Skandale PRL-u - Grzegorz Sieczkowski - ebook
Wydawca: The Facto Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 348 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Skandale PRL-u - Grzegorz Sieczkowski

Oto opowieść o wydarzeniach, które szokowały Polaków czasów Polski Ludowej. Choć komunizm był niby z natury postępowy i bezpruderyjny, to sprawy seksu były tematem tabu, a naturyści i wystawa kobiecych aktów jawiły się jako zagrożenie dla systemu. Niebezpieczne były także: bimber, spekulanci, zieleniaki, no i pokątny handel cielęciną. Grzegorz Sieczkowski z humorem opisuje czasy, gdy na czołówki gazet trafiali nie celebryci, lecz sznurek do snopowiązałek. Jednym z bohaterów tej książki jest też, papier toaletowy.

Opinie o ebooku Skandale PRL-u - Grzegorz Sieczkowski

Fragment ebooka Skandale PRL-u - Grzegorz Sieczkowski

Spis treści

  • I. Obywatelu, wibratorem pomasuj twarz, czyli siermiężna Kamasutra
  • II. „Wypadki lipcowe”, czyli kłopoty rozbieraniem
  • III. Tekstylni kontra goli, czyli swojskie wojny polsko-polskie
  • IV. Naturyzm tak, wypaczenia nie, czyli erogenna kwestia czystości zasad
  • V. Poszukiwany, poszukiwana, czyli co się bawić
  • VI. Gloryfikacja szafki narzędziowej, czyli kalendarze golizną
  • VII. Ludowo-demokratyczna Wenus, czyli dobra okazja do szukania rezerw
  • VIII. Polak wypoczywa, czyli turyści nie dostosowali się do planów
  • IX. Słonina dni bezmięsne, czyli system obsługiwania osób umarłych
  • X. Bazary, czyli nieustająca bitwa handel
  • XI. Gastronomiczne katiusze, czyli jądro tkwi gęstości lokali
  • XII. Dzień Kobiet, czyli problem upominkami
  • XIII. Palant polski, czyli problem braku węzłowych problemów
  • XIV. Maszeruje pochód, czyli święto właściwie zabezpieczone
  • XV. Ostrym marszowym krokiem, czyli ptasie mleczko rocznicę Manifestu
  • XVI. Towarzysz łyżwiarz, czyli Lenin wiecznie żywy
  • XVII. Jesień generalissimusa, czyli osiem milionów papierosów ponad plan
  • XVIII. Ochotnicy Ministerstwa Rolnictwa, czyli krótka historia żniw
  • XIX. Ministranci, czyli władza ludowa spotyka papieża
  • XX. Anonimowi zaczynają mieć twarze, czyli co się stało po tym, jak Kozakiewicz pokazał Ruskim wała
  • XXI. Najweselszy barak, czyli krótka historia PRL-u dowcipie
  • XXII. Polskie lato, czyli od walki ze stonką do nadziei na zmiany
  • XXIII. Ostatnie pożegnanie, czyli bitwy nad trumnami
  • XXIV. Ostatni skandal PRL-u, czyli koniec świata bohaterów
  • XXV. Słownik użytych skrótów
  • XXVII. Nota bibliograficzna
  • Przypisy

Zdjęcia wy­ko­rzy­sta­ne w pu­bli­ka­cji po­chodzą z Pol­skiej Agen­cji Pra­so­wej i Agen­cji Fo­to­gra­ficz­nej East News.

Pro­jekt okładki:

Aga­ta Mościcka

Zdjęcie au­to­ra na czwar­tej stro­nie okładki:

To­masz Roguski

Re­dak­cja, ko­rek­ta łamanie:

Aga­ta Mościcka

Ber­na­de­ta Lekacz

Bar­ba­ra Pawlikowska

ISBN 978-83-61808-44-2

© Co­py­ri­ght by Grze­gorz Siecz­kow­ski 2014

© Co­py­ri­ght by The Fac­to 2014

Wydawca:

The Fac­to Sp. o.o.

ul. Skier­nie­wic­ka 21/53, 01-230 Warszawa

www.thefacto.pl

Dystrybucja:

DIC­TUM Sp. o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 Warszawa

www.dictum.pl

tel.: (22) 663 98 13, fax: wew. 37

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

I. Oby­wa­te­lu, wi­bra­to­rem po­ma­suj twarz, czy­li sier­miężna Ka­ma­su­tra

Mi­cha­li­na Wisłocka była Ada­mem Słodo­wym pol­skie­go sek­su. Po uka­za­niu się jej słyn­nej książki pod tytułem „Sztu­ka ko­cha­nia” panią sek­suolog zaczęto za­pra­szać na łamy różnych pism. pi­sem­ku dla ko­lek­cjo­nerów działkowców pod tytułem „Re­laks Ko­lek­cjo­ner Pol­ski” obok po­rad, jak upra­wiać gro­szek ogródku, pani Wisłocka ra­dziła, jak upra­wiać seks. Jak mało który pol­ski sek­suolog miała wy­czu­cie re­aliów, ja­kich lu­dzie żyją, zna­czy upra­wiają ten seks. bar­dzo ważnym fe­lie­to­nie „A może jed­nak łazien­ce” dok­tor Wisłocka sposób nie­zwykły kre­ator­ski po­deszła do trud­nych wa­runków lo­ka­lo­wych ówcze­snych Po­laków. „Dzie­ci czy bab­cia śpią już spo­koj­nie łazien­ka sta­je się tym azy­lem, którym nikt nie podsłuchu­je, nie podgląda możemy roz­winąć skrzydła po­mysłowości sek­sualnej. Aby po­ru­szyć pogłębić te­mat, opo­wiem, jak można bawić się łazien­ce1nie­ste­ty, ba­dacz­ce zajętej po­ru­sza­niem pogłębia­niem pro­ble­mu sek­su łazien­ce umknął dość istot­ny szczegół. Taki mia­no­wi­cie, że pe­ere­low­skich blo­kach było to po­miesz­cze­nie naj­bar­dziej aku­stycz­ne, prze­noszące dźwięki pio­nie po­zio­mie, dzięki cze­mu łatwo dawało się roz­po­zna­wać czyn­ności licz­nych sąsiadów zgębiać wni­kli­wie ich plan dnia. Na­tu­ral­nie, wejście na całą noc do łazien­ki nie mogło również wzbu­dzić żad­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia ze stro­ny po­zo­stałych do­mow­ników, szczególnie zna­nej dys­kre­cji wspo­mnia­nej wyżej babci.

Ale zo­staw­my pro­ble­my aku­sty­ki przejdźmy do przy­go­to­wa­nia miej­sca upra­wia­nia sek­su. Tu­taj ni­czym mistrz Adam Słodo­wy dok­tor Wisłocka kroi gąbkę pod miłosne igrasz­ki. „Jeżeli lu­bi­my su­chy spo­koj­ny tap­czan bez atrak­cji wod­nych, możemy po pro­stu położyć gąbko­wy ma­te­ra­cyk na podłodze obok wan­ny, tu szczególnie pod­kreślam: nie ma­te­rac 2 x 2 m, który oczy­wiście się nie zmieści, tyl­ko kawałek gąbki gru­bości 5 cm, długości sze­ro­kości od­po­wied­niej do miej­sca na podłodze. Gąbkę taką można jesz­cze dziś od cza­su do cza­su nabyć me­tra skle­pie che­micz­nym”. Widać wyraźnie, że seks łazien­ko­wy był powiązany ko­niecz­nością na­by­cia gąbki, to wy­ma­gało po­lo­wa­nia na nią, bo jak wie­my, nie za­wsze była dostępna na­wet au­tor­ka tego in­struk­tażu wyraźnie pod­kreśliła, że „bywa od cza­su do czasu”.

Następnie Wisłocka weszła na wyższy etap na­zy­wa­ny po­pu­lar­nie „ro­bie­niem na­stro­ju”: „A gdy­by ktoś miał aler­gicz­ny wstręt do gąbki, można przy­kryć ko­cy­kiem, do­dając kil­ka po­du­szek tap­cza­na, nie tyl­ko gwo­li de­ko­ra­cji, ale również jako in­stru­ment służący do zmia­ny pozycji”.

Kie­dy już łazien­ce jest od­po­wied­ni nastrój, para ści­ska się na gąbce między wanną, umy­walką, se­de­sem, stołkiem pralką, za­wa­dzając no­ga­mi o ema­lio­waną mied­nicę, można pomyśleć od­po­wied­nich na oko­licz­ność po­zy­cjach: „W ta­kim ma­te­ra­cy­ko­wym gniazd­ku możemy po­igrać po­zy­cji leżącej, od­wrot­nej, tu­dzież po­zy­cji na jeźdźca in­nych bar­dziej wy­bred­nych”. Trze­ba dodać, co wie­my doświad­cze­nia, że unosząc głowę (szczególnie do­ty­czy to part­ne­rek po­zy­cji na jeźdźca), trze­ba uważać, by nie ude­rzyć umy­walkę. Wisłocka po­mi­jała ten de­tal, pew­nie by nie bu­rzyć nastroju.

dal­szej części ko­chan­ko­wie opusz­czają tru­dem ku­pioną gąbkę, wy­ko­rzy­stując ele­men­ty stałe ru­cho­me łazien­ki. „Na przykład sto­su­nek po­zy­cji siedzącej (pani sie­dzi na ko­la­nach part­ne­ra przo­dem lub tyłem) bez tru­du można za­aranżować na brze­gu wan­ny okry­tym gru­bym fro­to­wym ręczni­kiem lub na stołku, który prze­ważnie mieści się łazience”.

Ale dok­tor Mi­cha­li­nie Wisłockiej nie wy­star­czało opi­sy­wa­nie zna­nych po­wszech­nie po­zy­cji. Było czuć, że im­pro­wi­zu­je: „W sy­tu­acji łazien­ko­wej można by jesz­cze wpro­wa­dzić po­zycję «piętrową», która cza­sie pi­sa­nia przyszła mi do głowy. Part­ner czy part­ner­ka sia­da na pa­ra­pe­cie wan­ny prze­ciw­ległym do ba­te­rii, układając wy­pro­sto­wa­ne nogi na obu jej krawędziach. Dru­gie klęcząc czy siedząc na dnie wan­ny, ma do dyspo­zy­cji prysz­nic, głaska­nie, pocałunki, przy­tu­la­nie na wszyst­kie spo­so­by, ja­kie mu dyk­tu­je wyobraźnia”.

