Shirley - Charlotte Brontë - ebook
Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 861 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Shirley - Charlotte Brontë

Borykający się z przeciwnościami losu młody przedsiębiorca, Robert Moore, sprowadza do swej fabryki nowoczesne maszyny, czym naraża się lokalnej ludności do tego stopnia, że doczekuje się zamachu na swoje życie. By ratować podupadający interes, Moore rozważa poślubienie zamożnej i dumnej Shirley Keeldar, mimo że jego serce należy do nieśmiałej Caroline, żyjącej w całkowitej zależności od swego stryja. Tymczasem Shirley zakochana jest w ubogim Louisie, który zajmuje posadę guwernera w rodzinie jej wuja. Choć Louis odwzajemnia jej uczucie, ambicja i świadomość przepaści majątkowej, która ich dzieli nie pozwalają mu się do tego przyznać.

Shirey”, napisana przez Charlotte Brontë zaraz po „Dziwnych losach Jane Eyre”, to pełna pasji opowieść o konflikcie klas, płci i pokoleń, toczącym się wśród wrzosowisk północnej Anglii i na tle niespokojnej epoki wojen napoleońskich.

Opinie o ebooku Shirley - Charlotte Brontë

Fragment ebooka Shirley - Charlotte Brontë









Rozdział I

Z Księgi Kapłańskiej

Ostatnimi laty północ Anglii wydała obfity plon młodych pastorów. Wikarzy gęsto zamieszkują tamtejsze wzgórza. W każdej parafii znajduje się przynajmniej jeden duchowny w kwiecie wieku i u szczytu sił. Nie o ostatnich latach mamy jednak mówić, cofamy się bowiem do początku tego stulecia. Niech teraźniejszość spłowieje i uschnie w gorącym słońcu, niech pokryje ją gruba powłoka kurzu i niechże przestanie istnieć. Ucieknijmy południu, zapomnijmy o nim w porze sjesty, mińmy popołudnie w półśnie i niech nam się przyśni świt.

Jeśli ten wstęp wzbudził w Tobie, Czytelniku, nadzieję na romantyczne wrażenia, czeka Cię zawód. Czy liczysz na sentymentalizm, poezję, rozmarzenie? Czy spodziewasz się płomiennych uczuć, ekscytacji i melodramatu? Ucisz swoje oczekiwania, sprowadź je na ziemię. Leży przed Tobą coś autentycznego, prozaicznego i namacalnego. Rzecz tak nieromantyczna, jak poniedziałkowy poranek, gdy wszyscy posiadający miejsce pracy mają obowiązek powstać i do niego się udać. Nie jest kategorycznie stwierdzone, że nie skosztujecie emocji – być może na drugie danie i deser – ale już postanowione, że pierwsza potrawa będzie przypominała posiłek, który w Wielki Piątek znalazłby się na stole w katolickim domu. Jak zimna soczewica z octem, lecz bez oliwy. Jak przaśny chleb z gorzkimi ziołami. I żadnej pieczeni.

Ostatnimi laty, jak rzekłam, północ Anglii obfituje w młodych pastorów. Jednak lata 1811-1812 wciąż przypadały na okres niedostatku. Wikarzy należeli wówczas do rzadkości. Organizacja Pomocy Duszpasterzom i Stowarzyszenie Dodatkowych Wikarych nie istniały. Do strudzonych starych proboszczów i beneficjantów nikt nie wyciągał na pomocnej dłoni funduszy na opłacenie żywotnego młodszego kolegi prosto po Oxfordzie czy Cambridge.

W owym czasie obecni następcy apostołów – adepci doktora Edwarda Bouverie Puseya[1] oraz narzędzia Propagandy Wiary – rozwijali się w cieple swoich kołysek i w miednicach przechodzili sakrament odrodzenia przez chrzest kąpieli. Patrząc na nich, nie sposób byłoby zgadnąć, że podwójne falbanki tiulowego czepka okalają uświęcone czoła przyszłych następców świętego Pawła, Piotra czy Jana, a w fałdkach długich koszulek nocnych niepodobna było przewidzieć białą komżę, w której w przyszłości mieli z ambony bezlitośnie ćwiczyć dusze swoich parafian. A także, wymachując pośród żywiołowych gestów tą lejącą się szatą, wprawiać w nie lada zakłopotanie swoich staroświeckich proboszczów, za których czasów ta część garderoby nie śmiała unieść się nad pulpit.

Jednak i w latach owej posuchy zdarzali się wikarzy: jak drogocenna roślina – rzadka, lecz czasem spotykana. Pewna uprzywilejowana okolica w West Riding w hrabstwie York mogła pochwalić się aż trzema młodymi kapłanami w obrębie dwudziestu mil. Zobaczysz ich teraz, Czytelniku. Wejdź do tego schludnego domu z ogrodem na skraju Whimbury. Wkrocz dalej do małej bawialni, gdzie wszyscy trzej siedzą przy obiedzie. Pozwól sobie przedstawić: pan Donne – wikary miejscowości Whinbury, pan Malone – wikary Briarfield oraz pan Sweeting – wikary z Nunnely. Miejsce to jest kwaterą prywatną pana Donne’a w domu niejakiego Johna Gale’a, drobnego handlarza tkaninami. Pan Donne uprzejmie zaprosił współbraci na posiłek. Ty i ja wkrótce do nich dołączymy. Zobaczymy to, co warte zobaczenia, posłuchamy tego, co warte posłuchania. Jednakże na razie zajęci są tylko jedzeniem. Więc gdy oni sycą głód, my porozmawiamy na uboczu.

Nasi dżentelmeni są w kwiecie wieku. Mają całą żywiołowość tego interesującego okresu – żywiołowość, którą ich sędziwi przełożeni chętnie ukierunkowaliby na posługi duszpasterskie, na gorliwsze doglądanie szkół i częstsze wizyty u chorych swoich poszczególnych parafii. Tymczasem dla młodych pastorów są to czynności niezajmujące i wolą trwonić siły na zajęcie, które – choć może komuś innemu zdałoby się bardziej monotonne od pracy tkacza przy krośnie – dla nich jest niewyczerpanym źródłem przyjemności i rozrywki.

Mam tu na myśli upodobanie naszych dżentelmenów do krążenia tam i z powrotem pomiędzy ich indywidualnymi miejscami zamieszkania. Ten swoisty trójkąt wizyt praktykują nieprzerwanie przez cały rok: zimą, wiosną, latem i jesienią. Pora roku i aura nie mają znaczenia. Z niepojętym zapałem rzucają wyzwanie śniegowi i gradobiciu. Nie straszny im wiatr ani deszcz. Brną przez błoto i kurz, byle tylko spożyć posiłek lub wypić herbatę w swoim towarzystwie. Trudno stwierdzić, co ich przyciąga. Nie przyjaźń, albowiem przy okazji każdego spotkania się kłócą. Nie religia, gdyż to temat nie poruszany w ich gronie: choć w ich dyskusjach mogą się czasem znaleźć kwestie teologiczne, temat pobożności – nigdy. Nie łączy ich też zamiłowanie do jedzenia i picia. Każdy w swoim własnym mieszkaniu mógłby dostać równie smaczną sztukę mięsa i podobnie apetyczny pudding[2], tak samo aromatyczną herbatę i identycznie chrupiący tost, co w kwaterze swojego kolegi. Pani Gale, pani Hogg i pani Whipp – ich poszczególne gospodynie – twierdzą, że „to wszystko tylko po to, by przydać ludziom kłopotu”. Przez „ludzi” zacne panie mają na myśli oczywiście siebie. I w rzeczy samej, ten osobliwy system wzajemnych inwazji sprawia, że wciąż „chodzą wpółżywe”.

Pan Donne i jego goście, jak rzekłam, spożywają obiad. Obsługuje ich pani Gale. W jej oku czai się jednak iskra jak prosto z rozżarzonego kuchennego pieca. Według niej prawo do okazjonalnego dzielenia posiłku z gośćmi bez pobierania przez nią dodatkowej opłaty (prawo zawarte w umowie, podług której wynajmuje swoje pokoje) w tym tygodniu zostało już wystarczająco nadużyte. Jest dopiero czwartek, a w poniedziałek pan Malone, pastor z Briarfield, przyszedł na śniadanie i został na obiedzie. We wtorek panowie Malone i Sweeting z Nunnely przyszli na herbatę, zostali na kolacji, zajęli zapasowe łóżko i uraczyli ją swoim towarzystwem na śniadaniu w środowy poranek. Dziś jest czwartek i obaj przyszli na obiad, a pani Gale jest prawie pewna, że zostaną całą noc. C’en est trop, powiedziałaby, gdyby mówiła po francusku.[3]

Pan Sweeting rozdrabnia swój plaster pieczeni na talerzu i skarży się, że bardzo żylasta. Pan Donne woła, że piwo jest zwietrzałe. Ach! I właśnie to jest najgorsze. Żeby chociaż zachowywali się uprzejmie, wtedy pani Gale nie byłaby urażona. Gdyby byli zadowoleni z tego, co dostają, nie miałaby żadnych pretensji. Ale ci młodzi pastorzy są tak wyniośli, pyszni i gardzą wszystkimi. Traktują ją niegrzecznie tylko dlatego, że nie trzyma służącej i wszystkie prace domowe wykonuje sama – tak jak jej matka przed nią. Ponadto wciąż krytykują zwyczaje i mieszkańców Yorkshire. I z tego właśnie powodu pani Gale nie wierzy, że którykolwiek z nich jest dżentelmenem lub pochodzi ze szlachetnego rodu. „Jeden stary pastor jest wart więcej od całej masy młodzianów po studiach. Taki wie, co to dobre maniery i z uprzejmością traktuje wysoko i nisko urodzonych”.

– Więcej chleba! – pan Malone woła tak melodyjnie, że te zaledwie cztery sylaby od razu zdradzają jego pochodzenie z kraju koniczyny i kartofli. Pani Gale czuje do pana Malone’a niechęć większą niż do pozostałych dwóch. Ale lęk również. Jest to bowiem postać wysoka i mocnej budowy. O iście irlandzkich kończynach i prawdziwie irlandzkiej twarzy. Nie mam tu jednak na myśli dobrodusznego rodzaju oblicza tak często spotykanego u przedstawicieli tego narodu, lecz fizjonomię typową dla pewnej grupy irlandzkiego ziemiaństwa: o wysokich kościach policzkowych, przypominającą północnoamerykańskiego Indianina. Twarz o kamiennym i dumnym wyrazie, bardziej pasującą do właściciela plantacji niewolniczej niż pana wolnych chłopów. Ojciec pana Malone’a określał się mianem dżentelmena. Był ubogi, zadłużony oraz szalenie arogancki. I jego syn był taki sam.

