Silentium! - Wolf Haas - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 215 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Silentium! - Wolf Haas

Fenomen kryminału.
„Haas jest objawieniem w powieści kryminalnej ostatnich lat”. Die Woche
Pojawia się kolejny kandydat na biskupa wywodzący się z szacownego Marianum – niższego seminarium duchownego w Salzburgu. Jest się czym chlubić. Gdyby tylko nie te okropne plotki… Czy ksiądz prałat podczas lekcji higieny w piwnicy z natryskami rzeczywiście molestował seksualnie jednego ze swoich nieletnich wychowanków? Prywatny detektyw o ponurym usposobieniu, Simon Brenner, ma sprawdzić, czy zwierzenia byłego ucznia u psychiatry nie są przypadkiem jedynie tworem jego fantazji. Lecz wkrótce straszne odkrycie przerywa powszechne silentium. Może ono położyć kres nie tylko marzeniom duchownego o karierze biskupiej, ale i wyjątkowemu festiwalowi salzburskiemu.
Wolf Haas to jeden z najpopularniejszych i wysoko cenionych pisarzy niemieckojęzycznych, fenomen współczesnej literatury austriackiej. Jego powieści z prywatnym detektywem Simonem Brennerem uhonorowano licznymi nagrodami, trzy sfilmowano. Kolejno trafiają one na listy bestsellerów, wielu czytelników uważa je za kultowe. Te wyjątkowe kryminały Haasa odznaczają się nietypowym, błyskotliwym poczuciem humoru. Uroku dodaje im wysmakowana, zwięzła, charakterystyczna dla pisarza narracja.

Opinie o ebooku Silentium! - Wolf Haas

Fragment ebooka Silentium! - Wolf Haas





Informacje o książce


1

No i znowu się coś wydarzyło. I to akurat w Marianum, gdzie, wiadoma sprawa, chłopski dzieciak wchodzi z jednej strony jako dziesięciolatek, a po ośmiu latach wyskakuje z drugiej strony już prawie jako ksiądz. Nic dziwnego, że przez tyle czasu nikt niczego nie podejrzewał. No bo właściwie nie do pojęcia, żeby coś takiego było możliwe w najczystszej szkole z internatem w całym Salzburgu.

Czekaj, powiedziałem najczystszej. Oczywiście nie chodzi mi o higienę w dosłownym znaczeniu. W internacie zawsze trochę cuchnęło, czytaj: wyziewy wyrostków to nie ogród różany. A jak któregoś dnia nagle wezwali detektywa, to ten najpierw zwrócił uwagę na dziwne zapachy. No wiesz, w takim internacie masz zapachy, jakich nigdzie indziej nie uświadczysz.

Pewnie, że w klasach zawsze śmierdzi, nauczyciele dostają nawet specjalny dodatek za uciążliwe warunki pracy i uważam, że to jest w porządku. Bo jak cię zamkną w klasie z dwudziestoma czy trzydziestoma wyrostkami, to nie ma siły, masz ochotę tego czy owego ucznia, który i tak nie kapuje, co się do niego mówi, zamienić na rabatkę.

A zapachy w internacie to znowu co innego. Jak Brenner przyjechał do tego Marianum i wprowadził się do pustego pokoju prefektów pomocniczych, od razu mu się przypomniał komisariat. Dziewiętnaście lat był policjantem, zanim się usamodzielnił, no to nic dziwnego, że potem przez całe życie wszystko ci się z policją kojarzy.

Nie uwierzysz, ale każde piętro tego starego zamczyska miało inny zapach. Tylko że tego zapachu się tak dokładnie nie dało określić. Kuchnia i jadalnia mieściły się wprawdzie na parterze, ale zapachy zjełczałego jedzenia czułeś na każdym piętrze, i chociaż nową kaplicę postawili na poddaszu, czyli cztery piętra wyżej, wydaje się, jakbyś był w restauracji. Ta kaplica to był majstersztyk architektury, dziesięć lat temu na starych murach klasztornych nadbudowali prawdziwe gniazdo ptasie, jak wchodzisz, to mało apopleksji nie dostajesz, no bo sufit cały szklany, można powiedzieć – niebo na wyciągnięcie ręki. Lecz pod względem zapachów – katastrofa. Jako że z niewiadomego powodu kaplica wsysała wszystkie wyziewy kuchenne. Ale to wprost nie do wiary, jak szybko człowiek przyzwyczaja się do nowych zapachów, już po trzech dniach Brenner praktycznie ich nie wyczuwał. Oczywiście to żaden problem, bo szkoła nie zatrudniła go po to, żeby analizował zapachy. Ksiądz rektor nie potrzebował wcale detektywa od zapachów! Uważaj tylko, co ci powiem.

