Sny - Anna Frankowska - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 320 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sny - Anna Frankowska

Kiedy Sasza zostaje wysłana do ośrodka dla trudnej młodzieży nie spodziewa się, że pobyt tam wpłynie na jej całe życie. Dziewczyna dowiaduję się, że potrafi spełniać ludzkie Sny i dzięki swojej zdolności została wybrana, aby uratować świat przed zagładą. Z pomocą zakochanego w niej Adriana i, również obdarzonej nadprzyrodzonymi zdolnościami, Klaudii ucieka z ośrodka, by znaleźć kogoś, kto pomoże jej spełnić swoje przeznaczenie. Z pomocą nadchodzi Małgorzata – medium, wraz ze swoim synem Dominikiem. Dziewczyna musi zrobić wszystko, aby zdążyć. Zanim zegar wybije wyznaczoną datę, będzie musiała zmierzyć się ze swoimi uczuciami i zdecydować, czy jej serce należy do Adriana czy Dominika.

Opinie o ebooku Sny - Anna Frankowska

Fragment ebooka Sny - Anna Frankowska










Strona redakcyjna


Sasza


Rozdział 1

– Sasza, proszę cię. Nie komplikuj sprawy. Nie możemy teraz się wycofać. Zdecydowałyśmy, tak? Pojedziesz do tego ośrodka dla własnego dobra. Zmienisz się tam, pokażesz swoją dobrą stronę, a kiedy wrócisz, będziesz taka jak dawniej. Dobrze? – zapytała mama, przyglądając mi się dokładnie z każdej strony. Wyglądała na naprawdę zawiedzioną moim zachowaniem. Jeszcze wczoraj byłam w stu procentach pewna, że tego chcę. Tam mogłam przestać być tym, kim byłam. Ćpającą, pijącą, palącą osiemnastolatką, która przeszła dwie próby samobójcze. Ale teraz wolałam zostać tutaj, z moją przewrażliwioną mamą o blond włosach, sięgających jej do ramion, jasnej jak śnieg cerze i niebieskich, namiętnych oczach, w których mój ojciec zakochał się od pierwszego wejrzenia. No, potem zrobił jej dziecko i odszedł, ale to już zupełnie inna bajka. Prawda była taka, że nie miałam łatwego życia, ale ze wszystkim próbowałam sobie radzić. Chociaż borykałam się z problemami, to ojciec wysyłał nam naprawdę grubą kasę, twierdząc: „Chcę, by Anastazja miała wszystko to, czego zapragnie”. Ale tak naprawdę gówno go to obchodziło. Mimo tego nie narzekałam. Miałam wszystko, a ja i mama mieszkałyśmy w jednorodzinnym domu, który był naprawdę cudowny i niejeden znajomy mi go zazdrościł. Właśnie tego nie chciałam stracić. Fakt, że chodziło mi też o pieniądze, ale przede wszystkim o dom, wspomnienia, moje rzeczy, łóżko. Miałam wspomnienia z całej okolicy, które mogły wyblaknąć przez ten czas, kiedy miałam siedzieć pośród tych ludzi, udając, że wszystko jest OK. Gdybym zadzwoniła do matki, udawałabym, że wszystko jest w porządku, a tak naprawdę jej głos spowodowałby całą noc płakania w chusteczkę i niekończące się tęsknoty. Czy tego właśnie chciałam uniknąć? Wspomnienia były przecież dla mnie najważniejszą rzeczą, porzucenie całego życia w kilka dni nie wchodziło w grę, nawet jeśli potem miałabym do niego wrócić.

– Sasza, proszę. Jestem z ciebie bardzo dumna. Jesteś już dorosła, no może nie całkiem tak jakbym tego chciała, ale jednak dorosła. A więc?

Spojrzałam na mamę, a jej wzrok wgniótł mnie w ziemię. Jak mogłabym ją zawieść? I to po raz kolejny. Ostatni raz zrobiłam to tydzień temu, kiedy odbierała mnie nietrzeźwą z komisariatu policji. Podobno wybiłam szybę w jakimś klubie, ale naprawdę o tym nie zapomniałam. Nawet nie wiedziałam, gdzie piłam, chociaż pamiętałam z kim. Moją najlepszą przyjaciółką...

Nie chciałam żegnać się z Amelią, ale musiałam. Teraz miałam być dobra i grzeczna. Całą swoją dumę spróbowałam przełknąć i mówić sobie: „Wspomnienia tego, kim byłaś, zostaną w twojej głowie. Nie martw się. Przecież chcesz się zmienić. Nie możesz wszystkich zawodzić. Prawda? No właśnie. To teraz pierś do przodu i odpowiedz mamie”.

– Dobrze, pojadę. No ale jak za pół roku wrócę, a ty przerobisz mój pokój na biuro albo zastanę kogoś w twojej sypialni, to...

Mama zaśmiała się głośno, a mnie serce zaczęło bić jak dzwon. Czyżbym miała tak długo nie słyszeć, jak się śmieje? Nawet jeśli niejednokrotnie się kłóciłyśmy, a ona miała przeze mnie same kłopoty, to kochałyśmy się bardzo mocno. Naszej więzi mogła nam pozazdrościć niejedna rodzina.

– Spokojnie. Nic tutaj się nie zmieni. Będę na ciebie czekać.

Westchnęłam ciężko, a potem spojrzałam na swoje walizki ustawione pod drzwiami.

– Zaraz po ciebie przyjadą.

– Oni? Myślałam, że sama tam dojadę pociągiem. – Zmarszczyłam brwi, nie do końca rozumiejąc.

– Za bardzo boją się, że ludzie z ośrodka będą uciekać. Podobno nie raz już się taka sytuacja zdarzyła.

– Ekstra. Czyli tam też będą mnie pilnować dwadzieścia cztery na dobę?

Odpowiedziało mi westchnienie w połowie przerwane pukaniem do drzwi.

– To pewnie oni – powiedziała matka.

Kiedy poszła im otworzyć, ja usiadłam na kanapie. Nogi mi się tak bardzo trzęsły, że nie wiedziałam, jak na nich stanąć, by dojść chociaż do... samochodu? Autokaru? Nie miałam pojęcia, czym jedziemy. Mimo to ta galareta na pewno nie mogła mnie utrzymać na więcej niż dwa, trzy kroki.

