Słuchaj pieśni. Flipper roku 1973 - Haruki Murakami - ebook
Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 240 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 7 godz. 4 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słuchaj pieśni. Flipper roku 1973 - Haruki Murakami

Słuchaj pieśni wiatru i Flipper roku 1973 to dwie najwcześniejsze powieści Harukiego Murakamiego nigdy niepublikowane dotąd w Europie ani Stanach Zjednoczonych. Są to również dwie pierwsze części tak zwanej „tetralogii Szczura”, do której należą Przygoda z owcą i Tańcz, tańcz, tańcz. Ukazanie się ich w Polsce to prawdziwa gratka dla miłośników Murakamiego. Po raz pierwszy pojawia się w nich bezimienny bohater dobrze znany z kolejnych powieści, jego przyjaciel Szczur, chiński barman Jay, a także Naoko z Norwegian Wood.

Akcja obu utworów toczy się we wczesnych latach siedemdziesiątych. W pierwszym, bohater jest studentem i spędza letnie wakacje w rodzinnym mieście w okolicach Kobe, w drugim ma dwadzieścia kilka lat i prowadzi z kolegą firmę tłumaczeniową. Jak zwykle u Murakamiego obie powieści przepełnione są muzyką popularną i klasyczną, aluzjami do filmów i książek, ale znajdziemy też cytat z ewangelii wg św. Mateusza, historie o Trockim, o tajemniczych bliźniaczkach, opowieść o konstruktorze flippera i stosunkach społecznych panujących na planecie Wenus...

Opinie o ebooku Słuchaj pieśni. Flipper roku 1973 - Haruki Murakami

Cytaty z ebooka Słuchaj pieśni. Flipper roku 1973 - Haruki Murakami

– Ale miło mi. Wyglądam na pannę? Czy na mężatkę? – Dostanę nagrodę, jak odpowiem? – Może pan dostać. – Jest pani zamężna. – Hm… w połowie się zgadza. W zeszłym miesiącu się rozwiodłam. Rozmawiał pan kiedyś z rozwódką? – Nie. Ale spotkałem krowę, która miała nerwobóle.
Coś ty… Lubisz zwierzęta? – Tak. – A co w nich lubisz? – …chyba to, że się nie śmieją. – Coś takiego! Zwierzęta się nie śmieją? – Psy i konie trochę się śmieją. – Coś takiego… kiedy się śmieją? – Kiedy jest im wesoło.
Pod koniec liceum postanowiłem, że będę mówił tylko połowę tego, co myślę. Nie pamiętam już, jaka była przyczyna, ale wprowadzałem to w życie przez kilka lat. Aż pewnego dnia odkryłem, że stałem się człowiekiem, który potrafi powiedzieć tylko połowę tego, co czuje.
Ale zastanów się. Wszyscy są w tej samej sytuacji. Jakbyśmy lecieli zepsutym samolotem. Oczywiście, niektórzy mają szczęście, inni pecha. Jedni są twardzi, inni słabi. Są bogaci i są biedni. Ale nikt nie jest obdarzony niezwykłą siłą. Wszyscy są tacy sami. Ci, którzy coś mają, boją się, że to stracą, a ci, którzy nic nie mają, martwią się, że nigdy nie będą mieli. Wszyscy mają tak samo . Dlatego ci, którzy się w tym wcześniej zorientują, powinni się starać, by stać się choć trochę silniejsi. Wystarczy udawać. Prawda? Nikt nie jest mocny. Są tylko mocni w udawaniu.
Nie cierpię kłamstw. Można powiedzieć, że kłamstwa i milczenie to dwa najpowszechniejsze grzechy współczesnego społeczeństwa. Naprawdę często kłamiemy i bez przerwy popadamy w milczenie.
– Myślałam, że będę mogła go pokochać. Tylko przez chwilę… Kochałeś kiedyś kogoś? – Uhm. – Pamiętasz jej twarz? Spróbowałem sobie uzmysłowić, jak wyglądały twarze trzech dziewczyn, ale o dziwo nie udało mi się dokładnie przypomnieć ani jednej. – Nie – powiedziałem. – Przedziwne. Ciekawe dlaczego. – Bo pewnie tak jest łatwiej.
Znajdowałem chorobliwą przyjemność w słuchaniu opowieści o miejscach, w których nigdy nie byłem. Jakieś dziesięć lat temu przez pewien czas nieomal rzucałem się na każdego, kto mógł mi opowiedzieć o miejscu swego urodzenia i dorastania.
Saturnianin wskazał mi najwygodniejsze krzesło i nalał letniego piwa do zlewki podprowadzonej z budynku nauk ścisłych. – I grawitacja jest bardzo silna – mówił dalej o Saturnie. – Wypluta guma do żucia złamała komuś kość w stopie. To istne pie… piekło. – Aha – powiedziałem po jakichś dwóch sekundach. Przez ten czas rozważyłem ze trzysta przeróżnych możliwości przytaknięcia.
Saturnianin wskazał mi najwygodniejsze krzesło i nalał letniego piwa do zlewki podprowadzonej z budynku nauk ścisłych. – I grawitacja jest bardzo silna – mówił dalej o Saturnie. – Wypluta guma do żucia złamała komuś kość w stopie. To istne pie… piekło. – Aha – powiedziałem po jakichś dwóch sekundach. Przez ten czas rozważyłem ze trzysta przeróżnych możliwości przytaknięcia.

