Śpij kochanie - Agnieszka Dobies - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 260 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śpij kochanie - Agnieszka Dobies

Dziewiętnastoletnia Amelia, zmuszona porzucić wszystko, zmienić miejsce zamieszkania i usamodzielnić się, zaczyna uczęszczać do liceum, gdzie poznaje Michała i Ewę oraz Martę i Eryka. Między nastolatkami szybko zawiązuje się nić przyjaźni.

 

Jednak w otoczeniu Amelii pojawia sie ktoś jeszcze. Przyjaciele dowiadują się, że zna Williama, najstarszego z trzech tajemniczych braci Jonsonów. Bohaterka nie rozumie, dlaczego jej znajomość z Jonsonami wzbudza u jej przyjaciół, a szczególnie u Michała zdziwienie i dezaprobatę.

 

Na wyjaśnienie nie musi długo czekać. Pewnego zimowego popołudnia wracając ze szkoły, trafia do parku, który okazuje się miejscem nierealnym i normalnie niedostępnym dla zwykłych ludzi. To Magiczny Ogród. Tam Amelia dowiaduje się o istnieniu drugiego, alternatywnego świata, pełnego nieziemskich istot, stworów i magii. Do tego właśnie świata należą bracia Jonson. Magiczny Ogród to miejsce, w którym mieszkają i mogą być sobą, a dziewczyna jest w tym świecie intruzem.

 

W krótkim czasie z nieśmiałej i ostrożnej nastolatki Amelia staje się kobietą, gotową wiele poświęcić dla swojego nieśmiertelnego ukochanego.

 

Czy uda jej się uratować siebie i innych?

 

 

Agnieszka Dobies jest uczennicą ­liceum ogólnokształcącego. Mieszka w Żyrardowie z rodzicami i starszą siostrą. Jej pasją są konie i jeździectwo. Jest zawodniczką dyscypliny skoków przez przeszkody. Konie wypełniają prawie całe jej życie. Marzy o występie na arenie międzynarodowej.

 

Śpij kochanie” to pierwsza książka Agnieszki, napisana w drugiej klasie gimnazjum. Zainspirowała ją literatura fantasy, która pozwala znaleźć się w osobliwym świecie wyobraźni i czarów, gdzie wszystko jest możliwe i nawet najbardziej niedorzeczne pragnienia i marzenia mogą się urzeczywistnić.

Opinie o ebooku Śpij kochanie - Agnieszka Dobies

Fragment ebooka Śpij kochanie - Agnieszka Dobies





Strona redakcyjna


Rozdział I

– Amelia! Amelka! Gdzie jesteś? Przyjdź proszę do kuchni, musimy porozmawiać – krzyczała mama.

„Musimy porozmawiać” – tak zaczęła się najgorsza i najtrudniejsza w moim życiu rozmowa z mamą. Dokładnie miesiąc temu, tuż po mojej osiemnastce dostałam od mamy najgorszy prezent, jaki mogła mi dać – wyprowadzkę.

Właśnie sprzątałam z nią dom po mojej małej imprezie z okazji osiemnastych urodzin. No, może „impreza” to za dużo powiedziane, raczej spotkanie dla przyjaciół. A szczerze, to zaprosiłam tylko jednego przyjaciela – Kamila. Wprawdzie w szkole miałam kilku dobrych znajomych, ale oni głównie lecieli na pieniądze mojej mamy. Kamil był inny, najlepszy. Znaliśmy się od podstawówki, kiedy dzięki jego wojnie na cyrkle z kolegą dostałam nieodpowiednie z zachowania, a następstwem tego był szlaban na czytanie książek. To trochę dziwne, że matka daje córce szlaban na książki, kiedy większość rodziców nie może zagonić swojego dziecka do czytania. Ale ja kocham książki, ciągle je czytam. Szczególnie fantastyczne. Najchętniej czytałabym powieści, takie jak na przykład cykl książek Anny Rice „Kroniki Wampirów” czy Tolkiena „Władca pierścieni”. Tego typu książek było u mnie dużo.

Sprzątałam u siebie w pokoju, kiedy mama mnie zawołała. Zwlokłam się więc po krętych schodach w naszej kamienicy.

Pierwszą zmianą, którą w niej zauważyłam, było to, że sama zmywała naczynia. To była u nas w domu rzadkość. Mama nie lubiła prac domowych, więc wszystko robiły za nią sprzęty... no i ja.

Usiadłam przy szklanym kuchennym stole i zaczęłam obierać pomarańczę, by zająć czymś ręce.

– O co chodzi? – Teraz myślę, że mogłam nie pytać, może by mi nie powiedziała?

– Wiesz, że moja firma często bierze udział w wyprawach badawczych jako patron medialny? – zapytała jakby nigdy nic, ale ja usłyszałam, że zadrżał jej głos.

Przytaknęłam.

– Chodzi o to, że organizuję teraz wyprawę do Brazylii, by badać tam lasy Amazonii.

Mama była wspólniczką w dużej firmie. Często wyjeżdżali z biologami lub geografami na ekspedycje w różne egzotyczne miejsca. Wszystko dokumentują, nagrywają. Zwykle później jest to sprzedawane do telewizji i transmitowane w różnych programach przyrodniczych.

Już się przyzwyczaiłam, że często wyjeżdża.

– No mówiłaś już o tym wcześniej. Więc, co w związku z tym? – mama była nazbyt zdenerwowana jak na normalny wyjazd. Widać było, że bała się mojej reakcji. Niedobrze.

– Hm, tym razem to coś naprawdę dużego, córeczko. I... – westchnęła. – I, jedziemy na nią wszystkie trzy z zarządu. Po sylwestrze wylatujemy, na... – urwała.

