Słońce - Zygmunt Niedźwiecki - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 215 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słońce - Zygmunt Niedźwiecki

W kolejnym tomiku nowel autor w niezwykle interesujący sposób kreśli znane już z lektury innych książek zwykłe sytuacje życiowe. Jednak sposób, w jaki to czyni, zasługuje na uznanie. Plastyczne i barwne opisy sprawiają, że nawet opis przyrody czy gwaru ulicy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić i poczuć się, jakbyśmy byli świadkami tych wydarzeń. Trzeba wyróżnić dowcip sytuacyjny i niestereotypowe zakończenia krótkich historii. Nie brakuje również nieprzeciętnych postaci i żywego opisu realiów. Jednak obok sytuacji wywołujących śmiech czytelnika autor kreśli losy bohaterów tragicznych, którzy walczą z biedą, osamotnieniem, nierozumieniem, chorobą, poczuciem beznadziejności. Wielowymiarowość tej rzeczywistości, różnorodność postaci i ważne pytania egzystencjalne to ogromne walory książki Zygmunta Niedźwieckiego. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Słońce - Zygmunt Niedźwiecki

Fragment ebooka Słońce - Zygmunt Niedźwiecki





Spis treści

  1. SŁOŃCE
  2. ZWIERZENIA
  3. POSAG
  4. ŻYCIE
  5. PIES
  6. NIESZCZĘŚCIE
  7. MARA
  8. KŁOPOT
  9. WYBÓR
  10. MATKA
  11. KLUCZE
  12. OPIEKUNOWIE
  13. KRZYK
  14. PULARES
  15. OJCIEC
  16. PIERWSZY MAJA
  17. NOWA ERA
  18. KOLOFON

SŁOŃCE

Było to na samym wstępie wiosny.

Dziwna błogość zbudziła mnie owego jasnego i ciepłego rana, po całym szeregu ranków zimnych, ponurych i dżdżystych, które zatrzymują w łóżku, gwałtem zdając się nam przymykać powieki, aby oku zasłonić budzącą się smutno i niechętnie chorą postać świata w zimie.

Kiedy spojrzałem na mój pokój, który mroki zimowe prawie opłakanym czyniły, nie poznałem go zrazu, tak był dzisiaj odmieniony, uśmiechnięty i świetlisty, niby umyty z brudu i smutku czarodziejskim spojrzeniem wiosennego poranku.

Tryskało ono z okna, z tego posępnego drzemiącego od tylu miesięcy oka mej siedziby, rozjaśnionego w tej chwili całym blaskiem młodości, który palił się niby w źrenicy w jarzącym na tle błękitu, pomiędzy osmalonymi łbami kominów przeciwległej oficyny, kręgu słońca, podobnym do olbrzymiej kropli kipiącego złota.

Zerwałem się szybko z pościeli, umyłem i ubrałem ochoczo, i pobiegłem czym prędzej do okna, dokąd zdawały się wabić, przyzywać odgłosy rozbudzonego podwórza: śmiechy kucharek, pisk pompy, szczęk otwieranych drzwi i okien – nagląc, abym i moje otwarł, szeroko, na rozcież, w gościnny, nową porę roku zwiastujący, sposób.

Z jakaż rozkoszą wystawiłem się na gwałtowny podmuch świeżego powietrza, które wraz z ciepłem i jasnością rzuciło się do pokoju, niby gość dawno niewidziany, niby stary dobry przyjaciel, pewien, że go oczekują z upragnieniem, który porywa oburącz za szyję, całuje w oba policzki i powtarza bez końca serdeczne, radosne: „Jak się masz!”...

Upojony nawet tą odrobiną uroków wiosny, jaka ponad zbutwiałe dachy zlewała się w czeluść oficyn, zwróciłem się teraz ku wnętrzu mego mieszkania.

Sprzęty, ściany zdawały się jakby zdziwione w napierającym na nie zewsząd przypływie świeżości i chłodu, w tej wesołej pozłocie promienistego dnia, co je zdobiła – tylko pokoik taki był ciasny, tak mały i duszny w porównaniu z nieskończonym bezmiarem światła i woni tam na dworze, pod gołym niebem, którego odrodzenie udzielało się światu całemu.