Mój stan pogorszył się jeszcze bardziej, gdy zobaczyłam dwóch mężczyzn w wieku około dwudziestu pięciu lat. Pierwszy był ubrany w czarną koszulkę i czarne spodnie, miał na sobie wielkie glany, które czyniły z niego prawdziwego umięśnionego metala. Jego twarz była o wiele bardziej łagodna. Oczy miał zielone, spokojne. A czarne proste włosy sięgały mu do pięknie wyrzeźbionych ramion.

Drugi wyglądał zupełnie inaczej. Jego włosy były rude, krótkie. Oczy miał brązowe, bardzo namiętne. Jego skóra tak samo jak tego pierwszego była jasna, ale na policzkach miał delikatne wypieki. Jego ciało było bardzo szczupłe, nie miał ani trochę mięśni i wyglądał chuderlawo. No ale na pewno wyglądał mniej groźnie w lekko startych dżinsach i koszulce z napisem: „Zrobi się jutro”.

– Dzień dobry, Anastazja, tak?

– T-tak – odpowiedziałam, wstając z kanapy, ale od razu zatoczyłam się do tyłu, znów na kanapę. – Strasznie się denerwuję.

– Yhm, chciałem już zapytać, czy jesteś pijana – powiedział metal, wystawiając rękę w moją stronę. Od razu się na niej podniosłam, starając się utrzymać równowagę. – No dobrze, to co? Idziemy. Samochód stoi pod domem. Będziesz miała koleżankę. Jest w środku. Z tego, co pamiętam, to będziecie mieć też wspólny pokój, więc radzę ci się z nią dogadać.

– Nigdy nie bywam agresywna. No, prawie nigdy.

– Mamy notatki z twojej szkoły. Kilka akcji podobno ci się zdarzyło. No ale teraz na pewno będzie tylko lepiej.

Pięknie. Czasem jednak jest lepiej, kiedy niektórzy nie znają naszej przeszłości i nie zaglądają we wspomnienia. Powinnam wszystkie zatrzymać dla siebie głęboko w sercu. Nawet jeśli moja przeszłość nie była idealna, to była moja. Tak, pobiłam kilka dziewczyn, nawet raz swojego przyjaciela. To jednak nie był ich interes i bardzo denerwował mnie sposób, w jaki się do mnie odnosili.

– No dobrze, możemy już iść?

– Tak, poczekamy w samochodzie – odezwał się w końcu ten przyjemniejszy, po czym wyszli z domu.

Podeszłam do mamy i mocno ją objęłam.

– Trzymaj się i czekaj na mnie.

– OK, OK. Kocham cię.

– Ja ciebie też. No dobra, muszę iść. – Przewróciłam oczami. – Za chwilę poznam swoją koleżankę. Zapowiada się ciekawie.

– Powodzenia.

Podeszłam do drzwi, bo chciałam wziąć walizki, ale nie było ich tam.

– Zabrali je – powiedziała mama. – Muszą je przeszukać, jak tylko będziesz na miejscu.

– Suuuuuuper. – Pokręciłam głową, po czym cmoknęłam mamę w policzek i wyszłam z domu.

Mogłam udawać, że nie widzę, jak płacze, gdy wchodzę do wielkiego niebieskiego fiata, że nie wzdycha ciężko i nie macha mi, próbując zasłonić swoją twarz. A ja robiłam to samo. Płakałam, chociaż chyba nikt nigdy nie widział moich łez. Nie lubiłam, wręcz nienawidziłam płakać przy kimś.

Otworzyłam drzwi od samochodu, a potem schowałam ręce do kieszeni. W środku pachniało choinką i jakimiś dziwnymi męskimi perfumami. Spojrzałam na kierownicę, siedział za nią ten metal, a na siedzeniu obok chuderlak, spoglądający na mnie z uśmiechem. Widząc moje łzy, podał mi chusteczkę.

– Klaudia przechodziła to samo. Usiądź sobie spokojnie i jedziemy.

Przytaknęłam, po czym spojrzałam na swoją towarzyszkę. Wiem, z grzeczności na samym początku powinnam wyciągnąć rękę, a nie gapić się w kierownicę jak głupia, ale nie mogłam odważyć się spojrzeć na jej twarz. Za bardzo bałam się, że mnie nie polubi.

Okazało się, że nie miałam się czego obawiać, bo dziewczyna sama wyciągnęła do mnie rękę i szeroko się uśmiechnęła.

– Klaudia jestem.

– A ja jestem Anastazja. Mów mi Sasza.

– Czemu Sasza?

Zaśmiałam się cicho, ocierając łzy.

– Hm... – Spojrzałam w okno, moja mama właśnie wchodziła do domu, zaraz miał zniknąć mi z oczu. Odwróciłam się w stronę Klaudii i powiedziałam: – Moje imię zawsze brzmiało tak oficjalnie, postanowiłam coś z nim zrobić. A ta ksywka... Cóż, zawsze mi się podobała. Od kilku lat tak na mnie mówią i stwierdziłam, że nie chcę tego zmieniać.

– A ile masz lat? – zapytała.

– Osiemnaście, ale wszyscy mówią, że wyglądam na starszą.

– Moim zdaniem wyglądasz na siedemnaście i uwierz mi, jest to komplement. Ile mnie byś dała?

Dziewczyna spojrzała na mnie i wtedy dopiero dokładnie jej się przyjrzałam. Miała bardzo ładne kasztanowe włosy, sięgające jej do brzucha, grzywka opadała jej na lewe oko, idealnie łącząc się z zielonymi oczami. Jej skóra była miodowa, chyba od solarium. I tak najbardziej spodobała mi się jej figura. Mierzyła jakieś sto sześćdziesiąt pięć centymetrów i była bardzo szczupła, chociaż nie przypominała anorektyczki. Od razu zaczęłam nienawidzić swojego ciała.

– Yhm, siedemnaście?

– Osiemnaście. No ale i tak jesteś dobra. Wiele osób dawało mi piętnaście. Dobra, wiem, że to dobrze wyglądać młodo, ale bez przesady, prawda? Nie chcę się cofać. Trzeba iść naprzód.

– Dobrze powiedziane – odpowiedziałam dziewczynie. – A tak w ogóle to skąd jesteś?

– Stąd, z Katowic. Ogólnie nie przepadam za tym miastem, dlatego cieszę się, że wyląduję w Gdańsku.

– Ja tam kocham to miasto.

– Pewnie dużo cię tutaj trzyma – powiedziała przekonana o tym, co mówi. – Mnie nic nie trzyma. Dlatego tak bardzo chcę wyjechać.