Brenner nie był specjalnie przewrażliwiony na punkcie zapachów. Dziewiętnaście lat pracy w policji to dostateczna okazja, żeby się pozbyć takich fanaberii. Zresztą on w ogóle nie należał do ludzi wydelikaconych. No bo weź tylko jego aparycję. Przysadzisty koleś o twarzy, w której najgładsze były blizny po ospie, dwie pionowe bruzdy wrzynały się w policzki na głębokość centymetra. Niby pytanie za pięć złotych: czy to austriacki eksgliniarz, czy słynny francuski kiper perfum.

To, że akurat w internacie nagle zainteresowały go zapachy, to znów była sprawa, jak by tu rzecz ująć, nie zamierzam upiększać prawdy. No bo to właśnie był cały Brenner. Zawsze mu ta cecha przeszkadzała w dochodzeniach. Najbardziej zwracał uwagę na rzeczy mało ważne. To była jego choroba, nigdy się z tego nie wyleczył. Zawsze zaczynał siodłać konia od ogona. Przełożeni w policji próbowali go od tego odzwyczaić, ale gdzie tam. Brenner ani na milimetr nie odstąpił od swojej metody. A najgorsze, że to jest zaraźliwe. Bo widzę, że ja też zacząłem od rzeczy najmniej ważnych. Koniec końców cztery trupy, więc trudno się w nieskończoność zajmować zapachami. No ale skoro się o tym zgadało, jeszcze ci szybko opowiem, jak to się stało, że Brennera na stare lata zaintrygowały zapachy. Zaraz pierwszego dnia młody ksiądz rektor Marianum zaprosił go do swojego gabinetu na rozmowę na dziesiątą wieczór. Uważaj, rzecz łatwo zapamiętać: rektor to szef, a prefekci – zastępcy szefowie. W pierwszej chwili Brenner się zdziwił, że taki młody człowiek może być już księdzem, a do tego szefem archidiecezjalnego niższego seminarium duchownego, wiadomo, delikatna misja. Ale młody rektor świetnie się trzymał roli, godność i takie tam. To on zdecydował, że tak dalej być nie może, że trzeba wezwać detektywa, który wszystko wyjaśni.

Kiedy cyferki na zegarku elektronicznym, który mu sprezentowali na pożegnanie trzy lata temu koledzy policjanci, przeskoczyły na 22.00, Brenner zapukał do drzwi. Ale nie otworzył mu rektor osobiście, bo ten nie był sam w gabinecie. W drzwiach ukazał się ten sam stary prefekt z zajęczą wargą, który po południu przydzielił mu pusty pokój prefektów pomocniczych na trzecim piętrze. Nosił krótko przyciętą siwą bródkę i wąsy, pod którymi na pierwszy rzut oka trudno było dostrzec kalectwo. No ale z tym ukrywaniem wad to jest diabelska sprawa, to tak jak z łysymi, którzy sobie zasłaniają łysinę „pożyczką" z resztki włosów, a przez to tylko jeszcze bardziej ją widać. Albo jak z mordercami, którzy się starają zachowywać jak najostrożniej, a tu ledwie powiedzą do policjanta: ładną mamy pogodę dzisiaj – już kajdanki pobrzękują.

No i tej zajęczej wargi rzeczywiście prawie się nie widziało, ale wada wymowy była tym bardziej uderzająca. W dzieciństwie pewnie operacje i tak dalej, a teraz stary prefekt miał trochę dziwną wymowę, mniej więcej tak jak ludzie z trzecim uzębieniem, jak już odłożą na noc do szklaneczki ze środkiem dezynfekcyjnym swoją wspaniałą sztuczną szczękę. Brennerowi się wydawało, że i głos miał jakiś dziwny, kiedy w gabinecie regensa przedstawiał mu drugiego prefekta: – Nasz prefekt od wychowania fizycznego.

