Słoneczny dom. Prawdziwe historie wesołej rodziny - Anny Wienbruch - ebook
Wydawca: LOGOS MEDIA Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Słoneczny dom. Prawdziwe historie wesołej rodziny ebook

Anny Wienbruch

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 349 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słoneczny dom. Prawdziwe historie wesołej rodziny - Anny Wienbruch

Przenieś się do starego domu na zboczu góry i poznaj niezwykłe przygody jego mieszkańców! Książka Anny Wienbruch (1899 -1976), barwnie i z humorem opisująca przygody wesołej rodziny Wächter, kształtuje charakter młodych czytelników i uczy zaufania do Boga. To klasyka literatury dziecięcej, która przetrwała próbę czasu.

Książka jest zbiorem opowiadań opartych na autentycznych przeżyciach z dzieciństwa matki znanej niemieckiej pisarki. Opisywane wydarzenia toczą się w drugiej połowie XIX wieku. Trudy i radości ówczesnego życia skłaniają do refleksji nad pytaniami, które są aktualne w każdym pokoleniu: Na czym polega uczciwość? Czy niemówienie prawdy jest kłamstwem? W czym przejawia się odwaga, skromność, przyjaźń i wierność? Jak naprawić wyrządzoną krzywdę? Jak praktycznie ufać Bogu?

Opowiadania pobudzają do myślenia, nieraz do śmiechu, a czasem wyciskają łzy. Chętnie się do nich powraca, zwłaszcza gdy wiadomo, że wydarzyły się naprawdę.

Opinie o ebooku Słoneczny dom. Prawdziwe historie wesołej rodziny - Anny Wienbruch

Fragment ebooka Słoneczny dom. Prawdziwe historie wesołej rodziny - Anny Wienbruch






Wstęp

Książka, z którą pragniemy zapoznać polskie rodziny, jest zbiorem opowiadań o szczególnej wartości. Oparta jest na autentycznych przeżyciach z dzieciństwa matki znanej niemieckiej pisarki. Opisywane wydarzenia toczą się w drugiej połowie XIX wieku. Są to czasy, które odbiegają pod wieloma względami od naszych, zdominowanych przez postęp techniczny i znacznie wyższą stopę życiową. Różne wydarzenia społeczne i kulturowe przyczyniły się również do przemian w świadomości ludzkiej. Nie zmieniły się jednak doświadczenia życiowe, przez które przechodzi przeciętna rodzina: choroby, śmierć, rozłąka, trudności materialne, konfrontacja wpojonych w domu rodzinnym zasad z tymi, które obowiązują w społeczeństwie. Takie doświadczenia wspominane z perspektywy wielu lat opisuje jedna z młodszych córek urodzonych w licznej, bo aż 13-osobowej rodzinie — ogólnie szanowanej i słynącej na całą okolicę z życzliwej i szlachetnej postawy oraz wzajemnej miłości. We wspomnieniach szczególnym blaskiem promienieje postać matki. Choć życie nie szczędzi jej kłopotów, ona nie przestaje kierować się ufnością i nadzieją, którą pokłada w Bogu. Dzięki temu, choć słaba fizycznie, zdobywa siłę i mądrość do przeciwstawiania się złu i wywiera ogromny wpływ na życie wszystkich domowników.

Lektura opowiadań może stanowić ogromną zachętę i inspirację dla czytelników z każdej grupy wiekowej, a także posłużyć do wspólnego czytania w gronie rodzinnym lub na obozach dla dzieci. Choć z przywoływanych wspomnień przebija sentyment do „minionych, dobrych czasów”, a poruszane kwestie są często stawiane w sposób przesadnie radykalny, budzący przekorę, mogą one stanowić dobrą podstawę do dyskusji na ważne tematy życiowe. Na czym polega uczciwość? Czy niemówienie prawdy jest kłamstwem? W czym przejawia się odwaga, skromność, przyjaźń i wierność? Jak naprawić wyrządzoną krzywdę? Jak praktycznie ufać Bogu? — Takie i inne pytania przewijają się w opisywanych barwnie i z poczuciem humoru wydarzeniach. Opowiadania pobudzają do myślenia, nieraz do śmiechu, a czasem wyciskają łzy. Chętnie się do nich powraca, zwłaszcza gdy wiadomo, że wydarzyły się naprawdę.


Podróż do Ameryki

Mówi się powszechnie, że pogodne dzieciństwo opromienia całe dalsze życie człowieka. Jeśli o mnie chodzi, wychowałam się w małej rodzinie i zawsze tego żałowałam. Byłam jedynaczką. Do swoich najpiękniejszych, niezapomnianych chwil zaliczałam godziny zmierzchu, kiedy to siadałam na niskim stołeczku pod oknem, przy którym zawsze królowała mama, i prosiłam: „Mamusiu, opowiedz mi, jak to było u was w domu!”.

Wtedy mama opowiadała mi o swoim dzieciństwie, które wraz z dziewięciorgiem rodzeństwa spędziła w starym domu położonym na zboczu góry. Choć niezamożnym rodzicom zapewne nie zawsze łatwo było nakarmić tuzin zgłodniałych brzuszków i przyodziać tuzin nagich ciałek, to wszyscy chowali się zdrowo i nosili schludnie, nie słysząc nigdy żadnej skargi z ust swojej mamy. Dla mnie, jedynaczki, ten pełen dzieci dom wydawał się istnym przedsionkiem nieba. Nic innego tak nie budziło mojej ciekawości i wciąż na nowo prosiłam: “Mamusiu. opowiedz mi, jak to było u was w domu!”.

Któregoś dnia, zapewne mając w pamięci te prośby, moja mama poleciła mi:

— Kup parę zeszytów i ołówków!

Już od wielu lat chorowała i przeczuwała bliską śmierć. Dopiero kiedy odeszła do wieczności, odkryłam, że pozostawiła mi w tych zeszytach szczególny spadek. W chwilach, kiedy zostawała sama, a ja udawałam się do pracy — na ile sił jej starczyło — spisała ponad 50 historii o tym „jak to było u nich w domu”. Niektóre z tych opowiadań chciałabym przekazać czytelnikom — ku wspólnej radości i na miłą pamiątkę.

Tak opowiadała moja mama:

Był to w naszym starym domu szczególny dzień. Otrzymaliśmy dwa upominki. Jeden był zawinięty w chustę i mama powiedziała, że był z owych dwóch cenniejszy. Nasza Augusta miała inne zdanie. Mruczała:

— Przecież mamy już dosyć takich!

Ale mama ze swoim miłym uśmiechem odpowiedziała:

— Dziecko jest zawsze cennym darem Bożym, a tam, gdzie dwanaścioro się naje, zawsze zostanie coś i dla trzynastego.

Domyślacie się z pewnością, że mama przyniosła do domu dziecko i to tym razem nie własne, lecz synka naszej cioci, która wkrótce po jego narodzinach umarła.

A więc to był pierwszy dar. Nie wzbudził w nas wielkiego zainteresowania. Położono go do starego wiklinowego wózka i w piękne letnie dni stawiano w zacisznym kąciku za domem, tam gdzie kiedyś kładziono każdego z nas.

Drugi dar był innej natury. Nam, dzieciom, wydawał się cenniejszy i cudowniejszy niż ów mały chłopiec, których mieliśmy rzeczywiście pod dostatkiem. Nasz kochany dziadek, ojciec mamy, który już nie raz zrobił dla nas wiele dobrego, pewnego wieczoru sprezentował mamie sto talarów.

