Śledztwo - Stanisław Lem - ebook
Wydawca: Cyfrant Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 248 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 7 godz. 9 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śledztwo - Stanisław Lem

Scotland Yard bada budzące grozę przypadki przemieszczania się zwłok w kostnicach południowej Anglii. “Śledztwo” to na pierwszy rzut oka tradycyjny kryminał w stylu angielskim, jednak lawinowy wzrost współzależności we współczesnym świecie powoduje rozsadzenie uporządkowanej literackiej konwencji.

Opinie o ebooku Śledztwo - Stanisław Lem

Fragment ebooka Śledztwo - Stanisław Lem



Rozdział I

Staroświecka winda o szybach wyrzynanych w kwiatki sunęła w górę. Słychać było miarowe szczękanie kontaktów na piętrach. Stanęła. Czterej mężczyźni szli korytarzem, mimo dnia paliły się lampy.

Obite skórą drzwi się otwarły.

– Pozwólcie, panowie – powiedział stojący w nich człowiek.

Gregory wszedł za doktorem ostatni. I tu było prawie ciemno. Za oknem stały we mgle nagie gałęzie drzewa.

Główny Inspektor wrócił do biurka – czarnego, wysokiego, z rzeźbioną balustradką. Miał przed sobą dwa telefony i płaski mikrofon wewnętrznej instalacji. Na wypolerowanej płycie leżała jego fajka, okulary i płatek zamszu, nic więcej. Siadając z boku w głębokim fotelu, Gregory dostrzegł twarz królowej Wiktorii patrzącą z małego portreciku nad głową Głównego Inspektora. Ten spojrzał na nich kolejno, jakby ich liczył czy przypominał sobie ich twarze. Boczną ścianę zakrywała wielka mapa południowej Anglii, naprzeciw stała długa, czarna półka z książkami.

– Panowie orientujecie się w tej sprawie – powiedział Inspektor – którą ja znam tylko z protokołów. Dlatego chcę prosić o krótką rekapitulację faktów. Może pan zacznie, kolego Farquart.

– Tak, panie inspektorze, ale początek ja też znam tylko z protokołów.

– Na  s a m y m  początku nawet protokołów nie było – zauważył Gregory nieco za głośno. Wszyscy spojrzeli na niego. Z przesadną nonszalancją, energicznymi ruchami jął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu papierosów.

Farquart wyprostował się w swoim fotelu.

– Rzecz zaczęła się mniej więcej w połowie listopada ubiegłego roku. Być może pierwsze wypadki zaszły wcześniej, ale były bagatelizowane. Pierwszy meldunek policyjny dostaliśmy na trzy dni przed Bożym Narodzeniem i dopiero o wiele później, bo w styczniu, skrupulatne dochodzenia wykazały, że te historie ze zwłokami zdarzały się już poprzednio. Pierwszy meldunek pochodził z Engender. Miał on, ściśle rzecz biorąc, charakter półoficjalny. Nadzorca kostnicy, Plays, skarżył się komendantowi miejskiego posterunku, który, nawiasem mówiąc, jest jego szwagrem, że ktoś ruszał w nocy zwłoki.

– Na czym polegało to ruszanie?

Inspektor czyścił metodycznie okulary.

– Na tym, że zwłoki znajdowały się rano w innych pozycjach niż poprzedniego wieczora. Ściśle mówiąc, chodziło o jedne tylko zwłoki, zdaje się, pewnego topielca, który...

– „Zdaje się”? – wciąż tak samo obojętnym tonem powtórzył Główny Inspektor.

Farquart jeszcze bardziej wyprostował się w fotelu.

– Wszystkie zeznania są wtórnymi rekonstrukcjami, bo podówczas nikt nie przywiązywał do nich wagi – wyjaśnił. – Nadzorca kostnicy nie jest teraz zupełnie pewny, czy szło właśnie o zwłoki tego topielca, czy jakieś inne. Zaszła w samej rzeczy nieformalność: komendant posterunku w Engender, Gibson, nie zaprotokołował tego doniesienia, bo myślał...

– Nie będziemy chyba wdawali się w podobne szczegóły? – rzucił ze swego fotela mężczyzna siedzący pod półką z książkami. Przybrał on najswobodniejszą pozę. Nogę założył na nogę tak wysoko, że widać było żółte skarpetki i pasek nagiej skóry nad nimi.

– Obawiam się, że to konieczne – odparł oschle Farquart, nie patrząc na niego. Główny Inspektor nałożył wreszcie szkła i jego twarz, dotąd jakby nieobecna, nabrała przychylnego wyrazu.

– Stronę formalną śledztwa możemy sobie darować, przynajmniej na razie. Proszę, niech pan mówi, kolego Farquart.

– Tak, panie inspektorze. Drugi meldunek mieliśmy z Planting w osiem dni po pierwszym. Także i tam szło o to, że ktoś ruszał w nocy zwłoki w kostnicy cmentarnej. Zmarłym był robotnik portowy nazwiskiem Thicker, który chorował od dłuższego czasu i stanowił ciężar dla rodziny.

Farquart spojrzał kątem oka na Gregory’ego, który poruszył się niecierpliwie.

– Pogrzeb miał się odbyć rano. Członkowie rodziny, zjawiwszy się w kostnicy, zauważyli, że zwłoki leżą na twarzy, to znaczy plecami do góry, i miały ponadto porozrzucane ręce, co wywołało wrażenie, że ten człowiek... ożył. To znaczy, tak sądziła rodzina. W okolicy poczęły krążyć plotki o letargu; mówiono, że Thicker zbudził się z pozornej śmierci i tak się przeląkł tego, że leży w trumnie, że umarł, tym razem już na dobre.

