Spisek nad Wartą - Ilona Sychowska-Grzesiek - ebook
Wydawca: My Book Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spisek nad Wartą - Ilona Sychowska-Grzesiek

Spisek nad Wartą to powieść, której akcja toczy się w latach 1943-1946. Rzecz dzieje się głównie na terenie wschodniej Brandenburgii, a dokładniej dzisiejszego Gorzowa Wielkopolskiego - wtedy Landsbergu nad Wartą. Jest tu wszystkiego po trochu: wielka polityka, kolaborująca organizacja ze ZWZ, polsko-niemiecka para szpiegów, wielka miłość, zdrada, a przede wszystkim spisek... I muzyka tamtych lat, z nastrojową „Lieblesleid” Fritza Kreislera na czele.

Opinie o ebooku Spisek nad Wartą - Ilona Sychowska-Grzesiek

Fragment ebooka Spisek nad Wartą - Ilona Sychowska-Grzesiek








PRZESZŁOŚĆ ZACHOWANA W PAMIĘCI

STAJE SIĘ

CZĘŚCIĄ TERAŹNIEJSZOŚCI

Tadeusz Kotarbiński

Julii i Michałowi

oraz

Rodzicom i Rodzeństwu



OD AUTORKI

Szanowna Czytelniczko,

Szanowny Czytelniku

Oddaję w Państwa ręce moją debiutancką powieść. Przyznaję, że czynię to pełna obaw i wątpliwości o jej odbiór. Książka jest jak małe dziecko, które człowiek stara się ukształtować na swój sposób, a które i tak w końcu tworzy się niejako samo. W moim pierwotnym zamyśle miała to być powieść o niemieckim Landsbergu nad rzeką Wartą, który dziś jako polski Gorzów Wielkopolski inspiruje czarem przedwojennych gmachów, kamienic, niektórych ulic.

„Miasto upadłych fortyfikacji (…)”, jak określa je jeden z bohaterów, to dla mnie fotografia w kolorze sepii, która budzi się do życia z każdą chwilą, gdy się ją ogląda. Nie ma co ukrywać – pomysł na książkę zrodził się właśnie w Gorzowie i okolicy, gdy przyjeżdżałam tam tylekroć w odwiedziny do Bliskich.

Schyłek wojny był także schyłkiem Landsbergu. Miasto nie tylko zmieniło nazwę, ale przede wszystkim obywateli. My zatrzymamy się na rok przed tym wydarzeniem, gdy wszystko wokół należało jeszcze do Brandenburgii, a życie toczyło się tu swoim własnym, spokojnym, prowincjonalnym torem. Niewątpliwie był to też czas ludzkich dramatów, trudnych wyborów, rozstań. Romans, historia, wielka polityka, niemiecka prowincja i literacka fikcja. Bohaterowie uwikłani w spisek (w zasadzie spiski, bo okazuje się ich więcej), w większe i mniejsze wydarzenia polityczne (dla nas historyczne), a także prywatne rozterki, kierują się własnymi kodeksami moralności. Są one tak różne, jak miejsca, w których się wychowali.

Jest jeszcze Festungsfront Oder Warthe Bogen, gracz w spisku niczym odrębny bohater. I muzyka tamtych lat, z nastrojową „Lieblesleid” Fritza Kreislera na czele.

Życzę Państwu miłej lektury.

Ilona Sychowska-Grzesiek


Część I
W DRODZE



POSEN

Pociąg powoli ruszał. Bardzo opieszale nabierał szybkości. Wśród chmur dymu z lokomotywy, wagony z napisem „Deutsche Reichsbahn” jeden po drugim zaczynały oddalać się w kierunku zachodnim.

Helena poczuła, że w końcu dotarła do domu. Zmęczenie długą podróżą dawało o sobie znać. Ciepły sierpniowy wiatr smagał jej spoconą twarz. Uśmiechnęła się pod nosem.

Nareszcie u siebie – pomyślała z rozmarzeniem.

Stacja, jak każda inna. Nic specjalnego. Do tego wokół unosił się kurz i smród zgnilizny. Jej to nie przeszkadzało. Z delikatnym uśmiechem i radością w oczach patrzyła na to, co ją otacza. Nie popsuło jej humoru nawet, setne w ciągu tej podróży, wyrywkowe sprawdzanie bagażu przez esesmanów stojących przy wejściu głównym na halę dworca w Posen1.

Na pytanie, po co tu przyjechała, spokojnie, jak zwykle, tłumaczyła, że do chorej ciotki. Co ma w torbie? Ano, trochę ubrań, kilka starych zdjęć. Nie, nie, absolutnie żadnego jedzenia. Czy się zgodzi się spotkać z tym esesmanem wieczorem? Ależ skąd! W końcu ciotka czeka…

Szła z torbą z wszytymi w nią mikrofilmami zupełnie tak beztrosko i swobodnie jak wówczas, gdy zmierzała w czasach studiów zapakowana książkami i zeszytami do Collegium Maius2 na zajęcia. Tylko świat był nie ten sam.

Pomimo niemieckiej dominacji i wielu zmian, jakie nastały po 1939, to nadal szczerze i bezgranicznie kochała to miasto, jakby przynależało do niej, niczym druga skóra. Zupełnie jak gdyby się w nim urodziła i wychowała. A przecież tak nie było. Jako dwunastoletnia dziewczynka została wysłana tu do szkoły z internatem. Potem były studia, no i wojna. Lecz z dala od rodzinnego gniazda, odseparowana od wszystkiego, co swojskie i bliskie, zadomowiła się tu i ani przez chwilę nie myślała o tym, aby wracać do małej wioski na skraju Wielkopolski, teraz Warthelandu3.

Dom rodzinny. Dalekie wspomnienie. Kojarzył jej się z zapachem bigosu, pieczonymi karto?ami ze słoniną, świeżym wiejskim chlebem i gziczką, czyli białym serem rozdrobnionym z odrobiną śmietany i szczypiorkiem.

To był świat zupełnie oderwany od rzeczywistości, w jakiej jej przyszło później żyć. Tam pozostał grób ukochanej mamy. Nadal też byli tam ojciec i brat. Brat Adam, sporo starszy, nie miał z nią w ogóle wspólnego języka. Często dawał do zrozumienia, że mu przeszkadza. Traktował ją jako zło konieczne. Długi czas był sam, a tu nagle po latach, gdy on niemal wchodził w dorosłość, urodziła mu się siostra. Żyli obok siebie jak zupełnie obcy sobie ludzie.

Obaj z ojcem zajmowali się kupiectwem. Na tym znali się najlepiej. Niestety na wychowywaniu dziewczynek nie bardzo. Stąd, po śmierci matki, ta jej przymusowa wyprowadzka, a właściwie to wygnanie.

Pisali do siebie z ojcem od czasu do czasu. Wiedziała, że on tęskni za nią na swój sposób. Mimo tego nie lubiła tam jeździć. Brat z bratową traktowali ją jak intruza, a banda rozkapryszonych bratanków nie posiadała nawet minimum ogłady wymaganej dla ich wieku. Czego się obawiali? Z perspektywy lat Helena domyślała się, że mogło im chodzić o jej część majątku rodziców. Jednak jej to w ogóle nie było w głowie. Mimo tego była to jej najbliższa rodzina. Jedyna, jaką znała.

Od czasu wybuchu wojny nie była w domu rodzinnym. Najpierw tajne studiowanie, potem wiele innych obowiązków. Poza tym było to bardzo ryzykowne. Z różnych źródeł próbowała dowiadywać się, co słychać u bliskich. Wiedziała, że nadal nieźle sobie radzą. Była o nich spokojna. Tym bardziej nie chciała im zaszkodzić swoją pracą konspiracyjną, której zapewne w ogóle by nie potrafili zrozumieć.

Z biegiem czasu przestała tak tęsknić i myśleć o tym miejscu jako o swoim domu. Wspomnienia lat dziecięcych stawały się coraz bardziej odległe, a rzeczywistość sprawiła, że miejsce, które miała w pamięci, praktycznie przestawało istnieć. Już od bardzo dawna czując się w sercu poznanianką, ukochała sobie to miasto ze wszystkich młodzieńczych sił. Jeszcze przed wojną korzystała z uroków tego serca i duszy Wielkopolski. Teatr Wielki, opera, kawiarnie i cukiernie.

Miała tu liczne grono przyjaciół i znajomych. Często udzielała się towarzysko. Pomimo wrodzonej dumy, tak charakterystycznej dla Wielkopolan intrygującej, ale i sympatycznej wyniosłości, była bardzo lubianą osobą. Zawsze dużo się uśmiechała i uwielbiała żarty. Kochała muzykę. Słuchała jej na koncertach, z gramofonu i radia. A jak stare porzekadło mówi, „muzyka łagodzi obyczaje”.

Ludzie lgnęli do niej. Miała w sobie to coś, co przyciąga uwagę i wywołuje sympatię. Radosna, pełna wigoru i otwarta. Tak naprawdę to na poły otwarta. Czasem sprawiała wrażenie, jakby nie mówiła o wszystkim tym, o czym myślała. Zamyślona, zadumana, jakby trochę nieobecna.