Co żywo więc wybiegłem z domu, by użyć do syta wiosny, by się nią napaść, orzeźwić, odrodzić.

Na ulicach – istny raj! Co za ruch! Co za upojenie! Jakie rozradowane twarze! Jakie świetne toalety! We wszystkich zaś oczach, w każdej szybie, w dachach pojazdów, w guzikach odzieży, w kałużach nawet iskrzyły się złote odblaski spadające na świat z olbrzymiej błękitnej przepaści niebios, w owej promiennej, ognistej, kuli biorąc początek – jak w źródle.

Wszystko w tym najeździe promieni igrało: ludzie i zwierzęta. Wszystko zdawało się trzepotać jak wróble i jaskółki, jak one zrywać do lotu, zazdroszcząc ptakom, że mogą wzlecieć ku słońcu, unurzać się, umyć, skąpać do woli w wylewie jego światła, być bliżej niego, bardziej w nim. Nawet domy śmiały się barwą tynku, jaśniejszą w świetle, i zdawały się z lubością prostować swe mury zdrętwiałe, skurczone w zimowych mrozach.

Z wolna – pełne podziwu bezwiedne zapytanie bez słów wypełniło duszę mą, drżącą z rozkosznego pragnienia i nadziei szczęścia, kiedy podniosłem oczy tam, gdzie je wszyscy wznosili – ku słońcu.

Czym jest ta jarząca bryła zawieszona na wysokościach, która w wyniosłym milczeniu bóstwa, dumnie i przyjaźnie zarazem spogląda co dnia swym promienistym obliczem z niedoścignionej dali nieba? Ten olbrzym szczerozłoty, od którego bije potopem żar i jasność, przed którym można się ręką zasłonić, a niepodobna ukryć się ni uciec, który rozprasza samobójcze zamysły desperata, darzy natchnieniem artystów, przywraca żyzność ziemi, do którego blasku tęskni dogorywający suchotnik, ku któremu zwracają swe kielichy kwiaty, który daje rumieniec kobiecie i hasło miłości wszystkiemu, co żyje?... Czym jest ten odwieczny dobroczyńca światów, od którego mamy wszystko: każdą barwę z barw miliona, każdą drobinę ciepła, każde ziarenko życia w sobie i dokoła siebie, którego przyjście budzi i rozwesela, a oddalenie się usypia, zasmuca? Czym on jest?!...

Upojony radością, jaka przenikała wszystkich, upojony ruchem, blaskiem wiosny i tym rozkosznym przeświadczeniem, że odpowiedzią na me pytania jest szczęście zalewające świat cały, zwracałem raz po raz ku słońcu takie spojrzenie, jakie prawowierny zwraca na obraz bóstwa, które czci i od którego wierzy, iż ma wszystko.

Gdym dotarł do parku, w tej oliwili bezlistnego jeszcze labiryntu drzew o gałązkach połyskujących, jakby je werniksem pociągnięto, gdym usiadł na jednej z ławek najbardziej wystawionej na słońce i uczuł się niby w samym centrum spadającego na świat uśmiechu niebios, tak mi było wówczas dobrze i tyle we mnie było wiary w piękność i dobro życia, które zawisło od hojności owego nadpowietrznego bogacza, zdającego się mieć same łaski do rozdania z nieprzebranych skarbów swoich!...

Naraz moje refleksje, będące raczej nastrojem wynikłym z oddania się rozkosznym wrażeniom zmysłów – przerwała niespodzianka. Pospolity zresztą psikus pogody wiosennej: zbierało się na deszcz. Żywy ruch powstał w ogrodzie, gdzie wiele osób używało przechadzki. Wszystko biegło do ciasnego pawiloniku, aby się schronić przed słotą, obiecującą deszcz nawalny. Pospieszywszy za innymi, skorom się znalazł pod dachem, puściłem znów wodze oczom i tu, w ogród, i tam, w widne za sztachetami ulice...

Co za zmiana!...

