Wydawca: RW2010 Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Słodko Gorzko. Opowiadania o miłości ebook

Antologia

4.01428571428571 (70)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 323 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słodko Gorzko. Opowiadania o miłości - Antologia

Miłość jest najpotężniejszą siłą życiową. Znacie ją? Mam nadzieję, że tak. Wiecie, jak to jest – kiwnie palcem, a my wyjemy do księżyca. Mrugnie okiem, a jesteśmy gotowi iść na wojnę z całym światem. A próbowaliście kiedyś stawić opór miłosnej wichurze, która budzi motyle w brzuchu?... Początkowo człowiek myśli, że da radę, ale potem coś zaczyna boleć w piersiach i gdy w końcu się podda, z ulgą łapie kolejne hausty tlenu. Bo walczyć z miłością, to jakby postanowić, że przestaje się oddychać. Nikt nie daje rady! Brak miłości boli, ale wiemy, że miłość bywa też przyczyną cierpienia. Cóż więc począć? Postanowiliśmy pomóc Wam z tym ambarasem. Na kartach Walentynkowego zbioru opowiadań „SŁODKO-GORZKO”, oferujemy za darmo dwadzieścia trzy lekcje oddychania. Przeczytacie o miłości radosnej, o nieszczęśliwej, o tej która łączy ludzi, ale też potrafi ich niszczyć. Życzymy miłej lektury! Z gorącym pozdrowieniem,

Autorzy:

* Andrzej Paczkowski

* Anna Pasikowska

* Anna Rybkowska

* Dorota Pasek

* Grzegorz Krzyżewski

* Jan Siwmir

* Joanna Łukowska

* Katarzyna Woźniak

* Kornelia Romanowska

* Maciej Ślużyński

* Magdalena Zimniak

* Piotr Mrok

* Zuzanna Lenska

 

 

Z recenzji:

„Szczerze się przyznam, że podchodziłam do tomiku Słodko Gorzko jak przysłowiowy pies do jeża. Nigdy nie byłam zwolenniczką opowiadań. Przełamałam jednak swoją niechęć i … przepadałam w czeluściach miłości. Moim zdaniem cała Antologia jest naprawdę świetnie dopracowana, iż nie sposób się od niej choć na chwilę oderwać. Każda kolejna historia to doskonałe preludium uczuć powodujące śmiech, łzy a nawet erotyczne wibracje. Początkowo myślałam, że będzie tu przeważała słodka otoczka, jednak mile się zaskoczyłam, czytając o 'prawdziwym życiu', w którym dominuje również szaleństwo, żal, rozpacz czy bezwstydny seks. Tak naprawdę Słodko Gorzko, to duża dawka różnorodnej tematyki np. randki w sieci, homoseksualna miłość, chore uczucie przyczyniające się do zbrodni, ale także obraz prawdziwych, ponadczasowych miłosnych wartości niosących optymizm i nadzieję na lesze jutro”.

 

 

„Uważam, że cała trzynastka pisarzy wykonała naprawdę kawał porządnej roboty podejmując się tworzenia zbioru opowiadań Słodko Gorzko. W mojej pamięci szczególnie utkwiły historie Kornelii Romanowskiej („Garstka urywanych oddechów”), Doroty Pasek („Pośpij jeszcze trochę”), Joanny Łukowskiej („Obraz”), Macieja Ślużyńskiego („Prawie Święty Walenty”), Anny Pasikowskiej („Między sztormami”), Jana Siwmira („Współlokatorzy”) oraz Grzegorza Krzyżewskiego („miłość.com”). Nie oznacza to wcale, że postali autorzy byli gorsi, w żadnym wypadku tak nie jest. Po prostu wyżej wymienione opowiadania odrobinę bardziej podziałały na moją wyobraźnię, dając subtelną nutkę zmysłowości, romantyzmu, swoistego humoru, znaczącej przestrogi, wibrującego erotyzmu oraz swego rodzaju mądrości w dokonywaniu życiowych wyborów”.

 

 

„Z okazji Walentynek pojawił się darmowy e-book „Słodko-gorzko”, zawierający 23 miłosne opowiadania. I co by nie przedłużać, już na początku powiem, że warto po niego sięgnąć, niekoniecznie tylko w Walentynki”.

 

 

 

 