Długo nie było mężczyzn w jej życiu. Potem, gdy zaczęli się pojawiać, nie chcieli jej dać spokoju. Bracia koleżanek, koledzy ze studiów, koledzy kolegów. Ciągłe zaproszenia, kwiaty wysyłane do domu, stójkowe przed uczelnią. Ją to bawiło. Teraz większość z nich była albo w obozach jenieckich, albo w konspiracji. Już za okupacji jeden niemiecki żołnierz tak ją prześladował, że nieźle się wówczas wystraszyła. Umówiła się z nim kilka razy na herbatę w kawiarni, ale dla świętego spokoju, bo był doprawdy nie do zniesienia. A on tu klęka, oświadczać się chce. Po trudnych tłumaczeniach, że to nie wchodzi w rachubę, nawet jeśli on przejdzie na katolicyzm razem z całą swoją rodziną, wyglądało na to, że chłopak pogodził się ze stratą. Następnego dnia przyszedł po nią na spacer. Gdy oddalili się od ludzi, wyciągnął broń i powiedział, że jeśli za niego nie wyjdzie, najpierw zabije siebie, a potem ją. Uciekła od niego i jeszcze tego samego dnia wyprowadziła się ze starej stancji. Postanowiła wówczas, że nigdy więcej w życiu nie umówi się z żadnym mężczyzną z litości. Czas miał pokazać, czy dotrzyma obietnicy…

Pewnie gdyby nie wojna, ukończyłaby studia i spotkałaby kogoś właściwego. W lutym 1939 roku skończyła dwadzieścia dwa lata. Teraz miała dwadzieścia sześć. Być może byłaby już narzeczoną, może żoną, matką. W tym tragicznym dla świata czasie nie mężczyźni byli jej w głowie. Przynajmniej tak mówiła i tak się zachowywała. Zresztą, chyba nadal do końca nie zdawała sobie sprawy ze swojej aparycji. A być może to był właśnie jej rodzaj kokieterii. Trudno to stwierdzić jednoznacznie, bowiem czasem właśnie tę śliczną buzię o wyjątkowym uśmiechu bezwzględnie wykorzystywała w swojej konspiracyjnej pracy.

Zrobiło się nagłe zamieszanie.

– Schnella, schnella!!! – porykiwał jeden z esesmanów.

Wzdrygnęła się, gdyż nigdy nie oznaczało to nic dobrego. Zachowując obojętność na twarzy, dyskretnie rozejrzała się dookoła. Okazało się, że jeden z oficerów niemieckich prowadził grupę Żydów. Najpewniej zlokalizowanych w ukryciu, w jakiejś małej wsi.

Po wielu swoich wyprawach wiedziała doskonale, że w obrębie całej Wielkopolski jest stosunkowo spokojnie, choć nie zawsze oczywiście. Było jednak lepiej w stosunku do tego, co działo się w Generalnej Guberni. Owszem, bywały tu łapanki, prace przymusowe i inne przejawy nazistowskiej władzy. Jednak Hitlerowcy traktowali Wartheland jako swoją odzyskaną ziemię, dlatego też nie byli tu tak bezwzględni. Czuli się tu jak synowie powracający na ojcowiznę. Nie mogli znieść polskiej nazwy tych ziem. Wielkopolska, Wielka Polska, Wielkopolanie to Wielcy Polacy. Jak Polacy w ogóle mogli być wielcy? Nie mogli. Więc diametralnie zmieniono nazwę na bardziej kojarzącą się z rzeką Warthe, która jak utrzymywali, do Polski docierała z Niemiec.

Helena wychodząc z hali dworca kierowała się bezpośrednio do sztabu głównego OMEGI. Od kiedy porzuciła tajne studiowanie i rozpoczęła swoją pracę konspiracyjną, praktycznie nie bywała w swoim mieszkaniu. Śmiała się często, że sztabowe pomieszczenia i przedziały w pociągu to jej kwaterunek.

Akcje OMEGI, bardziej społeczno-polityczne, nie były tak zuchwałe jak w przypadku innych organizacji. OMEGA jako tajna organizacja, zrzeszona w Polskim Państwie Podziemnym, głównie zajmowała się zbieraniem informacji o sytuacji w Warthelandzie i przygotowywaniem raportów sytuacyjnych na tenże temat. Zbierano wszystkie możliwe dane od szpiegów osadzonych w różnych miejscach strategicznych dla Niemców. Następnie należało to przekazać do zwierzchnictwa Związku Walki Zbrojnej.

Poza tym organizowano także tajne nauczanie dla dzieci i młodzieży oraz różne inne akcje wsparcia dla rodzin polskich i żydowskich. Działania dywersyjne na rzecz Niemców nie zaliczały się do głównego przedmiotu, ale przekazywanie informacji partyzantom już tak.

Helena została zaprzysiężona w styczniu 1941 roku. Była dumna ze swojej pracy konspiracyjnej, którą uważała za punkt honoru każdego obywatela Rzeczpospolitej Polskiej. Należała do młodego pokolenia Polaków, które znało tylko niepodległą ojczyznę. Wyrośli na opowieściach rodziców i dziadków o czasach zaborów i tragicznej walce o wolność. To tym bardziej motywowało do działania w jej obronie.

Swoim zadaniom poświęcała się bez reszty. Kosztem własnego życia prywatnego, które w czasie wojny i tak bardzo się zmieniło. Jej zadania były ściśle związane z rozpoczętymi przed wojną studiami na Uniwersytecie Poznańskim, a kontynuowanymi na UZZ4, na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. Poznawała tajniki wiedzy w Instytucie Geograficznym i Geologicznym. Dla organizacji zbierała i przekazywała materiały dotyczące rozmieszczenia oraz różnorakich zmian w wykonywanych przez Niemców przedsięwzięciach budowlanych, takich jak rozbudowa obozów, węzłów kolejowych, fabryk i innych temu podobnych. Wysyłano ją w teren, w konkretne miejsce, aby zbadała sprawę i przygotowała dokumentację. Z pomocą mikrofilmów i tego, co sama zapamiętała, rozrysowywała to w sztabie na rysunkach technicznych, nanosiła zmiany na mapach kartograficznych i opisywała w raportach sytuacyjnych, tak aby specjaliści od kryptologii mogli przekazać te informacje dalej. Była o tyle ceniona w tym fachu, że bardzo rzadko popełniała pomyłki, a jej doskonały niemiecki w żaden sposób nie zdradzał polskiego pochodzenia.

Ta jej biegłość w niemieckim nie miała sobie równych. Niektórzy dopatrywali się w tym jakiś koneksji, powiązań ze znienawidzonym narodem najeźdźcy. Prawda była zupełnie inna. Ojciec zawsze powtarzał, że – o ironio – najlepiej mu się handluje z Żydami i Niemcami.

Od Żyda kupię za bezcen, tak długo się będę targował! A Niemcowi wszystko wcisnę, i ten przepłaci! – mawiał.

Dlatego mała Helenka, Lenoczka, Lonia, jak wołała za nią matka, poza tym, że doskonaliła mowę polską, od najmłodszych lat miała niemiecką guwernantkę Kristinę, która szkoliła ją w mowie i piśmie, ucząc też powiedzonek, piosenek i związków frazeologicznych.

Helena szła przed siebie, upajając się widokiem znajomych, poznańskich ulic i miejsc. Gołębie wydziobywały okruszki i ziarenka ze szczelin pomiędzy wypukłościami bruku. Co chwila wzbijały się w górę, powodując spore zamieszanie. Ale ludzie, przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy, nie reagowali. Tylko czasami nieliczne piórka uwolnione z tej szamotaniny osiadały na płaszczach, bluzkach, garniturach i mundurach.

Jakiś mały chłopiec ciągnął matkę za rękaw i głośno krzyczał:

Ja też! Ja też!

Co też? – zapytała go matka.

– Też chcę tak latać – pokazał ręką w niebo.

Zatopiona w myślach, wśród gwary przechodniów i stukotu dorożek kierowała się do sztabu. Zbliżała się do cukierni „U Krause”. Z daleka było już czuć słodkie aromaty, wydobywające się z środka. Miejsce doprawdy wyjątkowe. Tak zwana poczekalnia OMEGI. Tu umawiano się na wstępne rozmowy i tu oczekiwano przyjęcia przez szefa. Oczywiście właściciel był „swój”. Jeśli był tam jakiś podsłuch, to tylko założony przez organizację. Cukiernia była całkiem nieźle zaopatrzona jak na czasy wojny (z przemytu rzecz jasna), poza tym bardzo przytulna. Naprawdę chciało się tam przebywać. Helena często, wykonując kolejne „zadania” w terenie, marzyła o gorącej kawie i niebiańskim serniku pana Krause. Smakołyki przygotowywane tutaj rozpływały się w ustach, uzależniając od tego miejsca raz na zawsze. Kto choć raz spróbował tych pyszności, zawsze wracał.

Przechodząc obok, zerknęła przez okno. Zauważyła w środku kilka osób. Właściciel ukłonił się jej, a ona dyskretnym skinieniem głowy odpowiedziała na ten ukłon. Nie miała zamiaru wchodzić – najpierw musiała się zameldować, że dotarła cała i zdrowa.