Ubyło światła, zbladły barwy, krajobraz zamglił się i zszarzał. Zniknęły na niebie lazury, słońca i wszystkich wyczarowanych przez nie cudów ni śladu – przepadły gdzieś w szarej mgle. Tylko mały i drobny deszczyk, gęstniejąc, coraz głośniej szepcze: „Otóż mnie macie! Oto jestem! Czy długo dałem na siebie czekać?” A od spadających z nieba sznurami kropli bije ku nam, z wodą w pył rozbitą, chłód i wilgoć.

Wszystko się kryje i kuli. Ludzie i zwierzęta wylękli szukają schronienia przed ulewą, która z chmurnej przepaści nieba pluje ziemi w oczy kipiącym gniewem, wściekłością, niemal wzgardą. Wszystko zdaje się zapadać w smutek i martwotę, jakby uśmiechy, na jaw chwilowo dobyte z żywej i martwej natury, ukryły się na powrót w głąb przedmiotów, spłoszone jak gdyby świat zapadał w zdrętwienie płazu, pozbawionego ciepła...

Wszystko staje się znów brzydkim i nędznym, jakim było, jakim jest. Nadane rzeczom małym i lichym krótkotrwałe pozory piękna zniknęły – odkrywając tym wyraziściej rzeczywistą ich, tak marną postać...

Jestże to piękno tak znikomym, nietrwałym, aby mogło w jednym mgnieniu oka pierzchnąć? Czy ta jego znikomość nie dowodzi raczej, że jest ono złudzeniem tylko?

Po co jednak się pojawiało – lub na co teraz ta brzydka i smutna chwila w naturze? Czy na to, aby tym większe wrażenie wywierał ukazujący się na chwilę promyk słońca?

Dlaczego zło zatruwa nam przyjemności życia? Czyż naprawdę nie umielibyśmy ocenić szczęścia, gdyby nam go zgryzoty i przykrości nie przeplatały? Jesteśmy więc tak podłym gatunkiem zwierząt, że postów i plag potrzeba, abyśmy chwile spokoju i sytości należycie cenić umieli?

Dlaczego raz musimy ziębnąć, drugi raz usychamy w skwarze? Dlaczego kurczymy się posępni z braku światła, to znów lubujemy się jak szaleni jego nadmiarem? Czemu zdrowie nasze, dobrobyt, szczęście, geniusz nawet! – jak chcą niektórzy – zawisł od kilku promieni odległej gwiazdy, która daje nam je lub ich skąpi niby żywa, ludziom podobna, ich kaprysami kierująca się istota?... Dlaczego nie jest nam zawsze dobrze – a jeśli inaczej być nie może niżeli jest, czemu dręczymy się tym, że tak jest?... Czemu słońce... Och! Słońce! Dobroczyńca!...

I czymże ono jest w istocie dla nas, czym samo w sobie to boskie, to uwielbiane słońce, które jakiś naród uczynił sobie bogiem?...

Słońce!... Widzę teraz dobrze, widzę najdokładniej wszystkie jego cuda i łaski, rozumiem je i oceniam.

Słońce to, które raz grzeje, uzdrawia, wzbogaca, to znowu pali, zgładza, zabija, które daje noc i dzień, zdrowie i choroby, mróz i suszę, pogodę i huragany – które z niedoścignionej dali jednym rzutem swych promieni zsyła błogosławieństwa lub klęski, wszystko złe i wszystko dobre, w jakim streszcza się egzystencja jednostek i pokoleń, to słońce... to kłamca! Największy z kłamców i krzywdzicieli naszych po wszystkie wieki!

Kłamie ono, bo wytwarza rzeczy złe, brzydkie i znikome, a daje im doskonałą postać, bo jest źródłem wszelkich złudzeń i wszelkiej zmienności odmętem, w którym niedocieczoną pozostaje prawda.

Czym bowiem jest świat? Czym jest życie nasze, czym każda rzecz pod słońcem, jeżeli dość jest kilku mniej albo kilku więcej jego promieni – tylko tyle! – aby je pokochać lub nimi wzgardzić?...