Trochę trud­no so­bie wy­obra­zić po­zycję, ale jest na­dzie­ja, że ja­kiejś gru­pie re­kon­struk­cyj­nej uda się od­two­rzyć. Wisłocka prze­stała im­pro­wi­zo­wać wróciła do roli Słodo­we­go: „Wra­cając jesz­cze do gąbki na podłodze, le­piej jeżeli jest bez koca, po­nie­waż ist­nie­je wte­dy szan­sa dla mało wy­gim­na­sty­ko­wa­nych do uciecz­ki po fi­glach prysz­ni­co­wych na gąbkę, nie mar­twiąc się, że człowiek wodą ocie­ka gdzie to wszyst­ko będzie się suszyć”.

To, co pisała Wisłocka, to była taka sier­miężna Ka­ma­su­tra dla oby­wa­te­li PRL-u na miarę so­cja­li­stycz­nych możliwości. Pani dok­tor nie tyl­ko chciała być sek­su­olo­giem dla lu­dzi, ale także sek­su­olo­giem wśród lu­dzi. Nieść ten ka­ga­nek, gdzie się tyl­ko da. jak zo­ba­czyła ści­skającą się parę, to mu­siała tro­skli­wie pytać, czy cze­goś im nie bra­ku­je. fe­lie­tonów Wisłockiej wy­ni­ka, że dla niej ważną formą kon­tak­tu ludźmi był na przykład spływ ka­ja­ko­wy. „Najczęstszym wi­do­kiem cza­sie wy­cie­czek ka­ja­ko­wych od stro­ny je­zio­ra były dziewczęta gołe, jak je Pan Bóg stwo­rzył, leżące trzci­nach na ma­te­ra­cu lub ka­ja­ku opa­lające «na równo» frag­men­ty ciała nor­mal­nie okry­te sta­ni­kiem mi­ni­maj­tecz­ka­mi, tzw. białe pla­my” za­re­je­stro­wała czuj­nym być może na­wet uzbro­jo­nym okiem badacza.

„Wszyst­kie, gdzie mogły jak mogły, opa­lały białe pla­my” od razu wyjaśniam, nie cho­dziło „białe pla­my” hi­sto­rii, nie ma tu żad­nych me­ta­for, choć obok tek­sty umun­du­ro­wa­niu żołnie­rzy Września. Wisłocka była zo­rien­to­wa­na na kon­kret tego kon­kretu trzy­mała się moc­no, jak tyl­ko się dało. Jak każdy ba­dacz ru­szyła te­ren, za­dając py­ta­nia wyciągając następnie nich wnio­ski trud­ne do przyjęcia dla niektórych: „Przyszło mi wte­dy do głowy, aby zro­bić krótką an­kietę wśród chłopców prze­by­wających na bi­wa­kach, ja­kie jest ich zda­nie na te­mat opa­le­ni­zny ko­bie­cej. tu… bom­ba dla dziewcząt. Wszy­scy jak je­den mąż stwier­dza­li, że nad­zwy­czaj sek­sow­nie działają na nich białe pla­my roz­miesz­czo­ne oko­li­cach erotogennych”.

edu­kacją sek­su­alną było za­wsze Pol­sce cien­ko. może dla­te­go Po­la­cy mie­li pro­blem na­zy­wa­niem wsty­dli­wych części ciała, czyn­ności przed­miotów sek­su­alnych. nas jest tyl­ko ter­mi­no­lo­gia me­dycz­na lub nie­przy­jem­ny, wul­gar­nie agre­syw­ny język. Nic albo nie­wie­le pośrod­ku. Tak jest na przykład pre­zer­wa­ty­wa­mi. Dla An­glików to „fran­cuz­ki”. po dru­giej stro­nie kanału La Man­che używając ich, Fran­cu­zi mówią, przy­wdzie­wają „an­gielską ka­potę”. Za czasów PRL-u Kra­kow­skich Zakładach Prze­mysłu Gu­mo­we­go „Sto­mil”, wówczas je­dy­ne­go kra­ju pro­du­cen­ta pre­zer­wa­tyw, pra­cow­ni­cy mówili na pre­zer­wa­tywy „pre­sy”. Po­wszech­nie używa­no też po­chodzącej an­gielskiego na­zwy „kon­dom”, po­tocz­nie wy­ma­wia­nej jako „kon­don”. Już okre­sie funk­cjo­no­wa­nia III Rzecz­po­spo­li­tej przyjęła się na­zwa „gum­ka”, ale czy to brzmi seksownie?

Kie­dy kończył się ustrój so­cja­li­stycz­ny Pol­sce po­je­dyn­cza pre­zer­wa­ty­wa kio­sku „Ru­chu” ap­te­ce kosz­to­wała je­dy­ne sześć złotych był to wówczas je­den naj­tańszych dostępnych pro­duktów. tego też po­wo­du „gum­ki” cie­szyły się wśród lud­ności płci oboj­ga różnym prze­dzia­le wie­ko­wym dużą po­pu­lar­nością. „Cóż jesz­cze dziś Pol­sce można kupić za sześć złotych? py­tają «Sto­mi­lu», dając do zro­zu­mie­nia, że dla­te­go Pol­sce pre­zer­wa­ty­wy to nie tyl­ko śro­dek an­ty­kon­cep­cyj­ny, ale gum­ki do prze­wiązy­wa­nia pęczka rzod­kie­wek, ba­lo­ni­ki dla dzie­ci” pisał 1988 roku re­dak­tor Je­rzy Łuko­wicz na łamach mie­sięczni­ka „Pan”. ten sposób szczególnie ob­ro­cie to­wa­rem owo­co­wo-wa­rzyw­nym pre­zer­wa­ty­wy wy­ko­rzy­sty­wa­no jesz­cze wol­nej Pol­sce. Niektóre bab­cie na ba­za­rach mówiły, że robią to przy­zwy­cza­je­nia, także dla­te­go, że za­wsze po dro­dze do skle­pu lub kościoła można te pre­zer­wa­ty­wy kio­sku kupić. ponoć były one też moc­niej­sze od gu­mek recepturek.

Mimo tak do­brej opi­nii star­szych pań wie­le osób cza­sach PRL-u nie miało za­ufa­nia do wy­trzy­małości pre­zer­wa­tyw krążyło dużo opo­wieści tym, kto po­wo­du tej słabości wy­ro­bu ro­dzi­me­go prze­mysłu gu­mo­we­go za­li­czył wpadkę, jak na­zy­wało się nie­chcianą ciążę. Te opo­wieści de­men­to­wało pod ko­niec lat osiem­dzie­siątych właśnie mie­sięczni­ku „Pan” kie­row­nic­two „Sto­mi­lu”. Był to pierw­szy chy­ba re­por­taż Pol­sce zakładu zaj­mującego się pro­dukcją pre­zer­wa­tyw. „Na­sze pre­zer­wa­tywy do­brej jakości za­pew­nia dy­rek­tor Emil Dzi­wo­ta za­le­d­wie je­den pro­mil­le pro­dukcji ma wady” czy­ta­my we wspo­mnia­nym tekście. Po­dob­no wte­dy ciągu roku klien­ci re­kla­mo­wa­li jakość za­le­d­wie kil­ku­set sztuk, choć per­spek­ty­wy cza­su obo­wiązku, jaki nakłada na nas hi­sto­ria, żałuje­my, nie po­ka­za­no, jak wyglądały ta­kie reklamacje.

Jed­nym naj­większych mitów miej­skich PRL-u były opo­wieści uczyn­nych pa­niach kio­skar­kach ap­te­kar­kach, które ra­mach an­ty­an­ty­kon­cep­cyj­ne­go ru­chu opo­ru sys­te­ma­tycz­nie prze­dziu­ra­wiały pre­zer­wa­ty­wy igłą. Hob­bi­stycz­no-po­rad­ni­ko­wy mie­sięcznik „Pan” po­twier­dził to, in­for­mując jed­nym ta­kim przy­pad­ku. Pre­zer­wa­ty­wy dziu­ra­wiła igłą jakaś kio­skar­ka we Wrocławiu. Jed­no­cześnie zde­men­to­wa­no inną po­pu­larną tam­tych cza­sach pogłoskę, że je­den nieszczęśli­wych użyt­kow­ników zażądał od „Sto­mi­lu”, aby ten płacił ali­men­ty, al­bo­wiem to, co się stało, to wina ich produktów.

Była jesz­cze jed­na opo­wieść związana pre­zer­wa­ty­wa­mi. To hi­sto­ria młode­go, acz już pełno­let­nie­go chłopca, który kupił ap­te­ce pre­zer­wa­tywę za­py­tał się, jak po­wi­nien jej używać. Ap­te­kar­ka, niektórych wer­sjach ko­bie­ta sta­ra, brzyd­ka złośliwa, po­ra­dziła młodzieńcowi, żeby to­war połknął. tak też się stało. Pre­zer­wa­ty­wa za­miast na członka tra­fiła do żołądka. Dziew­czy­na zaszła ciążę, fa­cet po cza­sie boleściach tra­fił do szpi­ta­la, gdzie otwar­to mu jamę brzuszną, skąd wyjęto śro­dek an­ty­kon­cep­cyj­ny, panią ap­te­karkę wy­la­no pra­cy obciążono ali­men­ta­mi. Hi­sto­rię opo­wia­da­no różnymi zakończe­nia­mi lub zgoła bez.

Po­dob­no PRL-u pro­du­ko­wa­no pre­zer­wa­ty­wy trzech, czte­rech ko­lo­rach, ale mimo pytałem to wie­lu zna­jo­mych, nikt nich cze­goś ta­kie­go nie pamięta. Już samo sfor­mułowa­nie 1988 roku, że „sta­rzy pra­cow­ni­cy zakładu pamiętają”, świad­czy tym, że to była jakaś pre­hi­sto­ria. Coś, co się zda­rzyło raz trwało krótko. Ja moi zna­jo­mi po­dej­rze­wa­my, że mogła być to jakaś li­nia eks­por­to­wa. ta­kiej sy­tu­acji na wewnętrzny ry­nek tra­fiały praw­do­po­dob­nie zni­ko­me ilości tego luk­su­su jako tak zwa­ny od­rzut eksportu.