Opinie o ebooku Słodko Gorzko. Opowiadania o miłości - Antologia

Cytaty z ebooka Słodko Gorzko. Opowiadania o miłości - Antologia

Chmury są jak ludzie, zmieniają się pod wpływem nacisku, idą w stronę, w którą spycha je wiatr, nie mogąc się mu przeciwstawić; pojawiają się i znikają, przybierając najdziwniejsze kształty.
nam popęd, a poeci ubrali go w słowa. Tak powstała miłość. I choć miłość szczęśliwa zdarza się jedynie w baśniach, w dodatku tuż przed zakończeniem, wszyscy chcielibyśmy kochać
Dotyka wewnętrznej strony policzka, tej gładkiej sprężystej powierzchni uginającej się pod naporem języka. Pełznie po zębach. Po dziąsłach. Podniebieniu wysklepionym półokrągło. Tym odwróconym do góry dnem pucharze o satynowych brzegach. Smakuje ją, jak smakuje się wino. Ssie usta jak ssie się twarde, mleczne karmelki. Zachłannie, z apetytem i chciwie. Łapie ją za podbródek i unosi twarz do góry, przytrzymuje, nie przerywając. Zarost drapie skórę.
Tamtego dnia obudziła mnie dłoń, sunąca leniwie po piersi w dół, dalej po brzuchu, wokół pępka i niżej. Mruknąłem, miło zaskoczony jej porannymi względami, ale co tu dużo mówić, jak każdy facet lubiłem takie pobudki.
Zmieniający się świat kieruje nami wedle swego uznania; każe nam przyspieszać, bo sam gna w zastraszającym tempie. Biegnij i ty, mówi, nie zostawaj w tyle, bo jeśli się spóźnisz, zabraknie w tym świecie miejsca dla ciebie... Więc pędzę na złamanie karku, a co otrzymuję w zamian? Samotność i pustkę – w życiu człowieka, który posiada rodzinę i przyjaciół. Może lepiej być opuszczonym naprawdę niż opuszczonym wśród bliskich... Tak jak zmieniają się znaki na drodze i mijające nas samochody, tak w mojej głowie zmieniają się myśli. Zastanawiam się nad swoim życiem, nad pogodą,
Choćby do samego piekła, oby tylko tam znalazł oczy, w których chciał tak bardzo tonąć każdego dnia. Menel ze śmierdzącej speluny nauczył go więcej niż nobliwi profesorowie. O tym, że lepiej dać z siebie wszystko i nawet przegrać, niż kiedykolwiek żałować braku odwagi.
nie żyła od miesiąca. Nie mogła mnie całować. Była martwa. Skremowana. Pochowana. Nie istniała. Jak mogła mnie całować? Więc kiedy nasze usta się spotkały, wzdrygnąłem się, bo rozsądek nie potrafił
Przez całe życie miałem dziwne uczucie, że wszystko co się w nim dzieje, to tylko preludium, nic nieznacząca etiuda przed właściwym spektaklem, podczas którego będę siedział z szeroko otwartymi ustami, a gdy opadnie kurtyna, zerwę się z krzesła i zacznę ze łzami w oczach bić brawo.
Dziś myślę, że po prostu była ze mną od urodzenia, jak anioł stróż czy wróżka, no bo jak inaczej wytłumaczyć, że poruszałem ustami przez taki szmat czasu i budziłem się co rano bez stymulatora wstawionego w popękane serce.
Można powiedzieć, że szczęście zawsze pozostaje szczęściem. Grzechem byłoby je burzyć. Jest pozytywne. Wszyscy go pragną. Jednocześnie wszyscy wiedzą, że ten „czysty i piękny” stan można osiągnąć „brudnymi” sposobami. Czy zatem szczęście osiągnięte kosztem cudzego cierpienia, kosztem cudzego nieszczęścia, nie zasługuje na potępienie? Wolimy nawet nie myśleć, że nasza pomyślność może bazować na czyjejś stracie. Tym bardziej, kiedy sprawa dotyczy miłości. Uniesieni euforią osobistych przeżyć, upojeni narkotykiem głębokiego wzajemnego kochania, nie widzimy cierpień wokół siebie ani tego, że możemy być ich przyczyną. Niechcianej miłości należy pozbyć się szybko i ostatecznie. Miłość pożądana wymaga natomiast wzmożonej uwagi i pielęgnacji. To uczucie nie uznaje kompromisów, nie jest instytucją charytatywną. Kiedy więc znajdujemy wzajemność afektu, staramy się trzymać go kurczowo, za wszelką cenę.
możesz mnie pytać o losy tybetańskich dzieci o ceny na stacji benzynowej o to jak robi się tiramisu imbirowe z bezami patrząc w moje oczy wyczytasz wdzięczność dla Pigmaliona lecz kiedy już bez szeptów bez tajemnic rozbierzesz mnie na kawałki rozrzucisz po pokoju jak zbędne części garderoby i zajmiesz kimś innym postaram się z lustra własnych książek odzyskać prawdziwą twarz
Wszystko smakuje jak wymarzone usta, pachnie jak ukochane włosy i dźwięczy jak ten jeden jedyny w świecie głos. Pomyślałam, jaka miłość potrafi być prosta... Dlaczego ją komplikujemy?
Chmury są jak ludzie, zmieniają się pod wpływem nacisku, idą w stronę, w którą spycha je wiatr, nie mogąc się mu przeciwstawić; pojawiają się i znikają, przybierając najdziwniejsze kształty. Czasem są szare jak nasze myśli, a czasem białe i czyste jak pióra gęsi dryfujących po niebie.
Może nasze ciała wyglądają młodziej, ale szybciej starzeją się nam dusze? Może praludzie mieli szczęście, posiadając szybko czerstwiejące ciała, adekwatnie do starzenia się ich niewidzialnej duszy?
Zmieniający się świat kieruje nami wedle swego uznania; każe nam przyspieszać, bo sam gna w zastraszającym tempie. Biegnij i ty, mówi, nie zostawaj w tyle, bo jeśli się spóźnisz, zabraknie w tym świecie miejsca dla ciebie... Więc pędzę na złamanie karku, a co otrzymuję w zamian? Samotność i pustkę – w życiu człowieka, który posiada rodzinę i przyjaciół. Może lepiej być opuszczonym naprawdę niż opuszczonym wśród bliskich...
Natura dała nam popęd, a poeci ubrali go w słowa. Tak powstała miłość. I choć miłość szczęśliwa zdarza się jedynie w baśniach, w dodatku tuż przed zakończeniem, wszyscy chcielibyśmy kochać lub przynajmniej słuchać historii o zakochanych.
Miała rację – ciągnął po chwili. – Nie można kochać kogoś, w gruncie rzeczy go nie znając. Miłość... – urwał. Mógłby zrobić teraz wykład, tylko po co? – Kocham cię – powiedział tak głośno, że kilka tańczących w pobliżu par odwróciło się z uśmiechem w ich kierunku.
A ty... też wciąż go kochasz? Roześmiała się, jakby powiedział świetny dowcip, po czym nagle spoważniała. – Teraz wiem, że nigdy go nie kochałam. Tamto wtedy było zauroczeniem, namiętnością... zakochaniem. W odpowiednich warunkach mogłoby przerodzić się w miłość. Oczywiście, w pewnym sensie zawsze pozostanie mi bliski.
Kocham cię – powtórzył z uporem. – Może kiedyś mnie pokochasz. – Kocham cię – był zdecydowany mówić to tak długo, aż ją przekona. – A ty? – Ja też jestem zakochana – odrzekła miękko. – I też mogę cię pokochać. – Zamilkła. – Nie myślałam, że to jeszcze możliwe – dodała tak cicho, że ledwie usłyszał.
– Wybredna się zrobiłam, czekam na swojego księcia na białym koniu. A że takich już dziś nie ma, więc się nie łudzę. Wolę być sama i dobrze mi z tym – pewnym głosem zaspokoiła ciekawość Kasi.

Fragment ebooka Słodko Gorzko. Opowiadania o miłości - Antologia





Słowem wstępu

 

Natura dała nam popęd, a poeci ubrali go w słowa. Tak powstała miłość. I choć miłość szczęśliwa zdarza się jedynie w baśniach, w dodatku tuż przed zakończeniem, wszyscy chcielibyśmy kochać lub przynajmniej słuchać historii o zakochanych.

Autorzy antologii „Słodko Gorzko” zapraszają do spojrzenia na miłość rozgrywającą się w różnych dekoracjach, zniewalającą nagle, wracającą po latach, upominającą się o należną daninę serca.

Z zapartym tchem czytamy opowiadania o współczesnych kochankach, bo mit miłości ma nieskończenie wiele interesujących wcieleń.

Zachęcam do lektury

 

Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Rocznica 

Magdalena Zimniak

Dziękuję mojemu bratu, Adamowi Stępniewskiemu, za konsultacje na temat żeglarstwa morskiego, i Marcinowi Gutkowi, pierwszemu czytelnikowi moich tekstów, którego uwagi są dla mnie zawsze bezcenne.

 

Mirek pił kolejną kawę w przytulnej kawiarni siedleckiego hotelu Janusz. Nie odrywał spojrzenia od włosów kobiety siedzącej przy stoliku przed nim. Miały piękny rudozłoty kolor i opadały luźno na ramiona. Tylko jedna ze znanych mu osób obdarzona została przez naturę takim kolorem włosów. Były dłuższe, sięgały pasa. Pamiętał wieczór w lesie, niemal równo dwadzieścia lat temu, kiedy wsuwał palce w te włosy, chował w nich twarz, chłonął zapach. Rok później wziął ślub. Dokładnie rok, jakby ktoś to zaplanował. Właśnie, pomyślał, spoglądając na zegarek. Żona. Wprawdzie powiedział, że spotkanie się przedłużyło, ale nie mógł siedzieć bez końca w kawiarni. Wzdrygnął się na myśl o powrocie. Jutro rocznica ślubu. Zamówiona sala, goście, kwiaty. Jego udział w tym wszystkim stawał się coraz bardziej mechaniczny. Nie, to nawet złe słowo. Każda tego rodzaju impreza coś w nim wypalała. Nigdy jednak nie pomyślał, żeby cokolwiek zmienić. Zresztą jak? A w ogóle po co? Kobieta zapłaciła, wstała i odwróciła się, a Mirkowi zabrakło tchu. To przecież niemożliwe, idioto, skarcił się w duchu. Zielone oczy napotkały jego wzrok, ale po twarzy rudowłosej nie przemknął cień rozpoznania. Mirek powoli się uspokajał. Duchy nie wracają. Całe szczęście. Kobieta, przechodząc koło jego stolika, szukała czegoś zawzięcie w torebce i upuściła pęk kluczy. Schylił się niemal automatycznie i podniósł je.

– Proszę – powiedział, wyciągając rękę.

Uśmiechnęła się promiennie.

– Dziękuję.

Ten sam głos.

– Ewa – szepnął, zanim zdołał nad tym zapanować.

Potrząsnęła głową, a jej niesamowite włosy rozsypały się wokół drobnej, delikatnej twarzy. Zupełnie jak...

– Mam na imię Ewa – powiedziała spokojnie – ale nie znam pana. Chociaż – zmarszczyła lekko brwi – kogoś mi pan przypomina.

Spojrzała Mirkowi prosto w oczy. W głowie mu zawirowało, serce zabiło jak szalone. Duchy nie wracają, próbował przekonać się w myślach.

– Pani Ewo. – Jego głos był opanowany; odnosił niemal wrażenie, że ktoś inny mówi za niego. – Jutro jest moja rocznica ślubu. Robimy z żoną małe przyjęcie, w tym hotelu, tylko w dużej sali i byłoby mi bardzo miło, gdyby pani wpadła.

To jakaś groteska – proponować coś podobnego obcej kobiecie. Co za różnica zresztą, ona i tak odmówi i nigdy jej nie zobaczy. Albo nie odmówi, bo... nie jest obca.