Fragment ebooka Słuchaj pieśni. Flipper roku 1973 - Haruki Murakami

Haruki Murakami

Słuchaj pieśni wiatru
–––
Flipper roku 1973

Tytuł oryginału:

Kaze no uta o kike

1973

Sen kyūhayku nanajū san nen no pinbōru

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Karolina Michałowska-Filipowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Konsultacja merytoryczna (Flipper roku 1973): Waldemar Banasik

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Jakubowska

HEAR THE WIND SING © Haruki Murakami 1979

PINBALL 1973 © Haruki Murakami 1980

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-7758-736-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

Spis treści

Słuchaj pieśni wiatru

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

Heartfield, jeszcze raz… (zamiast posłowia)

Flipper roku 1973

1969–1973

O narodzinach flippera

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

Podziękowania

Przypisy

Słuchaj pieśni wiatru

1

Nie ma idealnego tekstu. Tak samo jak nie ma idealnej rozpaczy powiedział mi pewien pisarz poznany przypadkiem w czasie studiów.

Dopiero znacznie później zrozumiałem, co te słowa naprawdę znaczą, ale wtedy w pewnym stopniu mnie pocieszyły. Że nie ma jednak idealnego tekstu.

Mimo to, kiedy zabierałem się do pisania, zawsze ogarniała mnie rozpacz, bo zakres tematów, o których mogłem pisać, był bardzo ograniczony. Na przykład gdyby nawet udało mi się napisać coś o słoniach, nie umiałbym dodać nic o treserach. Tak to już jest.

Przez 8[1] lat zmagałem się z takimi dylematami, 8 długich lat.

Oczywiście tak długo, jak człowiek wierzy, że w każdej sytuacji można się czegoś nauczyć, starzenie się tak bardzo nam nie przeszkadza. A przynajmniej takie panuje powszechne przekonanie.

Od ukończenia 20 lat przez cały czas starałem się tak robić. Dzięki temu wielokrotnie dostałem bolesną nauczkę, czułem się oszukany albo niezrozumiany, ale jednocześnie spotkało mnie wiele przedziwnych doświadczeń. Różni ludzie zbliżali się, zagadywali, z głośnym tupaniem przechodzili po mnie, jakby szli po moście, i więcej się nie pokazywali. Ja tylko zaciskałem zęby i nic nie mówiłem. I tak nadszedł ostatni rok trzeciej dekady mojego życia.

Teraz chcę coś opowiedzieć.

Oczywiście żaden problem nie został rozwiązany i być może gdy skończę opowiadać, sytuacja będzie dokładnie taka sama jak przedtem. W sumie pisanie nie jest formą autoterapii, a jedynie niewielką próbą, krokiem w tym kierunku.

Jednak strasznie trudno jest szczerze o czymś opowiedzieć. Im bardziej się staram być szczery, tym bardziej właściwe słowa toną w głębokiej ciemności.

Nie mam zamiaru się usprawiedliwiać. W każdym razie to, co tu opowiem, to najlepsze, na co mnie w tej chwili stać. Nie mam nic do dodania. A mimo to myślę też, że jeśli dobrze pójdzie, może kiedyś, za kilka albo kilkadziesiąt lat odkryję, że zostałem uratowany. I może wtedy słonie wrócą na równiny, a ja zacznę opowiadać o świecie piękniejszymi słowami.

*

O pisaniu nauczyłem się wiele od Dereka Heartfielda. Może należałoby powiedzieć, że prawie wszystkiego się od niego nauczyłem. Niestety, Heartfield był w każdym sensie pisarzem jałowym. Czytając go, od razu się to dostrzega. Teksty trudne do zrozumienia, historie nie trzymają się kupy, tematy infantylne. A jednak był wyjątkowym twórcą, jednym z niewielu, którzy umieli walczyć, posługując się tekstem jak bronią. Moim zdaniem pod względem wojowniczej postawy wcale nie ustępował innym pisarzom swego pokolenia, takim jak Hemingway czy Fitzgerald. Problem w tym, że Heartfield do końca nie był pewien, z kim powinien walczyć. Więc w tym sensie był pisarzem jałowym.

Toczył bezpłodną walkę przez 8 lat i 2 miesiące, do swojej śmierci. W pewien pogodny niedzielny poranek w czerwcu 1938 roku skoczył z dachu Empire State Building z portretem Hitlera w prawej dłoni i otwartym parasolem w lewej. Jego śmierć przeszła bez echa tak samo jak jego życie.

Pierwsza, wycofana z druku powieść Heartfielda wpadła mi w ręce przypadkiem w trzeciej klasie gimnazjum. Było lato i miałem straszne potówki w pachwinach. Wujek, który dał mi powieść, zachorował trzy lata później na raka jelit, kroili go wiele razy, zmarł w cierpieniach, z powtykanymi tu i tam plastikowymi rurkami doprowadzającymi i odprowadzającymi. Kiedy się z nim ostatni raz widziałem, strasznie się skurczył i zrobił się brązowoczerwony jak chytra małpka.

*

Łącznie miałem trzech wujków. Drugi zginął na przedmieściach Szanghaju. W dzień po zakończeniu wojny wszedł na minę, którą sam podłożył. Jedyny wujek, który przetrwał, został iluzjonistą i jeździ po całym kraju, dając występy w uzdrowiskach.

*

Heartfield tak pisał o dobrym tekście: „Pisanie to innymi słowy czynność polegająca na sprawdzaniu dystansu między nami a tym, co nas otacza. Potrzebna jest do niego nie wrażliwość, a miarka”. (Co w tym złego, że mam dobry humor?, 1936).

