Ślubna obrączka - Helena Janina Pajzderska - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 129 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ślubna obrączka - Helena Janina Pajzderska

Wzruszająca, a jednocześnie mocno zaskakująca opowieść o życiu kobiety, która z miłości do własnej rodziny postanowiła poślubić człowieka o 60 lat starszego. Konsekwencje zaś tego czynu mocno rzutowały na całe jej życie.

Opinie o ebooku Ślubna obrączka - Helena Janina Pajzderska

Fragment ebooka Ślubna obrączka - Helena Janina Pajzderska




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. KOLOFON

ROZDZIAŁ I

– Sprawiedliwie, proszę pani! Jak pragnę, żeby mi się dzieci zdrowo chowały, tak on nigdy nie umrze.

– Moja Walentowo – rzekłam poważnie – jeżeli chcecie mówić podobne brednie, to się przynajmniej nie zaklinajcie w ten sposób.

Osobą, którą tymi słowy zgromiłam, była stróżka domu, posiadającego mnie dopiero od tygodnia w liczbie swoich lokatorów.

Odnosiła mi ona niby list, zostawiony u niej podczas mojej nieobecności, ale w istocie przyszła po to, aby mnie wtajemniczyć w dzieje wszystkich dawniejszych mieszkańców, o ile te jej samej były znane.

Na próżno przerwałam jej w połowie opowiadanie o tym państwie z dołu, którzy wyprawiają bale, a komorne płacą kapaniną, i o tej pani z dwiema córkami z pierwszego piętra, do których przychodzą kawalerowie i przysyłają im kwiaty i cukierki; ale ona, Walentowa, wie pewnikiem, iż żaden z nich żenić się nie myśli.

Na próżno dałam jej do zrozumienia, że mnie to nic nie interesuje, dlaczego żona urzędnika z banku z bocznej oficyny wychodzi tak często zawoalowana i za co sprawia sobie takie drogie okrycia i kapelusze; niezrażona kobiecina zaczynała coraz to coś innego,  próbując, czy przecież nie natrafi na coś, co by moją ciekawość obudziło.

I trafiła.

Zobaczywszy, że, słuchając jej z roztargnieniem, wodzę wzrokiem po oknach oficyny, zajmującej przeciwległą stronę wąskiego podwórza, zbliżyła się i rzekła tajemniczo, ostrzegającym głosem:

– Niechby ta pani lepiej w te tu okna nie patrzyła, bo się pani, czego Boże broń, może przelęknąć!

– Czego? – zapytałam, zatrzymując mimo woli spojrzenie na tym właśnie oknie, jakie mi wskazywała.

Było ono weneckie, czysto umyte i w tej chwili zasłonięte szarą, płócienną roletą.

– A starego, co przy nim w fotelu siaduje. Ino teraz pewno śpi, bo mu pani zapuściła storę. Oj! proszę pani! takiego drugiego na całym świecie chyba nie ma!

Podniosła ramiona ruchem przerażenia i podziwu, a jednocześnie patrzyła na mnie wyczekująco.

Ulitowałam się nad tą jej widoczną i tak gorącą chęcią puszczenia wodzy swej wielomówności i, zainteresowana też trochę, rzekłam:

– Cóż to za stary i cóż w nim takiego nadzwyczajnego?

Walentowa odetchnęła, jakby jej wielki ciężar spadł z piersi.

– Dużo by to o tym było gadania, proszę pani – zaczęła tym samym uroczyście tajemniczym tonem osoby, która wie, że powie coś takiego, czego przedtem nigdy nie słyszano. – Jak sobie tak z nagła o tym pomyślę, tak mi się w głowie pomieścić nie może, żeby to była akuratnie prawda, a przecie już dziesięć lat na to patrzę, jak, nie przymierzając, teraz na panią. Ano, to tak było. Myśmy tu nastali, już się ma na piętnasty rok, aż czwartej jesieni przyszła taka sobie porządna pani, ni młoda, ni stara, i najęła dwa pokoje, jeden z tym szerokim oknem, a drugi obok, gdzie te doniczki – widzi pani? Jest i kuchnia, i przedpokój, i co potrzeba do wygody, wcale dobre mieszkanie i tanie, bo to, za pozwoleniem pani, ma ten jeden feler...

– Mniejsza z tym – przerwałam – mówcie dalej!

– Ha, no! jak najęła, tak najęła. Zaraz trzeciego dnia, bo to już było po kwartale, zwieźli meble, dwa łóżka, statki domowe; tak mój, co to ma na wszystko spekulację, powiada do mnie: „Pewnikiem małżeństwo bez dzieci, będzie spokój”. „A może” – powiadam. Ta pani się ciągle szwendała, ustawiała, a gdy już wszystko było jak się należy... patrzymy, a tu wchodzi dwóch tragarzy i niosą... o! bodajże cię, jak się to nazywa, co to chorych w tym przewożą?

