Soc pop post. Portrety gwiazd - Małgorzata Terlecka-Reksnis - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 259 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 7 godz. 36 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Soc pop post. Portrety gwiazd - Małgorzata Terlecka-Reksnis

Osiecka, Jędrusik, Dudziak, Kora, Przemyk, Bartosiewicz, Geppert, Bem, Jopek

Soc, pop, post. Portrety gwiazd to kobiecość, historia, popkultura, to portrety dziewięciu gwiazd polskiej muzyki rozrywkowej. Intymność i tryb zwierzeń splata się z wymiarem społecznym i przemianami zbiorowej wyobraźni.

Kobiecość to inne, prywatne spojrzenie na otaczającą rzeczywistość, alternatywne podejście do dominujących wydarzeń politycznych. Historia to zapisane momenty przesileń w polskich dziesięcioleciach: lat 50, 60, 80 i 90. Popkultura to gwiazdorstwo, moda, mocny przekaz emocjonalny i proste odpowiedzi na zbiorowe tęsknoty i marzenia.

Soc, pop, post. Portrety gwiazd to reporterskie „portrety momentalne”, datowane ślady dni, lat, miejsc, emocji i nastrojów. To gromadzone i zapisywane przez ostanie 25 lat archiwum spotkań, rozmów, faktów i wyobrażeń. Archiwum osobliwe, bo prezentujące pamięć rozproszoną, gromadzącą rzeczy pozornie błahe, ulotne równie pieczołowicie jak i te poważne, przemieniające historię. Subiektywna kolekcja spotkań z artystkami o znaczącej sile oddziaływania na styl popularnej muzyki i sceniczne formy jej przedstawiania.

Opinie o ebooku Soc pop post. Portrety gwiazd - Małgorzata Terlecka-Reksnis

Fragment ebooka Soc pop post. Portrety gwiazd - Małgorzata Terlecka-Reksnis










Mojemu mężowi i córce…


Rozdział I

DZIECI
PAŹDZIERNIKA


AGNIESZKA OSIECKA:
MIESIĄC ZA MIESIĄCEM


KALINA JĘDRUSIK:
A JA I TAK PŁYNĘ


Odwilżowcy, idealiści wierzący w zwycięstwo dobra nad złem wyznawcy „socjalizmu z ludzką twarzą”. Ich pokoleniowym przeżyciem był Październik ’56. Na nim zbudowali swój założycielski mit „pięknych dwudziestoletnich”. Byli generacją, która przekroczyła stalinizm i na krótki moment zanurzyła się w wolności. Poczuła świeży powiew indywidualizmu, egzystencjalizmu i europejskiej awangardy.

„My łysiejący już, niepiękni i nie dwudziestoletni mieliśmy tych parę kroków w słońcu” – pisał Marek Hłasko, starając się uchwycić istotę ich wspólnotowego przeżycia[1]. Socjolog Hanna Świda-Zięba w panoramie portretów młodzieży PRL nazwała ich „pokoleniem opozycji obyczajowej”, bo ze schematyczną, mocno zideologizowaną rzeczywistością walczyli za pomocą ironii, jazzu i kolorowych skarpetek[2]. Ich duch rebelii umiejscowił się w kabaretach, klubach i teatrzykach studenckich. Traktowali zabawę jako formę wytrącania z równowagi, zakłócania oficjalności. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to dość naiwnie, ale wtedy miało konstrukcyjną moc. „Ta rewolucja dokonała się najpierw wśród twórców – twierdził Jacek Kuroń. – Oni jako pierwsi rozbijali stary monolit totalitaryzmu. To był czas dużego zamętu, z którego wyłonił się pierwszy ruch wolnościowy. Zaczęło się od teatrzyków studenckich i kabaretu, bo przez tę formę artystyczną ludzie coraz głośniej zaczęli wypowiadać się na tematy polityczne”.[3]

Ćwierć wieku później, po „solidarnościowym” przełomie Agnieszka Osiecka napisała wspomnienie manifest byłych „pięknych”, którzy zdążyli już stać się „szpetnymi czterdziestoletnimi”.

„Byliśmy jak stado domowych gęsi, które trzepoczą skrzydłami w czas odlotów, patrzą zamglonymi oczami za sznurami dzikich sióstr, ale brakuje im siły, aby polecieć za nimi. Zdawało nam się, że tworzymy symfonię, a udało nam się napisać tylko uwerturę. Odwieczne polskie preludium, księga składająca się z samych wstępów.

Więc mówię: raczej otchłanna praca wiru niż podniebna praca samolotu, raczej spirala, płytki świder niż przeszywający grom. Hymn mało lotnych gęsi”.[4]

Plaża na Saskiej Kępie w Warszawie, 1960 r.
fot. Siemaszko Zbyszko/NAC


KWIECIEŃ. PAMIĘĆ

10 kwietnia 1989. Zacinający deszcz z podmuchami lodowatego wiatru.

W studiu telewizyjnym przy Woronicza spotkanie z końskim ogonem Agnieszki Osieckiej. Jasny płaszcz z flauszu, mała torebka, buty na obcasach. Poetka idzie ostrożnie długim, wąskim korytarzem. Biała koszula, korale, spódnica w kratę. Na pierwszy rzut pani z biura, ale z siwym końskim ogonem sięgającym do połowy pleców. Dojrzałość przemieszana z „pensjonarskością”, oficjalność z szaleństwem swobody, którą trzeba ciągle ujmować w „karby codzienności”. Tylko że w wypadku Agnieszki Osieckiej trudno rozstrzygnąć – co jest codziennością? Pisanie wierszy, odwożenie córki Agaty do szkoły, picie kawy w barku na rondzie Waszyngtona, układnie tekstów piosenek, gryzmoły na serwetkach czy nocne stukanie na maszynie, którą wraz z niespełnioną miłością i białym kożuchem zostawił jej na przechowanie Marek Hłasko. Był najbardziej utalentowanym pisarzem październikowego pokolenia, wyjeżdżał na stypendium do Paryża, miał wrócić za parę miesięcy. Najpierw oświadczył się, potem wyjechał i przepadł. Zapisał ślad swojego uczucia w prozie, bohaterka Pierwszego kroku w chmurach ma na imię Agnieszka. Zapoczątkował w jej życiu linię „hłaskoidów”, zmęczonych chuliganów, niebezpiecznych mężczyzn z wybujałymi ambicjami. Związki z nimi trwały krótko, zostawiły po sobie wrażenie przewagi farsy nad dramatem.