Sterczące włosy prefekta chwiały się jak anteny, gdy potrząsał dłonią Brennera, niby: serdeczne powitanie. Brennera uderzyło, że w przeciwieństwie do pozostałych dwóch przełożonych nie miał na sobie typowego dla księży austriackich czarnego garnituru z przypinanym srebrnym krzyżem, tylko dżinsy i białą koszulę. Wyjaśnienie jest proste – nie był duchownym, tylko świeckim prefektem. A ponieważ przełożony od wuefu siedział między rektorem a prefektem z zajęczą wargą, Brenner miał przed sobą interesujący obraz. Z lewej czarny, z prawej czarny, a w środku biały, czyli: symetrycznie! A postacie prawie tak samo sztywne jak na starych obrazach olejnych zdobiących korytarze seminarium, których zapach zmieszany z wonią oleju kuchennego i pasty do podłogi natłuszczał powietrze, słowem: muzeum.

Ale Brenner nie zwróciłby na to uwagi, gdyby nie to, że nad trzema głowami przełożonych widniał sporządzony złoconymi literami napis: „Silentium!".

Napis umieszczony był bezpośrednio na ścianie gabinetu i dlatego w tej chwili cała ta sceneria wydała się Brennerowi troszkę nie z tego świata. Chociaż z drugiej strony już przedtem oglądał te napisy na wszystkich korytarzach i we wszystkich salach lekcyjnych, a nawet w umywalniach, bo seminarzyści na każdym kroku byli upominani: „Silentium!" tu, „Silentium!" tam. No i powiem ci, że ja to doskonale rozumiem, bo w takiej szkole dla chłopców musisz się bez przerwy strasznie pilnować, żeby ci ten hałas po prostu nie uderzył do głowy, taki tam wrzask przez cały dzień, nauczyciel mógłby łatwo stracić cierpliwość i zacząć strzelać w ten rozwrzeszczany tłumek, a w tym hałasie, jaki uczniowie podnoszą na przerwach, nawet by nie słyszał terkotania karabinu maszynowego.

No ale w naszym Marianum zdusili to niebezpieczeństwo w zarodku, nie dopuścimy do takiej sytuacji, powiedzieli, przez większość czasu uczniowie mają mówić tylko szeptem, a przez resztę czasu – w ogóle silentium! Fakt, że to wygląda trochę niesamowicie, kiedy kilkaset dzieciaków pary z gęby nie puści. I może to był jeden z powodów, że te zapachy tak się wybijały na pierwszy plan.

I ciekawa rzecz: za to silentium był odpowiedzialny w pierwszym rzędzie prefekt od wuefu. To nie tak jak w polityce albo w telewizji, że mówią: najgłupszy niech obejmie dział sportowy, nie, wręcz przeciwnie: w szkole z internatem dla chłopców wychowanie fizyczne jest w gruncie rzeczy najważniejsze. Bo taki młodociany osobnik ma nieprawdopodobną energię, którą musi jakoś wyładować, inaczej zbzikuje, możesz sobie pisać silentium! na ścianach, ile zechcesz, bez sportu ani rusz, i możesz mówić o szczęściu, jak nie rozerwie posługaczki na sztuki.

Ale dzisiaj młody rektor sam był posługaczką, niby: nakrywał do stołu, i to tak, że stół konferencyjny po prostu tonął w smakołykach, solone orzeszki ziemne – opakowanie dla całej rodziny, chipsy – opakowanie dla całej rodziny, paluszki soletti – opakowanie dla całej rodziny, słone ciasteczka – opakowanie dla całej rodziny. Wydaje mi się, że dzisiaj, jak ktoś nie może mieć własnej rodziny, to przynajmniej od czasu do czasu musi zniszczyć opakowanie dla całej rodziny, niby: napad szału.

Na widok młodego duchownego szefa rozrywającego jedno po drugim opakowanie rodzinne Brennerowi przypomniał się napis na automacie z prezerwatywami w policyjnej kantynie w Linzu: „Ekonomiczne opakowanie rodzinne". Fatalny dobór słów, no bo ten produkt ma właśnie zapobiegać powstaniu rodziny. Na wszelki wypadek Brenner zapchał sobie usta solonymi orzeszkami, żeby się nie wyrwać z tym wspomnieniem. W obecności dwóch księży byłoby to może odrobinę niestosowne.

