Sklep potrzeb kulturalnych - po remoncie - Antoni Kroh - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Sklep potrzeb kulturalnych - po remoncie ebook

Antoni Kroh

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 514 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sklep potrzeb kulturalnych - po remoncie - Antoni Kroh

Sklep potrzeb kulturalnych – po remoncie to pokłon oddany kulturze podhalańskiej, wyznanie miłosne maskowane ironią i żartem. Próba oddania atmosfery Podhala lat 50., 60. i 70., całkowicie subiektywna, bez naukowego zadęcia.

Po latach od pierwszego wydania Sklep potrzeb kulturalnych przeszedł gruntowny remont i dziś oddajemy go w ręce Czytelników w odnowionej postaci.

Antoni Kroh jest etnografem, ale sporo lat wcześniej – co nie tylko etnografom się przydarza – był małym chłopcem. Chłopiec urodził się wprawdzie w Warszawie, jednak przez pierwsze lata nauki mieszkał w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie chodził do miejscowej szkoły. Były to czasy Bieruta, w szkole panowała programowa nuda i szarzyzna. Ale dobrego pisarza poznaje się m.in. po tym, że nawet o szarzyźnie pisze kolorowo. Toteż książka roi się od uciesznych opowiastek i postaci podpatrzonych bystrym okiem dziecka. W miarę czytania anegdotki trochę rzedną i do głosu dochodzi etnograf, który podhalańskie tereny zna od dawna i dobrze. Wraz z ich historią prawdziwą i zmyśloną (…)

Wisława Szymborska

Opinie o ebooku Sklep potrzeb kulturalnych - po remoncie - Antoni Kroh

Cytaty z ebooka Sklep potrzeb kulturalnych - po remoncie - Antoni Kroh

wszystko. Niedługo potem oddali ją do przytułku. Zakończyła życie w romantycznych okolicznościach. Rozmawiała o wiele dłużej niż wypadało, raz, drugi, z jedynym mężczyzną na sali, obiektem powszechnej kobiecej adoracji. Główna rywalka poczuła się zagrożona, zaszła od tyłu, pacnęła czymś ciężkim. Babka padła trupem, a jej morderczyni po chwili także nie żyła. Prokuratury nie zawiadomiono, bo co tu wyjaśniać; lekarz pośpiesznie wystawił dwa świadectwa zgonu. Pochowano je obok siebie, za jednym zamachem. Ich Apollo westchnął

Fragment ebooka Sklep potrzeb kulturalnych - po remoncie - Antoni Kroh












Po kilkunastu latach eksploatacji Sklep prosił się o remont. Trzeba było usunąć zmurszałe fragmenty oraz wzmocnić konstrukcję nowymi rozdziałami. Należało również poprawić błędy i nieścisłości wytknięte przez Czytelników, poszerzyć literaturę przedmiotu, a także przyjrzeć się niektórym zjawiskom ostatniej dekady.

Hala Gąsienicowa, około 1940


Zostańmy tu aż do niedzieli,

Tu się napatrzyć można dość

ciężkich frajerów, co myśleli,

że znajdą coś… odmienią coś…

Zna dobrze ich marzenia wszystkie,

kruche jak porcelana z Chin,

Księżyc nad Kościeliskiem,

Księżyc nad Kościeliskiem,

Księżyc nad Kościeliskiem – béguine…

I cicho żegna w noc pochmurną

tych, co ku szczęściu mkną na skrót:

„Wyście są, ludzie, do tela durne, co cud…”

Wojciech Młynarski


Góralszczyzna dla początkujących


Moja Babcia skończyła carskie gimnazjum w Zgierzu. Uparła się dalej studiować, przetrzymała rodzinne perswazje i wyjechała za granicę, do Krakowa. W tamtych czasach student płci żeńskiej to był rzadki ptak; Babcia wspominała, jak podczas egzaminu pan profesor, rycerski wobec dam, ale nietolerujący ich na uczelni, spytał z wyszukaną uprzejmością, czy nie obiło jej się o uszy nazwisko – najmocniej przepraszam, że ośmielam się Łaskawą Panią fatygować – Adam Mickiewicz. Wyjaśniła lodowatym tonem, że owszem, obiło, pan profesor zachwycił się niezwykłą jak na kobietę erudycją i wycedził: – Nie chciałbym być natrętnym, ale skoro Czcigodna Pani zdecydowała się zostać akademiczką, to może byłaby Pani tak uprzejmą natężyć pamięć i wymienić ze trzy utwory tego poety… Uczyniła zadość jego prośbie, wpadł w zachwyt, wpisał stopień celujący i w lansadach odprowadził do drzwi. Babcia bardzo chciała się nie rozpłakać i prawie jej się to udało. Inny pan profesor oznajmił z katedry, że skoro kilka dam wyświadczyło mu ten zaszczyt i raczyło uświetnić jego wykład swoją obecnością, to on uważa za swój obowiązek zmienić temat, bo musi pilnie wyjaśnić, jak odróżniać grzyby trujące od jadalnych, by Urocze Słuchaczki nie wymordowały swoich ewentualnych przyszłych mężów. Tenże profesor zwracał się do Babci per „Jaśnie Oświecony Pan Anna Bobińska”.

Dzisiejsza walka polskich feministek o równouprawnienie nie da się porównać z ówczesną aurą. Można więc sobie wyobrazić, dlaczego dziewczęce przyjaźnie z tamtych lat trwały aż po grób i przenosiły się na kolejne pokolenia.

Uniwersytecka przyjaciółka mojej Babci nazywała się Malwina Chrząszcz. Ukończyła biologię, wyszła za Gustawa Doborzyńskiego. Z pochodzenia był lublinianinem; konspirator, uciekł do Krakowa przed carskimi represjami i zrobił doktorat z fizyki. Po wojnie państwo Doborzyńscy zamieszkali w Warszawie. Ona od 1919 roku wykładała w Gimnazjum Królowej Jadwigi, on w Szkole Inżynierskiej Wawelberga i Rotwanda. Mieli dwoje dzieci, dorobili się ładnego mieszkania na Filtrowej, a pod koniec lat dwudziestych wystawili letni dom na odludziu, w Bukowinie.

Dom Ludowy, lata pięćdziesiąte

W latach trzydziestych Bukowina z prymitywnej, zapadłej dziury przeobraziła się w modne letnisko, Bukowinę Tatrzańską – za sprawą niewielkiej grupy ludzi, między innymi państwa Doborzyńskich, którzy działalność społeczną mieli we krwi. Dowodził nimi Franciszek Ćwiżewicz, nauczyciel, z żoną Michaliną. Ta niewielka grupa, złożona z miejscowych i przyjezdnych, wykształconych i ledwie piśmiennych, działała bardzo sprawnie; to głównie dzięki nim Bukowina uniknęła losu Zakopanego i pozostała piękną wsią. Gdy trzeba było coś załatwić w Warszawie, panowie przygotowywali grunt, potem jechała delegacja górali w paradnych strojach, a te otwierały drzwi najwyższych urzędów. Ludzie ci, widząc gorączkowe wykupywanie parcel i początki chaotycznej zabudowy, już w 1932 roku wystąpili do ministerstwa o plan regulacyjny. Doprowadzili do budowy gościńca z Poronina, uruchomienia poczty, przyciągnęli elektryczność, telefon, wymyślili zmianę nazwy wsi, wydawali pocztówki i broszury. Założyli, chyba jedyną w Polsce, spółdzielnię kulturalno-oświatową „Dom Ludowy”, działa do dzisiaj. Gdy kupowano plac pod Dom i rozpoczynano budowę, to Józef Chowaniec, Jacek Głód, Wiktoria i Józef Bigosowie dali całe swoje ojcowizny pod zastaw hipoteczny na pożyczkę bankową[1]. Architekt Józef Ćwiżewicz, brat Franciszka, zaprojektował budynek i pożyczył sporą sumę z własnych oszczędności. Udało się tanio kupić aparaturę objazdowego kina i taśmy filmów oświatowych.

Bukowina, to jedna z najkulturalniejszych wsi na Podhalu. (…) Wytworzył się w Bukowinie, za sprawą Towarzystwa Przyjaciół Bukowiny i ogniska Podhalan, chwalebny zwyczaj, że na początku sezonu ustala się ceny wytworów spożywczych na wspólnem zebraniu górali tutejszych z letnikami[2].

W czasie wojny pani Doborzyńska pracowała w tajnym nauczaniu. W 1940 roku owdowiała. Gdy wybuchło Powstanie, akurat była poza domem, a gdy wreszcie po pół roku udało jej się wrócić, na progu stała dzika lokatorka z dzieckiem na ręku, krzycząca, że je zabije, jeśli prawowita właścicielka będzie próbowała ją wyrzucić. Więc pani Doborzyńska wyprowadziła się na resztę życia do Bukowiny. Była spolegliwą sąsiadką, doradzała w rozmaitych sprawach, pomagała góralskim dzieciom w nauce, bo po prostu taka była.

Sąsiedzi z Olczańskiego Wierchu zapamiętali ją jako osobę niezwykle energiczną, życzliwą i pogodną, zawsze uśmiechniętą i chętną do pomocy. Uczyła miejscowe kobiety zasad higieny osobistej i czystości. Radziła, jak się właściwie odżywiać i jak sobie radzić przy różnych dolegliwościach. Uczyła dzieci, opatrywała rany i skaleczenia, dawała zastrzyki itp[3].

Jej symbioza z sąsiadami była czymś oczywistym. Kiedyś rąbała drwa przed domem. Przechodził góral. Spojrzał, przystanął.

– Dejciez mi to, pani.

Wyjął staruszce z ręki siekierę, rąbał z godzinę, wbił siekierę w pień, pochwalił Pana Boga i poszedł. Chciała go czymś poczęstować, ale grzecznie się wymówił.

– Kto to był?

– Nie wiem. Nie znam go. Może bukowianin, może z Gliczarowa albo z Gronia.

– Nie trzeba było mu zapłacić?

– Ale skąd. Obraziłby się.

Miałem sześć lat, dusiła mnie astma i nie bardzo było wiadomo, co ze mną robić; Mama po śmierci ojca musiała iść do pracy, Babcia miała wojenną gruźlicę oraz parę innych chorób.

Nie wiem, jak dorośli porozumieli się w mojej sprawie. Pewnie pani Doborzyńska sama wyszła z propozycją. No i wzięła sobie na głowę nadwrażliwego, chorego miejskiego dzieciaka, jakby to był jej wnuk.

Mieszkałem w Bukowinie, z przerwami, między szóstym a czternastym rokiem życia – gdy człowiek jest najchłonniejszy i to co najważniejsze się w nim odkłada. Chodziłem tam do piątej, szóstej i siódmej klasy.