– Na ile?

– Na osiem miesięcy – powiedziała, ściszając głos.

Mnie zatkało, a ona zaczęła szybciej szorować naczynia. Na tak długo jeszcze nie wyjeżdżała, nie chcę zostać na tak długo sama, to nie fair. Więcej czasu spędza ze swoimi przyjaciółeczkami niż z własną córką. Poczułam, jak do twarzy napływają mi kolejne fale gorąca.

– A co ze mną? Zostawisz mnie samą w Warszawie na tak długo? Mamo! – głos mi drżał, więc robiłam wszystko, żeby brzmiał bardziej stanowczo.

– Ech, i tu jest jeszcze jedna sprawa... – mówiła cicho, jakby myślała, że może nie usłyszę, a później lepiej to przyjmę.

Podeszłam do niej.

– Mamo, powiedz mi – rozkazałam. Kamil zawsze mówił, że mam słodki głos, ale jak komuś coś każę, robi się nieznoszący sprzeciwu.

Spojrzała na mnie swoimi dużymi brązowymi oczami.

– Chodzi o to, że nie zostajesz w Warszawie.

– Że co proszę?

– Chcę, żebyś przeprowadziła się do Sopotu. Po śmierci babci odziedziczyłyśmy tam piękny domek.

Aż się oparłam o blat. Zabrakło mi tchu. Do Sopotu? Boże, oszalała?!

Mimo targających mną silnych emocji – głównie strachu i wściekłości – opanowałam się. Próbowałam nie wybuchnąć krzykiem i płaczem jednocześnie.

– Kiedy? – wykrztusiłam tylko przez zęby.

– Po świętach. Pojadę z tobą i pomogę trochę odnaleźć ci się w nowym miejscu – przestała już mocować się z talerzami. Odstawiła je na suszarkę i teraz wpatrywała się we mnie uważnie.

– Amelia? Wszystko w porządku? Wyglądasz jakbyś za chwilę miała zemdleć.

– I tak też się czuję... – wydukałam i runęłam na podłogę.

Otworzyłam oczy. Nade mną pochylała się mama, wachlowała mnie dłonią i wpatrywała się we mnie zatroskanym wzrokiem. Poderwałam się. Próbowała mnie przytrzymać, ale mimo tego zdołałam wstać. Przez kilka chwil wydawało mi się, że to wszystko było snem i nigdzie nie wyjeżdżam. Ale wtedy spojrzałam na mamę. Stała oparta o blat kuchenny. Wyglądała jak zwykle pięknie. Długie kruczoczarne włosy, poważna, o pięknych rysach twarz. Smukła sylwetka, talia osy, długie, piękne nogi – zresztą, nogi, to jedyna część mojego ciała, która mi się podoba. Odziedziczyłam je po niej, razem z włosami. Zawsze prezentowała się wspaniale, teraz z tym wyrazem zatroskania na twarzy wyglądała młodo i pięknie. Poza tym, zawsze potrafiła się świetnie ubrać. (Na szczęście gust również odziedziczyłam po niej). Pokręciłam głową i bez słowa poszłam do siebie.

I tak przez ostatni miesiąc, uciekając od rozmowy z moim przyjacielem, codziennie zanurzałam się w lekturze książek i podręczników, zasłaniając się przygotowaniem do matury. Choć wyjdzie mi to raczej na dobre, bo jednak muszę ją zdać. Jak on na to zareaguje? Tego się boję. Tak samo zresztą, jak mama bała się powiedzieć mnie o tej przeprowadzce. Do wyjazdu zostały dwa tygodnie, a ja siedzę w swoim pokoju i boję się z nim porozmawiać. W końcu i tak muszę to zrobić. Dobrze, dziś w końcu się zdobędę.

– Co? Nie, nie wierzę! – wykrzyknął Kamil na cały korytarz.

Byliśmy wśród dość dużej grupy osób, więc wszystkie spojrzenia zwróciły się na nas, a ich wzrok zaczął mi dziwnie ciążyć. Wypchnęłam zaskoczonego tą nowiną przyjaciela na dwór. Dobrze, że zabrakło mi odwagi, bo gdybym poinformowała go o tym w czasie zajęć nie skończyłoby się to pomyślnie.

– Spokojnie, nie denerwuj się, wszystko będzie dobrze! – mimo że na dworze mróz i wiatr przenikał przez mój płaszczyk, czułam, jak uderzały mnie powoli coraz mocniejsze fale gorąca.

Wiedziałam, że może zareagować w ten sposób, ale i tak był to dla mnie szok.

– Jak mam być spokojny? Nie możesz wyjechać Ami! – był coraz bardziej zdenerwowany.

Zresztą podobnie jak ja. Nawet nie zauważyłam, kiedy zeszliśmy po schodach i zmierzaliśmy już w stronę mojego domu. Kamil zawsze odprowadzał mnie po szkole do domu.

– Gdzie? Kiedy wyjedziesz z miasta? – zapytał już trochę bardziej opanowany.

Bałam się mu to powiedzieć, nie wiedziałam, jak zareaguje. Mój strach okazał się słuszny.

– Wyjeżdżamy z mamą zaraz po świętach. Zamieszkam w Sopocie, nad morzem. Tam zdam maturę, no i... i tak chciałam tam studiować – spuściłam głowę i ruszyłam szybszym krokiem.

Pragnęłam, jak najszybciej mieć to już za sobą. To była prawda, od zawsze chciałam się tam uczyć. Kamil zatrzymał się, poczekał, aż zrobię to samo i spojrzał mi w oczy.