Sto talarów było w tamtych czasach olbrzymią sumą, a zwłaszcza w naszych dziecięcych oczach. Mój brat Karol powiedział:

— To tak, jakby te pieniądze przyszły z Ameryki! A może dziadek dostał je z Ameryki, tylko nie chce nam tego powiedzieć!

Ameryka była dla Karola uosobieniem czegoś nadzwyczajnego. Nasza najstarsza Emma wyśmiała go i zapytała:

— Dlaczego nie miałby powiedzieć? Myślisz, że bał się, iż wzbudzi w tobie ochotę, by wywędrować w tamte strony?

— Kto wie, co będzie kiedyś — mruknął Karol tajemniczo, wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą do ogrodu. Karol i ja zawsze byliśmy szczególnym przyjaciółmi. Jednomyślnie zastanawialiśmy się więc, co też nam za te sto talarów kupią. Dziadek oznajmił mianowicie z naciskiem, że tym razem suma ta nie ma zostać odłożona na czarną godzinę — bo tak zwykle robiła mama — lecz że pieniądze mają być spożytkowane na różne mniej lub bardziej palące potrzeby. Dobry stary człowiek wiedział z pewnością, że mamy ich wiele. Tak więc i my z Karolem nie zostalibyśmy pominięci. Tymczasem jednak owe „pieniądze z Ameryki”, jak je Karol nazywał, sprawiły właśnie nam dwojgu wielkie kłopoty.

Najpierw zamówiono robotników do naprawy domu. W naszym dużym pokoju i w obu sypialniach dziecięcych było sporo roboty dla murarzy i malarzy. Mama przygotowała dla nas na strychu dwie komórki, gdzie mieliśmy przez ten czas spać wraz z Karolem, Wilhelmem i Alwiną. Obaj chłopcy, choć mocni w gębie, nie byli bohaterami. Alwina i ja, jako małe dziewczynki, tym bardziej nie grzeszyłyśmy odwagą.

— Czy możemy zabrać ze sobą Czarka? — poprosiła żałośnie Alwina (Czarek był naszym psem). Mama zgodziła się na to, co cała nasza czwórka powitała z wielkim zadowoleniem. Czarek był za to mniej szczęśliwy, bo mama postanowiła, że ma leżeć na wycieraczce przed naszymi drzwiami, a to się mu absolutnie nie podobało. Chciał natychmiast uciec na dół, ale Wilhelm przytrzymał go za obrożę. Po paru jednak chwilach zaczął się skarżyć:

— Mam tu stać całą noc i trzymać Czarka, kiedy wy będziecie sobie spali?

— Coś wymyślimy! — oświadczył wspaniałomyślnie Karol i rozejrzał się.

— Hej, Karolu, tam w kącie stoi stara konew! — zawołałam.

— Bierzemy ją! — podchwycił Karol i już za chwilę przywiązaliśmy Czarka do konwi. Sami oceńcie, czy było mu z tym wygodnie. Co prawda, z początku potulnie pozwolił się ułożyć na starym worku pod drzwiami. Ale nie muszę chyba opowiadać, co się stało wkrótce potem. Była to burzliwa noc. Wiatr wył wokół starego domu. Do jego wycia po chwili dołączył się skowyt, a potem szuranie, turkotanie, łomotanie, jeszcze dziksze szczekanie, wrzaski dzieci dobiegające z góry, a na końcu krzyki i wrzaski z dołu.

Co to było? Kiedy ojciec, uzbrojony w stary pistolet, zapalił światło, źródło niesamowitych odgłosów się wyjaśniło: Czarek zatęsknił za budą i wraz z konewką sturlał się po schodach wiodących ze strychu na dół. Przez niego wszyscy w domu byli na nogach.

— Na pewno już całą noc nie zmrużę oka — narzekała nasza wątła, delikatna Minna.

— Teraz ja będę spała na górze z tymi tchórzami! — zaoferowała się nasza krzepka Augusta.

Mama uśmiechnęła się.

— Ja pójdę z wami na górę — pocieszyła nas. — To właściwie moja wina.

— Ty, mamo? — zapytała nasza szóstka czy siódemka ze zdziwieniem. — Oczywiście, jak zwykle bierzesz winę na siebie!

— To nie o to chodzi — zaprzeczyła mama. — Wstyd mi po prostu, że moje dzieci jeszcze nie przyswoiły sobie tego wierszyka:

Gdy Pan jest ze mną,
Nie lękam się wcale!
Cóż może uczynić mi człowiek?

Słowa mamy zawstydziły nas jeszcze bardziej niż surowy wzrok ojca, poparty ostrzeżeniem:

— Jeśli coś takiego jeszcze się zdarzy w najbliższych dniach, dostaniecie solidną karę.

Na szczęście nazajutrz zapomnieliśmy o nocnych strachach. Myśl o nich przyprawiała nas jedynie o śmiech. Następnej niedzieli śmiało się też słoneczko, nie tylko na dworze, ale i w naszych sercach. Dla mnie i dla Karola to niedzielne słońce miało tym razem bardziej przyziemne znaczenie, bo sto talarów wystarczyło również na zakup czegoś pięknego dla nas obojga. Karol dostał nowy garnitur i lakierowane kozaki, a ja — buty z błyszczącymi noskami. Oboje byliśmy bardzo dumni. Niestety musiałam na własnej skórze doświadczyć, że pycha chodzi przed upadkiem. Powinnam właściwie powiedzieć „przed zderzeniem”, bo idąc do kościoła tak pilnie przypatrywałam się moim błyszczącym noskom, że nagle — bum! — wpadłam na skrzynkę na listy. Płakałam żałośnie, a Augusta pocieszała mnie:

— Lepiej, że pycha poszła przed zderzeniem, niż przed upadkiem. Gdybyś upadła, twoja niedzielna sukienka by się pobrudziła albo podarła. A twojej głowie guz nie zaszkodzi.

— Tak, tak, ta pycha! — powiedziała mama, a ja postanowiłam sobie, że od teraz, nawet mimo butów z cudownymi błyszczącymi noskami, pozostanę skromna.

Stałam też skromnie z tyłu, kiedy starsze rodzeństwo po kościele podziwiało Karola. Najstarsi poszli z ojcem na główne nabożeństwo, a Karol, Augusta i ja wraz z mamą i Emmą byliśmy na porannym. Teraz one we trzy zajęły się kuchnią i domem, a nam z Karolem wolno było jeszcze pobyć na dworze.

— Karolu — powiedziała mama — najpierw zdejmij nowy garnitur! Dziś po południu, kiedy pójdziemy do dziadka, będziesz mógł znowu go włożyć.

Ale Karol błagał, żeby mógł pokazać się w garniturze u sąsiadów.

— Mamo, pozwól mu! — wstawiłam się. — Dopilnuję, żeby uważał. On jeszcze nigdy, ale to nigdy nie miał całkiem nowego ubrania, którego nikt z nas przed nim nie nosił.

Mama uśmiechnęła się znów swoim miłym uśmiechem i kiwnęła przyzwalająco głową. Wypadliśmy więc z pośpiechem na dwór, biegnąc w kierunku domu sąsiada.

Dzieci sąsiadów już na nas czekały.