Nie wiem, która to była pora roku. Jechaliśmy z Poronina ciężarówką pełniącą obowiązki autobusu. Na pace przybito deski, aby pasażerowie mogli siedzieć; gdy wszyscy się ulokowali, kazano mi mocno chwycić barierkę, a ciężarówkę nakryto dziurawą plandeką. Kilka razy trzeba było wysiadać przed drewnianymi mostkami; ludzie przechodzili piechotą, a za nimi powolutku, pod strachem bożym, przeczołgiwała się pusta ciężarówka.

Wysiedliśmy na Klinie. Zapamiętałem tylko białe Tatry, ostre powietrze, wiatr i straszliwe błoto. No, a potem Mama udawała że nie płacze, zostawiła mnie, wróciła do Warszawy.

Niczego nie rozumiałem, ale jedno wiedziałem na pewno: najbezpieczniej będzie, jeśli na wszelki wypadek znienawidzę wszystko i wszystkich.

Droga przed domem była grzęzawiskiem; od jesieni zamarznięta, zgrudzona, nogi wpadały w koleiny, nie dało się chodzić, płakałem. Dom kołysał się od wiatru, wszystko świstało, trzeszczało, wyło przeraźliwie; drzewa rosnące tuż za oknami gięły się, jęczały z bólu i strachu, gałęzie szamotały się na tle granatowego nieba, uderzały o słup elektryczny stojący tuż za płotem, iskry się sypały, chyba groził nam pożar, bo w środku nocy kazano mi się ubrać. Siedziałem na werandzie w płaszczyku i czapce i patrzałem na przerażony świat. Co jakiś czas ktoś podchodził do mnie, pytał głupkowato czy się nie boję, a następnie łgał, jak to dorosły, że wszystko w porządku, wszystko w porządku. Na drugi dzień, gdy najgorsze minęło, dorośli mówili z uznaniem, że był to porządny halny, jak należy. – Co to jest halny? – To taki wiatr, który zrywa dachy, łamie drzewa, a człowieka może porwać i cisnąć gdzieś daleko – wyjaśniono mi pogodnie.

Dom Babuni

Dom, w porównaniu do naszej warszawskiej kochanej ciasnoty, wydawał mi się bezsensownie przeogromny. Trzy pokoje na górze stały puste. Po co je budowano, skoro nikt w nich nie mieszkał? Weszłyby tu ze trzy rodziny przecież. Drobna, siwa pani powiedziała, żebym mówił do niej „Babuniu”. A niby z jakiej racji? Więc na początku zwracałem się do niej pokrętną składnią, bezosobowo. Dopiero po dłuższym czasie awansowałem ją na Babunię.

Dzieci sąsiadów mówiły niezrozumiale i zachowywały się dziwacznie. Ale już podczas pierwszej zabawy pojąłem, że to one są normalne, a ja dziwaczny – z tej oczywistej przyczyny, że ja jestem sam, a ich kilkanaścioro. Język, ubranie, pochodzenie, zachowanie, nazwisko – wszystko, czego dotychczas używałem na co dzień, kompromitowało mnie, zdradzało obrzydliwie, szydziło ze mnie. Dotychczas wychodziłem na grubo albo na cienko, tutaj dzieci po prostu srały albo jscały, przykucnąwszy gdzieś, niespecjalnie się kryjąc. Gdy któreś naginało się do mojej polszczyzny, reszta wybuchała śmiechem. – Jako sie pises? – Zwyczajnie, piórem albo ołówkiem. Śmiech. – No, jako cie wołajom? – Raz głośniej, raz ciszej. Śmiech. Więc urzędowo: imię i nazwisko? Nazwisko mam obco brzmiące, to znaczy głupie i śmieszne. Co robić? Twardo się przyznać, powiedzieć z niemiecka, oouu, bo mniej więcej tak należy kawałek mojego nazwiska wymawiać, czy ratować się kłamstwem? Co robię w Bukowinie, gdzie moi rodzice? Mówię grzecznie, że Mama mieszka w Warszawie, a Tatuś zginął w wypadku. Jak zginął? Zadowolony, że mogę czymś się pochwalić, opowiadam: ciężarówka się wywróciła kołami do góry i go przygniotła. – A to cymu nie hipnon w bok? Nas tata nie byłby taki głupi!

Babunia

Ale się przecież z nimi zaprzyjaźniłem. Trzeba się było jakoś wkupić do towarzystwa, więc sporządziłem machajkę. Taką machajkę, daleką krewną kościelnej kadzielnicy, miał każdy chłopak u nas na Bielanach. Była to puszka po konserwie, najczęściej unrowskiej, uwiązana na drucie. Dno należało podziurawić dla dostępu powietrza. Do machajki wpychało się kawałek gazety, tekturę, patyki, podpalało się i machało nad głową, stąd nazwa. Dym układał się w piękne esy-floresy, czasem buchnął płomień. Kilkoro dzieci z sąsiedztwa pod moim fachowym kierownictwem sporządziło sobie machajki; machaliśmy wesoło, w ustronnym miejscu, za stodołą. Na szczęście ktoś zauważył, więc nie było tragedii, tylko grubsza awantura. – Jemu sie nie cudujem, bo to pon, głupi jak owca, ale ty psiokrew Józek, gazdowski syn, nie wiys, jak sie słóma poli?! – krzyczał góral, bijąc moich uciekających towarzyszy, a mnie omijając na znak najwyższej pogardy. Usłyszałem wtedy kilka świeżych przekleństw, z których najbardziej zainteresowały mnie: basamakristusmaria, basamazania i basamakutia – egzotyczne i miejscowe zarazem, nadawały się do użytku w domu. Za psiakrew i cholerę byłem tępiony, a za te nie, bo dorośli myśleli, że to taka sobie dziecinna paplanina. Znacznie później dowiedziałem się, co znaczą i że pochodzą z węgierskiego. Sąsiad nazywał się Kuruc; gdy po latach przeczytałem, kim byli kuruce, w jednej sekundzie doszedłem do ściśle naukowego wniosku, że przekleństwa i nazwisko to pamiątka bukowiańskich Kuruców po ich madziarskich przodkach, którzy, uciekając przed skutkami swojej kolejnej rewolucji narodowowyzwoleńczej, schronili się w tatrzańskiej puszczy po polskiej stronie granicy. Ta łatwość wysnuwania wniosków i poczucie satysfakcji płynące z niezłomnej wiary, że to, co właśnie wymyśliłem, jest obiektywnym faktem, czyniła ze mnie dobry materiał na humanistę.

Drugi sąsiad pisał się Rusin. Strzygł owce, więc i dziecko potrafił ostrzyc. Żeby było równo, wsadził mi na głowę donicę i obciął, co wystawało. Wyświadczył mi przysługę, bo od tej pory nie wyróżniałem się tak okropnie, przynajmniej pod względem fryzury. Ale moim pierwszym uczuciem do sąsiada Rusina nie była wdzięczność.

Minęło trzydzieści lat z okładem, siedzę w gościnie u przyjaciół Łemków, dobrze mi, na stole świetna wiejska kiełbasa i pachnący chleb, wódka na miodzie. Petro tłumaczy, bardziej sobie niż mnie, że przed wiekami Łemkowszczyzna sięgała o wiele głębiej na zachód. Chciałem sprawić przyjemność gospodarzowi, ale nie miałem mu co dać, tylko moje bukowiańskie dzieciństwo, więc mu je podarowałem razem z sąsiadem Rusinem, Rusińskim Wierchem, Rusinową Polaną, sąsiadem Fiedorem, który cieszył się wielkim poważaniem, bo jako jedyny w okolicy umiał łatać gumowe kalosze, sąsiadem Tarasem, który mnie nie lubił, bo miałem zwyczaj czaić się za litrzokiem czyli wozem drabiniastym pełnym siana i chwytać za pawąz, to znaczy żerdź przytrzymującą siano od góry, ściągniętą od tyłu łańcuchem; dałem mu polanę Tarasówkę, dałem kolegę Józka Haładynę, wszystko, co mi się rusińskiego z Bukowiny i okolic przypomniało. A gdy uśmiechał się, przepełniony słuszną satysfakcją, coś mnie podkusiło i zauważyłem wrednie, że nazwisko Rusin świadczy, iż Bukowina nie była rusińska; skoro jednego z gazdów przezwano Rusinem, znaczy to, że wyróżniał się swoim rusińskim pochodzeniem, a więc ogół mieszkańców rusiński nie był. W Krakowie nikt o mnie nie powie „ten Polak”, co innego na przykład w Lizbonie. Petro zamyślił się, ale tylko na chwilę. Nalał wódki i rzekł: – Ale tamten Rusin, którego nazwali Rusinem, był Rusinem! Więc jego dzieci były Rusinami, czyli Rusiński Wierch był łemkowski. Bukowina była łemkowska! A!

Inny sąsiad miał córkę w moim wieku. Zawdzięczam jej aforyzm, który towarzyszy mi przez całe życie. Gdy kończyliśmy zabawę o wiele później niż należało, bała się wracać do chałupy. Przystawała, miała bardzo ważne rzeczy do powiedzenia. Aż wreszcie nadchodził moment twardej decyzji; brała się pod boki jak dorosła gaździna i mówiła z determinacją: – Coz mi zrobiom? Przecie mie nie zjedzom. A jak mie zjedzom, to mie wysrajom! Tyle lat, nie wiedząc, wspierała mnie tym skrzydlatym słowem, nawet nie podziękowałem.

Kolejny dom należał do Dziadońki, słynnej skrzypaczki.

Pisała się Bronisława Konieczna, ale mówili na nią Dziadońka. Dowiedziałem się później, że jej ojciec był leśnym w Dolinie Rybiego Potoku. Zasłużył się wielce na przełomie stuleci, podczas granicznego sporu o Morskie Oko między Węgrami a Galicją. O tym incydencie później sporo pisano[4].

Było ich czterech najważniejszych współtwórców tego pierwszego polskiego zwycięstwa XX wieku, które obrosło w bogatą literaturę przedmiotu. Profesor Oswald Balzer, historyk i prawnik, uzasadniał polskie roszczenia do Morskiego Oka i Doliny Rybiego Potoku od strony naukowej; Władysław hrabia Zamoyski, właściciel dóbr zakopiańskich, trzymał kasę, miał koneksje i nazwisko; aktor Ludwik Solski, mówiąc językiem dzisiejszym, rzecz nagłaśniał, a leśniczy Dziadoń ze swymi ludźmi wyrywał słupy graniczne, organizował bijatyki, ścigał węgierskich żandarmów ze spornego terytorium, palił obce posterunki wystawiane nad brzegiem jeziora, wyłaniał się w najmniej oczekiwanych miejscach, siał strach. Legendy o nim opowiadano: podobno hajducy złapali go, gdy jechał na jarmark do Kieżmarku, zakuli w kajdany i pognali do Lewoczy, poprosił o ogień do fajki, palnął żandarma skutymi rękami, skoczył w las i uciekł piechotą do domu, chociaż filance byli konno i strzelali.