Jak opi­sy­wał „Pan”, raz je­den „Sto­mi­lu” wy­pro­du­ko­wa­no czarną pre­zer­wa­tywę. Je­den je­dy­ny eg­zem­plarz. Dzi­siaj po­wie­dzie­li­byśmy de­si­gner­ski pro­to­typ. Eks­pe­ry­men­tal­na pre­zer­wa­tywa tra­fiła na ważne ze­bra­nie pro­duk­cyj­ne ak­ty­wem zewnętrznym, czy­li urzędni­ka­mi cen­tra­li. Nim pod­da­no ja­kim­kol­wiek ana­li­zom, głos spra­wie mu­siał ko­niecz­nie za­brać końcu za­brał jakiś ważny urzędnik. Przyj­rzał się czar­nej pre­zer­wa­tywie. zro­bił tak, jak to ro­bi­li urzędni­cy PRL-u, którzy mu­sie­li za­brać głos zająć sta­no­wi­sko, nie chcie­li za­bie­rać głosu, tym bar­dziej zaj­mo­wać ja­kie­go­kol­wiek sta­no­wi­ska ta­kich sy­tu­acjach. Za­da­wa­li wte­dy py­ta­nie za­sad­ni­cze, zwa­ne też kon­struk­tyw­nym: „Po­wiedz­cie, komu to ma służyć?”.

Na sali za­pa­no­wało mil­cze­nie wy­ni­kające po­wa­gi sy­tu­acji. No właśnie, komu miałaby służyć czar­na pre­zer­wa­ty­wa? Czerń to sym­bol po­wa­gi. Prze­cież nie można było po­wie­dzieć, że to pre­zer­wa­ty­wa dla ka­dry kie­row­ni­czej klu­czo­wych przed­siębiorstw go­spo­dar­ki so­cja­li­stycz­nej, przed­sta­wi­cie­li in­sty­tu­cji cen­tral­nych apa­ra­tu par­tyj­ne­go. Wstecz­ne­mu kle­ro­wi tym bar­dziej nie mogłaby służyć, tu zresztą wcho­dziłoby się na grząski grunt wal­ki ide­olo­gicz­nej. więc komu?

sali padł nieśmiały głos próbujący to fun­da­men­tal­ne, pryn­cy­pial­ne py­ta­nie cha­rak­te­ry­stycz­ne dla czyn­ników po­li­tycz­nych zmie­nić błahy żart: „Wdo­wom”. na tym spra­wa się skończyła. Postęp zo­stał za­trzy­ma­ny, kla­sy pra­cujące miast wsi już do końca ustro­ju po­zba­wio­no na­dziei na czar­ne prezerwatywy.

War­to tym miej­scu przy­po­mnieć jesz­cze jedną hi­sto­rię. połowie lat sie­dem­dzie­siątych po­ja­wiły się za­chod­nie au­to­ma­ty do sprze­daży pre­zer­wa­tyw. Było wte­dy trochę różnych tego typu ma­szyn re­pre­zen­ta­cyj­nych miej­scach sto­li­cy, ale nie sprze­dawały one pre­zer­wa­tyw. Można było nich kupić ja­kieś słody­cze na­po­je, niektóre pro­duk­ty miały do opa­ko­wa­nia przy­kle­joną resztę, bo był jakiś pro­blem wy­da­wa­niem złotówko-gro­szo­we­go bi­lo­nu. Niektórzy tłuma­czy­li to zja­wi­sko re­alną war­tością tych pie­niędzy. Mówili, że one tak bezwar­tościo­we, na­wet me­tal, którego je wy­ko­na­no, nic nie jest war­ty pew­nie za lek­kie, więc nie da się ich zwrócić au­to­ma­tach, które wy­pro­du­ko­wa­no myślą praw­dzi­wych, za­chod­nich pie­niądzach. Być może była tym jakaś praw­da, bo cza­sie naj­większej in­fla­cji de­ka­rze wy­ko­rzy­sty­wa­li mo­ne­ty jed­nozłoto­we jako podkładki do tak zwa­nych pa­piaków, czy­li gwoździ do przy­bi­ja­nia papy. Wy­cho­dziło ta­niej niż ku­po­wa­nie podkładek na wagę.

Wra­cając jed­nak do tych au­to­matów na pre­zer­wa­ty­wy: udało się wte­dy usta­lić, że za­ku­pio­no trzy ta­kie au­to­maty, ale nikt nie wie­dział, gdzie one są. Niektórzy twier­dzi­li, że umiesz­czo­no je kil­ku ho­te­lach or­bi­sow­skich, ale inni te in­for­ma­cje de­men­to­wa­li. ko­lei złośliwi mówili, że na pew­no je­den eg­zem­plarz tra­fił do Ko­mi­te­tu Cen­tral­ne­go PZPR, dwa po­zo­stałe do Mi­ni­ster­stwa Prze­mysłu Ma­szy­no­we­go oraz Mi­ni­ster­stwa Ma­szyn Lek­kich Rolniczych.

cza­sach PRL-u obo­wiązywała taka za­sa­da, że pra­cow­ni­cy zakładów mo­gli brać do domu na przykład niektóre nie­war­tościo­we pro­duk­ty, tak zwa­ne od­pa­dy pro­duk­cyj­ne, które nie nada­wały się do dal­szej obróbki lub sprze­daży. Cza­sa­mi też po go­dzi­nach pra­cy swo­jej fa­bry­ce mo­gli zro­bić coś dla sie­bie, wy­ko­rzy­stując te zakłado­we ma­te­riały-od­pa­dy. Pra­cow­ni­cy pro­du­kujący pre­zer­wa­ty­wy też ko­rzy­sta­li tego przy­wi­le­ju dla „własnych po­trzeb” zdo­bi­li je kol­ca­mi lub żłobi­li na nich różne row­ki. Po­tem te wy­two­ry ręko­dzieła gu­mo­we­go tra­fiały na czar­ny ry­nek, gdzie robiły praw­dziwą fu­rorę, stając się pro­duk­tem po­szu­ki­wa­nym ta­kim, za który do­brze płaco­no. Po­dob­no jakaś pani, której po sek­sie użyciem ta­kiej pre­zer­wa­ty­wy było tak do­brze jak nig­dy wcześniej, wdzięczności na­pi­sała list do kie­row­nic­twa „Sto­mi­lu”, błagając jed­no­cześnie do­dat­ko­we do­sta­wy. do­dat­ko­we rękodzieło.

Pre­zer­wa­ty­wy pro­du­ko­wa­no Pol­sce już przed wojną, po jej zakończe­niu kon­ty­nu­owa­no tę, po­strze­ganą wówczas jako bar­dzo wsty­dliwą, działalność. Po woj­nie na ry­nek tra­fiły naj­pierw pri­me­ro­sy, la­tach pięćdzie­siątych pro­du­ko­wa­no je tut­kach, okrągłych pudełecz­kach po trzy sztu­ki. la­tach sześćdzie­siątych po­ja­wiły się słynne luxi gum, które sławił młodo­cia­ny lud męski dość wul­gar­nym wier­szy­kiem: „A na wy­spie Pi­ti­kum jest fa­bry­ka luxi gum, jest taka czar­na masa, którą wsa­dza się ku­ta­sa”. Te pre­zer­wa­ty­wy były tal­ko­wa­ne, za­pa­ko­wa­ne małą tek­tu­rową to­rebkę bibułkową sa­szetkę. la­tach sześćdzie­siątych podjęto de­cyzję ściągnięciu do Pol­ski pre­zer­wa­tyw im­por­tu. Na­zy­wa­no je do­larówka­mi. Po­dob­no przy­le­ciały do nas An­glii wy­czar­te­ro­wa­ny­mi sa­mo­lo­ta­mi, można więc po­wie­dzieć, że po­wstał między Polską Wielką Bry­ta­nią po­wietrz­ny most kondomów.

la­tach sie­dem­dzie­siątych XX wie­ku kra­jo­wy prze­mysł od pre­zer­wa­tyw do­stał do­la­ro­wy wsad. Prze­pro­wa­dzo­no mo­der­ni­zację zakładu, za­ku­pio­no nowe tech­no­lo­gie, zaczęto pro­du­ko­wać pre­zer­wa­tywy lu­bry­fi­ko­wa­ne, do których przed pa­ko­wa­niem do­da­wa­no kroplę ole­ju si­li­ko­no­we­go. Po­ja­wiły się naj­pierw kon­do­my na­zwie olex, następnie najsłyn­niej­sze pol­skie pre­zer­wa­tywy, czy­li ero­sy, także ich później­sze wer­sje eros-ex eros-ol-ex.

Ale też la­tach sie­dem­dzie­siątych wystąpiły pro­ble­my ze sprze­dażą tych pro­duktów. Ma­ga­zy­ny były pełne, lu­dzie nie chcie­li ich ku­po­wać, mimo że sprze­daż wspie­ra­no kil­ku­let­nią, prze­pro­wa­dzaną na wielką skalę akcją wal­ki cho­ro­ba­mi we­ne­rycz­ny­mi, które były wte­dy bar­dzo poważnym pro­ble­mem. Nikt nie po­tra­fił wytłuma­czyć, dla­cze­go zbyt pre­zer­wa­tyw tak dziw­nie się kształtuje: 1975 roku sprze­dano ich tyl­ko dwa­dzieścia trzy mi­lio­ny, 1976 trzy­dzieści trzy mi­lio­ny, 1977 zno­wu dzie­sięć mi­lionów sztuk mniej. końcu wy­so­kość zby­tu usta­bi­li­zo­wała się na po­zio­mie około dwu­dzie­stu pięciu mi­lionów pre­zer­wa­tyw rocznie.

Pod­czas wspo­mnia­nej ak­cji zwal­cza­nia chorób we­ne­rycz­nych roz­rzu­ca­no ja­skra­we ulot­ki na dużych kon­cer­tach ze­społów młodzieżowych. Na jed­nej tych ko­lo­ro­wych bro­szu­rek wid­niał wiel­ki na­pis: „Pre­zer­wa­ty­wa”, po­zo­stałe były poświęcone naj­ważniej­szych cho­ro­bom we­ne­rycz­nym. Pre­zer­wa­ty­wy były jed­nak pro­mo­wa­ne dys­kret­nie niechętnie. Środ­kiem an­ty­kon­cep­cyj­nym, który miał naj­większą kam­pa­nię, były glo­bul­ki zet. Ogłosze­nia pra­so­we for­mułowa­no jed­nak tak, że trze­ba było wcześniej mieć świa­do­mość, do cze­go te glo­bul­ki służą, bo sa­mych re­klam poza nazwą człowiek nicze­go się nie dowiedział.