– Nad morzem? Przecież to tak daleko. Jak mamy się widywać?

– Nie bój się, damy sobie radę... – trochę się rozluźniłam widząc, że emocje opadają.

Kamil zaczął przyjmować to do wiadomości.

– Nie, nie damy. Mówisz jakbyś nie znała moich rodziców – spojrzał na mnie ostro.

Pod jego spojrzeniem czułam, jakbym się miała zaraz przewrócić.

– Nie pozwolą mi samemu wyjechać aż do osiemnastki.

– To tylko trzy miesiące, przez ten czas będziemy do siebie pisać i dzwonić – mówiłam powoli i spokojnie. Siliłam się na swobodny ton tak, by nie poznał, że mnie też to przeraża.

– Dobrze, więc zostały nam tylko dwa tygodnie, żeby się sobą nacieszyć.

Ta nagła zmiana nastroju zupełnie zbiła mnie z tropu.

– Od czego zaczynamy? Kino? Pizza? Wszystko w jednym?

– Kiedy? – zapytałam zdziwiona.

– Och, Amelio, nie rób takiej zagubionej miny. Teraz, zaraz! Nie mamy czasu do stracenia! – zawołał wesoło, ruszając żwawym krokiem.

Ucieszyłam się, że wrócił mój przyjaciel. Mój beztroski, zabawny i pełen energii Kamil.

– Hm... To zróbmy tak: pójdziemy do mnie, zostawimy wszystkie rzeczy, wezmę kasę, pójdziemy do kina, a potem coś się wymyśli – zakomenderowałam wesoło, doganiając go.

– Jak sobie życzysz! – zaśmiał się głośno.

Ach, co za ulga. Emocje nieco opadły. Zawsze, kiedy druga osoba w naszym duecie jest smutna lub wyjątkowo szczęśliwa, nastrój udziela się obojgu. Kiedy Kamil ma na coś ochotę, ja najczęściej też. Kiedy ja mam jakieś zdanie na dany temat, on je podziela. Jesteśmy jak rodzeństwo, jak bliźnięta dwujajowe, zgrani i podobni do siebie wewnątrz, lecz tak różni na zewnątrz.

Przez następne dni ciągle chodziłam wykończona. Kiedy w szkole dowiedzieli się, że wyjeżdżam, większość chłopców, nawet z klas maturalnych, zaczęło się mną interesować, zwracać na mnie uwagę, rozmawiać ze mną. Tylko dziewczynom nie odpowiadało to nadmierne zainteresowanie chłopców moją osobą. Przy każdej okazji usiłowały mnie upokorzyć. Dogryzały i szeptały między sobą. Podobno szkołę obiegła plotka, że matka wysyła mnie do jakiegoś zakładu dla uzależnionych, bo przedawkowałam i idę na odwyk. Nie wiem, skąd się ludziom biorą takie pomysły. Dziewczyny były po prostu zazdrosne o Kamila. Zresztą, nie dziwi mnie to. Wysoki ciemnowłosy sportowiec z uśmiechem, który mógł powalić na kolana. Nie znam sportu, którego by nie spróbował, ale największym zamiłowaniem darzył kolarstwo i bieganie. Były zazdrosne o to, że się ze mną przyjaźni. Ciągle krążyły za nim grupki niewyżytych drugoklasistek, które ja nazywałam tipsami (zawsze w różowych bawełnianych koszulkach i białych kozaczkach, z ostrą tapetą na twarzy). Teraz pewnie się cieszyły, że wyjeżdżam.

Spędzałam z Kamilem jeszcze więcej czasu, co wychodziło mi na dobre, bo odpędzał ode mnie tych wszystkich ludzi, domagających się potwierdzenia newsa. Przez to całe zamieszanie w szkole zrobiło się nieprzyjemnie. Nie wiem, co sprawiło, że moja wyprowadzka wywołała takie poruszenie. Na co dzień przecież nie byłam nikim nadzwyczajnym. Większość ludzi nie zwracała nawet na mnie uwagi. Myślę, że przyczyniły się też do tego te same bezguścia, które wypuściły plotkę o moim związku z Kamilem.

Teraz jednak ciągle przychodzili do mnie, by tylko ze mną porozmawiać i na mnie popatrzeć. Czułam się z tym wszystkim okropnie. Nie lubiłam chodzić do szkoły. Ukojenia dostarczał mi tylko sen i zajęcia, bo po szkole Kamil zabierał mnie w najróżniejsze miejsca: na spacery, do kina, na basen, do galerii. Kiedy ostatniego dnia przed przerwą świąteczną zabrał mnie do zoo, sytuacja znów zrobiła się napięta. Staliśmy przed terrarium boa dusiciela. Powiedział, nie patrząc na mnie:

– Przepraszam cię.

– Za co? – zapytałam cała sztywniejąc.

– Za to, co zaraz powiem... – zrobił pauzę, ale nie oczekiwał, bym coś powiedziała. Nadal wpatrywał się w ogromnego węża za szybą. -Teraz chciałbym, byś była takim wężem. Żebym mógł cię zamknąć w terrarium i żebyś nie mogła mnie tu zostawić – oderwał wzrok od zwierzęcia i spojrzał na mnie smutno.

– Nie mów tak. Wiesz, że nigdy nie zostawię cię samego! – przyciągnęłam go do siebie i mocno uściskałam. – Mnie też jest ciężko, ale wierzę, że razem damy sobie radę. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi! – Podniosłam trochę głos, by się nie załamał.