I to jest kolejny dowód, co taki napis na ścianie może. Bo bez złoconego „Silentium!" Brennerowi na pewno by się wyrwało o tym opakowaniu dla rodziny. Zauważył, że artysta zadał sobie wiele trudu, litery były misternie wymalowane, a zamiast „t" w środku wyrazu wstawił prosty krzyżyk.

No ale jak nie opowiesz historyjki o prezerwatywach, to może się zdarzyć, że w ogóle nikt nic nie powie. I trzej szefowie seminarium rzeczywiście milczeli. Jednak możesz mi wierzyć, że mimo to nie panowało prawdziwe silentium, naokoło słychać było chrupanie słonych paluszków, niech się schowa przyjęcie urodzinowe dla dzieci.

– Może piwo? – odezwał się wreszcie młody ksiądz rektor.

Prefekt z zajęczą wargą, rozczapierzywszy palce, pokręcił dłońmi niezdecydowany, ale w końcu wystękał swoim osobliwym głosem:

– Łyczek by można.

W pierwszej chwili Brenner pomyślał, że to jakaś specjalna kościelna maniera, że się wyrzuca twarde „t" w wyrazie „könnte" i wypowiada własną chęć w formie pośredniej „könne". Ale prawdziwym powodem braku „t" w wypowiedzi prefekta był oczywiście rozszczep podniebienia. Nie zapominaj o jednym. Dzisiaj zajęczą wargę można bez śladu usunąć, ale prefekt był już pewnie po sześćdziesiątce, a w tamtych czasach chirurgami zostawali tylko najgorsi szewcy. Mogłeś mówić o szczęściu, jak w ogóle trafiał skalpelem tam, gdzie trzeba. Kiedy rektor wnosił skrzynkę piwa, Brenner zauważył, że mimo młodego wieku miał już zadatki sadełka. Chociaż ogólnie rzecz biorąc, był to przystojny, wysoki mężczyzna o czarnych włosach i bladej karnacji, jak aktor w niemych filmach. Jak go biskup parę lat temu przeniósł do seminarium na stanowisko rektora, krążyły nawet plotki, że to z powodu dewotek w dawnej parafii. Nie masz pojęcia, jak one wtedy adorowały świeżo wyświęconego księdza. Miało się wrażenie, że to nie ołtarz, tylko plaża nad Adriatykiem, i że to nie ksiądz, tylko organizator imprez w klubie... i że adorują nie tylko Ciało Chrystusa, lecz też troszeczkę ciało jego zastępcy.

Ale, jak mówiłem, to było ileś lat temu, a teraz proszę, najmłodszy rektor w historii szkoły. Niesamowite, jakie ten człowiek zrobił postępy. Jego jedyna słabość to łakomstwo, które też zrobiło niesamowite postępy. Co prawda w czasie Wielkiego Postu brał się w garść, może z tobą godzinami gadać o najnowszej diecie proponowanej przez magazyn „Brigitte", jednak sadełka tak do końca się nie pozbył.

Po prostu między postami za dużo grzeszył – tu zgrzeszył czekoladą, tam zgrzeszył lodami, a dzisiaj na przykład grzech ciężki z powodu piwa i słonych paluszków. Wielebny doił piwo, że aż się w oczach troiło. – Słone paluszki wywołują pragnienie – kiwał głową, jakby sam sobie przyznawał rację, i znowu napełniał kufle.

Ale ja myślę, że to nie była tylko sprawa słonych paluszków. Chodziło też trochę o nieprzyjemny temat, do którego nie wiedział, jak się zabrać. Bo w końcu musiał przecież powiedzieć Brennerowi, po co go w ogóle wezwał. Ale najpierw jeszcze kufelek, nie do wiary, ile ten człowiek wypił.

No wreszcie zaczął klarować Brennerowi, czego od niego chce. Tyle że musiał zacząć od Adama i Ewy, bo przecież ten nawet nie wiedział, że ma być mianowany nowy biskup.

– Jesteśmy oczywiście bardzo dumni z tego – podkreślił – że wybór Ojca Świętego padł na kandydata, który wyszedł z naszego seminarium.

– Bardzo dumni – kiwnął głową stary prefekt.

Tym razem, nie wiem jakim sposobem, udało mu się wymówić „t" w słowie „stolz", może się rozluźnił pod wpływem wypitego piwa.