Pro­duk­cja środków an­ty­kon­cep­cyj­nych miała Pol­sce coś taj­nych ope­ra­cji spe­cjal­nych. Tak było na przykład połowie lat osiem­dzie­siątych pajączkiem an­ty­kon­cep­cyj­nym. Wkładka an­ty­kon­cep­cyj­na na­zwie spi­der cu uzy­skała sie­dem pa­tentów, oprócz kra­jo­we­go, między in­ny­mi za­chod­nio­nie­miec­ki, szwaj­car­ski ame­ry­kański. Jej cena miała wte­dy wy­no­sić dzie­więćset złotych, czy­li dużo mniej niż cena spi­ral dostępnych Pe­wek­sie, które kosz­to­wały od sied­miu pół do dzie­sięciu do­larów. Wkładki pro­du­ko­wało przed­siębior­stwo To­wa­rzy­stwa Roz­wo­ju Ro­dzi­ny „Se­cu­ri­tas”. „Początko­wo wy­da­wało się, że rocz­nie wy­star­czy trzy­dzieści tysięcy, po­tem jed­nak zda­nie zmie­nio­no. Osza­co­wa­no, że do­pie­ro sie­demdzie­siąt–sto tysięcy wkładek za­spo­koi ocze­ki­wa­nia pisał „Ku­rier Pol­ski”. Przed­siębior­stwu «Se­cu­ri­tas» do­skwie­ra cia­sno­ta bra­ki ka­dro­we. Przy wkład­kach pra­cują trzy oso­by”. Pierw­sza par­tia to­wa­ru miała tra­fić do ap­tek po wyjałowie­niu In­sty­tu­cie Badań Jądro­wych. Jak widać, była to za­kon­spi­ro­wa­na poważna operacja.

Na przełomie lat sie­dem­dzie­siątych osiem­dzie­siątych po­ja­wiły się sprze­daży wi­bra­to­ry. Można było je kupić Do­mach To­wa­ro­wych „Cen­trum”. Były one różno­ko­lo­ro­we, wer­sji jak­byśmy dzi­siaj po­wie­dzie­li „so­fto­wej”, jeśli cho­dzi wier­ność sto­sun­ku do pier­wo­wzo­ru. Ozda­biały pra­wie wszyst­kie sto­iska, bo kry­zys dawał się już we zna­ki, więc usta­wia­no je, żeby zapełnić czymś półki tam, gdzie in­ne­go to­wa­ru nie było. tu proszę bar­dzo, ko­lo­ro­we, es­te­tycz­ne, chy­ba na­wet im­por­tu dru­gie­go ob­sza­ru płat­ni­cze­go, czy­li krajów zgniłego ka­pi­ta­li­zmu. Ofi­cjal­nie to nie były wi­bra­to­ry, ale apa­ra­ty do masażu twa­rzy. tych apa­ratów żar­to­wa­li na­wet te­le­wi­zji którymś pro­gramów sa­ty­rycz­nych. Chy­ba Mann Ma­terną nich kpi­li. Żarty nie miały jed­nak wpływu na sta­no­wi­sko dy­rek­cji Domów To­wa­ro­wych „Cen­trum”, wi­bra­to­ry jak stały ga­blot­kach przed emisją pro­gramu, tak stały nadal po niej chy­ba tak do­stały do pogłębie­nia kryzysu.

Inna spra­wa, że lu­dzie tak byli spra­gnie­ni no­wi­nek, niektórzy te wi­bra­to­ry na­prawdę uzna­li za apa­ra­ty do masażu twa­rzy no­si­li je przy so­bie. Pa­no­wie trzy­ma­li je mod­nych sa­szet­kach zwa­nych po­pu­lar­nie pe­de­rast­ka­mi lub tra­dy­cyj­nych tecz­kach, pa­nie swo­ich dam­skich to­reb­kach. Można było więc spo­tkać miej­scach pu­blicz­nych ele­gant­ki ele­gantów, którzy wyciągali na przykład stojąc ko­lej­ce taki wi­bra­tor, prze­pra­szam, apa­rat do masażu twa­rzy, ma­so­wa­li so­bie szyję, twarz, pa­nie na­wet de­kolt. Po­dob­no taki za­bieg dawał przy­jem­ne odprężenie.

II. „Wy­pad­ki lip­co­we”, czy­li kłopo­ty roz­bie­ra­niem

Trud­no po­wie­dzieć, kie­dy Pol­sce po­ja­wi­li się pierw­si na­tu­ryści. Niektórzy twierdzą, że już przed wojną, la­tach trzy­dzie­stych. okre­sie między­woj­nia nudyści spo­ty­ka­li się na plażach Po­je­zie­rza Wileńskie­go nad Bałty­kiem. Zażywa­no też na­gich kąpie­li słonecz­nych na łachach pia­chu na Wiśle Ka­zi­mie­rzu Dol­nym. Ko­rzy­stała tych uciech młodzież ar­ty­stycz­na, stu­den­ci Ta­de­usza Pruszkowskie­go, ar­ty­sty ma­la­rza pro­fe­so­ra Aka­de­mii Sztuk Pięknych. Także po woj­nie opa­la­no się taki sposób tym miejscu.

„Czy nie spo­tka­liśmy się przy­pad­kiem na na­giej plaży Ka­zi­mie­rzu?” za­py­tał kie­dyś Jan Su­zin moją koleżankę, dzien­ni­karkę jed­ne­go war­szaw­skich dzien­ników. Su­zin to była jed­na naj­większych te­le­wi­zyj­nych legend.

Po woj­nie po­dob­no pierw­szych nago opa­lających się przed­sta­wi­cie­li płci oboj­ga wi­dy­wa­no re­gu­lar­nie już 1946 roku oko­li­cach Kry­ni­cy Mor­skiej. Praw­da jest jed­nak taka, że Po­la­cy do lat sie­dem­dzie­siątych bez ubra­nia opa­la­li się albo pry­wat­nie, na przykład we własnym ogródku, albo po­ta­jem­nie na ja­kimś od­lu­dziu. Na­gie plaże to przede wszyst­kim była jed­na atrak­cji let­nich wy­jazdów do Ru­mu­nii, Bułga­rii, NRD, przede wszyst­kim do daw­nej Ju­gosławii. Za naj­bar­dziej roz­bie­rający się naród Po­la­cy uważają chy­ba Niemców, których najczęściej spo­ty­ka­li na tych plażach których uzna­li za naród całko­wi­cie po­zba­wio­ny zahamowań.

Nagość na pol­skich plażach po­ja­wiła się na początku lat sie­dem­dzie­siątych, dużej części pod wpływem wa­ka­cyj­nych wy­jazdów za gra­nicę do­chodzącego do Pol­ski echa re­wo­lu­cji oby­cza­jo­wej końca lat sześćdzie­siątych. Na początku roz­bie­ra­no się kil­ku miej­sco­wościach nad­mor­skich zdo­mi­no­wa­nych przez tu­rystów War­sza­wy. Prym wiodły Chałupy na Półwy­spie Hel­skim, Dębki, mała miej­sco­wość ry­bac­ka na zachód od Władysławo­wa, oraz Międzyz­dro­je. Roz­bie­ra­no się też pod sto­licą, naj­pierw Świ­drze oko­li­cach Otwoc­ka, po­tem na plaży przy Wale Miedzeszyńskim.

Pol­sce nie może być hi­sto­rii, która nie ma so­bie du­cha he­ro­izmu, poświęce­nia, ofia­ry cier­pie­nia za sprawę. Taka też jest hi­sto­ria pol­skie­go na­tu­ry­zmu. Te jej ciężkie początki opi­sy­wał wy­bit­ny pi­sarz między­na­ro­do­wej sławie, Ja­nusz Głowac­ki. Był on też jedną pierw­szych ofiar re­pre­sji, które do­tknęły świat miłośników na­gie­go opa­la­nia na­gich kąpie­li. Swo­je cier­pie­nia do­sko­nały au­tor opi­sał krótkim, lecz przej­mującym utwo­rze pod zna­mien­nym tytułem „Po­lo­wa­nie na roz­bie­rańca”. Na początku lat sie­dem­dzie­siątych przed­sta­wił tam mia­no­wi­cie re­lację dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń, które miały miej­sce pew­ne­go strasz­li­wie upal­ne­go dnia lip­co­we­go, kie­dy to po­zba­wio­ny bie­li­zny kąpie­lo­wej zwa­nej slip­ka­mi lub kąpielówka­mi leżał na plaży obok re­dak­to­ra A. Mar­kow­skie­go ty­go­dni­ka sa­ty­rycz­ne­go „Szpil­ki”. Wokół nago opa­lało się kil­ka­naście osób, ktoś gołym za prze­pro­sze­niem tyłkiem ukrad­kiem biegł do wody.

„Mimo upału, ana­li­zo­wa­liśmy na roz­sta­wio­nej sza­chow­ni­cy wa­riant obro­ny Nie­mzo­wit­scha, za­sto­so­wa­ny par­tii Fi­scher-Spas­ski, dys­ku­tując jed­no­cześnie dla ożywie­nia umysłu kon­cep­cji cza­su utwo­rach Lesława M. Bar­tel­skie­go”2 za­no­to­wał Głowac­ki, opi­sując sy­tu­ację przed sztur­mem, który nad­szedł znienacka.

„Dziś, gdy co­fam się myślą do owe­go dnia, pojąć nie mogę, cze­mu nie zadrżały nam ręce, gdy po kąpie­li po­sta­no­wi­liśmy także opa­lać się bez ko­stiu­mu. Dla­czegóż nie przyszło opa­mięta­nie także później, gdy nad wy­dma­mi po­ja­wiła się lu­ne­ta-pe­ry­skop używa­na po­wo­dze­niem pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej, po­tem, gdy po­bli­ski las ru­szył ku nam, ni­czym Mak­bet nie chcie­liśmy uwie­rzyć nie­uchron­ność prze­zna­cze­nia. Do­pie­ro, gdy gałęzie opadły, odsłaniając mężczyznę pięknym gar­ni­tu­rze ko­lo­ru wody mor­skiej ko­szu­li typu yel­low ba­ha­ma, za nim błysnął sta­lo­wy mun­dur plutonowe­go Mi­li­cji Oby­wa­tel­skiej, schwy­ci­liśmy za kąpielówki, zbyt późno.

Cie­ka­we, gdzie pa­no­wie trzy­mają do­wo­dy oso­bi­ste? za­py­tał przed­sta­wi­ciel puc­kiej władzy cy­wi­lu, pro­po­nując mi równo­cześnie zbi­cie konia.

Tak zaczęła się kil­ku­dnio­wa wal­ka pod­sta­wo­we pra­wa człowie­ka, która kie­dyś być może przej­dzie do hi­sto­rii jako wy­pad­ki lip­co­we. Wal­ka, której po jed­nej stro­nie występo­wa­li funk­cjo­na­riu­sze MO Główny Urząd Mor­ski, po dru­giej dzie­sięć osób bez majtek”.