***

Pani Gale podała chleb.

– Pokrójże go, kobieto – powiedział gość, wobec czego „kobieta” chleb pokroiła. Gdyby dała upust swoim instynktom, pokroiłaby również i pastora. Jej dusza rodowitej mieszkanki Yorkshire buntowała się wobec tak wydawanym rozkazom.

Wikarzy mieli zdrowy apetyt i chociaż wołowina była „żylasta”, zjedli jej sporo. Przełknęli też niezgorszą ilość „zwietrzałego piwa”. Na półmisek puddingu i dwie misy jarzyn jakby spadła szarańcza. Ich uwadze nie umknął też ser, a ciasto korzenne podane na deser rozpłynęło się w powietrzu. Ten ostatni fakt do wielkiego żalu doprowadził Abrahama – syna i spadkobiercę pani Gale. Liczący sobie sześć wiosen młodzieniec miał nadzieję na powrót smakołyku do kuchni, i gdy rodzicielka wróciła z pustym półmiskiem, chłopiec zaniósł się gorzkim szlochem.

Wikarzy tymczasem sączyli wino – trunek przyjęty z umiarkowanym entuzjazmem, bo nie najlepszego rocznika. Pan Malone oczywiście wolałby whisky, ale pan Donne, będąc Anglikiem, napoju nie trzymał. Popijając, spierali się. Nie o politykę, nie o filozofię, nie o literaturę – te tematy jak zwykle nie leżały w sferze ich zainteresowań. Nawet nie o teologię stosowaną czy dogmatykę, lecz o mało znaczące kwestie natury kościelnej – błahostki, które wszystkim innym wydałyby się próżne jak bańki mydlane. Pana Malone’a, który podołał już dwóm kieliszkom wina (podczas gdy jego bracia zadowolili się jednym), stopniowo opanowywał coraz lepszy humor, oznaczający pewną zuchwałość, wygłaszane napastliwym tonem nieuprzejmości i reagowanie doniosłym śmiechem na własne błyskotliwe uwagi.

Kompanów na cel obierał sobie kolejno. Na temat obu Malone miał zbiór żartów, które zwykł serwować regularnie w czasie okazji towarzyskich takich jak ta obecna i rzadko swój dowcip urozmaicał – przecież nigdy nie wydawał się sobie nużący, nie dbał też wcale o to, co inni o nim myślą. Pana Donne’a wyróżnił napomknieniem o jego krańcowym wychudzeniu, aluzjami do zadartego nosa, uszczypliwościami pod adresem pewnego podniszczonego czekoladowego surduta, który tamten dżentelmen zwykł zakładać zawsze gdy padało lub zanosiło się na deszcz. Wreszcie zaszczycił go drwinami na temat wybornego zestawu zwrotów gwary Cockney i typowej dla niej wymowy, którymi posługiwał się pan Donne, i które „naturalnie dodawały mu elegancji i blasku”.

Pan Sweeting wykpiony został za posturę – był niewielkim mężczyzną, o wzroście i sylwetce zaledwie chłopca w porównaniu z atletycznym Malone’em. Zadrwiono z jego talentów muzycznych – grał na flecie, a pieśni religijne śpiewał jak serafin (tak uważały niektóre młode parafianki). Został wyszydzony jako „ulubieniec pań”. Dokuczono mu również z powodu mamy i sióstr – biedny pan Sweeting traktował je z ciągle żywą troską i czasem nieopatrznie wspominał o nich w obecności irlandzkiego księdza, w którego anatomii serce zdawało się nie występować.

Każda ofiara przyjmowała te ataki w charakterystyczny dla siebie sposób: pan Donne z wymuszonym samozadowoleniem i w leniwym spokoju, które to cechy stanowiły jedyne filary jego nieco rozchwianego poczucia godności. Pan Sweeting z obojętnością właściwą dla swojego delikatnego i łatwego charakteru, w którym nie leżała chęć walki o swój honor.

Kiedy złośliwe uwagi Malone’a wkrótce stały się nieco zbyt obraźliwe, pozostali dwaj podjęli wspólną próbę kontrofensywy, dopytując, ilu chłopców tego dnia krzyczało za nim po drodze: „Irlandzki Piotrze!” (Malone miał na imię Peter: Wielebny Peter Augustus Malone). Dowiadywali się, czy wśród irlandzkiego duchowieństwa panuje moda na składanie duszpasterskich wizyt z pistoletem w kieszeni i kosturem w ręce. Udawali, że nie rozumieją niektórych angielskich słów, które pan Malone wypowiadał z silnym irlandzkim akcentem, i pytali o ich znaczenie. Próbując się zrewanżować, stosowali wszystkie metody, na jakie pozwalała im wrodzona subtelność.

To, rzecz jasna, na niewiele się zdało. Malone, ani dobroduszny z natury, ani opanowany, był obecnie u szczytu furii. Krzyczał i gestykulował gwałtownie – Donne i Sweeting odpowiadali śmiechem. Na całą wysokość swojego celtyckiego głosu przeklinał rozbawionych kolegów jako Anglosasów i snobów – ci docięli mu, że należy do podbitego narodu. On, w imię swojego kraju, zagroził rebelią i dał upust gorzkiej nienawiści do angielskiego panowania – oni wspomnieli o łachmanach, nędzy i zarazie. Małą bawialnię wypełniał okropny hałas. Po tak jadowitych zniewagach spodziewać się można było tylko pojedynku. Co dziwne jednak, pan i pani Gale nie podnieśli alarmu i nie posłali po posterunkowego, by zaprowadził porządek. Gospodarze przywykli już do tych awantur. Mieli świadomość, że gdy pastorzy spotykają się na obiedzie czy herbacie, należy się spodziewać słuchowiska tego rodzaju i nie drżeli o konsekwencje, wiedząc, że kłótnie duchownych były równie nieszkodliwe jak głośne, że nic z nich nie wynikało, i że bez względu na to, w jakich stosunkach wikarzy rozstaną się dzisiaj, jutro będą najlepszymi przyjaciółmi.

Kiedy zacna para siedziała w kuchni przy palenisku, słuchając dochodzących z bawialni donośnych uderzeń Malone’a w blat mahoniowego stołu i następującego po nich brzęku karafek i kieliszków, kpiącego śmiechu dwóch sprzymierzonych Anglików i bełkotliwych przemów osamotnionego Irlandczyka – gdy tak siedzieli, nagle dotarł ich odgłos czyichś stóp na progu i ktoś gwałtownie zakołatał do drzwi.

Otworzyć poszedł pan Gale.

– Kto jest u was w bawialni na piętrze? – zapytał głos dość szczególny: o nosowym brzmieniu i szorstki w wyrazie.

– Och, czy to pan, panie Helstone? W tych ciemnościach ledwo widzę, zmrok teraz tak szybko zapada. Zechce pan wejść, sir?

– Najpierw muszę wiedzieć, czy jest po co. Kto jest na górze?

– Wikarzy, sir.

– Jak to? Wszyscy trzej?

– Tak, proszę pana.

– To mi wystarczy.

Po tych słowach właściciel głosu wszedł. Był to ubrany na czarno mężczyzna w średnim wieku. Przeszedł prosto przez kuchnię do drzwi wewnętrznych, otworzył je i stanął w nich, nadstawiwszy ucha. Było czego słuchać, bo w tej samej chwili hałas na górze wzmógł się jeszcze bardziej.

– No, no! – mruknął i odwrócił się do pana Gale’a. – Często dochodzi tu do takich popisów?

Pan Gale, niegdyś strażnik kościelny, w stosunku do duchownych był pobłażliwy.

– Młodzi są, proszę pana. Młodzi są – powiedział, bagatelizując sprawę.

– Młodzi! Tym zepsutym łotrom trzeba chłosty. Gdybyście nie byli, Johnie Gale, praktykującym anglikaninem, tylko różnowiercą, oni takim zachowaniem wystawiliby siebie i nasz Kościół na pośmiewisko. Jednak ja…!

Nie kończąc rozpoczętego zdania, przeszedł przez wewnętrzne drzwi, zamknął je za sobą i zaczął wspinać się po schodach. Dotarłszy pod wejście górnego pomieszczenia, znów przysłuchiwał się przez chwilę, po czym bez żadnego ostrzeżenia wszedł i stanął przed wikarymi.

Ci zamilkli i skamienieli. Nieproszony gość też stał jak kamień. Był to człowiek niskiego wzrostu, ale o dumnej postawie. O szerokich ramionach i twarzy niczym jastrząb. Jego głowę wieńczył czarny kapelusz z szerokim wygiętym rondem, którego teraz w obecności tamtych nie uznał za stosowne ani zdjąć, ani uchylić. Założył ręce na piersi i niespiesznie przyglądał się swoim młodym przyjaciołom – jeśli nimi byli.

– Co to takiego? – zaczął, a jego głos stracił poprzednią nosowość i stał się głęboki. Nawet bardziej niż głęboki – zamierzenie przenikliwy i grobowy. – Co to takiego? Czy nastąpiło ponowne Zesłanie Ducha Świętego? Czy znów zstąpiły z niebios rozdzielone języki ognia? Gdzie się podziały? Przed chwilą w całym domu słychać było siedemnaście różnych mów: język Partów, Medów i Elamitów, mieszkańców Mezopotamii, Judei i Kapadocji, Pontu, Azji, Frygii, Pamfilii, Egiptu, libijskiego regionu Cyrenajka, Rzymu, język Żydów i nowych mieszkańców Izraela, Kreteńczyków i Arabów. Dwie minuty temu każdy z tych narodów musiał mieć w tym pokoju swojego przedstawiciela.

– Pan wybaczy, panie Helstone – zaczął pan Donne. – Proszę spocząć. Kieliszek wina?