Ulga zacienionej ulicy, a potem już tylko przyjemny chłód murowanego wnętrza. Miejsce to ukryto przed niepożądanymi oczami na tyłach starej kamienicy, w której od frontu mieściło się Towarzystwo Przyjaciół Dziedzictwa Rzeszy okręgu Wartheland oraz państwowa kancelaria notarialna.

Odmeldowała się i czekała, bowiem okazało się, że Leszek, jej bezpośredni przełożony, jest zajęty i nie może jej przyjąć. Usiadła zmęczona na krześle, opierając nogi o drugie krzesło. Tu zawsze było tak samo. Jak zwykle unosił się lekki kurz, a dookoła panował rozgardiasz.

– Jakiś szwab u niego jest – mruknęła Irena, która była sekretarką Leszka. Zawsze wiedziała wszystko o wszystkich i wszystkim. – On jest jakiś nowy chyba – szepnęła – przynajmniej ja go wcześniej nie widziałam – dodała.

Helena z obojętnością wzruszyła ramionami. Stwierdziła, że nie ma sensu iść do domu, bo i tak za godzinę lub maksymalnie dwie szef przyśle po nią chłopca. Stwierdziła, że poczeka. Zaczęła żałować, że nie wstąpiła jednak do pana Krause.

– Idę trochę się odświeżyć – powiedziała zdawkowo do Ireny.

Jak na kancelarię notarialną przystało, była tutaj toaleta z prawdziwego zdarzenia, z ciepłą wodą i normalną spłuczką przy ubikacji. Helena zmoczyła twarz. Ten zabieg od razu poprawił samopoczucie. Wytarła w ręcznik twarz, dłonie i dekolt. Wyszła, gasząc za sobą światło i cicho zamykając drzwi.

Po powrocie do biura, które było schowane głęboko, jeszcze za archiwum, postanowiła rozłożyć mapy i zacząć pracować.

– Proszę przygotuj mi B1-8, K7 i K2-11 – powiedziała do sekretarki.

Irena bez zbędnych pytań zaczęła przeszukiwać stertę papierów w celu wydobycia właściwych map.

– Zapomniałabym powiedzieć! Wczoraj dostaliśmy sporo zdjęć lotniczych – zawołała sekretarka. – Pewnie od razu ci zlecą rozpoznanie i przygotowanie map. Ale to tak tylko informacyjnie ci mówię.

– W porządku – rzekła zdawkowo Helena, rozkładając przy tym puste kartki papieru na dużym dębowym stole stojącym pośrodku. – Po zakończeniu analizy z Kalisch będę miała trochę czasu.

Oj, chyba nie… – odparła na to z uśmiechem sekretarka. – Bo przecież… – zawiesiła głos. Zorientowała się, że chyba za dużo powiedziała.

Zaraz, zaraz, czy ty coś wiesz? To znaczy, czy wiesz coś, o czym ja powinnam wiedzieć? – zapytała podejrzliwie Helena z  chytrym uśmieszkiem.

Nic więcej ci nie powiem, bo mnie Leszek zabije. Wiesz, jak jest. To nic oficjalnego. Wszystkiego się pewnie wkrótce dowiesz sama.

Hm, więc dlatego – pomyślała – ostatnim razem, gdy rozmawiałam z Leszkiem, powiedział mi coś o zmianach. O tym, że są dobre dla wszystkich w tym fachu. Że rutynowe czynności mogą nas zabić… Nie wiedziałam, z czym to połączyć. Teraz już jasne… Szykuje coś dla mnie. Zapewne coś w stylu akcji ze współpracą – dalej analizowała sytuację. – Tak. Tak jak wtedy w Breslau5. Też się tak konspirował.

Rozłożyła przyniesione przez Irenę mapy na stole i zaczęła im się przyglądać. Chciała najpierw przeanalizować sytuację w Kalisch6, gdyż tam najwięcej się ostatnio wydarzyło. Trzeba było nanieść na mapę nowe budynki i dane o nich. Obóz koncentracyjny Kalisch-Ost był zapleczem dla firmy DAG Fabrik-Kalisch, która produkowała proch i amunicję. Kilka akcji dywersyjnych w tych rejonach niestety się nie powiodło, a obóz rozrastał się niepokojąco. Próbowała skupić się nad tą sprawą, ale cały czas jej myśli uciekały do zadanie, które szykuje dla niej Leszek.

H9 i D5, H9 i D5, H9 i D5 – ciągle powtarzała pod nosem. Palcami próbowała odnaleźć te punkty na mapie. H9 i D5, H9 i D5, H9 i D5, H9 i D5 – mamrotała, ale myśli ją rozpraszały. Jest! – powiedziała półgłosem i zakreśliła punkty na mapie. Wzięła kartkę i szkicowała budynek. Nagle otworzyły się drzwi od pokoju Leszka i słychać było niezbyt głośne, męskie głosy.

Also, bis Montag, Peter! – usłyszała po niemiecku głosem Leszka.

Genau, bis Montag! Auf Wiedersehen! – odparł ten drugi. Ona w tym samym momencie podniosła głowę, aby choć dyskretnie zerknąć, kim on jest.

Obaj mężczyźni spojrzeli na nią tak, jakby dopiero co ją dostrzegli. Leszek do niej mrugnął, natomiast ten drugi ukłonił się i wyraźnie ją obserwował. Helena udała, że tego nie widzi, i odwróciła się, próbując ponownie skupić się na pracy.

Auf Wiedersehen, Peter! – dodał na koniec Leszek.

Śmieszny, fircykowaty szwab w brązowym mundurku – pomyślała. Wygląda jak ci chłopcy z plakatów Hitlerjugend – tylko coś w nim było takiego zadziornego. Coś absorbowało. Intrygowało. Nie umiała tego określić. Oceniała go na trzydzieści kilka lat, może czterdzieści. Pomimo swojej wysokiej postawy i silnej budowy miał chłopięce spojrzenie, którym pewnie kupował kobiety. Ale nie przyjrzała mu się dokładnie. Nie zdążyła. Przez to, że tak dobitnie ściągnął na siebie jej uwagę, pomyślała, że to dobrze o nim nie świadczy. W mundurze Organizacji Todta tutaj? W naszej kwaterze? – zastanawiała się dalej. – Podejrzane…

Najbardziej zaniepokoił ją przyjacielski ton, jakim Leszek do niego mówił. A to oznaczało, że musi mu bardzo zależeć na tym kontakcie.

– Jesteś – usłyszała zza pleców. – Musimy porozmawiać – powiedział Leszek.

Tak jest – odparła bez wahania. – Mam wiele nowych informacji. Sądziłam, że będziesz wszystko chciał wiedzieć jak najprędzej, więc od razu tu przyszłam – dodała. – Zaczęłam już – ruchem ręki wskazała na mapę i szkic.

Dobrze, dobrze – mruknął Leszek. – Ale ja nie o tym chciałem – dodał szybko i nachylił się nad mapą ze szkicem budynku. Wyglądał, jakby na moment się tym wyraźnie zainteresował. Podniósł się nagle zamyślony. – Chodźmy – wydał komendę i ruszył do pokoju, w którym miał swój gabinet.

Było to małe pomieszczenie. Znajdowało się tam proste sosnowe biurko, dwa krzesła i regał biblioteczny zawalony dokumentami. Machnięciem ręki dał znać Irenie, aby nikt mu nie przeszkadzał. Prawą ręką wskazał Helenie krzesło naprzeciw swojego biurka, na którym oprócz lampki leżały przybory do pisania, puste kartki, a pośrodku stała popielniczka ze stosem niedopałków. Poza tym wszędzie, zarówno na biurku, podłodze jak i na krzesłach było sporo drobinek tytoniu wykruszonego przy paleniu oraz popiołu. Przywierały do rąk, ubrań i dokumentów.

– Jeśli chodzi o twoją misję w Kalisch to proszę, napisz mi szczegółowy raport i uzupełnij wszystko co trzeba – powiedział. – Nie kwestionuję, jest to ważne – dodał. – Jednak teraz zajmuję się przygotowaniem czegoś nowego – ściszył głos i nachylił się znad biurka w jej stronę. Sprawiał wrażenie jakby bał się, że ktoś niepowołany ich usłyszy. – Czegoś strategicznego dla nas wszystkich – dodał i spojrzał jej w oczy – dla ciebie przede wszystkim – podkreślił.

Nie rozumiem.

Zatem teraz słuchaj i staraj mi się nie przerywać. Pytania na koniec. Ale nie gwarantuję ci, że na wszystkie odpowiem – dodał z chytrym uśmiechem.

Leszek, a właściwie Leopold Kowal, był łysiejącym mężczyzną po pięćdziesiątce z małym wąsikiem i wielkimi, wyłupiastymi oczami. Przypominał żabę. Wielką żabę, a nawet ropuchę, z nieodłącznym papierosem w ustach. Gdy się tak zawadiacko uśmiechał, pokazywał rząd pożółkłych od tytoniu zębów. Jednak pomimo swej zgoła dziwacznej aparycji twardą ręką zarządzał OMEGĄ. Był bardzo stanowczy i obowiązkowy. Tego samego despotycznie wymagał od swoich podwładnych.