Poetka wspomina to tak:

– On – kowboj młodej literatury, wilk romantyk, olbrzym z rozbrajającą twarzą chłopca. Ja przy nim – „mysz polna”, z aksamitką na szyi i warkoczem.

Miała niecałe dwadzieścia lat, w sprawach miłości była zielona jak szyty na miarę kostium ze skaju, którym Tyrmand zachwycił się tak, że na środku Francuskiej wysiadł z samochodu, żeby powiedzieć jej komplement: – Myślałem, że jesteś toporną samicą, a tymczasem jesteś Mussetem w fenomenalnych skórach. – To zdanie klucz, według Osieckiej, do specyfiki stylu lat 50. Do odreagowywania nakazowej powagi i bylejakości.

– Musisz zrozumieć estetykę poststalinowskiego pokolenia. U nas mówiło się: jesteś wspaniała; czy mogę tarzać się u twych stóp; wielbię Cię – bez wyraźnych objawów wielkości czy gorących uczuć. Wszyscy błaznowaliśmy, pewnie jeszcze nie raz zetkniesz się z takim stylem.

– Pokolenie „Solidarności” jest inne, powściągliwe. Was drażni nasza egzaltacja, ale mnie nudzi wasza powaga. Zniknęła ciągłość gustu, zmieniła się moda i styl. Nasz zetempowski „socjalizm z ludzką twarzą” został wymieciony.

Pozostał tylko Październik i aluzyjność, która dziś wydaje mi się niesympatyczna.

Osiecka, ambitna autorka piosenek dla popularnego wówczas Studenckiego Teatru Satyry, pisała do Hłaski, autora Pięknych dwudziestoletnich, listy z zapewnieniami, że jest najzdolniejszym buntownikiem z ich pokolenia. On odwdzięczał się jej wyznaniami miłości, zwątpienia i nadziei, których doświadczał na przemian w trakcie przymusowej emigracji. Kiedyś w Kazimierzu nad Wisłą modlili się razem w ruinach zamku o sławę i sukces, mocno zaciskając kciuki. Agnieszka zrobiła mu zdjęcie na tle ogromnego drewnianego krzyża, które potem zyskało symboliczną wymowę; Marek Hłasko w sportowej kurtce, z rozłożonymi ramionami, z błazeńskim grymasem twarzy jako ukrzyżowany pisarz polskiego Października.

Nie skończył szkoły, miał wyczulony słuch językowy i przeczucie tragedii, które zagłuszał błazenadą i piciem na umór w „Kameralnej”. Wymyślał zabawne przezwiska – o jakimś amancie Osieckiej, który był mizernej postawy, mówił „tancerz Druciński”, ją nazywał „panną Czaczkes” ze względu na harcerską pryncypialność STS-u, której starała się sprostać, mimo że ciągnęło ją w stronę intymnej liryki. Na pannę Czaczkes natknął się w starym romansidle drukowanym w odcinkach w przedwojennej gazecie.

Maszyna do pisania, mała olivetti, do dziś stoi na jej biurku, biały kożuch, który kupił podobno od radzieckiego żołnierza, ktoś pożyczył i nie oddał. Zdjęcie z krzyżem, parę listów oraz maszynopis zaczętej powieści o Marku Hłasce leżą gdzieś po szufladach. Z tych okruchów Agnieszka Osiecka układa kolejne wersje własnej legendy „pięknych dwudziestoletnich”.

W studiu telewizyjnym nagrzanym od reflektorów naprzeciw dyskretnie przypudrowanej poetki w białej bluzce siedzi Kora – solistka Maanamu (czarne, gładkie włosy, wyraźne czerwone usta). Rozmowa, nagrywana dla Magazynu 102, dotyczy poezji, temperamentu i tekstów piosenek.

– Nasza wspaniała dama humoru spokojna i jak zawsze opanowana. – Kora, uosobienie żywiołu na rockowej scenie, wychyla się w kierunku Osieckiej. – Za to właśnie kocham cię szalenie. – Każdą sylabę Kora starannie oddziela i rytmizuje.

– Właśnie Kocham cię kochanie moje uważam za Twój najpiękniejszy wiersz. – Spokojne, długie spojrzenie. – Jak go napisałaś? – docieka Agnieszka Osiecka.

– Pod wpływem wzruszenia i w ciszy.

– To odwrotnie niż ja, ja piszę w kawiarni, w samolocie, w tramwaju, na basenie, nawet w pijalni czekolady. Zapisuję zdania na rachunku, serwetce, byle czym. Mam niewielkie wymagania, by się skupić, wystarczy, że nagle wyłączę się z rozmowy. Lubię obserwować ludzi, domyślać się, co im się przydarzyło, co czują. Przyglądanie się ludziom – to mi wychodzi dobrze.

W kwietniu wracają wspomnienia, które miały odejść z zimą, ale pod wpływem śniegu, który nagle zaczął padać, znowu atakują. Złotą toyotą metalic jedziemy w kierunku Żoliborza, do przedniej szyby lepi się śnieg, w centrum gdzieś wysoko rozpięty transparent „Kwiecień miesiącem pamięci”. Zatrzymujemy się na placu Inwalidów, idziemy parę metrów w głąb, Agnieszka pokazuje mi niewysoki dom, w którym mieszkał Krzysztof Komeda.

