Spijając filiżankami słońce - Magdalena Starzycka - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 269 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Spijając filiżankami słońce - Magdalena Starzycka

Fascynujący obraz Portugalii oglądanej oczami Polki, która trafia w ten pełen słońca i radości kraj wprost ze zgrzebnej socjalistycznej Polski. Niezwykłe jest wszystko: pojedynczy ludzie, stosunki społeczne, klimat i przyroda, a także tradycje pochodzące z głębokiej przeszłości i ciągle kultywowane, szczególnie mocno związane z historią odkryć geograficznych i z dawnymi koloniami afrykańskimi.

Bo Portugalia to nie tylko kraj na końcu Europy, to także brama do nowego świata.

Powieść pełna słońca, smaków i zapachów. Pełna dobrej energii ludzkiej.

Opinie o ebooku Spijając filiżankami słońce - Magdalena Starzycka

Fragment ebooka Spijając filiżankami słońce - Magdalena Starzycka





Słyszał rytmiczny chrzęst żwiru pod własnymi stopami. Szedł dróżką parkową, która pięła się w górę. Zbliżał się do szczytu. Wiedział, że za chwilę będzie podziwiać widok, którym nigdy nie mógł się dostatecznie nasycić. Wchodził na wzgórze Parku Edwarda VII. Nazwa tego, francuskiego w stylu, ogrodu, upamiętniała brytyjskiego monarchę, który odwiedził Lizbonę w początkach dwudziestego wieku. Rozciągająca się stąd panorama doskonale uwydatniała urodę miasta z widocznymi śladami, pozostałymi po czasach świetności dawnej metropolii wielkiego imperium.

„Tak mogłaby zaczynać się powieść, którą kiedyś napiszę” – pomyślałem. Stałem na szczycie pomiędzy dwoma potężnymi pylonami, wzniesionymi ongiś po to, żeby wyznaczały teren dla majestatycznych gości, przed którymi defilowało wojsko w paradnych strojach. Byłem tu teraz sam i delektowałem się widokiem.

U moich stóp rozpościerał się dywan z geometrycznym wzorem trawników, schodzący w dół, aż do pomnika markiza Pombala. Ten, na wysokim cokole, zwrócony był w stronę Tagu i patrzył na palmy stojące w dwuszeregu w alei oraz na swoje dzieło – klasycystyczne śródmieście poniżej, odbudowane z jego inicjatywy po trzęsieniu ziemi. Za tym wszystkim – błękit Tagu przechodzący w niebo na horyzoncie.

Był czerwiec, a wtedy Lizbona jest zielono-fioletowa. Tu i tam fioletowe plamy kwiatów na klombach i tutejszej akacji jacaranda. Zestawienie błękitu nieba i fioletu kwiatów jest niezwykłe. Kiedy się stoi pod takim drzewem i patrzy w górę, doznaje się wrażenia, że to nasze krokusy zrobiły sobie łąkę z nieba.

Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać widoku z góry parkowej Eduarda VII, spłaszcza perspektywę i nie przekazuje głębi ani nie daje możliwości dostrzeżenia szczegółów przesuwającym się spojrzeniem. Kiedy obserwuje się stąd panoramę, wzrok zatrzymuje się na otwartych wachlarzach palm, które, jakby spragnione, maszerują do wody. Widz czuje się jak na lotni.

Lotni? Nie, ze względu na miejsce i historię trzeba przywołać passarolę. Maszynę do latania, żmudnie konstruowaną przez Bartolomeu Gusmao, którą opisał José Saramago w powieści Baltazar i Blimunda. Postać konstruktora i jego dzieło mieszczą się w realnej historii i notuje to encyklopedia portugalska, niemniej maszyna latała jedynie w fikcji José Saramago.

Szedłem tak, myśląc o tym, co tutejsze, co wiązało się z lekturami Saramago i Pessoi, pejzażami odmiennymi od znanych, i o własnych losach, które zaniosły mnie aż tu, na skraj Europy, nad brzeg Oceanu Atlantyckiego – i nie mogłem się pozbyć, poza oszołomieniem, poczucia własnej kruchości, którą rządzi jakaś potężna siła: wiatry historii, Bóg albo ktoś w rodzaju Guliwera, bawiącego się mną jak robaczkiem, przesuwanym dla zabawy z miejsca na miejsce. Kimkolwiek byłby ten Guliwer, odczuwałem jego opiekuńczą przychylność.

Pracowałem na Uniwersytecie Lizbońskim i przeżywałem fascynacje Portugalią, jej kulturą, językiem, ludźmi. Obserwując to, co odmienne, mogłem powiedzieć za Pessoą (oczywiście, znając miarę, bo on wydawał mi się jednym z najważniejszych pisarzy świata): „zawsze będę z rua dos Douradores, tak jak cała ludzkość. Zawsze będę – wierszem lub prozą – biurowym urzędnikiem”, wstawiając zamiast dos Douradores – Piotrkowską i zamiast biurowego urzędnika – nauczyciela. Nie ucieknie się od swego miejsca i losu! Dodawałem jeszcze – i zawsze będę synem Jana. W jakiej części mojego „ja” odnajdę jego upór, wiarę, a w końcu odwagę? Choć jego działania – wiedziałem – były bezsensowne, a ze względu na absurdalny cel, nadawały ojcu rysy tragizmu. Tak go postrzegałem – jako ludowego Don Kichota bez miecza, giermka i konia.

Już go nie było. Od czasu zawału w trudnym roku 1968 stawał się coraz bardziej zagubiony i bezradny w świecie, z którego coraz mniej pojmował, wszystko wydawało mu się nieprawdopodobnie pokomplikowane. Co innego dawniej, po wojnie w 1945 roku, kiedy życie było jasne i zrozumiałe – jak myślał. Szok zawału serca i obcość świata, w którym przyszło mu żyć dalej, zwielokrotniły kłopoty z pamięcią.