Jego uprzejmości pozostały bez odpowiedzi. Jastrząb w czarnym płaszczu ciągnął dalej:

– Co ja mówię o darze języków? Dar doprawdy! Pomyliłem rozdział, księgę i testament. Ewangelie z Pięcioksięgiem, Dzieje Apostolskie z Księgą Rodzaju, miasto Jeruzalem z równiną Szinear. Żaden dar, tylko plątanina ozorów, która doprowadziła mnie do głuchoty pnia. Wy? Następcy apostołów? Wy trzej? Nie ma mowy! Trzech bezczelnych babilońskich kamieniarzy – ni mniej, ni więcej!

– Zapewniam pana, tylko ucinaliśmy sobie małą pogawędkę przy kieliszku wina po przyjemnym obiedzie. Rozprawiliśmy o różnowiercach!

– Och! Rozprawialiście o różnowiercach? Czy Malone rozprawiał o różnowiercach? Bo mnie to brzmiało jakby rozprawiał się ze swoimi kompanami. Kłóciliście się, we trzech czyniąc prawie taki harmider, jaki właśnie robi Moses Barraclough, krawiec-kaznodzieja, i wszyscy jego słuchacze w trakcie swojego obrzędu w kaplicy metodystów niedaleko stąd. Wiem, kto jest temu winny – ty Malone.

– Ja, panie?

– Ty, panie. Donne i Sweeting byli cicho, nim ty przyszedłeś i wciąż byliby cicho, gdybyś się nie zjawił. Żałuję, że przeprawiając się przez Kanał, nie zostawiłeś swojego irlandzkiego sposobu bycia w swoim kraju. Tu nie ma miejsca na studenckie zwyczaje z Dublinu. Zachowania, które mogą przejść niezauważone na dzikich bagnach i w górach Connaught, w przyzwoitej angielskiej parafii kompromitują tych, którzy sobie na nie pozwalają, i, co gorsza, instytucję, do której mają być zaledwie skromnym dodatkiem.

Sposób, w jaki ten niewielki starszy mężczyzna strofował młodych, cechował pewien rodzaj dostojeństwa, w tych okolicznościach dość nieoczekiwanego. Wyprostowana sylwetka pana Helsone’a i jego badawczy wzrok sprawiały, że – pomimo typowego dla duchownych odzienia – kapelusza, czarnego płaszcza i kamaszy, prezentował się bardziej jak starszy oficer karcący podwładnych niż czcigodny ksiądz upominający synów w wierze. Świątobliwa łagodność i apostolska dobrotliwość zdawały się nigdy nie gościć na tym wyrazistym ciemnym obliczu. Rysy tej twarzy rzeźbiła stanowczość, a mądrość wykuła w niej głębokie bruzdy.

– Dziś wieczorem spotkałem naszą konkurencję Supple­hough’a – kontynuował – jak w deszczu brnął przez błoto do kaplicy Milldean głosić ewangelię. Przed chwilą, jak mówiłem, słyszałem Barraclougha ryczącego jak wściekły byk w trakcie swojego obrzędu. I teraz widzę was, panowie, jak marnujecie czas, pijąc mętny portwajn i krzycząc jak przekupki. Nic dziwnego, że Supplehough w jednym dniu potrafił pozyskać sobie szesnastu nowych dorosłych wyznawców, jak to się stało dwa tygodnie temu. Nic dziwnego, że Barraclough, ten łobuz i hipokryta, potrafił zwabić wszystkie te młode tkaczki w kwiatkach i wstążeczkach na swój pokaz rozbijania kadzi gołymi rękami. Tak jak nic dziwnego, że wy, pozostawieni sami sobie, bez nadzoru mojego lub proboszczów Halla albo Boultby’ego, zbyt często odprawiacie mszę świętą wobec gołych ścian pustego kościoła i odczytujecie swoje zdawkowe kazanie kościelnemu, organiście i woźnemu. Ale dość na ten temat. Przyszedłem zobaczyć się z Malone’em. Mam robotę dla pana, kapitanie!

– Co to takiego? – zapytał Malone z niezadowoleniem. – O tej porze dnia chyba nie chodzi o pogrzeb?

– Masz czym się bronić?

– Czy mam się czym bronić? Mam ręce. I nogi – odpowiedział Malone i zademonstrował swoje potężne kończyny.

– Pff… Broń mam na myśli.

– Mam pistolety, które pan mi dał. Nigdy się z nimi nie rozstaję. Na noc zostawiam je odbezpieczone na krześle przy łóżku. Mam też swoją laskę.

– Bardzo dobrze. Pójdziesz do fabryki Hollow?

– Coś się święci w Hollow?

– Jeszcze nie. I może w ogóle nigdy. Ale Moore jest tam sam. Wszystkich robotników, którym ufa, wysłał do Stilbro, a na terenie zostały tylko dwie kobiety. To byłaby dobra okazja dla któregoś z jego sympatyków na złożenie mu wizyty, gdyby się tylko dowiedzieli, jak prosta przed nimi droga.

– Ale ja nie należę do jego sympatyków, sir. Nie przepadam za nim.

– Czyli tchórzysz, Malone?

– Dobrze pan wie, że nie. Gdybym naprawdę myślał, że istnieje szansa na awanturę, poszedłbym. Ale Moore to dziwny, nieufny człowiek, którego nie rozumiem, i dla samej przyjemności obcowania z nim nie kiwnę palcem u nogi.

– Ależ jest szansa na awanturę. Nawet jeśli nie dojdzie do konkretnych zamieszek – czego rzeczywiście nic nie sygnalizuje – to i tak mało prawdopodobne, że noc minie zupełnie spokojnie. Moore postanowił sprowadzić nowe urządzenia i dziś wieczorem spodziewa się dwóch wozów ze Stilbro z maszynami przędzalniczymi. Pojechali po nie nadzorca Scott i kilku wybranych ludzi.

– Przywiozą je bez problemów, sir.

– Moore też tak mówi i nikogo nie chce. Ktoś jednak musi tam być, chociażby po to, by w razie czego miał świadka. Według mnie jest lekkomyślny. Siedzi w swoim kantorze przy otwartych okiennicach. Wychodzi po zmroku, włóczy się po dolinie, przechadza się drogą Fieldhead, wałęsa się po plantacjach, zupełnie jakby był ulubieńcem okolicy, a nie jej znienawidzonym wrogiem. A może zdaje mu się, że, jak to mawiają w powiastkach, jest w czepku urodzony. Niczego nie nauczył go los Pearsona, przypadek Armitage’a też nie dał mu do myślenia. Jeden zastrzelony w swoim własnym domu, drugi na wrzosowiskach.

– Ależ on powinien odczytać to jako ostrzeżenie, sir. I zastosować środki ostrożności – wtrącił pan Sweeting. – I pewnie zrobiłby to, gdyby usłyszał to, co ja kilka dni temu.

– Co usłyszałeś, Davy?

– Zna pan Mike’a Hartleya, sir?

– Tkacza antynomistę[4]? Tak.

– Swój kilkutygodniowy ciąg picia Mike na ogół kończy wizytą na plebani w Nunnely, żeby powiedzieć panu Hallowi, co myśli o jego kazaniach, zdemaskować okropne tendencje w jego nauce o dobrych uczynkach i ostrzec go, że wraz ze swoimi słuchaczami trwa w grzechu.

– Ale to nie ma nic wspólnego z Moore’em.

– Poza byciem antynomistą jest też agresywnym jakobinem i lewellerem[5], proszę pana.

– Wiem o tym. Kiedy dobrze popije, w głowie mu tylko królobójstwo. Mike nie jest niezorientowany w historii, więc zabawnie słyszeć, jak wymienia tyranów, od których, jak mawia „krwawa zemsta zażądała satysfakcji”. Osobnik ma dziwne upodobanie do morderstw koronowanych głów, i w ogóle politycznych morderstw. Doszły mnie już pogłoski, że dziwnie marzy mu się Moore. Czy o to ci chodzi, Sweeting?

– Użył pan właściwego słowa, sir. Pan Hall uważa, że Mike nic osobiście nie ma przeciwko Moore’owi. Sam Mike mówi nawet, że lubi z nim rozmawiać i za nim chodzić, ale marzy mu się, by Moore został ukarany dla przykładu. Niedawno chwalił go przed panem Hallem, że jest najmądrzejszym właścicielem fabryki w Yorkshire, i z tego powodu, jak twierdzi, Moore’a należy poświęcić i złożyć w słodkiej ofierze. Czy sądzi pan, że Mike Hartley jest zdrowy na umyśle? – zapytał Sweeting po prostu.

– Trudno powiedzieć, Davy. Może jest obłąkany, a może tylko przebiegły. A raczej trochę jednego i drugiego.

– Opowiada, że ma wizje, sir.

– Ech! Istny z niego prorok Daniel lub anioł Ezekiel. W ubiegły piątek, gdy już wybierałem się na spoczynek, przyszedł opowiedzieć mi wizję, która ukazała mu się w Parku Nunnely tamtego popołudnia.

– Niech pan opowie. Co to było? – zachęcał Sweeting.

– Ty, Davy, chciałbyś wszystko wiedzieć. Malone’a nic nie interesuje, ani morderstwa, ani wizje. Wygląda w tej chwili jak wielki bezmyślny Saf.

– Saf? Kim był Saf, sir?

– Spodziewałem się, że nie będziesz wiedział. To postać biblijna. Znam tylko jego imię i pochodzenie. Ale od dziecka przypisywałem mu pewne cechy osobowości. Zaręczam, że był uczciwy, ociężały i nie miał szczęścia. Zginął z rąk Sibbekaja w Gob.

– Ale co z tą wizją, sir?

– Zaraz usłyszysz, Davy. Donne gryzie paznokcie, a Malone ziewa, więc opowiem tylko tobie. Mike stracił pracę, jak wielu innych, niestety. Pan Grame, zarządca lorda Philipa Nunnely, dał mu robotę przy klasztorze. Jak wynika z relacji Mike’a, gdy późnym popołudniem, ale jeszcze przed zmrokiem, strzygł żywopłot, usłyszał w oddali jakby orkiestrę: rogi, piszczałki i trąby. Dźwięki dochodziły z lasu i zdziwiło go, że ktoś gra tam muzykę. Spojrzał w górę i pomiędzy drzewami zobaczył poruszające się obiekty: czerwone jak maki i białe jak kwiat głogu. Las był ich pełen, zaczęły się z niego wylewać i wypełniać park. Wtedy dostrzegł, że to żołnierze – tysiące, dziesiątki tysięcy. Hałas robili jednak nie większy niż chmara muszek letniego wieczoru. Ustawili się w szyku i, jak zaręczał Mike, przemaszerowali, regiment za regimentem, przez park. Mike poszedł za nimi na błonia Nunnely, w oddali wciąż cicho grała muzyka. Na błoniach przyglądał się, jak żołnierze wykonują liczne ewolucje, na środku stał człowiek w szkarłatnym ubraniu i dyrygował nimi. Podobno rozciągali się, na pięćdziesiąt akrów i pozostawali w zasięgu wzroku przez pół godziny. Potem odmaszerowali w zupełnej ciszy. Przez cały czas Mike nie usłyszał ani czyjegoś głosu, ani stąpnięcia. Nic, tylko niewyraźną melodię uroczystego marszu.