W tej chwili było mi bardzo, bardzo ciężko. Łzy napłynęły mi do oczu. Przez te dwa tygodnie wiedziałam, że radość Kamila nie jest szczera, że kosztuje go wiele wysiłku. Wolałam jednak o tym nie myśleć, chciałam przetrwać rozłąkę, mając przed oczami ten wspaniały, promienny uśmiech, którym mnie tak często obdarzał, ale nie miałam już siły okłamywać samej siebie.

– Będę za tobą tęsknić. Nawet nie wiesz jak bardzo! Ale... Ale musimy dać sobie z tym radę. Niedługo się zobaczymy i wszystko będzie dobrze – dokończyłam stanowczo.

Spojrzałam mu w oczy, też nie wytrzymał. Do oczu napłynęły mu łzy. Nigdy się tego po nim nie spodziewałam. Od kiedy się znamy, to on jest silniejszy, to on podtrzymuje mnie na powierzchni oceanu życia, po którym dryfujemy razem. Teraz pierwszy raz widziałam, jak płakał, jak był załamany. Mój Kamil zaczynał tonąć, musiałam go ratować!

– Nie mogę, Ami! Jesteś dla mnie jak młodsza siostra. Chcę cię chronić, opiekować się tobą, a teraz będziesz daleko poza moim zasięgiem! – wyjęczał.

– Nie musisz się mną opiekować, dam sobie radę, jestem już dużą dziewczynką – powiedziałam ze smutkiem. – Jesteś dla mnie najbliższym i najlepszym przyjacielem, a muszę cię tak ranić, ranić nas oboje.

W tej chwili zauważyłam, że ludzie wokół nas, zaczęli nam się przyglądać. Jedni szeptali, inni po prostu przyglądali się naszemu małemu dramatowi. Nie chciałam, żeby ta sytuacja stała się pożywką dla innych. Chwyciłam go za ramię i pociągnęłam na zewnątrz.

Kiedy opuściliśmy teren ogrodu, oboje byliśmy już w normalnym stanie. Choć nadal obserwowałam Kamila, chciałam się upewnić, że kryzys minął. Wracając do mojego domu nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Szliśmy w milczeniu. Było późno, więc pewnie mama już się o mnie martwiła.

– Spotkamy się w niedzielę, przyjdziesz do mnie? Teraz będę musiała pomóc mamie w przygotowaniach do przeprowadzki. Chciałabym się z tobą pożegnać, chyba że nie chcesz – powiedziałam, zatrzymując się przy bramie.

– Spokojnie, dam radę. O której wyjeżdżasz? – zapytał lekko drżącym głosem.

– Z samego rana. Około ósmej.

– Dobrze, więc do niedzieli – odwrócił się, by odejść.

– Dziękuję ci za wszystko. Wesołych Świąt, Kamil! – zawołałam.

– Wesołych... Świąt... – rzucił przez ramię, ale się nie obejrzał. Jego cierpienie było jak ostrze. Kłuło mnie prosto w serce. Nie potrafiłam się na nie uodpornić. Powiedzieć mu: STOP! Kiedy próbowałam, bolało jeszcze bardziej.

W ostatnich dniach pobytu w Warszawie pomagałam mamie pakować rzeczy. Większość zabierałam ze sobą. Robiłam to jak w transie. Nie zwracałam uwagi na to, co mówi mama. Wciąż mi coś pokazywała, jakieś zdjęcia i pamiątki. Nie chciałam ich zabierać ze sobą, nie były mi potrzebne. Prawie nic nie jadłam, snułam się po domu jak widmo. Mama zauważyła to, lecz na razie próbowała ignorować moje zniechęcenie. Jednak ostatniego wieczoru w naszym starym domu, kiedy siedziałyśmy przy kolacji, a ja bezmyślnie mieszałam łyżką w zupie pieczarkowej, mama zaczęła zadawać w kółko to samo pytanie: co się z tobą dzieje? Gdy powtórzyła je po raz kolejny, przerwałam mieszanie zupy i powiedziałam pełna smutku: „Nic mi nie jest!”. Nie pytała już o nic, wzięła się do pakowania kartonów z napisem: „PRZYBORY KUCHENNE k.4”.

Wstałam i poszłam do swojego pustego pokoju. Zostało w nim tylko moje łóżko i torba, w której zostawiłam sobie najpotrzebniejsze rzeczy. Reszta pojechała już do domu w Sopocie, który od jutra miałam nazywać moim nowym domem. Byłam bardzo zmęczona, bo od ostatniego spotkania z Kamilem (cztery dni temu) bardzo mało sypiałam. Bałam się tego, co się wydarzy, gdy opuszczę Warszawę i już go tak prędko nie zobaczę.

Położyłam się i nadal rozmyślałam nad tym, co mnie czeka. Nieznane miejsce, nowi ludzie. Tak rozmyślając zapadłam w głęboki sen. Śniło mi się, że jestem otoczona przez grupę ludzi, którzy są dla mnie bardzo mili, wszyscy mnie lubią i chcą ze mną porozmawiać. Sen był bardzo wyraźny, miał wiele jaskrawych i żywych kolorów, czułam się dziwnie szczęśliwa. Niestety, obudziłam się i przypomniałam sobie, co to za dzień.


Rozdział II

Obudził mnie budzik, który nastawiłam wczoraj na szóstą trzydzieści. Po dwóch tygodniach męczarni było mi bardzo ciężko wstać. Gdy tylko przypomniałam sobie, co mnie czeka w ciągu najbliższych dwóch godzin, od razu zapragnęłam znów zapaść w sen.