– Ja... – zawahała się i Mirek wszedł jej w słowo:

– Może to zaproszenie dziwi panią, ale pani również przypomina mi kogoś, kto był dla mnie ważny. Jeśli wolałaby pani nie przychodzić sama, proszę wziąć ze sobą osobę towarzyszącą. Naprawdę byłoby mi bardzo miło, gdyby pani przyszła – dodał z naciskiem.

Kąciki jej ust uniosły się leciutko.

– Przyjdę bardzo chętnie – powiedziała. – Sama. Nie znam w Siedlcach zbyt wielu osób. Daleko zresztą nie będę miała, zatrzymałam się tutaj.

Roześmiała się i wyciągnęła rękę. Uścisnął ją. Zdawał sobie sprawę, że nie wypuszcza jej zbyt długo, ale czuł się zdezorientowany, wstrząśnięty. Powoli cofnęła dłoń.

– Do zobaczenia – powiedziała i szybkim krokiem opuściła salę.

Opadł na krzesło. Powinien iść do domu. Agnieszka z pewnością zaczęła się już niepokoić.

 

Dwadzieścia lat wcześniej mieszkał jeszcze w Warszawie. Pochodził z Siedlec, ale w gruncie rzeczy nawet nie myślał, że sprowadzi się tu z powrotem. Dopiero kiedy wziął ślub, Witek, kumpel z czasów szkolnych, zaproponował założenie spółki w rodzinnym mieście. Wtedy, tuż po studiach, zdawało się, że stolica daje dużo większe możliwości. Niedawno się obronił i były to jego ostatnie wakacje przed podjęciem pierwszej poważnej pracy w dużej firmie międzynarodowej. Witek też się tam załapał, a trochę wcześniej zrobił patent sternika morskiego. Załatwił jacht i skompletował załogę. Rejs po Bałtyku nie brzmiał może tak oszałamiająco jak rejs po Morzu Śródziemnym, ale wszyscy nastawieni byli entuzjastycznie. Mirek, Witek, ich koleżanka z klasy Agnieszka, dwóch innych chłopaków z roku i cioteczna siostra jednego z nich – Ewa. Mirek był oczarowany Ewą od momentu, kiedy ją poznał. Spotykali się jedynie u Witka, omawiając trasę rejsu i szczegóły z nim związane, a później odprowadzał ją do domu i długo stali przed klatką, nie mogąc się rozstać. W końcu mówiła, że już naprawdę musi iść i całowała go szybko w policzek. Przytulał ją wtedy krótko, przelotnie; nie miał odwagi przytrzymać jej dłużej w ramionach. Wracał do domu i leżał bezsennie, wypełniony zielonością jej oczu, złotaworudym kolorem przepysznych włosów i miękkim dźwiękiem głosu.

Była inna od wszystkich znanych mu dziewczyn, sprawiała wrażenie znacznie dojrzalszej, może dlatego, że miała już dziecko – śliczną córkę Basię, którą wzięła na jedno ze spotkań. Dziewczynka nie wydawała się zainteresowana trasą rejsu, trzymała matkę kurczowo za rękę, od czasu do czasu mówiąc zawzięcie: „chodźmy już”. W końcu Ewa uśmiechnęła się przepraszająco i powiedziała, że naprawdę muszą iść. Mirek zerwał się, proponując, że je odprowadzi, ale stanowczo odmówiła.

– Nie. – Potrząsnęła głową, a Mirka jak zwykle przeszył dreszcz, kiedy patrzył, jak płomienne włosy rozsypują się wokół ślicznej twarzy. – To popołudnie jest tylko dla nas, prawda, Basiu?

Dziewczynka pokiwała poważnie głową, patrząc na Mirka z nienawiścią.

– Pójdziemy do Łazienek – ciągnęła Ewa z uśmiechem – i będziemy objadać się lodami.

Dziecko roześmiało się radośnie i demonstracyjnie otworzyło drzwi.

Kiedy Mirek odprowadzał Ewę po następnym spotkaniu, dziewczyna opowiedziała swoją historię. Zaszła w ciążę w klasie maturalnej. Była szaleńczo zakochana, zresztą z wzajemnością.

– Teraz jednak wiem – dodała gorzko – że zakochanie różni się bardzo od miłości.

Jej chłopak, rok starszy, student chemii na uniwersytecie, niemal zwariował ze szczęścia, kiedy mu powiedziała o ciąży. Postanowili pobrać się tuż po maturze Ewy. Zaczęli nawet załatwiać formalności. Któregoś dnia jednak Zbyszek oznajmił, że obiecał rodzicom wstrzymać się rok ze ślubem.

„Widzisz, oni uważają – tłumaczył osłupiałej Ewie – że to ślub pod presją. Powiedzieli, że jeśli za rok wciąż będziemy chcieli być razem, to nasza decyzja stanie się bardziej miarodajna. Przecież ten rok nie ma znaczenia, prawda, kochanie? A oni inaczej nie zaakceptują naszego małżeństwa”.

Czym zagrozili? Zerwaniem stosunków z synem? Wydziedziczeniem? Cofnięciem funduszy na wycieczkę zagraniczną? Ewa nie pytała, w ogóle nic nie mówiła.

– Nie spałam całą noc – opowiadała Mirkowi, śmiejąc się, choć jej zielone oczy pozostały poważne. – To była najgorsza noc w moim życiu, ale podjęłam decyzję.

Powiedziała Zbyszkowi, że dziecko, które się urodzi, jest ich wspólnym dzieckiem, ale ona nie może traktować go już jak partnera.

– To dobry chłopak – mówiła, zatrzymując się przed klatką. – Co miesiąc przysyła pieniądze – nie wnikam, swoje czy rodziców – i zajmuje się Basią. Na przykład ja jadę na rejs, a on bierze ją na wakacje na Mazury. Wiele razy po tamtej rozmowie prosił mnie, żebyśmy wrócili do siebie, ale ja nie mogę, chociaż wiem, że jest wspaniałym ojcem i że Basia bardzo go kocha.

Gardło Mirka było ściśnięte, w oczach mu pociemniało.

– Nie możesz – powtórzył zachrypniętym głosem, z całej siły ściskając pięści. – A ty... też wciąż go kochasz?

Roześmiała się, jakby powiedział świetny dowcip, po czym nagle spoważniała.

– Teraz wiem, że nigdy go nie kochałam. Tamto wtedy było zauroczeniem, namiętnością... zakochaniem. W odpowiednich warunkach mogłoby przerodzić się w miłość. Oczywiście, w pewnym sensie zawsze pozostanie mi bliski. Jest przecież ojcem mojego dziecka.

Mirek pokiwał ponuro głową. Tłumaczenie wydawało mu się mętne.

– Mogłam go pokochać, ale ta szansa została zaprzepaszczona w dniu, w którym powiedział, że na razie się ze mną nie ożeni. Nie twierdzę, że to jego wina. To raczej tkwi we mnie.

Mirek stał zdezorientowany. Nie wiedział, czy jej wierzyć i czy w ogóle ma prawo wypytywać o tego rodzaju sprawy.

– Dziękuję – powiedziała nagle.

Spojrzał zdziwiony.

– Za co?

– Że mnie wysłuchałeś... że zawsze mnie słuchasz.

Wtedy właśnie uwierzył w każde jej słowo.

– Muszę iść – szepnęła, zbliżając gorące usta do jego policzka. – Basia czeka.

Przytrzymał ją w ramionach nieco dłużej niż zwykle.

 

Melodyjka komórki przywróciła go do teraźniejszości. Nawet nie musiał patrzeć na wyświetlacz, żeby wiedzieć, kto dzwoni.

– Cześć, Agnieszko.

– Cześć. – Głos żony był jak zwykle łagodny. Tylko jeden raz w życiu zdenerwowała się na niego. – Wszystko w porządku?

– Tak – odpowiedział, jak robił to zazwyczaj. – Zaraz wracam.

– To na razie. Zaczynam odgrzewać obiad, kochanie.

Gardło miał tak ściśnięte, że nie był w stanie wykrztusić „dziękuję”. Wsunął telefon z powrotem do kieszeni, zapłacił za kawę i wolnym krokiem udał się do samochodu.