Jaką jest istota rzeczy ciągle odmieniających swą postać? Gdzie prawda?... I czyli jest w ogóle prawda? Czy wszystko ustawicznie nie kłamie? Czyż nie padamy ofiarą ciągłych kłamstw naszych słabych zmysłów i naszego ułomnego umysłu? Czy nie przeczymy jedni drugim we wszystkim? Czy nie ma sprzeczności i wahań nigdy nierozstrzygniętych w nas samych? Gdzie pewnik, którego by ktoś nie wydrwił, gdzie świętość, której by nie zdeptano, gdzie dobro, które nie byłoby zarazem złem? Co warte jest życie, gdy raz zabijamy drugich, by je zachować, drugi raz zwracamy dłoń przeciwko sobie, byle się go pozbyć? Czyż nie jest, czy nie musi być fałszem wszystko, na co się składają miliardy drobnych fałszów i pozorów, jakie napotykamy na każdym kroku? Czy nie jest fałszem dobro, piękno, zdrowie, cnota, siła, cywilizacja, które ciągle nas zawodzą i zdradzają, jak zawodzą i zdradzają usta i oczy kobiety, jak kłamie nauka obalająca dziś, co podawała za pewnik wczoraj, jak okłamujemy my sami – siebie i drugich – bezwiednie i rozmyślnie.

Nie jestże kłamstwem prawda? A nawet samo jej przypuszczenie?

A jeżeli w życiu nie ma prawdy lub dotąd w pogoni wieków za nią nie osiągnęliśmy jej – co ją zasłania lub wyklucza? Czyliż nie słońce jest winnym wszystkich kłamstw i złudzeń życia, słońce, które to życie wytwarza?...

O! Czemuż świeci?!...

Naraz deszcz ustał. Ostatnio krople spadły na ziemię z gałązek drzew i dachów, tu i owdzie zawisło ich kilka i świecą jak brylantowe perły, świecą coraz żywiej, a jaśniejące w nich iskierki rozszczepiają się na kilka barwnych promyków, aż zajaśniały siedmiu kolorami tęczy...

Słońce znów weszło!

Cicho, znienacka, bez szelestu, zalało ciepłem i światłością stumilowe przestrzenie od jednego błysku, rozsypało barwy, blaski, ożywiło świat cały.

Ptaki wywabione z kryjówek poczynają świergotać, otwierają się drzwi, okna, i ludzie, wybiegłszy z domów, witają uśmiechem podziwu słońce, które w triumfalnym powrocie barwistą wstęgą tęczy spętało niebo...

I znowu ruch, wrzawa! Rzekłbyś: szczęście wstąpiło w świat – z pełnej piersi dyszą wszyscy ułudną rozkoszą życia... Zapomnieli, że przed chwilą było im zimno, ponuro – lecą oślep na przynętę zwodniczych blasków, niepoprawni, nienauczeni niczego...

Ja sam... czuję to... jak inni... daję się jego wpływowi owładać... Czuję, że mi znów lepiej, weselej... że znów, jak wszyscy, rzucę się w jego topiel z rozkoszą... jak zdradzony kochanek rzuca się w objęcia zalotnicy mającej nad nim władzę...

I na myśl o tym, jak jedni są ślepi, a inni słabi, jak wszędzie i zawsze jesteśmy bezsilnymi ofiarami wyższych sił, na domiar męki świadomymi naszej niedoli, na tę myśl dusza tak mi się zasępiła, serce tak się ścisnęło, że pośród śmiechów, poprzez radosny tłum, w ulewie jasnych promieni słońca pokrzyżowanych milionem refleksów barwnych, uciekłem z pochyloną głową, zgnębiony i struty, aby nie patrzeć, nie dać się mamić kłamliwemu widowisku. A wpadłszy do mieszkania, zasłoniłem okno, z ukrytą w dłonie twarzą rzuciłem się na łóżko i płakałem, płakałem z takim bólem, jak gdybym poznawszy nicość wszystkiego i straciwszy ostatni promyk wiary w to, co kochałem, a bez czego żyć niepodobna, opłakiwał odwieczną nędzę ludzką, która – kiedyż się skończy!...