Zwlokłam się z łóżka i założyłam wcześniej przygotowane ubrania – czarne jeansy, szary top i czarny żakiet. Kiedy zeszłam na dół, mama już czekała na mnie z kanapkami. Usiadłyśmy razem w pokoju dziennym, w którym zostały tylko dwa krzesła i mały stolik.

– Jak się czujesz, kochanie? – zapytała, patrząc na mnie uważnie.

Nie odwzajemniłam jej spojrzenia.

Jak się czułam? Byłam przerażona, ale i pewna siebie. Spięta i rozluźniona. Podekscytowana i smutna.

– Nijak – odpowiedziałam po chwili namysłu.

Przez te wszystkie dni oczekiwania, nie wiedziałam, co myśleć. Bałam się dzisiejszego ranka, chwile ciągnęły się i ciągnęły. Ale dziś było inaczej. Już się nie bałam, chciałam tylko mieć to wszystko za sobą. To całe pożegnanie z Kamilem, pakowanie ostatnich bagaży do samochodu mamy, jazdę ulicami Warszawy, drogę do Sopotu, migawki różnych budynków, które miałyśmy minąć, sześć godzin w Toyocie, a potem już tylko nieznane. Nowi ludzie, nowe miejsca.

Właśnie skończyłam pakowanie, zatrzasnęłam bagażnik i stanęłam przodem do naszej kamienicy. Niedawno została odremontowana. Jednak zachowała swój stary urok. Wstawiono nowe okna, ściany zostały odnowione na wzór oryginału. Elewacja wyglądała wspaniale, szczególnie latem, na tle zieleni ogrodu otaczającego budynek.

Patrząc tak nawet nie zauważyłam, że Kamil już przyszedł i stał tuż za mną.

– Jest przepiękna – powiedział.

Przestraszyłam się i gwałtownie odwróciłam.

– Tak, jest wspaniała. Tu dorastałam – odpowiedziałam spokojnie. – Ale wiesz... – zrobiłam pauzę, więc ponaglił mnie:

– Tak?

– Zawsze myślałam, że to mój prawdziwy dom, że to moje miejsce na ziemi – zaczęłam wyjaśniać.

Teraz stał obok mnie, jednak nie patrzył na mnie. Przyglądał się uważnie mojemu staremu domowi. – Ale teraz nie jestem tego taka pewna.

– Jeśli tam pojedziesz i ci się nie spodoba, to zawsze możesz wrócić – spojrzał na mnie i uśmiechnął się do mnie tym swoim wspaniałym, radosnym uśmiechem, który lubiłam.

– Tak, zawsze mogę wrócić – westchnęłam. – Będę tęsknić.

– Ja już tęsknię, Ami – odparł.

Nikt inny mnie tak nie nazywał. Tylko on i tylko on o tym wiedział. Będzie mi tego brakowało.

– Będziemy się odwiedzać, prawda? – chciałam się upewnić, że nie stracę go na zawsze.

To było to, co mnie dręczyło przez ostatnie dwa tygodnie. Świadomość utraty mojego najlepszego przyjaciela.

– Jak najczęściej – znów się uśmiechnął.

– Amelia, wybacz, że wam przerywam, ale musimy już jechać – mama tymczasem wyszła z domu i już czekała na mnie przy samochodzie.

– Już idę! – krzyknęłam. – Będzie mi cię brakowało Kamil. Gdy tylko będę mogła, przyjadę.

– Mnie ciebie też, Ami! Nie mogę się doczekać, kiedy znów cię zobaczę! – jego głos był na skraju załamania, mimo to jednak trzymał się mocno, nie chciał pozwolić, bym była smutna.

– Dobrze! Trzymaj się! – zawołałam i wsiadłam do samochodu.

– Ty też! – i nic więcej nie powiedział.

To już koniec – powiedziałam sobie. – Zamykam ten rozdział mojego życia. Nowy będzie inny. Wszystko się zmieni. Postanowiłam to sobie już wcześniej, wraz z moim otoczeniem zmienię się także i ja. To będzie trudne, bo od siedemnastu lat unikałam jakichkolwiek zmian, nawet najmniejszych. Ale trzeba spróbować czegoś nowego.

I w tym momencie coś we mnie pękło. Bariera między mną a światem. Brama do mojego umysłu otworzyła się, poczułam się przyjemnie szczęśliwa. Mimo że właśnie zostawiłam za sobą załamanego przyjaciela. Mknęłam ulicami Warszawy przed siebie, myśląc tylko o tym, że może jednak wyprowadzka dobrze mi zrobi. Będę mogła zacząć wszystko od początku. Nie będzie to łatwe, ale zrobię co w mojej mocy, by tak było.

Myśląc o tym, musiałam zasnąć. Przeżycia ostatnich dni i godzin zmęczyły mnie.

Mama obudziła mnie, gdy zbliżaliśmy się do Trójmiasta. Sopot leżał tuż nad morzem, był pięknym miastem. Wiele się w nim dzieje, lecz głównie latem, w sezonie, gdy napływają tu tłumy turystów.

– Och, moja córeczka się obudziła. Przespałaś całą drogę – powiedziała mama, gdy zauważyła, że już nie śpię.

Uśmiechnęłam się do niej szeroko. Zdziwiona, że nie kosztowało mnie to większego wysiłku, zaśmiałam się.

– Widzę, że wróciłaś do świata żywych, i to w bardzo dobrym humorze – też się uśmiechnęła – To dobrze, bo przez ostatnie dwa tygodnie bardzo się o ciebie martwiłam.

– Tak, powiem ci szczerze, że strasznie się bałam dzisiejszego ranka. Wszystkim się martwiłam. O to, jak damy sobie radę... A czy Kamil da sobie radę? – uśmiech zniknął z mojej twarzy.