– Lektyka? – poddałam.

– Rychtyg. Spojrzę, ja i jak nie wrzasnę: „Jezus Maria!”. Aż mnie mój, za pozwoleniem pani, huknął w plecy, żebym była cicho. Ale się taki sam swoim porządkiem zląkł, bo to, proszę pani, nie więcej, tylko jakby kościotrup siedział w tym nosiadle. Głowa gdzieś wpodle brzucha, broda, żeby nią przebił, ust spod nosa nie widać, oczy jak serwatka, a skóra, to już i glina żółciejsza być nie może. A trzęsie się to, a kiwa, a charkocze za każdym odetchnieniem... O! Jezu – myślę sobie – a gdzie też ta pani miała sumienie takiego człowieka na nowe mieszkanie ciągnąć! Toże jeno stać a patrzeć, jak Panu Bogu duszę odda. A i mój powiada do mnie: „To ci bal dopiero! Będzie pogrzeb”. „A będzie – powiadam – niechby już trumnę stalowali czy co”. I chociem się cała trzęsła jeszcze ze strachu, poszłam za nimi bez ciekawość. A pani tymczasem zaraz go na fotel, natarła mu czoło czemsiś mocnym, a że jej sługi jeszcze nie było, więc prosi mnie, żebym jej przyniosła wody na samowar. A no, co nie miałam przynieść? Zrobiła duchem herbaty; stary się napił w taki nieprzymierzając sposób, że mu ona łyżeczką do gardła wlewała, a on co łyknie, to se westchnie, mamrocze: „Oj! moja Karolińciu! oj, długie życie! długie życie”, i tak popijając i mamrocząc, usnął. Ja bym tam sobie była dala uciąć trzy palce u prawej ręki, że jutra nie doczeka, a ta i jutro przeszło, i pozajutro, i dziesięć lat całkowitych, a on żyje i żyje. Już mu widać tak sądzono, aby nigdy nie umarł!

I zapewnienie to poparła owym zaklęciem się na zdrowie swoich dzieci, za które ją zgromiłam.

Ale Walentowa wstrząsnęła tylko głową.

– Albo to ja jedna tak mówię? Niech pani spyta, kogo chce w kamienicy, wszyscy wiedzą. Oto na ten przykład, on akademik z trzeciego piętra, co mu usługuję, przecie cięgiem w książkach siedzi, a to samo powiada; i jeszcze go jakosić przezywa Asucharem czy jak. Bo i sprawiedliwie, że czysty suchar z tego człeka. Zezechł za życia i już nie umrze – powtórzyła z najgłębszym przeświadczeniem.

– A ileż on może mieć lat? – spytałam, nie mogąc się oprzeć pewnemu wrażeniu, jakie wywarło na mnie opowiadanie stróżki.

– Musi ze dwieście albo więcej!

Ruszyłam ramionami, lecz wzrok mój ciekawością przykuty, spoczywał wciąż na tym zasłoniętym oknie, poza którym kryło się to życie dziwne, tak przesądny postrach swoim trwaniem budzące.

– A ta pani? – zapytałam po chwili – czy to jego wnuczka?

– Bóg ją ta wie, ale juści na wnuczkę za młoda. A obok tego, jak mówi do niego, bo on, proszę pani, słyszy jeszcze trochę, to go nazywa pan. Ha, może to bez wielkie poszanowanie dla takiego wieku. Sługa jej się nachwalić nie może, co to za dobra pani. Grzeczna, spokojna, pracowita! Jak wróci z lekcji, bo niby jest guwernantką przychodzącą, to zaraz zajmuje się starym albo się bierze do roboty! A żeby pani widziała, jakie to są roboty! Matko Boska! jak malowanie. Aż oczy bolą patrzeć! Piękne, bo i pieniądze za to bierze; daj Boże każdemu. Teraz jak wyszyła serwetkę na stół samymi jedwabiami i z tykutkich kawałeczków atłasu i innych skrawków, to jej ta pani, co ją stalowała, osiemdziesiąt rubli zapłaciła. Prawda, że pół roku nad nią nocami dudłała; aleć zawsze to piękny grosz.

Gadanina Walentowej zaczęła mnie nużyć. Sięgnęłam po książkę, chcąc się jej tym sposobem pozbyć, gdy wtem ona wychyliła się żywo przez okno, wołając:

– O! o! proszę pani! Właśnie z lekcji wraca. Niech no pani zobaczy!

Wyjrzałam prędko.