ZWIERZENIA

Po saloniku, urządzonym starannie i nie bez pewnych pretensji krawczyni potrzebującej ujmować sobie klientelę dowodami smaku i zamożności, nie bez kokieterii kobiety trzydziestodwuletniej, wyglądającej na znacznie młodszą, oraz wdowy stęsknionej za mężem – przechadzała się pani Walentyna w toalecie do wyjścia. Odkąd Placyd oświadczył się o jej rękę i został przyjęty, dwa razy świeższa, ruchliwsza i bardziej ożywiona niż kiedykolwiek, promieniała zadowoleniem. Barwiło ono jej twarz rumieńcem, a z oczu tryskało iskrami odrodzonej triumfującej zalotności. Niknęła też przy nich lekka chmurka na jej czole, podobna do oznak owego nieokreślonego niepokoju, jaki zwykł towarzyszyć stanowczym i ważnym chwilom w życiu.

Wtem twarz wyczekującej zajaśniała wyrazem nagłego radosnego ożywienia. Skinąwszy głową w stronę okna, przy którym stała od chwili, opuściła je szybko, spojrzała w przechodzie w lustro i odetchnąwszy głęboko, z wargami w pół już rozwartymi do odezwania się, zatrzymała się na środku pokoju twarzą ku drzwiom.

W parę chwil ukazał się na progu Placyd poprzedzony skrzypiącym echem kroków. Przedstawiał się bardzo korzystnie w swym nowiutkim garniturze, wyświeżony, wygolony, z kokieteryjnie ułożonymi wąsami i muszką w cieniu dolnej wargi, na uśmiechniętej, pełnej twarzy doskonale zachowanego letniego kawalera, który czuje jeszcze potrzebę małżeństwa.

W chwili, kiedy przystając u drzwi, składał szarmancki ukłon, pani Walentyna serdecznym ruchem wyciągnęła ku niemu rękę i ozwała się wesoło:

– Ależ doczekać się pana nie można! Sądziłam już, że się rozmyśliłeś i nic nie będzie z zapowiedzi...

– Co znowu! – zaprotestował. – To mnie raczej lękać się należy, aby mi słowa nie zwrócono.

– Komu też to udawać takie obawy? – z uśmiechem przerwała kobieta, czując już na swej ręce ciepłe dotknięcie mięsistych jego warg, którymi przedłużał to powitanie znajomych, dobrych znajomych od lat kilku, którzy sobie ufają, lubią się i są pewni, że będzie im razem dobrze.

Przystępowali oni do tego spóźnionego trochę związku dobrowolnie, chętnie, a na pół żartobliwie, jak ludzie znający życie i przebaczający mu jego złe strony, po dobre zaś sięgający z uśmiechem. Nie pierwszej młodości, co prawda, nie byli jednak jeszcze starzy. Placyd, urzędnik miejski, miał ładną pensję, ona zaś pokaźny dochód z krawieczyzny, uprawianej z powodzeniem na czele kilkunastu dziewcząt, których języki, oczy, serca i uzbrojone igłą palce, w zarówno szybkim były ruchu. Prócz tego Placyd ujmował sobie młodą wdówkę trzeźwym poglądem na świat oraz pobłażliwością, właściwą ludziom dobrego zdrowia, serca i humoru – ona zaś dziwnie przystawała do wszystkich jego zamiłowań swoim cokolwiek nerwowym temperamentem gadatliwej śmieszki, której z oczu patrzała szczera obietnica wielu ciepłych uczuć.

Oderwawszy na koniec usta od ręki kobiety, odparł Placyd z niejaką powagą na jej żartobliwe pytanie:

– Obawy te woale nie są udane, i właśnie miałem panią prosić w tym względzie o chwilkę posłuchania, zanim udamy się na probostwo.

Wpatrzyła się w niego zdziwiona.

– Koniecznie przedtem?

– Koniecznie.

Ręce ich rozeszły się – kobieta zaś pokręciła głową, żartobliwie udaną podejrzliwością pokrywając niepokój.

– To mi coś pachnie grzechami kawalerskimi – rzekła i pogroziwszy mu palcem, który się oparł na kształtnym nosku, usiadła wśród tego gestu, Placyd naprzeciw niej.