Och, Kamil. Właśnie, czy da sobie radę? Na pewno. Musi!

– Czułam, że to też o niego chodzi – spojrzałam na nią zdziwiona – Tak, kochanie. Pewnie myślisz, że nic nie widzę, że nie wiem, co się z tobą dzieje. Wiem, że ten chłopiec był dla ciebie ważny...

– Jest... – poprawiłam ją.

– No tak... jest – westchnęła. – Ale tak to już jest w życiu. Czasem trzeba coś poświęcić, by dostać coś innego. Często później tego żałujemy, a czasem odwraca się to w drugą stronę i dzieją się rzeczy, o jakich nawet nie śniliśmy.

– Tak, oby tak, mamo – powiedziałam, patrząc przez okno na mijane przez nas domy i drzewa.

Wszystko tu było inne niż w mieście. Każdy dbał o otoczenie, które było schludne i czyste. Obserwowałam ludzi idących grupką do kościoła. Rozrabiające dzieci, rzucające się śnieżkami, inne robiące bałwana; były takie szczęśliwe i beztroskie. Wszyscy byli pod wpływem magii Bożego Narodzenia. Nie myśleli o problemach. Tutaj czas się zatrzymał.

Aż do przekroczenia granic Sopotu nie odezwałyśmy się ani słowem. Byłam zbyt pochłonięta obserwacją zmieniających się obrazów wokół mnie.

Nie miałyśmy problemu ze znalezieniem domu, bo mama się tu wychowała. Ja byłam tam jako trzylatka, więc właściwie nic nie pamiętałam.

Miejsce, w którym miałam teraz zamieszkać, okazało się przepięknym drewnianym domkiem. Do wybrzeża rzeczywiście było bardzo blisko. Wystarczyło tylko przejść dwieście metrów i było się już nad brzegiem morza. Ciemne drewno wyglądało wspaniale w połączeniu z ciemnozielonym dachem i okiennicami w tym samym odcieniu. Wchodziło się przez prześliczną werandę, na której leżało trochę śniegu, najwidoczniej wpędzonego tu przez wiatr.

– Mamo... – wydusiłam – jest wspaniały!

– Prawda, że cudny? – spytała, stając obok mnie przy furtce.

– Och, Kamilowi by się spodobał... – Znów posmutniałam na myśl o nim.

– Na pewno niedługo będzie miał okazję go zobaczyć! – pocieszyła mnie i pociągnęła do środka.

Wewnątrz dom był równie piękny, jak na zewnątrz. Hol był duży i przestronny, po prawej stronie znajdowały się schody prowadzące na piętro. Na parterze właściwie nie było ścian, tylko ich niewielkie fragmenty oddzielały od siebie poszczególne części przestrzeni: kuchnię, jadalnię, salon. Całość sprawiała wrażenie obszernej, choć w rzeczywistości nie była to największa powierzchnia. W niewielkiej kuchni na ścianach wisiały białe szafki z pozłacanymi uchwytami. Pod oknem stał mały, okrągły, szklany stolik i dwa niewielkie stylowe krzesełka. Na granicy kuchni i salonu stał długi drewniany stół, a wokół niego dwanaście krzeseł do kompletu.

„Ciekawe, po co mi tyle miejsca, jeśli będę mieszkać tu sama?”.

W salonie – to co najbardziej mnie urzekło: okna z drzwiami na taras i widokiem na morze oraz kominek. Tutaj stały nasze meble: kanapa, szafa, komoda i inne. W tym wnętrzu wyglądały idealnie. Mama zawsze narzekała, że te stare meble do niczego jej nie pasują. Jednak teraz, z tymi wnętrzami idealnie współgrały. Wszystko zawalone było pudłami z naszego domu, które stały tak już dwa dni, czekając, aż je rozpakujemy i powstawiamy do tych wspaniale zdobionych szafek i półek.

Najbardziej jednak podobało mi się piętro. Miałyśmy tam z mamą swoje pokoje. Dzieliła je tylko wspólna łazienka.

Kiedy weszłam do swojego nowego pokoju niemal natychmiast zakochałam się w nim. Był duży, miał ogromne okna, takie jak w salonie i jadalni. Zamiast mojego starego łóżka stało tam wielkie kremowe łoże z baldachimem, u jego stóp stała biała skrzynia. Zachwycona podeszłam do okna i zapatrzyłam się w morze. Wzburzone fale uderzały o brzeg. Był środek zimy. Nie leżało dużo śniegu, ale było przeraźliwie zimno. Miejsce w fotelu przy oknie stało się moim ulubionym. Przez następne kilka dni, gdy mama pomagała mi rozpakowywać rzeczy i jakoś się urządzić, często siadałam przy oknie i długo wpatrywałam się w morze. Bijące o brzeg fale, rozlewające się po piaszczystej plaży wprowadzały mnie w stan ukołysania i błogiego spokoju.

Mamę w tym czasie pochłonęło ustawianie wszystkich klamotów na swoich miejscach. Oddałam urządzanie domu w jej ręce, bo wiedziałam, że to kocha. Ja sama dużo miałam tylko ubrań i książek. Z rozpakowywaniem własnych rzeczy uwinęłam się więc w jeden wieczór. Większość ubrań włożyłam do skrzyni przy łóżku, a książki poustawiałam na półkach zawieszonych na ścianie.

Nie spodziewałam się nigdy, że mogę mieszkać w tak wspaniałym miejscu. Dom był przepiękny.

Tylko szkoda, że będę tu sama...