– Były to oczywiście bajki – podjął Farquart. – Zgon został stwierdzony przez miejscowego lekarza ponad wszelką wątpliwość. Gdy jednak plotki rozeszły się po okolicznych miejscowościach, zwrócono uwagę, że o tak zwanym ruszaniu zwłok, a w każdym razie o znajdywaniu ich po upływie nocy w zmienionej pozycji, ludzie mówili już od niejakiego czasu.

– Od „niejakiego”, to znaczy? – spytał Inspektor.

– Tego niepodobna ustalić. Plotki odnosiły się do Shaltam i Dipper. Z początkiem stycznia przeprowadzono pierwsze jako tako systematyczne śledztwo siłami miejscowymi, gdyż sprawa nie wydawała się poważna. Zeznania miejscowej ludności były częściowo przesadzone, częściowo sprzeczne, wyniki śledztwa właściwie bez wartości. W Shaltam szło o ciało Samuela Filtheya, zmarłego na udar serca. Miał się „przewrócić w trumnie” w noc Bożego Narodzenia. Grabarz, który tak twierdzi, jest znany jako nałogowy alkoholik, jego słów nikt nie mógł potwierdzić. W Dipper znów szło o zwłoki umysłowo chorej kobiety znalezione rano na ziemi obok trumny w kostnicy. Mówiono, że wyrzuciła je pasierbica, która zakradła się w nocy do kostnicy, a uczyniła to z nienawiści. Doprawdy niepodobna zorientować się w tych wszystkich plotkach i pogłoskach. Ograniczały się do podawania nazwiska rzekomo naocznego świadka, ten zaś odsyłał znów do kogoś innego.

– Sprawę odłożyłoby się pewnie ad acta – Farquart mówił teraz szybciej – lecz 16 stycznia z kostnicy w Treakhill znikły zwłoki niejakiego Jamesa Trayle’a. Sprawę tę prowadził sierżant Peel, odkomenderowany przez nasz CIC. Zwłoki usunięto z kostnicy między dwunastą w nocy a piątą rano, kiedy to przedsiębiorca pogrzebowy wykrył ich nieobecność. Zmarły był mężczyzną... lat bodajże czterdziestu pięciu...

– Pan nie jest pewny? – zagadnął Główny Inspektor. Siedział z pochyloną głową, jakby się przyglądał sobie w lustrzanej politurze. Farquart odkaszlnął.

– Jestem pewny. Tak mi się powiedziało... Otóż zmarł on wskutek zatrucia gazem świetlnym. Był to nieszczęśliwy wypadek.

– Sekcja? – podniósł brwi Główny Inspektor. Pochyliwszy się w bok, pociągnął za rękojeść, która odmykała lufciki. W nieruchome, nagrzane powietrze pokoju wpłynął wilgotny powiew.

– Sekcji nie było, ale o tym, że to był nieszczęśliwy wypadek, przekonaliśmy się dokładnie. W sześć dni później, 22 stycznia, zaszedł drugi wypadek, w Spittoon. Znikły tam zwłoki 28-letniego Johna Stevensa, robotnika, który uległ śmiertelnemu zatruciu dzień wcześniej, czyszcząc kocioł w gorzelni. Zgon nastąpił koło trzeciej po południu, ciało odtransportowano do kostnicy, gdzie po raz ostatni widział je dozorca o dziewiątej wieczorem. Rano go już nie było. I tę sprawę prowadził sierżant Peel, jak w pierwszym wypadku, również bez wyników. Ponieważ w tym czasie nie braliśmy jeszcze pod uwagę możliwości zazębiania się tych dwu wypadków z poprzednimi...

– Może zechce pan na razie wstrzymać się od komentarzy, dobrze? To ułatwi nam przegląd faktów – zauważył Główny Inspektor. Uśmiechnął się uprzejmie do Farquarta. Suchą, lekką rękę położył na biurku. Gregory zapatrzył się mimo woli w tę starczą dłoń bez rysunku żył, zupełnie bezkrwistą.

– Trzeci wypadek zaszedł w Lovering. To jest już w obrębie Wielkiego Londynu – mówił dalej Farquart matowym głosem, jakby stracił ochotę do kontynuowania swej przydługiej relacji. – Wydział lekarski ma tam swoje nowe prosektoria. Zginęły z nich zwłoki 50-letniego Stewarta Aloneya, zmarłego na przewlekłą chorobę tropikalną, której nabawił się jako marynarz podczas rejsu do Bangkoku. Wypadek ten zdarzył się jedenaście dni po drugim zniknięciu, 2 lutego, to znaczy w nocy z 2 na 3. Tym razem śledztwo objął Yard. Prowadził je porucznik Gregory, który potem objął jeszcze jedną sprawę zniknięcia zwłok z kostnicy podmiejskiego cmentarza w Bromley. Stało się to 12 lutego, chodziło o zwłoki kobiety zmarłej po operacji raka.

– Dziękuję panu – powiedział Główny Inspektor. – Dlaczego sierżant Peel jest nieobecny?

– Choruje, panie inspektorze. Leży w szpitalu – odezwał się Gregory.

– Tak? A co mu jest?

Porucznik się zawahał.

– Nie jestem pewny, ale zdaje mi się, że coś z nerkami.