Ja, spacerując tu nieraz po plaży, którą widziałem jako cienką linię, oddzielającą ląd Europy od wód oceanu na szkolnej mapie (wpatrywałem się w nią z pilnością w latach chłopięcych) przyglądałem się teraz swojemu życiu i rozpamiętywałem postać starego ojca. Starałem się pomóc mu się odnaleźć, gdy pojawiły się kłopoty z pamięcią, proponowałem zapiski w kalendarzu i na karteczkach, ale wszystko na nic. Wyizolowanie postępowało, było nieuchronne. Ojciec rozumiał, co do niego mówiono, co płynęło z radia, telewizji, ale bardzo szybko o wszystkim zapominał.

Kiedy zachorowała matka i musiała iść do szpitala, wziąłem ojca do siebie i czuwałem nad nim razem z Moniką. Nasz dziesięcioletni syn Maciek ustąpił pokój dziadkowi. Wtedy codziennie rano powtarzała się ta sama scena. Ojciec, słysząc pracę mojej golarki, zaglądał do łazienki i mówił:

– O, już wstałeś, tak wcześnie?

– Tak, spieszę się do pracy.

– To ty pracujesz? – pytał ze szczerym zdumieniem.

– Tak, pracuję.

– A gdzie ty pracujesz?

– Na uniwersytecie.

– Ho, ho! Na uniwersytecie! Nie wiedziałem… Dlaczego nie wiedziałem?

I tak codziennie. Czasem ojciec zaskakiwał. Któregoś dnia usiadłem naprzeciwko niego w fotelu i powiedziałem:

– Nie mówiliśmy ci, nie chcieliśmy cię niepokoić. Mama była operowana wczoraj, ale jest już wszystko w porządku. Jest dobrze. Lekarze mówią, że nie przewidują żadnych komplikacji. Zdrowieje.

Zobaczyłem zaskoczenie w spojrzeniu ojca i przestrach bezradnego dziecka. Oczy mu się zaszkliły, na ubranie spadały grube krople łez. Matka stanowiła dla niego jedyne i niezastąpione pośrednictwo w kontakcie ze światem. To wiedział i pamiętał dobrze. Tego nie zapominał.

Obrazy z przeszłości nachodziły mnie z takim realizmem, jakby przestrzeń nieba i ziemi, którą miałem przed sobą, uwydatniała to, co ważkie, najistotniejsze w życiu. Może to jakieś poczucie transcendencji? Zastanawiałem się.

Najgorszy był okres niepokojów związany z powstaniem Solidarności. Ojciec słuchał wiadomości z telewizji, wszystkich potępień i gróźb padających z ekranu. Rozumiał, że dzieje się coś niedobrego. Jednak po dziesięciu minutach pozostawał w nim jedynie osad lęku, a rozbiegane oczy świadczyły o tym, że już nie wiedział, skąd ten lęk pochodzi. Jego umysł, dobrze pamiętający jedynie to, co dawne, kojarzył wszechogarniające go zagrożenie z nastrojem z lat stalinowskich, wzywaniem do UB i wypytywaniem o szwagra Rychtera. Któregoś dnia mama zastała go nad albumem z fotografiami rodzinnymi. Niszczył zdjęcia, na których był Rychter. Nie było rady, album powędrował do mnie.

Ojciec nie doczekał stanu wojennego, marniał i niedługo zmarł. Od jego śmierci minęło już pięć lat. Pamiętałem swoje automatyczne działania przed pogrzebem.

W tym dniu przyszedłem wcześniej na cmentarz i zobaczyłem starego Janusza Grykę. Przywitałem go i spotkałem się z jego strony z wyrzutem, że on z prasy musiał się dowiedzieć… To był kompan ojca z pierwszych lat po wojnie, potem awansował szybko, ze względu na przedwojenną działalność, uznano zasługi, długie uwięzienie w Berezie. Gryka pod koniec lat sześćdziesiątych nagle odszedł z zajmowanych stanowisk. Nie wiedziałem dlaczego, zresztą znałem go jedynie z opowiadań ojca. Później, zrządzeniem losu, w liceum uczyłem jego córkę, była wybitną uczennicą. To w tym czasie poznałem go osobiście. Ojciec wspominał o nim zawsze z szacunkiem. Potem doszedłem do wniosku, że oni razem – Gryka i ojciec – stanowią rzadkie egzemplarze mamutów partyjnych działających z przekonania, kierujących się ideałami. Innych podobnych nie znałem. Inni jawili mi się jako mniej lub bardziej interesowni, karierowicze.

Na pogrzeb mojego ojca, poza rodziną, przyszli jeszcze jacyś ludzie ze sztandarem, nieznani mi, a zapewne i jemu. Jeden z nich nad grobem odczytał cudzy życiorys. Kiedy usłyszałem fałsze dotyczące drogi życiowej ojca, miejscowości, w których nigdy go nie było, miałem ochotę zaprotestować, pomyślałem jednak, że nie warto. Ci, co trzeba, wiedzieli – reszta się nie liczyła. Nawet Gryka mógł na to nie zwrócić uwagi. Jakie mogłoby to mieć znaczenie? Jego nie było. Nie było go już dawno. Był, ale żył w sobie jedynie znanym świecie, którego nikt z nim dzielić nie mógł. To była jego własna chora imaginacja. Obecnie nawet jej nie ma.

