, co ma robić. – Natalie stanęła w obronie chłopców.

– Mack miał niewiele ponad dwadzieścia lat, kiedy przyjął odpowiedzialność za całą waszą trójkę.

Teraz był dwudziestoośmioletnim mężczyzną, szorstkim i niecierpliwym, którego większość ludzi po prostu się bała. A Natalie, już jako kilkunastoletnia dziewczyna, potrafiła żartować z Macka i droczyć się z nim.

Uwielbiała go, pomimo jego porywczości i częstych napadów złego humoru, które w dużej mierze brały się stąd, że widział tylko na jedno oko. Ona o tym wiedziała.

Wkrótce po wypadku, w którym łatwo mógł zginąć albo zupełnie stracić wzrok, powiedziała mu, że w opasce założonej na lewe oko wygląda jak zabójczo przystojny pirat. Kazał jej iść do domu i pilnować własnego nosa.

Nie przejęła się tym i nadal, również po powrocie Macka ze szpitala do domu, pomagała Vivian opiekować się nim. Nie było to łatwe. Natalie kończyła wtedy szkołę średnią. Rok wcześniej przeprowadziła się z sierocińca, w którym spędziła większość życia, do swojej niezamężnej ciotki. Pani Barnes nie przepadała za Mackiem Killainem, chociaż nie odmawiała mu szacunku. Natalie, chcąc opiekować się Mackiem, musiała codziennie błagać swoją ciotkę, żeby zawiozła ją do szpitala, a potem na ranczo Killainów. Starsza pani uważała, że to zadanie Vivian, a nie Natalie – ale Vivian nie miała na swojego brata żadnego wpływu. Pozostawiony samemu sobie, Mack zamiast leżeć w łóżku, zabrałby się ze swoimi ludźmi pod północną granicę, żeby pomóc im znakować cielęta.

Na początku lekarze obawiali się, że całkowicie stracił wzrok. Potem okazało się, że jego prawe oko wciąż funkcjonuje. W dniach niepewności Natalie, lekceważąc protesty Macka, nie odstępowała go na krok. Paplała jak najęta, kiedy wpadał w przygnębienie, rozweselała go, kiedy chciał uciekać. Robiła wszystko, żeby nie pozwolić mu się poddać, i wkrótce stan jego zdrowia zaczął się wyraźnie poprawiać.

Pozbył się jej towarzystwa, gdy tylko stanął na nogi, a ona nie protestowała. Znała go jak swoje pięć palców, z czego on zdawał sobie sprawę i czuł się z tym nieswojo.

Nie chciał mieć w niej przyjaciółki i wyraził to dostatecznie jasno. Nie nalegała. Jako sierota miała wiele okazji, żeby się zahartować. Jej ciotka wzięła ją do siebie dopiero wtedy, gdy przeszła zawał serca i potrzebowała kogoś, kto by się nią zaopiekował. Natalie chętnie skorzystała z propozycji, nie tylko dlatego, że miała dosyć życia w sierocińcu, ale również i z tego powodu, że ciotka mieszkała w sąsiedztwie rancza Killainów. Odtąd Natalie odwiedzała niemal codziennie swoją nową przyjaciółkę, Vivian. Dopiero kiedy umarła niespodziewanie stara pani Barnes, zostawiając Natalie w spadku pokaźne oszczędności, mogła sobie pozwolić na studia w college’u i utrzymanie małego domu, który odziedziczyła po ciotce.

Żyła skromnie i radziła sobie zupełnie nieźle. Pieniądze już prawie wydała, ale kończyła studia z dobrymi ocenami i miała obiecaną posadę nauczycielki w miejscowej szkole podstawowej. Musiała tylko zdać końcowe egzaminy, żeby uzyskać dyplom. W wieku dwudziestu dwóch lat żyło jej się znacznie lepiej, niż kiedy była sześcioletnim dzieckiem, zabranym do sierocińca po tym, jak oboje rodzice zginęli w pożarze. Podobnie jak Mackowi, los nie oszczędził jej cierpień i zgryzot.

Ale uczenie dzieci było cudowne. Uwielbiała pierwszaków, takich otwartych, kochanych i ciekawych życia.

To miała być jej przyszłość. Od kilku tygodni spotykała się z Dave’em Markhamem, wychowawcą szóstej klasy.

Nikt nie wiedział, że byli bardziej przyjaciółmi niż romantyczną parą. Dave stracił głowę dla urzędniczki agencji ubezpieczeniowej, która, niestety, robiła słodkie oczy do jednego z kolegów z pracy. Natalie nie była zainteresowana małżeństwem, przynajmniej w najbliższym czasie. Raz tylko, w ostatniej klasie szkoły średniej, zadurzyła się w starszym od siebie nastolatku. Kiedy właśnie zaczął ją zauważać, zginął w wypadku samochodowym, w drodze powrotnej z wyprawy na ryby. Utrata rodziców, a potem jedynego bliskiego jej chłopaka nauczyła ją, że miłość jest niebezpieczna. A ona pragnęła czuć się bezpiecznie.

Chciała być sama.

Poza tym, w przeciwieństwie do wielu nowoczesnych młodych kobiet, nie wyobrażała sobie związku, którego jedynym celem byłby seks.

Nie miała zamiaru zakochiwać się i nie szukała partnera do łóżka, więc przed poznaniem Dave’a w ogóle nie chodziła na randki.