– Panie poruczniku, może pan streści nam teraz przebieg śledztwa?

– Tak, panie inspektorze.

Gregory odchrząknął, zaczerpnął tchu i strzepując popiół obok popielniczki, powiedział niespodzianie cicho:

– Nie mam się czym poszczycić. Zwłoki znikły we wszystkich przypadkach w ciągu nocy. Na miejscu nie było żadnych śladów ani oznak włamania. W kostnicach było to zresztą niepotrzebne. Na ogół nie są zamykane albo tak, że otworzy je dziecko zgiętym gwoździem...

– Prosektorium  b y ł o  zamknięte – odezwał się po raz pierwszy lekarz policyjny Sörensen. Siedział z głową odrzuconą do tyłu, uchodził wówczas uwagi jej niemiły kanciasty kształt. Masował delikatnie palcem podpuchłą skórę pod oczami.

Gregory zdążył pomyśleć, że Sörensen dobrze zrobił, obierając zawód, w którym przestaje przeważnie z nieboszczykami. Skłonił się z dworską niemal uprzejmością przed doktorem.

– Wyjął mi pan to z ust, doktorze. Na sali, z której znikły zwłoki, odkryliśmy otwarte okno. To znaczy, było przymknięte, ale nie zamknięte, jakby ktoś przez nie wyszedł.

– Pierwej musiał wejść – niecierpliwie rzucił Sörensen.

– To świetne spostrzeżenie – odpalił Gregory, pożałował tego i zerknął na Głównego, który milczał nieruchomy, jakby nic nie słyszał.

– Sala ta mieści się na parterze – podjął porucznik po sekundzie niezręcznego milczenia. – Wieczorem okno było zamknięte jak inne, tak brzmią zeznania służącego, który obstawał przy tym, że wszystkie okna były zamknięte. Sam to sprawdzał, ponieważ brał mróz i obawiał się, że mogą zamarznąć kaloryfery. Tam i tak mało palą, jak to w prosektoriach. Profesor Harvey, zawiadujący katedrą, wystawił służącemu najlepszą opinię. Ma to być człowiek wręcz nadmiernie pedantyczny. Można mu bezwzględnie wierzyć.

– Gdzie można się ukryć w tym prosektorium? – spytał Główny Inspektor. Popatrzył na zebranych, jakby na nowo uprzytomnił sobie ich obecność.

– Więc to... jest właściwie wykluczone, panie inspektorze. Wymagałoby to wspólnictwa służącego. Poza stołami sekcyjnymi nie ma tam żadnych mebli, ciemnych kątów, schowków... Są szafki w ścianach na płaszcze studentów i narzędzia, ale w żadnej nawet dziecko by się nie zmieściło.

– Czy pan rozumie to dosłownie?

– Proszę?

– Więc – dziecko też nie? – spytał spokojnie Inspektor.

– No... – porucznik zmarszczył brwi. – Dziecko, panie inspektorze, zmieściłoby się, ale najwyżej siedmio-, ośmioletnie.

– Czy pan mierzył te szafki?

– Tak – padła natychmiastowa odpowiedź. – Mierzyłem wszystkie, bo myślałem, że któraś jest może większa, ale nie. Żadna. Poza tym są ubikacje, toaleta, sale do ćwiczeń, w piwnicy – chłodnia i magazyn preparatów, a na piętrze – pokoje asystentów i gabinet profesora. Wszystkie te pomieszczenia służący obchodzi wieczorem, nawet po kilka razy, z własnej gorliwości, że tak powiem. Mówił mi o tym profesor. Nikt nie mógł się tam ukryć.

– A gdyby dziecko...? – poddał miękko Inspektor. Zdjął okulary, jakby rozbrajał ostrość spojrzenia. Gregory potrząsnął energicznie głową.

– Nie, to niemożliwe. Dziecko nie otworzyłoby okna. To są bardzo wielkie, wysokie okna z dwoma zamkami, na górze i na dole, które uruchamia tkwiąca we framudze dźwignia. Podobnie jak tutaj – Gregory wskazał na okno, z którego ciągnął zimny wiew. – Te dźwignie chodzą bardzo ciężko, służący skarżył się nawet na to. Sam zresztą próbowałem.

– On zwracał uwagę na to, jak ciężko chodzą? – powiedział Sörensen ze swym tajemniczym uśmieszkiem, którego Gregory nie cierpiał. Przemilczałby to pytanie, ale Główny Inspektor patrzał na niego wyczekująco, odrzekł więc niechętnie:

– Służący powiedział mi o tym, dopiero gdy przy nim otwierałem i zamykałem okna. Jest to nie tylko pedant, ale porządny nudziarz. Zrzęda – oświadczył dobitnie Gregory, patrząc niby to przypadkiem na Sörensena. Był z siebie zadowolony. – To zresztą naturalne w tym wieku – dodał pojednawczo – koło sześćdziesiątki, sklero... – Urwał zmieszany. Inspektor nie był młodszy. Próbował rozpaczliwie wymanewrować z ostatnich słów, ale nie umiał. Obecni trwali w absolutnej nieruchomości. Gregory wziął im to za złe. Główny Inspektor nałożył okulary.

– Czy pan skończył?