Z miarką w dłoni zacząłem niepewnie obserwować otoczenie bodajże w roku śmierci prezydenta Kennedy’ego, już 15 lat temu. Przez tych 15 lat pozbyłem się naprawdę różnych rzeczy. Zupełnie jak pilot samolotu z zepsutym silnikiem, który chcąc zmniejszyć obciążenie maszyny, wyrzuca bagaże, fotele, a na koniec biednego stewarda, ja przez 15 lat wyrzucałem, co się dało, a prawie niczego nowego nie brałem na pokład.

Nie jestem wcale pewien, czy to było słuszne. Rzeczywiście zrobiło mi się lżej, ale przerażenie mnie ogarnia na myśl, co mi właściwie zostanie na starość, kiedy przyjdzie spojrzeć śmierci w oczy. Po spaleniu nie uchowa się pewnie ani jedna kostka.

„Ludzie o ponurych sercach miewają jedynie ponure sny. A ci o jeszcze bardziej ponurych w ogóle nie śnią”. Tak mawiała zawsze moja babcia.

Umarła w nocy, a ja od razu zamknąłem jej oczy. Gdy opuszczałem powieki zmarłej, sny, które nosiła w sobie przez 79 lat, wyparowały bezszelestnie jak przelotny deszczyk z asfaltu ulicy i nic po nich nie zostało.

*

Jeszcze raz wspomnę o pisaniu. To będzie ostatni raz.

Dla mnie pisanie jest strasznie ciężką pracą. Zdarza się, że przez cały miesiąc nie uda mi się sklecić nawet jednego zdania, a bywa też, że piszę bez przerwy trzy dni i trzy noce, tylko potem się okazuje, że wszystko, co napisałem, jest do niczego.

Mimo to jednak pisanie jest przyjemne. Bo w porównaniu z trudem życia nadawanie mu znaczenia jest nadzwyczaj proste.

Zwróciłem uwagę na ten fakt, mając chyba kilkanaście lat, i tak się zdziwiłem, że przez tydzień prawie nie mogłem wydobyć słowa. Jeżeli tylko trochę się postaram, świat stanie się taki, jak chcę, wszystkie wartości się odwrócą, czas zmieni bieg… takie miałem wrażenie.

Niestety, dopiero znacznie później się zorientowałem, że to pułapka. W zeszycie narysowałem na środku kartki pionową linię, po lewej stronie napisałem, co zyskałem, a po prawej, co straciłem. Co straciłem, co podeptałem, co dawno temu porzuciłem, co poświęciłem, co zdradziłem… nie udało mi się spisać wszystkiego do końca.

To, co staramy się sobie uświadomić, i to, co w rzeczywistości sobie uświadamiamy, dzieli bezdenna przepaść. Nie da się zmierzyć jej głębokości nawet najdłuższą miarką. Tutaj uda mi się tylko stworzyć pewnego rodzaju listę. Nie będzie to powieść, literatura ani sztuka. Jedynie zeszyt z pionową kreską dzielącą strony na pół. I może jakiś morał.

Jeżeli szukasz prawdziwej sztuki albo literatury, powinieneś poczytać starożytnych Greków. Bo do powstania prawdziwej sztuki niezbędny jest system niewolnictwa. Tak jak w starożytnej Grecji, gdzie niewolnicy uprawiali pola, przygotowywali posiłki, wiosłowali, a obywatele skąpani w promieniach śródziemnomorskiego słońca mogli oddawać się tworzeniu poezji albo pogrążać w matematycznych rozważaniach. Ze sztuką tak już jest.

Ludzie, którzy o 3 nad ranem sieją spustoszenie w lodówce w uśpionej kuchni, potrafią pisać jedynie o tym.

To samo dotyczy mnie.

2

Ta historia rozpoczyna się 8 sierpnia 1970 roku i dobiega końca 18 dni później, czyli 26 sierpnia.

3

Niech bogatych szlag trafi! krzyknął do mnie przygnębiony Szczur, opierając się dłońmi o bar.

A może krzyknął do stojącego za mną młynka do kawy. Siedzieliśmy przy barze obok siebie, więc wcale nie musiał się do mnie odwracać. Po tym wybuchu pił dalej ze smakiem piwo ze swoją zwykłą pełną satysfakcji miną.

Nikt nie zwrócił uwagi na jego okrzyk. Mały lokal był bardzo zatłoczony i wszyscy wydzierali się tak samo. Jak na statku pasażerskim na chwilę przed zatonięciem.

jak wszy powiedział i pokręcił z obrzydzeniem głową. Niczego nie potrafią. Rzygać się chce na widok tych bogatych mord.

Z wargami przytkniętymi do cienkiego szkła szklanki z piwem skinąłem w milczeniu głową. Szczur umilkł i zaczął się uważnie przyglądać swoim leżącym na barze szczupłym palcom, obracając dłonie, jakby ogrzewał je nad ogniem. Zrezygnowany gapiłem się w sufit. Nie przejdziemy do następnego tematu, dopóki nie zbada kolejno swoich 10 palców. Zawsze tak było.

Przez całe lato jak opętani wypiliśmy tyle piwa, że starczyłoby chyba na wypełnienie 25-metrowego basenu, i zjedliśmy taką ilość fistaszków, że ich łupinki pokryłyby 5-centymetrową warstwą całą podłogę Jay’s Bar. To było takie nudne lato, że tylko dzięki temu udało nam się je przeżyć.