– Gnieździli się w malutkim mieszkanku na pierwszym piętrze. Zosia najpierw nosiła popielaty warkocz do pasa, potem ścięła modnie włosy „na chłopaka”. Była muzą, żoną, matką, menedżerką i powietrzem do oddychania. Krzysztof – nieśmiały, milczek z usposobienia, miał płomiennorude włosy i lekko utykał. Kiedy grał na pianinie, zawsze otaczał go wianuszek wielbicielek. Był geniuszem, Szwedzi mówili, że gra jazz romantyczny, ale dla nas jego muzyka była czymś znacznie bliższym, sumą marzeń, dążeń i klęsk.

Agnieszka opowiada, jak w pewien wiosenny dzień pojechali z Komedą jego garbusem do Torunia na plan filmu Prawo i pięść. Przez cała drogę Komeda milczał, ona onieśmielona nie odezwała się ani słowem. Na planie było zamieszanie, chaos, nikt nie miał czasu z nimi rozmawiać. Pokręcili się, wsiedli do samochodu i znowu jechali w milczeniu. Tuż przed Warszawą Komeda powiedział: „Ja ci powiem, co zrobimy. Ty napisz tekst pod Okudżawę, ja zrobię muzykę pod western i to będzie to, o co im chodzi”. – Tak powstała ballada Nim wstanie dzień. W filmie zaśpiewał ją Edmund Fetting, który zanim zagrał Raskolnikowa w Teatrze Wybrzeże, był gwiazdą jazzowego zespołu Marabut. Wieczorami w gdańskim „Rudym kocie” grał na pianinie i niskim, chłodnym głosem pół mruczał, pół wyszeptywał jazzowe standardy. Kochały się w nim studentki szkoły plastycznej i młode aktorki.

– Do mieszkania Komedów pierwszy raz przywiozła mnie Kalina Jędrusik, żeby popracować z Krzysztofem nad piosenką do spektaklu Śniadanie u Tiffany’ego. Był z tym kłopot, bo Komeda improwizował, ledwie dotknął klawiszy, skręcał gdzieś w bok, zmieniał rytmy. Kalina, widząc, co się dzieje, usiadła do pianina i wystukała mi linię melodyczną. Wyszła z tego później piosenka: Ja nie chcę spać, ja nie chcę umierać, którą Kalina zaśpiewała intymnie jako spowiedź kobiety. To był czysty indywidualizm, więcej nawet może – feminizm, chociaż nikt jeszcze nie używał tego określenia.

Stoimy w deszczu na chodniku szerokiej alei Wojska Polskiego okalającej plac. Rozmawiamy o zderzeniu legendy Zofii i Krzysztofa Komedów z rzeczywistością 1989 roku.

– Powrót samotnej Zosi z wyżyn Los Angeles, z Hollywoodu, w którym Komeda zaczynał być sławny, do mikroświatka „Piwnicy”, w której życie poszło naprzód, nie zatrzymało się mimo tragedii, był straszliwe gorzki. Stąd rozpacz, morze alkoholu i zapiekły żal do ludzi, zwłaszcza do naszej pokoleniowej iluzji. Po Październiku my wszyscy uważaliśmy, że jesteśmy dziećmi szczęścia, że możemy pędzić, dociskać gaz, bo wszystkie tamy ustąpiły. Minęła dekada i okazaliśmy się pokoleniem tragicznym. To był niesamowity żałobny korowód: najpierw Zbyszek Cybulski, dwa lata później Komeda, Wojtek Frykowski, Hłasko, Bobek Kobiela. Wszyscy zginęli w 1969 roku.

Krzysztof Mętrak, krytyk literacki młodszy o pokolenie, nazwał ich kaskaderami odwilży, ludźmi przełomu, których wydarzenia historyczne zmusiły do biegu. „Tacy ludzie – pisał – zaczynają ostro, na pełen gaz, sytuacja im sprzyja. Ale też szybciej się wypalają, wyczerpują, podlegają historycznym stresom, psychicznym frustracjom. (…) Pierwsze i jedyne powojenne pokolenie, które wymyśliło własny styl zabawy, własne konwencje obyczajowe, odpowiedziało za swoje skłonności. Dziś zdziesiątkowani żyją w dziuplach generacyjnej i towarzyskiej mitologii”[5].

Perspektywa Agnieszki Osieckiej, autorki Szpetnych czterdziestoletnich, generacyjnego portretu pisanego w latach 80., jest inna, romantyczno-tragiczna, jednym skrzydłem zaczepiona o ciąg polskich tańców, drugim o mit klęski.

– Zaczynaliśmy od marszu, kończymy na kontredansie. Październik był naturalnym zwieńczeniem naszej młodości. Myśleliśmy, że jest początkiem początku, a był końcem końca.

Przez całe lata fanatycy i coraz to nowi wyznawcy pracowicie budowali legendę Października, z której teraz, w nowych okolicznościach, trzeba się tłumaczyć.

Jaka pani wtedy była? Co pani czuła i myślała? A ja świeciłam jak bombka na choince odbitym światłem. Miałam kolegów zaangażowanych w politykę, w rzeczywistość i w humanizm. Andrzej Jarecki, główny dramaturg STS-u, domagał się od nas liryki obywatelskiej. Chciałam być z nimi, bardzo starałam się wszystko zrozumieć i bardzo starałam się wyróżnić. Aż tak bardzo, że podczas zgłaszania pomysłów wbijałam sobie paznokcie w dłonie. Do krwi. Jestem więc krwawą ofiarą Października. A teraz młode wilczki rzuciły się na lata 50. Wszystko, co było za Stalina i tuż potem, zamienia się powoli w „swinging fifties”…

– Dlaczego pani nie protestowała, dlaczego pani pisała wiersze o jeziorach, dlaczego pani tańczyła, dlaczego pani nie apelowała, nie odwoływała się, dlaczego nie siedziała pani w więzieniu za sprawę? – młode wilczki z ostrymi ząbkami atakują.