— W bukowym lasku dojrzała buczyna. Wybieramy się tam. Idziecie z nami? — zawołał do nas Frycek. Spojrzałam z wahaniem na Karola. Nie po to tu przyszliśmy.

— Och, jaki piękny garnitur! — podziwiała już sąsiadka. Dotknęła materiału. Ale Karolowi przestało zależeć na podziwie.

— Pewnie, że idziemy — powiedział.

— Ale, Karol...— ostrzegłam. — Nowy garnitur!

— Przecież nie muszę wspinać się po drzewach — uspokoił mnie. Tak więc oboje poszliśmy.

Nie ma chyba potrzeby pisać, co było dalej. Karol musiałby nie być chłopcem, żeby mimo wszystko nie wdrapać się na drzewo. Trach! Już na siedzeniu spodni pojawiło się piękne rozdarcie. Dzieci sąsiadów beztrosko pobiegły dalej w las, a my z Karolem staliśmy i patrzeliśmy na siebie z przerażeniem w oczach. Co robić? Pobiec natychmiast do domu i ze skruchą się wyspowiadać — to nie wchodziło w rachubę. Już od dziecka byliśmy potomkami Ewy. Ukryć, zataić to, co się stało — oto, co zamierzaliśmy. Ale jak? Wpadłam na pomysł: Niedaleko owego lasku bukowego mieszkał nasz mleczarz. Pobiegłam tam w te pędy. Żona mleczarza była w kościele. Mąż, mimo wszelkich poszukiwań, mógł mi zaoferować jedynie igłę do cerowania i białą nić. Karol położył się w lesie na brzuchu, a ja niezręcznie zaszyłam mu rozdarcie. Pozostał zwisający kawałek nici, bo nie miałam nożyczek.

Niepostrzeżenie wkradliśmy się do domu. Pewnie, gdyby nie było nas tylu wokół stołu, wydałoby się podejrzane, że oboje tak mało jedliśmy. Tej niedzieli jednak wszyscy byli tak szczęśliwi, że nikt nie zwracał na nas uwagi. Dziś była bowiem szczególna uroczystość. Dziadek zaprosił nas na święto mirabelek. Miał on w ogrodzie dwa mirabelkowe drzewa. Co roku, kiedy owoce dojrzały, zapraszał nas na wielką werandę na kawę, a potem wolno nam było plądrować drzewka. Dziś więc dziadek nas oczekiwał. Szliśmy wszyscy wypucowani, dziewczynki w świeżych, białych fartuszkach, chłopcy czyściutcy, aż lśnili. Raptem mama powiedziała:

— Karolu, zatrzymaj się! Masz białą nitkę na spodniach!

Jakżeż się poczuliśmy! Karol stanął sztywno, jak kij, a ja zamieniłam się w posąg. Nasz postępek się wydał. Mama nie krzyczała jednak. Miała łzy w oczach, a to była dla nas największa kara. Tato zakomenderował:

— Marsz z powrotem!

Minna zaprowadziła nas do domu. Karol musiał założyć najstarsze ubranie, a ja — okropny, znienawidzony roboczy fartuszek. Był to czarny fartuch z rękawami, taki, jakie my, dziewczynki, nosiłyśmy, jeśli nasze szkolne fartuszki zabrudziły się przed upływem tygodnia.

Kiedy już się przebraliśmy, Minna zaprowadziła nas do komórki w tyle kuchni, położyła nam dwie kromki chleba obok dzbanuszka z wodą i powiedziała ironicznie:

— Smacznego! — zamykając drzwi za nami.

Przez chwilę nie mówiliśmy nic. Ja tylko chlipałam pod nosem. Nie można jednak wiecznie płakać. Rozejrzałam się.

— Na górze wisi woreczek z suszem owocowym — powiedziałam.

Karol wahał się przez chwilę. Potem przysunął stołek do ściany, wszedł nań i zdjął woreczek. Usiedliśmy na stołeczku obok siebie, a Karol otworzył woreczek.

— Masz, zjedz trochę! — zachęcał.

Byliśmy porządnie głodni. Jedliśmy przecież mało na obiad. Może zresztą płacz pobudził nasz apetyt. Jedliśmy w milczeniu. Nagle zaczęłam głośno płakać.

— Karolu — szlochałam — teraz znowu narozrabialiśmy! Zjedliśmy susz. Ukradliśmy go! Co zrobić?

Karol spojrzał na mnie z przerażeniem. Tak, miałam rację. Byliśmy jeszcze gorszymi złoczyńcami. Znowu milczeliśmy przez chwilę, po czym Karol zdecydowany podniósł głowę i poważnie powiedział:

— Nie pozostaje nam nic innego, jak wywędrować do Ameryki.

— A to dlaczego? — zapytałam przestraszona.

— Tam zarobimy dużo pieniędzy — wyjaśnił Karol. — Stary Mathis powiedział, że pieniądze leżą tam na ulicy. Wystarczy je tylko pozbierać. Kiedy nazbieramy dosyć, wyślemy do domu sto albo i więcej talarów. Zapłacimy w ten sposób za susz i porwane ubranie, i wszystko naprawimy.

Zaczęło mi się rozjaśniać w głowie.

— Czy Ameryka jest bardzo daleko? — zapytałam z drżeniem.

— Bardzo daleko — potwierdził Karol. — Kiedy się ściemni i nikt nas nie będzie widział, wyjdziemy przez okno i wyruszymy.

— A znasz drogę? — zapytałam.

— Znaaam — odpowiedział przeciągle. — Z początku pójdziemy wzdłuż torów kolejowych, potem w stronę morza, a potem musimy się zabrać na statek.

— Ale nie mamy przecież pieniędzy! — westchnęłam.

— A więc będziemy musieli żebrać u dobrych ludzi, którzy tak jak nasza mama zawsze mają się czym podzielić. Będziemy zbierać jagody, spać w lesie albo w rowie, a na statku będziemy obierać ziemniaki i wykonywać różne prace, żeby nas zabrali.

Zaczęłam żałośnie płakać. Przytuliłam się mocniej do Karola, który objął mnie po bratersku ramieniem. Ale i on był bliski płaczu.

— Uspokój się! — pocieszał mnie. — Kiedy wzbogacimy się w Ameryce, będzie nam lepiej.

— Nie chcę mieć lepiej! — zaczęłam płakać — W Ameryce nie ma mamy ani taty, ani innych, Augusty, Emmy, Alwiny...

Płacz odebrał mi mowę. W końcu i Karol zapłakał zgodnie ze mną.

— Nigdzie, nigdzie nie jest tak dobrze, jak w domu — narzekałam dalej. — Wolę tu dostać lanie, niż w Ameryce dużo talarów.

Po chwili jednak nie szlochałam już tak gwałtownie. Poczułam się zmęczona. Na dworze zmierzchało. Kiedy ściemniło się, mieliśmy uciec. Ale Karol już o tym nie wspominał. Widziałam w wieczornym blasku, jak dwie wielkie łzy stoczyły się po jego chłopięcych policzkach. Z głębokim westchnieniem położyłam głowę na jego ramię.

Myśl o nas, przestępcach, nie pozwoliła mamie wytrzymać długo u dziadka. Kiedy weszła do komórki, spaliśmy na stołku, mocno przytuleni do siebie. Przed nami leżał pusty woreczek. Matka jednak nie krzyczała. Podniosła mnie w górę.