Znów spojrzałam za szybę.

– Dlaczego?

– Opowiem ci kiedyś, przy okazji – mruknęła pod nosem, po czym wyciągnęła z kieszeni zapalniczkę i pokazała mi ją w taki sposób, by metal i chudy się nie zorientowali.

Spojrzałam na nią wymownie.

– Tak – szepnęła, chowając ją do kieszeni czarnej skórzanej kurtki. – Jeśli lubisz...

– Mało powiedziane, ale jadę tam w innym celu – odpowiedziałam tak cicho, jak to tylko było możliwe.

– Nie od razu Rzym zbudowano. – Uśmiechnęła się. – A do tego masz osiemnaście lat. Za co w ogóle tam trafiłaś?

– Za pobicia, narkotyki, co nie jest dozwolone nawet od osiemnastu lat, robienie szkód po alkoholu. A ty?

– To samo. Tyle że ja handlowałam jakiś czas narkotykami. Nikt jednak o tym nie wiedział. I nikt się nie zorientował. Oprócz ojca. Od razu mnie tutaj wysłał i wszystko spalił – szepnęła centralnie do mojego ucha, co chyba zauważyli mężczyźni.

Metal od razu się zapytał:

– O czym rozmawiacie?

– O niczym – odpowiedziała Klaudia, zarzucając do tyłu swoimi długimi włosami. – Chce, bym się zmieniła, no ale... nie mogą nam tego zabronić. Mamy osiemnaście lat.

– Tak, ale... ja chcę ze wszystkim zerwać – powiedziałam, czując się koszmarnie.

Klaudia była bardzo fajną dziewczyną i miała rację, że nie mogłam od razu odstawić wszystkiego. W krótkim czasie doprowadziłoby to do wylądowania w szpitalu czy może nawet na cmentarzu, ale nie mogłam mieć podejścia pod tytułem „Zrobi się jutro”. Bo się nie zrobi. Wiedziałam, że alkoholu nie tknę. Narkotyki... miałam je ze sobą w kieszeni. Tak naprawdę byłam przygotowana na przeszukanie moich rzeczy. Życie mnie tego nauczyło. No i dobrze wiedziałam, że będą chcieli zajmować mnie czymś, tak bym nie ćpała, nie patrząc na to, czy bez tego poczuję się słaba, chora, przygnębiona, jak w depresji. Nie chciałam iść do szpitala ani na cmentarz. Klaudia miała rację. Zapalić jednego, dwa dziennie tak, by się przyzwyczaić, nie zaszkodzi, a jest wręcz wskazane. Ile razy to w szkole mówili, do czego może prowadzić odstawienie wszystkiego?

Pokręciłam głową. Musiałam uważać na swoją marihuanę. W końcu teraz została mi tylko ona. Jak to okropnie brzmiało, jakbym była idiotką, egoistką i samolubną zdzirą. A jeśli jednak nią byłam?

– Wiem, ja też. Przynajmniej spróbuję – powiedziała dziewczyna. – No ale nic nie obiecuję, w końcu życie lubi pokazywać nam, że to ono ma władzę.

– Uwielbia – stwierdził metal, spoglądając na nas i wtrącając się do rozmowy. – A teraz powiedzcie mi, czy macie pojęcie, co będziecie robić w ośrodku.

Spojrzałyśmy na niego głucho.

– Ponieważ obydwie skończyłyście zawodówkę, nie kontynuujecie nauki w ośrodku, ale musicie zapisać się na jakieś zajęcia dla zabicia czasu i zrozumienia, że można inaczej spędzać czas, niż robić to wszystko, co robiłyście do teraz. Tutaj... – włożył rękę do kieszeni i po chwili wyciągnął z niej jakąś kartkę – macie napisane wszystkie zajęcia. Wybierzcie sobie po dwa. Jeśli chcecie, to nawet te same.

– OK, OK – odpowiedziała Klaudia, spoglądając na kartkę z wydrukowanymi zajęciami.

Było ich tam naprawdę sporo, ale mnie zainteresowało tylko dziennikarstwo. Zawsze lubiłam pisać, lecz w ciągu swojego życia jakoś o tym zapomniałam. Fakt, prowadziłam pamiętnik i zdarzało mi się pisać opowiadania, mimo to nie miałam na to wiele czasu. Imprezy i świat używek zabierał mi wszystko. Widocznie mojej koleżance też to podpasywało, bo pokazała mi swoim zielonym paznokciem napis „Dziennikarstwo” i zapytała:

– Podoba ci się?

– Pewnie, to co do tego wybieramy?

Klaudia spojrzała na zajęcia z malarstwa, gastronomii, architektury, ale przy każdym kręciła głową. Kiedy zauważyłyśmy astrologię, wybuchnęłyśmy śmiechem.

– O nie, nie. Idziemy dalej – stwierdziłam, spoglądając na ostatnią na liście fotografię. – Co o tym sądzisz?

– Hm... czemu by nie. No dobra, to obydwie dziennikarstwo i fotografia.

– Dobra – powiedział metal, zabierając nam kartkę, a potem schował ją głęboko do kieszeni spodni. – Cieszycie się z podróży?

– Niezmiernie – odpowiedziałam i ku zdziwieniu zauważyłam, że mówię to całkiem szczerze. Poczułam, jak bardzo wierzę w swoją zmianę, w siebie i w to, że mogę zostać kimś nie tylko po to, by mama była ze mnie dumna, ale i ja sama.


Rozdział 2

Kiedy tylko dojechałyśmy na miejsce, metal obudził nas, mocno potrząsając naszymi ramionami.

– Ała! – wrzasnęłam, po czym wyrwałam się z jego silnego uścisku. – Uważaj, jesteś napakowany i chyba nieświadomy swojej siły.

– Tak, tak. A teraz wysiadać. Musimy jechać po następnych. Miło było was poznać – powiedział spokojnym głosem.

Kiedy wzięłyśmy swoje walizki i chciałyśmy ruszyć już do wyjścia, podbiegł jeszcze do mnie i złapał mnie za ramię. Odwróciłam się nieco wściekła. Nie czaiłam tego gościa, w ogóle. Był dziwny. Bardzo dziwny. Jakby żył w swojej metalowej rzeczywistości.

– Przepraszam, jeśli cię zabolało. Nie chciałem.