Nad kontuarem wisiała grafika pożółkła od papierosowego dymu. Kiedy mi się strasznie nudziło, potrafiłem godzinami się w nią wpatrywać. Przedstawiała obrazek, który nadawałby się do testu Rorschacha: coś jakby dwie zielone małpy siedzące naprzeciwko mnie i rzucające do siebie dwie piłeczki tenisowe, z których zaczęło uchodzić powietrze.

Powiedziałem to barmanowi, a on przyjrzał się przez chwilę grafice, potem mało zainteresowany rzucił:

Może i masz rację.

Co to może symbolizować? zapytałem.

Ta małpa po lewej to ty, a ta po prawej to ja. Kiedy rzucam ci butelkę piwa, ty mi rzucasz pieniądze.

Pełen podziwu napiłem się piwa.

Rzygać się chce powtórzył Szczur po obejrzeniu wszystkich swoich palców.

Nie po raz pierwszy narzekał tak na bogatych, naprawdę strasznie ich nienawidził. Rodzina Szczura należała do raczej zamożnych, ale za każdym razem, gdy mu to wytykałem, mówił: To nie moja wina. Czasami (zwykle kiedy wypiłem za dużo piwa) odpowiadałem: Nie, to twoja wina a potem zawsze robiło mi się nieprzyjemnie. Dlatego że w tym, co mówił Szczur, było trochę racji.

Wiesz, dlaczego nie lubię bogatych? ciągnął Szczur tego wieczoru. Nigdy wcześniej nie rozwijał tego tematu.

Pokręciłem głową na znak, że nie wiem.

Bo powiem ci szczerze, bogaci nad niczym się nie zastanawiają. Bez latarki i miarki nie umieją się nawet w dupę podrapać.

„Powiem ci szczerze” było ulubionym powiedzonkiem Szczura.

Nie?

Nie. Nie zastanawiają się nad żadnymi ważnymi sprawami. Tylko udają, że myślą… Wiesz dlaczego?

Hm…

Bo nie muszą. Oczywiście trzeba trochę ruszyć głową, żeby zostać bogatym, ale żeby dalej być bogatym, nic więcej nie potrzeba. Tak samo sztuczny satelita nie potrzebuje paliwa. Wystarczy, że krąży ciągle w kółko. Ale ja taki nie jestem, ty też nie. Żeby żyć, trzeba się ciągle nad czymś zastanawiać. Poczynając od pogody na jutro, a na rozmiarze zatyczki do wanny kończąc. No nie?

Uhm powiedziałem.

O to mi właśnie chodzi.

Powiedział, co miał do powiedzenia, a potem wyjął z kieszeni chusteczkę jednorazową i znudzony głośno wytarł nos. Nie potrafiłem ocenić, na ile poważnie mówił.

I tak wszyscy umrzemy rzuciłem na próbę.

Nie da się ukryć. Kiedyś umrzemy. Ale do tego czasu musimy przeżyć 50 lat, powiem ci szczerze, bardziej się człowiek zmęczy, zastanawiając się nad różnymi rzeczami przez 50 lat, niż żyjąc 5 tysięcy, ale o niczym nie myśląc. No nie?

Miał rację.

4

Poznałem Szczura wiosną 3 lata wcześniej, na pierwszym roku studiów. Byliśmy wtedy strasznie pijani. Dlatego zupełnie nie pamiętam, jak doszło do tego, że razem jechaliśmy jego czarnym fiatem 600 po czwartej nad ranem. Pewnie mieliśmy jakichś wspólnych znajomych.

W każdym razie byliśmy kompletnie pijani, a do tego szybkościomierz wskazywał 80. Chyba tylko cud sprawił, że zupełnie nic nam się nie stało, kiedy przejechaliśmy przez żywopłot stanowiący ogrodzenie parku, rozjechaliśmy klomb azalii i walnęliśmy mocno w kamienny słupek.

Kiedy otrząsnąwszy się z szoku, otworzyłem kopniakiem zniszczone drzwi i wysiadłem, odkryłem, że pokrywa silnika fiata poleciała 10 metrów dalej pod klatkę z małpami, a przód wgniótł się w słupek. Nagle obudzone małpy były strasznie wściekłe.

Szczur z rękami na kierownicy pochylił się, jakby złamany na pół, ale nie dlatego, że był ranny, tylko po prostu wymiotował na deskę rozdzielczą zjedzoną godzinę wcześniej pizzę.

Wlazłem na dach samochodu i zajrzałem przez szyberdach na siedzenie kierowcy.

W porządku?

Uhm, ale chyba trochę za dużo wypiłem. Skoro się porzygałem.

Możesz wyjść?

Wyciągnij mnie.

Szczur zgasił silnik, wsadził do kieszeni leżącą na desce rozdzielczej paczkę papierosów, powoli chwycił moją rękę i wylazł z samochodu. Siedząc obok siebie na dachu fiata, patrzyliśmy na jaśniejące niebo i w milczeniu wypaliliśmy kilka papierosów. Z jakiegoś powodu przypomniałem sobie film o czołgach w Richardem Burtonem w roli głównej. Nie wiem, o czym myślał Szczur.

Mamy szczęście powiedział po jakichś 5 minutach. Pomyśl. Nic nam się nie stało. Trudno uwierzyć, co?

Przytaknąłem.

Ale z samochodu nic już nie będzie.

Nie przejmuj się. Samochód da się odkupić, ale szczęścia za pieniądze nie kupisz.