– Bo się bałam! Bałam się, kiedy w 1953 roku usłyszałam, że jestem agentem radia BBC, że mam w domu biały telefon, że chodzę do kościoła, że śmiałam się na masówce po śmierci Stalina. Bałam się, kiedy przeprowadzali nade mną sąd koleżeński, kiedy usuwali mnie ze Związku Młodzieży Polskiej i wyrzucali z Uniwersytetu Warszawskiego. Z tamtych czasów zostało mi do dziś jakieś tępe, mulące wspomnienie.

MAJ. NIEPOKÓJ

Kwitną kasztany w Alejach Ujazdowskich. Ale ogólny nastrój nie ma nic wspólnego z nadzieją i ożywieniem. Agnieszka Osiecka idzie w płaskich czerwonych butach. W jej prywatnym kodzie to znak, że jest przygnębiona.

– Agresja przejawia się w kolorach – twierdzi. – Kiedy kobieta przeżywa coś złego, ubiera się ekstrawagancko, sięga po czerwoną sukienkę albo przynajmniej szminkę – mówi, przyglądając się mojej czerwonej bluzce.

Idziemy Alejami pogrążonymi w nerwowej bieganinie. Kolejka po wizy, przed ambasadą USA, kolejka po ozdobne szkło z Krosna przed firmowym sklepem na Pięknej, kolejka do kiosku „Ruchu” po „Gazetę Wyborczą”.

W kawiarni Ambasador za dwie kawy i dwa ciastka płacimy 230 złotych.

– Akurat tej wiosny wyjątkowo mało zajmuję się sobą. Przyglądam się temu, co się dzieje wokół, i mam mieszane odczucia. Cieszę się z wolności ducha i słowa, która nas unosi, podziwiam ludzi, którzy to dla nas wywalczyli (bo ja stałam z boku, właściwie – wlokłam się w ogonie). Ale boję się ekonomii. Najbardziej przejmującym obrazem nowej rzeczywistości jest widok „dojadaczy” w barach i ludzi grzebiących w śmietnikach. Emocje dyskusji politycznych nic mnie nie obchodzą, potrafię wzruszyć ramionami i przejść nad nimi do porządku. Ale nie potrafię i nie chcę zdystansować się od biedy. Myślę, że będzie nam coraz trudniej żyć w narastającej pogardzie dla biednych. Widzę, że zaczyna się drapieżny młody kapitalizm. A ja tęsknię do „staruszkowatego ładu europejskiego”, powiedzmy – typu fińskiego.

– Na czym polega różnica?

– Mniej więcej na tym, co różni Wielkiego Gatsby’ego od angielskiego lorda o niepodważalnych manierach. Spadamy z deszczu pod rynnę: ludzie upokarzani przez przywileje partyjnych bonzów będą teraz upokarzani przez brak pieniędzy. Zaczynają rządzić wilcze prawa; zysk, pośpiech, obojętność wobec słabszych.

W sali klubu Międzynarodowej Prasy i Książki przy placu Wilsona („kiedyś mieszkałam niedaleko stąd, w eleganckiej willi”) mimo słonecznego popołudnia kotary są zasłonięte, palą się świeczki. Zupełnie jakby spotkanie z poezją wymagało mroku i ognia. Przyszło dużo starszych ludzi, stałych bywalców spotkań ze znanymi ludźmi. Pozornie klubowa celebracja nie robi na Osieckiej wrażenia, ale wypija duszkiem kieliszek gruzińskiego koniaku. Zastanawiam się, czy rzeczywiście lubi czytać swoje wiersze, bez emocji udając, że pochrząkiwania i szepty nie przeszkadzają jej. Do czego Agnieszce Osieckiej potrzebna jest konfrontacja z widzami spektaklu: poetka w sukience w czarne grochy czyta na głos swoje utwory?

Na stoliku przy drzwiach leży stosik nowo wydanej powieści psychologicznej Czarna wiewiórka, jej bohaterką jest kobieta, która chce zapomnieć. Po spotkaniu autorka podpisuje egzemplarze.

To powieść o przygotowaniu do życia w samotności, połączenie amerykańskiej psychoanalizy z polskimi realiami.

– Wszystko jest prawdziwe – wyjaśnia półgłosem Agnieszka. – Rozedrgana rzeczywistość, lęk, wyobraźnia, miłość, zdrada, przerażenie. Mam przyjaciółkę w Ameryce, Amy Navarro, psycholożkę. Ona jest moim życiowym guru. W powieści zrobiłam z niej mężczyznę, ale całą wiedzę psychoterapeutyczną, która tam jest, czerpałam od niej.

Nieśmiałe uśmiechy, pochylone siwe głowy – starsi ludzie w skupieniu słuchają utworów czytanych przez poetkę: futurystycznego poematu ku pamięci Brunona Jasieńskiego, lirycznego Dancingu w Jastarni, Emigracji, amerykańskich wierszy Whisky rano, Stara kobieta na Florydzie oraz najnowszej zagadki O czym myśli chiński poeta?

– Czy państwa nie irytuje, że czytam wszystkie te wiersze? – pyta z autoironią.

W odpowiedzi dziewczyna w okularach z trzeciego rzędu podnosi rękę.

– Mam na imię Agnieszka. Czy pani długo szukała celu w życiu?

– Jeszcze szukam.