— Och, mamo — mruknęłam sennie. — Jak dobrze, że jesteś! Wyobraź sobie, że byliśmy w Ameryce i staliśmy się bogaci. Ale ja tak tęskniłam! Nigdzie nie jest tak dobrze, jak w domu.

Mama pogładziła mnie po głowie i powiedziała:

— I tak powinno być. Kiedy ktoś całym sercem kocha swój dom rodzinny, to i później będzie odczuwał właściwą tęsknotę za niebiańskim domem Ojca.

Tak to właśnie zapisała moja mama.


Babcia i Schinderhannes

Oddaję głos mamie, aby opowiadała dalej:

Nigdy nie słyszałam, by z ust mamusi padały narzekania. A tym bardziej my, dzieci, nie narzekałyśmy. Pamiętam, jak kiedyś, kiedy była mowa o biednych i bogatych, zapytałam z dumą:

— Mamo, prawda, że jesteśmy bogaci?

Mama przytuliła mnie mocno do siebie, potem objęła małego Hermana, Alwinę, Karola — jedno po drugim, tak, jak stali — i powiedziała z podobną dumą:

— O tak, jesteśmy bogaci!

Nasz Karol zrobił przy tym zamyśloną minę, pełną wątpliwości. Kiedy potem, jak co dzień o szarej godzinie, usiedliśmy wokół mamy, by zaśpiewać naszą wieczorną pieśń, zapytał:

— Mamo, jeśli jesteśmy tacy bogaci, to czy nie mógłby na nas napaść Schinderhannes i obrabować nas, skoro mieszkamy na takim odludziu?

W tamtych czasach dużo mówiło się o owym Schinderhannesie[1]. Nie chodziło przy tym o prawdziwego Schinderhannesa, który już w Mainz odpokutował życiem za swoje przewinienia. Imię to nadano innemu hersztowi bandy, który uprawiał w naszej okolicy swoje niecne rzemiosło. Mimo to, bano się go nie mniej, niż tego prawdziwego, a nam, dzieciom, przy słowach brata spoważniały buzie. Mama jednak roześmiała się i pogładziła Karola po głowie.

— Nie martw się o to — pocieszyła go. — Nasze skarby są zabezpieczone przed Schinderhannesem. One są tego rodzaju, że mole ich nie zjedzą, a złodzieje nie wykopią i nie ukradną!

Słuchałam z bogobojną czcią, bo przypomniałam sobie, że ojciec czytał o czymś podobnym w grubej Biblii, a skoro posiadaliśmy tak szczególne skarby, to istotnie musieliśmy być nadzwyczaj bogaci. Oczywiście miałam na myśli skarby natury ziemskiej i nikt nie może mi mieć tego za złe. Miałam wtedy zaledwie siedem lat, a przecież nawet pierwsi uczniowie Jezusa przez długi czas oczekiwali ziemskiego królestwa, zamiast niebiańskiego, i kierowali się ludzkim myśleniem.

Najbogatsza czułam się wtedy, gdy w sobotnie południe mogłam towarzyszyć mamie przy robieniu zakupów. Najczęściej zabierała dwoje lub troje z nas najmłodszych. Tymczasem starsze dziewczęta pomagały w świątecznym sprzątaniu, a duzi chłopcy zamiatali podwórze, skopywali grządki i w ten sposób nasze domostwo nabierało niedzielnego oblicza. Kiedy potem wracaliśmy z mamą z miasta, zawsze mieliśmy pełne ręce, tak, że nasze bogactwo zdawało mi się jeszcze bardziej widoczne i namacalne.

Tego wieczora, który do dzisiaj mam przed oczami, mama musiała często przystawać. Co chwilę stawiała swój koszyk na ziemi, tak był ciężki, a my, maluchy, podążający za nią, dźwigaliśmy — niczym krasnoludki — każdy po bochnie chleba. Karolowi, jako najstarszemu, pozwolono nieść woreczek pełen bułek z rodzynkami. Był to znak, że mama była przy kasie, a gdy u sklepikarza dojrzałam w zniszczonej maminej portmonetce jeszcze trzy talary, nasze bogactwo wydało mi się szczególnie wyraźne. Poczułam się przez to szczęśliwa i dumna. Kiedy jednak sapiąc wdrapywaliśmy się po opuszczonej, obrośniętej żywopłotem ścieżce, a światła miasteczka nikły wśród wieczornej mgły, kiedy samotne światło naszego domu widniało jeszcze równie daleko, owładnęła mną przerażająca myśl, która wymiotła z mojego serca wszelką pogodę i dumę z posiadania.

Zawołałam za mamą żałosnym głosem:

— Mamo, a jeśli teraz zjawi się Schinderhannes?!

Mama znowu odstawiła swój ciężki koszyk, odwróciła się do mnie i, śmiejąc się, odpowiedziała słowami starej dziecięcej zabawy:

A jeśli przyjdzie, to przyjdzie.

— I co byście wtedy zrobili? — zapytał ochrypły męski głos.

Nagle wyrosła przed nami, jak spod ziemi, wysoka, ciemna postać. My, dzieci, krzyknęłyśmy, tłocząc się wokół mamy. Jeszcze teraz mam wrażenie, że czuję szorstką wełnę jej wielkiej chusty, do której się przytuliłam. Mój brat Karol, choć był chłopcem, nigdy nie należał do odważnych, schował więc nawet głowę pod chustę. Ja sama, pomimo strachu, byłam na to zbyt ciekawska. Chciałam przynajmniej zobaczyć, co się stanie.

I co ujrzałam? Obcy mężczyzna już podnosił koszyk mamy.

— Mamo! — krzyknęłam przestraszona. — On ci zabierze ten kosz!

Ale mama, wciąż się śmiejąc, skarciła mnie:

— Ty głuptasku, czy nie widzisz, że ten dobry człowiek chce pomóc mi wnieść ten ciężar na górę? A teraz powiemy mu najpierw to, co powiedzielibyśmy nawet do Schinderhannesa: Dobry wieczór, drogi przyjacielu!

Mężczyzna mruknął coś niezrozumiale i podążył za matką, która z pośpiechem ruszyła naprzód. Za chwilę zapytał głośno:

— Naprawdę nie boicie się Schinderhannesa?

Mama śmiała się:

— A czemuż mielibyśmy się bać?! — odpowiedziała. — Czy myśli pan, że Schinderhannes zrobiłby krzywdę matce jedenaściorga dzieci i pozbawił ją jedzenia dla tylu głodnych brzuszków? Dotychczas słyszałam, że rabował tylko bogatym, a biedakom nawet od czasu do czasu coś darowywał.

Obcy spoglądał na matkę z ukosa.

— Tak więc myślicie, że i wam by coś dał? — zapytał.

Mama potrząsnęła głową.

— Nie — odrzuciła — nie chciałabym, aby Schinderhannes mi cokolwiek dawał, gdyż jego pieniądze parzyłyby mi serce.

Obcy stanął w rozkroku na drodze. Tak się przestraszyłam, kiedy tam stał przed nami w ciemnym, listopadowym mroku, że jeszcze mocniej wtuliłam się w fałdy maminej spódnicy.

— Nienawidzicie tego Schinderhannesa? — badał obcy, a głos jego wydał mi się tak zły, że schowałam i głowę pod maminą chustę. Oczekiwałam, że za chwilę stanie się coś strasznego.