Spojrzałem na niego trochę zniechęcony.

Jesteś bogaty?

Na to wygląda.

Dobrze się składa.

Szczur nie odpowiedział, ale kilka razy pokręcił z niezadowoleniem głową.

No, ale w każdym razie mamy szczęście.

Pewnie tak.

Szczur rozgniótł papierosa podeszwą tenisówki, a potem podniósł go i pstryknął w stronę klatki z małpami.

Słuchaj, może będziemy się odtąd trzymać razem? Na pewno razem wszystko nam się uda.

A co zrobimy na początek?

Napijemy się piwa.

Kupiliśmy w pobliskim automacie pół tuzina puszek, poszliśmy nad morze, wypiliśmy piwo, leżąc na plaży, a potem wpatrywaliśmy się w fale. Była wspaniała, piękna pogoda.

Mów mi „Szczur” powiedział.

Skąd wziąłeś takie przezwisko?

Już nie pamiętam. To było bardzo dawno. Na początku nie lubiłem, jak mnie tak nazywali, ale teraz już mi nie przeszkadza. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Wrzuciliśmy puste puszki do morza, a potem z głowami opartymi o nabrzeże i nakryci budrysówką usnęliśmy na jakąś godzinę. Kiedy się obudziłem, poczułem w sobie przypływ sił życiowych. Byłem w przedziwnym nastroju.

Mógłbym przebiec ze 100 kilometrów powiedziałem do Szczura.

Ja też odparł.

Ale w rzeczywistości musieliśmy zrobić coś innego: przez trzy lata wpłacać na konto urzędu miejskiego raty z odsetkami za szkody poczynione w parku.

5

Szczur przerażająco mało czytał. Nigdy nie widziałem, żeby czytał coś poza gazetą sportową albo broszurami reklamowymi. Gdy niekiedy dla zabicia czasu czytałem książkę, przyglądał mi się tak zaskoczony, jak mucha na widok łapki na muchy.

Po co czytasz książki?

Po co pijesz piwo? odpowiedziałem, nie patrzyłem na niego, tylko jadłem kęs po kęsie sałatkę warzywną i ostroboka w zalewie octowej.

Szczur zamyślił się nad tym, a po 5 minutach powiedział:

Zaletą piwa jest to, że całe zmienia się w siki i wylatuje z człowieka. Jeden aut, pierwsza baza, gra podwójna i po wszystkim[2].

Gdy skończył mówić, przyglądał się, jak dalej jem.

Po co ciągle czytasz jakąś książkę?

Popiłem ostatni kęs ostroboka piwem, odsunąłem talerz, podniosłem leżącą obok Edukację sentymentalną i przerzuciłem kartki.

Bo Flaubert już nie żyje.

Nie czytasz książek żyjących pisarzy?

Żyjący pisarze nie mają żadnej wartości.

Dlaczego?

Bo wydaje mi się, że zmarłym można większość wybaczyć odpowiedziałem, oglądając powtórkę odcinka serialu Route 66 na przenośnym telewizorze stojącym na kontuarze. Szczur znów się na chwilę zamyślił.

A co z żyjącymi? Żyjącym większości rzeczy nie można wybaczyć?

Sam nie wiem. Nigdy się nad tym poważnie nie zastanawiałem. Ale gdybym się znalazł w sytuacji bez wyjścia, być może na tym by się skończyło. Może nie mógłbym wybaczyć.

Podszedł Jay i postawił przed nami 2 piwa.

A co zrobisz, jak nie będziesz mógł wybaczyć?

Przytulę się do poduszki i pójdę spać.

Szczur z zakłopotaniem pokręcił głową.

To przedziwne. Nie bardzo cię rozumiem powiedział.

Nalałem mu piwa, ale on skulony rozmyślał dalej.

Ostatni raz czytałem książkę zeszłego lata stwierdził. Nie pamiętam tytułu ani autora. Nie pamiętam też, dlaczego w ogóle czytałem. W każdym razie napisała kobieta. Bohaterką była słynna projektantka mody, trzydziestolatka, przekonana, że cierpi na nieuleczalną chorobę.

Jaką chorobę?

Nie pamiętam. Na raka czy coś takiego. jakieś inne nieuleczalne choroby?… Przyjeżdża do nadmorskiego kurortu i od początku do końca pobytu się onanizuje. W wannie, w lesie, na łóżku, w morzu naprawdę w różnych miejscach.

W morzu?

No. Trudno uwierzyć, prawda? Po co coś takiego opisywać w powieści? Przecież jest tyle innych rzeczy, o których powinno się pisać.

Hm…

Ja dziękuję za takie powieści. Rzygać się chce.

Skinąłem głową.

Ja bym napisał zupełnie inną powieść.

Na przykład?

Szczur myślał, wodząc palcem po brzegu szklanki z piwem.

Może coś takiego: statek, którym płynąłem, tonie pośrodku Pacyfiku. Unoszę się w nocy na powierzchni oceanu w kole ratunkowym, patrząc na gwiazdy. Jest spokojna, piękna noc. A wtedy z przeciwka nadpływa młoda kobieta, też w kole ratunkowym.

Ładna?

No masz.

Wypiłem łyk piwa i pokręciłem głową.

To jakieś głupie.

Czekaj, słuchaj dalej. Potem gawędzimy, unosząc się obok siebie na wodzie. O tym, co było, co będzie, o naszych zainteresowaniach, o tym, z iloma kobietami spałem, o programach telewizyjnych, o snach, jakie mieliśmy poprzedniej nocy o takich rzeczach. I pijemy sobie razem piwo.