Jego leśniczówka stała niedaleko Łysej Polany, przy rozwidleniu dróg do Zakopanego, Morskiego Oka, Bukowiny i na Spisz. Przyjeżdżali tam fasiągami panowie, którzy ówczesną modą zabierali na wycieczki muzykantów, a na popasach bawili się do późna w noc. Te zabawy, no i okazja zarobku, ściągały też muzykantów ze Żaru, Lendaku i dalszych spiskich wsi. Schodzili się robotnicy leśni, przewodnicy, Cyganie, mieszkańcy Jaworzyny. Dzieciństwo Bronki to był nieustający festiwal muzyki góralskiej. Poznawała różne style gry, uczyła się nut podhalańskich, spiskich, cygańskich, słowackich, węgierskich.

Dziadońka

Wcześnie też próbowała sama.

Skoro nieustraszony Jędrzej Dziadoń dowiedział się, że jego Bronka chwyta za skrzypce i gra nie gorzej od wybitnych prymistów, ogromnie się zmartwił. Próbował zaradzić złu domowym sposobem, to znaczy bił Bronkę, zabronił dotykać skrzypiec, dawał ciężką robotę. Nic nie pomagało. Po raz pierwszy w życiu bezradny, zwierzył się ze swego zmartwienia Zamoyskiemu, bo mu ufał.

I wtedy stała się rzecz najbardziej zdumiewająca w całym życiu Dziadonia. Zamoyski, którego finansowa skrupulatność, niekiedy nazywana skąpstwem, a zarazem szczodrość były szeroko znane, wezwał Bronkę, posłuchał jej grania, po czym sprowadził dla niej z Wiednia koncertowe skrzypce wysokiej klasy, a Dziadonia postraszył, że wyrzuci go z posady, jeśli będzie dziewczynce dokuczał. Tak opowiadano.

Skrzypce od Zamoyskiego służyły Dziadońce przez całe życie. Była nie tylko pierwszą góralską kobietą-prymistką, ale i kompozytorką. Dziadońcyne nuty upowszechniły się i uważane są za pradawne.

Ej, dy my se śpiwomy

Sabały nucicki,

bo nos naucyły

Dziadońki gęślicki.

Miałem siedem, może osiem lat, gdy po raz pierwszy jej słuchałem. Uciekłem potem do drewutni, siadłem na pieńku i rozpłakałem się. Już nigdy muzyka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia.

Lubiła dzieci, można było do niej zachodzić, więc często wpadałem, żeby jej posłuchać albo żeby się chociaż pogapić na najlepszą skrzypaczkę świata. O tym, że jest najlepsza, wiedziałem z absolutną pewnością, przecież nie słyszałem lepszej. Zresztą wszyscy w Bukowinie o tym wiedzieli. Choćby Julcio. Siedzę u niego w chałupie i patrzę jak jego tata stolaruje, z kołchoźnika idzie koncert skrzypcowy, mówią że gra Wanda Wiłkomirska, laureatka drugiego międzynarodowego konkursu imienia Henryka Wieniawskiego. Julcio mruczy:

– Hej, panowie som panowie. Konkursy robiom, nagrody bierom, a Dziadońki ku sobie nie pytali, bo by ik hań syćkik ozdupcéła.

Któregoś dnia powziąłem decyzję, poszedłem do Dziadońki i oznajmiłem, że chcę się uczyć grać i że ona będzie mnie uczyć. Roześmiała się.

– Someś prziseł? Godołeś z babkom?

– Cobyk mioł godać. Przecie nie babka bedzie mie ucyć, ba wy.

Znowu się roześmiała.

– No dobre, bedym cie ucyć, kie tak piéknie pytos. Skrzipce mos?

W Warszawie były skrzypce po dziadku Antonim, który niedawno zmarł. Pęknięte, ale dało się grać. Napisałem do Mamy i po niedługim czasie, jakimś okazyjnym transportem, skrzypce znalazły się w Bukowinie.

Bez strun.

Nie wiedziałem, ile takie struny kosztują, pewnie dużo, bo każda rzecz kosztowała dużo, ale za to dobrze wiedziałem, że w domu bieda i Mama ciężko pracuje, więc jej nie poprosiłem. W ogóle nie prosiłem o nic dorosłych, jeśli nie liczyć bardzo rzadkich wyjątków. Tak to zapamiętałem, chociaż dziś nie sklecę, czy naprawdę tak było. Tymczasem Ciocia Jadzia, która mieszkała na Podhalu i od czasu do czasu odwiedzała mnie w Bukowinie, za każdym razem pytała, czy mi czegoś nie potrzeba, czy nie mam na coś ochoty i czemu jestem taki skryty, taki niedobry, o nic nie proszę. Więc przemogłem się i poprosiłem, żeby mi kupiła struny. Obiecała. Czekałem. Przypomniałem. Znowu obiecała. Parę razy mnie ofuknęła: co ja sobie wyobrażam, że ona ma sklep muzyczny, czy co? Że nie ma ważniejszych spraw na głowie? Minęło parę lat, nie doczekałem strun, wyjechałem z Bukowiny. Nie umiem grać, została mi drzazga pod sercem; dało się z nią żyć, choć trochę uwierała, gdy słyszałem góralską muzykę.

Kilkanaście lat później pracowałem w Muzeum Tatrzańskim, zlecili mi scenariusz filmu dokumentalnego o folklorze Podhala. Pojechałem z ekipą na Olczański Wierch. Dziadońka bardzo się zestarzała. Dziwaczyła, nie chciała wystąpić. Zgodziła się po długich korowodach, a gdy wnosiliśmy reflektory i kable do izby, dźwiękowiec złapał budzik, który głośno tykał na kredensie, i wetknął go pod poduszkę. Dziadońka zaczęła krzyczeć, że gazdujemy u niej w chałupie jak u siebie i wygnała nas do pola. Stała na progu i wołała, że jesteśmy osiusty, babrosie, sietnioki, ziajoki oraz jancykrysty zmotoryzowane.

Jeszcze tylko raz jej słuchałem, w bukowiańskim Domu Ludowym. Gdy weszła na scenę, prowadzona pod ręce przez Józka Pitoraka i Józka Koszarka, na widowni zrobiła się absolutna cisza. Nie pamiętam, ani przedtem ani potem, żeby wiejscy ludzie słuchali muzyki w takim skupieniu.

Wkrótce byłem na jej pogrzebie. Przemawiał Adam Pach. Mówił, że Dziadońka idzie do nieba, a u niebieskik dźwierzy wita jom górolska muzyka: Sabała na prymie, Bartuś Obrokta na sekundzie, Symek Krzyś na basak, a Karol Szymanowski na ławce rezerwowyk. Niedługo potem spotkałem Jaśka Nędzę Kubińca, magistra prawa, mojego rówieśnika, syna znanego regionalnego literata. Opowiedziałem mu o tym; roześmiał się, ale zaraz spoważniał i zaczął mi tłumaczyć, że nie wiadomo, jakim Sabała był muzykiem, ponieważ go nie nagrano, ale wiadomo, że był genialnym pisarzem i z pewnością dostałby Nobla, ale nie było komu koło tego zabiegać, wiadomo, panowie troszczyli się o Sienkiewicza, a Sabała, prosty góral, nic ich nie obchodził.

Mniej więcej wtedy gdy Dziadońka umarła, to znaczy w końcu lat sześćdziesiątych, zaczęła się na Podhalu moda na gęśle o staroświeckim kształcie, takie, jakie ma Sabała na pomniku. Były archaiczne jak należy, tylko nie dało się na nich grać. To znaczy – można było grać, ale nie dało się tego grania słuchać. Pierwsze góralskie neogęśle z połowy lat sześćdziesiątych XX wieku nie miały stalowych strun, bo nietradycyjne; nie miały również strun baranich, bo skądże je wziąć, więc zastosowano imitację: grubą ciemnożółtą żyłkę nylonową, która dobrze wychodzi na fotografii. Sprawdzała się wszędzie tam, gdzie ważniejsze jest patrzenie na muzykantów od słuchania muzyki. W telewizji radzono sobie, podkładając dźwięk skrzypiec pod obraz górali grających na gęślach. Kompromis sięgał coraz dalej: gęśle z lat siedemdziesiątych miały już cztery stalowe struny, kupny podstawek i duszę, ale kształt częściowo starodawny. Trochę mniej skrzypią, więc używane są tylko na konkursach i przeglądach folklorystycznych; weselnicy nie znieśliby takich dźwięków, a panowie myślą że tak musi być; zresztą przyszli popatrzeć, a nie słuchać. Są wykształceni – wiedzą, że góralskie granie jest piękne, bo góralskie.

Natomiast nie wiedzą, bo skądże mieliby wiedzieć, że góralska muzyka do tańca różni się od wszelkiej innej samą swoją istotą. Tancerze dólscy tańczą, jak im zagrają, natomiast góralski tonecnik wychodzi przed muz-ike, śpiewa, czyli nadaje ton, a potem ruchami rąk, tempem nóg, pokrzykiwaniem dyryguje muzykantami. A ci grają tak, jak on tańczy. Dlatego tańczyć może tylko jedna para, a przy muzyce podhalańskiej z magnetofonu czy radia tańczyć się nie da.

Naprzeciwko, po drugiej stronie drogi, mieszkali Orłowscy. Do końca życia nie zapomnę Józka Orłowskiego, jaki był dla mnie dobry. Zwracałem się do niego w rozmaitych sprawach niecierpiących zwłoki (innych nie miałem). Byłem z nim – dorosłym – na ty. Miało to ogromne znaczenie dla wyroślaka, chowanego bez mężczyzny, pod opieką kobiet, które rozumiały bardzo wiele, ale nie wszystko. Józek układał mi ręce na trzonkach rozmaitych narzędzi, nie wyśmiewał się, gdy coś nie wychodziło. Pozwalał paść krowę, za co jestem mu wdzięczny do dziś, bo czułem się potrzebny i ważny. Jeździłem z nim w pole, dawał mi powozić, raz nawet zabrał mnie furmanką do Poronina. Ależ mnie wtedy wytrzęsło. Byłem zielony z przejęcia i wysiłku, natychmiast odezwała się astma; Józek zostawił wóz i konia pod boską opieką, żeby mnie wsadzić w powrotny autobus, co nie było łatwe.