 

Do portu na Helu dotarli około siódmej wieczorem. Czekał na nich jacht, którym wszyscy zgodnie się zachwycili. Mieli spędzić na nim noc, jeszcze na lądzie, i wyruszyć z samego rana. Siedzieli przy ognisku, pijąc wino, żartując. Ewa opierała się o Mirka leciutko. Objął ją, przyciągając bliżej.

– Nie masz ochoty się przejść? – spytał, dotykając ustami jej włosów.

– Wielką. – Ścisnęła jego dłoń na swoim ramieniu.

Podnieśli się jednocześnie i poszli, trzymając się za ręce. Kiedy Mirek był już pewien, że nikt ich nie zobaczy, zatrzymał się, odwrócił ją ku sobie i zrobił to, o czym tak długo marzył w bezsenne noce. Wplótł palce w płomiennozłote loki i przysunął twarz do jej twarzy. Nie protestowała, sama otoczyła go ciasno ramionami i rozchyliła usta. Całowali się jak szaleni. Tylko całowali. Nie spieszyli się. W końcu mieli przed sobą rejs, a później całe życie.

 

Mirek zaparkował i opuścił samochód. Ból w piersiach, kiedy pokonywał schody na czwarte piętro, był dotkliwszy niż zazwyczaj. Powinien chyba zbadać serce. Przekręcił klucz w zamku. Agnieszka wyszła do przedpokoju. Miała na sobie dopasowane czarne dżinsy i granatową obcisłą bluzeczkę. Ciemnowłosa i ciemnooka, wysoka i szczupła, wciąż piękna pomimo upływu lat. Żona, jaką mężczyzna lubi się pochwalić w towarzystwie.

– Cześć, kochanie – powiedziała niskim, aksamitnym głosem i uśmiechnęła się.

Zawsze promieniowało od niej ciepło. Co z tego, skoro przez dziewiętnaście lat małżeństwa nie zdołali pogrzebać trupów? Zbliżyła się, całując go w policzek. Owionął go zapach jej perfum i Mirek poczuł niespodziewane pożądanie. Wsunął dłonie pod jej bluzkę, gładząc plecy, potem przesunął ręce do przodu, ściskając pełne piersi.

– Nie ma dzieci? – upewnił się.

Paweł i Ania mieli wrócić z obozu w nocy. Jeśli jednak autokar wyruszył wcześniej, mogli już dotrzeć. Agnieszka pokręciła głową, odwzajemniając pieszczoty. Kochali się na podłodze w przedpokoju, zachłannie, z niemal żarłoczną namiętnością. Mirek patrzył w czarne oczy żony, a gdzieś w środku, jeszcze bardziej intensywnie niż zazwyczaj, czuł zieloność innego spojrzenia. Smutek, który przyszedł, kiedy skończyli, był niemal nie do wytrzymania. Bez słowa sięgnął po ubranie. Agnieszka również milczała, wkładając bluzkę i spodnie. Wiedział, że mu się przygląda i nie mógł tego znieść.

– Widzisz, co zrobiłeś? – powiedziała w końcu żartobliwie. – Będę musiała odgrzać obiad jeszcze raz.

Roześmiał się niepewnie i pokiwał głową, nie mając odwagi wyznać, że nie jest głodny.

Siedzieli w kuchni, Agnieszka opowiadała o czymś, ale Mirek nie nadążał. Na wyraźne pytania odpowiadał monosylabami. Nie naciskała, nie wymagała aktywnego udziału. Jak zwykle była wzorem wyrozumiałości. W końcu nałożyła obiad na talerze i zamilkła, jakby zmęczył ją monolog.

Mirek z wysiłkiem przełknął ostatni kęs.

– Dziękuję, kochanie – powiedział, przywołując na twarz coś w rodzaju uśmiechu. – Było pyszne.

– To miło, że tak uważasz – odrzekła cicho.

Mirkowi wydawało się, że jej głos brzmiał smutniej niż zwykle, ale za moment przestał o tym myśleć. Wstawił naczynia do zmywarki.

– Na chwilę się położę – powiedział. – Zdrzemnę się przed odebraniem dzieci.

Nie czekając na reakcję, przeszedł do sypialni. Wyciągnął się na łóżku i zamknął oczy. Wiedział, że Agnieszka nie pójdzie za nim, przynajmniej nie od razu. Doświadczenie nauczyło ją, że nie powinna mu w takich momentach przeszkadzać.

 

Rejs zapowiadał się wspaniale. Pierwszy dzień na morzu był przepiękny, pogoda cudowna. Mirek cały czas trzymał się blisko Ewy, niby przypadkiem dotykał jej dłoni. Czuł się szczęśliwy, kiedy się uśmiechała; a słuchając jej perlistego śmiechu, myślał, że zawsze będzie robił wszystko, żeby go wywoływać. Zawsze. Chwytał jej spojrzenia i wiedział, że ona też tego pragnie. Wieczorem dobili do portu. Kapitan, jak wszyscy z pewną dozą ironii nazywali teraz Witka, zdecydował, że tę noc spędzą jeszcze na lądzie, chociaż mieli konieczne oświetlenie. Do pełnego morskiego życia musieli się przyzwyczaić. Tej nocy Mirek znów wyciągnął Ewę na spacer. Ponownie całowali się długo, ale nie posuwali się dalej. Ten pierwszy raz zostawili na później.

Powiedział, że ją kocha, a ona roześmiała się, lecz zaraz spoważniała.

– Myślę, że to zakochanie. Wiem już coś na ten temat, pamiętaj.

Potrząsnął głową.

– Kocham cię – powtórzył z uporem.

– Może kiedyś mnie pokochasz.

– Kocham cię – był zdecydowany mówić to tak długo, aż ją przekona. – A ty?

– Ja też jestem zakochana – odrzekła miękko. – I też mogę cię pokochać. – Zamilkła. – Nie myślałam, że to jeszcze możliwe – dodała tak cicho, że ledwie usłyszał.

Myślał, że serce wyrwie mu się z piersi ze szczęścia. To nie było wprawdzie wymarzone wyznanie, ale nie wątpił, że niedługo je usłyszy.

– Zamieszkamy razem? – szepnął, wtulając twarz w jej włosy.

– Mirek... pomyślimy o tym później, na razie cieszmy się chwilą.

Nie naciskał; wiedział, że ją przekona. Miłość pokonywała wszystkie przeszkody.

 

Drzwi sypialni uchyliły się. Agnieszka nie wytrzymała, musiała zajrzeć. Nie otwierał oczu, oddychał równomiernie. Chociaż nie była pewna, czy śpi, wycofała się po cichu. Miał nadzieję, że jeszcze jakiś czas zostawi go w spokoju. Na dworze zaczynało robić się szaro. Mirek zapalił lampkę nocną i wyciągnął szufladę z albumami. Na samym dole leżał ten, który go interesował. Przerzucał kartki, koncentrując się na rudowłosej, zielonookiej dziewczynie. Ta z hotelu Janusz... Czy możliwy był przypadek? Czy takie podobieństwo zdarza się w życiu? Zapewne tak, słyszał przecież, że ludzie mają sobowtórów. Ale te same gesty, ten sam uśmiech, głos...

 

Wciąż wpatrywał się w oczy dziewczyny, ale to już nie było zdjęcie. Znów znajdowali się razem na jachcie, uśmiechnięci, zachwyceni. Słońce nadal paliło, chociaż jakby mniej niż z rana. Po niebie sunęło parę chmur, lecz ich ilość rosła w niesamowitym tempie i niedługo zrobiło się niemal zupełnie ciemno.

– Powinniśmy dobić do brzegu – powiedział Witek.

Mirek drgnął, słysząc dziwną nutę w głosie przyjaciela. Twarz Witka była napięta, w oczach czaił się niepokój.

– Obawiam się, że za chwilę może być sztorm – dodał kapitan. – Ta cisza w połączeniu z chmurami zupełnie mi się nie podoba.

Jakby na potwierdzenie jego słów – zagrzmiało. Nie minęło nawet pięć minut, a wiatr szalał, spienione fale sięgały kilkunastu metrów i kołysały łódką, strugi deszczu lały się z nieba, nabierali takich przechyłów, że parę razy woda wlała się również za burtę z morza. Załogę ogarnęła panika. Słyszeli, że jacht był niewywracalny, ale co to tak naprawdę znaczyło? Komendy Witka sprawiały wrażenie chaotycznych, niemal na granicy histerii.