Czekaj no. Skąd macie piwo?

Szczur pomyślał chwilę.

Unosi się na wodzie. Piwo w puszkach wypłynęło z restauracji statku. A z nim puszki sardynek w oleju. Może być?

Uhm.

Niebawem nadchodzi świt. „Co robimy? pyta mnie kobieta. Popłynę w tym kierunku, tam może być jakaś wyspa dodaje”. Ale ja mówię, że wyspy może nie być. I że lepiej sobie tu dryfować, popijając piwo, bo na pewno na ratunek przyleci jakiś samolot. No, ale ona płynie sama.

Szczur przerwał i napił się piwa.

Płynie dwa dni i dwie noce, dociera do jakiejś wyspy. Mnie skacowanego wyławia samolot. No i po kilku latach przypadkiem spotykamy się w małym eleganckim barze na wzgórzach.

I pewnie znowu pijecie piwo, co?

Czy to nie smutne?

Hm… powiedziałem.

6

Powieść Szczura miała dwie ogromne zalety. Przede wszystkim nie zawierała scen erotycznych i nikt w niej nie umierał. Chociaż ludzie zostawieni samym sobie śpią z kobietami i umierają. Tak to już jest.

*

Myślisz, że się myliłam? zapytała kobieta.

Szczur wypił łyk piwa i powoli pokręcił głową.

Powiem ci szczerze, że wszyscy się mylą.

Dlaczego tak sądzisz?

Hm… mruknął Szczur, a potem oblizał wargi. Nie znalazł odpowiedzi.

Płynęłam, ile mi sił starczyło, ręce mało mi nie odpadły. Byłam strasznie zmęczona, myślałam, że umrę. I wiele, wiele razy przychodziło mi do głowy, że może ja się mylę, a ty masz rację. Po co ja się tak męczę, kiedy ty spokojnie unosisz się na wodzie?

Mówiąc to, uśmiechnęła się lekko, ze smutkiem, przycisnęła palcami kąciki oczu. Szczur wiercił się i grzebał bez celu w kieszeniach. Po trzech latach miał straszną ochotę na papierosa.

Życzyłaś sobie wtedy, żebym umarł?

Trochę tak.

Naprawdę tylko trochę?

Już nie pamiętam.

Zamilkli na chwilę. Szczurowi wydawało się, że musi coś powiedzieć.

Nie wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi[3].

Kto to powiedział?

John F. Kennedy.

7

W dzieciństwie byłem strasznie małomówny. Rodzice się martwili i zabrali mnie do znajomego psychiatry.

Dom lekarza stał na wzniesieniu, z którego widać było morze. Usiadłem na kanapie w słonecznej poczekalni, a elegancka kobieta w średnim wieku przyniosła mi zimny sok pomarańczowy i dwa pączki. Bardzo uważnie, żeby nie ubrudzić kolan cukrem, zjadłem pół pączka i wypiłem cały sok.

Napijesz się jeszcze? zapytał lekarz, a ja potrząsnąłem głową. Siedzieliśmy naprzeciwko ciebie. Mozart na portrecie gapił się na mnie z wyrzutem jak strachliwy kot.

Dawno temu żył sobie gdzieś bardzo dobry koziołek.

To był świetny początek. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie dobrego koziołka.

Koziołek zawsze nosił na szyi ciężki złoty zegarek i przez to ciągle sapał. Ten zegarek był ciężki, a do tego zepsuty, więc nie chodził. Przyszedł znajomy zajączek i mówi: „Koziołku, dlaczego zawsze nosisz zegarek, który nie chodzi? Wygląda na ciężki, chyba na nic ci się nie przydaje?”. „To prawda, że ciężki odparł koziołek. Ale przywykłem do niego. I do tego, że ciężki, i do tego, że nie chodzi”.

Kiedy lekarz skończył mówić, sam napił się soku i popatrzył na mnie z uśmiechem. W milczeniu czekałem na dalszy ciąg opowieści.

Pewnego dnia zajączek dał koziołkowi na urodziny pudełeczko obwiązane ładną wstążeczką. Był w nim lśniący, bardzo lekki i dobrze chodzący nowy zegarek. Koziołek strasznie się ucieszył, powiesił go na szyi i poszedł wszystkim pokazać.

Na tym opowieść nagle się urwała.

Ty jesteś koziołkiem, ja zajączkiem, a zegarek to twoje serce.

Czułem się oszukany, ale co miałem robić? Skinąłem głową.

Raz w tygodniu, w niedzielne popołudnia, jeździłem pociągiem i autobusem do lekarza i poddawałem się terapii, jedząc lukrowane bułeczki, szarlotkę, naleśniki albo rogaliki z miodem. Trwało to rok i przez to musiałem zacząć chodzić do dentysty.

Cywilizacja opiera się na przekazie powiedział lekarz. Jeżeli nie potrafi się czegoś wyrazić, jest zupełnie tak, jakby to coś nie istniało. Było zerem. Rozumiesz? Załóżmy, że jesteś głodny. Wystarczy, że powiesz: „Jestem głodny”. Dam ci ciasteczko. Możesz zjeść. (Ugryzłem ciasteczko). Jeśli nic nie powiesz, nie będzie ciasteczka. (Lekarz złośliwie ukrył talerz ciasteczek pod stołem). Zero. Rozumiesz? Nie chcesz mówić. Ale zgłodniałeś. Chcesz to wyrazić, nie używając słów. Zrób to gestami. Spróbuj.