Odległe wspomnienie cmentarza przez moment otworzyło w pamięci inną scenę, też cmentarną. Janusz Gryka przeżył ojca zaledwie o rok. Poszedłem na pogrzeb ze względu na Ninkę, którą darzyłem sympatią i podziwiałem. Dziewczyna już w przedostatniej klasie liceum zdobyła drugie miejsce w ogólnopolskiej olimpiadzie polonistycznej! Potem była studentką filologii romańskiej w Warszawie. Stała teraz przy grobie wraz z dwiema kobietami, jak i ona w czerni, wokół był nieprzebrany tłum przede wszystkim mężczyzn. Pamiętałem, że pomyślałem, iż w tym biednym mieście to zbiorowisko eleganckich panów wyglądało niezwykle. Nikogo z tego tłumu nie znałem. Byłem oddalony od grobu, przy którym przemawiano. Mówcy się zmieniali, wiatr przynosił czasem jakieś zabłąkane, pojedyncze słowo. Dokładnie natomiast słyszałem rozmowę stojących obok dwóch mężczyzn w średnim wieku:

– Słuchaj, a właściwie dlaczego on odszedł?

– Jak to? Nie wiesz? Nie wiesz, jaki mu numer córka wykręciła? To była głośna sprawa. Wyobraź sobie! Wyszła za Francuza i jeszcze jakby tego było mało, wzięła ślub kościelny i to, żeby po cichu, ale nie, z jaką pompą! Wtedy stary poszedł do Tatarkówny i złożył dymisję. Wiedział, że jest skończony. Przeszedł na emeryturę, zasługi miał, to mu dali wcześniejszą.

Słysząc tę rozmowę, zadziwiony jej treścią, nie skojarzyłem, o kim mowa, dopiero potem przypomniałem sobie. W Parku Sienkiewicza natknąłem się którejś wiosny na szczupłą, drobną postać Janusza Gryki. Wydał mi się mizerniejszy i jakby bardziej pochylony albo skulony na ławce, przed nim wnuk bujał się na huśtawce. Pamiętałem, że Gryka robił wrażenie wyraźnie przybitego, to było lato 1980 lub 1981 roku:

– No, niech pan powie, co to jest? Proletariat występuje przeciw dyktaturze proletariatu? To, co to za władza? Co to za państwo? Strzelać do robotników? Że też tego musiałem doczekać… Niesłychane…

Rozłożył ręce w geście niemocy i rozczarowania, a przekrwione oczy i drgająca powieka mówiły wiele o stanie nerwów starszego pana. Pytanie zostało zawieszone, bo trzyletni chłopczyk podszedł do dziadka i coś zaczął mówić po francusku.

– Widzi pan? Nawet z własnym wnukiem nie mogę się po ludzku porozumieć, to syn mojej córki z pierwszego małżeństwa, ona jest śpiewaczką operową, ale mieszka we Francji, jej mąż jest Francuzem – zabrzmiało jak następna żałosna skarga, łącząca się jakoś z poprzednią.

Wtedy, na cmentarzu, byłem wstrząśnięty tym, co usłyszałem. To tak potraktowali tego człowieka? Tak im wiernego? Oni też karzą do dziesiątego pokolenia? Za co? Po chwili pomyślałem – on zapewne musiał się godzić z taką oceną, wynikała z ideologii, mógł obwiniać siebie z powodu źle wypełnionej powinności ojca-komunisty, a ta powinność wynikała z obowiązku wobec partii, poszanowanie indywidualności córki nie miało znaczenia – to już szczyt absurdu.

*

Myśląc o tym, co przeszłe, oglądając egzotyczne widoki, wałęsając się po bajkowej Lizbonie, przeskakiwałem myślą te trzy tysiące sześćset kilometrów z łatwością, byłem raz tu, raz tam. Czułem się już mocno, bez śladu dawnej depresji i mimo samotności i stresów wynikających z egzystencji w obcym kraju. Szczęśliwie to wszystko łagodziła ciekawość i znajomość języka.

A przecież jeszcze w początkach lat siedemdziesiątych, gdy przyjechał mój kuzyn Jacek Rychter z Brazylii, zarówno hiszpański, jak i portugalski to były dla mnie języki egzotyczne.

Przedtem wyciągnąłem ze skrzynki list lotniczy. Zdziwiłem się – od Jacka, ale koperta na brzegu miała szlaczek granatowo-czerwony, a nie jak zwykle zielono-żółty, w kolorach narodowych Brazylii. Stempel pocztowy ze Szkocji. Zdziwiłem się raz jeszcze. Okazało się, że żona Jacka otrzymała roczne stypendium i jest na podyplomowym, specjalistycznym kursie architektonicznym. Jacek – już wówczas emeryt – zajmował się pielęgnowaniem małego synka, kiedy ona była zajęta, a gdy miała wolne – on jeździł do Oxfordu na spotkania filozoficzne. Po jednym z takich spotkań pisał wyraźnie uradowany: „Wyobraźcie sobie, że spotkałem tu na seminarium filozoficznym Leszka Kołakowskiego i długo rozmawialiśmy. To było wspaniałe spotkanie. Wymieniliśmy adresy i obiecaliśmy sobie pisywać, kiedy wrócę do Brazylii – ciekawe co z tego wyniknie!”

Nieustanne też były Jackowe plany dotyczące odwiedzin kraju, a wizyta odwlekała się ze względu na rygorystyczne studia żony i konieczność opieki nad dzieckiem. Jacek niecierpliwił się swoją sytuacją – bliskością ojczyzny, której nie może odwiedzić.

Wreszcie przyjechał. Niepokoiłem się, czy się rozpoznamy na lotnisku, ale nie było żadnego problemu. Zdjęcia wysyłaliśmy sobie przez lata. Stojąc teraz na przeznaczonym dla witających balkonie, który biegł wokół sali przylotów, zauważyłem z daleka charakterystyczną sylwetkę Jacka, kiedy on jeszcze nie wszedł do hali lotniska, a już wysiadł z autokaru. Potem go obserwowałem.