OMEGA działa głównie w Warthelandzie – zaczął powoli i z uwagą się jej przyglądał. – Czasami, co zresztą wiesz, wysyłamy ludzi na misje we współpracy z innymi organizacjami, należącymi tak jak my do struktur Armii Krajowej, a szczególnie Kedywu7. Generalnie wśród naszych współtowarzyszy mamy opinię statecznych, żeby nie powiedzieć nieskutecznych i opieszałych. Wkurza mnie to do granic wytrzymałości! Oni wszyscy myślą, że my tu siedzimy bezczynnie i pijemy wódkę z Niemcami! Misja, którą teraz planuję, może odmienić bieg tej wojny – mrugnął do niej porozumiewawczo – Także, co bardzo ważne dla nas, odmieni naszą pozycję wśród innych. A to będzie bardzo istotne w powojennym dzieleniu laurów i zasług. To jest szansa dla nas wszystkich – spojrzał badawczo na Helenę, czy rozumie. – Także dla ciebie – dodał dobitnie. – OT, czyli Organisation Todt. Czym się zajmują, to wiesz! To prawie twoi koledzy po fachu – mówiąc to, zaśmiał się dumny, że udał mu się ten żart. Helena spojrzała na niego zniesmaczona. – Budują to, co ty raportujesz: mosty, drogi, rezydencje najważniejszych ludzi w Rzeszy, nowe tajne kwatery, ośrodki dowodzenia, laboratoria badawcze, tajne fabryki, linie kolejowe, tamy wodne et cetera, et cetera. Inżynierowie, technicy, architekci, kartografowie. Są tam wszyscy! Pewnie zastanawiałaś się, skąd biorę informację, że tam gdzieś coś właśnie teraz się dzieje i masz jechać to zbadać – uśmiechnął się znów zadziornie.

Helena w istocie często zastanawiała się nad tym, bo informacje te dochodziły do niego bardzo szybko. Tłumaczyła to sobie rozległością macek OMEGI.

– Odpowiedź brzmi Oberbauleiter Peter Schultz – powiedział dumnie. – Nasz człowiek w samym sercu OT. Nigdy bym ci tego nie zdradził, gdyby nie obecne okoliczności. On często przekazuje nam wiele bardzo cennych informacji. To dzięki niemu wiemy, jak wielkie były straty po lipcowych nalotach Anglików na Hamburg8! Dzięki jego inwigilacji wiemy też, że Hitler ukrył Mussoliniego w Bawarii, w zamku Wittelsbachów! To właśnie on dostarcza nam informacji o wielkości produkcji przemysłu zbrojeniowego, bo jak mało kto ma do tego niemal bezpośredni dostęp. Jednak teraz szykuje się coś naprawdę wielkiego… Chłopak nie jest w stanie tak często, jak tego potrzebujemy, przekazywać nam wielu informacji. To zdecydowanie zbyt niebezpieczne. On jest naszym skarbem. Bardzo cenny. Bardzo! Musimy go chronić, ale także jak tylko to możliwe, należy z tego źródła jak najwięcej informacji wydobyć – spojrzał badawczo na Helenę. Ona zdawała się nieobecna. Patrzyła tępo w biurko. Był pewien, że go słucha. Znał ją na tyle, że wiedział to dokładnie. – Pan Schultz od kilku tygodni przebywa w miejscowości Landsberg am der Warthe9. Zanosi się na to, że będzie tam dłużej stacjonował. Dużo pracuje w sztabie i w domu, więc potrzebuje sekretarki. A że aktualnie i oficjalnie specyfiką jego pracy jest planowanie przestrzenne, analizy kartograficzne nadzór nad poszczególnymi projektami budowlanymi, to chyba jasne, kto został wytypowany na to stanowisko. Ty oczywiście, aby sprawa była jasna. Twój niemiecki jest na tyle doskonały, że planujemy cię zainstalować jako Niemkę. Tak, hmmm… – zamyślił się przez chwilę. – Tak by było najlepiej. Nie będzie wówczas żadnych podejrzeń. Zakwaterujesz się tam. Partyzantka z okolicy cię wspomoże. W tym czasie ukaże się w lokalnej gazecie ogłoszenie, że kancelaria Herr Oberbauleitera Schultza szuka sekretarki. Pójdziesz tam, a on cię przyjmie do pracy.

– A co jeśli… – zaczęła niepewnie, ale Leszek natychmiast jej przerwał.

Zaraz – warknął. Przyglądał jej się. Machinalnie wyciągnął papierosa ze srebrnej papierośnicy. Zapalił go i mocno się zaciągnął. – Będziesz pracowała jako sekretarka u Schultza – kontynuował. – A to oczywiście najłatwiejszy sposób dostępu do jego informacji i do tych, które on dla nas zdobędzie. Będzie ci mówił, co masz przygotować. W zależności od potrzeb, raz w tygodniu, czy raz na dwa lub trzy tygodnie będziesz się kontaktowała z kurierem. Przekażesz informacje, w formie dokumentów bądź szyfrogramem. Kontakt z kurierem odbywał się będzie w najbezpieczniejszym miejscu, czyli jakimś publicznym czy tam miejskim targu. Jakoś tak.

Tak jak ostatnio – szepnęła.

– Właśnie. Szczegóły dostaniesz przed odprawą. Scenariusz prosty: dajesz mu torbę, w której są dokumenty dla nas, a on podmienia ją i do drugiej wsypuje ci co trzeba. Stara, prosta, sprawdzona sztuczka. Jeśli będziesz potrzebowała kontaktu bezpośrednio ze mną, to naszym podstawowym szyfrem wyślesz depeszę – spojrzał na nią. Siedziała ciągle zamyślona w tej samej pozycji. – No i będziesz miała cały czas na oku tego naszego aryjskiego dżentelmena. Ufam mu, bo jeszcze nie było żadnych wątpliwości co do jego intencji, ale przezorny zawsze ubezpieczony. Jestem o tyle o niego spokojny, że pracuje dla nas dobrowolnie. Zacięty wróg nazistów. Nienawidzi Hitlera za ten fanatyzm, którym żywi ludzi. Nie płacimy mu ani grosza. Nie chciał. To dosłownie cud, że to właśnie nam udało się go zwerbować! Jest dla nas cenniejszy niż ktokolwiek inny. Istna kopalnia diamentów. I wierz mi, dziewczyno, że wcale nie przesadzam! Ale miej oczy szeroko otwarte i pilnuj go. Takich jak Schultz jest naprawdę niewielu – westchnął, gasząc papierosa. – A ty, moja droga Leno – zwykł ją tak po przyjacielsku nazywać, gdy chciał ją sobie zjednać – ty jesteś jednym z moich najlepszych ludzi! Najlepiej zorganizowanych i bardzo czujnych – dodał, chcąc ją trochę udobruchać. – Zaczynamy w środę. Kryptonim operacji: „Zeichnung”10. Teraz możesz pytać.

Aby ochronić tego twojego szwaba, mam nadstawiać własnego karku. Ja i jeszcze inne osoby, czy tak?

Leszek uśmiechnął się niepozornie, lecz nic jej na to nie odpowiedział. Tę zaczepkę Heleny należało uznać za niebyłą.

Rozumiem, kilku naszych za jednego twojego diamentowego szpiega! Pięknie – dodała z przekąsem, nie ukrywając irytacji.

Nie przesadzaj. Jego pseudonim to „Markus”. Jak już, to tak go nazywaj.

Po chwili milczenia spokojniej dodała:

Po przyjeździe do Landsbergu mam zamieszkać w hotelu i szukać mieszkania?

– Spędzisz jedną noc w hotelu. Nasi ludzie dają ci znać, które mieszkanie masz wynająć, bo to będzie sprawdzone. Pójdziesz obejrzeć mieszkanie tak, jakbyś szukała kolejny dzień z rzędu. Wynajmiesz je i sprawa załatwiona. Na miejscu nikt dokładnie nie będzie wiedział, kim jesteś i co robisz. Każdy jedynie tyle, ile będzie trzeba. Nikogo też nie wtajemniczaj w sprawę, chyba że zajdzie absolutna konieczność. Poza tobą i nim nikt nie będzie miał pełnej świadomości tego, co się dzieje. To twoje jedyne zabezpieczenie w razie wpadki z czyjejkolwiek strony.

– W porządku. A jak pójdę do niego w sprawie pracy, skąd on będzie wiedział, że to ja? Tam mogą być z dwa tuziny dziewcząt!

– „Markus” przebywa w tej chwili w Posen. Spotkałaś go, gdy wychodził tuż przed naszą rozmową – ruchem głowy wskazał na drzwi.

No tak – westchnęła niechętnie na wspomnienie mężczyzny w brunatnym mundurze OT.