Jego ojciec, czyli stary Michał Orłowski, legionista Piłsudskiego (ale o tym dowiedziałem się po latach, z napisu na jego grobie) miał radykalne poglądy polityczne i lubił je manifestować. Siadywał na ławeczce przed domem (chodziliśmy tam codziennie, bo braliśmy wodę z jego pompy), stawiał radio w otwartym oknie i puszczał Wolną Europę na cały regulator. Sprawiało mu przyjemność, gdy ludzie, a nawet panowie, przystawali na drodze i też słuchali. Tradycja narodowa idzie z pokolenia w pokolenie między innymi dzięki temu, że dzieci mają dobrą pamięć do wyzwisk; natychmiast zapamiętałem, że „Bierut i jego klika trzymają się moskiewskiej klamki jak pijany płotu”, czując instynktownie, że ta złota myśl może mi się w życiu przydać. Popisałem się nią przy kolacji, tonem dydaktyczno-dobrotliwym, jak pani Olędzka w szkole. Zrobiła się dziwna cisza, a potem Babunia zapytała ze sztuczną niedbałością, skąd mi to przyszło do głowy. Zawołałem radośnie: Tu Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa! Zrobiła się jeszcze większa cisza, po chwili dorośli zaczęli mówić o czym innym.

Orłowski miał mocny baryton i kilka ulubionych śpiewek, chyba własnego autorstwa. Te śpiewki krążyły po sąsiadach, na weselach też je śpiewano.

Buńdów Wierch od Klina

Cy to piyrsy cy pietnasty,

ciągle jemy bez omasty,

wcora kluski, dzisiok kluski,

całom Polskom rządzom Ruski. Heeej!

Albo:

Ej, bili sie dziadowie

o orła biołego!

Ej, my sie bić bedziemy

o korune jego!

Kiedyś spotkałem go na drodze. Szli z Hodorowiczem, przynapici, trzymając się za ramiona, śpiewajęcy:

Ej, jakeśmy sie ześli

Napijmy sie razem,

Hej, bo ta nasa Polska

okuta zelazem!

Później, już w Warszawie, śpiewki Orłowskiego w moim wykonaniu były największym wydarzeniem artystycznym na imieninach Mamy. Jakiś pan je notował i mówił, że to ważny dokument kultury politycznej naszego ludu i że w wolnej Polsce trzeba je będzie opublikować.

Uwazujze, uwazujze,

cobyś nie wpod do kałuze,

a z kałuze do partyje,

a z partyje do Rosyje. Hej!

Potem Mama tłumaczyła temu panu, żeby nie śpiewał po góralsku na ulicy, bo fałszuje.

Któregoś dnia Orłowski zniknął. Sąsiedzi mówili, że poszedł siedzieć za szeptankę. Wydało mi się to wielką niesprawiedliwością: Orłowski za szeptankę! Przecie on nie szeptał, tylko mówił na cały głos, a czasem jeszcze głośniej. Wypuścili go po wielu miesiącach, przyszedł do Babuni z kurtuazyjną wizytą. Na pytanie, jak mu było, odpowiedział:

– Bars dobrze, a jak niedobrze, to tys dobrze. A kie mie wypuscali, zawiedli mie do nacelnika. – Zaufaliśmy wam, Orłowski, zwalniamy was przedterminowo, dajemy wam szansę. Czy zrozumieliście swój błąd, Orłowski? – Ej, zrozumiołek, dobrze zrozumiołek. Jus nigda nie bedym sadził korpieli, bok u wos ino korpiele i korpiele zor. – Nacelnik oździawił kufe i spytoł, co to korpiele. Tok mu pedzioł: dy przecie brukiew. Sprógujcie, bo dzisiok tys pewnie dajom.

Za oknami werandy rozciągała się przez cały horyzont panorama Tatr, od Szalonego Wierchu i Płaczliwej Skały aż po Giewont, Osobitą i dalej ku zachodowi. Na ścianie wisiała, przybita gwoździami tapicerskimi, fotograficzna składanka „Panorama Tatr z Bukowiny”, z nazwami szczytów i wysokościami, wydana jeszcze przed wojną. Wysokości mnie nie obchodziły, ale szczytów nauczyłem się na pamięć i recytowałem je bezbłędnie, tyle że od prawej ku lewej, wskazując ręką od lewej ku prawej; składanka wisiała w kącie, nie mogłem równocześnie patrzeć wte i wewte i porównywać obrazka z tym, co za oknem. Ale od czegóż intelekt; opierając się na informacjach z pewnego źródła, a ich niedosyt zastępując stanowczością, nazwałem Giewont Szalonym Wierchem, Płaczliwą Skałę Małołączniakiem i tak dalej, na sztuki się zgadzało. Wiadomo, że trzeba zebrać się na odwagę, by coś osiągnąć. Tak było i tym razem: zdumiona rzeczywistość dała się poskromić, Tatry stanęły, jak je ustawiłem.

Byłem pewien, że Ciocia Rysia, Babunia, chłopcy i wszyscy zachwycą się moim osiągnięciem. Niestety, tak się nie stało. Powiedzmy otwarcie, że było wprost przeciwnie. Najpierw obraziłem się śmiertelnie, ale potem, cóż było robić, ustąpiłem i przewartościowałem swój dorobek, dopasowując szczyty do ich nazw po raz drugi. Paskudna robota.

Próbowałem się dowiedzieć, który szczyt w Tatrach jest najwyższy. W tej sprawie również był nieporządek. Babunia twierdziła, że Garłuch, chłopcy – że Gerlach, a w jakiejś broszurce wyczytałem, że szczyt Stalina. Trzeba było się zdecydować. Wybrałem szczyt Stalina, bo przecież Babunia i chłopcy mogą się mylić, a autor tego co wydrukowane mylić się nie może. Ten pogląd także trzeba było pośpiesznie zrewidować.

O wiele płynniej recytowałem nazwy szczytów, gdy Tatry zasnuwała mgła, a już zupełnie ho ho, gdy w pobliżu nie było Kazia ani Jurka, którzy byli ode mnie starsi, zdrowsi, chodzili po Tatrach naprawdę, więc znali je nie tylko z fotografii i dalekiej panoramy. Za to miałem chwile satysfakcji, również materialnej, objaśniając widoki przypadkowym letnikom. Robiłem gładko, trochę niedbale, czasem z bolesną zadumą, dając do zrozumienia, że na tym właśnie szczycie kiedyś otarłem się o śmierć. Proszono o szczegóły; odpowiadałem że ach nie, lepiej nie wspominać. Takie zachowanie wątłego chłopaczyny było chyba przede wszystkim zabawne, ale nie przypominam sobie, żeby ktoś moje popisy oblał zimną wodą – zwłaszcza, że mówiłem gwarą; w naszych stronach zapotrzebowanie na regionalnych kabotynów jest przeogromne. Opowiadano w Zakopanem o panu, który żył z pogadanek w domach wczasowych; gdy się spóźniał, a często się spóźniał, wpadał na salę zasapany, spazmatycznie wyrzucając z siebie urywane sylaby i rozpaczliwie chwytając powietrze: ach – bar – bar – dzo przee – praszam, ach moment, bardzo Państwa przee – niech odsapnę, – praszam, ale właśnie wracam z Zamarłej Turni, byłem na akcji, zdej – mowa – liśmy rannego taternika… To zawsze robiło wrażenie, niekiedy większe niż cała pogadanka. Nieważne, że pan prelegent miał pod pięćdziesiątkę, brzuszek, marynarkę, łysinę i teczkę, więc wyglądał jak biurokrata z karykatury w pożółkłej gazecie. Nieważne, że całe tubylcze Zakopane się zaśmiewało. Ważne, że zaspokajał doniosłe zapotrzebowanie społeczne.


Szczególna moc obyczajowa


Wedle norm towarzyskich schyłku XX wieku prawdziwy hrabia powinien być wolny od przesądów i odnosić się ze światłą dezynwolturą do herbów, fumów, sygnetów, antenatów, paranteli. Stać go na to. Pod warunkiem, że jest prawdziwym hrabią, nie farbowanym (bo ów nie po to się farbuje, by swój awans społeczny ukrywać). Cóż więc się dzieje, gdy na pogrzebie prawdziwego Potockiego przepycha się do katafalku, lejąc gorzkie łzy, fałszywy Potocki? Jak to, co się dzieje. Wszystkich prawdziwych Potockich cholera trzęsie. Przed laty czytałem o takim zdarzeniu. Ten fałszywy Potocki nawet sprawił sobie sygnet z hrabiowską koroną. – Pokaż no ten sygnet, kochasiu – rozkazał prawdziwy Potocki; korona miała dziesięć pałek, choć każdy dureń wie, że prawdziwa korona hrabiowska ma dziewięć. – Ta dziesiąta pałka, to ty! – oznajmił stosownym tonem prawdziwy Potocki, więc intruz otarł łzy po swym zmarłym fałszywym krewniaku i poszedł. A właściwie – cóż to panom Potockim szkodziło?

Za moich młodych lat podobnie rysowała się sprawa góralskich portek. Góralowi wolno było chodzić w zwyczajnych spodniach, jego honorność na tym nie traciła. I tak był góralem. Magistra Obrochtę stać było, żeby publicznie oznajmić, że nie sprawi sobie góralskich portek, bo nie jest Indianinem i nie będzie siedzieć w rezerwacie. Góral może te sprawy lekceważyć. Pod warunkiem, że jest niewątpliwym góralem. Ale człowiekowi dólskiemu wara od portek. Nie ma do nich moralnego prawa.

Już Witkiewicz pisał[5], że w podhalańskich portkach (…) jest szczególna moc obyczajowa i szczególny czar elegancji i piękna. Jak panowie, przebierając się za Górali, zaczynają od włożenia cyfrowanych portek, tak dla Górala przebierającego się za pana, ostatnią rzecz własną, którą z siebie zrzuca – są portki.

Na początku XX wieku, gdy Witkiewicz pisał te słowa, dwudziestoparoletni Mieczysław Orłowicz wiele chodził po Tatrach. Pół wieku później wspominał[6]:

Mimo to że Górale nosili powszechnie stroje ludowe, które były bardzo popularne w całej Polsce, traktowano ich w sposób taki, iż wcale się nie dziwię, że po pewnym czasie zaczęli oni ubierać się po miejsku. Takie traktowanie zauważyłem np. na kolejach: konduktorzy przestrzegali, żeby ludzie ubrani po góralsku jechali w ostatnim wagonie dla nich przeznaczonym. W Tatrach dla osób w góralskich ubraniach, zarówno przewodników, jak i tragarzy, a nawet turystów po góralsku ubranych, istniały przepisy specjalne. Sam nieraz się uśmiałem, gdy któryś z uczestników moich wycieczek, chcąc zadać szyku i zaimponować niewiastom oraz sądząc, że lepiej mu się uda flirtować, wypożyczał od znajomych kostium góralski (…).