– Widzicie? – W głosie kapitana wreszcie zabrzmiała ulga. – Statek ratunkowy się zbliża, zaraz nam pomogą.

Ewa wstała, zamierzając przesiąść się na drugą stronę.

– Nie! – zawołał Witek. – Nie możesz tak stać, kur... – Huk piorunu zagłuszył przekleństwo.

W tym samym momencie nastąpił niekontrolowany zwrot przez rufę, a przelatujący bom uderzył dziewczynę w głowę, wyrzucając ją za burtę.

– Gdzie ona jest?! – krzyczał Witek. – Szukajcie, musimy ją wyłowić, ja trzymam ster.

Ewa jednak znikła pod spienionymi falami, jakby żarłoczne morze natychmiast ją pochłonęło.

– Nie ma, nie widać – powtarzał ktoś z rozpaczą.

Łódź ratunkowa była już przy nich.

– Macie problemy? – zawołał ktoś ze statku. – Bierzemy was na hol!

– Dziewczyna wpadła do wody i nie możemy jej znaleźć! – odkrzyknął Witek.

– Spokojnie, mamy kamery noktowizyjne, zaraz ją zlokalizujemy.

Minuty jednak mijały, a Ewy nie było. Ani śladu.

– To nie ma sensu. – Decyzja zapadła na statku ratunkowym. – Musimy wracać. Jak trochę się uspokoi, przyślemy helikoptery.

– Już i tak jej nie pomożemy – powiedział Witek grobowym tonem.

Odpowiedziało mu milczenie.

Burza powoli uspakajała się. Kiedy zawinęli do portu, morze wygładziło się, słońce wychodziło zza chmur. Mirek siedział jak skamieniały, w głowie wciąż mu huczało, odgłosy rozmów nie dochodziły do niego. Ewy nie było. Wypadła za burtę, a on, zamiast wyskoczyć i ją uratować, pozostał bezpieczny na łodzi. Nagle, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, zaczął krzyczeć. Wszyscy w pobliżu zamarli. Tylko Agnieszka podeszła i objęła go w pasie, a jego wrzask powoli zamieniał się w szlochanie. Dziewczyna nie mówiła nic, płakała razem z nim.

– Nie skoczyłem – powiedział w końcu, kiedy był w stanie wyartykułować cokolwiek. – Nie skoczyłem, a ona utonęła.

– Nikt nie skoczył – tłumaczyła. – Nie było jej widać. Gdybyśmy skoczyli, moglibyśmy wszyscy utonąć.

– Nie skoczyłem – powtarzał. – Ja nie skoczyłem.

Helikoptery zostały wysłane. Ewy nie znaleziono.

 

Drzwi sypialni otworzyły się. Agnieszka podeszła do męża i wyjęła album z jego dłoni. Rzuciła okiem na zdjęcie i wsunęła album do szuflady, zamykając ją nieco głośniej niż zwykle.

– Jutro dziewiętnasta rocznica naszego ślubu – powiedziała chłodno.

– I dwudziesta rocznica dnia, który uważamy za datę jej śmierci – przypomniał.

Usta Agnieszki zadrżały, ale ujęła rękę męża w obie dłonie. Kiedyś Mirek wierzył, że jej siła starczy dla nich dwojga. Mylił się.

– Chcesz o tym porozmawiać? – spytała.

Roześmiał się.

– Dawno już przestaliśmy o tym rozmawiać. To niewygodne.

Cofnęła dłonie. Wiedział, jak bardzo zabolał ją sarkazm jego tonu i sprawiło mu to przyjemność.

– Jeszcze jedno – dodał, podnosząc się. – Poznałem dziś kobietę.

Wpatrywała się w niego bez słowa.

– Chciałbym, żebyś ty też ją poznała. To ciekawa osoba, zaprosiłem ją na naszą jutrzejszą rocznicę.

Ranił ją specjalnie, a przecież wolałby krzywdzić samego siebie. Nikt nigdy nie dał mu więcej niż ona.

– Teraz idę do Witka. Muszę obgadać z nim parę spraw. Jak dzieci będą dojeżdżać, zadzwoń do mnie.

– Może odbiorę je sama? – zaproponowała.

– Ależ skąd, przecież jutro nasza rocznica.

Jego ton wciąż był sarkastyczny, ale niespodziewanie przyciągnął ją do siebie i wpił się w jej usta. Jak zwykle zmiękła w jego ramionach. Odsunął ją lekko i obrysował palcem pełne wargi.

– Dlaczego ty jesteś taka dobra? – szepnął, po czym, nie patrząc już na żonę, wyszedł z domu.

 

Mniej więcej rok po ślubie wyjechali pod namiot nad morze. Którejś nocy Mirek wyślizgnął się ze śpiwora i poszedł na plażę. Niebo było bezchmurne, morze spokojne, niemal zupełnie gładkie. Ściągnął buty i wszedł do wody, mocząc nogawki spodni. Czy Ewa leżała gdzieś na dnie czy może... może przeżyła? Nikt w to nie wierzył, nikt oprócz niego.

– Ewa! – zawołał z rozpaczą.

Odpowiedział mu tylko szum fal.

– Ewa! – powtórzył wołanie.

– Mirek!

Odwrócił się. Za nim stała Agnieszka. Oddychała szybko, jakby całą drogę z namiotu pokonała biegiem.

– Co robisz?! – krzyknęła.

– Szukam jej – odpowiedział smutno.

Podeszła do niego, chwyciła jego koszulkę i zaczęła nim trząść.

– Ona nie żyje, to ja jestem twoją żoną, ja, rozumiesz?! Ja! – Zaniosła się rozpaczliwym szlochem. – Nie mogę już tego wytrzymać! – Łkała, okładając go pięściami.

Nie bronił się, nie unikał jej ciosów, nie powiedział nic. Nie miał pojęcia, po jakim czasie się uspokoiła i powiedziała, żeby wracali.

To właśnie był jeden, jedyny raz, kiedy straciła panowanie nad sobą. Nigdy już imię Ewy nie padło, nawet gdy Agnieszka patrzyła, jak mąż przegląda stare zdjęcia. Nigdy też nie pojechali więcej nad morze.

 

Wsiadł do samochodu i wyciągnął komórkę. Może należało przynajmniej zawiadomić o wizycie?

– Przyjadę do ciebie – powiedział bez wstępów, kiedy przyjaciel odebrał. – Musimy pogadać.

– Myślałem, że wieczory, kiedy żony z dziećmi nie ma, bo wybywają na wakacje, należą tylko do mnie – mruknął Witek – ale jak musisz, to wbijaj.

Mirek rozłączył się.

– Pieprzyć twoje wieczory – powiedział na głos, chowając telefon do kieszeni.

 

Oczywiście nie kontynuowali rejsu. Do Warszawy wrócili pociągiem. Zarówno w podróży, jak i po niej, Agnieszka była w pobliżu. Wysłuchiwała samooskarżeń Mirka, znosiła napady wściekłości. Uspakajał się przy niej, odprężał go jej dotyk. Któregoś wieczoru poczuł, że bliskość tej dziewczyny daje mu coś więcej niż tylko odprężenie. Pożądanie wstrząsnęło nim. Tej nocy kochali się wielokrotnie, a rano Mirek oświadczył się i został przyjęty.

Ciała nigdy nie znaleziono.

 

Właśnie. Mirek był już pod blokiem Witka. Ciała nigdy nie znaleziono. Przeskakiwał po dwa schodki. Tym razem serce go nie bolało.

– Napijesz się piwa? – zapytał Witek, wpuszczając przyjaciela do domu.

– Oszalałeś? Przecież odbieram jeszcze dzieci.

W salonie rzucił się na fotel.

– Myślę, że ona żyje – wychrypiał.

Witek zamrugał powiekami.

– Kto?

– Ewa.

Witek potrząsnął głową. Wielokrotnie wcześniej przyjaciel dzielił się z nim teorią, że Ewa mogła przeżyć.