W tym domu przepełniała mnie jakaś dziwna pozytywna energia do działania. Jednocześnie byłam spokojna i zrelaksowana. Dużo rozmawiałam z mamą. Kolację jadałyśmy głównie w salonie, oglądając telewizję i śmiejąc się. Odpowiadał mi taki układ. Kochałam moją mamę, ale przez pracę rzadko bywała w domu i nie miałyśmy zbyt wiele czasu dla siebie. Teraz było inaczej. Była ze mną, rozmawiała. Chciałam, żeby to się nigdy nie skończyło, choć wiedziałam, że będzie inaczej.

Z Kamilem rozmawiałam codziennie. Czasem dzwonił wieczorami, a ja opisywałam mu wspaniałe zachody słońca za moim oknem, niby codziennie to samo, ale one wszystkie się od siebie tak różniły.

W jego głosie słychać było ulgę za każdym razem, gdy zapewniałam go, że wszystko jest w porządku. Z każdym dniem był coraz weselszy. Byłam szczęśliwa, gdy słyszałam, jak dobrze się trzyma. Czułam niepohamowaną chęć uściskania go. Dzięki jego szczęściu byłam pewna siebie i zadowolona z życia. Miałam tylko nadzieję, że ten nastrój utrzyma się również, kiedy pójdę do szkoły.

Ułożyłam sobie grafik na cały tydzień, wydzielając miejsce na czas wolny, choć nadal nie wiem, czy będzie mi potrzebny – i na naukę do testów maturalnych w maju.

Sylwestra spędziłam z mamą przed telewizorem. Zajadałyśmy się sałatkami i chipsami. O północy wyszłyśmy na werandę, by podziwiać fajerwerki. Sąsiedzi z naprzeciwka urządzili imprezę, zebrało się mnóstwo ludzi, jednak bez trudu można było rozpoznać gospodarzy. Dwoje dorosłych i ich dzieci, bliźniaki, obsługiwało i zabawiało gości. Kiedy stałam z mamą i obserwowałam, jak wysoki chłopak z wprawą podpala fajerwerki, bliźnięta podbiegły do nas.

– Witajcie! Zapraszamy na wspólne świętowanie! – zawołali chórkiem.

Mimo że byli to chłopak i dziewczyna, świetnie się uzupełniali.

– Dziękujemy za zaproszenie, ale nie – odpowiedziała mama, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.

Ona jak zwykle była nad wyraz podejrzliwa i nie chciała przyłączyć się do wspólnej zabawy z nieznajomymi. Za to ja chętnie potowarzyszyłabym rodzeństwu.

– Szkoda! Na pewno nie chcecie przyjść? – zapytała dziewczyna.

– Jesteście tu nowe i ktoś musi was wprowadzić do miasta! – dodał chłopak, uśmiechając się wesoło.

– Nie, dziękujemy. Sylwestrową noc zawsze spędzamy wspólnie – odpowiedziała mama, odwzajemniając uśmiech.

Od bardzo dawna nie byłam na nią tak wściekła. Kłamała. Kłamała nawet w tak błahej sprawie. Nigdy nie spędzałyśmy razem sylwestra – to nasz pierwszy. Rok temu przesiedziałam całą noc w domu z Kamilem. Zrobiliśmy sobie maraton filmowy, a ona poszła na jakąś imprezę ze swojego biura. Może nie miała ochoty iść się zabawić w gronie normalnych, zwykłych ludzi, ale ja tego pragnęłam. Chciałam się jakoś rozerwać. Wiedziałam jednak, że nigdy mnie tam samej nie puści.

W Warszawie, owszem, chodziłam do klubów ze znajomymi i na różnego rodzaju imprezy, ale tu nikogo nie znałyśmy. Nie wiem, czego się bała, przecież za kilka dni zostanę tu sama na kilka miesięcy.

Szczerze mówiąc, czasem nie mogłam jej rozgryźć. W jednej chwili była gotowa zaufać swojej nastoletniej córce i zostawić ją bez opieki, a w drugiej była nadopiekuńcza. Może to dlatego, że mama była przyzwyczajona, iż otaczają nas ludzie z tak zwanych wyższych sfer. Nie mówię, że była powierzchowna i patrzyła tylko na to, co zewnętrzne, ale czasami podchodziła do ludzi przeciętnych z dystansem i wyniosłością.

Nasi sąsiedzi należeli właśnie do takiej grupy. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie mają dużo pieniędzy. Jednak tak samo łatwo było zauważyć, jak bardzo są mili i przyjacielscy.

Przez cały tydzień bliźnięta często przyjmowały gości: owego wysokiego chłopaka i rudą przepiękną dziewczynę.

– Szkoda! Szczęśliwego Nowego Roku! – znów zawołali chórkiem.

My wróciłyśmy do domu.

– Dlaczego to zrobiłaś?

– Co zrobiłam? – zapytała beznamiętnie i zabrała się do piłowania swych długich paznokci.

– Dlaczego odmówiłaś temu rodzeństwu? – znałam odpowiedź na to pytanie, ale chciałam wiedzieć, co odpowie.

– Oj, kochanie wiem, że trzeba poznawać nowych sąsiadów, ale impreza sylwestrowa to nie jest dobry pomysł – odpowiedziała nieporuszona. – Sama widziałaś, jak to się odbywało. Wszyscy byli pijani, to nie najlepszy moment na nowe znajomości.

– Według ciebie oni też byli pijani? – zaprotestowałam, pokazując w stronę drzwi wejściowych. – Ja bardzo chętnie bym do nich dołączyła.