Nic się jednak nie stało. Głos matki brzmiał wciąż pogodnie, kiedy odrzekła:

— Jakżebym mogła do tego dopuścić, aby go nienawidzić! Mój ojciec uczył nas, że należy nienawidzić grzech, ale nie grzesznika. A mój chrzestny, uczony człowiek, napisał mi w pamiętniku: Nie istnieję po to, by wraz z innymi nienawidzić, ale by wraz z innymi miłować. Zawsze starałam się tego trzymać.

Na to roześmiał się także i obcy. Jego śmiech nie miał jednak takiego jasnego brzmienia, jak śmiech mamy.

— Nie chcecie przecież twierdzić, że kochacie Schinderhannesa? — powiedział.

— Tego nie twierdzę — oświadczyła matka — nie rozmyślałam o nim aż tyle; przy mojej dwunastce nie mam na to zbyt wiele czasu. Kiedy jednak się nad tym zastanawiam, to mogę powiedzieć jedno: Serdecznie mu współczuję. Myślę, że gdyby był jednym z moich dzieci, nie upadłby tak nisko.

Obcy śmiał się jeszcze głośniej i straszniej.

— Wasze dzieci to oczywiście same aniołki — drwił.

— A skądże! — zawołała matka. — Nie są z pewnością lepsze, niż był Schinderhannes w młodości. Czy jednak myślicie, że miał on matkę, która modliła się o niego?

Niesamowity człowiek milczał. Odważyłam się znów zerknąć spod maminej chusty. I tak musiałam się spod niej wygramolić i otworzyć oczy, bo poczułam, że mama ruszyła dalej wyboistą ścieżką, a ja musiałam iść za nią. Obcy znów podniósł mamy kosz i szedł obok niej ze spuszczoną głową. Mama, jak zawsze, kroczyła wyprostowana. My, dzieci skradałyśmy się za nią jednak tak nieśmiało i lękliwie, niczym zastraszone psiaki. O, jaka byłam szczęśliwa, ujrzawszy przed nami jasne światło naszego kuchennego okna.

Zdawało mi się, że mama także głęboko odetchnęła, kiedy odezwała się do tajemniczego towarzysza:

— Oto nasz dom. Czy wejdziecie i zjecie z nami talerz zupy? Nasze starsze dziewczęta przygotowały kolację.

Obcy roześmiał się znowu tak brzydko, że skuliłam się ze strachu.

— A wy tymczasem wyślecie kilkoro waszych maluchów do doliny, aby sprowadziły policję i dostanie się wam nagroda! — odrzekł.

Matka położyła mu na ramieniu swą rękę, odzianą w pocerowaną czarną rękawiczkę.

— Na nagrodę zasłużyliście wy, nie ja — powiedziała spokojnie — ale więcej niż talerz zupy nie mogę za waszą pomoc zaoferować.

Obcy gwałtownie postawił koszyk pod nogami matki.

— Możecie się więc chlubić, że jesteście pierwszą kobietą, której Schinderhannes niósł koszyk — oświadczył i, nim otrząsnęliśmy się ze strachu, zniknął w ciemności, a noc pochłonęła go, niczym kiedyś Judasza.

— Co ci jest? — zawołały starsze siostry przestraszone, kiedy wkroczyliśmy do kuchni. Mama natychmiast opadła ciężko na krzesło. Jej twarz, zwykle tak rześka, była straszliwie blada. Na dodatek wielkie łzy stoczyły się po jej policzkach.

— Co tobie? — ponownie zapytała nasza Emma.

— Lepiej przynieś mamie szklankę wody, zamiast męczyć ją pytaniami — poleciła Gusta.

— Mama spotkała Schinderhannesa — wykrztusiłam.

— Nie opowiadaj bajek! — skarciła mnie Gusta.

Wtedy to położyłam na stole pieniądz, który mi wcisnął do ręki obcy, nim zniknął.

— Złota moneta! — zawołała zdumiona Emma.

— Co za to kupimy? — zapytał zaraz Karol.

— Jutro rano natychmiast zaniesiecie to do domu sierot, dla dzieci, które chowają się bez matek — postanowiła mama. — Albo nie — zawahała się. — To niemożliwe. Zapytają was, skąd macie tyle pieniędzy, a nie chcę, żebyście komukolwiek opowiadali o tym spotkaniu. Jutro Anusia położy te pieniądze w kopercie jako dar na tacę w kościele.

Tak więc doszło do tego, że raz w życiu mogłam położyć prawdziwą złotą monetę na tacę ofiarną. Byłam z tego bardzo dumna i żałowałam, że nikt nie widział, co było w kopercie, i że nie mogłam nikomu tego opowiedzieć.

Tylko ojciec, kiedy wrócił do domu, dowiedział się o całym wydarzeniu.

— Mama poradziła sobie nawet z Schinderhannesem! — wykrzyknął z dumą Karol na jego widok.

— Ach tak — zdziwiony tata śmiał się z niedowierzaniem. — Zmusiła go do ucieczki starym pistoletem, czy szablą?

— Dzięki Bogu, my kobiety mamy jeszcze inną broń — odpowiedziała mama. — A największą jest miłość.


[1] postać legendarna, odpowiednik naszego polskiego Janosika (przyp. tłum.)


Ktoś mocniejszy

Jakże często czerpałam pociechę i zachętę ze wspomnień mojej mamy, które zostawiła mi w spadku! A ileż razy mogłam tę pociechę i zachętę przekazywać dalej!

Tym razem w pamięci odszukałam opowiadanie mamy o naszej Guście:

Jako rodzina obfitowaliśmy w dzieci, ale nie w dobra materialne. Za to byliśmy pogodną gromadką. Świadczyły o tym nasze przezwiska. W księgach parafialnych figurowaliśmy pod krótkimi, skromnymi imionami, jakie były popularne w tamtych czasach: Karol, Emma, Minna, Anna itd. Poza tym nadaliśmy sobie nawzajem dodatkowe przydomki. Jeszcze dziś, kiedy spotykam się ze swoją siostrą Alwiną i jesteśmy obie w dobrych humorach, ona na mój widok woła jak najniższym głosem: „Panna!”, a jej ciemne oczy rzucają spod śnieżnobiałych włosów podobnie filuterne blaski, jak ongiś spod czarnych loków. Ja na to piszczę, jak dawniej: „Picka!”. Żadna z nas nie potrafi już sobie przypomnieć, co oznaczają te przezwiska. Natomiast utkwiło mi w pamięci, dlaczego naszego Karola nazwano Maksiem. Zawdzięczał to naszemu kochanemu pastorowi. Ten starszy człowiek przechodził kiedyś koło naszego domu, położonego na zboczu góry. Mama właśnie płukała w sadzawce pranie, kiedy pastor zawołał na widok Karola: „A, to jest właśnie ów mały Mars!”.

Ten uczony człowiek miał dużą wiedzę o dawnych Rzymianach, którzy swojego boga wojny zwali Marsem. Tym też imieniem przezwał naszego Karola, który urodził się podczas wojny, w roku 1864. Na dodatek, wkrótce nastąpiły dalsze lata wojenne: 1866 i 1870.

My, dzieci, o rzymskich bogach nie miałyśmy pojęcia, a mamusia opowiadała nam tylko o Bogu chrześcijańskim i o Jego ukochanym Synu. Tak więc przerobiliśmy Marsa na Maksa, a z Maksa powstał Maksio.