– Dokąd poszli, sir?

– W stronę Briarfield. Mike podążył za nimi. Mijali Fieldhead, kiedy ciemny, niebieski słup dymu, taki jaki mógłby spowodować oddział artylerii, przepłynął bezgłośnie nad polami, drogą, błoniami aż do jego stóp. Po tym jak dym się rozrzedził, Mike wypatrywał żołnierzy, ale ci zniknęli. Więcej już ich nie zobaczył. Hartley, tak jak prorok Daniel, nie tylko szczegółowo opowiedział swoją wizję, ale przedstawił też jej interpretację. Oznacza ona, jak mnie powiadomił, rozlew krwi i bratobójczy konflikt.

– Daje pan temu wiarę, sir?

– A ty, Davy? Ale do licha, Malone, dlaczego jeszcze tu jesteś?

– Dziwi mnie raczej, sir, dlaczego sam pan nie został z Moore’em. Lubi pan takie historie.

– Byłbym tak zrobił, gdybym się niefortunnie nie umówił z Boultbym, że wstąpi do mnie na kolację po drodze ze spotkania Stowarzyszenia Biblijnego w Nunnely. Obiecałem Moore’owi, że przyślę cię w zastępstwie, za co, nawiasem mówiąc, wcale mi nie podziękował. Już wolałby mnie niż ciebie, Peter. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, dołączę do was. Dzwon fabryczny ma zabić na alarm. Ty idź tymczasem. Chyba że… – tu odwrócił się nagle do Sweetinga i Donne’a – chyba że Davy Sweeting albo Joseph Donne woleliby pójść. Co wy na to, panowie? To zaszczytne zadanie, nie bez posmaku prawdziwego ryzyka. W kraju dzieją się bowiem niepokojące rzeczy, jak wiecie. Moore ze swoją fabryką i maszynami jest obiektem wielkiej nienawiści. Pod waszymi kamizelkami niewątpliwie biją rycerskie serca. Być może mam zbyt dużą słabość do wskazanego przeze mnie Petera. Może misji podejmie się drobny David? A może schludny Joseph? Malone, jesteś przecież tylko jak niedźwiedziowaty Saul, więc użyczysz oręża. Oddaj broń palną i przynieś swój kostur. Stoi w kącie.

Z wymownym uśmiechem Malone wydobył z kieszeni dwa pistolety i wyciągnął je do współbraci. Te jednak nie zostały przyjęte. Obaj dżentelmeni z gracją cofnęli się przed zaofiarowaną im bronią.

– Nigdy niczego takiego nie miałem w ręku – powiedział pan Donne.

– Pan Moore i ja praktycznie się nie znamy – wymruczał pod nosem Sweeting.

– Jeśli nigdy nie miałeś pistoletu w ręku, masz teraz okazję, wielki satrapo Egiptu. Co do naszego słowika, on pewnie wolałby się spotkać z Filistynami w charakterze broni dzierżąc swój flet. Przynieś ich kapelusze, Peter. Pójdą obaj.

– Nie, sir, nie panie Helstone, mojej matce to by się nie spodobało – zaapelował Sweeting.

– A ja dla zasady nigdy nie angażuję się w takie historie – zauważył Donne.

Helstone uśmiechnął się ironicznie. Malone zarżał śmiechem konia i schował broń z powrotem do kieszeni. Sięgnął po swój kapelusz oraz kostur, i mówiąc, że „nigdy wcześniej nie miał większej ochoty na bitkę”, i że „ma nadzieję, że dziesiątki brudnych postrzygaczy sukna zaatakują dziś kwatery Moore’a”, wyszedł, pokonał schody dwoma susami i z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi frontowe, wprawiając cały budynek w drżenie.


Rozdział II

Wozy

Wieczór był czarny jak smoła. Światło księżyca i gwiazd tłumiła powłoka chmur deszczowych, które w świetle dnia byłyby szare, choć teraz zdawały się hebanowe. Malone nie należał do ludzi poświęcających przyrodzie szczególną uwagę – przeobrażenia, którym ulegała z reguły, przechodziły przezeń niezauważone. Wędrując nawet wiele mil podczas najbardziej zmiennego, kwietniowego dnia, wikary pozostawał zupełnie nieświadomy zachwycającego flirtu pomiędzy niebem i ziemią, nie dostrzegał, kiedy muskane słonecznymi promieniami szczyty wzgórz uśmiechały się do niego świetlistą zielenią lub gdy zalewały je łzy przelotnego deszczu, a zawieszone nisko chmury otulały je swymi miękkimi kłębami. Zatem teraz nie zafrapował go kontrast pomiędzy obecnym stanem nieba – które zdawało się miękkim, ruchomym sklepieniem, wzdłuż i wszerz czarnym – nie licząc rozedrganej na wschodzie, jaskrawej łuny rzucanej przez hutę w Stilbro – a tym samym niebem podczas mroźnej, bezchmurnej nocy. Nawet raz nie zatęsknił za konstelacjami planet ani nie zadał sobie pytania, gdzie się podział ten granatowy ocean przestworzy usiany wysepkami gwiazd, który chwilowo zakrywał inny, cięższy i gęstszy ocean chmur. Malone szedł tylko zawzięcie naprzód – nieco przygarbiony i z kapeluszem odchylonym do tyłu, tak jak to było w irlandzkim zwyczaju. Wypełniając pogrążoną w ciszy okolicę odgłosami swych kroków, wypatrywał w terenie znajomych sobie punktów orientacyjnych: iglicy kościoła w Briarfield, a potem świateł Czerwonej Karczmy. Gdy mijał gospodę, blask kominka jaśniejący w na wpół zasłoniętych oknach oraz wizja kielichów na okrągłym stole i siedzących na dębowej ławie biesiadników niemal sprawiły, że młody pastor zboczył z obranego kursu. Wypełniła go tęsknota za szklanką whisky i w nieznajomej okolicy wnet zaspokoiłby pragnienie. Towarzystwo zgromadzone w tej karczmie składało się jednakże z parafian pana Helstone’a, którzy niechybnie Malone’a by rozpoznali. Dlatego ten z westchnieniem podążył dalej.

Z głównej drogi należało teraz zejść, jako że pozostały dystans dzielący go od Fabryki Hollow wikary mógł znacznie skrócić, idąc na przełaj przez pola. Był to płaski i monotonny obszar, który Malone, przeskoczywszy przez żywopłot i mur, przeciął prosto. Minął tu tylko jeden budynek – okazały i przypominający dwór, choć nieregularny w formie. W mroku można było dojrzeć jego wysoki dwuspadowy dach, potem rozległą część przednią budynku, niższy dach i wreszcie grupę wysokich kominów. Budynek stał w absolutnych ciemnościach – żadnego z okien nie rozświetlał blask świecy. I w absolutnej ciszy – deszcz kapiący z krawędzi dachu oraz cichy, choć gwałtowny, świst wiatru, który tańczył wokół kominów i konarów drzew, były jedynymi dźwiękami dosłyszalnymi w okolicy.

Za tym budynkiem teren – dotychczas równy – nagle się obniżał. Poniżej musiała rozciągać się dolina, z której dochodził szum wody. W głębi migotało jedno tylko światło i ku niemu Malone się skierował. Gdy dotarł do niewielkiego białego domu – jego biel widoczna była nawet w tym gęstym mroku – zapukał do drzwi. Otworzyła je młodziutka służąca. Światło świecy, którą trzymała w ręku, uwidoczniło ciasny korytarzyk zakończony wąskimi schodami. Dwoje drzwi obitych szkarłatnym suknem oraz pas szkarłatnego dywanu biegnącego po schodach kontrastowały z jasnymi ścianami i białą podłogą, nadając niedużemu pomieszczeniu czysty i świeży wygląd.

– Pana Moore’a zastałem, jak mniemam?

– Tak, ale nie w domu.

– Nie w domu? A więc gdzie?

– W fabryce. W kantorze.

Tutaj jedne ze szkarłatnych drzwi otwarły się.

– Czy wozy już dojechały, Saro? – zapytał kobiecy głos i w tej samej chwili ukazała się kobieca głowa. Może nie była to głowa bogini – plątanina papilotów wokół skroni w rzeczy samej wykluczała postawienie takiej tezy – ale nie była to też głowa Gorgony. Malone zdawał się jednak przychylać do tej drugiej możliwości. Na widok kobiety jego rosła postać cofnęła się lękliwie z powrotem pod deszcz i ze słowami: – Pójdę do niego… – w wyraźnym przestrachu pospieszył dróżką przez ciemny dziedziniec w kierunku ogromnego, czarnego budynku fabrycznego.

Godziny pracy minęły i robotnicy byli nieobecni. Maszyny stały w stanie spoczynku, a fabrykę zamknięto. Malone obszedł ją dookoła. Gdzieś w rozległym boku mrocznego budynku dostrzegł sączące się przez szczelinę światło. Zapukał do kolejnych drzwi, końcem swej laski wybijając na nich energiczny rytm. Po chwili rozległ się dźwięk przekręcanego klucza i drzwi się otworzyły.

– Czy to ty, Joe Scott? Jakieś wieści o wozach, Joe?

– Nie, to ja. Pan Helstone mnie przysłał.

– Och, pan Malone – w głosie, który wymówił to nazwisko, dosłyszalna była bardzo cicha nuta zawodu. Po krótkiej przerwie głos znów przemówił – uprzejmie, choć nieco oficjalnie.

– Proszę do środka, panie Malone. Przykro mi, że pan Helstone uznał za konieczne narażać pana na trud tak długiej drogi. Mówiłem mu, że nie ma potrzeby. I to jeszcze w taką noc. Ale proszę wejść.