Miałem w najbliższym gronie wycieczkowiczów (…) aptekarza z Płocka, nazwiskiem Stefan Betley. (…) W stroju góralskim było mu rzeczywiście bardzo do twarzy, więc przyszło mu do głowy, żeby się w ten strój ubrać na kilkudniową wycieczkę na węgierską stronę Tatr, którą zaczynaliśmy od Hali Gąsienicowej i Zawratu. Zaraz w Kuźnicach doświadczył pewnych niemiłych skutków swego postanowienia. Gdy siedzieliśmy przy śniadaniu (…) zauważyłem, że usługujące nam „czepczulki” do nas wszystkich zwracały się per „pan”, a do Betleya per „ty”. W pewnej chwili jakaś starsza dama odeszła od swego stolika i zapytała Betleya: „Słuchajcie, czy byście nie skoczyli na Nosal, żeby nam przynieść szarotek? Damy wam za to 50 grajcarów”. Uśmiechnąłem się i powiadam do niego: „No idźcie Wojciechu, kiedy wam pani daje 50 grajcarów”. (…) Niektórzy górale patrzyli na Betleya w góralskim stroju trochę z ukosa, natomiast inni traktowali go poufale i proponowali mu np. porąbanie kosodrzewiny na ognisko, przyniesienie wody z potoku do herbaty itp. za wynagrodzeniem 10 grajcarów. W drodze na Zawrat, gdzie stopnie są dość wysokie, droga stroma i nogi w kolanach trzeba silnie zginać, Betley przekonał się, że do chodzenia w góralskich portkach trzeba nie lada treningu i nie każdy ceper to potrafi. Przychodziło mu to z takim trudem, że chwilami chciał portki ściągnąć i maszerować w samych kalesonach, gdyż z grubego sukna, z którego są one uszyte, tworzyły się pod kolanami grube wałki, które bardzo przeszkadzały w marszu.

Ale najzabawniejsza przygoda spotkała go dopiero po węgierskiej stronie Tatr w jednym ze schronisk (…). Schronisko okazało się wcale sympatyczne, a że gości było niewiele, dostaliśmy kilka pokojów. Do jednego z nich wpakował się także Betley. Gospodyni przybiegła czym prędzej i powiada do niego: „A wy gdzie? Będziecie spali w kuchni. Pokoje nie dla górali”. Naturalnie przyświadczyliśmy, że gospodyni ma rację, i powiedzieliśmy: „W kuchni są dwie kucharki, to się z nimi zabawicie. Idźcie tymczasem porąbać drzewo”, no i wyrzuciliśmy Betleya. Za chwilę zajrzałem, co on tam w kuchni robi. Okazało się, że mełł kawę na okopconym młynku i spełniał inne kuchenne posługi, podczas gdy my zajadaliśmy smacznie kolację. Po takich i innych doświadczeniach w schroniskach i na postojach na drugą wycieczkę w Tatry już się w stroju góralskim nie wybrał.

I jeszcze raz Witkiewicz[7]:

– To jest tak piękne, jak balet! – zawołał pewien turysta, patrząc na grupę młodych Górali, smukłych, zgrabnych, ubranych w białe, wiszące na ramionach cuchy i białe obcisłe spodnie, znaczone granatowym i czerwonym sznurkiem.

Zdanie to, tak pochlebne dla baletu, zawiera w sobie o tyle prawdy, o ile człowiekowi, przywykłemu widzieć zręczne ruchy i piękne pozy tylko w teatrze, musi z konieczności teatr służyć za miarę piękna.

Tylko raz w życiu miałem na sobie prawdziwe cyfrowane portki. Pochodziły z magazynu muzealnego, śmierdziały naftaliną; za ciasne, nie mogłem ich dopiąć, a nie spadły ze mnie podczas fotografowania jedynie dlatego, że były ostre, trzymały się właściwych sobie rewirów siłą tarcia. Więcej nie osiągnę. Lepiej to sobie jasno powiedzieć, niż się potem szamotać.

A swego czasu słyszałem od starego gazdy szczere wyznanie o kłopotach okresu dojrzewania: gdy stał się mężczyzną i za ciężko zarobione pieniądze sprawił sobie pierwsze portki, wdział je i nosił z dumą, chociaż uda miał podrapane do krwi. Potrzeba kilku tygodni, aby skóra przywykła.

Staszek był zakopiańczykiem w trzecim, może czwartym pokoleniu, całe życie mieszkał w Zakopanem; gdy chciał, mówił gwarą jak góral, dobrze śpiewał po góralsku, miał bogaty repertuar góralskich dowcipów, nosił na swetrze przewodnicką blachę i błękitny krzyż. Ale nie był rodowitym góralem, co mu systematycznie wypominał Józek Krzeptowski, słynny kurier i przewodnik, potomek Sabały, idol Staszka i chyba nawet jego przyjaciel. O Krzeptowskim krążyły po Zakopanem facecje, z których wynikało, jak bardzo lubił ludziom okazywać, że ma ich gdzieś, koniecznie w taki sposób, by rozmówca czuł się zaszczycony, że to sam Józek Krzeptowski osobiście ma go gdzieś. Im kto bardziej kochał góralszczyznę, tym głośniej powinien śmiać się z tych dowcipów. Staszek miał nad łóżkiem fotografię Józka, wielbił go, obnosił z dumą jego lekceważenie, opowiadał o nim niezliczone anegdoty z domieszką podziwu.

Mechanizm zjawiska był taki oto: Staszek czuł się góralem i dlatego musiał przyjąć góralskie kryteria, wedle których góralem nie był. Im bardziej był góralem, tym bardziej nim nie był; miłość do góralszczyzny nie pozwalała mu być pełnoprawnym góralem. Naturalnie, w życiu sprawa nie wyglądała tak dramatycznie, istniała i tyle; ale gdy umarł, okazało się, że miał w szafie sukienne portki, które sobie sprawił, choć klepał biedę, ale w których nigdy się nie pokazał. Jego córka spytała, zażenowana: – Może je kupicie do muzeum?

O tym, że w góralskich portkach jest szczególna moc obyczajowa, nie musiałem się uczyć od pana Witkiewicza. Ja te sprawy przerabiałem w praktyce. Rok pięćdziesiąty drugi, trwa ostatnia lekcja, pani nam tłumaczy że atom jest niepodzielny, bo tak ją przed laty nauczono, a tej wiedzy nie zdołała skorygować nawet tragedia Hiroszimy. Nad Hawraniem czarne chmury, aż tu wpada do klasy pan kierownik Ostrowski. Nie mówi dzień dobry, tylko krzyczy i wywija pięścią, że któryś chłopak rzucał kamieniami w izolatory dopiero co zamontowane, cała Bukowina jest bez prądu i bez telefonu. – Gdyby tak twoja matka teraz umierała i trzeba było wezwać pogotowie, gdyby twoja gazdówka się paliła, baranie jeden z drugim, a czy wy wiecie cymbały, jakim dobrodziejstwem jest elektryfikacja wsi, jakim osiągnięciem Polski Ludowej, ile to kosztuje, ile krajowi potrzeba izolatorów, już jedzie milicja i niech ten sabotażysta sobie nie myśli…

Zadzwonił dzwonek, wyszliśmy ze szkoły. Idziemy w górę wsi, gadamy o swoich sprawach. Pod kapliczką siedzi Michał, starszy od nas o kilka lat.

– Cy to ty, Mihale, ozdupcéłeś ten lekstryke? – zagadał obojętnie Staszek.

– Ne dy jo. A bo co?

– A bo kierownik straśnie dar kufe.

– Niekze ta.

– Godoł, ze jedzie milicja.

– Niekze ta.

Chwila zadumy.

– Niek ino ftóry z wos cosi powie, to go podpole – przypomniał dla porządku Michał, chociaż był pewien, że każdy z nas świetnie o tym wie, żaden nie piśnie. Te sprawy miało się we krwi. Wiadomo, co spotkało ludzi, którzy mieli za długi język. Ja również o tym to i owo słyszałem, choć byłem niepili, czyli obcy.

– A cymuś to, Mihale, ozdupcéł? – zainteresował się Marek.

– Wiys, Marecku, jako ci to pedzieć. Ni mógek strzymać. To przecie straśnie brzyćkie, takie biołe na hałupie. I te słupy tys straśnie brzyćkie. Godom ci, telo brzyćkie, telo brzyćkie – Michał ubijał rękami powietrze, zastanawiając się, jakiego użyć porównania, aby wyrazić cały swój wstręt – godom ci, widziało się, jako by hań drogom seł Bierut w góralskik portkak.

Michał nie mógł pamiętać, że elektryczność zabłysła w Bukowinie przed wojną, społecznymi siłami. Franciszek Ćwiżewicz powołał do życia „Bukowiańskie Zakłady Elektryfikacyjne – Spółdzielnię z odpowiedzialnością i udziałami”. Udziały wpłacano gotówką lub deklarowano w robociźnie. Jeden z gazdów, aby wpłacić pełny udział, sprzedał konia i krowę – uznał, że rzecz jest tego warta. W Wigilię 1936 zabłysła pierwsza żarówka, umieszczona na słupie. Akurat wiał wiatr, więc ludzie zastanawiali się: zduhnie cy nie zduhnie?

Nie wiem, co stało się z Michałem i jego wrażliwością estetyczną. Robiłem konkursy plastyki ludowej, miałem wielu twórców w ewidencji, ale jego nie. Jakoś nikomu nie wpadło na myśl zorganizować Biennale Konceptualizmu Ludowego Karpat Polskich, Michał miałby szansę. Choć konkurencja byłaby bardzo silna.