Samolot z Paryża, którym przyleciał, wylądował punktualnie, wysypali się ludzie i utknęli w sali, oczekując na bagaże. Niebawem zagęściło się od podróżnych, bo wylądował samolot ze Stanów Zjednoczonych. Patrząc z góry na to kłębowisko ludzi, zauważyłem, że mój kuzyn wyróżnia się innością reakcji na to mimowolne uwięzienie z powodu braku bagażu. Jacek rozejrzał się i dostrzegł jedyne w tym miejscu krzesło, usiadł spokojnie i czekał wśród rozjuszonych i wykłócających się ludzi. Tego, że krzyczeli, raczej domyślałem się po gestach niż słyszałem, bo tłum zebrany obok na galeryjce też był rozentuzjazmowany i głośny. Emocje wyrażano równocześnie i hałaśliwie. Wymieniano uwagi na temat przyjezdnych, próbowano dogadać się z tymi na dole. Obserwowałem wszystko zza pleców ludzi przy barierce, sam się do niej nie mogłem dopchać. W pewnym momencie uchwyciłem wzrok Jacka przesuwający się po galeryjce, podniosłem rękę. Jacek odpowiedział gestem powitania, a potem rozłożył ręce w wyrazie niemocy, wskazując na unieruchomione urządzenie do przesyłania bagaży.

Czekaliśmy. Wreszcie maszyna drgnęła. Pokazały się walizy większe i mniejsze, eleganckie i biedniejsze. Rozczulająco wyglądał archaiczny, drewniany kuferek ze skoblem i kłódką z kolorowymi nalepkami lotniczymi, własność zapewne jakiegoś powracającego emigranta z lat dwudziestych, który zapakował rzeczy w tę samą skrzyneczkę, co przed laty. W tłumie przybyłych zwracała uwagę kolorowa ruchoma plama – kobieta w średnim wieku, ściągająca z taśmy mnóstwo walizek, walizeczek i pakunków, między nimi miała wielką wiązankę kwiatów w plastikowym, przezroczystym opakowaniu. Opakowanie było sztywne i pozwalało jej na stawianie kwiatów do góry łodyżkami – jeszcze jeden kłopotliwy pakunek – wówczas bukiet kiwał się na półkolistej części, zamykającej korony kwiatów, jak wahadło starego zegara. Pani kręciła się i ciągle umieszczała bagaże w innym miejscu, także ten, traktowany niecierpliwie, a kiwający się w rytm: tik-tak-tik-tak, i płoszący ludzi niespodziewanie natykających się nań w tłoku. Scena, ze względu na to bezceremonialne potraktowanie kwiatów, wydała mi się groteskowa. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że kwiaty zapewne też były plastikowe.

Wreszcie Jacek zabrał swoją lekką torbę i wyszedł. Obaj byliśmy wzruszeni. Mogliśmy mówić do siebie, zamiast stawiać literki na papierze.

Potem stwierdził, że spędził więcej czasu w sali przylotów na Okęciu, czekając na bagaż, niż w samolocie, co było niepojęte dla niego, przyzwyczajonego żyć w rytmie industrialnego pośpiechu Sao Paulo.

W Warszawie, gdy czekaliśmy na pociąg pospieszny, pokazałem mu panoramę Warszawy z wieży Pałacu Kultury i Nauki. Robił zdjęcia ze wszystkich stron. Marszałkowską płynął sznur warszaw i syrenek.

– Pokażę im! Oni nie wierzą, że w ogóle są tu samochody.

To „oni” – wiedziałem – odnosiło się do skrajnej prawicy, polonusów zapatrzonych w przeszłość. Wówczas nie pomyślałem, że spotkam jeszcze osobiście takie pojedyncze okazy w Sao Paulo.

Zawsze przypominają mi się te uwagi Jacka, ilekroć czytam słowa Miłosza z Traktatu moralnego:

„[…]

Chcieliby w swojej żyć parafii,

W ogródkach siedzieć malw i szałwii

I czasem w amarantach wojsko

Widzieć jadące drogą polską.

Chcieliby, żeby kołowrotki

Furczały w takt prapolskiej zwrotki

I żeby u nas było sielsko

[…]”

Najważniejsze rozmowy prowadziliśmy w pociągu – to było uzupełnienie listów, wyjaśnienia tego, czego nie przepuściłaby cenzura lub nie mieliśmy ochoty pisać, bo to było równoznaczne z ujawnianiem kontrolerom własnych opinii.

W pejzażu za oknem Jackowi brakowało krów:

– Gdzie się podziały krowy? – pytał.

Nie umiałem mu wytłumaczyć, informując o wielkich gospodarstwach, położonych, być może, nie przy tej trasie. Kręcił głową z niedowierzaniem:

– Niemożliwe! Było ich niezmiernie dużo, pamiętam, że widziałem je w czasie podróży na trasie warszawskiej. To dziwne.

Spotkanie z nim miało miejsce stosunkowo niedawno, ojciec jeszcze żył i był w dość dobrej formie. Nie mogłem się przyzwyczaić do myśli, że Jacka też już nie ma. W końcu zawsze był nieobecny, gdzieś daleko, z wyjątkiem tych trzech dni, które dane nam było spędzić razem. Trzech, bo nie wpuścili go do Polski w 1968 roku, a potem w 1980. Możliwości jego przylotu do Europy zwykle pojawiały się nagle i były związane z przestojami fabryki General Motors, gdzie pracował. Niestety, wypadały one w fatalny politycznie czas w kraju. Jednak można było pisać. Dziś już częsta myśl: powiedziałby o tym Jacek – przestawała mieć sens realny i stawała się tylko metaforą.