Na Francuskiej są stare lipy, wyszczerbione chodniki i restauracja „Podhalańska”, która tu była od zawsze, tyle że kiedyś nazywała się „Nadwiślańska”. Niedaleko jest też zaprzyjaźniona księgarnia i zakład fotograficzny, w którym Osiecka wywołuje filmy. Wszystko, co potrzeba, w zasięgu kilku kroków od domu, w którym mieszka z matką. Po dwóch rozwodach, paru uczuciowych rozstaniach, po posiadłości w Radonicach, segmencie w Falenicy i wilii na Żoliborzu wróciła pod stary adres na ulicę Dąbrowiecką 25. W dawnym panieńskim pokoju, który znowu jest przystanią, pracownią i bazą wypadową do nowej miłości – poetka gromadzi pamiętniki, fotografie, obrazy, maszynopisy, korale i poduszki. Po domu chodzi w butach (najmodniejszych, na grubej podeszwie, przywiozła je z Berlina), jakby wpadała na chwilę, w przerwie między lekcjami, które odbiera od życia. I nic dziwnego, skoro w kraciastej spódnicy, z końskim ogonem wygląda „komicznie dziewczyńsko” jak przerośnięta uczennica z żeńskiego gimnazjum im. Marii Skłodowskiej-Curie.

Po drugiej stronie ulicy jest ambasada Niemieckiej Republiki Federalnej. Przez otwarte okno wlewa się z kolejki po wizy emigracyjna gorączka: nadzieje, decyzje, na które ona nigdy nie mogła się zdobyć.

– Pomieszkiwałam długimi okresami w Paryżu, w Londynie, w Nowym Jorku. Studiowałam przez rok na Harvardzie. W Ameryce czułam się tak pewnie, że pisałam wiersze. Wielu ludzi zadaje mi pytanie: czemu nie zostaję, do czego tu wracam? Wracam do języka, do samotnej matki, do liliowej Saskiej Kępy.

Matka Maria, która w czasach, kiedy nosiła warkocz, wyglądała jak modelka Modiglianiego, podobno nie umiała okazywać czułości ani mężowi Wiktorowi Osieckiemu, „pianiście z »Adrii«”, oryginałowi, królowi lwowsko-austriackiego dowcipu, ani ambitnej kilkunastoletniej córce, piszącej potajemnie pamiętniki.

– Ojciec za wszelką cenę starał się chronić mnie przed prawdziwym życiem. W czasach kiedy szalał stalinizm, ja miałam prywatne lekcje francuskiego i niemieckiego, do metodystów na angielski jeździłam taksówką, trenowałam pływanie na Legii i chodziłam na próby do teatru „Syrena”, w którym pracował. Ojciec kupował nam poziomki w zimie, twierdził, że bycie praktycznym ogranicza fantazję, zabija osobowość. Wychowywał mnie na księżniczkę, ale go nie posłuchałam i zostałam cyganką. Ciągle wyjeżdżam, sama nie wiem dokąd i po co. Ale wracam na Saską Kępę i do starej matki, do młodości też.

Po trzynastej wszystkie trasy prowadzą na Francuską 31, do „Podhalańskiej”. O tej godzinie w zgodzie z prawem rusza sprzedaż alkoholu. Wchodzimy do zadymionej sali, w środku laminowane stoliki z metalowymi nogami, dyskusje o kursie dolara. Siadamy przy pierwszym z lewej strony, najbliżej baru, zamawiamy jarzębiak. Agnieszka wyjaśnia:

– Moja osobista Saska Kępa jest rozdwojona: na zewnątrz oszałamiająco pachnące bzy, a w środku jakaś nieumiejętność poradzenia sobie z życiem. Rozdroża, błądzenie, które straszliwie mnie męczy i nudzi.

Wielki ojciec, którego bezkrytycznie naśladowała i który wychowywał ją na cudowne dziecko, poznał miłość swojego życia Józefinę Pellegrini. Zostawił dla niej żonę i dorosłą córkę. Pellegrini była gwiazdą estrady, śpiewała w „Operetce” i w „Syrenie”, występowała w telewizji, przepowiadała przyszłość, była egzotyczna i kolorowa. Dziś Osiecka mówi o niej ironicznie „macoszka”, ale nie wybaczyła ojcu, że odszedł, zostawiając po sobie pustkę nie do zapełnienia. Miała dwadzieścia lat, rwała się do samodzielności, ale ciążył jej lęk matki przed samotnością z czarnym pudlem, którego Agnieszka kupiła jej na pocieszenie.

Zabiłam ptaka w locie, powieści o metaforycznym tytule i z autobiograficznymi wątkami, napisała litanię:

„Ojcze. Ratuj mnie! Patrz, dokąd doszliśmy. Czy to ja, ja sama zepsułam wszystko? Czy to ty, ojcze, zapomniałeś mi czegoś powiedzieć, czegoś bardzo ważnego? Jak to było, tato? Wszystkie twoje słowa wypadają mi z rąk. Czy był jakiś błąd w twojej metodzie? (…)

Dobra byłam, ojcze. Ufna, zdolna. Szłam po twojej drodze. Na ślepo szłam. A ty zapomniałeś paru rzeczy. Paru ważnych rzeczy nie wzięliśmy w tę podróż, tato”[6].

Dopijamy jarzębiak nazywany w „Podhalańskiej” krajową brandy. Agnieszka zwierza się:

– Co jakiś czas zadaję sobie pytanie: czy to ma sens? Moje spotkania, ucieczki, rozwody, wyjazdy. I co będzie dalej? Matka mnie ostrzega: na starość nie będzie miał ci kto podać szklanki herbaty, a ja odpowiadam: skąd wiesz, że będzie mi się chciało herbaty? Jeszcze nie boję się samotności, jeszcze jest czas. Czasami się z niej cieszę, ale potem znowu się smucę.