Malone podążył za rozmówcą poprzez jakieś niewidoczne, pogrążone w mroku pomieszczenie do jasnego pokoju – oślepiająco jasnego dla oczu, które przez ostatnią godzinę usiłowały zgłębić podwójne ciemności nocy i mgły. Znajdowały się tutaj, co prawda, doskonały kominek, lampa o wyszukanej formie i wspaniały, połyskujący stół, lecz poza tym było to bardzo skromnie urządzone miejsce. Podłogi nie przykrywał dywan, a kilka twardych, pomalowanych zieloną farbą krzeseł zdających się w przeszłości należeć do kuchni jakiegoś gospodarstwa, ciężkie, solidne biurko, wspomniany już stół oraz zawieszone na piaskowych ścianach rysunki z projektami budynków, ogrodów i maszyn stanowiły jedyne wyposażenie tego miejsca.

Wnętrze, pomimo swojej surowości, zdało się w pełni usatysfakcjonować Malone’a, który, zdjąwszy i odwiesiwszy swój przemoczony surdut oraz kapelusz, przyciągnął w pobliże kominka jedno z kruchych krzeseł i usiadł na nim, kolana umieszczając niemal w samym palenisku.

– Przytulny kącik, panie Moore. I cały do pańskiej dyspozycji.

– Tak. Jednak moja siostra rada byłaby się z panem zobaczyć, gdyby wolał pan wstąpić do domu.

– O nie! Panie lepiej pozostawić samym sobie. Nigdy nie brylowałem w towarzystwie kobiet. Chyba nie pomylił mnie pan z moim przyjacielem Sweetingiem, panie Moore?

– Który to Sweeting? Dżentelmen w czekoladowym płaszczu czy ten niewysoki?

– Niewysoki. Z Nunnely. Rycerz panien Sykes, całej szóstki. I we wszystkich się kocha – ha, ha!

– W tym względzie, jak sądzę, lepiej kochać się we wszystkich łącznie niż w jednej indywidualnie.

– Ależ on kocha się też w jednej indywidualnie, bo gdy z Don­ne’em namówiliśmy go, by zdecydował się na kogoś z tego nadobnego grona – jak pan myśli, którą wyróżnił?

Pan Moore odpowiedział z charakterystycznym, delikatnym uśmiechem:

– Dorę, oczywiście. Albo Harriet.

– Ha! Ha! Doskonale trafny domysł. Ale co skłoniło pana ku tym dwóm?

– Są najwyższe i najładniejsze. I przynajmniej Dora jest najbardziej korpulentna. A ponieważ pański przyjaciel Sweeting jest człowiekiem wątłej postury, wywnioskowałem, że, jak to często w takich przypadkach bywa, będzie wolał swoje przeciwieństwo.

– Zgadza się. To Dora. Ale nieborak nie ma żadnych szans – prawda, Moore?

– Co poza swoim wikariatem posiada Sweeting?

To pytanie zdało się zadziwiająco rozbawić Malone’a. Rechotał przez całe trzy minuty, nim odpowiedział.

– Co posiada Sweeting? Wszak David ma swoją harfę czy też flet – co sprowadza się do tego samego. Ma swój zegarek z tombaku. Takiż pierścień. Takiż monokl. Oto co posiada Sweeting.

– To w jaki sposób zamierza zapewnić pannie Sykes choćby odzienie?

– Ha! Ha! Wyśmienicie! Zadam mu to pytanie przy następnym spotkaniu. Złajam go za tupet. Jednak Sweeting niewątpliwie liczy na hojność Christophera Sykesa. Czyż nie jest to człowiek majętny? Posiada wszak wielki dom.

– Sykes prowadzi ogromne przedsiębiorstwo.

– Zatem musi być zamożny, co?

– Zatem musi utrzymać swój majątek. I w obecnych czasach przeznaczenie przez niego pieniędzy z interesów na posagi córek jest równie prawdopodobne, jak wyburzenie przeze mnie tamtej chatynki i postawienie na jej miejscu domu rozmiarów Fieldhead.

– Wie pan, Moore, co usłyszałem niedawno?

– Nie. Być może pogłoskę, że mam coś podobnego w planach. Plotkarki z pańskiego Briarfield zdolne są rozpowszechniać takie lub nawet większe głupstwa.

– Że ma pan zamiar wziąć Fieldhead w dzierżawę – które, nawiasem mówiąc, zrobiło na mnie ponure wrażenie, gdy je dziś mijałem – i że w charakterze pani domu planuje pan jedną z panien Sykes – podobno macie się wkrótce pobrać – ha, ha! A więc która to? Zapewne Dora – mówił pan, że najładniejsza.

– Zastanawiające, ile razy od mojego przyjazdu do Briarfield tutejsi przypisywali mi plany matrymonialne! Kolejno łączono mnie z każdą niezamężną kobietą w okolicy. Na początku z pannami Wynns – najpierw brunetką, potem blondynką. Później z rudowłosą panną Armitage, następnie z dojrzałą Ann Pearson. Teraz obarcza mnie pan całą gromadą panien Sykes. Z czego wynikła ta plotka – Bóg raczy wiedzieć. Nigdzie nie bywam. Damskiego towarzystwa szukam z mniej więcej taką samą gorliwością jak pan, panie Malone. Jeżeli już udaję się do Whinbury, to tylko po to, by odwiedzić Sykesa lub Pearsona w ich biurach. A tam nie dyskutujemy o sprawach matrymonialnych, amorach czy posagach, lecz o suknie, którego nie jesteśmy w stanie sprzedać, o robotnikach, których nie możemy zatrudnić, o interesach, których nie możemy należycie prowadzić. Nasze umysły na chwilę obecną dostatecznie zaprząta przykry bieg wydarzeń, którego w żaden sposób nie jesteśmy w stanie odwrócić. Nie mam czasu na niedorzeczności.

– Zgadzam się z panem całkowicie, Moore. Jeżeli czegoś nienawidzę, to jest to właśnie koncepcja małżeństwa. Mam na myśli małżeństwo w pospolitym, niepraktycznym sensie, oparte jedynie na sentymencie: dwoje godnych pożałowania głupców łączących się w swoim ubóstwie urojonymi więzami uczucia – niedorzeczność! Ale korzystne przymierze bazujące na harmonii wspólnych zapatrywań i stałości zdrowych interesów nie jest takie złe, co?

– Nie – odpowiedział Moore z roztargnieniem. Temat wydawał się go nie interesować i nie starał się go podtrzymywać. Już od dłuższego czasu siedział, z zatroskanym wyrazem twarzy nieruchomo wpatrując się w ogień. Nagle odwrócił głowę.

– Ćśśś… Słyszał pan koła? – zapytał fabrykant.

Wstał, podszedł do okna i otworzywszy je, nadstawił ucha. Po chwili okno zamknął.

– To tylko wiatr się wzmaga – rzekł. – I wezbrany strumień w dolinie szybciej płynie. Wozy miały być na miejscu o szóstej, a już prawie dziewiąta.

– Czy naprawdę przypuszcza pan, że zainstalowanie tych nowych urządzeń narazi pana na niebezpieczeństwo? – zapytał Malone. – Helstone zdaje się tak uważać.

– Niech tylko maszyny dotrą tu bezpiecznie. Kiedy zamknę je w ścianach fabryki, wandale będą mi niestraszni. Jeśli tu przyjdą, to poniosą konsekwencje – moja fabryka moją twierdzą.

– Brzydzę się takimi łajdakami – zauważył Malone w głębokim zamyśleniu. – Niechby wpadli dzisiaj w moje ręce, nauczyłbym ich moresu. Gdy tu jednak szedłem, droga wydawała się bardzo spokojna. Nie widziałem nic niepokojącego.

– Szedł pan od strony Czerwonej Gospody?

– Tak.

– W tamtym kierunku niczego bym się nie obawiał. Zagrożona jest raczej droga na Stilbro.

– I sądzi pan, że zagrożenie jest realne?

– To co zrobili innym, mogą zrobić i mnie. Różnica polega jedynie na tym, że w razie ataku większość poszkodowanych ogarnia paraliż. Dla przykładu: gdy jeden z warsztatów włókienniczych Sykesa spłonął do cna, i gdy sukno zostało zerwane z jego rozciągarek i podarte na strzępy na polu, właściciel w ogóle nie starał się wykryć i ukarać sprawców. Potulnie się poddał, zupełnie tak, jak królik poddaje się kłom drapieżnika. Ja – o ile siebie znam – łatwo skóry nie sprzedam. Swojego interesu, fabryki i urządzeń będę bronił.

– Helstone mawia, że to pańska Trójca Święta, a Dekrety Rady z tysiąc osiemset siódmego roku to pańskich siedem grzechów głównych. I że Castlereagha uważa pan za Antychrysta, a zwolenników wojny za jego zastępy.

– Jakże mam nie czuć wstrętu do nich wszystkich, skoro mnie rujnują. Za ich sprawą nie mogę się rozwijać, moje plany leżą odłogiem. Na każdym kroku stoją mi na przeszkodzie skutki ich niefortunnych działań.

– Ale chyba powodzi się panu? Jest pan bogaty, Moore?

– Tak – w sukno, którego nie mogę sprzedać. Powinien pan wstąpić do moich magazynów i popatrzeć na te sterty sięgające sufitu. Roakes i Pearson są w takiej samej sytuacji – im też Dekrety Rady zamknęły dostęp do amerykańskiego rynku zbytu.

Malone zdawał się nie podchodzić zbyt ochoczo do tego tematu rozmowy, albowiem począł bić obcasami i przeciągle ziewać.

– I pomyśleć – ciągnął pan Moore, który był chyba zbyt pochłonięty tokiem własnych myśli, by dostrzec objawy znudzenia swego gościa – pomyśleć, że tym wszystkim niedorzecznym plotkarkom w Whinbury i Briarfield w głowie tylko sprawy matrymonialne. Zupełnie jakby w życiu nic innego się nie liczyło poza „obdarzeniem swoimi względami”, jak mówią, jakiejś młodej damy, zabraniem jej do kościoła, potem podróż poślubna, następnie złożenie całej serii wizyt, i wreszcie – jak mniemam – „założenie rodziny”. – Oh, que le diable emporte![6] – jakby w uniesieniu chcąc powiedzieć coś jeszcze, pomiarkował się i dodał spokojniej: – Jak sądzę, te właśnie tematy dominują w kobiecych dyskusjach i myślach. Płeć piękna wyobraża sobie, naturalnie, że męski umysł funkcjonuje podobnie.