Przez podwórze szła kobieta średniego wzrostu, szczupła, w czarnej perkalowej sukni, bo dzień był gorący, i czarnym słomianym kapeluszu ze spuszczającym się na twarz rondem.

Spod tego ronda mignęło mi coś śniadego, jakby policzek Kreolki, lecz rysów rozróżnić nie mogłam.

– Zaraz ją pani lepiej zobaczy – upewniała Walentowa. – Ma taki zwyczaj, że jak skąd przyjdzie, to najprzód okno otwiera i kwiatki swoje ogląda, bo się w nich strasznie kocha. Wszystkie te krzaki, jak je pani widzi, to sama od maleńkości wyhodowała.

Walentowa mówiła prawdę.

Nie minęło pięć minut, gdy niezasłonięte okno otworzyło się i stanęła w nim czterdziestoletnia może kobieta.

Tylko głowa jej wystawała ponad gęstym żywopłotem krzewów, głowa kształtna, niewielka, pokryta bujną masą czarnych, jak krucze skrzydła, włosów, w grube warkocze nad czołem upiętych.

Zaczęła otrzepywać listki troskliwie, oberwała kilka uwiędłych kwiatków białej azalii, porozsuwała doniczki, próbując palcami ziemi, czy jest dość wilgotna.

Ruchy jej były dość powolne, lecz wdzięczne. Patrzyłam na nią dopiero od paru minut, a już pociągnęła mnie ku niej wielka, niewytłumaczona sympatia i chęć poznania jej bliżej. Nigdy największa piękność nie wywiera na mnie tak silnego wrażenia, jak twarze napiętnowane śladami cichych, głęboko tajonych, w duszy rozgrywanych dramatów życia, nad których ostatnim aktem zapadła już kurtyna; a twarz nieznajomej należała właśnie do takich.

Była już niemłoda, lecz nie można jej było nazwać zwiędłą. Cerę miała smagłą i zdrową, rysy wydatne o liniach czystych i niepospolitych, oczy bardzo duże, czarne i patrzące jakby przez szarą gazę wiecznej melancholii.

Mogłam jej się przyjrzeć dokładnie, przestrzeń bowiem pomiędzy naszymi oknami była niewielka, a ona ani razu nie skierowała wzroku w moją stronę. Nie umiem powiedzieć dlaczego, ale zrobiła na mnie wrażenie starej panny albo raczej starej dziewicy – jeżeli się tak wyrazić można.

Bywają kobiety tak na wskroś kobiece, tak stworzone na żony i matki, że, jeśli się z tym swoim przeznaczeniem rozminą, wyglądają już potem zawsze, jak gdyby im czegoś brakowało.

Otóż ona wydała mi się jedną z takich.

– Jak się ta pani nazywa? – zapytałam zwracając się do stróżki.

– Karolina Strzemieńczyc.

– A ten staruszek?

– Także Strzemieńczyc. Imię przepomniałam.

– Dziwne nazwisko – rzekłam. – Czy to panna, czy wdowa?

– Nie wiem, proszę pani. Sam gospodarz ich meldował, bo go o to prosiła. Na karcie stoi tylko: „Karolina Strzemieńczyc”, i niby jako się z lekcji utrzymuje.

Przez ten czas kobieta odstąpiła od okna i zniknęła w bocznych drzwiach pokoju.

– Pewno poszła do starego – zauważyła niezmordowana Walentowa. – Już by i najrodzeńsza więcej dbać o ojca nie mogła, jak ona o niego. A Boże się zmiłuj, co z nim za męka! O siódmej wieczorem idzie spać do łóżka, a o czwartej w nocy już się budzi i zaraz trzeba go ubierać i sadzać w fotel, bo wyleżeć nie może. A jada to z dziesięć razy na dzień, po troszeczku, jakby ten ptak, i same tylko jarzyny i leguminę; mięsa ani na lekarstwo, sprawiedliwie! I proszę pani, ona mu to wszystko sama przyrządza, karmi go, poi, ubiera, bo gdzie by tam jakiej słudze cierpliwości starczyło. Choćby ta Magdusia, na ten przykład, i pensją ładną bierze, i prezenty dostaje, bo to hojna pani, a taki narzeka i pomstuje, że ogień w nocy robić musi, i powiada, że gdyby nie pani, toby wszystko prasnęła i poszła, tak jej się przykrzy cięgiem kawęczyć! Oj! biedna też to ta pani, biedna, a i końca temu utrapieniu nie będzie, bo on ją pewnikiem przeżyje, jako nas wszystkich.

I tu Walentowa, jakby w obawie, żebym jej znowu nie zaprzeczyła, zabrała się prędko do wyjścia, a ja zostałam przy oknie, zadumana nad tym, co od niej usłyszałam.