Latem po sąsiadach siedzieli panowie. U Łapińskich bywała Maria Dąbrowska. Pierwszy raz w życiu widziałem żywą pisarkę – wyglądała jak zwyczajna starsza pani, nic wielkiego, mocno się rozczarowałem. Gdy ją spotykałem, mówiłem dzień dobry, odpowiadała dzień dobry, każdy głupi tak potrafi. U Rusinów Bronisław Rutkowski, autor muzycznych audycji radiowych. Ten, to już lepiej: zabawnie było jednocześnie słuchać pana Rutkowskiego w kołchoźniku, jak uczy dzieci kurpiowskich piosenek, i na werandzie, opowiadającego Babuni, że jakiś pan głośno powiedział w tramwaju, że cały rząd jest do de, więc go zwinęli i dostał dziesięć lat za zdradę tajemnicy państwowej. U Kuruców pan Ekier, sławny pianista, ale przyjechał bez fortepianu. U Orłowskich Aleksandra Jasińska-Nowicka, córka znanego malarza, siostra dwóch znanych malarek, sama też lubiła rysować, bo bez przerwy to robiła. Chyba, że przychodziła na werandę do Babuni godzinami opowiadać i słuchać politycznych dowcipów, tylko pamiętaj Antosiu, żebyś nikomu nie powtarzał. No tak, mnie nie wolno, a sama w kółko powtarza. Kiedyś kazała mi usiąść i się nie ruszać, warczała niecierpliwie, gdy mnie zaswędziało w nosie, zrobiła mi dwa portreciki, jeden ołówkiem, drugi kredkami. Straszna żmuda z takim siedzeniem, ale niech tam, co jej będę żałować. Jeden dla Babuni, drugi dla Mamy. Po latach oba są moje. Na sąsiednim wierchu willa „Mały Dworek” (teraz nazywa się inaczej), mieszkała tam Zofia, inaczej nikt na nią nie mówił. Stara kobieta, niedołężna. Miała służącą Bukowską i emaliowany biały nocnik w niebieskie kwiatki, z niebieskim uchem, wystający spod łóżka. Ktoś opowiadał, że Zofia przed wojną była strasznie bogata, tak bogata, że stać ją było na działalność charytatywną. Miała przyjaciółkę od serca, panią Ignacową Paderewską, robiły to we dwie. Bardzo grzeczne państwo u nas bywało, chociaż nie było asfaltu, wodociągów, chodników, a z pańskich rozrywek jedynie panorama Tatr. No i prawdziwa góralska wieś, a nie żadne pensjonaty z wygodami.

Aleksandra Jasińska-Nowicka, Antoś. Bukowina 1949

Niektórzy panowie przyjeżdżali z dziećmi. Wyobrażali sobie, że skoro płacą za mieszkanie i obiady, to my, dzieci miejscowe, mamy obowiązek słuchać ich poleceń, w szczególności bawić się z ich dziećmi. Rzecz jasna, bawić się tak, jak tamte dzieci sobie życzą, a dokładniej mówiąc, jak matki myślą, że ich dzieci powinny sobie życzyć. Szczególnie skrzyntna była jedna pani z Warszawy, matka Jędrka. Skrzyntna znaczy namolna albo nachalna, dziś mówi się upierdliwa. Może nawet dla świętego spokoju przyjęlibyśmy Jędrka między siebie, ale on się do niczego nie nadawał. Siano było dla niego kłujące, woda w potoku zimna, grapy strome, zabawa z kopaniem w tyłek nieatrakcyjna, ludzkiej mowy nie rozumiał, bał się krów, nie lubił dosiadać barana, wczepiać mu się z całej siły w sierść ani z niego spadać, więc po chwili szedł do matki z płaczem albo nawoływał nas bezradnie. Matka wrzeszczała z okna, skarżyła na nas, próbowała mediacji, przekupstwa, godom wom, straśnie béła skrzyntna. Aż wymyśliła. Pożyczyła od starego Kuruca świętalne portki i na białych długich kalesonach Jędrka starannie odwzorowała kredkami parzenice. Doszyła pomponiki, ubrała syneczka w te gatki i przyprowadziła do nas. Nie napiszę co było dalej, bo jeszcze dzisiaj mi wstyd.

Minęło kilkanaście lat, kręciłem się przy festiwalu „Tatrzańska Jesień” w Zakopanem. Zespół z Liptowa miał świetną, tradycyjną muzykę i świetnego tancerza – solistę. Skończył się występ, podszedłem mu pogratulować, posłuchać gwary. I zobaczyłem z bliska, że ma na sobie portki nie z sukna, ale z miękkiej kalesonowej flaneli. – Kto by się ta piók w starych holoszniach! – spojrzał pobłażliwie.

Flisacy spławiają turystów przełomem Dunajca od stu kilkudziesięciu lat. Dawniej robili to w odzieniach góralskich, bo innych nie mieli. Potem również, bo flisaków było więcej niż turystów, panowie chętniej wsiadali do łódki z wystrojonym góralem. Kiedy przyszła epoka turystyki masowej, wielogodzinne kolejki do kas, rezerwacje zakładów pracy, miejscówki, flisacy nadal chodzili w białych portkach, serdakach i kłobukach, gdyż obowiązywał ich wewnętrzny regulamin. Ale z każdym rokiem strojów ubywało, obecnie w dni powszednie flisacy najczęściej pracują w starych dżinsach i rozdeptanych adidasach, tylko od czasu do czasu mignie wyszywana niebieska kamizelka albo kapelusz z kostkami. Ludzie z Pienińskiego Parku Narodowego próbują ich nakłonić, żeby zaopatrzyli się w stroje, trzeba uatrakcyjniać spływ, który jest bardzo korzystną formą turystyki, bo rzeki niepodobna zadeptać, zwłaszcza, gdy się ją zwiedza na siedząco. Ale flisacy już się odzwyczaili od sukiennych portek, więc znaleźli wymówkę, że są niebezpieczne, bo nasiąkają wodą; ubrany w nie flisak, gdy wpadnie do Dunajca albo będzie musiał skoczyć za gościem, szybko pójdzie na dno. Na to pracownicy parku, że góralskie portki można uszyć z polaru – tkaniny syntetycznej, taniej, nieprzemakalnej, ekologicznej, ponieważ wyrabia się ją ze zużytych plastikowych opakowań. Mechata, przypomina dawne sukno, łatwo się pierze. A górale, że góralski honor im nie pozwala, żeby wdziać takie portki.

Serdaki pienińskie, portki podhalańskie…

Ale chyba będą musieli, jeśli chcą się promować. Tak dzisiaj się mówi, wszyscy się promują. – Nowoźnijse, coby do Jeuropy jakosi się wdupcyć – oznajmił handlarz z Krupówek reporterowi w 1995 roku. Skoro tak, to ludowy strój (bo już nie ubiór) powróci, choćby z polaru, choćby jako uniform pracowników przemysłu turystycznego. Zbyt mocno wrósł w kulturę polską, by się zatracić. Wiosną dziewięćdziesiątego siódmego roku w supermarkecie Hit na warszawskiej Pradze pracował autentyczny góral w stroju organizacyjnym. Częstował klientów sokami owocowymi. Gdy pili, wkładał im do wózków kartony z sokami. Prawie nikt nie protestował.

Jesienią 2004 roku poczty polska i słowacka wydały bliźniacze znaczki, wersje różniły się tylko nominałami i napisami POLSKA, SLOVENSKO. Flisacy sterują tratwą, na brzegu Dunajca wieża zegarowa z Czerwonego Klasztoru, w tle wierzchołki Trzech Koron. Otóż flisacy mają na sobie portki z parzenicami podhalańskimi i niebieskie pienińskie serdaki. O ile mi wiadomo, nikt nie zwrócił uwagi na ten absurd; strój ludowy przestał być systemem znaków. Gdyby projekt przedstawiał mężczyznę w kolejarskiej czapce, bluzie pocztowca z dystynkcjami policjanta, znaczek by się nie ukazał.

Przed ponad pół wiekiem, gdym był młodym człowiekiem, wieczorem, na werandzie dorośli opowiadali o Jaśku, chłopaczku bodaj dwunastoletnim, czyli moim rówieśniku, chlubie dziecięcego zespołu regionalnego: tańczył, śpiewał, wywijał ciupagą. Jednej nocy jacyś cywile wpadli do chałupy i zabrali go razem z jego góralskim strojem i ciupażką. Rodzice nie mogli pojąć co się stało, wychodzili ze skóry żeby go ratować, nie wiedzieli jak; pojechali do miasta pod więzienie, płakali w Komitecie Powiatowym, płakali na milicji. Byli to ludzie starej daty, których życie niczego nie nauczyło; wciąż wierzyli biednymi zmysłami, że między winą a karą musi istnieć logiczny związek. Po kilku dniach płaczu i bezładnej bieganiny przed chałupę zajechał czarny samochód, wysiadł Jasiek w góralskim stroju, uśmiechnięty, w jednej ręce ciupażka, w drugiej wielka torba cukierków. Był w samej Warszawie, spełniał funkcję państwową – wręczał kwiatki gościom zagranicznym. Sam prezydent Bierut osobiście pociągnął go za ucho i zapytał:

Strój bukowiański w latach pięćdziesiątych

– No, smyku, jak ci idzie nauka?

– Dobrze! – zażartował rezolutny góralczyk.

Ta historyjka, opowiedziana przez kogoś mimochodem, przyniosła mi trochę ukojenia; cierpiałem wtedy, że nigdy nie będę mieć góralskich portek i nie zatańczę zbójnickiego na scenie jak moi koledzy z klasy, bo jestem niegodny, nierasowy, źle urodzony. Co prawda wystąpiłem na akademii w bukowiańskim Domu Ludowym, ale nie jako góral, lecz recytator.

Warszawski wiatr -

po Starówce i Mariensztacie,

warszawski wiatr -

wy się w nim jak ja zakochacie,

warszawski wiatr -

jemu równego nie ma,

na Freta i Bema

i jak szeroka ziemia

pędzi warszawski wiatr.

Dla większego efektu uczyniłem pauzę, nieco wysunąłem nogę i obniżyłem środek ciężkości, jak to czynią szermierze, narciarze albo figury na pomnikach, podniosłem rękę – i usłyszałem teatralny szept z widowni:

Jest tu taki miendzy nami

Co sie posroł otrymbami.

Panowie przez sto kilkadziesiąt lat dowodzili za pomocą wierszy, prozy, płócien, rysunków, fotografii, filmów, widowisk, że w portkach i w całym odzieniu góralskim jest szczególna moc obyczajowa – ale pierwsza solidna monografia stroju podhalańskiego ukazała się dopiero na początku XXI wieku[8]. Dotychczas, kto chciał się pozachwycać strojem, miał do dyspozycji tysiące stronic w książkach i setki dzieł plastycznych; ale kto chciałby zdobyć rzetelną wiedzę przedmiotu… Otóż mało kto chciał, wystarczał zachwyt. Przez ponad półtora stulecia. Temat był tak zmitologizowany, tak ukochany, że został dostrzeżony przez naukowców zdumiewająco późno. Atlas Polskich Strojów Ludowych wciąż obchodzi Podhale łukiem: opracowano strój orawski, spiski, pieniński, inne okoliczne, z wyjątkiem tego najbardziej podziwianego.