CZERWIEC. PRZYSPIESZENIE

W świętojański wieczór dwunastogodzinny rockowy maraton Nasze życie zaczyna się w poniedziałek ściąga przed Halę Gwardii tłumy młodych ludzi. Przy metalowych barierkach przed wejściem funkcjonariusze ubrani na niebiesko sprawdzają zawartość kieszeni, plecaków, toreb.

Występują zespoły Krajowej Sceny Młodzieżowej i Stanisław Sojka, reklamowany jako wokalista jazzowy u progu europejskiej kariery. Atmosfera w Hali Gwardii przypomina Jarocin, chociaż więcej tu komercji i gwiazdorstwa. Zapowiadane są cyrkowe atrakcje, gra z pochodniami, a wielkie trzymetrowe figury z papier mache przed wejściem tworzą rodzaj teatru ulicznego.

Agnieszka Osiecka idzie od strony przystanku tramwajowego, w plastikowej reklamówce ma prowiant na cała noc: sernik, jabłka i pomidory. W dżinsowo-szarym tłumie jej biała marynarka i siwy koński ogon natychmiast rzucają się w oczy.

– W Ameryce koncerty rockowe mają zapach marihuany, długich, delikatnych papierosów – szepcze mi do ucha. – Po marihuanie wszystko jest miękkie, puszyste. Każdy mężczyzna ma na sobie mohairowy sweter, przyjemny w głaskaniu.

– „Dookoła głosów sto, ten w skórze to drań!” – krzyczy ze sceny solista Aya RL, ale jego głos ginie w ryku paru tysięcy fanów.

– Rockowe teksty są inne niż te nasze, rozrywkowe. To są krótkie wnioski bez przykładów. Same wyciśnięte pointy. Z czego to wynika? Coraz mniej mamy czasu na wysłuchiwanie historyjek. Powszechnie funkcjonuje powiedzonko: streszczaj się! Ja, owszem, potrafię się streszczać, tylko szkoda mi siebie i słuchaczy, wszyscy tracimy te piękne dyrdymały…

– Kiedy zaczynałam, koledzy w STS mówili, że wszystko piszę w rytmie „wojewoda zdyszany wpadł do altany”, potem nauczyłam się różnicować rytmy i rymy. Oczywiście najłatwiej napisać wiersz i dać go kompozytorowi, niech się biedzi nad muzyką. Ale kiedy jest odwrotnie, cały proces muszę zacząć od końca. Najpierw odczytać emocje z muzyki, potem szukać dla nich odpowiednich słów.

Agnieszka Osiecka jako autorka poetyckich piosenek z opozycji lekkie-ciężkie wybiera rozrywkę, popularność. W miejsce spiżowej historii wprowadza kobiecy, codzienny, niemal reporterski zapis. Jej język jest potoczny i czuły, chropawy i sentymentalny.

– Nie mam zmysłu metafizycznego, nie interesuje mnie głębia, tylko opis drobnych rzeczy przytrafiających się nam wszystkim. Opowiadam historyjki, bo współczuję ludziom.

Mimo „przymilności” wobec masowych gustów nie sposób nie zauważyć, że nawet w takich drobiazgach jak jeziora, bzy i łzy Osiecka dąży do ogólniejszych znaczeń, do zatrzymania urody świata, uwiecznienia chwili. Krytycy piszą, że jest czułostkowa, drobiazgowa, słodka jak krem wiśniowy i lody truskawkowe. A ona chciałaby być wzruszająca, zmysłowa i dogłębna psychologicznie. Analiza psychologiczna, opis sytuacji odbiera ją poezji i pcha w stronę prozy. Niektórzy twierdzą, że zbyt emocjonalnej, osobistej pozbawionej dystansu, który umożliwia pisarzowi chłodną obserwację.

– Nie jestem liryczna, nie jestem historyczna, nie jestem demaskatorska. Im dłużej żyję, tym bardziej tracę formę. To znaczy nie potrafię utrzymać się w jakimś określonym gatunku. Wychodzi mi spod pióra ni to, ni sio, anegdota, żart, opis czegoś, co mi się przytrafiło.

Mówi o sobie:

– Uformował mnie łańcuch przypadków, trochę czasy, w których żyjemy, i samotność. Znam tysiące ludzi i tysiące ludzi zna mnie, ale kołaczę się samotnie. Bo znam wszystkie wyspy, ale nie mam portu.

Jej usiłowania, żeby zmienić swoje życie, muszą niszczyć to, co udało się zbudować. Willa przy starym forcie, Daniel Passent, córka Agata, kuchnia z oknem na ogród, salon niebieski od obrazów Dwurnika – wszystko to przez jakiś czas, najdłuższy w jej życiu, stanowiło rodzinną przystań. Do dziś przetrwały ślady tej stabilizacji. Agnieszka Osiecka swobodnie porusza się po salonie, wyciąga z szuflad zdjęcia: Agata na rękach taty, spacer z dwuletnią Agatą, pies Drab na kanapie, Agata w łódce z napisem: „Mr. Paganini”, cała trójka na Mazurach.

Kiedy Agata miała sześć lat, żoliborska stabilizacja skończyła się gwałtownie z powodu uczucia do młodszego prawie o połowę dziennikarza, zaangażowanego w opozycję i odpornego na sławę „królowej polskiej piosenki”.

Agnieszka pokazuje zdjęcie mężczyzny odwróconego tyłem i mówi:

– Chłopak, na którym mi najbardziej zależy, nie lubi się fotografować.

Dlaczego – chłopak? Bo młodość, talent, niepokój. Dlaczego – najbardziej zależy?