Raz tylko namówiła Macka, żeby zabrał ją na potańcówkę, ale on był o wiele starszy od chłopców z jej college’u. Mimo to czuła się w jego towarzystwie jak królowa balu. Mack był bardzo atrakcyjnym mężczyzną, chociaż nie grzeszył salonowymi manierami. W kilka godzin udało mu się wyprowadzić z równowagi mnóstwo ludzi. Sprawiał wtedy wrażenie, jakby złościł go cały świat, a szczególnie Natalie. Nigdy więcej nie zaproponowała mu wspólnego wyjścia.

Tak naprawdę jego irytujący sposób bycia zupełnie Natalie nie przeszkadzał. Podziwiała go za nazywanie rzeczy po imieniu, za to, że mówił bez ogródek, co myśli, nawet gdy było to źle widziane. Ona też potrafiła otwarcie bronić swoich racji, a zawdzięczała to Mackowi. Uczył ją odwagi, odkąd zaprzyjaźniła się z jego siostrą. Zmuszał, żeby chodziła z podniesioną głową, żeby walczyła o swoje, zamiast użalać się nad sobą i płakać. Dzięki niemu stała się wystarczająco silna, żeby nie ugiąć się pod byle ciosem.

Pamiętała, że tamtego wieczoru, kiedy wracali z zabawy, okropnie się pokłócili. Mack zostawił ją przed domem, sztyletując wściekłym wzrokiem i raniąc jakąś zgryźliwą uwagą. O jedną za dużo. Miała ochotę go wtedy zabić, ale zbyt dużo ich łączyło, żeby z powodu jednej awantury obrazić się na dobre.

Mack miał dwadzieścia osiem lat, ale wyglądał na o wiele starszego. Brzemię odpowiedzialności, które dźwigał na swoich barkach, pozbawiło go prawdziwego dzieciństwa. Jego matka umarła młodo, a ojciec pogrążył się w pijaństwie i zaczął dręczyć dzieci. Mack stawiał mu się hardo, często biorąc na siebie razy przeznaczone dla pozostałej trójki. W końcu ojciec dostał wylewu i został umieszczony w zakładzie opiekuńczym, a Mack zajął się młodszym rodzeństwem. Aby utrzymać dom, pracował jako mechanik w mieście. Miał dwadzieścia jeden lat, kiedy zmarł jego ojciec, zostawiając mu trójkę nastolatków do wychowania.

I zupełnie nieźle sobie radził. Inwestował rozsądnie w farmę, kupił stado dobrego bydła i zaczął hodować własną odmianę rasy czerwony angus. Udawało mu się wszystko, do czego się zabrał. Przyszłość jawiła się w coraz jaśniejszych kolorach, aż do pechowego dnia, kiedy koń zrzucił go na pastwisku z grzbietu – prosto pod kopyta potężnego byka, który go natychmiast zaatakował.

Gdy Mack, próbując się ratować, chwycił zwierzę za rogi, został ugodzony rogiem w twarz. Stracił, niestety, jedno oko. Jego męska uroda nie poniosła innego uszczerbku.

Nadal robił oszałamiające wrażenie na kobietach... dopóki nie otworzył ust. To przez swój brak towarzyskiej ogłady utrzymał się tak długo w kawalerskim stanie.

Natalie zostawiła płaczącą Vivian w salonie i poszła do stajni, gdzie spodziewała się znaleźć jej brata. Weszła cicho do środka, oparła się o drzwi i przez chwilę patrzyła z uśmiechem, jak Mack bawi się na klęczkach ze szczeniakiem collie. Uwielbiał swoje psy, i była to miłość odwzajemniona.

– Pani pedagog podgląda farmerskie życie? – Podniósł głowę, jak gdyby wyczuł jej obecność.

Uśmiechnęła się pobłażliwie, przyzwyczajona do jego uwag.

– Patrzę, jak żyją bogacze, panie wielki hodowco bydła – odparowała. – Vivian mówi, że nie pozwolisz jej ukochanemu przestąpić progu waszego domu.

– A ty co, robisz za dziewicę ofiarną, żeby mnie zmiękczyć? – spytał, zbliżając się do niej niebezpiecznie szybkim krokiem.

– Nie możesz mieć bladego pojęcia, czy jestem dziewicą – odpowiedziała z duszą na ramieniu, kiedy podszedł do niej na wyciągnięcie ręki.

Odburknął coś grubiańsko i z drwiącym uśmieszkiem czekał na jej reakcję.

Natalie, nie dając się sprowokować, odpowiedziała mu takim samym uśmiechem.

Wyraźnie zbity z tropu, przeczesał palcami kruczoczarne włosy i wcisnął na głowę kapelusz. Potem zmierzył ją wyzywającym wzrokiem. Była w luźnych dżinsach i bladożółtym swetrze z trójkątnym dekoltem. Miała krótkie ciemne włosy, lekko kręcone, i szmaragdowozielone oczy. Nie była bardzo ładna, ale jeśli mogła być za coś naprawdę wdzięczna naturze, to za te oczy, i delikatne, pięknie wykrojone usta. Czuła się skrępowana, bo uwagę Macka najbardziej przyciągała teraz jej figura.

– W zeszłym roku z tym jej ukochanym córka Henry’ego zaszła w ciążę – powiedział, patrząc jej w oczy.

Natalie zaniemówiła z wrażenia.

– Do głowy by ci nie przyszło, prawda? Ty i Viv jesteście takie same.

– Słucham?

– Macie fatalny gust w wyborze mężczyzn.

– A już ci miałam powiedzieć, że jesteś taki pociągający!

– Przestań chrzanić – wycedził lodowatym tonem.

– O, strasznie jesteś dzisiaj przewrażliwiony.