Zdejmując rękawiczki, błysnął w uśmiechu zdrowymi zębami i z tym wesołym pozorem zmieszania człowieka dojrzałego, niezbyt skłonnego do zakłopotanych minek, bąknął spod wąsa:

– W samej rzeczy – idzie tu o coś podobnego.

Uspokoiła się.

– Słucham. Ciekawam bardzo.

– Ale obiecuje mi pani wyrozumiałość?

– A czy będzie o nią tak trudno?

– Może nie... ale...

– No więc? – nalegała rozciekawiona, poprawiając się na foteliku niecierpliwie.

Pogładził wąsa, spojrzał na nią z pod brwi bystro i obejrzawszy się na drzwi od pracowni, skąd dolatywał klekot maszyn do szycia i śmiechy szwaczek – jednym tchem oświadczył z cicha, poważnie:

– Mam syna.

I śledził na jej twarzy wywarte wrażenie.

Rozśmiała się głośno, z leciuchnym, ale miłym rumieńcem, pochylając się w tył i głowę zadzierając do góry:

– Ach! Dlaczegóż ukrywałeś pan to dotąd?... Nic w tym przecież nie ma znowu tak... złego!...

Uchwycił ją za obie ręce.

– Więc pani mi przebacza?

– Syna?... Zupełnie; tajemnicę... mniej – mówiła rozweselona, patrząc nań całkiem inaczej niżeli przed chwilą. Poważniej zaś dodała:

– I uznaję to, że pan o nim w takich warunkach nie zapomniałeś. To uczciwie.

– Bo ja – pochłaniając jej słowa kontynuował Placyd, który nie uważał sprawy za załatwioną – pragnąłbym dać mu moje nazwisko, a skoro pani je nosić zechcesz, dać mu w tobie matkę...

– Mój Boże! To przecież całkiem naturalne... Czyż mogłabym wzbraniać się choćby chwilę przed taką powinnością?... – mówiła z takim szczerym zdziwieniem, tak stanowczo, poważnie i z takim zapałem jednocześnie, jak gdyby nie widziała się bynajmniej zaskoczoną tym niespodzianym wyznaniem, jakby miała wobec tego rodzaju rzeczy przetrawione a najbardziej postępowe poglądy.

Ucieszyło go to, ale jednocześnie i zmieszało, sądził bowiem, że będzie ją musiał dopiero przekonywać i przygotował sobie nawet pewien zasób argumentów, do których wypowiedzenia język go teraz świerzbiał. Zamiast tego uradowany bełkotał:

– To ładnie, bardzo ładnie z pani strony – i wstrząsał jej rękę, ona zaś mówiła:

– Któż by postąpił na mym miejscu inaczej? Obowiązki rodzicielskie mają przecież pierwszeństwo przed innymi, bez względu na... okoliczności. Cóż zresztą biedne dziecię winno w podobnych wypadkach?

– Tak... tak... – wtórował Placyd, potakując głową, coraz goręcej – cóż winno?! Rozumie się. Z ust mi to pani wyjęłaś. Jest to jedyne uczciwe w tej kwestii zapatrywanie. Przepraszam panią, jeżeli wątpiłem choćby przez chwilę, czy je podzielisz, znając cię tak dobrze...

O! Pani masz serce!...

I wypowiedziawszy to ze wzruszeniem, w jakim nie widziała go nigdy jeszcze, wywołanym przez to wyznanie tak poważnej natury, ucieszony jego przyjęciem, serdecznie ucałował jej rękę.

Teraz ona zaczęła się dopytywać o to dziecię i o najdrobniejsze, dotyczące go szczegóły, ciepło, z prawdziwym zajęciem, jak kobieta z sercem, jak przyszła matka, dobra matka.

Placyd zaś, rozrzewniony, opowiadał jej szeroko, z ojcowskim uczuciem, o swym chłopcu, który liczył ósmy rok życia, zaczynał już orientować się w świecie, gromadzić pierwsze, tak wyraziste wrażenia dzieciństwa, i któremu należały się koniecznie wrażenia rodzicielskiego domu, bezpośrednia piecza ojca, matki, ze względu na jego przyszłość. Tymczasem skazany był na poniewierkę wśród obcych.