Z tego trzydniowego spotkania zapamiętałem nieustanny pośpiech, żeby mógł jak najwięcej zobaczyć, poczuć, jak się tu żyje. Okazji nie zabrakło, żeby mógł na własnej skórze odczuć biurokrację i rzeczywistość polską: w Locie, w sklepach, hotelach. W domu, na widok pralki Frania pytanie:

– Co to jest?

– To? Pralka.

– Aha!

W Warszawie przed reklamą: „zegarki radzieckie!” – wybuch gromkiego śmiechu. I ta jego pewność, że z Warszawy do Łodzi będziemy jechać pół godziny! I zdziwienie, że osobowym trzy godziny, a ponad półtorej pospiesznym.

– Przecież przed wojną w ciągu połowy tego czasu można było dojechać do Warszawy lukstorpedą! W ten sposób jeździliśmy do teatrów warszawskich.

Po jakimś czasie jego podsumowujące zdanie:

– Rozumiem, jesteście zapóźnieni o jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat.

Ta uwaga kuzyna Brazylijczyka zdziwiła mnie, przecież on jest z tak zwanego trzeciego świata! To oni, nawet tam, są lepsi?

Pamiętałem też swoje naiwne pytanie o różnice pomiędzy portugalskim a hiszpańskim, dziś sam mógłbym zrobić wykład na ten temat. Jak bardzo życie jest zaskakujące!

Zapamiętałem jeszcze jego nagły gest uderzenia dłonią w czoło:

– Już wiem, co się tu zmieniło! Nie ma płotów. Przecież moja szkoła, Męskie Gimnazjum im. Piłsudskiego miało eleganckie ogrodzenie z kutej kraty, park też był ogrodzony!

– Rzeczywiście!

Przypomniał. Zaraz po wojnie było rozbieranie wszelkich ogrodzeń, pamiętam, jak burzono mur wokół parku na Julianowie, ale do tej pory kojarzyło mi się to z koniecznością pozyskania cegły dla zrujnowanej Warszawy.

Spotkanie całej rodziny na Teofilowie, gdzie wówczas mieszkałem, było wzruszające. Moniki nie było, odpoczywała nad morzem z małym Maćkiem. Podróże koleją były istną torturą: tłok w pociągach, podawanie sobie dzieci przez okna, krzyki; nie chciałem na to dodatkowo narażać małego i Moniki.

Podczas spotkania rodziny obserwowałem entuzjazm połączony z zakłopotaniem. Minęło tyle lat, wszyscy – i ciotki, i wujkowie – postarzeli się, Jacek też już nie był młodzieńcem. Odczuwałem, że mój kontakt z kuzynem jest inny. Jego inność polegała na tym, że my – Jacek i ja -aczkolwiek widzieliśmy się po raz pierwszy, to nasz związek był głębszy, dotyczył wymiany myśli, łączyło nas podobne widzenie świata, obraz ukształtowany jakby wbrew odmienności warunków, w których żyliśmy.

Utkwił mi też w pamięci fragment jednej z rozmów, prowadzonej w czasie drogi do naszej ciotki, mieszkającej na osiedlu bloków widzewskich. Sprawdzam w notatniku, który to blok. Jacek zdziwiony:

– To ty nie wiesz, gdzie ciotka mieszka?

– No, wiesz, byłem tu ze dwa razy i to dość dawno, a bloki są takie same, nie pamiętam, czy to ten czy tamten.

– Jak wy tu żyjecie? – pyta ze zgrozą.

– Inne czasy, rodziny nie prowadzą tak wystawnego życia jak kiedyś, chyba dlatego, że jest bieda i kobiety pracują. Mało wolnego czasu, stąd niewiele kontaktów.

*

Często wspominam tu Jacka. Mam świadomość, że to jemu zawdzięczam pobyt tutaj. Dzięki niemu zainteresowałem się językiem, kulturą wyrosłą z gniazda portugalskiego.

Teraz od dłuższego czasu od żony Jacka nie mam żadnego listu, poza jednym, opisującym jego ostatnie dni, chorobę i śmierć. Trzeba zadzwonić. To też godne podziwu: dodzwonić się stąd do Polski było niemożliwością, a do Brazylii można, jest połączenie automatyczne. Ta różnica wpisuje się w dawną konstatację Jacka: „Jesteście zapóźnieni o jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat!” To opóźnienie Polski potem zaowocowało powszechnie powtarzanym żartem: „Kraje dzieli się na rozwinięte, rozwijające się” (to było z terminologii socjalistycznej), a złośliwcy dodawali – „i zwijające się”. No tak, chyba zwijające się, biorąc pod uwagę także wartość polskiej waluty – pomyślałem.

Towarzyszyło mi ostatnio nieustannie zdziwienie. Najpierw dziwiłem się, że mnie wysłali. Pamiętam, że kiedy starałem się o wyjazd do Lizbony i mówiłem o tym koleżance, ona na moje wątpliwości, bo byłem bezpartyjny, odpowiedziała:

– Nie bój się, już im tylu pewniaków partyjnych uciekło, że przynależność nie może być jedynym kryterium.

Już wiele lat minęło od mojej zapaści psychicznej, spowodowanej wydarzeniami 1968 roku. Dziś to dla mnie długi, koszmarny sen, tym bardziej przykry, że mam wrażenie, iż przysypał popiołem, zniweczył moje dawne „ja” – pełne energii i żywotności. Już wiem, że nie wszystko zależy od mojej pracy, zdolności, że w humanistyce każdy drobiazg może być powiązany z polityką.

Po napisaniu drugiej wersji, bardziej uładzonej od pierwszej, pracy doktorskiej i po zaakceptowaniu jej, zdecydowałem się już dłużej nie wiązać życia z karierą naukową, wymagającą licznych kompromisów, uników i fałszów – tworzącą atmosferę bardzo niezdrową, o czym aż nadto dobrze się przekonałem. Przeszedłem, na własną prośbę, do studium działającego w ramach tej uczelni, a przygotowującej językowo cudzoziemców do podjęcia nauki w Polsce. Była to instytucja przechowująca często tych pracowników naukowych, którzy nie zdołali w terminie zrobić doktoratu bądź habilitacji.