– Rozmawialiśmy już o tym. – Nie dodał, że temat wałkowali tysiące razy. – Nie mogła się uratować. Nie w tych warunkach.

– Widziałem ją dzisiaj.

– Co? – Wreszcie w głosie Witka pojawiło się zdumienie.

– Widziałem – powtórzył Mirek.

Witek westchnął ciężko. Rozmawianie o tym zawsze sprawiało mu trudność.

– Wydawało ci się.

– Patrzyłem na zdjęcia. To ona. Zobaczysz ją zresztą, zaprosiłem ją na przyjęcie jutro.

– Opowiedz po kolei.

Witek wysłuchał spokojnie.

– To nie może być ona. Gdyby nawet... gdyby nawet przeżyła, dlaczego miałaby się nie ujawniać tyle lat?

– Dlatego, że jej nie uratowałem – odparł Mirek posępnie.

– Przecież to bzdura. Nawet gdyby była zdolna do tego rodzaju zemsty, sądzisz, że zrobiłaby to swoim rodzicom, a przede wszystkim dziecku?

– Nie wiem.... Przecież w gruncie rzeczy niewiele o niej wiedzieliśmy. Może zadziałały bardzo silne emocje. A może straciła pamięć?

Witek pociągnął łyk piwa.

– Wybacz, stary, to naciągane.

– Zobaczysz ją jutro.

Witek wzruszył ramionami.

– Sądzę, że wciąż zmagasz się z wyrzutami sumienia. Zrozum, nie mogłeś jej uratować. Jeśli ktoś powinien czuć się winy, to tylko ja. Ja byłem sternikiem.

– Oglądałem zdjęcia. – Mirek nie zwracał uwagi na słowa przyjaciela. – Zobaczysz jutro.

– Zobaczę – powiedział Witek ugodowo. Miał już dość tej rozmowy.

W tym momencie rozdźwięczała się komórka Mirka.

– Dzieci zjawią się za pół godziny – oznajmiła Agnieszka.

– Dam ci sygnał, jak będę dojeżdżał do domu, zejdź na dół.

W drodze na dworzec nie odezwali się słowem. Później też niespecjalnie rozmawiali, ale dzieci mówiły tak dużo, że postronny świadek z pewnością nie zwróciłby uwagi na milczenie rodziców. Mirek pomyślał z dumą, że dzieci mają udane. W gruncie rzeczy wszystko, co dawała mu Agnieszka, było najlepsze.

Zanim obejrzeli zdjęcia z obozu, minęła już północ. Dzieci rozeszły się do pokoi, Agnieszka bez słowa udała się do sypialni. Mirek siedział przed telewizorem, bezmyślnie zmieniając kanały. Wypełniała go zieleń oczu i złotaworudy kolor włosów. Jak kiedyś. Tylko że nic nie mogło być już takie jak kiedyś.

 

Przyjęcie zaczęło się dwadzieścia minut temu, ale kobiety o rudych włosach wciąż nie było. Może nie przyjdzie, pomyślał Mirek, dolewając wina najbliższym sąsiadom. Agnieszka odmówiła. Wyglądała, jakby trawiła ją gorączka. Oczy jej błyszczały, ceglaste wypieki wystąpiły na policzki. W czerwonej dopasowanej sukience z głębokim dekoltem przyciągała męskie spojrzenia niczym magnes. Mirek zdawał sobie sprawę, że nawet dużo młodsi faceci zerkają co chwilę na jego żonę. Niespodziewanie nabrał ochoty, żeby ją stąd wyprowadzić.

– Dobrze się czujesz? – spytał.

Spojrzała, jakby nie rozumiała jego słów. Nagle wzrok Agnieszki powędrował gdzieś ponad jego ramieniem i twarz, do tej pory pokryta rumieńcem, zbladła przeraźliwie. Mirek powoli odwrócił głowę. W progu sali stała kobieta o rudych włosach. W zielonej zwiewnej sukience wyglądała jeszcze bardziej olśniewająco niż wczoraj.

– To twoja znajoma, ta, którą miałeś mi przedstawić? – zapytała Agnieszka, wstając.

Nie odpowiedział. Czuł się jak w transie. Ruszyli razem w kierunku nowego gościa.

– Dobry wieczór. – Ewa uśmiechnęła się przepraszająco. – Proszę mi wybaczyć spóźnienie, ale udało mi się załatwić na dziś obejrzenie obrazu El Greco. Niesamowite wrażenie.

– Nie szkodzi. – Głos Mirka był tylko trochę zachrypnięty. – Cieszę się, że pani wpadła. Agnieszko – zwrócił się do żony. – To właśnie pani Ewa, o której ci mówiłem. Pani Ewo, to moja żona, Agnieszka.

Kobiety uścisnęły sobie ręce. Zdawało się, że Agnieszka odzyskała całkowicie panowanie nad sobą.

– Bardzo mi miło panią poznać. Porywam na chwilę na damskie ploteczki. Usiądźmy i napijmy się razem, dobrze?

Zanim Mirek zdążył zaprotestować, został sam. Trochę nieprzytomnie powiódł wzrokiem po sali. Niektórzy goście zaczęli już tańczyć. Przy stole zrobiło się luźniej. Krzesło po prawej stronie Witka było wolne, a on sam, z półotwartymi ustami, nie odrywał wzroku od rudowłosej kobiety rozmawiającej z Agnieszką. Mirek uśmiechnął się bez satysfakcji.

– No i co? – spytał, zajmując miejsce obok przyjaciela. – Masz dosyć głupią minę.

Witek powoli się odwrócił.

– To rzeczywiście niesamowite – powiedział.

Mirek dostrzegł kieliszek, który wyglądał na nieużywany, i nalał sobie wina. Wychylił do dna.

– Zmieniłeś zdanie? To ona, prawda?

– To nie może być ona – odpowiedział ze smutnym uśmiechem.

– Dlatego, że to było otwarte morze i nie mogła się uratować?

– Nie. Dlatego że ta dziewczyna może mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Ewa była w naszym wieku.

Mirek, który zdążył już nalać sobie następny kieliszek i przystawić go do ust, zakasłał gwałtownie, opryskując przyjaciela winem.

– Uważaj trochę – mruknął Witek, sięgając po serwetkę i wycierając dokładnie twarz. – Sam widzisz, że twoja obsesja jest na pograniczu szaleństwa – kontynuował nieco mentorskim tonem.

Mirek nie słuchał. Znów podniósł kieliszek, ale po namyśle go odstawił. Powinien być trzeźwy. Właśnie teraz.

– A więc nie żyje – powiedział w zamyśleniu.

– Nie żyje, najwyższy czas, żeby to do ciebie dotarło.

Mirek pokiwał głowa, patrząc na Agnieszkę. Nie widział jej twarzy, siedziała odwrócona do niego tyłem. Rudowłosa dziewczyna mówiła dużo i z przejęciem, żywo gestykulując. Serce Mirka biło ciężko. To nie ona, powtarzał w myślach raz po raz. Ona nie żyje.

Agnieszka wstała. Sam nie wiedział, dlaczego odwrócił wzrok. Poczuł jej rękę na ramieniu.

– Wiedziałeś, że to ona?

Podniósł głowę. Twarz żony zalana była łzami. Usiłował przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek wcześniej widział, żeby płakała. Ależ tak, wtedy, na jachcie i w pamiętną noc na plaży.

– To nie może być ona – powiedział niemal z rozpaczą.

– Idź, czeka na ciebie.

Szedł, patrząc w zielone oczy Ewy. Wróciła, wbrew wszelkim kalkulacjom, wbrew logice. Gdzie podziały się czasy, kiedy wtulał twarz w jej włosy, chłonąc ich świeży zapach, nie pragnąc niczego więcej? Opadł na krzesło obok.

– To niesamowite, że się spotkaliśmy – usłyszał jej głos.

Czy drwiła z niego? Nie był w stanie zdobyć się na odpowiedź.

– Pana żona uświadomiła mi, kim pan jest i wszystko wskoczyło na swoje miejsce.

Znów spojrzał prosto w jej oczy i poczuł przeszywający ból.

– O czym mówisz, Ewo?