– Tak – Gregory się wahał – właściwie tak. To znaczy, co się tyczy tych trzech wypadków. W ostatnim zwróciłem szczególną uwagę na otoczenie, mam na myśli przede wszystkim nocny ruch w okolicy prosektorium. Konstable, którzy mieli w tym rejonie służbę, nie zauważyli nic podejrzanego. Kiedy objąłem sprawę, dowiedziałem się możliwie dokładnie o szczegółach poprzednich wypadków zarówno od sierżanta Peela, jak i bezpośrednio: byłem w tych wszystkich miejscowościach. Nie znalazłem jednak żadnej nici, żadnego śladu. Nic, zupełnie nic. Kobieta, która zmarła na raka, znikła z kostnicy w podobnych okolicznościach jak ów robotnik. Rano, gdy przyszedł ktoś z rodziny, trumna była pusta.

– Tak – powiedział Główny Inspektor. – Na razie dziękuję panu. Kolego Farquart, może pan teraz?

– Mam przejść do następnych? Tak, panie inspektorze.

„Powinien służyć w marynarce, zachowuje się jak przy porannym podnoszeniu flagi, i to przez całe życie” – pomyślał Gregory. Zachciało mu się westchnąć.

– Następne zniknięcie nastąpiło w Lewes siedem dni później, 19lutego. Szło o młodego robotnika portowego, który uległ wypadkowi samochodowemu. Doznał wewnętrznego krwotoku wskutek pęknięcia wątroby. Był operowany z sukcesem, jak mówili lekarze... ale nie wytrzymał operacji. Zwłoki znikły nad ranem. Czas mogliśmy określić z wyjątkową dokładnością, ponieważ koło trzeciej nad ranem zmarł niejaki Burton, którego siostra (on mieszkał z siostrą) tak bała się pozostawać z nieboszczykiem w jednym mieszkaniu, że postawiła na nogi właściciela zakładu pogrzebowego. Zwłoki zawieziono więc do kostnicy właśnie o trzeciej nad ranem. Dwaj pracownicy tego zakładu położyli ciało obok ciała tego robotnika...

– Pan chciał coś powiedzieć? – poddał Główny Inspektor.

Farquart przygryzł nieznacznie wąs.

– Nie... – powiedział wreszcie.

Nad gmachem dał się słyszeć przeciągły, narastający miarowo grzmot motorów lotniczych. Niewidzialny samolot przeleciał na południe. Szyby odezwały się cichym unisono.

– To znaczy... – zdecydował się Farquart – składając przyniesione zwłoki, jeden z posługaczy przesunął trupa tego robotnika, gdyż utrudniał mu dostęp. Otóż... on twierdzi, że to ciało – nie było zimne.

– Mhm – przytaknął Główny Inspektor, jakby szło o rzecz najzwyklejszą w świecie. – Nie było zimne? A jak on to określił? Czy potrafi pan powtórzyć jego słowa?

– Powiedział, że nie było zimne – Farquart mówił niechętnie, robiąc przerwy między słowami. – To brzmi idiot... to jest bezsensowne, ale ten posługacz upierał się, że tak było. Twierdzi, że powiedział to swemu towarzyszowi, ale tamten o niczym nie pamięta. Gregory przesłuchiwał ich obu, osobno, dwa razy...

Główny Inspektor bez słowa zwrócił twarz ku porucznikowi.

– Cóż, to bardzo gadatliwy i niezbyt wiarygodny człowiek, ten posługacz – pospieszył z objaśnieniem Gregory. – Takie odniosłem wrażenie. Facet z gatunku głupich, co to ogromnie lubią skupiać na sobie uwagę, gotów w odpowiedzi na każde pytanie opowiadać historię świata. Upierał się, że to był letarg „albo jeszcze gorzej” – to jego wyrażenie. Skądinąd zdziwiło mnie to, bo ludzie zawodowo pracujący przy zwłokach w letargi nie wierzą, temu przeczy ich doświadczenie.

– A co mówią lekarze?

Gregory milczał, oddając głos Farquartowi, który, jakby niezadowolony, że błahostce poświęca się tyle uwagi, rzekł, wzruszając ramionami:

– Zgon nastąpił poprzedniego dnia. Wystąpiły plamy opadowe, stężenie pośmiertne... był nieżywy jak kamień.

– Czy jeszcze coś...?

– Tak. Podobnie jak w poprzednich wypadkach zwłoki te były ubrane do pochówku. Tylko zwłoki Trayle’a, które znikły w Treakhill, nie były ubrane. Przedsiębiorca pogrzebowy miał się tym zająć dopiero nazajutrz. Stało się tak dlatego, ponieważ rodzina nie chciała zrazu dać ubrania. To znaczy, zabrała je. A kiedy przynieśli inne, ciała już nie było...

– A w innych wypadkach, powiada pan?

– Zwłoki tej kobiety też były ubrane. Tej po operacji raka.

– Jak?

– No... w suknię.

– A buciki? – spytał Główny Inspektor tak cicho, że Gregory pochylił się do przodu.

– Buciki też miała...

– A ostatnie?

– Te ostatnie... otóż, nie były ubrane, ale równocześnie (jak można sądzić) znikła zasłona, która odgradzała niewielką wnękę w głębi kostnicy. Była to czarna płachta poruszająca się na pręcie, a zawieszona na metalowych kółkach, do których była przyszyta jak portiera. Na tych kółkach zostały strzępy płótna.

– Została zdarta?

– Nie. Pręt jest cienki i nie wytrzymałby mocnego szarpnięcia. Ten strzęp...

– Pan próbował złamać ten pręt?

– Nie.

– Więc skąd pan wie, że nie wytrzymałby?

– Tak, na oko...