Praca tam była szczególnym doświadczeniem. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych dalekie podróże były prawie niemożliwe, a miejsce, gdzie pracowałem w Łodzi, sprawiało wrażenie mekki przedstawicieli całego świata, którzy ściągnęli tu, aby przyjrzeć się sobie i dokonać spisu wszelkich problemów społecznych, politycznych, ekonomicznych, a nawet kulturowych.

Tu ulegały one szybko personifikacji i tak na przykład problem mniejszości erytrejskiej w Etiopii miał mądre, ciemne oczy Z., natomiast prześladowani komuniści w Iraku inteligentne wejrzenie studenta J., który miał skłonność do wygrywania swych żalów na egzotycznym instrumencie. Niedługo zjechali też zwolennicy Husajna, bo nasz rząd właśnie się z nim zaprzyjaźnił. Ci urządzali manifestacje w budynku, a nawet wielkie, oszałamiające przyjęcia w najnowocześniejszym wówczas hotelu w Warszawie. Pokazywali też arkadyjskie filmy o swoim kraju i wodzu. Potem wybuchła wojna iracko-irańska. Byli przedstawiciele obu stron konfliktu. Sprawy perskie oglądałem oczami studenta S., który relacjonował obalanie posągu szacha i przygotowywał grunt dla Chomeiniego, wówczas nie mógł przypuszczać, jak to się skończy. Opowiadał z żarliwością o tym dniu, o pochodzie ludzi w białych szatach:

– To kolor żałoby, bo każdy z nas mógł wówczas umrzeć, było wiele trupów, przeżyłem, bo byłem w środku tłumu.

Dziś, gdzieś w świecie, buduje statki. Czy w Iranie? Kto wie?

Byli Latynosi, szczęśliwi wybrańcy losu, bo spod tyrańskiej, ekonomicznej władzy Stanów Zjednoczonych uciekli pod skrzydła socjalizmu. Trochę stropieni, że nie żyją w tym najszczęśliwszym kraju spod czerwonej gwiazdy oraz sierpa i młota, ale i tak byli zadowoleni. Do czasu. Mniej więcej po upływie trzech miesięcy orientowali się, że coś nie jest tu w porządku.

Gorzej było z lewicowością Greków, wydawali się nieuleczalni, mimo że pierwsze wrażenia mogły ich rozczarować, noc po przyjeździe do Polski bowiem spędzili w Warszawie, w nowym wówczas hotelu Forum, akademik łódzki natomiast nie przypominał im warszawskiego poziomu usług hotelarskich. Sądzili, że w socjalizmie powinno być równo… Potem zadawali niewygodne pytania. Uciekałem się do ironii i udawałem naiwnego. Niemożliwością wówczas byłaby rozmowa serio. No, bo jak na przykład odpowiedzieć na pytanie:

– Proszę pana! Prawda, że socjalizm jest najwyższą formą w procesie rozwoju społeczeństw? Bo on się śmieje – i pytający wskazywał na kolegę z innego kraju.

Już nauczyłem się odpowiadać na takie pytania:

– Tak pan sądzi? To interesujące!

Taka odpowiedź nie była kłamstwem i nie demaskowała prawdziwych poglądów, była bezpieczna. Po roku jeden z bystrzejszych studentów zauważył:

– Tak, już wiemy, że to, co dzieje się w Polsce, panu się nie podoba, ale nam, jako prawdziwym komunistom, też nie… Zbliżał się właśnie rok 1981.

Kiedyś, w innej grupie studenckiej, zaproponowałem, żeby opowiedzieli o ciekawostkach turystycznych swojego kraju. Byli z różnych zakątków świata i takie ćwiczenie w mówieniu wydawało się atrakcyjne dla wszystkich słuchających. Prosiłem, by wyobrazili sobie, że jestem bogatym turystą i trzeba mnie przekonać, abym wybrał właśnie ich kraj. Niespodziewanie wybuchnął złością student z Magrebu:

– Atrakcja dla turystów? To nie stolica, nie takie trasy, którymi biura podróży przewożą Europejczyków, niech pan pojedzie do mojego miasta i tam obejrzy twierdzę w skale, w której żyją ludzie. Żyją jak psy. To jest więzienie dla przeciwników politycznych… Niech pan to zobaczy i zrozumie nasz kraj…

Niespodziewanie podczas lekcji języka zapanowała atmosfera przygnębienia. Wszyscy pojęli, że wnętrza tych lochów znane były mówiącemu osobiście. Trzeba było zmienić temat.

W czasie wakacji dostałem jednak kolorową pocztówkę przedstawiającą największą atrakcję turystyczną Magrebu.

Wiele lat później postać tego studenta wyraziście stanie mi przed oczyma w czasie czytania recenzji niezwykłej książki Saukaina Onfkir w hiszpańskim „El País”. To wspomnienia autorki porwanej w wieku dziewięciu lat wraz z rodzeństwem, matką i dwiema nianiami, i przeniesionej z domowego luksusu do sekretnego więzienia rządowego. Soukaina, mimo że „była przecież grzeczna”, została ukarana w sposób niepojęty dla dziecka – zamknięciem w więzieniu pod Casablanką, pełnym szczurów i skorpionów. „To wówczas jej sąsiadem musiał być mój student D.” – pomyślałem. Jednak jemu udało się stamtąd wyrwać dość szybko, a ta dziewczynka wraz z rodziną uzyskała wolność dopiero jako dojrzała kobieta, po dwudziestu latach, po śmierci monarchy, który jej ojca – swego przeciwnika politycznego – kazał zabić, a potem skazał jego bliskich na powolne konanie w więzieniu… Udało im się jednak przeżyć. Interesujący jest świat – pomyślałem z goryczą i ironią, pozbawiony już wszelkich złudzeń.