– Chociaż gwoli skromności trzeba powiedzieć... – wtrącił prefekt Fitz, przy tym skurczył się nieco w sobie, niby: uosobienie skromności. I z tej całej skromności zapomniał powiedzieć, co trzeba powiedzieć gwoli skromności.

– Oczywiście – skinął głową młody rektor.

Jasne, że wiedział, co kolega chciał powiedzieć, normalnie – rozumieli się w pół słowa. I Brenner też to w końcu skapował. Że ta duma jest względna, bo od pokoleń, a może od stuleci wszyscy biskupi wywodzili się w mniejszym lub większym stopniu z Marianum, a do tego świeccy oficjele od burmistrza po premiera rządu krajowego.

No i jeszcze ten drugi problem z dumą. Albo powiedzmy inaczej. Ten drugi problem, w związku z którym nie można było być tak do końca dumnym. – Zapachy – wyrzekł stary prefekt, unosząc wskazujący palec.

Myślę, że to był właściwy powód, dla którego w ciągu następnych dwóch dni Brenner tyle się zajmował zapachami w internacie. Chodzi o to, że stary prefekt musiał mieć już mocno w czubie, bo powtarzał w kółko jak hipnotyzer bulgocącym głosem: – Zapachy!

Prefekt Fitz wyniósł pustą skrzynkę po piwie, ale bynajmniej nie z powodu zapachów. Nie uwierzysz, wrócił z najprawdziwszą małą beczką z piwem. A trzeba ci wiedzieć, że w tym Marianum mieli prawdziwą kulturę. Piwa z beczki nie pili w tych samych szklankach co piwo butelkowe. Prefekt Fitz postawił na stole cztery zabytkowe litrowe kamionkowe kufle, prawdziwe dzbany z herbem klasztoru kapucynów. Pewnie dar od jakiegoś opata, bo w seminarium byli tylko księża diecezjalni w czarnych garniturach, nie uświadczyłeś tam zakonnika w habicie.

Kiedy dzbany zostały napełnione i czterej mężczyźni stuknęli się, że aż zahuczało, Brenner spytał: – Co za zapachy?

Rektor i prefekt Fitz spojrzeli na niego skonsternowani i Brenner najpierw pomyślał, że może jednak przez nieuwagę wypaplał tę historyjkę o opakowaniu dla całej rodziny. Zakłopotany podniósł szybko kufel do ust, ale prefekt tak niezdarnie nalewał piwo, że połowa kufla to była piana. I kiedy ocierał oczy z tej piany, jego wzrok padł na napis na ścianie nad głową rektora i na złoty krzyżyk w środku wyrazu Silentium. No i dopiero wtedy spadły mu łuski z oczu, bo ten krzyżyk był jakby znakiem od Boga.

– Co za pogłoski? – powtórzył tym samym tonem, jakby za pierwszym razem też powiedział „Gerüchte", a nie „Gerüche" z brakującym feralnym „t". – Pogłoski – powiedział prefekt Fitz.

Ledwie już poruszał językiem, ale w przeciwieństwie do starszego kolegi „t" wychodziło mu znakomicie: „Gerüchte". Nie ulegało wątpliwości, że miał najsłabszą głowę ze wszystkich trzech szefów szkoły. Kto wie, może święcenia chronią też troszkę człowieka przed szatanem alkoholu, bo młody rektor wciąż siedział sztywny i wyprostowany, a po zajęczej wardze też nic nie można było poznać, tyle tylko, że raz wymawiał „t", a raz nie, bez ładu i składu.

– Co za pogłoski? – spytał znowu Brenner.

Normalnie stawianie precyzyjnych pytań nie było jego najmocniejszą stroną, zwykle gubił się w ubocznych, nieważnych zagadnieniach. No i myślę, że teraz upojenie alkoholowe pomogło mu w tym pytaniu. Bo alkohol często okazuje się pomocny, jak jesteś w takiej sytuacji, że musisz z uporem maniaka powtarzać w kółko to samo.

Ale prefekt z zajęczą wargą nie odpowiedział. Prefekt Fitz też siedział milczący, tylko lewa noga drgała mu jak terkocząca maszyna do szycia albo jak u człowieka, który siedzi w ścisku. Rektor też się nie odezwał. Brenner czuł się tak, jakby rozmawiał ze ścianą. No bo ściana przynajmniej coś mówiła, chociaż cały czas nic tylko: Silentium!