Główny Inspektor zadawał pytania spokojnie, wpatrując się w szkło szafki odbijające prostokąt okienny, czynił to, jakby myśląc o czymś innym, a jednak padały one po sobie szybko, tak szybko, że Farquart ledwo nadążał z odpowiedziami.

– Dobrze – zakonkludował Główny Inspektor. – Czy te strzępy były badane?

– Tak. Doktor Sörensen...

Lekarz przestał masować swój spiczasty podbródek.

– Płótno zostało przerwane czy raczej przetarte ze znacznym mozołem, a nie odcięte. To pewne. Tak jakby je... jakby je ktoś odgryzł. Zrobiłem nawet parę prób. Obraz mikroskopowy jest taki sam.

W krótkim milczeniu, które zapanowało, odezwał się daleko silnik samolotowy stłumiony przez mgłę.

– Czy oprócz tej zasłony jeszcze coś zginęło? – spytał wreszcie Inspektor.

Doktor spojrzał na Farquarta, który skinął głową.

– Tak. Rolka plastra, duża rolka plastra, zapomniana na stoliku przy drzwiach wejściowych.

– Plaster? – uniósł brwi Inspektor.

– Oni go używają do podtrzymania brody... żeby szczęka nie opadała – wyjaśnił Sörensen. – Kosmetyka grobu – dodał z sardonicznym uśmiechem.

– To wszystko?

– Tak.

– No a zwłoki z prosektorium? Czy też były ubrane?

– Nie. Ale tę sprawę... o tym wypadku mówił już Gregory...

– Zapomniałem o tym powiedzieć – zaczął szybko porucznik z niemiłym uczuciem, że przyłapano go na roztargnieniu. – Ciało było nieubrane, ale służący nie mógł się dorachować jednego płaszcza lekarskiego i paru białych płóciennych spodni, jakich studenci używają w lecie. Podobno brakło też kilku par tekturowych trepów. Co prawda, mówił mi, że tych rzeczy nigdy nie może się doliczyć, podejrzewał praczkę o niedbalstwo, a nawet o kradzież.

Inspektor odetchnął głęboko i stuknął okularami w biurko.

– Dziękuję. Doktorze Sciss, czy mogę teraz pana prosić?

Sciss nie zmienił swej nonszalanckiej pozy. Mruknął coś niewyraźnie, kończąc pospiesznie notować w otwartej teczce, którą podtrzymywał ostrym, wysoko uniesionym kolanem.

Przekrzywiwszy ptasią głowę, trochę już łysiejącą, z rozmachem zamknął teczkę. Schował ją pod fotel, wydłużył cienkie wargi, jakby chciał gwizdnąć, i wstał, zacierając ręce o wydatnych, artretycznych stawach.

– Zaproszenie mnie traktuję jako pożyteczne novum – powiedział wysokim głosem zatrącającym o falset. – Z natury rzeczy popadam łatwo w ton wykładu, co może panom nie odpowiadać, ale jest to nie do uniknięcia. Serię, o której mowa, zbadałem – o ile było to możliwe. Klasyczne metody śledztwa – kolekcjonowanie śladów i poszukiwanie motywów – zawiodły zupełnie. Musiałem zatem użyć metody statystycznej. Cóż ona daje? Na miejscu przestępstwa można często określić, jaki fakt ma z nim związek, a jaki nie. Na przykład kształty krwawych plam w pobliżu zwłok zamordowanego mają związek ze zbrodnią i mogą sporo rzec o jej przebiegu. Natomiast fakt, czy w dniu zabójstwa płynęły nad domem cumulusy czy cirrostratusy, albo też czy druty telefoniczne przed domem są z aluminium czy z miedzi, można uznać za nieistotny. Co się natomiast tyczy naszej serii, to z góry niepodobna w ogóle określić, jakie fakty towarzyszące były związane z przestępstwem, a jakie nie.

– Gdyby zaszedł jeden tylko wypadek – ciągnął Sciss – bylibyśmy bezradni. Szczęśliwie zdarzyło się ich więcej. Oczywiste, że ilość przedmiotów i zjawisk, jakie w krytycznym czasie znajdowały się czy zachodziły w pobliżu miejsca wydarzeń, jest praktycznie nieskończona. Że jednak mamy przed sobą serię, musimy oprzeć się na tych głównie faktach, które towarzyszyły wszystkim bądź prawie wszystkim wypadkom. Będziemy zatem postępowali metodą statystycznego zestawiania zjawisk. Metoda ta nie była dotąd prawie stosowana w śledztwie i rad jestem, że mogę panom ją dzisiaj przedstawić – wraz z pierwszymi jej wynikami...

Doktor Sciss, który stał dotąd za swoim fotelem jak za katedrą, zrobił na długich nogach kilka kroków w stronę drzwi, zawrócił niespodziewanie, przekrzywił głowę i ciągnął, patrząc w przestrzeń między siedzącymi:

– Otóż po pierwsze, mieliśmy przed zjawiskiem właściwym stadium – nazwiemy je tak umownie – „zwiastunów”. Zwłoki zmieniały pozycję. Jedne obrócono plecami do góry, inne na bok, inne znów znaleziono na ziemi obok trumny.

Po drugie, wszystkie, które znikły, z jednym wyjątkiem, były zwłokami mężczyzn w sile wieku.

Po trzecie, za każdym razem, z wyjątkiem znów pierwszego, zatroszczono się o jakieś okrycie dla ciała. Dwa razy było to ubranie, raz prawdopodobnie płaszcz lekarski i białe spodnie, a raz – czarna płócienna zasłona.

