Smoleńsk 10 kwietnia 2010 - Piotr Kraśko - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 130 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Smoleńsk 10 kwietnia 2010 - Piotr Kraśko

To opowieść o tym, co wydarzyło się w Smoleńsku tuż po katastrofie, gdy biegliśmy w stronę szczątków samolotu, wierząc, że jednak ktoś przeżył. O tym, co działo się tam przez kilka następnych dni. O tysiącach Rosjan, którzy dzień i noc przychodzili, by złożyć biało-czerwone kwiaty. O wciąż zadawanym pytaniu: Jak to możliwe? O niezwykłym, milczącym pożegnaniu prezydenta na pustym lotnisku i o tłumach stojących na trasie przejazdu konduktu z Okęcia do pałacu Namiestnikowskiego. O ludziach, którzy byli tam także potem, gdy miasto zamierało, patrząc na dziesiątki kolejnych trumien. O tym, jak po kilku godzinach od zapalenia pierwszej świeczki na Krakowskim Przedmieściu zapłonęły ich tam tysiące. O pogrzebach, które okryły żałobą tyle polskich miast. Nikt nie wie, co w nas zostanie z tych niezwykłych dni. Czy będziemy lepsi? Czy będziemy inni? Ale na pewno warto te dni pamiętać.
0,50 zł z każdego sprzedanego egzemplarza książki zostanie przekazane na statutową działalność Fundacji 10 Kwietnia.

Opinie o ebooku Smoleńsk 10 kwietnia 2010 - Piotr Kraśko

Fragment ebooka Smoleńsk 10 kwietnia 2010 - Piotr Kraśko





Informacje o książce


Każdy z nas zapewne pamięta jakiś przejmujący obraz z dni po katastrofie: tysiące ludzi przed pałacem prezydenckim, biało-czerwone flagi, kondukty żałobne codziennie jadące z Okęcia do centrum, tysiące zniczy palących się w całej Polsce, łzy dzieci podchodzących do wynoszonych przez żołnierzy na płytę lotniska trumien rodziców, rudowłosą harcerkę z warkoczykami, która zemdlała ze zmęczenia po wielu godzinach pomagania ludziom na Krakowskim Przedmieściu, pogrzeb na Wawelu i 94 następne w wielkich i małych miastach.

Sam nie wiem czemu, ale obraz, który mam przed oczami, to ten, którego sensu nie odda żadne zdjęcie. Trzeba było zobaczyć, jak potężny, szary samolot wojskowy, wiozący trumny pary prezydenckiej, odlatując z Warszawy do Krakowa, „pomachał" powoli skrzydłami. Piękne pożegnanie. Bez słów, bez łez. Symboliczne pożegnanie także wszystkich, którzy zginęli w Smoleńsku, choć ich pogrzeby były dopiero przed nami. Od katastrofy minęło wtedy 8 dni, niezwykłych dni.


10 kwietnia 2010

WOZY STRAŻACKIE. Stare, wielkie, zakurzone i ubłocone wozy strażackie. To dla mnie początek wszystkiego, co stało się 10 kwietnia. Przy tej drodze nie było krawężnika ani chodnika, tylko pas ubitej ziemi. I to po nim jechali strażacy, żeby przebić się przez korek, a ich wozy wzbijały tumany kurzu. Nie miałem wtedy pojęcia, dokąd jadą. Pomyślałem, że był jakiś wielki karambol. Ta droga nie prowadziła na lotnisko, tylko do naszego hotelu. Wracaliśmy z centrum miasta. Gdy zobaczyłem sznur samochodów, przyśpieszyłem. „Jeśli są takie korki i coś się stało, lepiej wcześniej wyjechać do Katynia. A najlepiej od razu".

W hotelu wszedłem do pokoju Alicji Daniluk-Jankowskiej, która tego dnia była wydawcą programu, właśnie do niej ktoś dzwonił:

– Coś się stało z samolotem, awaria.

Z góry przez okno zobaczyliśmy więcej. Wozy strażackie skręcały pod stację benzynową i płot z tyłu lotniska. Do pasa startowego był stąd kilometr, do głównej bramy następne dwa. Dlaczego przyjechała tu straż? Zobaczyliśmy limuzyny, które miały przewieźć delegację spod samolotu do Katynia. Też skręciły pod płot, po czym zawróciły w stronę centrum miasta. Pobiegliśmy do wyjścia. W ostatniej chwili ktoś jeszcze krzyknął, że przyszła depesza o ofiarach, mogą być ranni.