Zrozumiałe jest, dlaczego wątłą Minnę nazwaliśmy Damulką. W jaki sposób Herman zyskał przydomek Dingesken, to historia sama w sobie, którą opiszę później. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć o naszej Raptusińskiej — lub Choler-Guście.

Kto raz spotkał Augustę, kto choć raz ją usłyszał, wiedział, skąd wzięło się określenie Raptusińskiej: Wszystko, czym się zajmowała, robiła raptownie — z szumem i rozmachem. Mama czasem próbowała to usprawiedliwić, dodając: „Z zapałem, z mocą, z miłością”. A Gusta spoglądała na mamę tak, jak nasz pies Czarek, gdy podnosił swoje wierne psie oczy, patrząc z podziwem na ojca. Mama gładziła ją po gładko zaczesanych włosach, które czasami wcale nie były gładkie, a robiła to w taki sposób, że po cichu byłam trochę zazdrosna.

Bez wątpienia mamusia traktowała wszystkie swoje dzieci tak samo. A jednak między nią a Gustą istniała szczególna więź. Dla osób niewtajemniczonych wydawało się to tym dziwniejsze, że z naszej dziesiątki Gusta była najbardziej szorstka, nieokrzesana, ba! — nawet najbrzydsza.

A jak bardzo była do mamy przywiązana! Przyciskała ją do siebie z podobną gwałtownością, z jaką czyniła wszystko. Krzyczeliśmy wtedy zgodnie z obawy, że połamie jej żebra, a mama sama z uśmiechem uwalniała się z jej objęć z cichym „Au!”.

Z jakim pędem Gusta wbiegała w sobotnie południa pod górę! Kiedy bez tchu wpadała do naszego domu, tornister leciał łukiem w kąt sionki, ona zaś z podobnym rozmachem wyrywała mamie szmatę z ręki.

— Daj, mamo, ja to zrobię lepiej! — wołała przy tym. I zaczynała szorować kamienną posadzkę rozpryskując krople wody naokoło.

Miało to miejsce przez cztery albo pięć sobót pod rząd. Pewnej niedzieli przy wejściu do kościoła zaczepił ojca nauczyciel rysunku. Zapytał on, jakie to dolegliwości trapią Augustę. Okazało się, że zawsze na zajęciach rysunku dziewczynka skarży się na bóle brzucha. Wtedy wyszło na jaw, iż symulowała silne kolki, aby móc być odesłana do domu. Odbyła się oczywiście surowa rozprawa celem wymierzenia sprawiedliwości. Na nic się zdały tłumaczenia, że jej kłamstwa były konieczne i że co prawda nie potrafi rysować, ale za to doskonale szoruje.

Następnej soboty jednak Gusta znowu pojawiła się zziajana na górze. Znów tornister wylądował w kącie, a ścierka została wyrwana z rąk mamy.

— Dziecko — zapytała przerażona mama — czyżbyś znowu skłamała?

— O, nie — zapewniła Gusta, promieniejąc — tylko strasznie płakałam. Nauczyciel zapytał mnie, czy płaczę z powodu bólów brzucha. Odpowiedziałam mu więc, że płaczę, bo mnie brzuch nie boli. Na to on roześmiał się i po prostu pokazał mi drzwi, więc pędem przybiegłam. Nauczyciel wie, że jestem tu bardziej potrzebna niż na lekcjach rysunku.

Kiedy mama opowiadała o tym tacie, nawet on musiał się roześmiać, mimo iż zazwyczaj surowo rządził swą czeredą. Usłyszałam tylko, jak cicho rzekł do mamy:

— Tak, tak, to twoja Choler-Gusta!

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego od czasu do czasu rodzice zamiast Raptusińska mówili Choler-Gusta. Jedno jednak wiedziałam: W tym przezwisku było coś szczególnego. Nie wolno było się zeń śmiać ani rozmawiać o nim żartobliwie.

Z pewnością nie miało to nic wspólnego z małymi żółtymi śliwkami. Zwano je „cholerkami”, gdyż nadmierne ich spożycie powodowało często niemiły skutek. W każdym razie, właśnie Guście zdarzyło się kiedyś o tym przekonać.

Ponieważ nasz dom leżał na zboczu góry, mogliśmy wygodnie wyskakiwać z okna naszej dziecięcej sypialni do ogrodu. Gusta robiła to ze szczególnym zapałem, a pewnego lata przyniosła nam wszystkim woreczki pełne żółtych owoców, którymi była obsypana nasza stara śliwa za domem. „Żeby mama nie zaharowała się na śmierć przez te całe zaprawy i żeby przypadkiem nie zbiedniała od kupowania cukru” — wyjaśniała przy tym Gusta, starając się usprawiedliwić swoje nocne wypady.

W niedzielne popołudnia tato wraz z mamą i z nami, dziećmi, miał zwyczaj dokładnie zwiedzać nasz duży ogród. Był przy tym bardzo skrupulatny i jego jedno przenikliwe spojrzenie wystarczyło, aby mały przestępca, który w minionym tygodniu zaniedbał swą grządkę, pragnął po prostu zapaść się pod ziemię.

Pewnej niedzieli tato stwierdził, że ilość żółtych śliwek dziwnie się zmniejszyła. Wszyscy milczeliśmy.

— To pewnie ptaki — stwierdził matka.

— Tak, to jakiś wielki ptak — odrzekł ojciec, wpatrując się swoimi bystrymi oczyma w koronę drzewa.

Ze strachu serce w nas zamarło. Wszyscy gapiliśmy się przerażeni w górę. Do dziś mam przed oczyma półotwarte usta Alwiny. Czy to nie Gusta narobiła dziś rano wiele hałasu, szukając przed wyjściem do kościoła swojej siateczki na włosy? Była to siateczka z aksamitną wstążką, jedna z tych, jakie dziewczęta zwykły wtedy nosić. I oto właśnie tam, wysoko, wisiała ona zaczepiona o najwyższy konar drzewa!

Nad Gustą zawisła znowu kara i znów — jak to często bywało — mama stanęła w obronie winowajczyni, mówiąc łagodząco:

— Och, Karolu, to przecież tylko „cholerki”! — A tak mocno zaakcentowała „cholerki”, że w oku taty coś mignęło. Nagle uśmiechnął się i oświadczył:

— No tak! I to twoja Choler-Gusta!

Po czym odwróciwszy się, wszedł do domu, wracając do swoich ukochanych książek.

Mama powoli podążyła za nim. Najstarsza z nas, Emma — jej wierna podpora — również skierowała się ku domowi. Zbliżała się pora kolacji. Spoglądaliśmy za nimi w zdziwieniu. Mimo że nasza pogodna mama stanowiła przeciwieństwo surowego, poważnego taty, nie miała w zwyczaju stawać mu na drodze, gdy chodziło o sprawiedliwy wymiar kary. Wyjątek stanowiła Gusta, jej Choler-Gusta!

Również narzeczony Mineczki, który towarzyszył nam podczas przechadzki po ogrodzie, spoglądał z zaskoczeniem. Twarz tego niezbyt przez nas lubianego, przemądrzałego szwagra nie miała bystrego wyrazu. Wkrótce potem usłyszeliśmy jednak, jak w jaśminowej altance wygłaszał swojej narzeczonej jeden z tych mądrych wykładów, które zawsze zaczynały się słowami „Muszę ci to powiedzieć, Mineczko”.