Po czwarte, zawsze były to zwłoki niepoddane sekcji, dobrze zachowane i możliwie nieuszkodzone. Od śmierci upłynęło w każdym przypadku nie więcej niż trzydzieści godzin. I to godne jest uwagi.

Po piąte, wszystkie wypadki, znowu z wyjątkiem jednego, nastąpiły w kostnicy cmentarnej małego miasteczka, do której dostęp jest z reguły dość łatwy. Nie daje się tylko włączyć tu zniknięcia ciała z prosektorium.

Sciss zwrócił się do Inspektora:

– Potrzebny mi jest silny reflektor. Czy mogę dostać coś takiego?

Inspektor włączył mikrofon i powiedział cicho kilka słów. W zaległym milczeniu Sciss wydobywał powoli ze swej obszernej jak miech skórzanej torby złożony wielokrotnie arkusz kalki pokrytej kolorowymi rysunkami. Gregory przypatrywał się temu, odczuwając mieszaninę niechęci i ciekawości. Drażniła go wyższość, jaką okazywał im naukowiec. Zdusił papierosa i usiłował na próżno zorientować się, co kryje płachta kalki szeleszcząca w nieporadnych rękach Scissa.

Ten naddarł ją z boku, położył na biurku, wygładził przed nosem Inspektora, niby go nie dostrzegając, podszedł do okna i zaczął wyglądać na ulicę, trzymając się jednocześnie palcami jednej ręki za przegub drugiej, jakby liczył uderzenia pulsu.

Drzwi się otwarły, wszedł policjant z aluminiowym reflektorem na wysokim statywie i włączył go do kontaktu. Sciss zaświecił lampę, zaczekał, aż drzwi zamkną się za policjantem, i skierował mocny krąg światła na wielką mapę Anglii. Potem nakrył kalką mapę. Ponieważ mapa nie przezierała spod mlecznego papieru, zabrał się do przesuwania reflektora. Zdjął też mapę ze ściany (przy czym niebezpiecznie zachwiał się na krześle) i niezgrabnie rozwiesił ją na wieszaku, który przeciągnął z kąta na środek pokoju. Reflektor umieścił z tyłu, tak że teraz jego blask prześwietlał na wylot mapę i nałożoną na nią kalkę, którą trzymał w szeroko rozpostartych rękach. Była to pozycja – z wyprostowanymi i wzniesionymi ramionami – nad wyraz niewygodna.

Sciss przesunął jeszcze stojak nogą, wreszcie znieruchomiał. Trzymając kalkę u samej góry, odezwał się, odwracając głowę w bok:

– Proszę zwrócić uwagę na okolicę, w której zdarzyły się nasze wypadki.

Głos doktora był jeszcze wyższy niż przedtem, może z powodu starannie ukrywanego wysiłku.

– Pierwsze zniknięcie nastąpiło w Treakhill 16 stycznia. Proszę zapamiętać miejsca i daty. Drugie – 22 stycznia – w Spittoon. Trzecie – w Lovering 2 lutego. Czwarte – w Bromley 12 lutego. 19 lutego w Lewes zaszedł wypadek ostatni. Jeżeli za punkt wyjściowy przyjmiemy miejsce pierwszego wypadku i zatoczymy wokół niego rosnącym promieniem koła, to stwierdzimy to, co przedstawia rysunek na mojej kalce.

Plama światła mocno i wyraźnie odgraniczała część południowej Anglii przylegającą do Kanału. Pięć współśrodkowych kół obejmowało pięć miejscowości zaznaczonych czerwonymi krzyżykami. Pierwszy widniał w centrum, następne coraz dalej ku obwodowi największego koła.

Gregory zmęczył się już niemal oczekiwaniem na objawy znużenia Scissa, którego ręce wzniesione w górę i trzymające brzeg kalki nawet nie zadrżały.

– Jeżeli panowie będą sobie tego życzyli – powiedział ostrym głosem Sciss – to mogę później przedstawić szczegóły mych obliczeń. Teraz podam tylko ich wynik. Każdy wypadek następował w ten sposób, że im później się zdarzał, tym dalej był położony od ośrodka, to jest miejsca pierwszego. Występuje nadto druga prawidłowość: czasy między poszczególnymi wypadkami są, licząc od pierwszego, coraz dłuższe, nie tak co prawda, aby miały się do siebie w jakiejś określonej proporcji. Jeżeli jednak uwzględnić dodatkowy czynnik – temperaturę – to okaże się, że zachodzi pewna nowa regularność. Mianowicie iloczyn czasu, jaki upłynął między dwoma wypadkami, i odległości dzielącej dwa kolejne miejsca zniknięcia ciał od centrum staje się wielkością stałą – gdy pomnożyć go przez różnicę panującej w obu razach temperatury...