Jest tu służbowo u Arthura Greisera11. Tajne zebranie na najwyższym szczeblu, OT na okręg Wartheland z potencjalnymi przemysłowcami. Są tam wszyscy ważni dla przemysłu z najbliższej okolicy. Nawet sam dr Röchling12 pofatygował się osobiście. Peter towarzyszy swojemu przełożonemu Eisatzgruppenführererowi Otto Heusingerowi. Zostają do poniedziałku. W poniedziałek nad ranem przybędzie tutaj, do mojego biura, i tu też się spotkacie. On cię pozna i w ten sposób będzie wiedział, że to ty. Proste – skwitował.

No tak – znów w ten sam sposób przytaknęła mu, jakby miała żal, że sama na to nie wpadła. – No to jak, Landsberg leży w okręgu Wartheland?

Nie, nie! Landsberg należy do wschodniej Brandenburgii. Uczestniczą w zebraniu ze względu na bliskość terytorialną i to, że trasa Berlin–Posen i Berlin–Warschau13 przebiega przez Landsberg. A Landsberg, jak się wkrótce sama przekonasz, to klucz. Poza tym Heusinger to prawa ręka Speera14. Darzy sympatią „Markusa”, więc jak jest w pobliżu, to zawsze go zabiera ze sobą.

– A jak długo planujesz mnie tam przetrzymać? – zapytała.

To się okaże. Musisz zebrać jak najwięcej informacji.

Wszystkich możliwych, czy masz coś konkretnie na myśli?

– „Markus” dostarcza nam wszystkich możliwych informacji, na jakie się natknie. Ma rozległe kontakty, dużo jeździ, więc sporo jest w stanie się dowiedzieć. W niedalekiej odległości od Landsbergu jest miejscowość Woldenberg15. Znajduje się tam ogromny obóz jeniecki O?ag II C Woldenberg. Niemcy zwożą tam jeńców ze wszystkich obozów w Rzeszy. Głównie to polscy oficerowie. Śmietanka polskiej armii. Liczba przybyszów się zwiększa. Chroni ich prawo wojenne. Ale naziści już dawno przestali przestrzegać wszelkich reguł… To jest dla nas w istocie bardzo ważne. Aktualizacja sytuacji w Woldenberg jest punktem zainteresowań najwyższego dowództwa. No, ale przyznam – na chwilę zawiesił głos i nieznacznie się uśmiechnął – nie tylko o to nam chodzi… Temat umocnień budowanych w okolicy przed trzydziestym dziewiątym to prawdziwa perełka. Cała reszta to jedynie dodatki wokół tego. Bo to tak naprawdę nasz punkt strategiczny: fortyfikacje wojskowe na łuku rzek Oder i Warthe. Są to stare, przedwojenne umocnienia i podziemne sztolnie. Z tego co wiemy, dość mocno zaniedbane. Jest wielce prawdopodobne, że zostanie tam wkrótce przeniesione jedno z tajnych laboratoriów, być może wespół z którąś z fabryk produkcyjnych. Ponoć Speer dogaduje się wstępnie z najważniejszymi producentami odnośnie pierwszeństwa przeniesienia się tam. Co do laboratorium, nie wiemy za wiele, ale na pewno mają takie plany. Szczególnie teraz, po tym, jak tyle co Brytyjczycy zrobili porządek w Hamburgu. Poza tym wysłano tam kupę specjalistów do sprawdzenia terenu i dodatkowy garnizon SS i gestapo.

– I to ma być takie strategiczne? Sam wiesz, ile tego typu miejsc jest w całej Rzeszy.

Nie, nie! Nie tylko to. Wyobraź sobie, że tam zaczną pracować nad czymś strategicznym, jak na przykład bomba o niespotykanej sile rażenia. Są ku temu dość wyraźne przesłanki. Zanim zaczną się prace, my poznamy dokładny plan tych fortyfikacji, jeszcze zanim przeniosą tam laboratoria lub fabryki. Czy ty zdajesz sobie sprawę, jakie to byłoby cenne dla nas? Będziesz w zasięgu informacji o najwyższej wadze, pracując z kimś, kto będzie w stanie ci to wszystko dostarczyć na tacy. Ten rejon to na razie najbardziej niemiecki i narodowy zakątek. A my musimy zdobyć jak najszybciej te ich pilnie strzeżone plany i jak najbardziej szczegółowe informacje o tym, nad czym pracują. Wyobraź sobie, że my to wszystko zdobywamy i przekazujemy naszym Sprzymierzonym16. Czy ty zdajesz sobie sprawę, jak to wpłynie na opinie o nas?

Nie przesadzasz? – zaśmiała się. – Nie dla opinii to robimy, ale dla niepodległości kraju.

– W końcu karta się odwróci i zaczniemy walczyć o swoje. To dzięki nam nasze wojska, przy wsparciu sprzymierzonych, będą wiedzieć, jak i dokładnie gdzie mają atakować – zaczął mocno gestykulować. – Nie dość, że podamy im jak na dłoni to wszystko, co się dzieje w laboratoriach, to jeszcze dostarczymy dokładny plan umocnień wojskowych. Ba! Tak, aby ich zaskoczyć i przebić się na Berlin! Zdobyć Berlin i wygrać wojnę! No i kto wtedy będzie się liczył w powojennym dzieleniu zasług?

No tak – Helena uśmiechnęła się pobłażliwie. – Na chwilę obecną to jest dość mało realne. Front jest bardzo, bardzo daleko stąd. Hitlerowi jest bliżej do Moskwy niż na powrót do Berlina! – dodała. Szczerze uważała, że ten cały plan jest trochę mało rzeczywisty. Samo ukrycie tajnych laboratoriów i fabryk pod ziemią było całkiem prawdopodobne, zresztą już praktykowane, ale powojenne wizje Leszka już nie. – Niestety wojna jeszcze trwa i nic nie zapowiada jej końca. A tym bardziej stworzenia frontu na starej granicy polsko-niemieckiej. Musisz więc poczekać z tymi zasługami dla nas. Więc co do planów umocnień wojskowych, to chyba na razie nic z tego, ale skoro ten twój Markus potwierdził plany laboratoriów czy fabryk, to zupełnie inna sprawa. Boję się, że nim zdążę się cokolwiek dowiedzieć, bomby sprzymierzonych rozwalą Landsberg, jak Hamburg.

– Spokojnie, Lena. Właśnie dlatego planują przenieść to tutaj. Widocznie miejsce, z którego to przeprowadzają, nie jest dość spokojne i bezpieczne. Tutaj nie dość, że pod ziemią, to jeszcze niemal pod samym Berlinem, w sercu germańskiej ziemi – poważnie kontynuował Leszek. – Powtarzam ci: te fortyfikacje są dla nas naprawdę wielką szansą. Twoim zadaniem jest zebrać jak najwięcej bieżących informacji i tak szybko, jak to możliwe, przesyłać je do nas. Raportuj wszystko: od tego, co aktualnie się dzieje w tych starych sztolniach po dane bardzo szczegółowe, tak aby można było sporządzić mapy. Informacje dotyczące Woldenberg też tego dotyczą oraz wszystko to, co Markus ci przekaże jako gotowe do nadania. Pamiętaj, że będziesz działała nie tylko dla OMEGI, ale dla interesu całego kraju! Twoja praca wzmocni naszą pozycję wśród innych organizacji, ale także pozycję Polaków na tle wojsk sprzymierzonych.

Nie zapomnę – odparła pokornie. – Powiedz coś więcej o samym mieście. Pokaż mi je.

W tym momencie Leszek odwrócił się do regału i wyciągnął z niego mapę. Wskazał miasto na zachód od Poznania.

Znajduje się w niedalekim sąsiedztwie tych fortyfikacji. Landsberg nad Wartą – wskazał na okolicę. – To jedno z tych ukochanych miejsc przez Hitlera. Piękna wizytówka germańskiego porządku i gospodarności! Miasto typowo kupieckie, w 95% niemieckie, silne i stawiane za wzór. Dodatkowo na ważnej trasie między Berlinem a Breslau. Resztę zobaczysz sama. Zostajesz tam oddelegowana bezterminowo. Jeśli zacznie się dziać coś niepokojącego, to cię zdejmiemy. Natomiast na razie przekazujesz wszystko, co się da. Jasne? – zapytał tonem, który nie wymagał odpowiedzi, gdyż oczywiste było, że teraz wszystko musiało już być zrozumiałe. – No a teraz idź do domu. Przygotuj raport z akcji w Kalisch, zrób porządek z mapami i odpocznij trochę. Do poniedziałku mamy jeszcze dwa dni. Złap oddech przed następną robotą.

Rozumiem – odpowiedziała zgaszonym głosem i równie zgaszonym beznamiętnie dodała: – Czy jednak nie może ktoś inny zamiast mnie…

– Dziewczyno, z mapami tak biegle pracuje jeszcze tylko „Adek”, a mężczyzna to chyba nie najlepszy kandydat na sekretarkę, co? Poza tym to rozkaz – patrzył przenikliwie na nią, co ona wyczuła i spuściła głowę z rezygnacją. – No to zbieraj się, mała, czasu coraz mniej.