– Czego chcesz? Jeśli chodzi o zaproszenie na kolację tego faceta, zgadzam się pod warunkiem, że ty też przyjdziesz.

Zaskoczył ją. Zwykle nie mógł się doczekać chwili, kiedy zniknie z jego domu.

– W trójkę będzie bezpieczniej? – mruknęła pod nosem.

– W czwórkę. Nie policzyłaś mnie. A właściwie w szóstkę. Są jeszcze Bob i Charles.

– Rozumiem, że moja obecność jest ci potrzebna do tego, żeby liczba była parzysta.

– Przyjdź w sukience. – Jego głos, podobnie jak wyraz twarzy, nie zdradzał żadnych emocji.

– Słuchaj, czy ty planujesz jakiś pogański obrzęd ofiarny?

– Włóż coś z małym dekoltem.

– Przestań się gapić na mój biust! – krzyknęła, oburzona, krzyżując ręce na piersi.

– To noś biustonosz.

– Noszę biustonosz! – Czuła, jak pąsowieje jej twarz.

– Noś grubszy biustonosz.

– Nie wiem, co w ciebie wstąpiło!

Uniósł brew i prześliznął taksującym wzrokiem po jej ciele.

– Chuć – odparł rzeczowo. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem z kobietą w łóżku.

Natalie zdrętwiała. Łączyło ich zbyt intymne wspomnienie, żeby mogła zachować spokój. Kiedy Mack zniżył głos o oktawę, słowa uwięzły jej w gardle. To było tak zmysłowe, że ugięły się pod nią nogi.

– I całą tę udawaną przemądrzałość diabli wzięli – westchnął teatralnie, patrząc z satysfakcją na jej zarumienione policzki.

– Nie powinieneś mówić mi takich rzeczy.

– Może i nie powinienem. – Wyciągnął do niej rękę i wsunął za ucho kosmyk jej włosów. Kiedy wzdrygnęła się na jego dotknięcie, przysunął się jeszcze bliżej. – Nigdy bym cię nie skrzywdził, Natalie – powiedział cicho.

– Chciałabym to dostać na piśmie. – Uśmiechnęła się nerwowo, próbując wymknąć się, a jednocześnie nie okazać strachu.

Za plecami miała jednak zamknięte wrota stajni i ucieczka była niemożliwa. Mack o tym wiedział. Dostrzegła to na jego twarzy, kiedy wsunął rękę za jej głowę.

Serce podeszło jej do gardła. Patrzyła na niego szmaragdowymi oczami, które zdradzały wszystkie jej najgorsze obawy.

– Z Carlem nigdy nie byłabyś szczęśliwa – powiedział nagle. – Jego rodzice mieli forsę. Nie pozwoliliby mu ożenić się z sierotą bez grosza przy duszy.

– Skąd wiesz? – Oczy pociemniały jej z bólu.

– Wiem. Powiedzieli to na pogrzebie, kiedy ktoś wspomniał, jaka jesteś zrozpaczona. Nie mogłaś nawet pójść na pogrzeb.

Pamiętała. Również to, że Mack przyszedł do niej tamtej nocy, kiedy zginął Carl. Była całkiem sama, bo jej ciotka wyjechała na weekend na zakupy. Zastał ją rozszlochaną, w nocnej koszuli i szlafroku. Bez słowa wziął ją na ręce, zaniósł na fotel przy łóżku i trzymał na kolanach dotąd, aż wypłakała wszystkie łzy. O włos uniknęli czegoś, co mogło dramatycznie skomplikować życie im obojgu – do dziś na tamto wspomnienie Natalie zapierało dech. A potem Mack siedział przy niej całą długą niespo kojną noc, patrząc, jak śpi. Dzięki szacunkowi, jakim darzyli go wszyscy w okolicy, nawet ciotka Natalie dowiedziawszy się o jego wizycie, nie powiedziała złego słowa. Swoją drogą, Natalie miała dar budzenia w ludziach najlepszych instynktów. Jej delikatność sprawiała, że nawet ci o najtwardszych sercach dziwnie przy niej łagodnieli.

– Miałam wtedy ciebie – szepnęła miękko. – Pocieszałeś mnie.

– Tak. A kiedy ja straciłem wzrok, miałem ciebie.

– Nie tylko ja próbowałam podtrzymać cię na duchu.

– Przygryzła do bólu drżącą wargę.

– Vivian płakała, jak tylko na nią warknąłem, a chłopcy chowali się pod łóżko. Ty nie. Od razu się odszczekiwałaś. To dzięki tobie chciało mi się dalej żyć.

Opuściła wzrok na jego tors. Mack, barczysty i wąski w biodrach, miał budowę jeźdźca rodeo. Bez koszuli, a nie raz widziała go rozebranego do połowy, wyglądał jak grecki posąg. Wiedziała nawet, jaka była w dotyku jego muskularna pierś...

– Byłeś dla mnie bardzo dobry, kiedy zginął Carl.

Zapadła cisza i Natalie dostrzegła w oczach Macka błysk gniewu.

– Wracając do twojego gustu w wyborze mężczyzn...

Co ty widzisz w tym lalusiowatym Markhamie? – spytał obcesowo.

– Dave jest moim przyjacielem. – Uniosła dumnie głowę. – I na pewno nie jest w niczym gorszy od twojej sympatii, która wygląda, jakby się urwała z sabatu czarownic!

– Glenna nie jest czarownicą.

– Ani świętą. Więc jeśli brakuje ci seksu, to zapewniam cię, że to nie jej wina! – palnęła bez zastanowienia i natychmiast tego pożałowała.