– Bo jemu zależy na mnie najmniej, a ja od młodości uganiałam się za tymi, którzy się mną nie interesowali. Nie wiem, czy to przekora, czy wada serca. Od tych, którzy przywiązywali się do mnie, wcześniej czy później uciekałam. Wszystkie moje zwycięskie podboje i małżeństwa okazywały się klęskami.

Właściwie nie wiadomo, czy Agnieszka Osiecka porzuca mężczyzn, czy wycofuje się ze związków. Niezależnie od podobnego rezultatu samotności różnica ma znaczenie, porzucenie wymaga odwagi, wynika z determinacji, podczas gdy za wycofaniem się stoi lęk, niechęć do zmian. Ruch do przodu i ruch wstecz razem tworzą kierunek skos: przed siebie, ale z odchyleniem w tył, z unikiem.

– Ja właśnie tak zygzakiem poruszam się w życiu. Mam za dużo przeszłości w sobie, jestem wściekła, uciekam, rwę do przodu, ale potem jednak wracam.

– Dokąd?

– Do samej siebie.

LIPIEC, SIERPIEŃ. GORĄCZKA

– Migawki z wakacji w Dębkach. Chłopak, na którym mi najbardziej zależy, nad morzem, ja sama nad morzem, my razem nad morzem.

Dębki to była kiedyś nadmorska oaza, z jedną zakurzoną ulicą i połową warszawskiego towarzystwa kąpiącego się w zimnym Bałtyku. Teraz artystyczne towarzystwo przeniosło się do luksusowych hoteli w Juracie i Międzyzdrojach. Agnieszka Osiecka pozostała przy wynajętym pokoju u gospodyni i samotności we dwoje. Na pierwszy rzut oka wygląda to romantycznie, ale jej mina, kiedy zadaje retoryczne pytanie: czy ja zakochałam się w człowieku o połowę ode mnie młodszym przypadkiem? – nie świadczy o pewności jego i swoich uczuć.

Spotykamy się przelotnie w rozgrzanej Warszawie, jest koniec lipca. Agnieszka wyskoczyła na parę dni z Dębek, żeby pojechać do Olsztyna na „Poezję śpiewaną” w Starym Zamku. Opalona twarz, błękitny sweter na lewą stronę (z metką na plecach z powodu roztargnienia). Na rozgrzanych uliczkach Starego Miasta letni bezruch. Brzozową dochodzimy do stromej wiślanej skarpy.

– Mam spóźniony refleks – mówi, instynktownie odsuwając się od barierki. – Siedzę na plaży w słońcu, w ciszy i nagle przypominam sobie to, co zdarzyło się wczoraj. Jakieś niepotrzebne szczegóły, sytuacje, rozmowy. Coś złego i nieprzyjemnego. I wracają do mnie te nieaktualne uczucia z całą wyrazistością.

Albo obrazek z Florydy. Jestem gościem w Palm Beach. Siedzę na tarasie domu Marysi Gordon-Smith, wdowy po Szyfmanie, i patrzę na ocean. Rozmowa jest zajmująca, bo całe życie Marysi jest jak amerykański mit. Z dekoracyjnego tła dla wielkiego Szyfmana doszła do samodzielnej pracy naukowej, doktoratu na Uniwersytecie w Michigan i profesury w Ontario. Wyszła drugi raz za mąż za prawnika i zajęła się pracą pisarską. Dyskutujemy o jej szkicu o pobycie Paderewskiego na Florydzie. Wokół palmy, ocean, owoce granatu i ryby barakudy. Raj pozbawiony cienia kiczowatości.

I właśnie wtedy, w idealnych okolicznościach, wyłażą zmory moich najgorszych chwil. Wpadam w czarną melancholię. Jestem uczuciową gapą, nie umiem cieszyć się z tego, co jest wokół, co mi się przytrafia. Tak jakbym oglądała film ze sobą w głównej roli. Dopiero potem pojawiają się emocje. Wracają widoki, uczucia i refleksje. Co ja właściwie przeżyłam? Co czułam, o czym myślałam? I powiem ci szczerze: dopóki tego nie zapiszę, to sama nie wiem.

Zaczyna padać ciepły deszcz, mimo to widać zachodzące słońce. Turyści pod Kolumną Zygmunta robią zdjęcia tęczy nad Wisłą.

– Lipcowe zachody słońca najbardziej kojarzą mi się z Mazurami. Jeździliśmy z STS-em nad Jezioro Nidzkie, niedaleko Karwii. Dziś to może się wydać dziwne, pracowaliśmy razem przez okrągły rok, a potem skrzykiwaliśmy się i jechaliśmy na wakacje. Mieliśmy wewnętrzną potrzebę przebywania razem. To były czasy ludzi stadnych, raj po prostu. Swoboda, natura, wtajemniczenie w przyrodę i tamtejszych ludzi.

„Jest na Mazurach w pobliżu wsi Krzyże – pisała we wspomnieniach – taka droga leśna, na której panuje wieczny mrok i półmrok. Chwilami światło zieleni się tam witrażowo, chwilami zaś gęstnieje od wrzosu. Jeśli jednak cierpliwie tamtędy wędrujesz doznajesz olśnienia: oto mrok rozpryskuje się nagle i droga wybucha olbrzymią, świetlistą polaną. Ktoś z nas, może Ziemowit Fedecki, może Olga Lipińska, może Andrzej Jarecki nazwał ten szlak – drogą do jasności. Otóż wszystkie nasze dawne podróże na Mazury miały charakter rytualny, to były drogi do jasności, wyprawy po nieznane”[7].

W Sopocie koniec wakacji to żółte trawy na wydmach i czekanie. Turyści i goście Międzynarodowego Festiwalu Piosenki czekają na ostatni akord wakacji, szaleństwo zabawy. Stali mieszkańcy wypatrują końca sezonu, powrotu do cichej, nadmorskiej egzystencji.