*

W pamiętnym roku 1980, w czerwcu, zdawałem egzamin państwowy z języka hiszpańskiego. Miałem do wyboru albo Ministerstwo Handlu Zagranicznego albo Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Jedynie w tych instytucjach przeprowadzano egzamin państwowy z tego języka, który wówczas w Polsce był egzotyczny. Wybrałem MSZ, uważając, że słownictwo polityki jest bliższe językowi ogólnemu, w przeciwieństwie do handlu, który operuje terminami z dziedziny towaroznawstwa, jednostek miar i kodeksu handlowego. To rejony mi nieznane.

Kiedy w Ministerstwie, w sali egzaminacyjnej dostałem do przetłumaczenia tekst – oniemiałem. To były tezy na IX Zjazd Partii PZPR! Tego nie rozumiałem nawet zbyt dobrze po polsku, tezy były pisane specyficznym językiem ideologii partyjnej. Pierwszym moim odruchem było złożenie wiecznego pióra przygotowanego już do pisania. Wstałem i chciałem wyjść z sali. Potem usiadłem znów, bo pomyślałem, że jest to jedyna możliwość udowodnienia znajomości języka, co może okazać się potrzebne.

Trochę później złożyłem dokumenty w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, starając się o lektorat w Lizbonie. Wiedziałem, że Portugalia to kraj, o którym w Polsce mało się wie. Języka zacząłem się przecież uczyć sam, bo w Łodzi nie było ani kursu, ani możliwości indywidualnej pracy z nauczycielem. Ślad po romaniście znającym portugalski urwał się. Podobno wyjechał. Bez lektora byłem zdany jedynie na skrypt dla warszawskich studentów portugalistyki. Tekst pisany portugalski rozumiałem ze względu na podobieństwo do hiszpańskiego, ale języka mówionego nie. Brazylijczyk nagrał mi na taśmę magnetofonową pierwsze cztery czytanki i już mogłem zabrać się do pracy samodzielnej. Kłopot pojawił się, kiedy Biblioteka Uniwersytecka przypomniała mi o przetrzymaniu książki. Skopiować jej nie mogłem. Fotokopiarki uniwersyteckie były zamknięte na klucz i opieczętowane stemplami. To były czasy stanu wojennego, gdy wszelkie maszyny drukarskie uchodziły za broń niebezpieczną, niczym karabin. Na całym Uniwersytecie działała tylko jedna fotokopiarka z zaufaną obsługą w Bibliotece. Poszedłem do swojego dyrektora. Ten napisał pismo do Komendanta Wojskowego Uniwersytetu i po kilku dniach nadeszła zgoda. Teraz trzeba było załatwiać sprawę w Bibliotece. Najpierw wszystko wydawało się proste, kłopot jedynie polegał na braku… papieru.

W tym czasie w Centralu, w którym niczego nie było poza przelewającymi się tłumami miejscowych i przyjezdnych, czekających na okazję („Może coś rzucą?”) – zobaczyłem wielkie paki papieru maszynowego na regale. Zwróciłem się grzecznie do ekspedientki:

– Poproszę paczkę papieru maszynowego.

– A zaświadczenie pan ma?

– Jakie zaświadczenie?

– No, z miejsca pracy, inaczej sprzedać nie mogę, to tylko dla firm.

– Ale to nie jest sklep dla firm – zaprotestowałem.

– Nie szkodzi, takie mam rozporządzenie.

Zrezygnowałem. Potem zadzwoniłem do Biblioteki i dowiedziałem się, że papier już jest, ale fotokopiowaniu podręcznika sprzeciwia się prawo autorskie.

– Proszę pojechać do Warszawy, do autorki, jeśli wyrazi zgodę, możemy skopiować.

– Ale przecież nie mogę pojechać do Warszawy bez przepustki milicyjnej.

– To niech się pan postara.

Krew mnie zalała: żeby pokonać niedużą odległość stu dwudziestu kilometrów, musiałbym stracić dzień cały na staniu w kolejce z prośbą o pozwolenie ruszenia się z Łodzi. Wpadłem na inny pomysł. Oddałem książkę i natychmiast wypisałem następny rewers, w ten sposób podręcznik miałem już następnego dnia w domu. Nikt potem się o niego nie upomniał.

Nic dziwnego, że kiedy tu zobaczyłem w podziemiach Uniwersytetu Lizbońskiego punkty usługowe kserujące teksty i usłyszałem szum wielu maszyn, wspominając swoje przygody w Polsce, dostałem ataku śmiechu. Moje doświadczenie było nieprzekładalne, gdybym tu, tym ludziom opowiedział o trudnościach związanych z uczeniem się portugalskiego w Polsce, zapewne nie uwierzyliby. Pomyśleliby, że mam absurdalne poczucie humoru. Jak wytłumaczyć, że władzom polskim stanu wojennego kopiarka wydawała się niebezpiecznym narzędziem?

Jak to będą mogli zrozumieć ludzie po latach, gdy sytuacja się unormuje? Moja żona już wtedy uważała, że należy obraz codzienności zapisać, żeby z czasem nie zamazał się w pamięci. Dziś wiem, że wiele szczegółów umyka po latach. Wówczas, już po powrocie z wakacji, Monika zwierzyła mi się, że przed wyjazdem spakowała resztę rodzinnej biżuterii po babce do pudełeczka i włożyła do plecaka. Wiedziała, że często w zawieruchach wojennych ludziom zdawało się, że jadą do krewnych na dwa dni, a potem zostawali na lata. To, że odczucia jej nie były wyjątkowe, potwierdziło późniejsze wyznanie przyjaciółki Moniki, która zrobiła to samo.