– Nie możecie rozmawiać trochę ciszej? – burknął

Bob Killain, uchyliwszy drzwi stajni. – Jeśli Saddie Marshall usłyszy was z kuchni, rozpowie w swojej niedzielnej szkółce, że żyjecie tu w grzechu!

Natalie wsparła obie ręce na biodrach i spojrzała na niego z oburzeniem.

– Na twoim miejscu martwiłabym się raczej o Glennę! – zapewniła młodszego brata Macka, sympatycznego rudzielca. – Jej imię wypisane jest na tylu budkach telefonicznych, że może uchodzić za atrakcję turystyczną!

Mack nie był w stanie pohamować śmiechu. Nasunął na oczy kapelusz i wycofał się do stajni.

– Wracam do pracy. A ty nie masz nic do roboty? – spytał brata.

Bob chrząknął kilka razy, podobnie jak Mack rozpaczliwie starając się nie roześmiać.

– Idę do Mary Burns pomóc jej w trygonometrii.

– Nie zapomnij o zabezpieczeniu.

Twarz Boba upodobniła się kolorem do jego włosów.

– Nie wszyscy cały dzień na okrągło gadają o seksie! – mruknął wściekle.

– Nie wszyscy – zgodziła się drwiąco Natalie. – Niektórzy szukają imion swoich sympatii na budkach telefonicznych!

– Ucisz się, Nat – powiedział zimno Mack, wyprowadziwszy konia z boksu. Potem zaczął go siodłać, ignorując Natalie i Boba.

– Wrócę koło północy! – zawołał Bob, szykując się do odwrotu.

– Słyszałeś, co powiedziałem!

Bob mruknął coś pod nosem i wyszedł.

– Mack, on ma dopiero szesnaście lat. – Natalie, w miarę opanowana, podeszła do niego, kiedy dociągał popręg.

– Ty miałaś tylko siedemnaście, kiedy spotykałaś się ze swoim mistrzem futbolu.

– Tak, ale poza kilkoma niewinnymi pocałunkami nic się nie działo... Dlaczego masz taką rozbawioną minę?

– Przeprowadziłem z nim długą rozmowę, kiedy się dowiedziałem, że przyjęłaś jego zaproszenie na świąteczną zabawę.

– Co zrobiłeś...?

Mack włożył nogę w strzemię i jednym zręcznym ruchem wskoczył na siodło. Potem oparł dłonie na przednim łęku i spojrzał Natalie prosto w oczy.

– Powiedziałem, że jeśli cię uwiedzie, będzie miał do czynienia ze mną. To samo powtórzyłem jego rodzicom.

– Jak mogłeś... – Była tak zdumiona, że zabrakło jej tchu.

– W sierocińcu wychowywały cię stare panny, potem mieszkałaś z ciotką, która bladła na słowo „pocałunek” – powiedział bez cienia uśmiechu. – Nie wiedziałaś nic o mężczyznach, o seksie ani o hormonach. Ktoś musiał cię chronić, a nie było nikogo innego.

– Nie miałeś prawa!

– Miałem większe prawo, niż ci się wydaje – powiedział cicho. – I nie usłyszysz ode mnie na ten temat ani słowa więcej.

– Ściągnął wodze i ruszył do wyjścia.

– Mack! – wrzasnęła Natalie.

– Powiedz Viv... – Zatrzymał się i odwrócił głowę.

– Powiedz jej, że może zaprosić swojego przyjaciela na sobotę wieczorem, pod warunkiem, że ty też przyjdziesz.

– Nie chcę!

Wahał się przez moment, ale zawrócił konia i podjechał do niej.

– W pewnych sprawach nigdy nie będziemy się zgadzali. Ale łączy nas więcej, niż myślisz. Ja znam ciebie – dodał tonem, który przyprawiał ją o drżenie kolan – a ty znasz mnie.

Nigdy nie była bardziej poruszona jego słowami, i bardziej zmieszana. Jej oczy musiały zdradzać, jak bardzo go pragnęła.

Wziął długi głęboki oddech, i nagle jego twarz straciła surowy wyraz.

– Będę na ciebie czekał.

– Nie należę do twojej rodziny, Mack – powiedziała szorstkim głosem. – Możesz rozkazywać Viv i swoim młodszym braciom, ale nie mnie!

– Kochanie, ja ci nie rozkazuję. – Uśmiechnął się łagodnie, w taki sposób, w jaki rzadko uśmiechał się do kogokolwiek innego.

– I nie mów do mnie kochanie!

– Tyle ognia i namiętności... Co za strata.

– Naprawdę nie rozumiem, co cię dzisiaj napadło!

– Nie. Nie rozumiesz – zgodził się, poważniejąc. – Ale masz w tym swój udział. – Zawrócił z powrotem konia i odjechał.

Miała ochotę cisnąć czymś o ścianę. Nie mogła uwierzyć, że powiedział jej takie rzeczy, i że kiedy podszedł do niej tak blisko, przez moment miała wrażenie, że chce ją pocałować. A on nawet nie musnął jej policzka, choćby niewinnie, tak jak na świątecznych zabawach pod jemiołą.

Usiłowała wyobrazić sobie twarde, piękne usta Macka na swoich wargach, i przeszył ją dreszcz. Nie powinna!

Nie powinna wspominać tamtej deszczowej nocy, kiedy cienkie ramiączko jej nocnej koszuli ześliznęło się i...

Och, nie, powiedziała sobie stanowczo. Tylko nie to!

Nie zacznie śnić o nim na jawie i znowu żyć jak w malignie. Już przez to przeszła, a konsekwencje były okropne.