Złapałem się za brzuch i zrobiłem boleściwą minę. Lekarz się roześmiał.

To wygląda jak niestrawność.

Niestrawność…

Następnie była niezobowiązująca rozmowa.

Powiedz coś o kocie, wszystko jedno co.

Pokręciłem głową, udając, że się zastanawiam.

Powiedz, co ci przychodzi do głowy.

Zwierzę czworonożne.

Słoń też jest czworonożny.

Kot jest dużo mniejszy.

A poza tym?

Jest hodowany w domu, jak mu przyjdzie ochota, łapie myszy.

A co je?

Ryby.

A kiełbasę?

Kiełbasę też.

Tak to wyglądało.

Lekarz miał rację. Cywilizacja opiera się na przekazie. Kiedy znikną rzeczy, które trzeba wyrazić i przekazać, cywilizacja się skończy. Pstryk… OFF.

Trudno uwierzyć, że wiosną, gdy skończyłem 14 lat, nagle, jakby przerwała się jakaś tama, zacząłem mówić. Zupełnie nie pamiętam, co mówiłem, ale mówiłem jak szalony przez trzy miesiące, jakbym chciał wypełnić 14-letnią lukę. W połowie lipca przestałem mówić, dostałem 40-stopniowej gorączki i przez trzy dni nie chodziłem do szkoły[4]. Gdy gorączka spadła, w końcu byłem normalnym chłopakiem, ani gadatliwym, ani małomównym.

8

Obudziłem się przed 6, pewnie z powodu pragnienia. Kiedy się budzę w nie swoim domu, zawsze mam wrażenie, że w niewłaściwe ciało wciśnięto mi na siłę niewłaściwą duszę. W końcu jakoś zwlokłem się z wąskiego łóżka, podszedłem do prostego zlewu koło drzwi, wypiłem jedną po drugiej kilka szklanek wody, łapczywie jak spragniony koń, i wróciłem do łóżka.

Przez otwarte okno widać było skrawek morza. W drobnych falach odbijało się słońce, które właśnie wzeszło, a kiedy wytężyłem wzrok, dostrzegłem kilka podniszczonych barek. Unosiły się na wodzie, jakby miały wszystkiego dość. Zapowiadał się gorący dzień. Domy wokół były jeszcze uśpione, jedynie co parę minut dobiegał stukot pociągów. Słychać było muzykę do porannej gimnastyki.

Nagi oparłem się o wezgłowie, zapaliłem papierosa i przyglądałem się śpiącej obok dziewczynie. Wpadające przez południowe okno słońce oblewało całą jej postać. Spała głęboko uśpiona, zepchnąwszy frotową letnią kołdrę w nogi łóżka. Czasami jej oddech stawał się gwałtowny, kształtne piersi wznosiły się i opadały. Musiała być ładnie opalona, ale teraz po upływie pewnego czasu kolor nieco zbladł, a nieopalone ciało spod kostiumu zdawało się dziwnie białe, jakby zaczynało się psuć.

Po wypaleniu papierosa przez jakieś 10 minut próbowałem sobie przypomnieć, jak się nazywa, ale mi się nie udało. Nie pamiętałem nawet, czy w ogóle wcześniej to wiedziałem. Poddałem się, ziewnąłem i jeszcze raz jej się przyjrzałem. Miała chyba trochę poniżej 20 lat, była raczej szczupła. Rozsunąłem palce i zmierzyłem dłonią od stóp do głów. 8 długości dłoni plus długość kciuka w okolicy pięt. Czyli jakieś 158 centymetrów.

Pod prawą piersią miała plamę wielkości 10-jenówki, jakby ktoś rozlał tam brązowy sos. W dole brzucha wesoło rosły sobie delikatne włosy łonowe, jak trawa w strumyku po powodzi. Do tego u lewej dłoni mała tylko 4 palce.

9

Obudziła się dopiero po 3 godzinach. Minęło jeszcze 5 minut, zanim zaczęła rozumieć, co się wokół niej dzieje. Przez ten czas siedziałem z założonymi rękami i wpatrywałem się w wielkie chmury na horyzoncie, zmieniające kształt i płynące na wschód.

Kiedy po pewnym czasie się odwróciłem, patrzyła na mnie spojrzeniem bez wyrazu z cienką frotową kołdrą podciągniętą pod brodę. Starała się powstrzymać mdłości wywołane wypitą whisky.

– Kim ty… jesteś?

– Nie pamiętasz?

Potrząsnęła głową. Zapaliłem papierosa i jej też zaproponowałem, ale zignorowała to.

– Wytłumacz mi.

– Od kiedy mam zacząć?

– Od początku.

Nie miałem pojęcia, gdzie właściwie jest początek, nie wiedziałem też, jak o tym opowiedzieć, żeby jej trafić do przekonania. Mogło się udać, mogło się nie udać. Rozmyślałem przez 10 sekund, potem zacząłem mówić.

– Był gorący, ale przyjemny dzień. Całe popołudnie pływałem w basenie, wróciłem do domu, trochę się zdrzemnąłem, a następnie zjadłem kolację. Po 8. Potem wsiadłem do samochodu, by się przejechać. Zaparkowałem przy nabrzeżu i słuchając radia, patrzyłem na morze. Zawsze to robię.