Trud­no po­wie­dzieć, że po­zo­stałych na­gusów przed­sta­wi­cie­le władzy lu­do­wej schwy­ta­li, hałas wy­wa­bił bo­wiem graj­dołów zza pa­ra­wanów ro­ze­bra­ne to­wa­rzy­stwo, które myślało, że wy­ni­ku tej wiel­kiej ak­cji udało się złapać ja­kie­goś du­si­cie­la lub Szwe­da, który ka­ja­kiem prze­do­stał się do Pol­ski, wy­bie­rając wol­ność. Po­win­no się ra­czej po­wie­dzieć, że zo­stała schwy­ta­na cie­ka­wość. Cie­ka­wość całko­wi­cie obnażona. Ro­ze­bra­ni jed­nak sta­wia­li opór słowny trak­cie wy­mia­ny zdań zwrócili uwagę, że in­nych gołych władza nie re­pre­sjo­nu­je. Wska­zy­wa­li przy tym na grupkę go­lasów, która szpre­chała ob­cym, choć do­brze zna­nym języku.

„Przed­sta­wi­ciel władzy doj­rzałością wy­bit­ne­go męża sta­nu uniknął między­na­ro­do­we­go kon­flik­tu, gdyż także wie­dział, to turyści NRD. Wspa­nia­le obrośnięty praw­nik, za­ma­sko­wa­ny tu­niczką ręczni­ka frotté, wtrącił, że należą oni jed­nak do na­sze­go blo­ku, nie po­win­ni być dys­kry­mi­no­wa­ni także należy im się opie­ka władzy. Mi­nia­tu­ro­wy ele­gant na­po­leońskiej cza­pie skon­stru­owa­nej ja­kiejś ga­ze­ty oświad­czył za­ja­dle re­la­cjo­no­wał Ja­nusz Głowac­ki że ma po­uf­ne in­for­ma­cje, pięćset metrów stąd opa­la się na wy­dmie bez ko­stiu­mu aliant, pa­trzy stronę mo­rza, więc sto­sun­ko­wo łatwo można się do nie­go pod­czołgać, za­chodząc od lasu”.

Nie­ste­ty, władza była nie­ubłaga­na za­do­wo­lo­na ze swo­je­go wiel­kie­go trium­fu. Nie po­mogły ar­gu­men­ty, że ze­bra­ni Chałupach nudyści to re­wo­lu­cjo­niści, którzy wśród ludu niosą ka­ga­nek światłych ideałów mark­si­zmu. Że te idee do­tarły już do Ru­mu­nii, gdzie świa­tli to­wa­rzy­sze do­pusz­czają opa­la­nie się bez ubra­nia. Przed­sta­wi­cie­le ro­dzi­mej władzy lu­do­wej nie podjęli de­ba­ty ideałach so­cja­li­zmu za­po­wie­dzie­li, że uczest­ni­cy tego opa­la­nia bez bie­li­zny kąpie­lo­wej nie­ba­wem spo­tkają się ko­le­gium do spraw wy­kro­czeń. Po ich odejściu lu­dzie, za­pew­ne wy­ni­ku do­zna­nych upo­ko­rzeń czy też zwykłego lek­ce­ważenia, po­sta­no­wi­li się zjed­no­czyć wal­czyć swo­je nie­zby­wal­ne prawa.

Za­sto­so­wa­no me­to­dy bier­ne­go opo­ru, może na­wet wal­ki czyn­nej. To­wa­rzy­stwo po­sta­no­wiło się nie ubie­rać, lecz „z ho­no­rem lec”. Usta­lo­no sposób wal­ki, wy­zna­czo­no dzie­ci do ob­ser­wa­cji, roz­sta­wio­no je na sta­no­wi­skach bo­jo­wych, ro­ze­bra­no się za pa­ra­wa­na­mi ocze­ki­wa­no na nie­uchron­ny atak.

„Następne­go dnia udałem się na plażę opor­tu­ni­stycz­nych kąpielówkach, usiadłem sa­mot­nie, lecz za chwilę przy­siadł się do mnie atle­tycz­ny mężczy­zna ber­mu­dach, po­wie­dział, że jest strasz­ny upał że war­to by coś zdjąć. Pro­wo­ka­cja wy­da­wała mi się szy­ta zbyt gru­by­mi nićmi, więc czym prędzej od­da­liłem się” re­la­cjo­no­wał wy­da­rze­nia lip­co­we Ja­nusz Głowac­ki, który nie­ba­wem do­strzegł na plaży pięciu potężnie zbu­do­wa­nych młodych mężczyzn skra­dających się stronę sta­no­wisk bo­jo­wych nu­dystów. Mężczyźni kąpielówkach skra­da­li się, umiejętnie prze­cze­sując te­ren tak, by nikt ro­ze­bra­ny nie mógł się prze­mknąć. Zaglądali graj­doły pod koce, zbliżyli się do głównej li­nii. Na ich wi­dok dzie­ci pod­niosły krzyk, ich ro­dzi­ce wrzu­ci­li na sie­bie ko­stiu­my plażowe, sztur­mujący wyciągnęli chle­baków czap­ki Urzędu Mor­skie­go. Atak zo­stał od­par­ty. Tego dnia nad pol­skim mo­rzem wy­grał państwem pol­skim za prze­pro­sze­niem zwykły pol­ski goły tyłek.

Trau­ma jed­nak po­zo­stała. Po­ja­wiły się in­for­ma­cje pra­sie, że od czasów pamiętnych wy­da­rzeń lip­co­wych pi­sarz Ja­nusz G. ciągany po ko­le­giach kar­no-ad­mi­ni­stra­cyj­nych „ma uraz używa kąpielówek re­tro, czy­li do ko­lan (W ta­kich wi­dzia­no go tego lata [1975 roku przyp. GS] na plaży Chałupach, gdzie na krańcach plaży pa­ra­do­wały tłumy golasów)”.

Właśnie 1975 roku re­wo­lu­cja za­sia­na pod­czas pamiętnych wy­da­rzeń lip­co­wych zaczęła przy­no­sić pierw­sze owo­ce, choć pi­sarz Ja­nusz Głowac­ki miał pa­ra­do­wać na plaży kon­spi­ra­cyj­nych gaciach.

„Lato tego roku jest (w za­sa­dzie było) wyjątko­wo piękne. Rol­ni­cy za­do­wo­le­ni, na­to­miast kręgach ad­mi­ni­stra­cji państwo­wej mają latu za złe, że było ta­kie piękne, upal­ne słonecz­ne. Oka­zało się bo­wiem, że tym roku nie tyl­ko zboża oko­po­we ob­ro­dziły zna­ko­mi­cie. Na na­szych plażach za­kwi­tli także nudyści. Jak do­niosła pra­sa, na Wy­brzeżu mi­li­cja była zmu­szo­na użyć do ich tępie­nia na­wet od­wodów, ogóle to nie można dać so­bie rady go­la­sa­mi” pisał na łamach ty­go­dni­ka „Kul­tu­ra” An­drzej Gass „Re­por­tażu niesłusznej nagości”.

Jed­no­cześnie przed­sta­wił pro­blem pol­skie­go nu­dy­zmu za­in­te­re­so­wa­nej pu­blicz­ności kra­jo­wej, kręgom czy­tel­ników eli­tar­nych, bo „Kul­tu­ra” jak sam tytuł wska­zu­je była cza­so­pi­smem kul­tu­ral­nym miała też czy­tel­ników kul­tu­ral­nych, oby­tych kul­turą niższą wyższą. Re­dak­tor An­drzej Gass udał się więc te­ren, na plażę na­tu­rystów, którą kon­spi­ra­cyj­nie na­zwał po­etyc­ko Wyspą Nagości. Jak można się domyślać, cho­dziło mu stołeczną plażę przy Wale Mie­dze­szyńskim. Po­dob­nie jak opi­sy­wa­ni przez Głowac­kie­go plażowi­cze wy­ka­zy­wa­li świa­do­mość kla­sową oraz zna­jo­mość za­gad­nień świa­to­poglądowo-po­li­tycz­nych, tak re­dak­tor Gass, nie odwołując się bez­pośred­nio do języka pro­pa­gan­dy, wska­zy­wał pośred­nio, że na plaży nu­dystów ze względu na sze­ro­ki przekrój społecz­ny ro­ze­bra­nych oby­wa­te­li mamy do czy­nie­nia ludźmi równy­mi so­bie, przed­sta­wicielami grun­cie rze­czy społeczeństwa bezklasowego.

„Gro­mad­ka lu­dzi różnym wie­ku, różnych za­wodów: od ro­bot­ni­ka do na­ukow­ca. Prze­ważnie między trzy­dziestką czter­dziestką, ale eme­ry­ci płci oboj­ga też przy­chodzą re­la­cjo­no­wał re­por­terską su­mien­nością. Mat­ki dziećmi, małżeństwa, pe­wien pan ar­ty­le­ryjską lor­netą budzący ogólne współczu­cie na­wet zro­zu­mie­nie, za­ko­cha­ni, gi­tow­cy jak ba­ran­ki (czyżby brak ubra­nia miał po­zy­tyw­ny wpływ na re­so­cja­li­zację?), ich dziew­czy­ny (bar­dzo god­ne), pani re­dak­to­ro­wa (za­wsze maj­tecz­kach: chce się wyróżniać), stu­den­ci ze skryp­ta­mi (se­sja po­praw­ko­wa) li­ce­aliści książkami (we wrześniu dru­ga tura eg­za­minów wstępnych na uczel­nie). Także kil­ku panów wian­kach gałązek wi­kli­ny na głowach, na­cie­rających się co raz pachnącymi kre­ma­mi przy akom­pa­nia­men­cie okrzyków: «Boże, jaki on opa­lo­ny!». Żad­nych sen­sa­cji. Nic rui poróbstwa. Por­cja nagości jest tak duża, że na­wet dla naj­większych ama­torów prze­sta­je być atrakcją. Kil­ka osób trak­tu­je opa­la­nie bar­dzo poważnie. Wie­czo­ra­mi można ich zo­ba­czyć na sce­nie Te­atru Wiel­kie­go. Przed­sta­wi­ciel­ka lżej­szej muzy, strip­ti­zer­ka „Kon­gre­so­wej”, co piętnaście mi­nut zmie­nia swoją po­zycję względem słońca. Jej mąż ba­czy, by brązo­wiała równo­mier­nie, co pe­wien czas spogląda na sto­per krzy­czy: «Hoop!». Wte­dy małżonka posłusznie prze­wra­ca się na plecy”.