Dla panów strój góralski to portki, cucha, kłobuk (mówią: kapelusz) z kostkami (mówią: muszelkami) i piórkiem, ciupaga, kierpce, gorset, korale, wstążki. Dla mnie pierwszy strój góralski widziany z bliska, najpierw egzotyczny i fascynujący, potem zwyczajny, to był wigon – dziecięca koszulka do połowy łydki, podwinięta z tyłu albo związana na supeł, żeby jej nie zabrudzić podczas wiadomej czynności. Zapamiętałem wigony, bo nam, starszym, okropnie przeszkadzały w zabawach na pastwisku. Dzieciaki biegały na bosaka, a gdy krowa zrobiła kupę, przepychały się, wrzeszcząc, by choć przez chwilę pogrzać stopy w cudownie ciepłym krówskim placku. Najsilniejszy wygrywał, uśmiechał się błogo, inne wyły z zawiści i usiłowały odepchnąć szczęśliwca.

Dla panów kierpce to oczywisty atrybut górala. Na weselu czy na scenie góral bez kierpców nieważny. Ale dla bukowian, którzy byli staruszkami wtedy, kiedy ja miałem dwanaście lat, kupne buty były symbolem bogactwa, kierpce – biedy. Robiono je z niewyprawionej skóry, w czasie deszczu rozciągały się, spadały z nóg, w słońcu twardniały i były jak z blachy. Za to nadawały się do jedzenia, więc trzeba je było wieszać gdzieś wysoko, żeby ich nie porwał pies albo kot. Czasem silniejszy pastuch, gdy już nie mógł wytrzymać głodu, zrywał słabszemu kierpiec, opiekał przy ognisku i zjadał, a właściciel płakał ze strachu przed rodzicami. Brońcia, góralka z Zębu wspominała, że kiedy jako młodziutka dziewczyna pasała w dolinie Jaworzynki, tuż nad Kuźnicami i Józek się do niej zalecał, to była ogromnie ciekawa, czy o nią mu chodzi, czy o kierpce, bo miała nowe kierpce na nogach. Józek ściągnął je Brońci i upiekł nad ogniskiem. Gdy mi o tym opowiadała, była starą kobietą, ale uśmiechała się jak młoda dziewczyna, mówiąc, że gdyby wtedy zależało mu na niej, nie na kierpcach, mama by się nie dowiedziała i nie byłoby awantury.

O ile mi wiadomo, pierwsze buty w Bukowinie robiono na początku lat dwudziestych, na wzór pańskich – ale, jak zwykle w kulturze ludowej, bezwiedny chłopski geniusz odruchowo wprowadził twórcze modyfikacje: nie było butów lewych ani prawych, małych ani dużych, ale wszystkie takie same, programowo wielkie, żeby pasowały na każdą nogę i by można je było poupychać szmatami lub słomą. Jakie były wygodne w porównaniu do tych wstrętnych kierpców! (Widziałem jeszcze takie buty około pięćdziesiątego roku). Potem pojawiły się bacioki, czyli buty o kształcie trzewików, ale gumowe, tanie. Wkładało się do nich dwie pary wełnianych skarpet. Miałem takie bacioki, jak prawie wszyscy szkolni koledzy, to był artykuł pierwszej potrzeby, Bukowina tonęła w błocie. Znacznie później dowiedziałem się o czeskiej firmie Bat’a, która przed wojną zalała swą produkcją pół Europy. Po wojnie Batię upaństwowiono, miasto Zlín, siedzibę firmy, przemianowano na Gottwaldov, Bat’a wyprowadził się na drugą półkulę, pobudował sieć fabryk w Kanadzie i Brazylii, wraz z całą infrastrukturą.

Pani Michalina Ćwiżewiczowa, nauczycielka, która sprowadziła się do Bukowiny w 1922 roku, opowiadała mi, ile kosztowało wysiłku, gdy z mężem zakładali pierwszy zespół przy szkole, by namówić góralską młodzież, żeby się pokazała w kierpcach na scenie. Na stroje góralskie się godzili, na tańce też (choć nie od razu), ale koniecznie chcieli tańczyć w butach, bo kierpce ich hańbiły.

W ostatnich latach XX wieku pojawiły się kierpcasy, czyli damskie kierpce na wysokich obcasach. Ale się nie przyjęły.

Aby pokazać stroje na scenie, trzeba je było zdobyć. Paradnych strojów dziecięcych wówczas nie było, wieś była na to za biedna. Dzieci donaszały odzież po starszych, a pierwsze haftowane portki kupowało się zwyczajowo w wieku młodzieńczym, za pieniądze osobiście zarobione; portki były oznaką dojrzałości. Dziecko w pełnym góralskim odzieniu to późne zjawisko, w Bukowinie pojawiło się dopiero w połowie, a może pod koniec lat dwudziestych, za sprawą przyszkolnego zespołu folklorystycznego. W czasach austriackich zafundowanie chłopaczkowi portek i cuchy byłoby niewyobrażalne z przyczyn zarówno finansowych, jak obyczajowych.

Lecz dziecięcy zespół góralski musiał występować po góralsku. – Myśmy urządzali to choinkę, to zawody narciarskie i angażowało się wszystkich wczasowiczów, wszystko co żyło. Każdy coś chętnie dał na nagrody – wspominała po latach pani Ćwiżewiczowa. – Tak było z suknem na cuchy. Mąż przywołał majstra, co kroi cuchy, i skrojone cuchy dał dzieciom, i rodzice radzi nieradzi musieli szyć cuchy. Jak dostał cuchę, to nudził rodziców, żeby mu sprawili portki. Co ja się od rodziców nasłuchałam.

Dziewczęta zaczęły się stroić, gdy był większy napływ wczasowiczów, powstawały pensjonaty, dziewczęta znajdowały tam zarobek. Potem zaczęły się wysadzać na stroje, to takie kwiaty, to inne. To już były lata trzydzieste. Najpierw kupowały gotowe, na jarmarku, z tybetu robione. Bardzo ładnie wyszywały te gorsety siostry Józka Pitoraka, Stasia i Aniela. Były jeszcze po skrzyniach stare gorsety, szychem obszywane, one były ładne, ale oni uważali, że to już jest taka starzyzna, że to nie ma co pokazywać.

Dziewczynki dobrze jeździły na nartach, ale matki nie pozwalały jeździć w spodniach, bo zgorszenie. No to w nagrodę za zawody, czy na choinkę kupowało się sukno, już skrojone, żeby nie można było użyć na co innego.

W końcu lat dwudziestych i na początku trzydziestych, gdy pierwsze roczniki młodzieży bukowiańskiej, które przeszły przez zespół szkolny, wprowadzały modę na paradne stroje, pod koniec XX wieku uważane za typowo podhalańskie i pradawne, starzy patrzyli ze zgorszeniem. Gdyby bukowianin, zmarły sto lat temu, wstał z grobu i zobaczył swoje wystrojone prawnuczki, nie domyśliłby się, że to góralki. To samo można powiedzieć o osobie zmarłej przed półwieczem i strojach, zwłaszcza kobiecych, z początku XXI wieku. Obecny „powrót do korzeni” czy „nawiązywanie do tradycji” w stroju, na przykład skromne dziewiętnastowieczne parzenice, bywają odbierane przez starszych ludzi jako sprzeczne z tradycją, hańbiące góralszczyznę. Pisze o tym Stanisława Trebunia-Staszel[9].

W Cichem za Gubałówką pierwszych właścicieli bogato cyfrowanych portek przezywano kurwiorzami i niechętnie wpuszczano do kościoła.

O szarej godzinie Babunia opowiadała gościom na werandzie (nie wiedząc, że podsłuchuję), jak to za jej młodych lat góralki chodziły bez majtek, zimą też. Babunia, świetna pielęgniarka (jak większość wykształconych kobiet jej pokolenia), była miejscowym pogotowiem ratunkowym; kurując którąś sąsiadkę podarowała jej ciepłe majtki. – Wieść o tym genialnym wynalazku rozniosła się natychmiast. Całe procesje góralek nachodziły mnie od rana do wieczora, przekupywały drobiem i nabiałem, błagały o zachowanie tajemnicy, pisałam do siostry w Krakowie, siostra przysyłała paczkę za paczką i dziwiła się, na co mi tyle majtek? Dowiedział się o tym pewien znany miłośnik góralszczyzny spędzający na Bukowinie wakacje, nie chcę wymieniać nazwiska; przyszedł, żeby mnie zbesztać. Toż to – powiada – degrengolada! Na co im majtki? Chodziły bez i dobrze było! Kultura ludowa jest homogeniczna, rządzi się własnymi prawami, wprowadzając do niej nowy element zburzyła pani prastary ład!

– Co to znaczy homogeniczna? – spytałem, zapomniawszy, że nieładnie podsłuchiwać i powinienem być w łóżku. Babunia mnie ofuknęła, kazała wyjść – no i nie dowiedziałem się, dlaczego kultura musi być homogeniczna, co komu z tego. Do dzisiaj nie wiem. Może dlatego, że jak żyję, z czymś takim się nie zetknąłem.

Do stroju podhalańskiego lat pięćdziesiątych zaliczyłbym również złote koronki w ustach. Podkreślały urodę, szczególnie kobiecą, oraz bogactwo, życiowe powodzenie. Dlatego zakładano je również na zdrowe albo prawie zdrowe zęby, nie tyle z powodów medycznych, ile estetyczno-prestiżowych. Niektóre młode dziewczyny uśmiechały się pełnym garniturem złota. Bardzo mi to imponowało. Babuni mniej. Złote koronki przywędrowały do Bukowiny znacznie wcześniej, niż zwyczaj mycia i plombowania zębów.

Ówczesne staruszki na ogół nie miewały złotych koronek. Nie miały również zębów. Bukowska tłumaczyła kiedyś Babuni, że nie pójdzie do piekła, bo nie ma czym zgrzypieć. Dzisiaj złotych zębów prawie się nie widuje – góralskie piękności z moich młodych lat odeszły w zaświaty albo dożywają swych dni, a ich wnuczki manifestują urodę i bogactwo na inne sposoby.

Częstym strojem podhalańskim była męska kurtka, wzorowana na wojskowej bluzie austro-węgierskiej. Ciemnogranatowa lub czarna, miała cztery kieszenie z zakładkami i charakterystycznymi klapami. Nie wiem, dlaczego mundury austriackie nie przyjęły się w innych regionach Galicji. Takie bluzy szyto jeszcze kilkadziesiąt lat po upadku monarchii. Niekiedy nosili je mężczyźni spoza Podhala, na przykład ze Szczawnicy albo z Rabki, dla podkreślenia, że też są góralami.