Po 30 minutach nagle zachciało mi się z kimś spotkać. Kiedy ciągle patrzę na morze, nabieram ochoty na kontakty z ludźmi, a kiedy ciągle patrzę na ludzi, nabieram ochoty, żeby popatrzeć na morze. Dziwna sprawa. Więc postanowiłem iść do Jay’s Bar. Chciałem się napić piwa, poza tym zwykle spotykam tam znajomego. Ale go nie było. Postanowiłem sam się napić. Przez godzinę wypiłem trzy piwa.

Przerwałem i strzepnąłem popiół do popielniczki.

– A propos, czytałaś Kotkę na gorącym blaszanym dachu?

Nie odpowiedziała, owinięta frotową kołdrą gapiła się w sufit jak syrena wyrzucona na brzeg. Mówiłem więc dalej.

– Bo zawsze kiedy sam piję, przypomina mi się ta historia. Że może za chwilę usłyszę w głowie pstryknięcie i lepiej się poczuję. Ale w rzeczywistości to nie takie proste. Nigdy nie słyszę żadnego pstryknięcia. Czekanie szybko mnie zmęczyło, więc zadzwoniłem do tego faceta. Chciałem zaproponować, żeby przyszedł się ze mną napić. Ale odebrała kobieta… Dziwnie się poczułem. Bo to nie jest tego typu facet. Nawet gdyby przyprowadził sobie 50 kobiet i spił się jak bela, na pewno sam odebrałby własny telefon. Rozumiesz?

Udałem, że to pomyłka, przeprosiłem i rozłączyłem się. Zrobiło mi się trochę nieprzyjemnie. Nie mam pojęcia dlaczego. Potem wypiłem jeszcze jedno piwo. Ale humor mi się nie polepszył. Oczywiście wiem, że to idiotyczne. No ale tak to już jest. Dopiłem piwo, przywołałem Jaya i zapłaciłem rachunek, miałem zamiar wrócić do domu i iść spać, ale po obejrzeniu wiadomości sportowych, żeby się dowiedzieć, kto wygrał w baseball. Jay poradził, żebym sobie umył twarz. Wierzy, że jeśli tylko umyje się twarz, można prowadzić samochód nawet po wypiciu skrzynki piwa. Co miałem robić? Poszedłem do łazienki umyć twarz. Prawdę mówiąc, nie miałem wcale takiego zamiaru. Tylko udawałem. Bo w tym barze zwykle odpływ jest zatkany i woda zbiera się w umywalce. W ogóle nie miałem ochoty tam wchodzić. Ale wczoraj o dziwo umywalka nie była zatkana. Za to na podłodze leżałaś ty.

Westchnęła i zamknęła oczy.

– No i?

– Podniosłem cię, wyprowadziłem z łazienki i zapytałem kolejno klientów, czy ktoś cię zna. Ale nikt cię nie znał. Potem z Jayem opatrzyliśmy ci ranę.

– Ranę?

– Kiedy się przewróciłaś, rozcięłaś sobie głowę o jakąś krawędź. Ale to nie była poważna rana.

Przytaknęła, wyciągnęła rękę spod frotowej kołdry i dotknęła skaleczenia na czole.

– Potem naradziliśmy się z Jayem, co robić. Postanowiliśmy, że odwiozę cię samochodem do domu. Przeszukaliśmy twoją torebkę i znaleźliśmy portmonetkę, klucze i widokówkę, którą ktoś ci przysłał. Twoimi pieniędzmi zapłaciłem rachunek, przywiozłem cię tu, kierując się adresem z widokówki, otworzyłem drzwi twoimi kluczami i położyłem cię do łóżka. To wszystko. Rachunek wsadziłem do portmonetki.

Wzięła głęboki oddech.

– A dlaczego zostałeś?

– ?

– Dlaczego nie zniknąłeś od razu po dostarczeniu mnie tutaj?

– Jeden z moich znajomych zmarł z powodu zatrucia alkoholowego. Opił się gdzieś whisky, pożegnał się z kolegami, wrócił spokojnie piechotą do domu, umył zęby, przebrał się w piżamę i położył. Rano znaleziono go martwego i zimnego. Miał wspaniały pogrzeb.

– Czyli całą noc się mną opiekowałeś?

– Prawdę mówiąc, zamierzałem koło 4 iść do domu, niestety usnąłem. Kiedy się rano obudziłem, chciałem wracać, ale zrezygnowałem.

– Dlaczego?

– Bo pomyślałem, że muszę ci przynajmniej wyjaśnić, co się stało.

Jesteś niezwykle życzliwy.

Wzruszyłem ramionami, ignorując ocean jadu w jej słowach. Spojrzałem na chmury.

– Coś… mówiłam?

– Trochę.

– Co?

– Różne rzeczy. Ale już zapomniałem. To nie było nic ważnego.

Mruknęła z zamkniętymi oczami.

– A widokówka?

– Jest w torebce.

– Czytałeś ją?

– Żartujesz!

– Dlaczego?

– A po co miałbym ją czytać? – zapytałem zniecierpliwiony. W jej tonie było coś irytującego. Ale mimo to wywołała we mnie lekką tęsknotę. Za czymś z bardzo dawnych czasów. Gdybyśmy się poznali w zupełnie normalnych okolicznościach, być może przyjemnie spędzilibyśmy razem czas. Tak mi się zdawało. Ale wcale nie mogłem sobie przypomnieć, jak się poznaje dziewczynę w zupełnie normalnych okolicznościach.

– Która godzina? – zapytała.

Wstałem z ulgą, spojrzałem na zegar elektroniczny na biurku, nalałem wody do szklanki i wróciłem.

– 9.