Opi­sa­na plaża wa­run­kach re­ali­zmu so­cja­li­stycz­ne­go go­spo­dar­ki pla­no­wej sta­no­wiła ideał. Kra­inę wy­ma­rzoną, raj wyśnio­ny, zie­mię obie­caną. Re­dak­tor wska­zy­wał na brak kon­fliktów ge­ne­ral­nie sym­pa­tyczną at­mos­ferę. Wy­czu­wając ją, lu­dzie pra­cy so­cja­li­stycz­nej po pro­stu zaczęli się gdzie­nieg­dzie roz­bie­rać całkiem lub jak przy­pad­ku niektórych pań przy­najm­niej częścio­wo, wer­sji to­pless. Władza wysłała prze­ciw gołym swo­je od­działy. Ty­go­dnik „Po­li­ty­ka” doniósł, że na Półwy­spie Hel­skim przy­wołano do porządku pewną ak­torkę, gdy opa­lała się nago.

Pu­bli­cyści za­po­wia­da­li, że nie da się uniknąć gołych plaż, tak jak nie udało się uniknąć coca-coli jesz­cze kil­ku in­nych rze­czy. Wid­mo go­li­zny krążyło nad Polską.

III. Tekstylni kontra goli, czyli swojskie wojny polsko-polskie

III. Tek­styl­ni kon­tra goli, czy­li swoj­skie woj­ny pol­sko-pol­skie

W la­tach osiem­dzie­siątych XX wie­ku wielką ka­rierę robiło w pol­skich ga­ze­tach zdjęcie wiej­skiej ko­bie­ty w chu­st­ce, która dzierżąc w dłoni coś w ro­dza­ju szta­che­ty, goniła nagą parę. Zdjęcie to do­sko­na­le od­da­wało kli­mat tam­tych czasów. Po­ka­zy­wało dwie zupełnie różne po­sta­wy i jed­no­cześnie sym­bo­li­zo­wało istotę kon­flik­tu „tek­styl­nych” z nu­dy­sta­mi. „«Tek­styl­nych» ciągnie do na­gich. Wy­obrażają so­bie, Bóg wie co, wy­obrażają so­bie nagą plażę jako So­domę i Go­morę” – pisał ty­go­dnik kon­su­mentów „Veto” i jed­no­cześnie nie­for­mal­ny or­gan na­tu­rystów.

Z jed­nej stro­ny w Pol­sce po sta­nie wo­jen­nym na­tu­ryzm stał się nie tyl­ko formą spóźnio­nej re­wo­lu­cji oby­cza­jo­wej na dość dużą skalę, ale też spo­so­bem oka­za­nia własnej wol­ności. Roz­bie­rało się spo­ro lu­dzi, pa­ra­dok­sal­nie byli również wśród nich uczest­ni­cy re­li­gij­no-pa­trio­tycz­nych ma­ni­fe­sta­cji. Nu­dyzm czy też na­tu­ryzm był formą od­re­ago­wa­nia dość po­nu­rej rze­czy­wi­stości pa­nującej wokół. I roz­rywką dość ega­li­tarną. Nu­dy­sta poza własną fi­zycz­nością nie po­trze­bu­je ni­cze­go więcej.

Zaczęły się po­ja­wiać różne na­gie plaże, naj­pierw spon­ta­nicz­nie, a po­tem na­wy­kli na co dzień do or­ga­ni­zo­wa­nia się w ko­mi­te­tach ko­lej­ko­wych plażowi­cze dość spraw­nie sami zor­ga­ni­zo­wa­li życie na tych kąpie­li­skach. Oprócz Chałup na Helu („uciążliwość w go­dzi­nach po­obied­nich – spacerowi­cze przy sa­mej wo­dzie”), Dębek, Łeby, Świ­dra i Mie­dze­szy­na pod War­szawą oraz Międzyz­drojów po­ja­wiły się plaże w Ro­wach koło Ust­ki, Lu­bia­to­wie, w Kiełpi­nie Sta­rym za Łomian­ka­mi koło War­szawy („Uwa­ga: ab­so­lut­nie nie­wska­za­ne przy­cho­dze­nie tam sa­mot­nych pań ze względu na możliwość na­tknięcia się na zbo­czeńców, których nig­dy nie bra­ku­je w po­bliżu dużej aglo­me­ra­cji”) i w wie­lu in­nych miej­scach.

„Nagością ma­ni­fe­stu­je­my swój pro­test prze­ciw­ko wy­na­tu­rze­niom życia ero­tycz­ne­go, por­no­gra­fii i wy­ra­fi­no­wa­ne­mu eks­hi­bi­cjo­ni­zmo­wi. Nagość to an­ti­do­tum na pru­de­rię i kom­plek­sy. At­mos­fe­ra wspólne­go na­gie­go wy­po­czyn­ku, plażowa­nia i kąpie­li wy­zwa­la ogromną siłę wy­cho­wawczą w sto­sun­ku do płci prze­ciw­nej, ro­dzi to­le­rancję, życz­li­wość i bez­pośred­niość” – de­kla­ro­wa­no w 1983 roku na łamach pi­sma.

Pod­no­szo­no, że „nagość w wy­da­niu plaży na­tu­ry­stycz­nej sta­je się po części asek­su­al­na, tu zwra­ca się przede wszyst­kim uwagę na wa­lo­ry psy­chicz­ne part­ner­ki czy part­ne­ra”. Pod­kreślano prze­wagę na­gich nad ubra­ny­mi, twierdząc, iż „człowiek nagi wśród na­gich czu­je się bar­dziej zin­te­gro­wa­ny”, dzięki cze­mu po­sia­da większe po­czu­cie bez­pie­czeństwa niż na zwykłej plaży „tek­styl­nej”.

„Na obrzeżach na­gich plaż – obok cie­kaw­skich «tek­styl­nych» – można cza­sa­mi do­strzec podgląda­czy pod­nie­cających się wi­do­kiem ko­biet i mężczyzn bez ko­stiumów kąpie­lo­wych, swo­bod­nie ob­cujących z na­turą – pisało „Veto”. – Podgląda­cze wy­wodzą się najczęściej z ciem­no­gro­du, gdzie nagość trak­to­wa­na jest wsty­dli­wie i są to najczęściej osob­nicz­ki i osob­ni­cy mający określone de­wia­cje psy­chicz­ne, nie­groźne na szczęście dla oto­cze­nia. Kie­dy nagi sta­nie oko w oko z podgląda­czem, ten dru­gi na­tych­miast się wy­co­fu­je i zni­ka”.

Właśnie wówczas powrócił już trochę wte­dy za­po­mnia­ny ter­min „ciem­nogród”, który w pew­nej nar­ra­cji po­zo­stał do dzi­siaj.

W nu­me­rze z 31 lip­ca 1983 roku po­ja­wia się ar­ty­kuł „Ciem­nogród ata­ku­je” przed­sta­wiający głosy czy­tel­ników kry­tycz­nych wo­bec na­tu­ry­zmu. Ja­nusz Go­lec z War­sza­wy tak pisał o goliźnie na plaży: „W kra­ju, w którym głód, smród i ubóstwo, gdzie nie ma zwykłej kul­tu­ry dnia co­dzien­ne­go, po­ja­wiają się tacy, którzy mącą w głowach młodym lu­dziom – roz­bierz się, a będziesz szczęśliwy. To nie przy­pa­dek, że w trud­nych cza­sach po­ja­wiają się różni uszczęśli­wia­cze w ro­dza­ju ra­die­stetów”. Młod­szym czy­tel­nikom należy tu­taj po­wie­dzieć, że w la­tach osiem­dzie­siątych były mod­ne w Pol­sce wszel­kie for­my le­cze­nia al­ter­na­tyw­ne­go. Po­ja­wiły się skle­pi­ki z różnymi różdżkami, mie­dzia­ny­mi bran­so­le­ta­mi, ekra­na­mi i in­ny­mi cu­da­mi, które miały ku­mu­lo­wać, po­wstrzy­my­wać i Bóg wie, co jesz­cze robić z bliżej nie­określo­nym pro­mie­nio­wa­niem. Mod­ni byli też różni bio­ener­go­te­ra­peu­ci, którzy do­ty­kając, mie­li prze­no­sić ener­gię. To połącze­nie ra­die­stetów z na­tu­ry­sta­mi wy­da­je się na­tu­ral­ne dla tam­tych czasów, bo na­wet ty­go­dnik sa­ty­rycz­ny „Ka­ru­ze­la” za­mieścił ry­su­nek, na którym pod drze­wem sie­działa naga ko­bie­ta. Na­prze­ciw niej szedł mężczy­zna bio­ener­go­te­ra­peu­ta, który aż strze­lał błyska­wi­ca­mi bioprądów. Ko­bie­ta pod drze­wem mówiła lu­bieżnie: „Weź mnie He­niek, weź mnie tymi bioprądami!”.

Jaka go­spo­dar­ka, taka kon­sump­cja. Nie­for­mal­nym or­ga­nem na­tu­rystów był ty­go­dnik kon­su­mentów „Veto”.

Wróćmy jed­nak do kry­ty­ki na­tu­ry­zmu. Ciem­nogród za­po­wia­dał re­pre­sje, or­ga­ni­zując gru­py sztur­mo­we. „Jeżeli już muszą być tacy zbo­czeńcy, to zróbcie im miej­sce gdzieś w głębi pusz­czy, ogro­dzo­ne pa­la­mi, i niech robią to co małpy – pisał Ka­rol Ma­tu­szew­ski z Gdy­ni. – Wspólnie z ko­le­ga­mi umówiliśmy się, że w przy­pad­ku dal­sze­go dru­ko­wa­nia przez «Veto» tego ro­dza­ju pasz­kwi­li, za­sto­su­je­my boj­kot tego ty­go­dni­ka. A na­wet będzie­my wy­ku­po­wa­li pew­ne ilości i pa­li­li pu­blicz­nie na znak pro­te­stu”. Wia­do­mo, za­czy­na się od pa­le­nia ga­zet…

„Na­tu­ra­lizm w na­szym wy­da­niu jest eks­hi­bi­cjo­ni­zmem ko­biet przed «podgląda­cza­mi», co zresztą po­twier­dza swo­imi zdjęcia­mi i tytułowym ry­su­necz­kiem czołowy podglądacz i ero­to­man p. Ma­rek Hau­szyld. Re­dak­cja «Veto» po­win­na niezwłocznie za­prze­stać ero­to­mańskiej pro­pa­gan­dy upra­wia­nej przez ww. pana. Nad­mie­niam, że je­stem nie­wierzący i da­le­ki od wszel­kich uprze­dzeń” – twier­dził ko­lej­ny czy­tel­nik. Ma­rek Hau­szyld to dzien­ni­karz, który w ty­go­dni­ku „Veto” fir­mo­wał większość tekstów o na­tu­ry­zmie, stając się przez pe­wien czas, szczególnie na początku lat osiem­dzie­siątych, nie­ja­ko twarzą całego ru­chu.