Irka mówiła, że trzeba nowe mapy zrobić. Nie wszystkie, tylko niektóre wyglądają naprawdę pożal się Boże – dodała, jakby próbując coś jeszcze zmienić. – Szczególnie…

– W oparciu o twoje raporty przygotuje to „Berta” albo „Stach” – urwał jej w pół zdania, rozwiewając ostatnie nadzieje na odwleczenie akcji. – Nie martw się, damy sobie tu radę – uśmiechnął się nijako.

Wiedziała to doskonale. Jego dewizą było zdanie, że „nie ma ludzi niezastąpionych”. Dlatego wszystkich zmuszał do takiego sposobu pracy, że w razie wpadki czy jakiejś niespodziewanej sytuacji ktoś inny mógł przejąć zadania. Było to uciążliwe, ale również zrozumiałe dla wszystkich.

Jeszcze coś? – zapytał oschle.

Nie, chyba już wszystko jasne – odsunęła krzesło i wstała, kierując się w stronę drzwi.

– O drugiej nad ranem! – zawołał za nią.

– Dobrze… O drugiej, z niedzieli na poniedziałek – powtórzyła półgłosem. – Do widzenia.

Czas spotkania był świadomym wybiegiem Leszka. O drugiej nad ranem mężczyźni wracają z burdeli lub z hulaki w knajpach. Nikogo ciekawskiego nie powinno więc zdziwić, że Peter lub Helena gdzieś idą lub skądś wracają. W jej przypadku w ukryciu. W jego całkiem bezkarnie.

Wyszła pospiesznie, bo jasne było, że Leszek nie ma już nic więcej do powiedzenia, a i ona nie miała ochoty zostać tam ani chwili dłużej.

Wszystko w porządku? – zapytała Irena, widząc, że Helena wyraźnie zbladła po wyjściu od szefa.

– Tak, dziękuję. Do widzenia – powiedziała i nie czekając aż tamta jej odpowie, skierowała się do wyjścia.

Czuła się skonana po tej rozmowie. Była fizycznie zmęczona po powrocie z Kalisch. Ogrom informacji, jakie otrzymała od Leszka, kotłował się w jej głowie. Miała wrażenie, że zaraz oszaleje. Marzyła o tym, aby położyć się i odpocząć. Zdrzemnąć trochę, ukoić nerwy, które zostały wystawione na ciężką próbę.

Mam dziwne przeczucia – pomyślała, chociaż z zasady nigdy nie wierzyła w przesądy, przeczucia i sny. Zdawała się na zdrowy rozsądek swój i szefostwa. No i odrobinę szczęścia, bo tego nigdy za dużo.

Kierowała się szybkim krokiem na Albert-Kreis-Strasse, gdzie wynajmowała dwupokojowe mieszkanie u pewnego starszego wdowca. Przedstawiła mu swoje sfałszowane dokumenty, które poświadczały, że pracuje w piekarni. Dzięki temu uniknęła pytań o późne powroty do domu. Zresztą nie przebywała nigdy tam za długo, gdyż co trochę gdzieś ją wysyłano. Potem zawsze do późna i przez wiele dni pracowała w sztabie.

Natłok myśli nie dawał jej spokoju. Nigdy za długo nie przebywała poza obszarem Warthelandu, a tu miasteczko niemieckie, no i jakby nie było, zupełnie nowe zadanie. Cieszyła się tylko z tego, że będzie miała co robić, gdyż praca sekretarki na pewno będzie zajmująca, a potem jeszcze będzie trzeba przygotować materiały dla kuriera. Najgorsza byłaby nuda i rutyna w obcym mieście pośród zupełnie obcych ludzi wrogiego narodu. Cały czas miała nadzieję, że jednak niebawem uda się wrócić i że nie będzie musiała tam ślęczeć w nieskończoność. Już prawie cztery lata trwała wojna, która tak wiele złego uczyniła. Niemożliwe, że będzie trwała jeszcze kolejne cztery lata, albo i dłużej. Iskrzyła się w niej nadzieja na rychły powrót i normalizację sytuacji.



SPOTKANIE

Dochodziła północ. Zegar stojący na szafie w pokoju miał mechanizm, który bardzo głośno chodził. Kolejne ruchy wahadła doprowadziły do dwunastokrotnego bimbania. Helena kończyła raport sytuacyjny z Kalisch. Wszystkie szkice były już gotowe i ponumerowane. Doszła do wniosku, że jak tylko skończy pracę, to odświeży się, ubierze i wyjdzie. Musiała ubrać się w ciemne kolory, bo one pod osłoną nocy nie zdradzają. Planowała wyjść sporo wcześniej.

Lepiej być wcześniej, niż się spóźnić – myślała. W duchu nienawidziła spóźnialstwa. Traktowała je na równi z ignorancją osoby, która czeka na spotkanie. Czas wojny jednak nieco zweryfikował jej nastawienie. Często zdarzało się, że ludzie spóźniali się z przyczyn niezależnych od siebie lub wcale nie docierali na spotkania.

Pamiętała, że musi przedstawić materiały z Kalisch Leszkowi. Nie obiecywała sobie za wiele po spotkaniu z „Markusem”. Bardzo starała się wyprzeć w myślach różne, inne nieprzyjemne określenia na jego osobę. Nie podobało się jej, że musi nadstawiać karku za Niemca, dodatkowo jeszcze tak wysoko postawionego. Była pewna, że jego niechęć do nazizmu jest tylko powierzchowna i że musiał nieźle się wsławić, skoro tak wysoko zaszedł.

Może ma wyrzuty sumienia za jakieś okrutne zbrodnie… Wszyscy wiedzą, że oni idą po trupach, polskich, żydowskich i swoich także – dumała. Zamierzała wyraźnie dać mu do zrozumienia, co o całej akcji sądzi, bez względu na to, czy będzie miał zamiar to dalej przekazać, czy też nie. A może… – jak mogła na to nie wpaść wcześniej. Właśnie… A może uda mi się dowieść tego, że jest on niewiarygodny. Wówczas Leszek na pewno mnie zdejmie w obawie przed dekonspiracją! – westchnęła sama do siebie. Bardzo ucieszyła się z tego pomysłu i postanowiła zrobić wszystko, aby go wprowadzić w życie. Niemożliwe przecież, że jest on tak niezbędny – pomyślała z wyrzutami sumienia, bo przecież mogła się mylić. Nie chodzi przecież o brak obiektywizmu, a jedynie o brak zaufania do niego – tłumaczyła sobie w myślach. Każdy jego błąd, choćby najmniejszy, będę meldować. Nie umknie mojej uwadze nic z tego, co robi!

Zegar wskazywał pierwszą. Pakowała raporty i szkice. Przezornie włożyła je w podwójne dno materiałowej torby, a wnętrze torby wypełniła bułkami, które miała w domu od piątku. Czerstwe co prawda, ale zawsze lepsze to niż nic w razie kontroli. Jeszcze papiery z piekarni na wszelki wypadek i w drogę.

Wymknęła się po cichutku z mieszkania i szybkim krokiem, lecz czujnie, w ukryciu, w cieniu kamienic i bram, przemykała w stronę kwatery głównej OMEGI. Trwała godzina policyjna, lecz z racji niedzieli i pięknej, ciepłej nocy było wszędzie bardzo głośno. W dali zauważyła niemiecki patrol, jednak mężczyźni byli zbyt zajęci rozmową, aby zauważyć w oddali postać Heleny. Po mieście kręciło się sporo pijanych żołnierzy, a chichot dziewcząt był słyszalny w okolicach każdej knajpki, których okna i drzwi były pootwierane na oścież. Noc była przyjemnie chłodna w stosunku do dziennych upałów. Delikatny wiaterek smagał twarz Heleny, tak że w pewnym momencie zrobiło jej się chłodno. Wtuliła się w swój popielaty wełniany sweter i przyspieszyła kroku.

W końcu bezpiecznie dotarła na miejsce. Weszła do tak doskonale znajomego budynku. Cisza i ciemność wokół absolutnie nie zdradzały tego, co się działo wewnątrz. Ireny nie było. Leszek siedział sam w swoim biurze przy lampie naftowej, aby nie robić niepotrzebnego zamieszania z prądem.

– Dobry wieczór albo dzień dobry – powiedziała do niego zadziornie, przerzucając sweter przez oparcie krzesła. – Sama nie wiem, która forma o tej porze jest poprawniejsza – zażartowała.

– Witaj. Cieszę się, że o tej godzinie humor cię nie opuszcza – odpowiedział.

– Oto raport i szkice z ostatniej wyprawy do Kalisch.

– Tak, tak. Przejrzę to, jak tylko uporam się z przygotowaniem akcji „Zeichnung” – odparł, biorąc od niej dokumenty. – Słuchaj Lena, mam nadzieję, że wszystko sobie przemyślałaś i odpowiednio zaplanowałaś.