– Nie ma sprawy – mruknęłam pod nosem, a potem odwróciłam się, spoglądając na budynek.

Był cały szary, z każdej strony wysoki kolczasty płot, pełno kamer, okna z kratami. Ale przynajmniej był ogród. I to całkiem fajny. Zielona trawa i małe kwiaty, które zapewne niedługo miały zwiędnąć. W końcu był już październik.

Westchnęłam ciężko, kiedy zauważyłam pod ośrodkiem kobietę. Miała jakieś góra trzydzieści lat, czarne farbowane włosy do połowy szyi, niebieskie oczy, jasną jak śnieg cerę i małe usta. Była naprawdę ładna, tyle że miała kilka kilogramów nadwagi. Wyglądała, jakby ktoś do idealnej twarzy dokleił cudze ciało.

Podeszłyśmy do niej, a ona wystawiła do nas rękę i powiedziała:

– Nazywam się Aleksandra Barecka. Pracuję tutaj i mam nadzieję, że nie będziecie sprawiać kłopotów. Jesteście dorosłe i odpowiadacie za siebie i za szkody. No dobrze, zapraszam do środka. Pokażę wam wasz pokój.

Wprowadziła nas do środka przez naprawdę przerażający hol. Z każdej strony ściany były szare, podłoga nieco zniszczona i biała. Ludzie siedzieli pod okratowanymi oknami i rozmawiali. Niektórzy palili, co chwilę strzepując tytoń za okno.

Aleksandra widząc moje zdziwione spojrzenie, powiedziała:

– Ci, co skończyli osiemnaście lat, mają prawo palić. Walczymy tutaj z narkotykami. No chyba że osoba chce, to alkoholizm i papierosy wchodzą w grę.

– To znaczy, że mogą pić na korytarzu? – zapytała Klaudia, spoglądając na kilku chłopaków pod nieco zniszczoną rośliną. Grali w karty, wyjmując z pudełka nowe marlboro.

– Nie, tylko w pokojach. A to i tak w ograniczonych ilościach. Nie pozwalamy się upijać.

– Rozumiem – powiedziałam, wiedząc, jakie to wszystko będzie trudne, skoro ci ludzie są tutaj jakby dla zabawy, przy okazji tą zabawą kusząc tych, którzy naprawdę chcą się zmienić. – Udaje wam się wszystkich uleczyć?

– Słucham?

– Czy wszyscy, którzy tu byli, zostali wyleczeni z uzależnienia od narkotyków?

Ola zerknęła w stronę drzwi na korytarzu. Dopiero się zorientowałam, że drzwi na holu prowadzą do sal lekcyjnych. Usłyszałam głośne: „numer cztery do odpowiedzi”, po którym nastąpiło jeszcze głośniejsze: „o ja pierdolę”. W normalnej szkole nic by takiego nie nastąpiło, ale tutaj? Tu była młodzież, która nie radziła sobie nie tyle z nałogami, ile sama ze sobą.

– Prawie wszyscy. No albo raczej udawali, że tak jest. Kiedy wracali do siebie, spotykało ich coś, przez co wracali do narkotyków, a potem do nas. Niektórzy się nigdy nie wyleczyli. Z własnego wyboru.

Nie mogłam nie zauważyć, jak wzrokiem zmierza ku jednym drzwiom, pod którymi stał chłopak o czarnych długich włosach, opadających mu na ramiona. Oczy miał zielone, cerę podobną do Klaudii, chociaż zdecydowanie bardziej naturalną. Miał na sobie buty nike, czarne rurki i tego samego koloru bluzę z kapturem. Kiedy zobaczył Olę, naciągnął go sobie na głowę i plunął na podłogę.

– Ej, Maks. Co ty tutaj robisz? Na lekcje mi zaraz. W tym roku masz maturę, tak? No właśnie. Won do klasy.

Chłopak zerknął na mnie i moją koleżankę wymownym spojrzeniem.

– Nowe koleżanki, twoje rówieśniczki. No idź już.

– Zaraz – odpowiedział, podchodząc do nas wolnym krokiem. Nagle świat zwolnił. Biła z niego taka groza, taka nienawiść i ból, jakby zobaczył we mnie zabójcę. Nasze oczy się spotkały, a chłopak pokręcił głową. – Nie, nie ona...

Odwrócił się i spojrzał na Klaudię wzrokiem pełnym miłości. Od razu poczułam się o wiele gorsza. Wiedziałam, że nie jestem piękna, ale na pewno nie musiał za to spoglądać na mnie jak na wroga. I już na pewno nie musiał mi udowadniać, że Klaudia jest ładniejsza. Tak czy siak chłopak był dziwny. I przerażający. To, co mówił, sposób, w jaki się poruszał. Przez całe ciało przechodziły mnie dreszcze.

– To ty... To ty... wróciłaś.

Na jego słowa Ola złapała go za ramiona i pokazała palcem salę. W odpowiedzi prychnął, jakby chciał powiedzieć: „no przecież dobrze wiem, gdzie jest sala”.

– Do klasy, zaraz. I nie dotykaj jej. Ani żadnej innej dziewczyny. Jasne? Na lekcje Maks.

– Tak, tak – powiedział chłopak, jeszcze raz patrząc na dziewczynę. Jego zielone oczy wręcz krzyczały: „spotkamy się jeszcze”.

Wszedł do klasy i świat znowu przybrał normalne tempo. Klaudia patrzyła się tępo przed siebie. Nie wiedziałam, co znaczy to spojrzenie, ale na pewno nie oznaczało „co za świr” albo „boję się tego miejsca”.

– Co jest? – zapytałam cicho, nie chciałam, by Ola nas słyszała. I tak była zbyt zajęta patrzeniem na uczniów. Przeszłyśmy obok łazienek, weszłyśmy na schody, a kiedy byłyśmy na pierwszym piętrze, Klaudia dopiero odpowiedziała:

– On nie kłamał. Ja go znam. On zna mnie on... on...

– Co on? Klaudia wysłów się może z łaski swojej.

Dziewczyna złapała mnie za rękę i ścisnęła ją tak mocno, aż jęknęłam.

– Cicho. W pokoju.

Kiedy Ola pokazała mi nasz pokój, byłam wniebowzięta. Nie przypominał w ogóle reszty tego beznadziejnego budynku. Praktycznie od razu rzuciłam wszystko i podbiegłam do okna, za którym była krata. W środku było duszno, więc je otworzyłam i spojrzałam za kraty. Widok był cudowny. Z każdej strony budynki, drzewa, ptaki, chodzący ludzie. Gwar miasta.