– Ale tego nie zrobisz – ucięła. – I nie chcę słyszeć słowa sprzeciwu. Nie zabraniam ci się z nimi zaprzyjaźnić, ale nie musisz robić tego dzisiaj!

– Ale... – próbowałam protestować.

– Dosyć!

Byłam na nią wściekła! Nie wiedziałam, że gromadzę w sobie tyle złości. Chciałam się od niej uwolnić, ale nie mogłam. Mój gniew, skierowany przeciw mamie, zbierał się we mnie już od wyprowadzki, czekał tylko na okazję, by znaleźć ujście. Nie mogłam pozwolić sobie na takie wybuchy.

– Aha, kochanie! – zwróciła moją uwagę. – Wyjeżdżam we wtorek.

– Dobrze – powiedziałam tylko.

Wyglądała, jakby chciała jeszcze coś dodać, ale nic nie powiedziała.

Wyszłam z salonu i poszłam do siebie. Usiadłam przy oknie. Patrzyłam w morze. To mnie uspokoiło. Chwyciłam za telefon i wykręciłam numer Kamila. Odebrał po pierwszym sygnale.

– Cześć, Ami! Wszystko gra? – odezwał się zatroskanym głosem.

– Cześć! Tak, wszystko w porządku. – Usłyszałam jak wypuścił powietrze. – Mam prośbę.

– Zrobię wszystko – zadeklarował bez namysłu.

– Dobrze. A więc przestań się w końcu o mnie martwić! – zaśmiałam się.

– Och, żeby to było takie proste – westchnął.

– Tak wiem, wiem – chwila ciszy – ale nie po to dzwonię. Szczęśliwego Nowego Roku! – krzyknęłam wesoło do słuchawki.

– I nawzajem! – zaśmialiśmy się. – Jak spędzasz sylwestra?

– Eee... Z mamą, siedzimy razem w domu i oglądamy telewizję – przed oczami stanęła mi scena sprzed domu. – A ty? – zapytałam szybko.

– Siedzę sam w domu, bo rodzice poszli na imprezę do znajomych – odpowiedział – Bez ciebie sylwek to nie to samo.

– Tak, bez ciebie też – potwierdziłam. – Baw się dobrze, zadzwonię jutro. Trzymaj się. Papa!

– Ty też! Pa! – powiedział i rozłączył się.

Było dopiero wpół do pierwszej, ale ja byłam bardzo zmęczona. Poszłam pod prysznic i położyłam się do łóżka. Impreza naprzeciwko rozkręciła się na całego. Mimo że odbywała się po drugiej stronie ulicy, można było ją dobrze słyszeć.

Obudziłam się wcześnie – wcześnie jak na pierwszy dzień Nowego Roku. Dochodziła ósma. Całe osiedle jeszcze spało. Ubrałam się szybko i zeszłam na dół. Poszłam na spacer po plaży. Było bardzo zimno, ale nie zważałam na to. Urok plaży i bałwanów bijących o brzeg całkowicie mnie pochłonął. Przez noc napadało trochę śniegu, nie było na nim śladów mówiących o obecności kogokolwiek. Szłam sama i wpatrywałam się w fale, myśląc o jutrzejszym dniu. Idąc tak, znalazłam pustą ławeczkę przy dużym, pokrytym śniegiem świerku. Usiadłam na niej i rozkoszowałam się chwilą. Nawet nie zauważyłam, że ktoś za mną stoi.

– Dzień dobry! – tak się przestraszyłam, że zeskoczyłam z ławki, straciłam równowagę i przewróciłam się. Chłopak, który mnie zaskoczył, szybko znalazł się przy mnie i już pomagał mi wstać.

– Och, przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.

– Nic nie szkodzi, zamyśliłam się tylko i nie słyszałam cię – wytłumaczyłam się czym prędzej.

Podniosłam wzrok i zaparło mi dech w piersiach. Stał przede mną najprzystojniejszy chłopak, jakiego w życiu widziałam. Był wysoki, miał krótkie kruczoczarne włosy i błękitne oczy. Ubrany był w jeansy i czarną, skórzaną kurtkę perfekcyjnie kontrastującą z bladością jego skóry.

– Nie powinienem tak się skradać, ale nie sądziłem, że spotkam tu kogoś o tak wczesnej porze w Nowy Rok – powiedział, uśmiechając się do mnie.

Ten uśmiech był tak czarujący, że gdyby nie to, że podtrzymywał mnie jeszcze za łokieć, pewnie znów bym upadła. Posadził mnie z powrotem na ławce i trochę się ode mnie odsunął.

– Ja też się tego nie spodziewałam, ale spokojnie, nic się nie stało... – wybełkotałam.

– Jestem William Jonson – przedstawił się.

– Aha... Eee, ja nazywam się Amelia, Amelia Famińska – zakłopotana spuściłam wzrok.

– Będziesz chodzić do miejscowego liceum, prawda? – zapytał, mrużąc oczy. – Wiesz już, do której klasy?

– Eee, bodajże do III A. – wydukałam.

– O, to witaj w szkole – spojrzałam na niego zdziwiona. – Będziemy w jednej klasie – wyjaśnił, widząc moją skonsternowaną minę. Uśmiechnął się do mnie lekko, a jego czarujący uśmiech zbił mnie z pantałyku.

W oddali pojawiło się dwóch chłopaków. Szli w naszą stronę. William spojrzał przez ramię i napiął mięśnie. Zaniepokoiłam się. Kto to może być? Uśmiechnął się przejmująco.

– Amelio, miło było cię poznać, ale muszę już iść – powiedział, odwracając się.

– Czy musisz iść przez nich? – zapytałam, pokazując na przybyszów.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.