– W ten sposób – podjął po chwili Sciss – otrzymujemy liczbę stałą o wielkości pięć do dziewięciu centymetrów na sekundę i stopień. Mówię pięć do dziewięciu, ponieważ dokładny moment zniknięcia nie został w żadnym wypadku stwierdzony. Zawsze mamy do czynienia z szerokim, kilkugodzinnym przedziałem czasu w ciągu nocy, albo ściślej: w drugiej połowie nocy. Jeżeli za wartość rzeczywistą stałej przyjmiemy średnią siedem centymetrów, to wówczas po dokonaniu obliczeń, które zrobiłem, uderza ciekawa rzecz. Przyczyna zjawiska, które posuwało się miarowo od środka ku obwodowi tego obszaru, nie leży w Treakhill, ale jest przesunięta w stronę zachodnią ku miejscowościom Timbridge-Wells, Engender i Dipper... to znaczy tam, gdzie krążyły pogłoski o „ruszaniu” trupów. Jeśli zaś ważyć się na eksperyment polegający na zupełnie już ścisłym umiejscowieniu punktu stanowiącego geometryczne centrum zjawiska, to znajdzie się on nie w żadnej kostnicy, ale osiemnaście mil na południowy zachód od Shaltam – na terenie moczarów i nieużytków Chinchess...

Inspektor Farquart, który słuchał tego wywodu z czerwieniejącym coraz bardziej karkiem, nie wytrzymał.

– Czy pan chce przez to powiedzieć – wybuchnął – że z tych przeklętych bagien wylazł jakiś duch, który płynąc powietrzem, niewidzialny, porywał kolejno jedne zwłoki za drugimi?!

Sciss zwijał powoli swój rulon. W świetle ukrytego reflektora, chudy i czarny na tle zielonkawo jaśniejącej mapy, podobny był bardziej niż kiedykolwiek do ptaka (bagiennego – dodał w duchu Gregory). Schował starannie kalkę do swej przepaścistej teczki i wyprostowawszy się, z twarzą naznaczoną czerwonymi plamami popatrzył zimno na Inspektora.

– Nic nie chcę powiedzieć poza tym, co wynika ze statystycznej analizy – oświadczył. – Istnieją związki bliskie, na przykład między jajkami, wędzonką i żołądkiem, oraz związki odległe, trudniej dostrzegalne, na przykład między politycznym ustrojem kraju a przeciętnym wiekiem zawierania małżeństw. Zawsze jednak chodzi o określoną korelację dającą podstawy do mówienia o skutkach i przyczynach.

Dużą, starannie złożoną chustką do nosa wytarł drobne kropelki potu znad górnej wargi, schował chustkę do kieszeni i ciągnął dalej:

– Ta seria wypadków jest trudna do wyjaśnienia. Należy się powstrzymać od jakichkolwiek uprzedzeń. Jeślibym miał się spotkać z nimi ze strony panów, zmuszony będę porzucić tę sprawę, jak i współpracę z Yardem.

Wyczekał chwilę, jakby w nadziei, że ktoś podejmie rzuconą rękawicę, po czym, podszedłszy do ściany, zgasił reflektor. Zrobiło się prawie zupełnie ciemno. Sciss szukał przez chwilę kontaktu, wodząc ręką po ścianie.

Blask sufitowej lampy zmienił pokój. Stał się pozornie mniejszy, a oślepiony, mrugający oczami Główny Inspektor przez mgnienie przypomniał Gregory’emu jego starego wuja. Sciss wrócił do mapy.

– Gdy podjąłem badania, od pierwszych dwu wypadków upłynęło już tyle czasu, albo żeby nie upiększać, policja poświęciła im w swych „dossiers” tak mało uwagi, że ścisła rekonstrukcja faktów pozwalająca stwierdzić, co się działo godzina po godzinie, była rzeczą niemożliwą. Ograniczyłem się zatem do pozostałych trzech wypadków. We wszystkich trzech panowała mgła – dwa razy gęsta, a raz nadzwyczaj gęsta. Nadto w promieniu kilkuset metrów przejeżdżały rozmaite samochody – nie było co prawda żadnych „podejrzanych”, ale nie bardzo wiem, na czym miałoby się takie podejrzenie oprzeć. Przecież nikt nie wybierałby się na podobną wyprawę autem z napisem „przewóz skradzionych ciał”. Auto mogłoby ewentualnie parkować w dość znacznej nawet odległości od miejsca kradzieży. Wreszcie dowiedziałem się, że we wszystkich trzech wypadkach w okresie zmierzchu (przypominam, że zniknięcie następowało zawsze nocą) zauważono w pobliżu... – Sciss zrobił maleńką przerwę i głosem cichym, lecz dobitnym zakończył: – ...jakieś zwierzę domowe, którego tam normalnie nie spotykano, a przynajmniej, którego moi rozmówcy nie znali i nigdy tam nie widzieli. Dwa razy był to kot, a raz pies.

Rozległ się krótki śmiech, który przeszedł zaraz w lichą imitację kaszlu. Śmiał się Sörensen. Farquart ani się nie poruszył, ani nie odezwał, nawet gdy Sciss robił wątpliwe dowcipy na temat „podejrzanych” samochodów.

Przez ułamek sekundy Gregory pochwycił spojrzenie, które Główny Inspektor skierował na Sörensena. Nie było w nim napomnienia, nie było nawet surowości, tylko aż fizycznie wyczuwalny ciężar.

Doktor kaszlnął raz jeszcze dla uratowania pozorów i nastała cisza. Sciss patrzał nad ich głowami w ciemniejące okno.

– Statystyczna ważkość ostatniego spostrzeżenia jest pozornie niewielka – ciągnął, popadając coraz częściej w falset. – Stwierdziłem jednak, że w tych okolicach bezdomne psy lub koty praktycznie nigdy się niemal nie włóczą. Poza tym jedno z tych zwierząt – mianowicie psa – znaleziono nieżywe w czwartym dniu po zniknięciu zwłok. Biorąc to pod uwagę, pozwoliłem sobie ogłosić w ostatnim wypadku, w którym pojawił się wieczorem kot, nagrodę za wykrycie zwłok tego stworzenia. Dziś rano otrzymałem wiadomość, która uczyniła mnie uboższym o piętnaście szylingów. Kot leżał pod śniegiem w kępie krzaków, znalazły go dzieci szkolne – w odległości niecałych dwustu kroków od cmentarnej kostnicy.