— Przezwisko Choler-Gusta — wyjaśniał — stanowi kolejny przykład tego, jak prosty lud przekręca słowa i określenia, których nie rozumie. Twój drogi ojciec wie, że jego córka Augusta ma choleryczny temperament. Tak bowiem określa się tego rodzaju głośne, hałaśliwe natury. Kiedy twój drogi ojciec powiedział o tym twojej drogiej matce, ona nie zrozumiała jego wypowiedzi, bo jest mniej obeznana z książkami — co oczywiście nie jest żadnym zarzutem. I tak z cholerycznej Gusty zrobiła Choler-Gustę.

— Co za bzdura — mruczała Gusta. — I nasza Damulka słucha z nabożną czcią tego przemądrzałego narzeczonego! Przy tym dokładnie wie, dlaczego rodzice od czasu do czasu nazywają mnie Choler-Gustą. Dzisiaj, gdy się zbierzemy o szarej godzinie, mama musi wam zaraz o tym opowiedzieć, maluchy. To jest historia, którą trzeba zachować i rozważać głęboko w sercu. Biblia mówi, że tak właśnie postąpiła Maria. Dlatego mama nigdy do tej pory wam o tym nie mówiła. Ale w końcu musicie się o tym dowiedzieć. Natychmiast mamę o to poproszę.

I Gusta pobiegła do domu. A my, maluchy, dalej dziwiłyśmy się. Takiej Gusty jeszcze nie znaliśmy. Tak uroczyście poważnych słów nigdy jeszcze od naszej Raptusińskiej nie słyszeliśmy.

Wieczorem mama nam opowiedziała, jak powstało przezwisko CholerGusta.

Mama była wtedy jeszcze młoda. W mojej wyobraźni, co prawda, zawsze była młoda, nawet wtedy, gdy później wokół jej pogodnych oczu pojawiło się parę małych zmarszczek — tak zwanych kurzych łapek. Tych pewnie jeszcze wtedy nie miała. Również nie było nas wtedy dziesięcioro, ale dopiero czwórka najstarszych: Emma, Minna, Lenka i Gusta.

Mieszkaliśmy już za to w domu na zboczu góry, o dachu krytym łupkiem. Już wtedy jedną z najmilszych rozrywek mamy było spoglądanie wieczorami w dół, na miasteczko, i obserwowanie, jak w rozciągniętej dolinie jedno po drugim zapalały się światła.

Jeszcze przyjemniej było wsłuchiwać się w wieczorne i niedzielne bicie dzwonów, których dźwięki rozbrzmiewały z licznych kościołów miasteczka. Było to tak, jakby wszystkie miłe dźwięki gromadziły się w ciasnej dolinie, by razem unieść się wibrując i hucząc ku niebu — jakby dolina wznosiła na rękach modły do Najwyższego.

Od czasu do czasu rozlegał się pojedynczy dźwięk dzwonu. Był to dzwon śmierci. Mama uczyła nas, żebyśmy składali wtedy na chwilę ręce, gdyż wówczas jakaś dusza powracała do Boga.

W tamtych dniach dzwon śmierci słychać było tak często, że nie dało się wciąż składać rąk. Wreszcie przestał nawet rozbrzmiewać. Być może kościelni byli przeciążeni, albo też sami znaleźli się wśród tych, którzy codziennie, co godzina umierali.

W mieście wybuchła epidemia cholery.

Już za młodu dziadek nazywał matkę aniołem pocieszenia. Przypominam sobie, że czasami nawet w nocy rozbrzmiewał u nas odgłos kołatki, gdy cierpiący i uciśnieni przychodzili po mamę, by uzyskać pociechę i wsparcie.

Tym razem nikt do niej nie przychodził. Czyżby zrozpaczeni i zgnębieni nie potrafili już znaleźć drogi na górę? A może brak im było odwagi, by prośbami narażać ją na straszliwe niebezpieczeństwo? Pomoc była wtedy tak potrzebna! Potrzebniejsza niż w dzisiejszych czasach, kiedy to do walki z zarazą obok lekarzy stają również pełne poświęcenia, wykształcone pielęgniarki.

Setki ginęły, umierały bez pomocy — bez opieki.

Kiedy pewnego dnia syn piekarza nie przyszedł z chlebem, jak to czynił zazwyczaj, a nam już zabrakło pieczywa, tata wybrał się do miasta. Cała rodzina piekarza leżała pokotem w łóżku, złożona chorobą. Lekarz był z wizytą i zostawił na stole receptę. Nie było jednak nikogo, kto by poszedł do apteki. Tata zabrał więc receptę i wyruszył. Z powodu braku personelu, w aptece pełnił dyżur jakiś staruszek. Ojciec przyniósł lek i podał go chorej rodzinie. Kiedy jednak następnego ranka znów do nich zajrzał, łóżka były puste, podobnie jak cały dom.

— Puste? — zapytała przerażona matka, kiedy ojciec jej to oznajmił. — Puste? Nie rozumiem. Tak nagle... Dokąd poszli?

— Zabrała ich karetka cmentarna — wyjaśnił tata — to jedyny środek, na jaki miasto było jeszcze stać. Od paru dni karetki pędzą ulicami, a kto je słyszy, tego przeszywa dreszcz. Nawet takie nędzne istotki jak opuszczone dzieci, błąkające się tu i ówdzie lub siedzące na stopniu jakichś schodów, czekające na śmierć, która zabrała im już rodziców, zdobywają się na wysiłek i z przerażeniem uciekają lub drżąc szukają kryjówki.

— Karetki cmentarne? Co to takiego? — wyjąkała mama.

— One zabierają chorych — mówił tata. — To znaczy, jedne biorą umarłych, drugie tych jeszcze żywych. Ale to wychodzi na jedno. Dlatego ci, którzy jeszcze mogą krzyczeć, rozpaczliwie krzyczą, kiedy się ich bezwzględnie zabiera. Wiedzą, że dla nich również to oznacza śmierć, bo któż tam zatroszczy się o nich w tych barakach dla chorych! Chodzi jednak o to, aby uchronić zdrowych od zarażenia się.

Mama, wstrząśnięta, spojrzała na drzwi i zrobiła krok w ich kierunku.

— Muszę tam pójść, przecież ja muszę tam pójść! — wymamrotała.

Ojciec uchwycił jej ramię, jakby potrząśnięciem chciał wybudzić ją ze snu.

— Nie! — zakazał surowo. — Nie możesz tam iść! Zostaniesz tu!

Wyrwała się i spojrzała na niego.

— I ty chcesz być chrześcijaninem, Karolu? — rzuciła. — A tamto miasto w dole uważa się za superchrześcijańskie! Gdzie są więc ci chrześcijanie, którzy mają nieść pomoc?

— Większość z nich powaliła choroba, albo umarli — zaoponował ojciec.

— Ale ja nie jestem chora — zawołała matka — i muszę pomóc! To mój obowiązek! Muszę iść na dół! Czy nie jest napisane: Kto chce swoje życie zachować, utraci je?

— Nie wolno ci myśleć tylko o własnym życiu — odpowiedział ojciec. — Masz rodzinę, czworo dzieci, które mogłabyś zarazić. Dziękuj lepiej Bogu, że cholera jeszcze do nas nie dotarła. I nie przynoś jej tutaj!