O dziewiątej rano na pustym jeszcze Monte Casino wpadam przypadkowo na Agnieszkę Osiecką. Jest w letniej sukience i grubym swetrze, idzie w górę od strony mola.

Właściwie nie powinnam się dziwić, bo Sopot to w pewnym sensie jej miejsce mityczne, z czasów Bim Bomu, z reporterskiej praktyki w „Głosie Wybrzeża”, z przyjaźni z młodymi aktorami Teatru Wybrzeże, i środowiskiem artystycznym Akademii Sztuk Pięknych, czyli tzw. Szkoły sopockiej. Utrwalony w Szpetnych czterdziestoletnich nocny korowód przemierzający sopockie molo w rytm internacjonalnego hymnu młodych zetempowców Naprzód młodzieży świata miał mocną wymowę symboliczną. Taniec zakończył się otrzeźwieniem, bo z rozbawienia i nadziei wyłonił się nagle koniec mola, z drewnianym masztem i dzwonem alarmowym, za którego użycie groziły surowe kary. Zamiast wolności i symbolicznego zmierzania przed siebie, w stronę Szwecji zaskoczył ich banalny, prozaiczny koniec „deski do prasowania”, którą w istocie jest płaskie, podłużne molo.

– W Sopocie okrzepłam, zerwałam się ze smyczy, poznałam ciekawych ludzi. Molo dawało nam schronienie, wybiegało w morze, zbliżało do zachodniego świata. Kiedy pisałam o tym, wróciła nasza nadzieja, że zaczyna się nowy czas. Właśnie wtedy ogłoszony został stan wojenny i skończył się karnawał Solidarności. Pomyślałam, że historia powtarza się, tak jak tamten nasz korowód kolejny polski taniec, wybuch radości i nadziei Solidarności został zastopowany.

Siadamy w ogródku kawiarni na przeciwko Teatru Kameralnego. Jest jeszcze wcześnie, ale ona zamawia podwójną whisky dla siebie, dla mnie podwójne espresso.

W bezładnej opowieści – w miarę opróżniania szklanki coraz bardziej monotonnej – powraca jak bumerang metafora: czy można wezwać karetkę do złamanego serca?

Osiecka wylicza powody choroby: chłopak, na którym jej najbardziej zależy, w każdej oficjalnej sytuacji ustawiał się do niej bokiem, udając, że spotkali się przypadkiem. W planie dnia na rozmowy i spotkania z Agnieszką wyznaczył czas między jedenastą a jedenastą trzydzieści. Poza tym wymienił zamki w mieszkaniu, w którym planowała, że zamieszkają wspólnie.

Agnieszka zamawia jeszcze jedną whisky i kawę.

– Złamane serce, czy można się z tego podnieść?

WRZESIEŃ. HISTORIA

W „Czytelniku” dwa kroki od Sejmu toczy się rozmowa na temat exposé premiera Mazowieckiego. Agnieszka Osiecka przysłuchuje się dyskusji, ale nie sprawia wrażenia zaangażowanej. Nie dlatego, że nie obchodzi jej transformacja, ale dlatego, że zbiorowa euforia budzi w niej chęć przekory. Wie o tym, dlatego woli się nie sprzeciwiać, nie analizować, nie zgłaszać wątpliwości.

Do tej pory wydała w „Czytelniku” dwie powieści i tomik intymnych wierszy Wada serca, ale nie należy do grona stałych bywalców. Od czasu, kiedy Krzysztof Mętrak zaatakował ją publicznie za pisanie w stanie wojennym dla „Polityki”, ma uraz do stolikowych wyroczni.

– Mój status jest bliżej nieokreślony; ani poetka, ani satyryk, ani pisarka. Nie należę do środowiska literackiego ani do tzw. branży, czyli estrady, chociaż zarówno wśród jednych, jak i drugich mam dobrych znajomych. Nie odczuwam grupowej przynależności nie dlatego, że jestem niezależna czy egocentryczna. Powód jest inny: wrażliwość, mnie tak bardzo nie obchodzi walka z cenzurą. Nigdy się nią nie pasjonowałam.

Podobnie z estradą – nie przejmuję się tym, nad czym biada branża: niskim poziomem profesjonalizmu. Te sprawy nie wydają mi się warte wyrzeczeń. Gdybym miała wolteriańskie zacięcie, którego ani trochę nie mam, napisałabym traktacik o wyższości tortur fizycznych nad moralnymi. Wydaje mi się, że łatwiej znieść złego cenzora i marne nagrania niż więzienie i biedę.

Wielkość lub jej brak. W Agnieszce Osieckiej zanurzonej po czubek głowy w mitologii historycznej i towarzyskiej, swobodnie poruszającej się w środowisku władzy, autorce, którą znają wszyscy i która publicznie przyznaje się: mam chorobę popularności – mieści się druga osoba, przepełniona poczuciem winy wobec tych, którzy walczyli o wolność słowa, siedzieli w więzieniu. Jej kompleksem jest drugi obieg, podziemie, nieoficjalne publikacje. W stanie wojennym liczni znajomi i przyjaciele zamilkli, wycofali się z oficjalnych występów, publikowali poza cenzurą. Na tle ich nieobecności Agnieszka Osiecka coraz więcej, coraz więcej publikująca, pokazywana w telewizji, nagradzana na festiwalach, była zbyt beztrosko obecna, zbyt oficjalnie wykorzystywana.

– Gdy zrywa się dziejowa zawierucha, ogarnia mnie trochę lęk. Nie mam potrzeby stawać na pierwszej linii. Nie nadaję się do intonowania marszy, osobiście lubię mówić półgłosem. Jestem przekorna wobec zbiorowych instynktów, ale też strachliwa wobec pobudzonych emocji.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com