Przy płocie i przy wozach strażackich było już pełno ludzi: strażacy, milicjanci, ci, którzy pracowali albo mieszkali obok. Nie było jednak żadnej z naszych ekip, żadnej z naszych kamer. Wszyscy byli już albo w Katyniu, albo przy filharmonii w Smoleńsku, gdzie miał być później prezydent. Zobaczyłem reporterów z innych stacji, ale wszyscy wiedzieli tyle samo:

– Samolot skrzydłem zawadził o drzewo. Pewnie po wylądowaniu zjechał z pasa i w nie uderzył. Każdy z nas leciał kiedyś tym samolotem i zdarzały się różne lądowania, lecz coś takiego? Z Warszawy dostałem SMS-a już nie o rannych, ale zabitych. Jeszcze bez żadnych liczb. Niemożliwe, komuś puściły nerwy i podaje niesprawdzone informacje. Po paru minutach przyjechał pierwszy z samochodów Telewizji Polskiej. To Radek Sęp, doświadczony operator, z którym byliśmy razem w Gazie, Kijowie i dziesiątkach innych miejsc. Nic nie mówiąc do siebie, zaczynamy biec. Radkowi nie trzeba nic mówić, jest tak dobry, że moim zdaniem w ogóle nie potrzebuje reportera, żeby zrobić materiał. Obok jest też nasz producent Marek Czunkiewicz. Przed nami stoi zwarty kordon milicjantów, skutecznie powstrzymuje wszystkich, którzy chcą zobaczyć, co się stało. Gdybyśmy zatrzymali się i zaczęli przekonywać, by nas puścili, nic by z tego nie było. Marek jeszcze w biegu krzyknął: – Ja się na nich rzucę, a wy biegnijcie dalej.

Nie bardzo wiedziałem, co miał na myśli, ale z Radkiem po prostu przyśpieszyliśmy. Marek rzeczywiście rzucił się na milicjantów. Skoczył, przewrócił chyba trzech, w tym, jak się potem okazało, dwóch pułkowników.

W różnych miejscach świata widziałem przepychanki reporterów z policją i sam w nich brałem udział, ale pierwszy raz byłem świadkiem czegoś takiego. Chyba nawet Marek nie spodziewał się tego po sobie, a już na pewno nie przewidzieli tego milicjanci. Jednak nie mieli żalu. Przyznawali potem, że na naszym miejscu zrobiliby to samo.

Ktoś jeszcze, biegnąc obok, próbował złapać mnie za ramię, ale się wywrócił. Milicjanci szybko uzupełnili wyrwę, jakiej Marek dokonał w kordonie, i nikomu więcej nie udało się przejść. Byliśmy już kilkadziesiąt metrów dalej. Nie dało się biec bardzo szybko, bo zapadaliśmy się w błocie. Dopiero potem sobie uświadomiliśmy, że jeśli my wpadaliśmy w nie w biegu, to jak głęboko siła uderzenia musiała wbić w błoto szczątki samolotu.

Gdy zobaczyli nas milicjanci, którzy byli przy samym wraku, rzucili się w naszą stronę. Zostaliśmy zatrzymani 100 metrów wcześniej. Dostałem SMS-a od kogoś z redakcji Wiadomości:

„Według naszego MSZ ekipy ratownicze próbują wydobywać pasażerów." Krzyczeliśmy, że to polski samolot, tam są nasi ludzie, nasz prezydent, ale to nic nie dawało. Milicjanci obiecywali, że jak przyjdzie dowódca, to zdecyduje, czy można przepuścić nas dalej.

– To nasza tragedia, a wy chcecie pytać naczelnika o zgodę?! – krzyczała Basia Włodarczyk, wieloletnia korespondentka TVP w Moskwie, ze zdenerwowania tak głośno, że słyszeliśmy ją z bardzo daleka. Co jakiś czas przebiegali obok oficerowie, ale wszyscy twierdzili, że to nie oni dowodzą. Przede wszystkim nie chcieli powiedzieć, co się stało. Jeden tylko odwrócił się i zupełnie spokojnie oznajmił:

– Roztrzaskał się, kompletnie się roztrzaskał.