„Po plażach dla na­tu­rystów następny, II etap postępu to wal­ka o cho­dze­nie nago na uli­cach miast i mia­ste­czek, osad, przy których znaj­dują się plaże dla na­gusów. Precz z obłudą – na­gie pupy niech nam pa­ra­dują” – szy­dził ko­lej­ny czy­tel­nik, wska­zując na istot­ne pro­ble­my go­spo­dar­cze. Ty­go­dnik „Veto” w końcu, jak­by nie było, był pi­smem mającym re­pre­zen­to­wać kon­su­mentów. Praw­da też jest taka, że w kil­ku miej­sco­wościach zda­rzały się przy­pad­ki, iż na­tu­ryści z plaży na kwa­terę wra­ca­li nago, po dro­dze wstępując do skle­pu, i było to przy­czyną awan­tur.

„Dla Ciem­no­gro­du na­tu­ryzm to ba­gno mo­ral­ne, to de­pra­wo­wa­nie młodzieży, to ze­zwierzęce­nie człowie­ka” – od­po­wia­dała w ta­kich dys­ku­sjach sta­now­czo re­dak­cja.

Nagość wy­gry­wała z ubra­ny­mi. Re­dak­cja do­no­siła o co­raz to no­wych suk­ce­sach. „Na plażę ciągną całe ro­dzi­ny, co­raz więcej «tek­styl­nych» prze­cho­dzi w sze­re­gi na­tu­rystów” – w to­nie nie­malże re­li­gij­nym roz­pi­sy­wa­no się o nawróce­niach na na­tu­ryzm. Nie­for­mal­ny li­der pol­skich na­tu­rystów i for­mal­ny pre­zes nie­for­mal­ne­go, bo nie­za­re­je­stro­wa­ne­go, ale jed­nak działającego ofi­cjal­nie Pol­skie­go To­wa­rzy­stwa Na­tu­ry­stycz­ne­go, Syl­we­ster Mar­czak w 1983 roku twier­dził, że jego or­ga­ni­za­cja li­czy trzy­dzieści tysięcy członków.

Do re­dak­cji ty­go­dni­ka „Veto” płynęły po­dzięko­wa­nia z całej Pol­ski od zwo­len­ników na­tu­ry­zmu. Pani Ewa z Kołobrze­gu pisała, że kon­wersję na­tu­ry­styczną przeżyła kil­ka lat wcześniej w Ju­gosławii. Pani Ma­ria z Olsz­ty­na cie­szyła się z ad­resów gołych plaż, mówiąc, że ci, co nie chcą, mogą te­raz je omi­jać z da­le­ka. Kry­stian z War­sza­wy za­uważył, że re­dak­to­rzy „Veta” jako je­dy­ni trak­tują ruch na­tu­ry­styczny jako coś na­tu­ral­ne­go i nie piszą o nim tak jak inni dzien­ni­ka­rze, którzy „prze­ka­zują nie­spraw­dzo­ne in­for­ma­cje, wietrząc w te­ma­cie o goliźnie tanią sen­sację na se­zon ogórko­wy”.

Wte­dy znów po­ja­wiły się głosy nie­za­do­wo­lo­nych. Pani Ja­dwi­ga Górec­ka z By­to­mia su­ge­ro­wała, żeby zajęli się czymś kon­kret­nym, na przykład mi­ni­mum so­cjal­nym, bo „o gołej du­pie każdy po­tra­fi na­pi­sać”. „Czy nie prze­sa­dza­cie z re­klamą cze­goś, co jest do­bre, ale na Za­cho­dzie” – pisał z ko­lei Grze­gorz Do­bro­wol­ski z Lu­bli­na.

Po­par­cie, jak to zwy­kle bywa, przy­cho­dziło z za­ska­kującej stro­ny. Sie­dem­dzie­sięciocz­te­ro­let­nia Han­na Woj­cie­chow­ska z Łodzi pisała o prze­ciw­ni­kach opa­la­nia się na plaży nago: „Z po­wo­du przy­cia­sne­go mózgu widzą tyl­ko «pi­kan­te­rię», bo może im cno­ta do­ku­cza i gor­sze­nie się trak­tują jako ona­nię myślową. Będę się za Wami mo­dliła dro­dzy re­dak­to­rzy, aby nie doszło do au­to­da­fe ty­go­dni­ka «Veto»…”.

Kie­dy płynęły mo­dli­twy w obro­nie na­tu­ry­zmu, trze­ba było oddać ce­sa­rzo­wi, co ce­sar­skie. Chwa­lo­no więc Mi­licję Oby­wa­telską za na­tu­ry­styczną po­stawę. W pod­war­szaw­skim Świ­drze kon­ne pa­tro­le na plażę wjeżdżały nago, mając przy so­bie jako je­dy­ne atry­bu­ty czapkę i służbową pałkę. W ku­ror­tach Ste­gny, Chałupy, Rowy strażnicy nie go­ni­li z plaży go­lasów ani też sami nie podglądali ich przy po­mo­cy służbo­wych lor­ne­tek.

Na początku lat osiem­dzie­siątych na dzi­kiej plaży nad Bu­giem koło Gródka gru­pa pi­ja­nych wy­rostków zaczęła wy­zy­wać na­tu­rystów. Po ja­kimś cza­sie dołączy­li do nich miesz­kańcy po­bli­skiej wsi płci oboj­ga, którzy złorzeczy­li na ze­psu­cie oby­czajów. „Pod ad­re­sem na­gusów po­sy­pały się wy­zwi­ska, obelżywe uwa­gi i ka­mie­nie. To, że całe zda­rze­nie nie zakończyło się tra­gicz­nie w skut­kach, że nie doszło do uka­mie­no­wa­nia kil­ku osób, na­tu­ryści za­wdzięczają zim­nej krwi. Po pro­stu spo­koj­nie założyli ubra­nia i wy­co­fa­li się. Ciem­nogród był górą, trium­fo­wał, a naj­większy­mi bo­ha­te­ra­mi byli pi­ja­cy, którzy prze­go­ni­li na­gusów”.

Na dzi­kiej wy­spie na Wiśle w po­bliżu Ra­dio­wa plażowało kil­ka ro­dzin, które po­sta­no­wiły po­szu­kać spo­koj­niej­sze­go miej­sca niż co­raz bar­dziej zatłoczo­na plaża nad Świ­drem. W trak­cie opa­la­nia za­ata­ko­wała ich gru­pa „tek­styl­nych”, choć atak ogra­ni­czył się na szczęście do wul­gar­nych i obelżywych słów. Gro­ziło, że lada mo­ment doj­dzie do ręko­czynów albo na­wet do po­tycz­ki gołych z ubra­ny­mi. „Na szczęście na Wiśle po­ja­wiły się dwie mo­torówki mi­li­cyj­ne pa­tro­lujące rzekę. Widząc, co się dzie­je, mi­li­cjan­ci przy­cu­mo­wa­li przy wy­spie i wzięli w obronę na­tu­rystów. Ten «dyżur» trwał przez kil­ka go­dzin, bo­wiem «tek­styl­ni» nie odstępo­wa­li, za­cho­wy­wa­li się nadal agre­syw­nie”.

Wiesław Nie­dziel­ski, szef związku łódzkich na­tu­rystów, in­for­mo­wał o po­szu­ki­wa­niach od­po­wied­niej plaży, którą w końcu udało się zna­leźć w miej­sco­wości Ldzań w gmi­nie Do­broń w wo­jewództwie sie­radz­kim. „Na pod­sta­wie pi­sma Dziel­ni­co­we­go Domu Kul­tu­ry Łódź-Po­le­sie, przy którym działamy, roz­począłem per­trak­ta­cje z na­czel­ni­kiem. Muszę przy­znać, że spo­tkałem się ze zro­zu­mie­niem i, wo­bec po­par­cia udzie­lo­ne­go przez I se­kre­ta­rza KG PZPR, se­kre­ta­rza KG ZSL oraz prze­wod­niczącego GRN, na­czel­nik wydał ze­zwa­lającą de­cyzję na urządze­nie plaży na te­re­nie gmi­ny. De­cy­zja ta ob­wa­ro­wa­na zo­stała kil­ko­ma wa­run­ka­mi, m.in. za­strzeżeniem o jej cof­nięciu, jeżeli miej­sco­wa lud­ność nie za­ak­cep­tu­je na­szej obec­ności”. Lud­ność nie za­ak­cep­to­wała, a na­tu­ryści nie za­ak­cep­to­wali, że lud­ność nie za­ak­cep­to­wała. Zaczął się ko­lej­ny mecz na­gich z „tek­styl­ny­mi”. „A prze­cież chcąc nawiązać ser­decz­ne kon­tak­ty ze społecz­nością wiejską, de­kla­ro­wa­liśmy naszą po­moc w pra­cach żniw­nych, wy­kop­kach etc. Od­wie­dziłem sołtysa Ldza­nia. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu omalże mnie w jego obejściu nie po­bi­to. Sołtys za­po­wie­dział, że wieś ma za­miar nas od­wie­dzić, gro­ził sa­mosądem i roz­le­wem krwi. Mając na względzie znaj­dujących się na plaży lu­dzi, ro­dzi­ny przy­jeżdżające z dziećmi, ogłosiłem na­tych­miast koniecz­ność li­kwi­da­cji plaży”. Wiesław Nie­dziel­ski po­le­mi­zo­wał też z tezą głoszoną przez ty­go­dnik „Veto”, która mówiła: „czas naj­wyższy, aby władze te­re­no­we do­strze­gały po­trze­by na­tu­rystów i wy­zna­czały – ofi­cjal­nie – plaże, gdzie bez ja­kich­kol­wiek re­pre­sji można by prze­by­wać bez ko­stiumów”.

„W na­szym wy­pad­ku władza te­re­no­wa nas za­ak­cep­to­wała. Na­wet naj­lep­sze jej in­ten­cje nic nie po­mogą, o ile nie zmie­ni się men­tal­ności lu­dzi. A nie­to­le­ran­cja to chy­ba pol­ska spe­cjal­ność” – stwier­dził Nie­dziel­ski.

W lip­cu 1988 roku opi­sy­wa­no sy­tu­ację, która przy­da­rzyła się trzy­na­sto­let­nie­mu chłopcu. Od­da­lił się od obo­zu młodzieżowe­go, na którym prze­by­wał, i sa­mot­nie na wy­dmach jed­nej z nad­mor­skich plaż podglądał na­tu­rystów. Za­cze­piło go dwóch mężczyzn, którzy następnie zaczęli go na siłę roz­bie­rać. Że niby zro­bią z nie­go na­tu­rystę. „Na szczęście nie doszło do tra­ge­dii, bo krzy­ki chłopca posłysze­li na­tu­ryści. Gdy kil­ku na­gich mężczyzn wy­biegło na wy­dmy, dwaj zbo­czeńcy po­rzu­ci­li chłopca i ucie­kli. Zniknęli bez śladu w nad­brzeżnym la­sku. Chłopiec nie zda­wał so­bie spra­wy z nie­bez­pie­czeństwa”.