– Spotkaliśmy się raz, kiedy mama wzięła mnie na spotkanie przed rejsem. Nienawidziłam pana tak mocno. Nic dziwnego, że pana twarz wryła mi się w pamięć. – urwała na chwilę, po czym ciągnęła lżejszym tonem: – Oczywiście, widziałam też wielokrotnie pana zdjęcia.

Straszliwy ciężar powoli zsuwał się z serca. Coś jednak się nie zgadzało.

– Córka miała na imię Basia.

Dziewczyna roześmiała się.

– Ojciec po śmierci mamy uparł się, że będzie nazywał mnie Ewą. Myślę, że w ten sposób stawiał jej pomnik. Mógł to zrobić, bo na drugie mam Ewa.

– Ty... pani naprawdę jest jej córką? – Jeszcze nie mógł uwierzyć, a przecież to najlepiej tłumaczyło niezwykłe podobieństwo.

– Naprawdę. – Uśmiechnęła się ciepło. – Proszę mi mówić po imieniu. Już dawno przestałam pana nienawidzić.

Musiał jej powiedzieć. Inaczej nigdy nie pogrzebie trupów. Dziewczyna nie przerywała, wysłuchała spokojnie do końca.

– Nie mógł pan nic zrobić – powiedziała, gdy skończył.

Tyle razy już to słyszał, ale tym razem spodziewał się czegoś innego.

– Mama nie żyje, ale jestem pewna, że chciałaby, aby pan żył – dodała, kładąc rękę na jego dłoni.

To brzmiało trochę lepiej, ale nadal trąciło banałem.

– Przebaczysz mi? – spytał, ściskając jej palce.

Zawahała się chwilę. Wiedział, że w pierwszym odruchu chciała powiedzieć, że nie ma czego przebaczać, ale zdusiła te słowa.

– Przebaczam – powiedziała poważnie.

To był głos Ewy, jej spojrzenie. Po raz ostatni.

– Dziękuję – szepnął z wdzięcznością. – Muszę... muszę teraz coś zrobić.

Puścił jej rękę i wstał. Poszukał spojrzeniem żony, ale nie było jej przy stole. Gdzie do diabła... ? Odetchnął, widząc ją na parkiecie w ramionach Witka. Podszedł i dość niepewnym gestem rozdzielił ich.

– Przepraszam – powiedział. – Chcę zatańczyć z żoną.

Witek zaczął protestować, ale Mirek, już znacznie pewniej pociągnął Agnieszkę i otoczył ją ramionami.

– Nigdy ci nie mówiłem, że w wieczór przed sztormem wyznałem Ewie, że ją kocham.

Poczuł, jak sztywnieje, i przyciągnął ją bliżej.

– Wiesz, co odpowiedziała?

– Nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć – odrzekła Agnieszka.

– Powiedziała, że możemy się kochać, ale w przyszłości. To, co czujemy teraz, to zakochanie.

Agnieszka milczała, a on chciał mówić dalej, ale nagle zabrakło mu słów. Odetchnął parę razy głęboko.

– Miała rację – ciągnął po chwili. – Nie można kochać kogoś, w gruncie rzeczy go nie znając. Miłość... – urwał. Mógłby zrobić teraz wykład, tylko po co? – Kocham cię – powiedział tak głośno, że kilka tańczących w pobliżu par odwróciło się z uśmiechem w ich kierunku. Agnieszka stanęła i delikatnie go odsunęła. Jej twarz znów zalana była łzami.

– Robię się strasznie sentymentalna – rzekła bez uśmiechu, ocierając policzki wierzchem dłoni. – Nigdy wcześniej... – Głos uwiązł jej w gardle.

Rzeczywiście, nigdy wcześniej tego nie powiedział.

– Wiem. Kocham cię – powtórzył.

– Biorąc pod uwagę, że musisz nadrobić dziewiętnaście lat, wolno ci powtarzać to często. – Wreszcie się uśmiechnęła.

Przyciągnął ją z powrotem i pocałował w usta. Nawet nie zwrócił uwagi, że muzyka przestała grać. Dopiero gdy rozległy się oklaski, oderwał się od żony. Skierował wzrok na gości i napotkał spojrzenie roześmianych zielonych oczu rudowłosej dziewczyny. Przeszył go znajomy ból, ale trwał krótko.

– Zdrowie młodej pary! – krzyknął ktoś i goście zaczęli wznosić kieliszki.


Rzuć między nas 

Piotr Mrok

Przez całe życie miałem dziwne uczucie, że wszystko co się w nim dzieje, to tylko preludium, nic nieznacząca etiuda przed właściwym spektaklem, podczas którego będę siedział z szeroko otwartymi ustami, a gdy opadnie kurtyna, zerwę się z krzesła i zacznę ze łzami w oczach bić brawo.

Kochałem Laurę zawsze. Marzyłem o niej nawet wtedy, gdy jeszcze się nie znaliśmy i nie wiedziałem, że ma na imię Laura. Pisałem dla niej wiersze, układałem w głowie misterne plany tego dnia, w którym spotykamy się po raz pierwszy, a świat iskrzy i trawa robi się naprawdę zielona. Wyobrażałem sobie te wszystkie chwile, w których bez względu na to, co robimy, jest nam cudownie i nie zamierzamy się zastanawiać dlaczego.

Przez dwa lata szkoły średniej myślałem, że moja Laura ma na imię Monika; kruczowłosy podlotek o piwnych oczach torturował mnie swoją obecnością co poniedziałek na przystanku autobusowym, stojąc pod kasztanowcem, zawsze w tym samym miejscu, jak gdyby czekając cierpliwie, aż zbiorę się na odwagę, by kupić los na loterię.

Gdy zamieniliśmy pierwsze słowa, żaden piorun nie uderzył z nieba, nie rozbłysła choćby mała iskierka. Zupełnie jakby Bóg zaspał i zapomniał popchnąć nas ku sobie, a może po prostu stracił cierpliwość, bo ileż można stwarzać doskonałe okazje, które ktoś z uporem maniaka marnuje?

W tamtej chwili całe powietrze ze mnie uszło i nie zaprosiłem jej nawet do kina, bo nagle nie widziałem takiej potrzeby. I tak by zresztą odmówiła. Wyczytałem to z jej twarzy.

Kilka lat później spotkałem Monikę w autobusie, a przynajmniej tak mi się wydawało. Rozpoznałem oczy i zadarty nosek. Miałbym pewność gdyby nasze spojrzenia się spotkały, ale dziewczyna patrzyła uparcie w szybę, jakby z obawy, że znów zacznę się jej narzucać.

Ale to oczywiście mogła nie być ona, bo przecież tamtego roku byłem świeżo po rozstaniu z Dorotą, a wiadomo, że człowiek w chwilach panicznej samotności miewa urojenia. Kręciłem z Dorą półtora roku, cudowne osiemnaście miesięcy wypełnione trzymaniem się za ręce, całowaniem się w autobusach, ku zgorszeniu staruszek, oraz baraszkowaniu w spoconej pościeli. Jednak w końcu okazało się, że to za mało, aby serce mogło bić, jak mówi piosenka ze znanego serialu.

Nie pamiętam dokładnie, jak i kiedy spotkałem Laurę. Po serii dłuższych i krótszych miłostek pewnego dnia uświadomiłem sobie, że w moim życiu jaśnieje złotowłosa dziewczyna, która napełnia je tlenem, sensem, radością. Dziś myślę, że po prostu była ze mną od urodzenia, jak anioł stróż czy wróżka, no bo jak inaczej wytłumaczyć, że poruszałem ustami przez taki szmat czasu i budziłem się co rano bez stymulatora wstawionego w popękane serce.

Wiosną zamieszkaliśmy razem, by oglądać przedwojenne komedie z Adolfem Dymszą i gotować krupnik co niedziela. Jeszcze na studiach zupa ta znajdowała się na szczycie listy rzeczy, których nienawidzę. Choćbym miał umrzeć z głodu, nie zjem tego obrzydlistwa, tak mówiłem. Laura uświadomiła mi, że aby krupnik smakował, potrzeba dwojga, podobnie jak do tanga.