– Tak, powiedzmy, że tak. Oczywiście zrobię jak zawsze – podkreśliła dobitnie ostatnie słowo – wszystko, co w mojej mocy, aby akcja przebiegła sprawnie i bez zarzutu. Jestem na służbie i to jest mój obowiązek. Ślubowałam wypełniać rozkazy nawet z narażeniem własnego życia. Zatem rozkaz otrzymany od ciebie wypełnię! Jednak nie zmieni to mojego zdania o całej sprawie. Ostateczne decyzje podejmujesz ty i twoi przełożeni. Więc ja się w to nie mieszam i – spojrzała mu prosto w oczy – pozostawiam waszemu sumieniu kwestię wartościowania życia kilku lojalnych, naszych ludzi a jednego szw… syna nazizmu!

– Nie chcę z tobą o tym dyskutować. Naprawdę rozumiem twoją… – odpowiedział Leszek. Nagle rozległo się głośne: – Dobri wieczor.

Leszek i Helena podnieśli głowy i ujrzeli w drzwiach Petera Schultza. Nie było wiadomo, czy słyszał ich rozmowę, bo nie wiadomo, czy wszedł od razu, czy stał i słuchał, aby potem im przerwać. Stał tak w wejściu, w służbowym mundurze, który przy słabym świetle wydawał się czarny, a nie brunatny. Odbijała się tylko opaska na jego ramieniu – swastyka na czerwonym tle, a nad nią napis na białym tle „Org. Todt”.

Leszek szybko odnalazł się w nowej sytuacji. Ostatecznie, nawet jeśli ten Niemiec słyszał rozmowę, to raczej nie powinien jej zrozumieć.

– Guten Abend, Peter – powiedział po niemiecku. – Widzę, że twój polski jest coraz lepszy. Jeszcze trochę, to będziesz nam szyfrogramy przesyłał – uśmiechnął się do niego i podał mu rękę na powitanie. – Cel naszego spotkania jest jasny. Przedstawiam ci pannę Helenę Słodzińską, twoją nową sekretarkę – uśmiechnął się w stronę Heleny, która stała, nieporuszona całą sprawą. – Helena będzie miała dokumenty wystawione na nazwisko Linchien Kraft. To czyste papiery, którymi posługiwała się wcześniej.

– Witam panią – ukłonił się w jej kierunku. – Myśmy się chyba wcześniej tutaj spotkali – zagadnął Peter.

– Witam – uniosła usta w skromnym uśmiechu. – Niestety, wybaczy pan, ale nie przypominam sobie – oficjalnie odpowiedziała Helena. – Tak wiele osób tu się przewija, że sam pan rozumie.

– Papierosa? – zapytał Leszek, wyciągając papierośnicę w stronę Heleny, a potem Petera.

– Nie, dziękuję – odpowiedziała Helena. Peter skinął głową, biorąc papierosa i zapalając go.

– Pani akcent… Jestem pod wrażeniem… – powiedział, wydmuchując ustami dym papierosowy. – To bardzo duży atut w naszej misji.

– Dziękuję – znów obdarzyła go powściągliwym uśmiechem. – Jednak wiadomo, że to nie o mój język czy akcent chodzi, lecz o inne priorytety – odparła. – Mam nadzieję, że w piątek mnie pan rozpozna wśród pozostałych kandydatek.

– Oczywiście, bez problemu – powiedział nonszalancko.

Wiedział już, że na pewno ją rozpozna. Była tak wyróżniająca się, że nie sposób było przejść obok niej obojętnie. Przyciągała jego spojrzenie. Zupełnie tak jak ostatnim razem, gdy ją zauważył zerkającą znad stosu dokumentów. Nie był tylko pewien, czy wszyscy mieli takie odczucia wobec tej zimnej i wyniosłej Polki, czy tylko on. Podobała mu się wizualnie, tak jak kobieta podoba się mężczyźnie. Przyglądał się dyskretnie jej posturze, temu jak się porusza i jak mówi, tak aby każdy szczegół zapamiętać bardzo dokładnie. Wręcz wyuczyć się na pamięć. Była wysoka, smukła i bardzo kobieca. Nosiła dumnie uniesioną twarz. Podobało mu się jej wcięcie w talii, które podkreślała letnia sukienka przewiązana w pasie. Jego myśli zaczęły krążyć wokół niej. Oderwał się na chwilę od tego, o czym mówił w tym momencie Leszek, który z zaabsorbowaniem opisywał cele akcji. Wyobraźnia podpowiadała Peterowi, jakie piękne i ponętne może być jej ciało. Myślał o tym, jak wspaniale by było zamienić się rolą z jej krawcem i móc jej dotykać chociaż przez krótką chwilę. No i ta twarz.

Zjawiskowa – pomyślał. Nie jakaś tam wypudrowana kokietka o idealnej urodzie, lecz ładna w swej prostocie: włosy w kolorze kawy z mlekiem luźno spięte z tyłu, wysokie czoło, na które opadały niesforne kosmyki, mały, zgrabny nosek, duże, piękne, brązowe oczy ze zmarszczkami dookoła i drobne, wąskie usta, które podobnie jak oczy miały drobne zmarszczki w kącikach. Zdradzały ją. Pod tą zimną i wyniosłą maską kryła się pogodna, a może nawet radosna istota. Domyślał się, że miała zniewalający uśmiech. Miał nadzieję, że uda mu się ją przekonać do siebie. Wiedział, że jak mają współpracować, i to przez dłuższy czas, to należy nawiązać chociażby zdrowe koleżeńskie kontakty. Nie chciał karmić się fantazjami na jej temat. Bardzo mu się podobała, ale zdawał sobie sprawę, że najważniejsza jest praca. Niestety, wiedział też, co ona sądzi o całej akcji. Leszek mówił, że może być różnie, szczególnie z początku. Opowiadał, że jest jednym z jego najlepszych ludzi. Odważna, niezależna, wyszła z niejednych tarapatów obronną ręką i zawsze można na niej polegać. No, ale wspomniał też o jej dość cierpkim usposobieniu wobec nowych osób, dokładniej Niemców, nazistów. Peter nie zrażał się tym, mając nadzieję, że uda mu się przekonać ją do siebie i całej sprawy. No, ale po tym, co dziś usłyszał, chwilowo zwątpił. Zdecydował, że postara się wyjaśnić jej całą sytuację na spokojnie, już na miejscu w Landsbergu. Na ten moment nie było innego wyjścia.

– Jeśli to wszystko – spojrzała badawczo na Leszka, który skinął jej głową – jeśli to wszystko – powtórzyła – to panowie pozwolą, że ja się odmelduję i wrócę do domu. Dobranoc.

Wyszła. Mężczyźni odprowadzili ją wzrokiem. Peter wyglądał tak, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz chyba nie mógł się na to zdecydować. Ukłonił się tylko, gdy przechodziła obok, co ona zupełnie zignorowała.

W południe Leszek wyszedł spokojnym krokiem w stronę parku. Pod pachą trzymał gazetę, na nosie miał okulary. Z kieszeni na piersi marynarki wystawała mu niebieska chusteczka. Miały to być jego znaki rozpoznawcze dla agenta, którego oczekiwał, a z którym nigdy wcześniej się nie spotkał.

Przechadzał się po parku wolnym dostojnym krokiem i od niechcenia rozglądał się dookoła.

– Witaj – usłyszał zza pleców damski głos. – Już myślałam, że nie przyjdziesz. Chodźmy, najdroższy! – mówiąc to, kobieta pocałowała go w policzek i chwyciła pod rękę.

Leszek był zaskoczony, ale bardzo starał się maskować swoje zdziwienie. Kobieta trzymając go pod rękę, mocno się w niego wtuliła. On próbując się odnaleźć w nowej sytuacji, otoczył ją ramieniem. Poczuł silną falę jej perfum. Odurzała. Doprawdy, wyglądali razem jak para kochanków. I oto chodziło.

Zauważył, że była bardzo odważnie ubrana. Dziewczyny, które znał, tak się nie ubierały. Głęboki dekolt bluzki, wąska spódnica z długim rozcięciem. Wyglądała bardzo wyzywająco. Ruszyli w stronę kawiarni na rogu Hermann-Göring-Strasse.

– Nie wiedziałem, że przyjdzie kobieta – zaczął powoli. – Nie chcę pani nic ujmować, ale spodziewałem się mężczyzny.

– Mój pseudonim to „Natalia”. W skrócie Nana – zaczęła po polsku, spokojnym tonem, jakby nie słyszała jego wcześniejszego pytania. – Pan jest Leszek. Wiem, nie musi pan nic mówić. Proszę zachowywać się naturalnie. Jesteśmy obserwowani. Kilka osób w pobliżu pilnuje mojego bezpieczeństwa – powiedziała szeptem, chcąc jakby go znów pocałować w policzek. Weszli do kawiarni. Poprosili o herbatę i udając zakochanych, patrzyli na siebie, co jakiś czas słodko się do siebie uśmiechając.

– Będziemy się rzadko spotykać. Jeśli już, to zawsze tutaj. Jak będzie pan potrzebował się ze mną spotkać, proszę pod tym adresem zapytać o Zoję. Następnego dnia, punktualnie o dziesiątej rano, spotkamy się tutaj. Jasne?

– Tak.

– Co pan dla mnie ma?

– Sarna w terenie.

– Bardzo dobrze. Kiedy można się czegoś spodziewać?

– Myślę, że wkrótce.