– Ani chybi, ani chybi – zgodził się Malone. – Ale mniejsza o kobiety. – Gwiżdżąc, rozejrzał się wokół, jak gdyby czegoś szukając. Tym razem Moore spostrzegł zniecierpliwienie gościa i pojął wysyłane przezeń sygnały.

– Panie Malone – powiedział – z pewnością potrzebuje się pan pokrzepić po przejściu tak długiej drogi. Gdzie moja gościnność?

– Bynajmniej – odrzekł Malone, lecz wyraz jego twarzy świadczył, że gospodarz nareszcie trafił w sedno. Moore podniósł się i otworzył drzwi kredensu.

– Lubię – oznajmił – mieć tu w zasięgu ręki wszystko, czego potrzebuję. W ten sposób, gdy ogarnie mnie głód lub najdzie pragnienie, nie jestem zdany na łaskę mieszkanek owego białego domku. Częstokroć spędzam tu cały wieczór i w samotności spożywam kolację, potem nocuję z Joem Scottem w fabryce. Nierzadko sam stróżuję, bo nie potrzeba mi wiele snu, i gdy noc jest pogodna, z przyjemnością robię godzinny obchód z muszkietem w dłoni po dolinie. Panie Malone, zna się pan na przyrządzaniu kotletów baranich?

– A jakże. Za czasów uczelnianych przyrządziłem ich setki.

– Tu jest zatem cały ich półmisek, niech je pan wyłoży na tamten ruszt. Wie pan, co robić, by mięso nie wyszło zbyt suche?

– Bez obaw, przekona się pan. Poproszę nóż i widelec.

Pastor podwinął mankiety płaszcza i z wigorem zabrał się do kucharzenia. Właściciel fabryki położył na stole talerze, bochenek chleba, czarną butelkę i dwie szklanki. Następnie, wciąż sięgając do zakamarków swego dobrze zaopatrzonego kredensu, wydobył z niego miedziany imbryczek, który napełnił wodą zaczerpniętą z dużego, kamiennego dzbanka stojącego w kącie i postawił na ogniu obok syczącego rusztu. Przygotował również cytryny, cukier i małą porcelanową wazę, ale od warzenia ponczu oderwało go pukanie do drzwi.

– To ty, Saro?

– Tak, proszę pana. Czy będzie pan na kolacji, sir?

– Nie, dzisiejszą noc spędzę w fabryce. Zamknijcie więc drzwi na klucz i powiedz swojej pani, by poszła spać. – Po tych słowach Moore wrócił do przerwanego zajęcia.

– Utrzymuje pan obejście w należytym porządku – z aprobatą zauważył Malone, pracowicie odwracając płaty mięsa. Jego twarz była równie rumiana jak rozżarzone węgle, nad którymi się pochylał. – Nie żyje pan pod dyktando damskiego pantofla jak Sweeting – człowiek… (Aj! Jak ten tłuszcz pryska!) – któremu przeznaczone panowanie kobiet. Za to pan i ja, Moore… – ładnie przyrumieniony i soczysty dla pana – pan i ja nie będziemy trzymać w naszych stajniach płowych klaczy.

– No nie wiem – nigdy się nad tym nie zastanawiam. Gdyby jednak ta płowa klacz była miła dla oka i niezbyt narowista – dlaczego nie?

– Mięso gotowe. A co z ponczem?

– Oto szklanka, proszę spróbować. Jeżeli Joe Scott i jego ludzie przywiozą maszyny w nienaruszonym stanie, też dostaną po swojej porcji.

Malone bardzo poweselał przy kolacji. Śmiał się gromko z błahostek, oklaskiwał swoje własne mierne żarty i, krótko mówiąc, zrobił się nader hałaśliwy. Jego gospodarz – przeciwnie: wciąż trwał w swym niezmiennym spokoju. Pora, Czytelniku, byś mógł wyobrazić sobie, jak pan Moore wygląda, a więc teraz spróbuję nakreślić jego portret.

Otóż jest on szczupłym człowiekiem o raczej niecodziennej aparycji – aparycji cudzoziemca. Opadające na śniade czoło kosmyki ciemnych włosów dowodzą, że ich właściciel niewiele czasu spędza przed lustrem, w przeciwnym razie byłyby ułożone z większym wyczuciem. Zdaje się osobą nieświadomą doskonałości swoich rysów, ich południowej symetrii, ich wyrazistości i regularności. Walory te mogą być na pierwszy rzut oka niedostrzegalne także dla innych, albowiem nieco wychudły kontur twarzy i zapadnięte policzki zakłócają wrażenie piękna. W spojrzeniu dużych szarych oczu Moore’a determinacja dominuje nad łagodnością, a refleksyjność przeważa nad wesołością. Jego twarz staje się nadzwyczaj przyjemna, kiedy rozchyla usta w uśmiechu – nigdy do końca radosnym, lecz pozwalającym wyczuć pewien rodzaj uśpionego uroku, który sugeruje być może serdeczną naturę i uczucia wytrzymujące próbę czasu: cierpliwość, wyrozumiałość i prawdopodobnie wierność. Pan Moore to wciąż bardzo młody człowiek, ma nie więcej niż trzydzieści lat. Jego wzrost jest słuszny, a budowa delikatna. Tym, co w jego osobie zdaje się nieco irytujące, jest głos, albowiem pomimo swej wystudiowanej niedbałości w wymowie jego obcy akcent może drażnić angielskie, a zwłaszcza północno-angielskie, ucho.

Pan Moore, który Brytyjczykiem był de facto zaledwie w połowie, miał matkę cudzoziemkę i sam urodził się i częściowo wychował na obcej ziemi. Będąc człowiekiem, w którego żyłach płynęła krew dwóch narodów, posiadał bardzo złożone odczucia względem wielu kwestii. Niezdolny związać się z żadną organizacją – czy to polityczną, czy religijną, a nawet przywiązać się do klimatu czy obyczajów, miał skłonność izolować się od każdej społeczności, w którą tymczasowo pchnął go los. I w żadnej mierze nie czując się częścią ogółu, za najrozsądniejsze uważał prawdopodobnie przedkładać interesy Roberta Gérarda Moore’a nad interesy wszystkich innych. Handel stanowił jego dziedziczne powołanie: Gérardowie z Antwerpii byli kupcami od dwóch stuleci – dawniej, nim dotknęły ich trudne czasy, bardzo zamożnymi. Powikłania w interesach i katastrofalne w skutkach spekulacje stopniowo rozkruszyły fundamenty handlowej reputacji rodu. Przez kilkanaście lat firma chwiała się w posadach, aż wreszcie wstrząs Francuskiej Rewolucji dokończył dzieła zniszczenia. Skutki upadku boleśnie odczuło angielskie przedsiębiorstwo w Yorkshire, blisko związane z interesem Gérardów, którego jednym z właścicieli był rezydujący w Antwerpii niejaki Robert Moore. Poślubił był on Hortensję Gérard z nadzieją, że ta odziedziczy w przyszłości firmę swego ojca, Constantine’a Gérarda. Jak już wiemy, Hortensja odziedziczyła po ojcu jedynie długi, a tę spuściznę z kolei przejął jej syn, Robert. Jak powszechna wieść niosła, młodemu Gérardowi Moore rodzinna przeszłość bardzo ciążyła na sercu i poprzysiągł on sobie, że pewnego dnia spłaci wszystkich wierzycieli, a zrujnowany interes odbuduje w skali co najmniej równej poprzedniej świetności. I jeśli dzieciństwo spędzone u boku nieszczęśliwej matki i z przygnębiającymi widokami na przyszłość, jeżeli dorosłe lata naznaczone i przemoczone bezlitosnymi burzami mogą zapisać się w duszy człowieka, jego dusza nie była zapisana złotą czcionką.

Moore postawił sobie ambitny cel, lecz w jego kierunku mógł posuwać się jedynie niewielkimi kroczkami. On, którego przodkowie niegdyś posiadali magazyny w miastach portowych, fabryki w głębi kraju, miejskie rezydencje i majątki na wsi, po przybyciu do Yorkshire zobaczył dla siebie tylko jedną możliwość: w odleg­łym zakątku obcej okolicy wydzierżawić przędzalnię i zamieszkać w sąsiadującej z nią chatce. Swój stan posiadania powiększył o kilka akrów skalistej ziemi, przez którą płynął fabryczny strumień, płacąc za wszystko wysoką dzierżawę (czasy były bowiem trudne) powiernikom majątku Fieldhead, którego właścicielka była osobą niepełnoletnią.

W chwili rozpoczęcia się naszej historii Robert Moore zamieszkiwał okolicę zaledwie od dwóch lat, ale w tym czasie zdążył już udowodnić, iż jest człowiekiem czynu. Zaniedbany dom przekształcił w schludną i gustowną siedzibę, a część nierównej ziemi przeistoczył w ogród, który uprawiał z niezwykłą – zgoła flamandzką, pieczołowitością. Stosunek Moore’a względem samej fabryki – wiekowej konstrukcji wypełnionej niewydajnymi, przestarzałymi urządzeniami – od samego początku był pogardliwy. Za punkt honoru postawił sobie przeprowadzenie radykalnych reform i reformy te wdrażał tak szybko, jak tylko pozwalał mu na to bardzo skromny kapitał. Skromność tegoż kapitału i wynikające z tego ograniczenia nieustannie zalewały mu duszę okrutną goryczą. Moore był bowiem człowiekiem łaknącym postępu, a jako dewizę wyrytą w sercu miał słowo „naprzód”.

Niepodobna oczekiwać, że sam będąc skrępowany – nieraz bardzo boleśnie – więzami ubóstwa, wiele czasu poświęcał na rozważania, czy aby jego własne ambicje nie okażą się krzywdzące dla innych. Moore był przybyszem z innego kraju, w okolicy mieszkał dopiero od niedawna i to, że wprowadzane przez niego innowacje pozbawiają robotników zatrudnienia, nie zaprzątało jego sumienia. Nigdy nie zadawał sobie pytania, gdzie ci, którym już nie wypłaca tygodniowego wynagrodzenia, zarabiają na chleb. I w tym lekceważeniu przypominał tysiące innych, do których głodujący mieszkańcy Yorkshire zdawali się mieć uzasadnione pretensje.