Wróciła do domu, by podzielić się z Viv złą wiadomością.

– Ale to cudownie! – wykrzyknęła jej przyjaciółka.

– Przyjdziesz, prawda?

– On próbuje mną manipulować. Nie pozwolę mu na to!

– Ale jeśli ty nie przyjdziesz, nie będę mogła zaprosić Whita! Musisz się zgodzić, Nat, chyba że nie jesteś już moją przyjaciółką.

Natalie certowała się jeszcze trochę, ale w końcu dała za wygraną.

– Wiedziałam, że mi nie odmówisz! – Vivian uścisnęła ją mocno. – Chyba się nie doczekam tej soboty!

Zobaczysz, Nat, od razu go polubisz. Mack też.

Natalie wahała się, ale gdyby nie powiedziała tego przyjaciółce, zrobiłby to Mack, i na pewno mniej delikatnie.

– Viv, wiesz, że on wpędził w tarapaty jakąś dziewczynę?

– Tak, wiem. Ale to jej wina. Uganiała się za nim, a kiedy go zaciągnęła do łóżka, nie pozwoliła mu się zabezpieczyć. Whit sam mi o tym powiedział.

Natalie zaczerwieniła się po raz drugi tego dnia. Nie mogła zrozumieć ludzi, którzy tak chętnie rozmawiali o swoich najintymniejszych sprawach.

– Przepraszam – powiedziała Viv z uprzejmym uśmiechem. – Jesteś okropnie nieżyciowa.

– To samo usłyszałam od twojego brata – mruknęła pod nosem.

– Tak? – Vivian przyglądała się jej ciekawie przez dłuższą chwilę. – Wiesz, co ci powiem? On niechętnie zaakceptuje Whita, ale jeszcze mniej podoba mu się twoja przyjaźń z Dave’em Markhamem.

– Czemu akurat on krytykuje moje życie towarzyskie, kiedy sam włóczy się z tą puszczalską Glenną! Przestań się śmiać. To nie jest zabawne!

– Przepraszam. Ale ona jest naprawdę w porządku. Po prostu lubi mężczyzn.

– Zmienia ich jak rękawiczki. I z tego, co o niej mówią, nie zawsze zadowala się jednym. Jeśli twój brat złapie jakąś paskudną chorobę, powinien mieć pretensję wyłącznie do siebie. To też wydaje ci się zabawne?

– Jesteś zazdrosna – powiedziała Vivian, tłumiąc śmiech.

– Chyba żartujesz! – prychnęła, odwracając oczy.

– Idę do domu.

– On wyszedł z nią tylko dwa razy do kina i nawet nie miał śladów szminki na koszuli, kiedy wrócił do domu.

– Jestem pewna, że twój brat zdążył się już nauczyć usuwać plamy ze szminki.

– Chyba podoba się kobietom.

– Dopóki czegoś nie palnie. Jedyne argumenty, jakich potrafi używać w dyskusji, to uśmiech albo spluwa. Jeżeli podoba się Glennie, to tylko dlatego, że ona zamyka mu usta!

– Pewnie masz rację. Ale może właśnie o to chodzi, że Mack jest bardziej interesujący od tych wszystkich politycznie poprawnych facetów, którzy na wszelki wypadek w ogóle nie otwierają ust.

– Coś w tym jest.

– Natalie? – Vivian wstała z krzesła.

– Tak?

– Ty ciągle jesteś w nim zakochana, prawda?

Odwróciła się do drzwi, nie mając zamiaru odpowiadać.

– Naprawdę muszę już iść. W przyszłym tygodniu mam egzaminy i powinnam wziąć się ostro do nauki.

Vivian chciała powiedzieć przyjaciółce, że się domyśla, co wydarzyło się między nią a Mackiem kilka lat temu, ale Natalie była taka zamknięta w sobie, że lepiej było nie wprawiać jej w zakłopotanie.

– Nie wiem, co się wtedy stało – skłamała – ale pamiętaj, że miałaś siedemnaście lat. A on dwadzieścia trzy.

– On... ci powiedział? – Natalie odwróciła się raptownie, blada jak ściana.

– Niczego mi nie powiedział. Ale wyglądałaś jak zbity pies i nigdy do mnie nie przychodziłaś, kiedy on był w domu. Mack też unikał cię jak ognia. Pomyślałam, że musiał powiedzieć ci coś naprawdę przykrego i pokłóciliście się na serio.

– Lepiej nie odgrzebywać przeszłości – odpowiedziała Natalie z nieprzeniknioną twarzą. – Przyjdę w sobotę, ale tylko dla ciebie.

– Nie wspomnę o tym nigdy więcej. Przepraszam, Nat, jeśli sprawiłam ci przykrość.

– Nic się nie stało. Już dawno wyrzuciłam to z pamięci. – Kłamstwo gładko przeszło jej przez gardło. Uśmiechnęła się po raz ostatni do Vivian i zniknęła za drzwiami.


ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego ranka Natalie przyszła na lekcję ze swoimi pierwszakami zmęczona, z zaczerwienionymi od niewyspania oczami. Nie miała wyjścia – musiała każdego wieczoru powtórzyć porcję materiału egzaminacyjnego ze wszystkich przedmiotów. Nawet nie miała czasu myśleć, ale z tego akurat była zadowolona. Nie pragnęła myśleć o niczym innym poza nauką i pracą. Nie chciała nigdy więcej wspominać tamtej nocy, kiedy miała siedemnaście lat i Mack trzymał ją na kolanach w ciemnym pokoju.