Przez drzewa widzieliśmy coś białego. Nie wiedzieliśmy jeszcze co. Byliśmy 100 metrów od miejsca katastrofy. Wciąż nie wierzyliśmy, że może być aż tyle ofiar. Myśleliśmy, że nawet jeśli samolot się rozbił, to większość ludzi się uratowała. Przecież to wielki samolot. Od lat narzekaliśmy, że to wstyd, by najważniejsi ludzie w państwie latali tak starą maszyną, ale chyba czuliśmy się w niej wyjątkowo bezpiecznie. Zawsze wierzyliśmy, że latają nią najlepsi piloci i gdy prezydent czy premier są na pokładzie, nic się nie może stać. Jeśli ten oficer miał rację, „roztrzaskał się" znaczy, że część samolotu jest zgnieciona, ale w kadłubie wciąż są ludzie przypięci pasami.

Przy szczątkach widzieliśmy wielu strażaków, milicjantów, ludzi z OMON-u, lecz nikogo w białych kitlach. Z boku stało pięć czy sześć karetek pogotowia, nikt jednak nie biegał z noszami. Wszystkie wozy ratownicze miały włączone sygnały, karetki nie. Dziwne. Nie szukają rannych. Zmroziło nas. Potem obaj mieliśmy podobne skojarzenia. Tak samo było 11 września po zamachu w Nowym Jorku. Lekarze i sanitariusze stali na Manhattanie przed szpitalami, czekając na rannych, ale ich nie było. Byli tylko ci, którzy zdążyli uciec, i ciała tych, którzy zginęli.

Przepychając się z milicjantami, którzy trzymali nas za ręce i co jakiś czas zasłaniali Radkowi obiektyw kamery, przesunęliśmy się kilka metrów w bok. Wystarczyło. Zobaczyliśmy skrzydło. Urwane skrzydło, odwrócone, z kołami w górze. Radek zrobił zdjęcia, które potem widziałem w serwisach informacyjnych na całym świecie. Dopiero wtedy dotarło do nas, jak jest źle. Jeśli tak leży skrzydło, to nie była to awaria, ani wypadek nie zdarzył się po lądowaniu.

Zrozumieliśmy, że to „coś białego", co widzieliśmy między drzewami, to resztki Tu-154. Z tego miejsca widzieliśmy pas do lądowania. Od skrzydła nie był dalej niż 300–400 metrów. Jak mało zabrakło. Dosłownie sekundy i mogliby się uratować – myśleliśmy. Mgła nie była już tak gęsta, ale chmury wisiały tuż nad głową, wciąż były bardzo, bardzo nisko. Tragedia jednak zaczęła się 800 metrów dalej, po drugiej stronie szosy: gdy samolot ściął fragment wieży obserwacyjnej, piloci próbowali go jeszcze poderwać.

Chcieliśmy biec, ale nie było o tym mowy. Radek miał cały czas włączoną kamerę i filmował wszystko, co mógł. Zadzwonił telefon. To był Jacek Gasiński, teraz w Faktach TVN, kiedyś pracowaliśmy razem w Wiadomościach. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, zacząłem mu bezładnie opowiadać, co się dzieje. Jacek chciał tylko zapytać, czy jesteśmy cali, bo obawiał się, że skoro mieliśmy być tego dnia w Katyniu, byliśmy na pokładzie. Niezwykłym zbiegiem okoliczności tak nie było. Media niemal zawsze lecą. Tym razem zabrakło dla nas miejsca, bo zaproszono wielu członków delegacji. Redakcje wysłały więc swoich ludzi pociągiem, tak jak nas, albo samochodami. Niektórzy przylecieli Jakiem-40 godzinę wcześniej. Kiedy do Polski dotarły pierwsze informacje o wypadku samolotu, sądzono, że mowa właśnie o Jaku i zginęli dziennikarze. To, że mógł rozbić się potężny, prezydencki Tu-154 wydawało się po prostu nieprawdopodobne.

Z daleka widzieliśmy, że coraz więcej reporterów chciało dotrzeć chociaż tu, gdzie byliśmy, i przepychanki z milicjantami były coraz bardziej gwałtowne. Nic nie dały. Marek Pyza ze swoją ekipą wszedł na dach stojącego obok stacji benzynowej salonu Kia. Ściągała ich stamtąd milicja, a po chwili właściciel wpuszczał z powrotem. To ten człowiek nakręcił komórką jeden z filmów, które pokazywano potem w telewizji.