Pokazał jej drżącymi rękoma fotografię malca, którą pochwyciła rozciekawiona, on zaś śledził niespokojnie wyraz jej twarzy.

Chłopczyk podobał się jej bardzo. Zapytała, jak mu na imię, jakie ma włosy, oczy, oraz czy może fotografię zatrzymać. Chciała go czym prędzej zobaczyć u siebie, przygarnąć.

A Placyd, obiecując z zapałem przyprowadzić go zaraz jutro, przepełniony wdzięcznością za tyle okazanego zajęcia i sympatii, nie mógł się dość nadziękować i ściskał bez końca ręce kobiety, uniesiony wylewem uczuć, dotąd skrywanych, wypowiedzianych dziś po raz pierwszy, pojętych i odwzajemnionych.

– Czymże ja się pani odwdzięczę, wypłacę – szeptał ze łzami w oczach – za to, co chcesz dla mnie uczynić, co czynisz dla mego biednego dzieciaka... Ja nie wiem doprawdy... ale... czyż godzi się przyjmować, taką łaskę bez wzajemności... Mów pani... zażądaj... proszę cię o to, daj mi sposobność odwdzięczyć ci...

Przyjmowała rosnące objawy jego uznania i podzięki jak najskromniej, zakłopotana, prawie zawstydzona.

Naraz, po ostatnich jego słowach, poruszyła się żywo, jakby w nagłej decyzji. Uchwyciła go za ręce i z twarzą zaognioną wstydem, gorączkowo, spiesznie, zaczęła szeptać głosem drżącym od niepokoju i troski:

– A więc – słuchaj pan... Dawno miałam ci to wyznać, dziś zaś postanowiłam to zrobić ostatecznie, nieodwołalnie, bądź jak bądź... Chociaż nie wiedziałam jak to uczynię i do ostatniej chwili nie śmiałam, szukając daremnie sposobu... Dla kobiety to stokroć przykrzejsze... Ale dłużej milczeć niepodobna, nie wolno... Zresztą po tym, co pan mówiłeś, skoro pańskie poglądy tak się zgadzają w tej mierze z moimi... pan mnie zrozumiesz, jako ojciec... i wybaczysz mi także, tak jak ja panu... Uczyńmy to dla siebie wzajemnie... I ja... i ja... mam dziecię...

To rzekłszy, z obawą, z wielką obawą, która jej oddech zaparła, przysunięta doń w tym poufnym zwierzenia, czekała na odpowiedź, śledząc niespokojnie wyraz jego twarzy, zmieniający się stopniowo, w miarę jak go wtajemniczała w ten tak niespodziewany stan rzeczy.

– Po nieboszczyku mężu? – zapytał poważnie. Spuściła powieki i cofając swe dłonie od jego ręki, cicho wyrzekła:

– Mąż mój umarł przed dziewięciu laty... a Ludwisia kończy dopiero... dopiero piąty rok w listopadzie.

Milczała chwilę, z wlepionym weń błagalnym spojrzeniem, którego uniknął i zamyślony, gryząc wąsy, wpatrzył się w dywan na podłodze. Wreszcie ponowiła zaniepokojona i wzruszona:

– Ja wiem, co pan myślisz. To było dla pana zbyt niespodziane... Pan sądziłeś, że biorąc za żonę kobietę owdowiałą od lat tylu, bierzesz uczciwą... A teraz nagle wszystkie te lata stają się dla pana dwuznaczne, podejrzane... Ale ja panu przysięgam, że się mylisz... Przysięgam panu, że byłam uczciwą... A to... to był tylko przypadek, nieszczęście, zbieg nieprzewidzianych okoliczności, którego ofiarą padłam... po którym... O! Gdybyś pan wiedział, ile mnie to kosztowało rozpaczy i wstydu... Byłabym sobie może co złego zrobiła, gdyby nie dziecko... Zresztą, osądź sam: i dziś jeszcze mogłabym to przecież zataić i nie dowiedziałbyś się nigdy, jeżelibym tylko oszukać cię chciała. Ale i ja pragnęłam dla mego biednego dziecięcia ojca... Nazwiska... Cóż ono winno, gdyby nawet na mnie samej wina ciężyła, chociaż nie byłam złą, nie byłam płochą, zaklinam się raz jeszcze... na nią!