Łagodny głos pani Ringgold, oznajmujący, że nadeszła pora na pisanie literek, przywołał ją do rzeczywistości.

Uśmiechnęła się i podzieliła klasę na dwie grupy, które usiadły z zeszytami przy oddzielnych stołach. Jedną z nich zajęła się wychowawczyni, a drugą Natalie, znajdując czas dla każdego dziecka, rozdając pochwały i poprawiając błędy, kiedy to było konieczne.

W porze lunchu spotkała się w kolejce do bufetu z Dave’em Markhamem.

– Wyglądasz dzisiaj na zadowoloną z siebie – powiedział z uśmiechem.

Był wysoki i szczupły, ale w niczym innym nie przypominał Macka. Dave był typem myśliciela, interesowała go muzyka klasyczna i literatura. Nie potrafił jeździć konno i zupełnie nie znał się na rolnictwie. Był jednak sympatyczny, a co najważniejsze, Natalie mogła spotykać się z nim bez obaw, że po deserze będzie zmuszona opędzać się od natrętnych zalotów.

– Pani Ringgold uważa, że świetnie sobie radzę. Jutro będzie przyglądał się mojej pracy profesor Bailey. A potem, za tydzień, mam końcowe egzaminy. – Wzdrygnęła się z udawanym przerażeniem.

– Nie przejmuj się, zdasz na pewno. Wszyscy boją się egzaminów, ale jeśli codziennie czytasz notatki z wykładów, poradzisz sobie bez problemu.

– Ba, żebym tak mogła odczytać te notatki – przyznała ściszonym głosem. – Gdyby profesor Bailey zobaczył moje bazgroły, jak nic poszłabym na zieloną trawkę.

– I ty uczysz dzieci pisać? – spytał z żartobliwym błyskiem w oczach.

– Słuchaj, umiem tłumaczyć ludziom, jak się robi rzeczy, których sama robić nie potrafię. Cała sztuka polega na dostatecznie przekonującym sposobie mówienia.

– Muszę przyznać, że nieźle tę sztukę opanowałaś.

Słyszałem, że miałaś dobrego mistrza.

– Co?

– McKinzeya Killaina.

– Macka. Nikt nie nazywa go McKinzey.

– Wszyscy, oprócz ciebie, mówią do niego po nazwisku. I z tego, co wiem, większość ludzi stara się w ogóle do niego nie zwracać.

– On nie jest taki zły. Ma tylko pewne problemy z obyciem towarzyskim.

– Tak. Chyba nie wie nawet, co to znaczy.

– W jego pracy to nie jest konieczne. – Natalie zaśmiała się cicho. – Naprawdę będziesz jadł wątróbkę z cebulą? – Skrzywiła się, zerkając na jego talerz.

– Podroby są zdrowe. Dużo zdrowsze niż to. – Spojrzał z równym niesmakiem na jej taco – meksykańską tortillę z pikantnym farszem. – ołądek ci wysiądzie od tych ostrych papryczek.

– Ja mam strusi żołądek. Nic mi nie będzie.

– Co byś powiedziała na wspólny wypad do kina, w sobotę wieczorem? Podobno wszedł już na ekrany ten nowy film science fiction.

– Chętnie... Och, nie, przepraszam, w sobotę nie mogę.

Obiecałam Vivian, że przyjdę do niej na kolację.

– To jakaś szczególna okazja?

– W pewnym sensie – odparła z ponurym uśmiechem.

– Vivian chce zaprosić do domu swojego nowego chłopaka. A Mack jej powiedział, że jeśli ja nie przyjdę, to nici z kolacji.

– Dlaczego? – Dave spojrzał na nią zdumiony.

Zatrzymała się z tacą, szukając wolnego miejsca przy stole.

– Dlaczego? Nie wiem. Po prostu postawił taki warunek. Może pomyślał, że się nie zgodzę i będzie miał problem z głowy. On bardzo nie lubi tego chłopaka.

– Aha, rozumiem.

– Skąd tu nagle tyle ludzi? – spytała zaciekawiona, nie widząc ani jednego wolnego miejsca przy stole dla nauczycieli.

– Przyjechała komisja wizytacyjna z rady szkolnictwa.

Mają rozpatrzyć problem warunków lokalowych naszej szkoły – odpowiedział z rozbawieniem.

– No to powinni zauważyć, że trochę tu ciasno.

– Mamy nadzieję, że zgodzą się sfinansować dobudówkę, i że w końcu pozbędziemy się przyczep, które służą za sale lekcyjne.

– Ciekawe, czy coś wyniknie z tej wizytacji.

– Diabli wiedzą. Za każdym razem, kiedy mówią o podniesieniu lokalnego podatku, kończy się na fali protestów właścicieli nieruchomości, którzy nie mają dzieci.

– To prawda.

Znaleźli dwa miejsca na samym końcu stołu. Uśmiechnęli się do członków komisji i zjadłszy posiłek, resztę godziny przeznaczonej na lunch spędzili na rozmowie o nowym wyposażeniu boiska, które rada szkolnictwa już im obiecała. Natalie była wdzięczna losowi, że ma coś, o czym może myśleć – a co nie ma nic wspólnego z Mackiem Killainem.

Maleńki domek Natalie znajdował się tuzża ranczem Killainów i jego właścicielka często narzekała, że jej frontowe podwórze wygląda jak część pastwiska.

Ale z tyłu było ogrodzone patio, porośnięte ze wszystkich stron pnącymi różami. Uwielbiała na nim siedzieć i przyglądać się ptakom przyfruwającym do małych karmników, zawieszonych na wszystkich gałęziach jej jedynego drzewa – wysokiej topoli amerykańskiej. Czasami zerkała za płot, na pasące się w oddali stado rudego bydła Killainów. Na zewnątrz było naprawdę pięknie.