Kiedy poznał już te pogłoski, to doskonale zrozumiał, że trzej panowie musieli żłopać do białego rana, zanim mu zdradzili wszystkie szczegóły. O czwartej wiedział już wszystko. O kandydacie na biskupa Schornie, o tym, że prałat Schorn trzydzieści lat temu był spowiednikiem w Marianum, wiedział nawet, co to jest spowiednik.

Posłuchaj, to wcale nie takie trudne: rektor szefuje, prefekt zajmuje się wychowaniem, a spowiednik – zbawieniem duszy. Bo taki prefekt to musi być czasem surowy, no to uznano, że nie jest idealne dla duchowego rozwoju, jeśli na przykład uczeń musiałby się spowiadać u swojego prefekta, po prostu kwestia zaufania. Dlatego potrzebny był spowiednik, który urządzał medytacje z muzyką, medytacje ze zdjęciami, spowiedź w pokoju, takie rzeczy.

Teoretycznie uczeń mógł pójść do spowiednika ze skargą na prefekta, a spowiednik wcale by go nie ukarał, tylko wykazał zrozumienie. Zwłaszcza dla maluchów był to ważny partner do rozmowy, gdyż prefekci bywali bardzo surowi, nie powiem terror psychiczny, tak jak w sektach, ale – surowi. Nawet bardzo surowi. No więc spowiednik spełniał rolę azylu, był bardzo ważny, a coś ty myślał. Ten czy ów dziesięciolatek biegał co wieczór do spowiednika, wymyślał sobie grzechy, żeby tylko mieć okazję do spowiedzi w pokoju albo do medytacji ze zdjęciami przy dźwiękach sentymentalnej muzyczki, albo żeby go trochę potrzymać za rączkę, kiedy go napadał demon tęsknoty za domem.

– Zapachy! – dorzucał co chwila swoje zajęcza warga.

Ale o czwartej rano, gdy byli już przy wódeczce Rocca di Papa, młody rektor wreszcie ulżył swojemu sumieniu. W gruncie rzeczy nie miał wyboru. No bo jeden z niegdysiejszych seminarzystów zaczął opowiadać historie o księdzu prałacie Schornie. I to akurat teraz, kiedy papież powiedział: zróbmy Schorna biskupem.

Stary prefekt wysunął argument, że trzeba też zrozumieć spowiednika. Z racji swoich obowiązków miał on siłą rzeczy bliższy kontakt z chłopcami niż prefekci. A były seminarzysta pewnie tylko dlatego czuje się dotknięty, że wtedy ksiądz Schorn wypomniał mu zaniedbania w zakresie higieny. Dzieciaki są strasznie mściwe, pamiętają o takich rzeczach przez długie lata i mogą rzucić na ciebie potwarz, tylko dlatego, że kiedyś im powiedziałeś, że woda służy do mycia.

– Wszystkiemu winien psychiatra – upierał się prefekt Fitz.

Bo były seminarzysta sam z siebie w ogóle by nie wpadł na te rzeczy. No ale problemy małżeńskie, żona mówi, idź do psychiatry. No a potem presja, seanse i żeby sprostać wymaganiom psychiatry, wyciągał zamierzchłe sprawy, niby ta lekcja higieny w piwnicy pod prysznicem ze spowiednikiem Schornem. Teraz każda klasa ma na swoim piętrze osobne prysznice, ale wtedy było tylko tych czterdzieści kabin w piwnicy na tyłach internatu, no i spowiednik musiał pewnie kiedyś powiedzieć do tego ucznia, słuchaj, jesteś miłym chłopcem, masz ładne blond loki i tak dalej, tylko z higieną nie tak!

Ale spowiednik był zawsze bardzo delikatny, urządził to tak, że nikt nie słyszał tych uwag, no bo wiadomo, co to znaczy dla dziesięciolatka, stałby się pośmiewiskiem klasy, nie ma co. No więc spowiednik powiedział mu, w przyszłą niedzielę, kiedy wszyscy będą na mszy, pójdziemy we dwójkę do piwnicy i pokażę ci, co to znaczy porządnie się umyć.

Takie rzeczy to delikatna sprawa i prefekt z zajęczą wargą miał rację, kiedy mówił, że ktoś chłopakom musi i o tym powiedzieć.