Pewnego razu Ciocia Jadzia przytargała do Bukowiny kupon materiału w rudo-czarną pepitkę. Dzisiaj odzież po prostu się kupuje, znacznie rzadziej szyje. Dawniej kolejność bywała odwrotna: najpierw ktoś psim swędem zdobywał materiał, a potem dyskutowano tygodniami na co go przeznaczyć, albo chowano na czarną godzinę. Likwidując kolejne mieszkania zmarłych ciotek, wynosiłem na podwórko te święte szmaty, zatęchłe, pocięte przez mole, i kładłem w widocznym miejscu; po paru minutach znikały.

Po męczących indagacjach (No powiedz, co byś chciał? Ale szczerze! Żebyś potem nie narzekał! No mówże, czemu nie mówisz?) postanowiono uszyć mi ubranko. Hela Kurucówna podjęła się roboty. Na wzór wzięła taką właśnie austriacką kurtkę swego dziadka, odpowiednio pomniejszyła i skroiła marynarkę. Spodnie też były najmodniejsze: wzorowane na narciarskich, lekko napięte, wpuszczane do butów, nogawki zakończone strzemiączkami.

Wszedłem do klasy – i od razu zauważyłem ze wstydem i wściekłością, że mój ubiór robi silne wrażenie. Wszyscy wgapiali się we mnie, nic nie mówiąc. Jedna tylko Marysia Kramarz ubrała swe uczucia w słowa:

– Bedzies sie zyniéł?

– Hej, s tobom. Rada mie widzis?

– Jezusie Maryjo – westchnęła półgłosem.

Ubranko było eleganckie tylko przez kilka dni, potem znormalniało.

Wiosną dziewięćdziesiątego szóstego roku wybrałem się w znajome okolice. Była niedziela. Wysiadłem w Poroninie. Szedłem koło kościoła w Poroninie, potem przez Stołowe, Gliczarów (też koło kościoła) do Bukowiny na Klin. Przez cały dzień nie zobaczyłem ani jednej pary góralskich portek.


W szkole


Podłoga z desek, zapuszczonych na czarno, pachniała jak podkłady kolejowe. Później widywałem po beskidzkich wsiach takie szkoły: sygnaturka na dachu, z jednej strony sieni izba do nauki, z drugiej mieszkanie nauczyciela. Na podwórzu studnia, zaś w bezpiecznej odległości od budynku, najlepiej gdzieś w krzakach, latryna. Zacząłem od grubego nietaktu: zapytałem, gdzie szatnia. Uznano to za pańskie fumy i odpowiednio potraktowano.

Wprowadzono mnie do klasy, wskazano miejsce. Wszyscy się we mnie wgapiali. Pani Olędzka powiedziała, że jestem nowy, żeby mnie miło przyjąć i się wobec mnie grzecznie zachowywać, bo jestem z Warszawy, a ona by wolała, żeby w Warszawie nie opowiadano, że bukowiańskie dzieci to dzikusy. Pewnie chciała najlepiej, ale przecież mogła przewidzieć, jak bardzo mi utrudni życie takim gadaniem. Usiadłem naprzeciw kącika czystości. Zapamiętałem go dokładnie: napis na kawałku brystolu KĄCIK CZYSTOŚCI, trzycalowy gwóźdź wbity w ścianę, na gwoździu szmatka. Drewniany stołek z otworem na miednicę, kostka szarego mydła „Jeleń”, niebieska emaliowana miednica, wiadro na czystą wodę, wiadro na brudną wodę. Nieco w lewo pani za katedrą, tablica, nad nią godło państwowe i portrety. Kącik czystości spełniał funkcję odstraszającą i represyjną; gdy ktoś był szczególnie brudny albo w inny sposób zawinił, na przykład szalał na przerwie, nauczyciel kazał mu za karę przynieść wody ze studni, a potem, przy wszystkich, umyć twarz i ręce. Raz mnie ta kara spotkała i zapamiętałem na zawsze, że dobrze jest być czystym, aby nie musieć się myć.

W Warszawie byłem trójkowym uczniem. W Bukowinie bez wysiłku od razu zostałem piątkowym. Odrabianie lekcji nie miało sensu, skoro i tak dostawałem o wiele lepsze stopnie, niż było potrzeba, aby się dorośli nie czepiali. Nieraz, wywołany do odpowiedzi, czytałem z pustego zeszytu nieistniejące wypracowanie. Siadaj, bardzo dobry. Miałem sztywny, czerwony tornister z walizkowej tektury, oklejonej ceratą. W siódmej klasie, przed samym Bożym Narodzeniem bawiliśmy się na grapie, postawiłem go sztorcem, obrzuciłem śniegiem, przyklepałem – i skocznia narciarska była gotowa. Wieczorem głodny i szczęśliwy wróciłem do domu. Przez całą noc padał śnieg, nasypało puchu, rano nie było śladu po mojej skoczni. Tornister odtajał na wiosnę. Nikt nie zauważył, że przez kilka miesięcy obchodziłem się bez książek i zeszytów. Gdy czytam albo słyszę o góralskiej ślebodzie, wspominam bukowiańskie czasy, kiedy to nic, zupełnie nic nie robiłem, a i tak byłem jednym z najlepszych uczniów w klasie. Lepsi ode mnie byli tylko Staszek i Marek, ale oni się uczyli.

Nasza szkoła

Dzieci żyły w swoim świecie, nauczyciele w swoim. Dzieci myślały i mówiły po góralsku, nauczyciele po pańsku. Nie chodzi o to, że dzieci mówiły „posełek” zamiast „poszedłem” albo czytały na głos Pana Tadeusza z gwarowymi naleciałościami. One używały całkiem odmiennego niż nauczyciele systemu pojęć, obrazowania, wysławiania się.

Bukowiańskie dzieci codziennie rano przeskakiwały z jednego świata wartości w drugi, a po południu z powrotem.

Stefan z mojej klasy, syn rzeźnika, zapytany na biologii o rolę skóry w organizmie, zadumał się, uczynił nieokreślony ruch ręką, westchnął, po czym odpowiedział z głębi serca: – No coz, panie. Skóra je bars cłekowi potrzebno. Skóra jak worek. Kieby cłek ni mioł skóry, a seł gościńcem, to godom wom, sićkie flaki by sie za nim ciągły. Hej, to by béło bars płóno. Bars płóno. Coz wom bedym więcyj godoć. I usiadł. Po lekcji mówił, że dwójka, co ją dostał, to była wielga krziwda, bo on przecie godoł scyrom prowde, ale niekze ta, nie bedym sie przecie z głuptokiem wadziéł.

Jasiek, starszy ode mnie o kilka lat, jeździliśmy razem na nartach, wręczył mi kiedyś zeszyt i ołówek, żebym mu narysował figury geometryczne. – Zróbze mi to, ty przecie ni mos nic do roboty, a jo sie z tym babroł nie bede. Przynieś mi jutro do skoły, ino nie zaboc. Wziąłem zeszyt, ołówka nie chciałem, bo to był ogryzek, niezatemperowany, mówię żeby mi nie dawał. Jasiek na to, żebym odrobił zadanie jego ołówkiem, żadnym innym, bo go na ołówek stać i nie potrzebuje mojej łaski. Odrobiłem zadanie swoim ołówkiem, następnego dnia oddałem Jaśkowi zeszyt. Wziął i mruknął: ka ołówek? Ołówka nie było, musiał się zawieruszyć. – Straciłeś mój ołówek? Mój ołówek? To rób co fces, sukoj kany fces, ale mi wróć, bo cie dobijem, nie dom sie okradać. Wysypałem wszystko z tornistra, ołówka nie było. – To nic – mówię – odkupię ci albo dam swój. Jasiek na to, że nie ma mowy, bo w sklepie są ino długie, a jego był krótki. Jasiek jest honorny: cudzego nie chce, swojego nie popuści. Mam mu oddać taki jaki był, inaczej będzie płóno. – No to kupię nowy i obetniemy. – Dobre, nie bedym sie przecie z gównem biéł, ino musis przynieść ten stary, coby my wiedzieli, kielo urżnąć. – Ale starego nie ma. – To sukoj, bo ci dom w kufe i nie wstanies. Takie było moje pierwsze zderzenie z góralskim honorem. Nie pamiętam, jak się skończyło.

Pan kierownik Ostrowski obiecał nam kiedyś obserwację zaćmienia słońca, ale była mgła, nic z tego nie wyszło. Wracając z Julciem ze szkoły, powiedziałem, że szkoda. Julcio na to, że jestem głupi jak każdy pon, bo se ładuję głowę zaćmieniami, z których nie ma żadnego pożytku. Dodał jeszcze parę niepochlebnych zdań na temat zjawisk astronomicznych oraz moich władz umysłowych. Milczałem, skruszony. To samo uczucie dopadło mnie niespodziewanie po wielu latach, gdy na bramie obserwatorium astronomicznego w Alejach Ujazdowskich czytałem wywieszkę: POKAZY NIEBA ODWOŁANE Z POWODU STANU WOJENNEGO. Marysia od Miedziaka miała rozwiązać równanie z dwiema niewiadomymi. Wstała, podniosła głowę i powiedziała hardo: sesnoście. – Jakie szesnaście, skąd szesnaście? – dopytywała się pani Olędzka, dobra i cierpliwa pani. – Ne dy godom wom, sesnoście, coz jesce fcecie? – Chcę żebyś powiedziała, skąd wzięłaś ten wynik, jak do niego doszłaś. – Ej, pani, telo tam béło tego pluhastwa, nie wiedziałak co robić, tok to sićko wziena, w ciorty dodała i mocie. Marysia pewnie do dziś nie wie, dlaczego pani Olędzka zaczęła wtedy krzyczeć. Taż sama Marysia napisała wypracowanie o księdzu Ściegiennym, że reprezentował nurt plebejsko-rewolucyjny w walce o wyzwolenie narodowe. Przeczytała i usiadła, ponieważ uznała, że spełniła, czego od niej żądano. – Marysiu, wstań i wyjaśnij, co to znaczy – poprosiła pani Olędzka, więc Marysia wstała i wyjaśniła, że wypracowanie na pewno jest dobre, bo przepisane z kalendarza, można się nie obawiać. Pani na to, że Marysia sama powinna napisać wypracowanie. Marysia, że przecie sama pisała. Pani, że nie napisała, tylko przepisała. Marysia, podenerwowana: Ne dy włośnie! Samak przepisała. Pani: siadaj, dwója. Marysia: Dwója, to dwója, niekze ta.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com