Wnętrze domu pozostawiało wiele do życzenia. Kuch nia była wyposażona w piecyk, lodówkę i zlewozmywak.

Nic więcej. W pokoju, służącym za salon i jadalnię, znajdowała się stara kanapa, równie wysłużony fotel i postrzępiony, wyleniały dywan, a w sypialni – pojedyncze łóżko, komoda z lustrem, fotel i proste krzesło. Mała weranda wymagała generalnego remontu. Nie był to szczyt luksusu, obiektywnie rzecz biorąc, ale dla Natalie, która spędziła większość życia w sierocińcu, luksusem było posiadanie własnego kąta.

Miała dwie oprawione fotografie: portret swoich rodziców i zdjęcie grupowe czwórki Killainów, które zrobiła kiedyś na ich ranczu, zaproszona przez Vivian na grilla.

Podeszła do komody i spojrzała ponurym wzrokiem na najwyższego mężczyznę. Patrzył prosto w obiektyw i Natalie przypomniała sobie z rozbawieniem, że był tak pochłonięty tłumaczeniem jej, jak powinna ustawić aparat, że uwieczniła go na tym zdjęciu z otwartymi ustami.

Zawsze taki był. Znał się na wielu rzeczach i chętnie udzielał rad, nawet gdy nikt go o to nie prosił. Kiedyś w restauracji wpadł do kuchni i usiłował nauczyć francuskiego szefa, jak się prawidłowo robi sos barbecue. Na szczęście wyszli na zewnątrz na męską rozmowę i obyło się bez strat materialnych.

Odłożyła zdjęcie i poszła zrobić sobie kanapkę. Mack ciągle mówił, że nie odżywia się prawidłowo i musiała się z nim zgodzić. Potrafiła gotować, ale uważała, że to zbyt duża strata czasu bawić się w robienie obiadu tylko dla siebie. Poza tym wracała po zajęciach w college’u tak zmęczona, że nie miała na to siły.

Chleb, na to szynka, sałata, ser i majonez. Wszystko, czego trzeba, pomyślała. Zadowolona z siebie, włączyła mały telewizor, który dostała na gwiazdkę od Killainów.

Zaczęła od kanału informacyjnego, ale na świecie, jak zwykle, działy się same złe rzeczy, znalazła więc satyryczny program animowany. Wolała posłuchać dowcipów Marvina i Martiana niż jakichkolwiek wiadomości z Waszyngtonu.

Kiedy zjadła kanapkę, zrzuciła z nóg buty i wyciągnęła się na kanapie z filiżanką kawy. Nie ma to jak prawdziwy dom, pomyślała z uśmiechem. Był piątek. Zwykle przed południem pracowała dorywczo w sklepie spożywczym, ale zamieniła się na dni z inną kasjerką, dzięki czemu miała wolny weekend. Byłby to weekend jej marzeń, gdyby w sobotę nie musiała iść na kolację do Killainów.

Miała nadzieję, że Vivian nie traktuje zbyt poważnie młodego człowieka, którego zaprosiła. Ludzie, których nie akceptował Mack, zwykle nie przekraczali progu jego domu po raz drugi.

Natalie miała tylko jeden wizytowy strój – prostą czarną sukienkę do kostek z cienkimi ramiączkami. Kupiła pasujący do niej koronkowy szal i gładkie aksamitne czółenka. Zrobiwszy mocniejszy nizżwykle makijaż, skrzywiła się do swojego odbicia w lustrze. Wciąż nie wyglądała na swój wiek – dałaby sobie osiemnaście lat, nie więcej.

Wsiadła do małego wysłużonego samochodu i pojechała na ranczo Killainów, podziwiając po drodze świeżo odmalowane ogrodzenie wokół rozłożystego wiktoriańskiego domu, z kolorowymi ornamentami na fasadzie i kratkowaną werandą. Z tyłu był przylegający do niego garaż, w którym Mack trzymał swojego lincolna i wielką ciężarówkę z podwójną kabiną, służącą mu do pracy na ranczu. Traktory, kombajn i inne maszyny rolnicze mieściły się w ogromnej i nowoczesnej stodole, a jeszcze większe było pomieszczenie dla byków. Oddzielną stajnię miały konie wierzchowe. Był też kort tenisowy, rzadko używany, olimpijskich rozmiarów kryty basen i oranżeria, w której Mack hodował mnóstwo gatunków orchidei – miejsce najchętniej odwiedzane przez Natalie.

Spodziewała się, że wyjdzie jej na spotkanie Vivian, ale na werandzie czekał na nią sam Mack. Był w ciemnym garniturze i wyglądał na zdenerwowanego.

– Nie masz innej sukienki? – spytał poirytowanym głosem. – Zawsze przychodzisz w tej samej.

– Pracuję sześć dni w tygodniu, żeby zarobić na studia i skromne utrzymanie – odparowała z dumnie podniesioną głową. – Za to, co mi zostaje, nie kupiłabym materiału na sukienkę dla lalki.

– Przepraszam – mruknął. – Ale nie podoba mi się ten dekolt. Za bardzo odsłania piersi.

– Słuchaj... – Uniosła wysoko obie ręce. – Skąd ci się raptem wzięła ta obsesja na punkcie moich piersi?

– Celowo prowokujesz facetów.

– Bzdura!

– Nie mam nic przeciwko temu, żebyś prowokowała mnie, ale nie chcę, żeby ten maniak seksualny gapił się przy kolacji na twój dekolt.