– Jak można stwierdzić po dwudziestu ośmiu latach, jak to było naprawdę? – powtarzał w kółko. – Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że nawet odnośna osoba tego dokładnie nie pamięta.

Bo jak się okazało, odnośna osoba dopiero w trakcie seansów u psychiatry stopniowo przypominała sobie różne szczegóły.

– Psychiatrzy to cwaniacy – zabrał znowu głos prefekt Fitz – nie chcą działać na własną niekorzyść, więc nie dopuszczą, by ktoś przypomniał sobie wszystko od razu. O nie, pacjent musi ich odwiedzać przez kilka lat i musi po troszeczku odświeżać pamięć. Dokładnie tak samo postępują dentyści, którzy ci wyznaczają osiem terminów na jedną plombę. Albo jak ten ruski tyczkarz.

Chodzi o to, że kiedyś był taki rosyjski tyczkarz, który za każdym razem poprawiał własny rekord świata tylko o jeden centymetr, chociaż na treningach skakał o dziesięć centymetrów wyżej, a wszystko tylko po to, żeby za każdym razem kasować kolejną milionową premię.

Ale to było już pod koniec posiedzenia, gdy rozmowa w gabinecie rektora stała się nieco chaotyczna. Kiedy zaczęło się rozwidniać, Brenner poszedł do siebie. W zasadzie miał niedaleko na trzecie piętro, ale z jakiegoś głupiego powodu kilkakrotnie musiał dopytywać się u balustrady o drogę. I z jakiegoś głupiego powodu przez cały czas myślał o tym rosyjskim tyczkarzu, który poruszał się w górę bez problemu. I z jakiegoś powodu wydało mu się, że cały pogrążony we śnie internat śmierdzi piwem. Musisz wiedzieć, że Brenner pochodził z miejscowości Puntigam, gdzie robią to piwo puntigamer. Więc oczywiście póki życia, nie zapomni, jak to było, gdy przy spadającym ciśnieniu powietrza w całym Puntigam śmierdziało piwem. I teraz, wspinając się na trzecie piętro, czuł w nozdrzach dokładnie ten sam zapach.

Leżąc w łóżku prefekta pomocniczego, rozmyślał o młodym rektorze z nalaną twarzą, o prefekcie z siwym zarostem ukrywającym zajęczą wargę i o prefekcie od wuefu, który przez cały czas terkotał swoim kolanem. A właściwie nie kolanem, tylko pękiem kluczy, który miał w kieszeni spodni. Bo jako prefekt masz oczywiście klucze od wszystkiego, od klas, od pokoi cichej nauki, od piwnicy, od kaplicy na poddaszu, od kuchni, własnego mieszkania, samochodu itede itepe, i robi się pęk kluczy, że niech się schowa dozorca więzienny.

To delikatne pobrzękiwanie Brenner słyszał jeszcze we śnie. Albo powiedzmy inaczej. Nagle jak wybuch granatu ciszę rozdarł internatowy dzwonek. No bo codziennie bez litości o szóstej rano zgodnie z zasadą: kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Brenner wprawdzie natychmiast usnął, ale dwadzieścia po szóstej znowu dzwonek, bo poranne medytacje, za dwadzieścia siódma dzwonek, bo msza, i kwadrans po siódmej dzwonek, bo śniadanie. Wtedy już się ostatecznie rozbudził, ale nie miał siły wstać.

Zapachy – pomyślał, kiedy do pokoju wsączył się zapach mleka z jadalni. Chwilę później wszystko mu się przypomniało. Pamięć podsunęła mu wszystko od razu, nie po troszeczku.

Leżąc w łóżku prefekta pomocniczego, przypomniał sobie od razu to, co były seminarzysta na tapczanie u psychiatry przypominał sobie stopniowo i długo. Jak to zamiast na niedzielną mszę poszedł sam ze spowiednikiem do piwnicy pod prysznic.

I Brenner za jednym zamachem przypomniał sobie to, co tamten przypomniał sobie dopiero po kolejnym roku wizyt u psychiatry: jak to dziesięciolatek rozbierał się w pomieszczeniach natryskowych.