I wybuchła płaczem wielkiego zmartwienia i wstydu, zakrywając twarz rękoma.

Jego pozyskał ten żal niekłamany – zaczął ją szczerze pocieszać i uspakajać.

– Ależ... przestań pani! Po co się zaraz tak unosić... Przez myśl mi nie przeszło obrażać panią jakimiś podejrzeniami... Tylko...

I urwał.

– Tylko? – odsłaniając twarz zaczerwienioną i wilgotną, zapytała nagląco.

On zaś kończył swoją myśl, poruszając w takt słów głową i ramionami, a mrugających oczu nie zatrzymując na niczym:

– Ja mam syna... pani masz córeczkę... Do licha! Nie możemy z tego powodu rościć do siebie żadnych pretensji... Szansę są równe, skoro oboje byliśmy... szczerymi... Nie, o to mi też wcale idzie...

– Więc o cóż? – spytała niespokojnie.

– Oto – zaczął i umilkł. Dopiero po raz wtóry otwarłszy usta, ciepłym, ujmującym tonem ponowił:

– Pani Walentyno, proszę się na mnie nie gniewać, ale... daj mi pani słowo, że masz tylko ją jedną...

Kobieta stanęła cała w pąsach, lecz ujęta przyjaznym jego tonem, poważnie, uroczyście, tak jak w doniosłych chwilach przystoi, prosto w oczy mu spojrzała i z wolna a dobitnie wyrzekła:

– Przysięgam panu na miłość dla mej Ludwisi, że jest to jedyne moje dziecię.

Zaledwie skończyła, podniósł jej ręce do ust i ucałowawszy je przeciągle, wesoło odparł:

– Wierzę pani! Doskonale. To nawet lepiej. Czułbym się zawsze wobec pani winnym, dłużnikiem, a tak... oboje wnosimy do spółki małżeńskiej to samo. Jak najlepiej się złożyło doprawdy: dziewczynka i chłopiec, czegóż chcieć więcej! Będę ją kochał jako twe dziecię – odpłacisz to mojemu malcowi. Prawda?... Przecież to naszą dzieci... A czy nie mógłbym jej zobaczyć?

Wzruszona pobiegła do komody po fotografie, opowiadając tymczasem, że Ludwisia chowa się u babki, która ją bardzo kocha, że już składa litery i okazuje niezwykły talent do robótek, czego dowodem podstawka pod lampę na stoliku obok pieca. Mówiąc to i wiele innych rzeczy, przerzucała w górnej szufladzie komody pudełka, zawiniątka, fatałaszki, aż wreszcie odszukała pożądany przedmiot, aby go podać Placydowi.

– Śliczną, śliczniutką mamy córeczkę – rzekł, wziąwszy do rąk kartonik za szkłem w pluszowej ramce – prawdziwy aniołek! – i ucałował małą główkę na wizerunku, czemu przypatrywała się z iskrzącymi radością oczyma.

– Podobna do mamusi – dodał poufalszym tonem przyszłego męża i przygarnąwszy do siebie silnym ramieniem wzruszoną kobietę, która broniła się trochę jego natarczywości, ucałował ją również rzęsiście w sam środek rumianego policzka, na którym łzy oschły a zwykły, tak miły uśmiech zawitał.

Nie puszczając jej z objęć, z ustami przy jej twarzy, szepnął dyskretnie:

– A ojciec?...

– Nie żyje – odparła cicho, ze spuszczonymi oczyma.

– Słowo?

– Pokażę dowody.

W chwili, kiedy na znak zaufania składał pocałunek, odwzajemniła jego pytanie z cicha:

– A... matka?

– Tak jakby jej nie było – odrzekł uspokajająco. – Wyszła za mąż od lat sześciu, nawet nie wiem, gdzie się obraca.

– Więc teraz... możemy już iść do proboszcza?...

Wybuchnął śmiechem, a ona zawtórowała mu...

– I to jak najprędzej – zawołał – aby mu nie przyszło na myśl, że wahaliśmy się choćby przez chwilę...