– Nie przyciągam uwagi tego rodzaju...

– Z takim ciałem przyciągnęłabyś uwagę faceta na łożu śmierci. Samo patrzenie na ciebie doprowadza mnie do bólu.

Nie przychodziła jej do głowy żadna cięta odpowiedź.

Mack, w typowy dla siebie bezceremonialny sposób, wyraził to, o czym myślała.

– Zamurowało cię? – Uśmiechnął się prowokująco.

– Nie wyglądasz na człowieka obolałego.

– A co ty możesz o tym wiedzieć? Nie rozumiesz nawet, o czym mówię.

– Trudno cię zrozumieć.

– Doświadczona kobieta zrozumiałaby mnie w pięć sekund. Jesteś nie tylko mało domyślna, Nat, ale i ślepa.

– Słucham?

– Och, szlag by to trafił... Dajmy temu spokój – westchnął ze złością i odwrócił się na pięcie. – Wchodzisz czy nie?

– Jesteś dzisiaj bardzo drażliwy. Co się z tobą dzieje?

Czy Glenna nie może ukoić tego... bólu?

Zatrzymał się, zrobił gwałtowny obrót i chwycił Natalie za nadgarstek. Drugą ręką objął ją w talii i przyciągnął do siebie.

– Glenna nic nie może poradzić na mój ból, bo to nie ona go powoduje – powiedział drwiąco. – Teraz rozumiesz?

– McKinzey!

– Jesteś w szoku?

– To naprawdę boli? – spytała zdławionym szeptem.

– Kiedy się poruszasz.

Patrzyła, jak oddycha nierówno, zafascynowana nie tylko ich intymną bliskością, ale odkryciem, że tak łatwo może go podniecić. I wcale nie czuła się zażenowana.

Pragnęła go i była o niego zazdrosna. Od zawsze.

– Na Markhama też tak działasz? – spytał bez cienia uśmiechu na twarzy.

– Dave jest moim przyjacielem. Nie przyszłoby mu do głowy trzymać mnie... w ten sposób.

– Pozwoliłabyś mu, gdyby jednak zechciał?

– Nie – przyznała po chwili zastanowienia.

– Dlaczego?

– Z nim to byłoby... obrzydliwe.

– Naprawdę? Ale dlaczego?

– Nie wiem. Po prostu tak mi się wydaje.

Przygarnął ją mocniej, zamknął oczy i oparł czoło o jej głowę.

– Natalie... – szepnął i zaczął poruszać jej biodrami w powolnym, jednostajnym rytmie. Jęknął przez zaciśnięte zęby.

– Mack? – Uniosła się ku niemu bezwiednie, czując, jak jej ciało przeszywa błogi, nieznany dreszcz rozkoszy. Mała wieczorowa torebka leżała na podłodze werandy, kompletnie zapomniana. Odpłynął gdzieś cały świat. Nie czuła, nie widziała i nie słyszała niczego poza Mackiem.

Jego ręce posuwały się śmiało w górę. Kiedy poczuła szorstkie palce wślizgujące się za koronkę biustonosza, wstrzymała oddech.

– To bardzo niedobry pomysł – powiedział łagodnie.

– Oczywiście, że nie – zgodziła się niepewnie. Jej ciało nie poddawało się głosowi rozsądku.

– Przestań – wymruczał cicho.

– Mack?

– Jeżeli dotknę cię tak, jak tego chcesz, nie będę w stanie się pohamować. W domu jest czworo ludzi, a troje z nich zemdlałoby, gdyby nas teraz zobaczyli.

– Tak myślisz? – spytała, łapiąc z trudem oddech.

– Naprawdę tego chcesz?

– Tak!

– Na tym się nie skończy. Będziesz chciała więcej.

– Nie, Mack! Proszę cię!

– Dużo więcej... Masz cudowne piersi, Natalie – szeptał jej do ucha, błądząc kciukami po aksamitnej skórze.

– Dałbym teraz wszystko, żeby móc je całować.

Krzyknęła cicho, porażona cudowną wizją, jaką wywołały te słowa w jej wyobraźni.

– Chodź, Nat... – Poprowadził ją w najciemniejszy kąt werandy, daleko od drzwi i od okien.

Chwilę później rozpiął suwak sukienki i jego usta znalazły się tam, gdzie pragnęła je czuć, gorące i czułe, zachłannie sycące swój głód. Natalie poruszała się rytmicznie, na wpół przytomna, bezwiednie wbijając paznokcie w kark Macka.

Gwałtowność, z jaką Mack ją odepchnął, omal nie powaliła jej z nóg. Odsunął się i oparł plecami o ścianę, dysząc jak sprinter po biegu. Zobaczyła, że jego muskularnym ciałem wstrząsają dreszcze. Nie była w stanie nic powiedzieć i nie wiedziała, co robić. Była jak w malignie. Nie mogła się nawet poruszyć, żeby zapiąć sukienkę.

Po kilku sekundach Mack wziął kilka głębokich oddechów i odwrócił do niej głowę. Uśmiechnął się posępnie. Od chwili, kiedy się od niej oderwał, nie zrobiła nawet kroku. Jest niewinna jak dziecko, pomyślał.

– No, chodź! Nie możesz wejść do środka w tym stanie.

Patrzyła na niego z zaciekawieniem małego kociaka, kiedy ją ubierał i poprawiał jej fryzurę, jak gdyby to było coś naturalnego.

– Natalie – zaśmiał się gardłowo – nie rób takiej miny.

Wyglądasz jak ofiara wypadku.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com