Był taki jeden gorący lipcowy tydzień, gdy związaliśmy sobie dłonie apaszką i żyliśmy normalnie jak gdyby nigdy nic. Obieraliśmy razem kartofle, jedno trzymało nóż, drugie obracało strugane warzywo. Diabelnie trudne, z pozoru. Po godzinie nabraliśmy wprawy, podobnie jak z kąpielami, a nawet jedzeniem ryżu pałeczkami, o uprawianiu miłości nie wspomnę, bo to oczywiste. Jak się przebieraliśmy? Przecież wtedy musielibyśmy się rozłączyć. Wolne żarty. Od kiedy to dwoje pożądających się ludzi chodzi po domu w ubraniach?

Jesienią, gdy kasztany już przekwitły, zgodnie stwierdziliśmy, że nasz związek dobił do ściany zbyt grubej, by rozbić ją słowami. Pościel stała się sucha i gładka jak stół, a krupnik przestał smakować.

 – Trzy lata. I tak sporo wytrzymaliśmy – stwierdziła tamtej nocy, gdy po raz kolejny poszliśmy do łóżka tylko po to, by zasnąć.

– I co z tym zrobimy? – zapytałem, bardziej bojąc się tego, że zechce mnie błagać o kolejny dzień, niż tego, że odejdzie.

Cicha ciemność zagarnęła pokój, a my leżeliśmy odwróceni do siebie plecami. I wtedy przemówiła tym nieludzkim językiem, dającym pozorną nadzieję, ale jednocześnie niepozostawiającym złudzeń.

– Wiesz, kiedyś słyszałam, że jeżeli dwoje ludzi ma ze sobą być, to nieważne kiedy, jak i gdzie, w końcu i tak się odnajdą i będą razem na zawsze.

W identyczny sposób lekarz mówi, że nie ma szans, ale może warto spróbować modlitwy. I ja się pochwyciłem tego marzenia o cudzie.

– Jak w tej piosence Czerwonych Gitar? – zapytałem, wpatrując się w pustkę. Nie wiem, po co nadal trzymałem otwarte powieki.

– Tak, dokładnie – odparła Laura i zacytowała refren:

 

Rzuć między nas

Najszerszą z rzek

Najgłębszy nurt

Najdalszy brzeg

Rzuć między nas

To co w nas złe

A ja i tak, odnajdę Cię

 

– Myślisz, że się odnajdziemy? – wyszeptałem, zamykając wreszcie oczy.

– Tak, ukochany, jeśli nam to pisane, to tak.

 

*

Rano już jej nie było. Znikły ubrania, nawet błękitna sukienka, którą poplamiliśmy wiśniami, gdy jedliśmy je sobie z ust niczym małe ptaszki. Nie zostawiła mi ani jednego swojego zdjęcia, nawet tej fotografii na plaży nad jeziorem Firlej, gdzie wykopaliśmy sobie grajdołek i leżeliśmy w nim aż do zachodu słońca. Pozostał tylko zapach jej włosów na poduszce, ale i on, zdrajca, uciekł po kilku dniach.

Początkowo naprawdę poczułem ulgę. Głupią samczą dumę z odzyskanego terytorium i nieznanej przyszłości, w której czeka mnie tyle interesujących zdarzeń.

Oglądałem do późna w nocy boks na kanale sportowym, dziwiąc się, co ludzie w tym widzą. Potem zacząłem nadrabiać zaległości literackie, filmowe oraz tłuc w gry komputerowe, czyli to, co robią zwyczajni ludzie, gdy się nudzą. I tylko czasem, idąc do kuchni, krzyczałem:

– Kwiatuszku, przynieść ci coś?

Po chwili uświadamiałem sobie, że nie doczekam się odpowiedzi i czułem delikatne ukłucie. Ale ono wnet mijało, zabite zimnym piwem z puszki. Leżąc na kanapie, w stanie lekko błogim, przekonywałem siebie, że potem mogłoby być o wiele gorzej. Sprzeczki, kłótnie, wyrzuty, chora rywalizacja, a może nawet nienawiść czy pogarda. Na to wszystko byliśmy na szczęście za mądrzy.

 

*

Zacząłem tęsknić po dwóch tygodniach. I tak długo wytrzymałem, udając, że nic się nie dzieje, bo aż do momentu, gdy oddech stał się zbyt płytki, by napełnić płuca. Najpierw zacząłem jeść. I to nie tak, że śniadanie, obiad, kolacja. Odnalazłem radość z trzech śniadań, dwóch obiadów, deseru, i kilku ukradkowych kolacji, wyciąganych nocą z lodówki. Niekiedy budziłem się o czwartej rano i jadłem kolacjo-śniadanie. Niestety, od tej terapii kalorycznej nie zrobiło mi się wcale lżej, a wręcz przeciwnie, w przenośni, ale też dosłownie.

Gdy przestałem się mieścić w spodniach, a w pasku powoli kończyły się dziurki, zacząłem uprawiać jogging. Blady świt witałem uderzeniami tenisówek o asfalt, starając się skupić na rytmie, by nie mijać ławek parkowych, wyjących wspomnieniami, krzyczących minioną radością i wilgotnym smakiem już nie moich ust.

W grudniu zapisałem się na siłownię. Doszło do tego, że w fitness klubie spędzałem każdą wolną chwilę. Muszę zapomnieć o tej słodkiej cielesnej obecności w moim sercu, powtarzałem sobie. Potem pójdzie jak z płatka. Uczelnia, biblioteka, fitness, posiłki, sen. Nie, stop, snu nie było prawie wcale, tylko jakieś zawieszenie miedzy jawą a letargiem. Przestałem ścielić to cholerne łóżko. Kładłem się w ubraniu i odliczałem sekundy do poranka. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak wiele można zrobić w ciągu sekundy. Przekręcić się na lewy bok, a potem znów na prawy. Kopnąć zegarek, aż roztrzaska się o ścianę. Złowić cień komara na suficie. Polubiłem komary. Mogłem z czystym sumieniem zapalić światło i ganiać je z kapciem, by z triumfem na ustach zostawiać ich rozgniecione truchła na ścianach.

Potem postanowiłem zapisać się na boks. Byłem nawet na jednych zajęciach, ale prowadzący powiedział, że za dużo jest we mnie agresji. A ja myślałem, że właśnie o to w tym chodzi. Zniszczyć przeciwnika mentalnie i fizycznie, splunąć na jego leżące ciało, a potem pójść do szatni i zmyć z siebie bród śmierdzący testosteronem.

Na ferie zimowe pojechałem do domu. Pociąg klekotał, dudnił i skrzypiał. Krajobraz za oknem nic nie znaczył i to mnie uspokajało. Nareszcie, pomyślałem, jakie to proste, powrót do nieznanych mi już prawie miejsc. Odkrywanie na nowo smaku rosołu z kury, napychanie się pomarańczową jajecznicą, rozgryzanie skwarków. Słuchanie ojca, który będzie narzekał na polityków, ceny skupu, marne zbiory oraz cały znany mu i nieznany świat, który widział w telewizorze. Moje uzdrowienie stawało się coraz bardziej realne.

 

*

Brat okropnie wyrósł, na wiosnę miał iść do gimnazjum. Zaczął uganiać się za dziewuchami, choć tak naprawdę mgliście wiedział, po co. To znaczy, coś tam słyszał, od Józka Pawlaków, który miał już ich setki.

– Setki kobiet, obczajasz, brejdus – tak powiedział mój mały braciszek, którego nie tak dawno musiałem pilnować, by nie kradł jabłek w sadzie sąsiada i nie wiązał gęsiom dziobów.

Zapytałem go, co to znaczy mieć kobietę. Odparł, że nie wie, ale musi to być związane z siusianiem, bo widział, jak Józek po mszy włożył Kaśce od Wójcików rękę między nogi, a ona się bardzo ucieszyła.

Matka przysłuchiwała się tej naszej pierwszej braterskiej rozmowie o seksie ze zgrozą. Ale nic nie powiedziała, bo ona była ta cicha i posłuszna, a wychowaniem zajmował się tatko.

Do stołu zasiedliśmy dopiero, gdy wrócił ojciec. Podał mi rękę i zapytał:

– Potrzeba ci czego, Władek?

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.