Westchnęłam ciężko, wiedząc, że niedługo pragnienie palenia, picia i narkotyków zacznie dawać się we znaki. Usiadłam więc na swoim łóżku i z przyjemnością stwierdziłam, że jest bardzo wygodne.

– Już myślałam, że ściany będą szare jak na holu, a tu patrz... – Pokazała mi błękit ścian i uśmiechnęła się sama do siebie. – Pięknie tutaj.

Nasze łóżka stały obok siebie, oddzielone szafką nocną z dwoma szufladami. Od razu wpakowałyśmy do środka pełno rzeczy, a na sam wierzch położyłyśmy dwie butelki wody oraz paczkę papierosów, należącą do dziewczyny.

Przy drzwiach stała wielka szafa, a równolegle do szafy znajdowały się drzwi do małej łazienki, w której kafelki były perfekcyjnie białe.

– Wanna! Nie prysznic! – pisnęłam jak wariatka, po czym wybiegłam z łazienki. W tym samym momencie do pokoju weszła Ola, kręcąc głową.

– Dziewczyny, walizki do mnie. Musimy przeszukać.

– A, zapomniałabym – powiedziała Klaudia.

– Mariusz i Piotrek nie powiedzieli wam, że macie je postawić przed drzwiami? W gruncie rzeczy mogłam wam przypomnieć, kiedy wpuszczałam was do środka, żebyście obejrzały pokój. Rozpakowałyście coś?

Klaudia zachęciła Olę ruchem ręki i pokazała jej szczotkę do włosów, trochę kosmetyków w jej szufladzie i bandamkę. Potem otworzyła moją szufladę, w której były dwie książki i kilka zeszytów. Kobieta wyjęła je i przekartkowała, pewnie chcąc się upewnić, że gdzieś pomiędzy nimi jest ukryty jakiś proszek, idealnie nadający się do ćpania.

– No dobra – stwierdziła, wynosząc nasze walizki za drzwi. – Za pół godziny je dostaniecie. Miłego dnia.

– Miłego dnia! – odkrzyknęła Klaudia, klepiąc miejsce obok siebie na łóżku. – To co? Chcesz posłuchać o tym Maksie? Sama jestem jeszcze w szoku.

Przytaknęłam, siadając obok dziewczyny. Tak naprawdę czułam się dziwnie. Znałyśmy się zaledwie kilka godzin, a ona już traktowała mnie jak przyjaciółkę. Z takim podejściem bałam się, że każdego lubi, każdego szanuje, a kiedy okaże się, że są tutaj lepsze dziewczyny, odejdzie ode mnie i... No dobrze, może najpierw posłuchasz, o co chodzi, by samej nie doprowadzić do straty nowej przyjaciółki? – pomyślałam, spoglądając na dziewczynę z uśmiechem.

– Pewnie, skąd go znasz?

– W sumie to nie znam. Widziałam go w naszej starej szkole. Miał tam dziewczynę, nie podobało mu się to, że ona jest w zawodówce, a on w liceum i ona szybciej będzie zarabiać, a on się będzie męczył. Od początku był ćpunem. Potrafił czekać na nią zjarany kilka godzin pod szkołą i to w śniegu, a ta cała Sylwia traktowała go jak śmiecia. Nie znałam jej dobrze, była w równoległej klasie, ale tyle, co ją widziałam, to na korytarzu, jak szpanowała krótką kiecką. A więc pewnego dnia podeszłam do niego i zapytałam, co on jeszcze z nią robi, skoro tak go traktuje, bo miłość musi być prawdziwa, obustronna. Zawsze byłam szczera, tyle że nie sądziłam... – westchnęła ciężko, jakby chciała coś przemilczeć, coś, co jest w tym najważniejsze – Następnego dnia rzucił ją i zniknął. Każdy wiedział, że wyślą go tutaj, wiedzieli też, że ja mam tutaj iść i... jego dziewczyna myślała...

– O tym, że jest z tobą. Zostawił ją dla ciebie.

– Tak właśnie. I... wiesz, on chyba jest mi wdzięczny. Uwolnił się od niej, może żyć. No ale...

– Sprawdzał, czy ja to ty. Szukał cię, sprawdzał, czy każda nowa dziewczyna to ty.

– Pewnie wiedział o tym, że tutaj przyjeżdżam. Cała szkoła o tym gadała, wszędzie o tym mówili. Albo ona mu to powiedziała, nie wiem, czy mu wygarnęła, czy nie. Nie mój interes. Ja tylko pomogłam.

A jednak w jej oczach coś zaświeciło, coś takiego, czego nigdy nie widziałam u żadnej dziewczyny.

– Ej, ej. On ci się podoba, nie? Znaczy nie mówię tu o miłości, ale o podobaniu się – zaakcentowałam specjalnie ostatnie słowa, co chyba jej się nie spodobało, bo rzuciła we mnie poduszką.

– Przestań, miłość to ostatnie, co mi potrzebne.

– To ty wspomniałaś o miłości, ja tylko o podobaniu się. – Zaśmiałam się, kładąc sobie poduszkę na kolanach, po czym wstałam i rzuciłam się na swoje łóżko. Było tak bardzo wygodne, że miałam ochotę zasnąć po kilkugodzinnej podróży. – No dobra, to może pójdziemy przejść się po ośrodku? Oczywiście, jeśli masz ochotę. Nie chce mi się tutaj siedzieć.

Klaudia wymownie zmarszczyła brwi.

– Najpierw poczekajmy na walizki.

– No dobra, jak chcesz – odpowiedziałam, przymykając oczy.


Rozdział 3

Nie zauważyłam, kiedy zasnęłam, ale mój sen był naprawdę bardzo dziwny. Szłam przez korytarz, jeśli można było go tak nazwać. Tak naprawdę wszystko było chmurami. Zamiast ścian – obłoczki, zamiast podłogi – obłoczki. A w tle fioletowe niebo zachodzącego słońca. W końcu jednak ten korytarz się skończył, a chmury były coraz dalej od siebie. Skakałam po chmurach i rozglądałam się dookoła. Doszłam do końca pomieszczenia, gdzie obłoki się kończyły i spróbowałam rękę włożyć w chmurę, tyle że mi się to nie udało. Skoczyłam kilka razy, by sprawdzić, czy tak samo jest z podłogą. Kurczę, tyle razy widziałam w filmach, jakie one są lekkie, delikatne, a tutaj dorównywały cegłom czy kamieniom, chociaż ich kształt przypominał watę cukrową.