Sciss podszedł do okna zwrócony plecami do pokoju, jakby chciał wyjrzeć na dwór, ale tam nic już nie było widać oprócz lampy ulicznej chwiejącej się w porywach wiatru, miarowo przebłyskującej zza cienia rzucanego przez gruby konar drzewa.

Zamilkł na dobre. Końcami palców gładził brzeg swej zbyt luźnej, szarej marynarki.

– Czy pan skończył, doktorze?

Na głos Shepparda Sciss się odwrócił. Nikły, chłopięcy prawie uśmiech odmienił znienacka jego małą twarz, w której wszystkie rysy były nieproporcjonalne, z drobnymi poduszeczkami policzków pod szarymi oczami, prawie bez podbródka, tak cofniętą miał szczękę.

„Ależ to po prostu chłopiec, wieczny niedorostek... i jaki miły!” – ze zdumieniem pomyślał Gregory.

– Chciałbym jeszcze powiedzieć parę słów, ale jako ostatni – rzekł Sciss i wrócił na swoje miejsce.

Inspektor zdjął okulary. Oczy miał zmęczone.

– Dobrze. Kolego Farquart, proszę, jeżeli ma pan coś do powiedzenia w tej sprawie.

Farquart odezwał się niechętnie:

– Prawdę mówiąc, niewiele. Tradycyjnie i po staremu zastanawiam się nad tą całą „serią”, jak ją nazywa doktor Sciss. Myślę, że niektóre, przynajmniej niektóre pogłoski musiały być prawdziwe. Rzecz chyba prosta – sprawca chciał w Shaltam czy gdzie indziej ukraść zwłoki, ale został spłoszony. Udało mu się dopiero w Treakhill. Był wtedy jeszcze „nowicjuszem”, ciało znikło nagie. Widać nie orientował się, że transport w takim stanie musi nastręczyć siłą rzeczy znacznych trudności, większych w każdym razie niż przewiezienie nierzucających się tak w oczy zwłok ubranych. To właśnie spowodowało, że zmienił taktykę, starając się o przyodziewek. Ponadto i wybór zwłok nie był za pierwszym razem „najlepszy” – myślę o tym, co doktor Sciss określił jako poszukiwanie ciała „w dobrym stanie”. Kostnica w Treakhill mieściła innego jeszcze zmarłego, człowieka młodego, zachowanego lepiej od tego, który zniknął. To chyba wszystko...

– Pozostaje motywacja działania – podjął po chwili. – Widzę takie możliwości: nekrofilia, obłęd bądź działanie jakiegoś, jakiegoś, powiedzmy, naukowca. Wolałbym, żeby się w tej sprawie wypowiedział doktor Sörensen.

– Nie jestem psychologiem ani psychiatrą – prawie opryskliwie rzucił doktor. – Nekrofilię można w każdym razie wykluczyć. Dotknięci nią bywają wyłącznie osobnicy ciężko upośledzeni umysłowo, debile, kretyni, na pewno niezdolni do planowania jakiejś bardziej skomplikowanej akcji. To nie ulega wątpliwości. Dalej, obłęd, moim zdaniem, można wykluczyć. Nic nie pozostawiono przypadkowi, za dużo skrupulatności, żadnych potknięć – takiej logiki działania obłąkani na ogół nie wykazują.

– Paranoja? – cicho poddał Gregory. Lekarz spojrzał na niego niechętnie. Przez chwilę zdawał się smakować z powątpiewaniem to słowo na języku, potem wykrzywił cienkie, żabie usta.

– Nie. To znaczy, nie wydaje mi się – osłabił kategoryczność swego sprzeciwu. – Obłęd nie jest, proszę panów, workiem, do którego można pakować wszystkie czyny ludzkie o niepojętych dla nas motywach. Obłęd ma swoją strukturę, swoją logikę postępowania. Na upartego nie da się wykluczyć ewentualności, że jakiś ciężki psychopata, tak, psychopata, właśnie psychopata mógłby być sprawcą. To jedyna możliwość...

– Psychopata ze skłonnościami do matematyki – zauważył niby od niechcenia Sciss.

– Jak pan to rozumie?

Sörensen zaglądał w twarz Scissowi z głupawo-szyderczym uśmieszkiem, w którym było coś obraźliwego. Nie domknął ust.

– No, psychopata, który obliczył sobie, jak to będzie zabawnie, jeżeli iloczyn z odległości i czasu między kolejnymi wypadkami, pomnożony przez różnicę temperatur, będzie pewną stałą, constans.

Sörensen nerwowym ruchem głaskał się po kolanie, potem zabębnił po nim palcami.

– Bo ja wiem... Można mnożyć i dzielić przez siebie różne rzeczy, długość lasek przez szerokość kapeluszy, i mogą z tego wyniknąć różne stałe albo niestałe.

– Pan sądzi, że ośmiesza w ten sposób matematykę? – zaczął Sciss. Widać było, że ma na języku coś ostrego.

– Przepraszam. Chciałbym usłyszeć pana zdanie o trzecim możliwym motywie – Sheppard patrzył na Sörensena jak przedtem.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.