W tym sa­mym 1988 roku gru­pa „tek­styl­nych”, praw­do­po­dob­nie miesz­kańców jed­ne­go z domów wcza­so­wych, w dzień, w którym po­go­da nie była najład­niej­sza, prześla­do­wała na jed­nej z nad­mor­skich plaż na­tu­rystów, zaglądając do graj­dołów i wyśmie­wając opa­lających się nago. Na­tu­ryści, będąc tego dnia w zde­cy­do­wa­nej mniej­szości, wy­co­fa­li się z plaży. „Następne­go dnia było znów słońce, plaża zapełniła się i… wszyst­ko wróciło do nor­my”.

Po­dob­no w Chałupach, skąd w połowie de­ka­dy wy­ku­rzo­no na­gusów, pod ko­niec dzie­sięcio­le­cia na­rze­ka­no, że miej­sco­wość zo­stała opa­no­wa­na przez pi­jaków. Cho­dziły też słuchy, że miał się tam odbyć zlot sa­ta­nistów, chy­ba pierw­szy w Pol­sce, ale nie udało się zna­leźć po­twier­dze­nia, czy w końcu do­szedł do skut­ku. Chałupy miały też być miej­scem piel­grzy­mek „hejów nar­ko­ty­zujących się kom­po­tem” (hej, heje – od an­giel­skie­go przy­wi­ta­nia hey, na­zwa, którą określano długowłosych i ćpających w la­tach osiem­dzie­siątych, ta­kich pol­skich post­hi­pis).

Pod ko­niec lat osiem­dzie­siątych krążyły też słuchy, że niektórzy „tek­styl­ni” podgląda­cze re­je­strują na­tu­rystów ka­me­ra­mi wi­deo, które sta­no­wiły wte­dy przy­wie­zio­ny z za­gra­ni­cy luk­sus, a po­tem oglądają te fil­my w ro­dzin­nym gro­nie w zi­mo­we wie­czo­ry.

Po wy­pro­sze­niu na­tu­rystów z Chałup cen­trum na­tu­rystycznego życia prze­niosło się do Rowów. Władze gmi­ny za­pew­niały, że są za na­tu­rystami, choć miały świa­do­mość, że występują kłopo­ty w za­opa­trze­niu lud­ności. In­for­mo­wały więc lo­jal­nie: „Tak jak w ubiegłym roku mogą być pew­ne pro­ble­my z mle­kiem i pie­czy­wem. Pie­kar­nia w Ust­ce po pro­stu nie nadąża, a jeśli cho­dzi o mle­ko, to wal­czy­my o spraw­niej­szy trans­port. Są także pro­ble­my z prze­cho­wy­wa­niem mle­ka. Trud­no ukry­wać, że w naj­lep­szej sy­tu­acji są oso­by, które mają całodzien­ne wyżywie­nie. Sta­ra­my się, żeby in­nych wcza­so­wiczów też nie zagłodzić”.

Trze­ba obiek­tyw­nie stwier­dzić, że „Veto” kon­se­kwent­nie prze­strze­gało, by lu­dzie nie opa­la­li się nago sa­mot­nie, żeby uni­ka­li nie­bez­piecz­nych za­cho­wań, miejsc i lu­dzi. Na przykład kie­dy Ania i Go­sia na­pi­sały: „Większość dziew­czyn z na­szej kla­sy (dzie­siątej w ogólnia­ku) po­sta­no­wiła zo­stać na­tu­ryst­ka­mi tego lata. Po­sta­no­wiłyśmy naj­pierw oswoić się z nagością. Cho­dzi­my na leśną po­lankę i opa­la­my się bez tek­sty­liów, by nie było pasków po ko­stiu­mie. Ale mimo tego tre­nin­gu bo­imy się, czy odważymy się wejść gołe między in­nych gołych. Mamy wielką tremę”, na łamach „Veta” sta­now­czo im od­pi­sa­no: „Jest bar­dzo nie­bez­piecz­nie opa­lać się sa­mot­nie lub we dwie, słabe dziew­czyny w od­lud­nym le­sie. Nie­ste­ty, wokół na­tu­rystów kręcą się różni nie­wyżyci osob­ni­cy. Pół bie­dy, jeśli tyl­ko podglądają z ukry­cia. Go­rzej, gdy ze­chcą was na­pa­sto­wać, albo… od­pu­kać!”.

Ra­dzo­no tym dziew­czy­nom, by poszły opa­lać się w większym gro­nie od razu na plażę dla na­tu­rystów i żeby ko­le­dzy nie pili al­ko­ho­lu: „Większość eks­cesów sek­su­al­nych do­ko­nują pi­ja­cy, którzy na­wet są zupełnie nor­mal­ni, kie­dy są trzeźwi”.

Prze­strze­ga­no też sa­mot­nych chłopców, którzy chcą się opa­lać w po­je­dynkę („Wśród ho­mo­sek­su­alistów wie­lu jest osob­ników zaśle­pio­nych swoją żądzą, a za­tem zdol­nych do wszyst­kie­go”) oraz oso­by star­sze („Nie tak daw­no pra­sa po­da­wała, iż zgwałcono ko­bietę bli­sko sześćdzie­sięcio­let­nią. Cóż, w pi­ja­nym wi­dzie wszyst­ko jest możliwe”).

W ta­kich wa­run­kach ro­dził się na­tu­ry­stycz­ny sa­vo­ir-vi­vre. Na na­giej plaży nie mo­gli prze­by­wać sa­mot­ni mężczyźni w tek­sty­liach. Byli z niej ru­go­wa­ni przez na­tu­rystów. Nie­mi­le wi­dzia­ne były też na­gie męskie pary, „zwłasz­cza wte­dy, gdy kryją się za pa­ra­wa­nem”.

Nie bu­dził za to wątpli­wości strój to­pless u pań. „To­pless jest ko­niecz­ny, Pa­nie mogą (między in­ny­mi na­gi­mi) cho­dzić w majt­kach, bo prze­cież spo­ty­ka je na­tu­ral­na, co­mie­sięczna do­le­gli­wość. Może to więc być pre­tek­stem dla tych sym­pa­ty­czek na­tu­ry­zmu, które jed­nak nie mają od­wa­gi odsłonić pupy. Choć w tym miej­scu przy­pomnę wy­ni­ki badań wska­zujące, iż to… mężczyźni mają więcej oporów przy zdej­mo­wa­niu maj­tek” – pisał w ru­bry­ce na­tu­ry­stycz­nej „Veto” au­tor ukry­wający się pod pseu­do­ni­mem Ber­nard.

Jeśli cho­dzi o upra­wia­nie spor­tu na plaży, to w piłkę można było grać, ale za­le­ca­ne były „ta­kie gry, które nie wy­ma­gają ku­ca­nia i nie po­wo­dują kon­tak­tu ciało-ciało. Naj­le­piej wi­dzia­na jest siatkówka. Można też po­grać w ko­metkę. Uwa­ga, na całym świe­cie przyjęte jest, że również pa­no­wie grają w siatkówkę. Nie ma się co krępować”.

Źle wi­dzia­ne było zagląda­nie do cu­dzych graj­dołów i po­lo­wa­nie z apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym na in­nych na­tu­rystów. W ra­mach „ety­kie­ty” za­raz po przyjściu na plażę i zdjęciu „tek­sty­liów (su­per czy­stych, oczy­wiście!)” za­le­ca­no zażycie kąpie­li jako for­my hi­gie­nicz­ne­go oczysz­cze­nia.

„Je­stem na­tu­rystką, pełno­let­nią i mam 15-let­nie­go bra­ta – pisała jed­na z czy­tel­ni­czek. – Na­sza do­rosła pacz­ka wy­bie­ra się z na­mio­tem na plażę na­tu­ry­styczną. Brat chce ko­niecz­nie z nami po­je­chać. Czy może? Czy na­sto­la­ta puszczą tam? Po­radź też Aga­to, czy ko­bie­tom nie szko­dzi prze­by­wa­nie na słońcu bez ko­stiu­mu?”. A do­bra Aga­ta z ty­go­dni­ka „Veto” po­ra­dziła, żeby bra­ta wziąć i nie bać się słońca.

Wska­zy­wa­no też trud­ności części utaj­nio­nych, by nie po­wie­dzieć ka­ta­kum­bo­wych na­tu­rystów, i zachęcano wszyst­kich do większej to­le­ran­cji: „Na­wet gdy trze­ba będzie przyjąć do wia­do­mości, że to nasz syn lub córka albo współmałżonek po­sta­na­wia zo­stać na­tu­rystą. Na na­gich plażach spo­ty­ka się nie­ste­ty na­tu­rystów, którzy kryją się z tą swoją nową pasją przed… ro­dzinką”.

Po­ja­wiały się różne ini­cja­ty­wy. Mniej i bar­dziej uda­ne. Przy Pol­skim To­wa­rzy­stwie Na­tu­ry­stycz­nym powołano Agencję Fo­to­mo­de­lek, jed­nak po ja­kimś cza­sie zde­cy­do­wa­no się ją za­mknąć. „Przed­sta­wi­cie­le fil­mu zgłosi­li za­po­trze­bo­wa­nie na na­tu­ryst­ki, które zgo­dziłyby się sta­ty­sto­wać w fil­mach lub po­zo­wać do aktów – opo­wia­dał o ku­li­sach po­wsta­nia agen­cji pre­zes Pol­skie­go To­wa­rzy­stwa Na­tu­ry­stycz­ne­go, Syl­we­ster Mar­czak. – Fil­mow­cy nie bar­dzo chcą za­trud­niać strip­ti­zer­ki, które za­wsze za­cho­wują się jed­nakowo i nie bar­dzo po­tra­fią w na­tu­ral­ny sposób po­ka­zać piękno ko­bie­ce­go ciała. Trzy­dzieści na­tu­ry­stek wystąpiło w fil­mie «Tha­is», ale – ge­ne­ral­nie rzecz biorąc – na­tu­ryst­ki nie były za­in­te­re­so­wa­ne ist­nie­niem agen­cji. Otrzy­małem na­to­miast set­ki listów od bar­dzo za­in­te­re­so­wa­nych panów i szyb­ko zde­zer­te­ro­wałem”.

Wiosną 1985