W tym samym momencie usłyszałam znajomy dźwięk, przede mną pojawił się telewizor. W tym miejscu było to wyjątkowo przerażające. Co chwilę wysuwał się coraz bardziej i bardziej ze środka chmury. A przecież obłoki były prawie przezroczyste! Jakim sposobem nie było go nawet odrobinę widać?

Nie było czasu snuć teorii, bo zauważyłam, jak wielki telewizor zatrzymuje się i włącza. Podeszłam do niego, był na wysokości moich ramion. Na ekranie wyskoczyły dwa napisy: „osoba” w żółtym kwadraciku, a na dole „miasto, kraj” w takiej samej obwódce. Dotknęłam pierwszego napisu, a na ekranie pojawiła się klawiatura. O tak, co miałam wpisać? Napisałam Anastazja Kończyk. Z doświadczenia wiedziałam, że lepiej zawsze rzucić siebie na pierwszy ogień, niż potem czuć się winnym. No ale... czy to na pewno sen? W głowie miałam tyle myśli. Prawdopodobieństwo, że mój mózg pracuje tak gdzieś między snem a jawą, było mało realne.

Telewizor sam się przełączył na drugie okno. „Polska, Gdańsk” – wpisałam, myśląc, czy chodzi o pochodzenie, czy miejsce pobytu. Wtedy też zobaczyłam przed sobą... samą siebie, stojącą przed tym chorym ekranem. Nigdy nie byłam w telewizji, a teraz stwierdziłam, że na pewno nigdy nie chcę być. Podniosłam rękę, a Anastazja w telewizorze zrobiła to samo. Dziwne, bardzo dziwne.

Nie wiedziałam, jak wrócić do „menu”, jeśli tak mogłam to nazwać, więc powiedziałam na głos:

– Menu. – Byłam tak zażenowana, że spaliłam buraka, co potwierdził mi telewizor. A jednak ekran po chwili zniknął, a ja znów zauważyłam dwa kwadraciki.

Wpisałam swoją mamę, mając nadzieję, że odkryję, o co w tych chodzi i... zobaczyłam ją. Na łące, jedzącą winogrona, wokół latały ptaki, a ona płakała.

– Nie martw się, twoja córka wróci... tam jest bezpieczna... – powiedział jeden z ptaków, a ona się zaśmiała.

– Dobrze, dobrze. – Wstała z ziemi i podeszła do jednego z drzew, za którym stał wysoki ciemnowłosy mężczyzna w jej wieku. Kiedy tylko zauważyłam wyraz jego oczu, niebieskich, namiętnych, zakochanych, poczułam, jak po moim całym ciele rozchodzi się szczęście. Fakt, mówiłam mamie, że jak wrócę, nie chcę znaleźć w domu faceta, ale w przypadku, jeśli wcześniej mnie o tym nie poinformuje. W zasadzie bardzo chciałam, by kogoś miała. Sen był... zaraz, czy ja... sen?

Tak, to był sen. Widziałam sen swojej mamy. Kolejna fala myśli zalała całe moje ciało i wtedy się obudziłam. Obudziłam się z krzykiem. Klaudia potrząsała mną na wszystkie strony, a kiedy otworzyłam oczy i zobaczyłam ją, odetchnęłam z ulgą.

– Czemu krzyczałaś? – zapytała mnie. Ona widocznie też na chwilę zasnęła, bo miała bardzo zmęczone oczy.

– Nie, nie wiem – powiedziałam. I mówiłam prawdę, mój sen skończył się na tym, że mama... Nie, nie. Wróć. Śniło ci się, że widziałaś sen mamy. A jeśli to była prawda? A jeśli? A więc dlatego krzyczałam, przeraziłam się tego, co... To paranormalne. Widzenie cudzych snów. Niemożliwe. Nierealne. Aż tak trudno to zrozumieć? – pomyślałam, po czym zerwałam się z łóżka, aż Klaudia poleciała do tyłu i uderzyła głową w podłogę.

– Co z tobą? To nie jest psychiatryk. Ej, co ty cholera wyprawiasz?

– To było takie realne...

Kiedy złapałam mocno swoją komórkę i wcisnęłam „2” na szybkim wybieraniu, od razu usłyszałam głos mamy, która widocznie spodziewała się mojego telefonu, bo powiedziała:

– Córeczko! No, w końcu! – odezwała się w słuchawkę, a jej matczyny, ciepły głos zalał mnie swoim gorącem. Gdzieś w środku coś chciało się rozpłakać, krzyczeć: „Chcę do domu, zabierz mnie stąd!”. Ale ta druga część wolała zostać i dowiedzieć się prawdy o tym wszystkim. Po prostu miałam przeczucie, przeczucie, że coś się zdarzy, że to wszystko to nie chory przypadek. I wiedziałam to. Wiedziałam całą sobą. Każda komórka mojego ciała zaczęła krzyczeć: „Zostań tutaj. To nie przypadek. To wszystko to nie przypadek...” i wierzyłam sama sobie. Przez to wszystko przestałam słuchać mamy, która czymś się bardzo ekscytowała.

– Śniłaś mi się! Ptaki do mnie mówiły. Kurczę, więcej nie śpię w środku dnia.

Wręcz poczułam, jak flaki mi się skręcają. Nieźle, powiedziałam sama do siebie, spojrzałam na Klaudię otrzepującą spodnie. Chyba była zła.

– No a pamiętasz coś jeszcze ze snu?

– Winogrona – odpowiedziała rozbawiona. – Chory sen, no ale... lepiej mów, co tam u ciebie.

Spojrzałam po raz kolejny na Klaudię.

– Co się gapisz? – zapytała, ale widząc moje przerażone spojrzenie, usiadła na moim łóżku i westchnęła. Czekała widocznie, aż zacznę mówić, co się stało.

– Zadzwonię potem.

– Wszystko w porządku? – odezwała się mama.

– Nie... tak. Odezwę się.

Nie zaczekałam już nawet na to, aż odpowie, po prostu wcisnęłam czerwoną słuchawkę i opadłam na swoje łóżko. Klaudia złapała mnie za ramię, jeszcze była zła.