– Byłem tam, nim ogrodzono teren. Uwierzcie, po prostu szczątki porozrzucało w promieniu 150 metrów, może nawet więcej. Nie było nawet wybuchu, tylko wielka chmura pyłu – opowiadał Igor. Powierzchnia, na której leżały fragmenty samolotu, była o wiele większa, lecz nikt tego jeszcze nie wiedział.

Byliśmy wściekli, ale do milicji nie mieliśmy żalu. Na całym świecie służby działały tak samo. W Ameryce byłyby w takiej sytuacji o wiele bardziej zdecydowane. Już dawno leżelibyśmy na ziemi powaleni przez policjantów. Ale też nie wyobrażam sobie amerykańskiego lotniska wojskowego, które byłoby nieogrodzone i trzeba by kordonu ludzi, by powstrzymywać media. Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę, jak dramatyczna jest sytuacja. Wiedzieli, że spadł samolot z naszym prezydentem i rozumieli naszą desperację. W końcu dość grzecznie, ale już stanowczo, w dziesięciu odprowadzili nas tam, gdzie stali wszyscy inni.

Kilkadziesiąt minut wcześniej Radosław Sikorski odebrał telefon od przedstawiciela MSZ, który czekał na delegację na płycie lotniska. Pierwsza informacja donosiła o wypadku, ale nie o ofiarach. Gdy straż wyjechała w stronę wraku, pojechał za nią ambasador Jerzy Bahr. Na miejscu zobaczył skalę tragedii i wysłał SMS-a do ministra Sikorskiego, że jest niemożliwe, by ktoś mógł przeżyć. Minister zadzwonił do premiera, potem do marszałka Komorowskiego, który miał przejąć obowiązki głowy państwa. By dowiedzieć się więcej, usiłował połączyć się z szefem Kancelarii Prezydenta Władysławem Stasiakiem, a także jednym ze swych zastępców – Andrzejem Kremerem. Nie wiedział, że obaj byli na pokładzie tego samolotu. Następny telefon był do Jarosława Kaczyńskiego...

– Nikt nie przeżył – półtorej godziny po katastrofie poinformował już oficjalnie gubernator obwodu smoleńskiego. Po kilku minutach potwierdziła to rosyjska prokuratura, dodając, że „samolot rozbił się w gęstej mgle przy podchodzeniu do lądowania". Pięć minut później rzecznik polskiego MSZ, nadal nie dowierzając albo nie chcąc uwierzyć w rozmiary tragedii, oświadczył:

– Najprawdopodobniej nikt nie przeżył katastrofy.

Media na całym świecie natychmiast podały tę informację.

Często pyta się reporterów, co czuli, gdy byli w miejscu tragicznych wydarzeń. Prawda jest taka, że na ogół czuje się niewiele. Za dużo rzeczy dzieje się jednocześnie. Ktoś cię szarpie, ktoś dzwoni, gdzieś biegniesz, myślisz, na co patrzy twój operator, odbierasz SMS-a, coś widzisz niewyraźnie z daleka, zastanawiasz się, co zrobić, żeby być bliżej. Teraz widzieliśmy strzępy metalu i strzaskane konary drzew. Dopiero po jakimś czasie ktoś przytomnie zauważył, że samolot musiał je połamać, spadając.

Anna Hałas-Michalska pędziła samochodem z Katynia, gdzie była od paru godzin z rodzinami, które chciały położyć kwiaty na grobie swoich bliskich i zapalić znicz, czekając na uroczystości. Gdy ktoś powiedział, że „tutka" miała awarię, nie wierzyła tak jak my w Smoleńsku, że to coś poważnego. Wokół niej rozdzwoniły się telefony. Kolejna informacja:

– Samolot się rozbił, ale wszyscy żyją.

I te słowa Ania przekazała, biegnąc do samochodu, posłance PiS Jadwidze Wiśniewskiej, która zdenerwowana pytała, co się dzieje. W pewnym momencie pracownicy prezydenckiego biura prasowego zaczęli jednak płakać.

– Jest źle, naprawdę bardzo źle – powtarzała Agnieszka Kołacz.

Wiedziała już wtedy, że wszyscy zginęli, ale nie chciała tego powiedzieć na głos. Chciała wierzyć, że może dziennikarze mają lepsze informacje.