Matka załamała ręce i spojrzała przez okno na leżącą przed nią dolinę. Potem spojrzała znów błagalnie na męża; ale jego surowe oczy pozostały nieugięte, a znała go na tyle, aby wiedzieć, że jego nie oznaczało nie.

Parę dni później, mama usłyszała od naszej sąsiadki, która dowiedziała się o tym od kogoś innego, że jej najlepsza przyjaciółka Augusta, matka chrzestna Gusty, mieszkająca w dolinie, również zachorowała.

— Ale ktoś do niej przecież musi pójść! Muszę tam iść! — Wciąż mamrotała mama, po czym załamywała ręce zrozpaczona i bezradna. Wstrząśnięta, wychodziła stale przed dom, spoglądając w dół na nieszczęsne miasto. Nie mogła przecież po prostu zostać tu, na górze, kiedy jej najlepsza przyjaciółka, która dopiero parę tygodni temu owdowiała, tam w dolinie umierała bez pomocy. Nie mogła, nie wolno jej było opuścić tej kobiety i pozwolić jej zginąć. Ale mąż zabronił zejścia na dół, a w tych czasach słowa Biblii: On (mąż) będzie nad tobą panował znaczyły więcej niż dziś.

Przy obiedzie obserwowała go ukradkiem nieśmiało. Zmusiła się, aby przełknąć kilka kęsów. Czy też wiedział o tym, że jej przyjaciółka leżała na łożu śmierci? Może sam zacznie o tym mówić? Czy miała rozpocząć rozmowę i prosić go jeszcze raz o pozwolenie, by pójść do zapowietrzonego miasta? Gdyby jednak przekroczyła ponowny zakaz, pogorszyłaby jeszcze sprawę, dopiero pobudzając go do gniewu.

Kiedy tak się zastanawiała, stwierdziła z przerażeniem, że decyzja o nieposłuszeństwie już w niej zapadła. Sprzątnęła więc bez słowa ze stołu i zajęła się swoimi pracami domowymi, nie mówiąc z mężem o niczym, co poruszało jej serce. Przez całe popołudnie dręczył ją straszliwy niepokój. Szukała pociechy w wersetach Biblii i powiedzeniach znanych jej od dzieciństwa: Nie ma większej miłości nad tę, jak gdy ktoś życie kładzie za przyjaciół swoich. — Trzeba więcej słuchać Boga niż ludzi. W międzyczasie tłoczyły się inne myśli, których nie mogła stłumić: Posłuszeństwo jest lepsze, niż ofiara. — Czyż matka może zapomnieć o swym dzieciątku?

Przypomniała sobie też historię o tym, jak Jezus poszedł do swojego przyjaciela Łazarza, mimo ostrzeżeń uczniów, którzy w końcu powiedzieli tylko: Chodźmy, abyśmy z nim pomarli!

Czyż nie uczono jej w domu rodzinnym, by wobec trudnych decyzji zadawać sobie pytanie: „Co by na to rzekł Jezus?” — On z pewnością zszedłby na dół.

Ale potem znowu myślała o tym, co jej powiedział mąż, przestrzegając przed taką decyzją: Nie chodziło tylko o jej własne życie, które by chętnie poświęciła, lecz także o życie ich dzieci.

W końcu — kiedy położyła maluchy do łóżka, a mąż zniknął w swej izdebce, zatapiając się w książkach — nie wytrzymała.

Często krzywo patrzyła na te trudne dla niej lub wręcz niezrozumiałe księgi, od których jej mąż nie mógł się oderwać i którym poświęcał niejedną wolną godzinę. Nieraz wolałaby spędzić z nim ten czas, albo też życzyłaby sobie, aby poświęcił go dzieciom. Tego jednak wieczoru była wdzięczna książkom, w których się zagrzebał. Pierwszy raz. Miała teraz swobodę i nikt jej nie obserwował, a mąż nie będzie się nią interesował zapewne przez kilka godzin.

Porwała płaszcz z wieszaka, pośpiesznie zawiązała chustę na głowie i ruszyła — nie, pobiegła, ku drzwiom, a potem po zboczu góry w dół — naprzeciw miastu, naprzeciw cholerze.

Ruchliwe zwykle ulice teraz były puste. Kroki matki rozlegały się na nich głośno, jakby tylko ona pozostała przy życiu w tym mieście śmierci. Ze strachem i lękiem śpieszyła naprzód. Zdawało jej się, że tu i ówdzie spoza zaryglowanych drzwi słyszy pojękiwanie i wzdychania. Czyżby czuła na piersiach ucisk jakiegoś dławiącego powietrza — zaduchu śmierci?

Odetchnęła, kiedy dotarła do domu przyjaciółki. Panowała tu śmiertelna cisza. Poprzez znajome izby pośpieszyła do sypialni. Serce biło jej tak mocno, że bicie to zdało jej się obcym brzmieniem. Jednak nie — nic się nie ruszało. Obejrzała się oszołomiona. Pomieszczenie było puste, łóżko rozgrzebane. Przybyła za późno. Ze szlochem wsparła się o futrynę drzwi.

— Nie dane mi było nawet zamknąć jej oczu! — jęknęła.

A może żyła jeszcze? Może leżała gdzieś w którymś z baraków dla chorych? Może trzeba udać się na poszukiwanie? Dziś jednak było już za późno. Nie mogła błąkać się nocą, na chybił trafił, po opustoszałych ulicach miasta. A jutro — jutro będzie za późno!

Naraz poczuła się taka wyczerpana, taka zmęczona! Cały jej niepokój i potajemne przekroczenie surowego zakazu spełzły na niczym. Na próżno przezwyciężyła strach, na próżno naraziła się na niebezpieczeństwo. Czy teraz będzie musiała wyspowiadać się przed mężem? A może po prostu spróbuje wrócić niepostrzeżenie, zakraść się do domu jak złodziej, jak przestępca? Wszystko to wydało się jej nagle tak trudne, tak przytłaczające. O, gdybyż go posłuchała! Gdyby pozostała w domu! Ale czy kiedykolwiek znalazłaby wtedy pokój? Czy nie robiłaby sobie do końca życia wyrzutów, że zostawiła przyjaciółkę w potrzebie?

Ale cóż to? Podniosła głowę — nadsłuchiwała. Tym razem to nie złudzenie, tym razem to nie bicie jej własnego serca. Wytężała słuch. Mocne, pewne, świadome celu kroki zbliżały się coraz bardziej i bardziej. Silnym pchnięciem ktoś otworzył sąsiednie drzwi kuchenne.

— Mamo, gdzie ciocia Gusta? — zawołał za nią dziecinny głos.

Przestraszona, odwróciła się. Za nią stała rześka, różowa, krzepka i silna mała Gusta.

Mama wydała okrzyk grozy i objęła dziecko, jakby chciała je ochronić ramionami.

— Gusteczko, jak mogłaś! — jęknęła.

— Przecież zawsze mnie zabierałaś do cioci Gusty! — odpowiedziała z wyrzutem. — Widziałam z okna, jak zbiegałaś w dół. Szybciutko się więc ubrałam i pobiegłam za tobą. Zaraz sobie pomyślałam, że poszłaś do cioci.

— A jeśli zarazisz się cholerą! — biadała mama.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.