– Co tu się dzieje? Najpierw zwalasz mnie z łóżka, zachowujesz się jak wariatka... przerażasz mnie!

Pokręciłam głową.

– Musisz mi pomóc. Ja chyba... coś jest nie tak...


Rozdział 4

Kiedy Klaudia dowiedziała się o moim śnie i o telefonie, zaczęło być nieprzyjemnie. Obydwie stwierdziłyśmy, że coś jest nie tak i to nie jest normalne. Muszę iść spać jeszcze raz i jeśli znów będę mieć ten sam sen, to świetnie. Ekstra. Cudownie. A jeśli nie... to wrócimy do normalności.

Może w każdym jest odrobina paranormalności? Moje myśli nie miały końca, aż w końcu jakaś część mojego mózgu powiedziała: „Maks. Ten chłopak. On może coś wiedzieć”. Kiedy tylko powiedziałam o tym Klaudii, ta pokręciła głową.

– Dobra, możemy go znaleźć, chodź. W końcu dziwak zawsze dziwaka znajdzie. – Zaśmiała się, ale żadna z nas tak naprawdę nie miała na to ochoty.

***

Maks był w stołówce, jadł właśnie kolację, co chwilę poprawiając swoje czarne włosy. Kiedy zobaczył mnie i Klaudię, wstał i pomachał, jakby nagle zobaczył swojego anioła. Aż w środku mnie skręciło, że nikt tak nie reaguje na mój widok, a Klaudii adoratorzy pewnie zdarzają się każdego dnia.

Przeszłyśmy obok całej masy białych, okrągłych i plastikowych stolików i takich samych krzeseł. Co chwilę rozglądałam się po ścianach. Były na nich zdjęcia: szkoły, ogrodu, okolicy, morza. Naprawdę piękne. A na tle żółtych ścian nie sposób było ich nie zauważyć.

– Ej! – Klaudia szturchnęła mnie w ramię. – To dziwak, wracajmy. Błagam cię.

Spojrzałam na Maksa, który zachęcał nas ruchem ręki. Przewróciłam oczami i podeszłam do kolejki. Wcale nie byłam głodna, więc wzięłam tylko czekoladowe mleko i pepsi dla swojej przyjaciółki.

– Bierz to. – Podałam jej, a ona się nieznacznie uśmiechnęła.

Zaczęłam iść w kierunku Maksa, który spojrzał na mnie nie całkiem wesoło, a raczej z lekką wyższością. Chciałam schować głowę w piasek, uciec. Uczucie, że jestem gorsza, towarzyszyło mi na co dzień, ale jeszcze nigdy na głodzie. Teraz było sto razy gorzej. Na głodzie... Zupełnie zapomniałam o narkotykach. Ten jeden sen wypełnił całą moją głowę. Niestety, kiedy tylko o tym pomyślałam, poczułam ból w klatce piersiowej, ból głowy i niedosyt. Od razu zaczęłam pić mleko z nadzieją, że chociaż dzięki temu trochę się uspokoję.

– Hej – powiedziałam do chłopaka, odstawiając otwarte już mleko na biały stół. – Możemy pogadać?

Maks oparł się wygodnie na swoim krześle, po czym zerknął na Klaudię.

– Pewnie, że tak. Co się stało? – zapytał, rzucając jej namiętne spojrzenie.

– Bo... bo... O co ci chodziło wtedy z Klaudią? WRÓCIŁAŚ – specjalnie zaakcentowałam to słowo.

– Bo wróciła... wróciła, by odbudować to, co zniszczyli ludzie tyle lat temu. To ona, czuję to. To ona... – Pokazał na nią i uśmiechnął się ze szczenięcą miłością. – Pozna sny wszystkich ludzi, tutaj, w tym miejscu. To miejsce jest przeklęte. Umarła tutaj kobieta, która wiedziała o snach, mogła je zmieniać, a potem spełniać. To mogło być przełomem, szczęściem dla ludzi. Każdy mógłby tego zasmakować! Niestety umarła, zabił ją jej chłopak, a potem popełnił samobójstwo. W jej pamiętniku znalazłem jednak kartkę z informacją, że ktoś tutaj trafi, ktoś stworzony do tego, by znów przywrócić ludziom nadzieję. Czekała, aż ktoś ją znajdzie.

W głowie roiło mi się od pytań i od tego, że przecież to nie Klaudia jest tą dziewczyną, tylko ja. Przerażał mnie też fakt, że te sny są prawdą, a nie wytworem mojej wyobraźni i mózgu, który krzyczał, że potrzebuję ćpania. Zacisnęłam palce mocno na mleku i zanim się zorientowałam, stały się sine, a karton po mleku pękł. Jego zawartość wylała mi się na bluzkę.

– Cholera – jęknęłam cicho, a Klaudia zachichotała, pytając:

– Skąd wiesz o tej kobiecie?

Maks z uśmiechem odpowiedział, poprawiając z przyzwyczajenia włosy:

– Hm... była moją ciotką. Po śmierci wziąłem jej pamiętniki. Uwielbiam czytać ludzkie historie, właściwie chyba po to piszemy pamiętniki... Żeby ktoś wiedział o nas, o naszej historii w przyszłości. By o nas pamiętali... – Chłopak był tak zamyślony i tak zagłębiony w swojej teorii, że uciekł zupełnie od tematu, wydawał się zagubiony, ale też bardzo podniecony tym, że zrobił coś dla świata. Dziko wierzył w tę paranormalność.

– A po czym wnioskujesz, że to Klaudia? – zapytałam, próbując wytrzeć bluzkę chusteczką, którą dała mi dziewczyna. Pogorszyłam tym tylko sytuację.

Moja koszulka nie była jednak teraz najważniejsza, tylko mina Maksa. Spojrzał na nią tak, jak na Boga, a mi się aż oczy zaszkliły z zazdrości. Nie, niekoniecznie chciałam Maksa, ale chciałam, by ktoś tak na mnie patrzył, a ja chciałam to docenić.

Rzuciłam chusteczkę za siebie i wbiłam wzrok w stół.

– Czuję to, czuję. Może dlatego, że jestem spokrewniony z ciocią, ale... uznacie mnie za wariata. Każdego dnia wysyłałem prośbę w niebo, bym ją odnalazł. Tę dziewczynę. No i nie pomyliłem się, przyszła do mnie, w tym celu... dowiedzieć się co dalej. Widzę w jej oczach to, czego nie widziałem w żadnych innych.