Ekipa TVP zmierzała w stronę lotniska, ale nie wiedziała dokładnie, dokąd jechać. Tak jak my wcześniej, nie wiedzieli, że to się stało kilkaset metrów od naszego hotelu, niedaleko końca pasa startowego i ogrodzenia. Dojechali do jednej z bram lotniska – zamknięta od lat, następna też. W końcu ktoś poradził, by pojechali do reszty dziennikarzy. Przedzierali się pod prąd przez zakorkowane miasto, byli zdziwieni, że milicja się usuwa i wszędzie ich przepuszcza. Tamtejsza drogówka musiała dostać polecenie pomocy wszystkim polskim pojazdom. Na każdym mieliśmy napis „Telewizja Polska", co ułatwiało teraz jazdę. Ten napis okazał się też ważny kilkanaście godzin później.

Z Katynia zdążyły już przyjechać nasze wozy transmisyjne. Radek wyciągnął taśmę z kamery, materiał natychmiast wysłano przez satelitę. Myśleliśmy, że odbiorą to w Warszawie, zmontują i dopiero pokażą. Ale nikt w Polsce nie miał jeszcze żadnych zdjęć, cokolwiek więc było wysyłane, szło od razu na antenę. Sygnał mogły odebrać wszystkie stacje. W tamtej chwili nieformalnie zaczęło się współdziałanie, które trwało aż do dnia pogrzebu na Wawelu. Jeszcze nigdy polskie stacje telewizyjne tak ze sobą nie współpracowały. Nie było rywalizacji o materiał „na wyłączność". W tej sytuacji byłoby to żenujące.

Stałem w otwartych drzwiach wozu transmisyjnego, patrząc na ekran. Oniemiałem, gdy zobaczyłem następną wysyłaną taśmę. To były zdjęcia Sławka Wiśniewskiego, naszego znakomitego montażysty. Jako jedyny tamtego dnia rano miał zostać w hotelu. Czekał na ekipy, które przyjadą ze zdjęć, by zmontować ich materiał. Miał dużo czasu, wyszedł więc ze swoją prywatną, małą kamerą przed hotel, by sfilmować przylot prezydenta. Była mgła, chmury, nic nie widział, tylko słyszał nad sobą silniki samolotu. W końcu zobaczył nad drogą za bardzo przechylone skrzydło, a potem usłyszał huk i dostrzegł dym. Pobiegł. Nie był pewny, że to ten samolot. Cały czas miał włączoną kamerę. Patrzyłem na to samo co on kilkadziesiąt minut wcześniej, nim służby otoczyły teren. Pożar wywołany uderzeniem samolotu nie był duży.

Sławek zrobił chyba najbardziej przejmujące zdjęcie tamtego dnia – urwany ogon samolotu z biało-czerwoną szachownicą. – O kur... – padło spoza kadru. – To polski samolot.

Dopiero wtedy uświadomił sobie, że to „nasz" polski Tu-154. Milicjanci szybko wyprowadzili go stamtąd, przez chwilę wahali się, czy nie zabrać kamery i taśmy. W końcu oddali. Na jednym z ujęć wyraźnie widać jedną z czarnych skrzynek, które tak naprawdę są pomarańczowe, właśnie po to, by łatwiej je było odnaleźć. Czarnymi nazwane zostały jedynie dlatego, że dane z nich są analizowane po wypadkach, a przecież w tych lotniczych niemal zawsze są ofiary. Parę godzin później, gdy usłyszeliśmy oficjalny komunikat, że skrzynek jeszcze nie odnaleziono, wiedzieliśmy, że zlokalizowanie przynajmniej jednej z nich trudne nie będzie. Patrzyłem na zdjęcia Sławka, trzymając w ręku telefon. Rozmawiałem z Marzeną Paczuską, która w redakcji w Warszawie miała przed sobą jedyną wiarygodną listę osób, które były na pokładzie. Właściwą listę. Pół godziny wcześniej Reuters donosił, że zginęły 132 osoby. Agencja powoływała się na dane od władz obwodu smoleńskiego. Inne źródła mówiły o 80 ofiarach. Rzecznik MSZ o 88. Pojawiła się depesza, że trzy osoby przeżyły i w ciężkim stanie zostały przewiezione do szpitala. Po 12.00 ta informacja zniknęła z serwisów. Na stronie prezydent. pl wpisano:

„Ciągle czekamy na potwierdzone informacje o liczbie ofiar. Głęboko wierzymy, że nie są prawdziwe nieoficjalne informacje o tym, że nikt z obecnych na pokładzie nie przeżył. Gdy tylko dostaniemy potwierdzone dane o liczbie ofiar i poszkodowanych, poinformujemy o nich na stronie".

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com