– Wie pan, że to walka o własną skórę – bardziej stwierdziła niż zapytała.

– Jak mógłbym zapomnieć.

– Zatem pilnie oczekujemy na pierwsze informacje. Zobaczymy co potem. Proszę zaraz po mnie nie wychodzić, ale trochę odczekać dobrze? – wstała, podeszła do niego pocałowała go w usta. – Do zobaczenia – powiedziała głośno i machnęła ręką.

Nie obejrzał się za nią. Odczekał kilka minut. Zapłacił za herbatę i wyszedł spokojnie, kierując się do kancelarii.



LANDSBERG
AM DER WARTHE

Pociąg ruszył w stronę Berlina. Helena znów znalazła się sama na peronie. Stała bezradnie. Przyglądała się oddalającym wagonom i nie umiała zebrać myśli. Musiała wydostać się z dworca, na którym kręciło się tak wielu ludzi. Wyszła na ulicę i spojrzała za siebie. Na budynku widniał wielki napis „Hauptbahnhof”17, a nad nim powiewała ogromna ?aga Rzeszy. Dookoła panował czysto niemiecki porządek. Świat się tu zatrzymał w miejscu. Poza hitlerowskimi ?agami wszystko inne wyglądało tak, jakby wojny w ogóle nie było. Ludzie uśmiechnięci, skorzy do pomocy i ten dobrobyt widoczny na każdej ulicy, na każdym skwerku. Zadbane trawniki, odchwaszczone dywany kolorowych kwiatów, równo przycięte krzewy, doskonale zaopatrzone sklepy, pełne życia i gwaru kawiarnie, herbaciarnie i restauracje. Dosłownie inny świat, inna kraina.

Przed przyjazdem tu dowiedziała się, że jest to miasto kupieckie, z ogromnymi tradycjami. Jednak w niezwykle wyważony sposób mieszała się tu tradycja kupiecka z nowoczesnością. W związku z umocnieniami komunikacji Berlin–Breslau i Berlin–Warschau przybyło tu wielu żołnierzy, których wcześniej ta miejscowość, jak można mniemać, nie widziała.

Z dwoma walizkami w dłoniach, Helena dotarła do hotelu „Weinberg” przy Adolf-Hitler-Strasse. W długim poszukiwaniu umówionego hotelu okazało się, że mieszkańcy posługiwali się wcześniejszą nazwą tej ulicy, czyli Richtstrasse. Szczęśliwie odnalazła hotel po jego nazwie.

Weszła do holu hotelowego. Na wprost dużych wejściowych drzwi mieściła się recepcja.

– Dzień dobry. Mam rezerwację pokoju na jedną noc. Od dziś do jutra na nazwisko Kraft – powiedziała z uśmiechem do recepcjonisty.

– Oczywiście, już sprawdzam. A tak, rzeczywiście, jest rezerwacja dla Frau Kraft.

– Fräulein Kraft – poprawiła Helena z uśmiechem.

– Tak, tak przepraszam – odparł zakłopotany. – Oczywiście. Już prowadzę do pokoju – skierował się na prawo od recepcji korytarzem, a potem na pierwsze piętro. – Szkoda, że panna tylko na jedną noc przyjechała. Pewnie tylko przejazdem, co? – zagadnął. – W najbliższą sobotę odbędzie się wyśmienity koncert wiolonczelistów. Z Monachium – podkreślił.

– O! – żywo zareagowała Helena, udając zainteresowanie. – Jaka szkoda – dodała. – Koncert odbędzie się tutaj, w hotelu?

– Tak. Mamy tu salę koncertowo-teatralną i restaurację. Jesteśmy na miejscu – powiedział, otwierając jej drzwi i wnosząc dwie walizki. – Oto klucz. Życzę miłego pobytu.

– Dziękuję bardzo – odpowiedziała Helena, dając mu skromny napiwek i nie zagadując więcej.

Rozejrzała się po pokoju. Był skromny, czysty i na swój sposób urokliwy. Unosił się w nim delikatny zapach wilgoci, pomieszany z zapachem świeżo upranej i wykrochmalonej pościeli. Po prawej stronie stało łóżko, naprzeciw był stolik i dwa krzesła oraz wejście do skromnej toalety. Umyła się i rozpakowała.

Chciała najpierw trochę się zdrzemnąć. Czekały ją ciężkie dni. Następnego dnia rano musiała się stąd wyprowadzić i odnaleźć mieszkanie, które jej przygotowano. Postanowiła odpocząć.

Mieszkanie przy Boehnstrasse mieściło się w dużej kamienicy, którą zamieszkiwało siedem rodzin. Lokum Heleny składało się z jednego pokoju, kuchni i łazienki. Bardzo się cieszyła, gdyż jak się okazało, niektóre z mieszkań w tym domu nie miały osobnych łazienek i lokatorzy korzystali z łazienki komunalnej na dolnym piętrze.

Wnętrze było skromnie umeblowane. W tej sytuacji nic więcej tak naprawdę nie potrzebowała. Nie miała wielkich wymagań. Chodziło tylko o miejsce do spania, jakiś kąt na ubrania, stół, krzesło. To, co tam zastała, w zupełności jej wystarczało.

Na Boehnstrasse był przystanek. Całe miasto oplatały linie tramwajowe. Zupełnie jak nitki wielkiej, rozległej pajęczyny. Znacznie ułatwiało to komunikację. Poza tym jeździły dorożki, więc tam, gdzie tramwaj nie dojeżdżał, spokojnie można było dojechać dorożką.

Poprzedniego dnia ktoś wetknął jej gazetę pod drzwi. Otworzyła ją i znalazła najważniejsze dla niej ogłoszenie o wolnej posadzie u OT Oberbauleitera Petera Schultza. Dziś o dziewiątej rano musiała stawić się na Mauerstrasse 8. Wiedziała już, że nie dotrze tam tramwajem, gdyż na samą Mauerstrasse tramwaje nie dojeżdżały. Tyle zdążyła się dowiedzieć. Postanowiła dojechać tramwajem na pobliską Frederikstrasse i resztę drogi pokonać na pieszo.

Peter właśnie kończył śniadanie w salonie. Złożył sztućce w poprzek talerza i obtarł serwetką usta. Wziął filiżankę i napił się dobrej, mocnej kawy. Takiej, jaką lubił najbardziej. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o dzisiejszym dniu. W tym samym momencie zadzwonił telefon.

– Pan burmistrz do pana – oświadczył ordynans.

– Dziękuję, Albercie – mruknął i ruszył w stronę telefonu. Zastanawiał się, o co mogło mu chodzić tak wcześnie rano. – Halo, halo, panie burmistrzu! Dzień dobry.

– Dzień dobry, panie Schultz. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam zanadto, ale mam istotną do pana sprawę. Wczoraj z małżonką pospacerowaliśmy trochę po tym naszym pięknym mieście i natchnęła mnie pewna myśl.

– Słucham z niecierpliwością – zachęcał go Peter, przewracając ze znudzenia oczami.

– Landsberg to takie piękne miasto, takie śliczne, no i germańskie. Pewne sprawy by trzeba tu definitywnie załatwić.

– Mianowicie?

– Kwestia żydostwa. W mieście jest kilka takich miejsc, które można by pięknie zagospodarować. Weźmy na przykład cmentarz. Stary żydowski cmentarz. Wiesz pan, ile tam hektarów jest?! Chyba ze cztery albo pięć nawet! I ja to widzę tak: wszystko zaorać, porządek zrobić i ogród botaniczny tam urządzić. Takie rzeczy to cieszą oczy, a nie żydostwo. W końcu cała Rzesza z nimi robi Endlösung18, to i Landsberg zrobi! No i jeszcze ta synagoga. Straszy normalnie. Mieli ją spalić do cna, a tu połowa zawaleniem teraz grozi. Tam widzę basen, pływalnię na przykład. Ale sam tego nie zrobię. Ludzi nie mam… A pan ma od tego specjalistów, materiały i sprzęt.

Nastała chwila ciszy. Peter był zszokowany pomysłem burmistrza. Musiał szybko zebrać myśli i coś rzeczowego odpowiedzieć.

– To nie takie proste, proszę pana – powiedział wolno. – Nie takie proste. Moi ludzie mają co robić. Tyle zadań mamy tu na okolicę, że aż strach.

– To jak to, nic z tego? – zapytał przejęty burmistrz.

– Nie wiem, trudno mi cokolwiek obiecać.

– Niech mi pan powie, od kogo to zależy, i będę interweniował! – ostro oświadczył burmistrz.

– Spokojnie. Zależy to tylko ode mnie. Ale nie mam aż tylu ludzi, aby teraz już ich tam wysłać. Obiecuję panu, że postaram się tym wkrótce zająć. W najbliższym czasie wyślę tam paru chłopców, aby zrobili pomiary i szkice. Na razie kopiemy w tylu miejscach, że myślę, że do wiosny z tym nie damy rady. Póki pogoda dopisuje, chcemy nadgonić jak najwięcej. Zobaczymy później – starał się go zbyć Peter. To, czego domagał się od niego burmistrz, było niezgodne z zasadami moralnymi Petera.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com