Zacisnęłam mocno pięści, a Klaudia zwróciła na to uwagę i poklepała mnie w kolano.

– A... czemu wróciła? – zapytałam głosem wytartym z wszelakich emocji.

– Bo... jest w niej część mojej ciotki. Zacytuję: „Kiedy ona ujawni swoje zdolności, ja będę w niej, przemówię do niej. Pokieruję ją”. A więc możesz się z nią kontaktować, moja ciotka wróciła.

Spojrzałam na chłopaka, a w głowie wybuchnął mi głos kobiety, słodki jak miód, delikatny jak wata cukrowa: „Powiedz mu prawdę”.

Już chciałam to zrobić, tyle że... głos kobiety był głosem jego ciotki, co wcisnęło mnie totalnie w krzesło. Wyglądałam chyba koszmarnie – pomyślałam, zastanawiając się nad swoją koszulką i nad tym, jaką muszę mieć minę.

– Dobra, więc będę musiał ci przekazać jej pamiętnik – powiedział chłopak do Klaudii, która chyba też czekała, aż się przyznam, jej spojrzenie było tak wymowne, że nawet Maks na chwilę zmarszczył brwi.

– Coś jest nie tak? – zapytał.

Spojrzałyśmy na siebie nawzajem, po czym westchnęłam ciężko.

– To wszystko się tak szybko dzieje. I... Klaudia się stresuje tym wszystkim, wiesz, może lepiej się z nią przejdę. – Spojrzałam jeszcze raz na swoją bluzkę i przeklęłam pod nosem. – Taki spacer, pogadamy sobie.

– Och tak, pogadamy sobie – zaakcentowała dziewczyna, spoglądając na mnie i marszcząc swoje perfekcyjne brwi. – Idziemy.

Złapała mnie za rękaw i obydwie wyszłyśmy ze stołówki.

– Co ty wyprawiasz, do cholery?! – warknęła mi prosto do ucha.


Rozdział 5

Czemu to zrobiłam? Tak naprawdę sama nie wiedziałam. Nagle ogarnęło mnie poczucie winy, że jeśli to powiem, zniszczę w Maksie tę cząstkę, która chciała przyczynić się do naprawienia świata. Do tego chłopak ciągle okazywał niechęć do mnie i do wszystkiego, co robiłam, więc... wolałam nie uświadamiać mu, że ten potwór, którym oczywiście byłam, musi uratować świat.

Uratować świat? To brzmiało jak z jakiegoś durnego komiksu albo kreskówki. Na samą myśl robiło mi się niedobrze, a każda część mojego ciała chciała stąd uciec. Niestety, wyjście nie było możliwe, więc poszłyśmy na jeden z korytarzy i usiadłyśmy pod jednym z zimnym kaloryferów.

– Błagam cię, powiedz mu prawdę.

– Widziałaś jego minę, kiedy na mnie patrzył? Jestem totalną idiotką.

Klaudia odruchowo spojrzała na moją koszulkę.

– Powinnaś iść to wyczyścić.

– Najpierw pogadajmy o tym wszystkim – powiedziałam, kładąc rękę tak, by chociaż w części zasłonić plamę od mleka.

– No dobra, a więc? Mam udawać, że... po pierwsze nawet do końca nie mogę w to uwierzyć, a po drugie jestem tego widzem. To ty jesteś gwiazdą całej sytuacji. – Zaczęła machać rękami. – Jak w filmie! Powinnaś teraz zakochać się w Maksie, a on w tobie. To by było coś... może dodatkowo ja dostanę w tej historii jakiś epizodzik?

– Tak, z Maksem. On cię podrywa i nie zaprzeczysz. Każdy już to zauważył... No i przestań gadać o filmach. Robi mi się niedobrze na myśl, że cała odpowiedzialność za coś tak nierealnego spada na mnie.

– Każdy? – zapytała dziewczyna, oczywiście pytając o tę najmniej istotną część mojej wypowiedzi. – Jeszcze z nikim praktycznie nie gadałyśmy. No a teraz mi powiedz, czy słyszałaś głos tej... – zaczęła trząść rękami, jakby chciała sprawić wrażenie, że jest duchem – ciotki Maksa?

Nie odpowiedziałam, co chyba samo w sobie było już odpowiedzią.

– A co ci powiedziała? – Wpatrzyła się we mnie swoimi psimi oczami. Nim się zorientowałam, złapała mnie za ramię i zaczęła wbijać paznokcie.

– Aua!

– Sorry, po prostu to strasznie podniecające. Nigdy bym nie pomyślała, że spotka mnie... kogoś z mojego otoczenia coś takiego!

– Uwierz mi, ja też nie. I wiesz co? Jestem przerażona! – powiedziałam ostatnie słowa ze złami w oczach.

Dziewczyna od razu mnie objęła, a mnie ogarnął spokój, czułam, że mogę się rozpłakać i ona mnie nie oceni jako słabą dziewczynkę.

– Ona... powiedziała, że mam mu powiedzieć prawdę. Ale ja nie mogę. Ma mnie za wariatkę, lubi ciebie. Sądzi, że to ty. Jeśli taki „nikt” w jego oczach będzie tą osobą, która ma to wszystko zrobić, to... zabiję to, z czego on jest dumny. Szukał ciebie, znaczy mnie, ale sądzi, że ciebie. Poświęcił się temu. Nie chodziło mu o to, że dałaś mu nowe życie bez dziewczyny, dałaś mu szansę naprawienia świata.

– Nie widział tego w moich oczach, tam, w szkole. Dopiero tu.

– Był ćpunem, tak? Nie zwracał uwagi na nic. A zobacz, ty mu się podobasz, on się podoba tobie. Razem byście ratowali świat. Nie miałabyś epizodu w tym niby filmie, a główną rolę. On tego chce. Ty tego chcesz...Wybrał ciebie, myśli, że to ty. To ja tutaj mam epizod.

– Ej, ej, Sasza. – Jej zielone oczy wręcz zapłonęły nadzieją, która ani trochę się na mnie nie odbiła. – Niestety, ja nie pomogę ludziom, nie zmienię tej zielonej zasranej planety. Trzeba mu powiedzieć.

Odsunęłam się od dziewczyny i dopiero wtedy zauważyłam, że obok nas stoi Maks z miną mówiącą „jak zwykle zrobiłem coś nie tak”.

– To ty? – zapytał wręcz z wyrzutem.


Rozdział 6

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.