Czasy, o których piszę, to mroczny okres w historii Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza jej obszarów północnych. Wojna osiągnęła wówczas apogeum. Uwikłana w nią była cała Europa. Anglia – jeśli jeszcze nie wycieńczona, była już zmęczona długim stawianiem oporu i połowa jej ludności domagała się pokoju na obojętnie jakich warunkach. Duma narodowa stała się zaledwie pustym słowem, w oczach wielu bezwartościowym, gdyż ich wzrok zamazywała mgła głodu i za kęs mięsa sprzedaliby duszę diabłu.

„Dekrety Rady”, sprowokowane przez blokadę kontynentalną Napoleona i zabraniające państwom neutralnym handlu z Francją, oburzyły Amerykanów i w ten sposób odcięły przemysł włókienniczy Yorkshire od głównego rynku zbytu, co doprowadziło region na skraj zapaści. Mniejsze rynki zagraniczne były przesycone. Przepełnione nadmiarem towaru Brazylia, Portugalia czy Sycylia przez prawie dwa lata nie potrzebowały nowych dostaw. W tym samym czasie główni północni producenci zaczęli wprowadzać do użycia innowacyjne urządzenia, co – znacząco zmniejszając liczbę potrzebnych pracowników – pozbawiło tysiące ludzi zatrudnienia i odarło ich z jedynego legalnego sposobu pozyskiwania środków do życia. Na domiar złego wystąpiła klęska nieurodzaju i w kraju zapanowało skrajne ubóstwo. Wystawiona na próbę ludzka cierpliwość powoli ustępowała miejsca buntowi. Spazmy moralnego trzęsienia ziemi zatrzęsły wzgórzami północnych hrabstw. Jednak, jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach, problem ten został zignorowany. Kiedy w mieście przemysłowym wybuchały zamieszki, kiedy zakład fabryczny zostawał spalony do cna lub gdy jakiegoś fabrykanta atakowano w jego własnym domu, jego meble wyrzucano na bruk i całą rodzinę zmuszano do ratowania się ucieczką, lokalne urzędy przeważnie bagatelizowały zdarzenie, inspirator zajść z reguły pozostawał niewykryty, gazety w kilku zdaniach relacjonowały incydent i na tym rzecz się kończyła. Co do nieszczęsnych robotników, których jedynym dziedzictwem była praca fizyczna, i którym to dziedzictwo zostało odebrane – oni mieli trwać w swym nieszczęściu dalej. Być może cierpienie pewnej grupy społeczeństwa jest nieuniknione, być może nie jest rzeczą właściwą powstrzymywać postęp i podcinać skrzydła nauce, ignorując jej dokonania. Ponieważ końca wojny nie było widać, zgromadzenie środków na zapomogi dla poszkodowanych było niewykonalne. Bezrobotnym zatem pozostało jedynie przełykać gorycz swej niedoli.

Poczucie krzywdy płodzi nienawiść. Pozbawieni środków do życia nieszczęśnicy nienawidzili mechanizacji i obarczali maszyny odpowiedzialnością za odebrany im chleb, nienawidzili budynków, w których owe maszyny stały, i nienawidzili ich właścicieli. W gminie Briarfield, z którą mamy teraz do czynienia, fabryka Hollow uznana została za miejsce haniebne, a Gérard Moore – w swym podwójnym charakterze obcokrajowca i zawziętego postępowca – za postać haniebnie odrażającą.

Bycie obiektem powszechnej nienawiści odpowiadało temperamentowi Moore’a – zwłaszcza kiedy swe motywy i postępowanie uważał za moralnie słuszne i pożądane. Toteż dzisiejszej nocy z rodzajem wojowniczej ekscytacji czekał na przybycie wozów z urządzeniami. A ponieważ poczucie zagrożenia i niepewność lubił przeżywać w samotności, obecność Malone’a prawdopodobnie była mu niemiła. Wystarczyłoby mu towarzystwo swego muszkietu, a wezbrany, płynący przez kotlinę potok dostarczyłby dźwięków najprzyjemniejszych jego uszom.

***

Moore od dobrych dziesięciu minut obserwował, jak irlandzki wikary – bynajmniej sobie nie żałując – raczy się ponczem, kiedy wyraz jego znieruchomiałych szarych oczu nagle się zmienił.

– Chut![7] – uciszył po francusku pobrzękującego szklanką Malone’a i nadstawił ucha. Po chwili podniósł się i włożywszy kapelusz, wyszedł przed próg kantoru.

Noc była ciemna i spokojna, choć woda w strumieniu płynęła wartko. W tej zupełnej ciszy odgłos rwącego potoku zdawał się ogłuszający, lecz mimo to ucho Moore’a zdołało uchwycić jeszcze inny dźwięk – odległy, urywany i nieprzyjemny, mianowicie dźwięk ciężkich, toczących się z chrzęstem po kamienistej drodze kół.

Wróciwszy do kantoru, fabrykant zapalił latarnię, przemaszerował z nią fabryczny dziedziniec i zabrał się do otwierania bram. Dochodzący z oddali chlupot potężnych kopyt koni pociągowych idących po błotnistej drodze zapowiadał powrót wielkich wozów dostawczych.

– Hej, Joe Scott! Czy wszystko dobrze? – zawołał fabrykant.

Widać Joe Scott nie był jeszcze dostatecznie blisko, by dosłyszeć pytanie, albowiem odpowiedź nie padła.

– Czy wszystko dobrze, pytam? – Moore zawołał ponownie i w tej samej chwili wielki pysk idącego na czele konia niemal dotknął jego nosa.

Z najbliższego wozu ktoś zeskoczył na drogę i jakiś głos zawołał:

– Ano tak, czarcie – wszystko dobrze! Bośmy je pogruchotali!

I po okolicy poniósł się odgłos uciekających stóp. Wozy znieruchomiały i nie było w nich teraz żywej duszy.

– Joe Scott! – zawołał Moore, lecz nikt nie odpowiedział. – Murgatroyd! Pighills! Sykes! – odzewu wciąż nie było. Fabrykant uniósł latarnię i obejrzał pojazdy. Okazały się zupełnie puste – brakowało i ludzi, i maszyn.

Gdzie się podziały urządzenia, na których zakup Moore zaryzykował resztę swego kapitału i od których pracy zależało powodzenie wszystkich jego inwestycji?

Słowa „bośmy je pogruchotali” cały czas dźwięczały uszach właściciela fabryki. Blask trzymanej przezeń latarni wydobywał z ciemności jego twarz i usta rozciągnięte w charakterystycznym uśmiechu – uśmiechu człowieka zdecydowanego na wszystko, który znalazłszy się w chwili krytycznej, stoi przed sprawdzianem swej siły, i którego duch może już tylko zwyciężyć lub się złamać.

Postawiwszy latarnię na drodze, Moore założył ręce na piersiach i stał tak, zamyślony, z wzrokiem utkwionym w ziemi, nie wiedząc jeszcze, co zdecyduje się zrobić.

Jeden z koni poruszył się niecierpliwie i fabrykant podnosząc oczy, dostrzegł, że do uprzęży zwierzęcia doczepiono coś białego. W świetle latarni rzecz okazała się kawałkiem złożonego papieru – liścikiem. Na zewnątrz nie było adresu, wewnątrz zaś widniał nadtytuł: „Do djabła z fabryki Hollow”.

Pominę tu resztę tej dość szczególnej ortografii i zawartość listu przedstawię w zrozumiałej angielszczyźnie. Otóż brzmiała ona tak: „Twoje piekielne maszyny leżą w kawałkach na Wrzosowiskach Stilbro, a twoi pomagierzy są związani w rowie przy drodze. Niech to będzie dla ciebie przestrogą od tych, którzy po tym uczynku wrócą do domu do swych głodnych żon i dzieci. Jeśli nie zmienisz swego postępowania, jeśli spróbujesz sprowadzić nowe maszyny, usłyszysz od nas ponownie. Strzeż się!”.

– Usłyszę od was ponownie? A jakże! A wy ode mnie. Twarzą w twarz. Za chwilę rozmówimy się na Wrzosowiskach Stilbro.

Wprowadziwszy wozy na teren fabryki, Moore pospieszył w kierunku białego domu. Po otwarciu jego drzwi szybko zamienił parę cichych słów z dwoma kobietami, które wybiegły mu na spotkanie do korytarzyka. Widoczny przestrach jednej z nich uśmierzył krótką, uspokajającą relacją wydarzeń. Do drugiej zaś rzekł:

– Pójdź do fabryki, Saro – tu jest klucz i zabij w dzwon fabryczny, tak głośno jak się da. Potem zabierzesz jeszcze jedną latarnię i pomożesz mi oświetlić dziedziniec.

Wróciwszy do swych koni, rozprzągł je, nakarmił i zamknął w stajni z równym pośpiechem, jak troską, sporadycznie przerywając te czynności i niecierpliwie nasłuchując bicia dzwonu. Ten niebawem odezwał się przejmującą, nierytmiczną melodią. Wśród nocnej ciszy, o tej niezwykłej porze metaliczny głos dzwonu niósł się daleko. Strwożeni nagłym hałasem goście Czerwonej Karczmy ogłosili, że „coś niedobrego święci się w Fabryce Hollow” i, chwyciwszy latarnie, całą gromadą pospieszyli w jej kierunku. Ledwie zdążyli się wtłoczyć na dziedziniec i rozświetlić go migotem niesionych przez siebie świateł, gdy rozległ się tętent końskich kopyt i na teren fabryki wjechał na kudłatym kucyku niewielki, wyprostowany jak struna mężczyzna w czarnym kapeluszu, a za nim inny jeździec na większym wierzchowcu.

W tym czasie pan Moore osiodłał swego rumaka i z pomocą służącej Sary oświetlił fabrykę. Ogromna przednia elewacja budynku jaśniała teraz jaskrawo i rzucała na dziedziniec dostatecznie dużo światła, by wykluczyć zamieszanie, które mogłoby wyniknąć w ciemnościach. Podwórze wypełniał pomruk wielu głosów. Pan Malone nareszcie wyłonił się z kantoru, uprzednio przezornie zanurzając głowę w dzbanie z zimną wodą, co wraz z nagłym zaniepokojeniem prawie przywróciło mu przytomność tych zmysłów, które wcześniej częściowo przytępił poncz. Z kapeluszem odchylonym do tyłu i ściskając w prawej ręce swój kostur, odpowiadał – raczej na chybił trafił – na pytania świeżo przybyłego towarzystwa z Czerwonej Karczmy. W końcu pojawił się pan Moore, naprzeciw którego natychmiast stanął kudłaty kucyk z człowiekiem w czarnym kapeluszu na grzbiecie.