Z dziennika Moniki z czasu wakacji w 1982 roku, które spędziliśmy w Gorcach:

Rok 1981 w Przysiółku był bardzo nerwowy. Nawet muchy wydawały się poirytowane sytuacją polityczną i dokuczliwe bardziej niż zwykle. Kapryśna pogoda kazała chłopom raz zbierać siano, a za chwilę je rozsypywać do wyschnięcia po niespodziewanym deszczu. Przez białą drogę coraz to ktoś pędził jak do pożaru: a to do siana, a to do sklepu, bo chleb przywieźli i na pewno dla wszystkich nie wystarczy. Nawet Maryna sklepowa stała się nagle harda:

– Ni mom, ni dom, idźta stąd, nom nirobów ni trza! – ta sama Maryna, tak zwykle mizdrząca się do letników, teraz nie chciała sprzedać ani chleba, ani kartkowej czekolady, ignorowała moją obecność w kolejce, nie było na nią rady. Zaprzyjaźnione góralki też jakby nic nie widziały i dla pewności nie patrzyły w moją stronę. Nie mogły narażać się na gniew ważnej Maryny! A może myślały to samo, co ona?

Były to trudne wakacje, choć zapowiadały się wesoło. Autobus przy pięknej pogodzie sunął przez gładką szosę „gierkówkę”, z odbiornika kierowcy słuchać było przebój sezonu o chłopcach radarowcach. Piosenka wprowadzała podróżnych w dobry nastrój, usuwając lęki przed licznymi patrolami na drodze. Powtarzana wielokrotnie, stała się gestem niedorostka pokazującego język starszym, ale bezsilnym. Wydawało się, że zostawiliśmy poważne problemy w domu. W sklepach był już tylko ocet i herbata turecka, a my obiecywaliśmy sobie wiele po chłopskiej przemyślności i żywości, przecież Przysiółek wydawał się nam, inteligentom, swoistą sielanką, do której tęskniło się tym mocniej, im trudniejsze mieliśmy życie. To miała być ta „wiosna nasza”. Zasłyszany podczas postoju autobusu żart przypadkiem jadącego z nami filozofa, znajomego z uniwersytetu: „Zawsze lepiej w Galicji niż w Kongresówce!” – wyrażał lęki i kpinę jednocześnie.

Wracając teraz ze sklepu, myślę z goryczą o naszej niedawnej naiwności. Tutaj, w Przysiółku, wszystko obracało się przeciwko nam, przecież każdy „miastowy” postrzegany jest jako sprawca wszelkich nieszczęść. „Jak wy w tym mieście rządzita?” – pytał czasem ze złością Ziarnko. Absurdalne pytanie pozostało bez odpowiedzi.

Rano poszłam pięć kilometrów w dół do autobusu z pustym plecakiem. Do Krościenka dojechałam rozklekotanym gratem wśród ciżby góralek i górali, w niemiłosiernym hałasie piszczących na zakrętach dziewuch i opon.

Senne zazwyczaj miasteczko, wypełnione w ostatnich czasach letnikami zajadającymi lody, dziarskimi turystami, przebierającymi wśród pamiątek w Cepelii elegantkami i wszędobylskimi harcerzami oraz „oazowcami”, przedstawiało tym razem zgoła inny widok. Zdecydowanie przeważali miejscowi, klnący nie wiadomo z jakiego powodu.

Na środku placu rojowisko rozsierdzonych ludzi wiło się w długiej kolejce do kiosku Ruchu i otaczało kłębiącym się tłumem całą budkę. Ludzie wygrażali pięściami, pomstowali. Jednym słowem, unosił się nad całą miejscowością duch rewolucji. Jako że znajdowałam się w pewnej odległości od tego zgiełku, nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Poszłam do mleczarni: zamknięta, piekarnia otwarta, ale pusta, chleba nie ma. Zaczęłam szukać czegokolwiek: owoców, warzyw i obliczać czas otwarcia sklepu mleczarskiego, ewentualnego pojawienia się chleba i rozkładu jazdy autobusów. Wydawało się, że ktoś tak rozplanował godziny otwarcia sklepów, aby uniemożliwić załatwienie wszystkich zakupów przyjezdnym. Z półsłówek i przekleństw, rzucanych przez zebranych w powietrze, powoli zaczynałam rozumieć przyczynę wrzawy na środku placu. Ze względu na powszechny wtedy w kraju niedostatek papierosów (któż nie pamięta tych karteczek wywieszonych w kioskach: „Papierosów, zapałek, żyletek – brak”) palacze już od rana zapobiegliwie czekali w kolejkach na dowóz towaru, aby kupić natychmiast po dostawie, każdy martwił się, żeby wystarczyło dla niego. Większość ludzi na placu to przyciśnięci brakiem papierosów przyjezdni z okolicznych wiosek, którzy porzucili nawet pilne prace polowe. Gdy wreszcie przywieziono towar, nie sprzedawano go. Od tego dnia bowiem w Polsce papierosy były tylko na kartki. Ponieważ wszyscy trzymali kartki w domu, nie przypuszczając, że mogą być potrzebne także przy zakupie papierosów, poczuli się oszukani i ogarnęła ich bezsilna wściekłość. Mnie to nie martwiło, bogatsza w swej „wolności”, nie odczuwając potrzeb nikotynowych, poszłam dalej. Zajrzałam do Hortexu, tu było mało ludzi, nie jak kiedyś, ubożutko. Brak powszechny cukru zaprawiał goryczą słodkie desery. Sprzedawano tylko jeden rodzaj lodów, nie przypominały niegdysiejszych smakołyków.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.