Rok później przypomniał sobie, jak spowiednik powiedział do niego, że może wyjątkowo zdjąć slipy w przebieralni, bo normalnie slipy wolno było chłopcom zdejmować dopiero w kabinie prysznicowej. Jeszcze rok później przypomniało mu się, że spowiednik także się rozebrał do tej lekcji higieny. I dopiero przed dwoma miesiącami przypomniał sobie to słowo, które wtedy powiedział do spowiednika. Bo najpierw nic tylko silentium, kiedy spowiednik zdjął czarny sweter duchownego ze srebrnym przypinanym krzyżykiem. I kiedy rozpiął białą koszulę duchownego, ukazując czarno owłosioną pierś – nadal silentium. Wreszcie po zdjęciu białego podkoszulka, czarnych butów i czarnych spodni stanął obok nagiego chłopca w samych skarpetkach i slipach, a wokoło wciąż panowała cisza – prawdziwe piwniczno-prysznicowe silentium.

– Ahoj! – zakrzyknął nagle na cały głos chłopiec tak jak w tych filmach telewizyjnych o piratach. Były seminarzysta potrzebował dwudziestu ośmiu lat, aby sobie przypomnieć ten niewinny okrzyk dziecka. – Ahoj!

Bo oto wąskie slipy spowiednika przemieniły się w żaglowiec! We wspaniały transatlantycki jacht miliardera ze wzdętymi żaglami.

Spowiednik puścił wodę z czterdziestu pryszniców naraz, a kiedy posadzka zamieniała się w spieniony nurt, żeglował w swoich wzdętych slipach od prysznica do prysznica, a mały delikwent poddany nauce higieny siedział na jego łonie jako pierwszy marynarz.

Jak widzisz, tu wspomnienia dosłownie zacierają się we mgle.

I dlatego ksiądz rektor powiedział, musimy zdążyć dokładnie wyjaśnić całą sprawę przed oficjalną nominacją biskupa. A prefekt z zajęczą wargą powiedział, kto wie, co ten człowiek sobie jeszcze może przypomnieć. A prefekt od wuefu powiedział, jak się raz zacznie, to nie można się już zatrzymać, ruski skoczek też co chwila windował poprzeczkę o centymetr wyżej, zarobił na tym kilkadziesiąt milionów, ale w porównaniu z majątkiem, jaki zostawiasz u psychiatry za parę wspomnień, pieniądze wyłożone przez firmę Adidas to betka.

W każdym razie prysznic by mi też nie zawadził, pomyślał Brenner, leżąc w łóżku prefekta pomocniczego. No i radosne odkrycie: woda była naprawdę gorąca i płynęła bez końca! I tak długo siedział pod natryskiem, że muszę powiedzieć, swoisty rekord świata. Bo długotrwały prysznic to dla Brennera często rozwiązanie wszystkich problemów. Ale dla kandydata na biskupa prałata Schorna oczywiście początek wszystkich problemów.


2

Znasz to powiedzenie: kto nie ma w głowie, ten ma w nogach. Możesz mi wierzyć, że w ciągu paru następnych dni Brenner rzeczywiście chodził w kółko – nogami, nie głową.

Bo musisz wiedzieć, że w parku należącym do seminarium urządzili cudowną trasę do biegów przełajowych, no i tam właśnie prefekci przechadzali się po obiedzie, niby taki rytuał. Wiele się przy tym Brenner nie dowiedział, bo wiadomo, po posiłku człowiek zawsze ociężały. Ale tyle przynajmniej już wiedział, że były seminarzysta, który rozsiewał te pogłoski, był konserwatorem w archiwum archidiecezjalnym.

Jednak nazwiska ani rusz nie chcieli wyjawić. Pewnie, że do czegoś takiego trzeba się zabierać delikatnie, no ale z drugiej strony: nie wiem, jak to sobie szanowni duchowni wyobrażali, nie można przecież zatrudnić detektywa i nie zdradzić mu nawet nazwisk. Wreszcie prefekt od wuefu zrobił aluzję:

– Imię nosi takie samo jak najsłynniejszy syn naszego miasta.

Właściwie to było nawet więcej niż aluzja. No bo oni tam w Salzburgu mieli kiedyś cudowne dziecko, wiele zrobił w muzyce, opery, symfonie itede itepe, i oczywiście Brenner zaraz domyślił się imienia. – Nie, nie Wolfgang – roześmiał się prefekt od wuefu. – On miał jeszcze drugie imię, łacińskie. – Seminarzysta nosił łacińskie imię?

– Nie, takie samo, tylko po niemiecku.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com