– A więc, co robimy, Moore? Pomyślałem, że ci się przydamy, ja i Hetman – powiedział pan Helstone, klepiąc grzbiet swego konika. – I Tom wraz z jego rumakiem. Kiedy usłyszałem bicie dzwonu, nie mogłem usiedzieć już dłużej, więc zostawiłem Boultby’ego samego przy kolacji. Ale gdzie wróg? Nie widzę żadnych masek ani pomalowanych na czarno twarzy. I wszystkie szyby w twoich oknach całe. Był już atak czy się go dopiero spodziewasz?

– Och, bynajmniej. Ani jedno, ani drugie – odpowiedział spokojnie Moore. – Poleciłem zabić w dzwon, bo potrzebuję dwóch lub trzech sąsiadów, którzy stanęliby tu na straży, bym sam mógł pojechać z kilkoma ludźmi na Wrzosowiska Stilbro.

– Wrzosowiska Stilbro! Po co? Na spotkanie wozom?

– Wozy już tu są od godziny.

– Więc wszystko w porządku. Czego ci jeszcze trzeba?

– Przyjechały puste, a Joe Scott i reszta zostali na wrzosowiskach, tak jak i maszyny. Proszę przeczytać ten świstek.

Pan Helstone przestudiował podaną mu kartkę papieru.

– Hm. Obeszli się z tobą tak samo, jak się obeszli z innymi. Ale ci nieboracy leżący w rowie zapewne z niecierpliwością wyczekują pomocy. Zbyt mokra noc na taki nocleg. Ja i Tom pojedziemy z tobą. Malone może zostać i przypilnować fabryki – co z nim? Oczy zaraz wyjdą mu z orbit.

– Jadł kotlet barani.

– Czyżby? Peterze Augustusie, miej się na baczności. Nie jedz już dzisiaj kotletów baranich. Przejmujesz dowództwo nad tym terenem. Zaszczytne stanowisko!

– Czy ktoś tu ze mną zostanie? – zapytał Malone.

– Tylu z obecnego tu zgromadzenia, ilu wyrazi chęć. Panowie, kto z was pozostanie na straży tutaj, a kto uda się z panem Moore’em i ze mną na drogę do Stilbro, żeby pomóc nieszczęśnikom, którzy wpadli w zasadzkę wandali?

Do jeźdźców zdecydowało się przyłączyć jeszcze troje ludzi. Gdy pan Moore dosiadał swego konia, proboszcz zapytał go cicho, czy trzyma kotlety baranie pod kluczem, żeby Peter Augustus nie mógł się do nich dobrać. Fabrykant skinął twierdząco głową i wszys­cy uczestnicy wyprawy ruszyli.


Rozdział III

Pan Yorke

Nie ulega wątpliwości, że pogoda ducha to stan w pełni wynikający z naszej kondycji wewnętrznej, jak i z okoliczności zewnętrznych. Pozwoliłam sobie wygłosić tę banalną uwagę, ponieważ tak się składa, że panowie Helstone i Moore, opuszczając teren fabryki na czele swojej niewielkiej kompanii, byli w możliwie najlepszych nastrojach. Kiedy promień światła (każdy z trzech pieszych uczestników wyprawy trzymał latarnię) padał na twarz pana Moore’a, w jego oczach dostrzegalny stawał się taniec wesołych iskierek i całe jego powściągliwe dotychczas oblicze jaśniało niezwykłym ożywieniem. Kiedy blask latarni wydobywał z mroku twarz pastora, jej zazwyczaj surowe rysy łagodził uśmiech podekscytowania i zadowolenia. Gdyby przeciwnikom Moore’a dane było ujrzeć teraz tych dwóch jeźdźców, oddanie w ich kierunku strzałów sprawiłoby im ogromną satysfakcję. Obydwaj dżentelmeni wiedzieli o tym i obu – ludzi o stalowych nerwach i żelaznych sercach – wiedza ta radowała.

Zdaję sobie sprawę, Czytelniku, i nie trzeba mi przypominać, że wojowniczość to cecha zatrważająca u pastora. Wiem dobrze, że winien on być człowiekiem pokoju, doskonale orientuję się, jaką misję wśród ludzkości ma wypełniać duchowny i pamiętam dokładnie, czyim jest sługą, czyje przesłanie niesie i według czyjego przykładu powinien żyć. Niemniej jednak nie spodziewaj się, że wraz z pewnym Supplehoughem uniosę ręce ze zgrozą ku niebu, lub że jak niejaki Barraclough zacznę wydawać z siebie krzyki potępiające diabolicznego proboszcza z Briarfield.

Nie był on ani trochę diaboliczny. Jedyny błąd pana Helsto­ne’a polegał na tym, że minął się z powołaniem. Okoliczności uczyniły go pastorem, choć powinien był zostać wojskowym. Posiadał wszystkie cechy charakteryzujące dobrego żołnierza: sumienność, trzeźwość umysłu, hart ducha, surowość, nieustępliwość i lojalność. Był człowiekiem niemal pozbawionym współczucia i delikatności, nietolerancyjnym i zimnym, ale wiernym swoim zasadom, honorowym, prawdomównym i mądrym. Wydaje mi się, że w każdej profesji znajdziemy ludzi do niej niepasujących i nie wolno nam ich osądzać tylko dlatego, że niekiedy ta profesja układa się na nich jak niedobrze skrojona szata. Nie potępię więc pastora Helstone’a za jego kozacką duszę, chociaż bywał potępiany. Wśród swych parafian miał równie wielu przeciwników, jak zwolenników. Jednak to częsty los ludzi, których cechuje stronniczość wobec przyjaciół i zawziętość względem wrogów i którzy tak samo wierni są swym zasadom, jak przywiązani do uprzedzeń.

Jadących teraz ramię w ramię Helstone’a i Moore’a jednoczyły doskonały nastrój i wspólny cel, mamy prawo spodziewać się zatem, że wywiąże się między nimi przyjacielska pogawędka. Nic z tych rzeczy! Ci dwaj dżentelmeni, których łączyła podobna siła charakteru, przy swych rzadkich spotkaniach zawsze doprowadzali się nawzajem do irytacji. Najczęstszą kość niezgody stanowiła wojna. Helstone był zaprzysięgłym torysem, natomiast Moore w kwestii wojny popierał poglądy wigów, albowiem przedłużający się konflikt wpływał zgubnie na jego interesy. Właściciel fabryki lubił doprowadzać Helstone’a do furii, ogłaszając, że Bonaparte jest i pozostanie niepokonany, drwiąc z Anglii i Europy i ich nieudolnych prób przeciwstawienia się Francji oraz wyrażając opinię, że równie dobrze można poddać się już teraz, skoro pewne jest, że prędzej czy później Napoleon zmiażdży każdego przeciwnika i zawładnie całym światem.

Helstone nie tolerował tych zapatrywań i znosił je cierpliwie jedynie przez wzgląd na to, że Moore był swego rodzaju banitą i po części cudzoziemcem – pół miary brytyjskiej krwi nie starczało widać, by pohamować wpływ płynącej w jego żyłach zagranicznej żółci. Jeszcze jedna rzecz łagodziła w proboszczu odrazę i chęć wychłostania rozmówcy – mianowicie sympatia dla nieustępliwego tonu głosu, z jakim Moore bronił swych opinii i szacunek dla jego konsekwencji.

Uczestnicy wyprawy skręcili teraz w drogę na Stilbro, gdzie ich twarze raziły podmuch wiatru i krople siekącego deszczu. Moo­re, który już wcześniej prowokował towarzysza, ożywiony i, być może, nieco poirytowany nagłym uderzeniem zimnego powietrza, przypuścił silniejszy atak.

– Czy wciąż cieszą pana wieści z Półwyspu?

– Co masz na myśli? – zapytał burkliwie proboszcz.

– Czy wciąż pokłada pan nadzieje w tym bożyszczu – lordzie Wellingtonie?

– Nie rozumiem?

– Czy nadal wierzy pan, że ten bożek Anglików o pustym spojrzeniu i kamyku zamiast serca jest w stanie rozniecić pożar, który pochłonie znienawidzonych przez pana Francuzów?

– Wierzę, że Wellington, jak tylko mu się spodoba, będzie w stanie jednym skinieniem palca zapędzić marszałków Bonapartego do morza.

– Ależ drogi panie, chyba nie mówi pan poważnie. Marszałkowie Bonapartego to wybitni ludzie, którzy działają pod kierownictwem wszechmocnego geniusza. Za to pański Wellington to najpospolitszy z pospolitych służbistów, którego powolne, mechaniczne ruchy dodatkowo krępuje nasz rząd nieudaczników.

– Wellington to uosobienie Anglii. Jest bojownikiem w słusznej sprawie i najwłaściwszym przedstawicielem tego potężnego, odważnego, rozsądnego i uczciwego narodu.

– Pańska słuszna sprawa, jeżeli dobrze rozumiem, to po prostu przywrócenie tego plugawego, ograniczonego umysłowo Ferdynanda na tron, który sam zhańbił. Pański przedstawiciel uczciwego narodu to jedynie nierozgarnięty poganiacz bydła działający w imieniu jeszcze bardziej nierozgarniętego gospodarza. A naprzeciw nich stoją szeregi niezwyciężonego geniusza.

– Naprzeciw prawowitych stoją szeregi uzurpatora. Naprzeciw słusznego, wytrwałego i walecznego oporu wobec intruza stoi chełpliwa, dwulicowa, samolubna i perfidna ambicja posiadania. Niech Bóg broni sprawiedliwych!

– Bóg najczęściej stoi po stronie silniejszych.

– Co takiego? Czy to znaczy, że garstka Izraelitów, którzy suchą nogą przeszli na azjatycką stronę Morza Czerwonego, była silniejsza od całych zastępów Egipcjan zebranych po stronie afrykańskiej? Czy byli liczniejsi? Czy byli lepiej wyposażeni? Słowem – czy byli mocniejsi? Nic nie mów, Moore, bo będziesz miał grzech kłamstwa na sumieniu. Byli nieszczęsną, wykorzystywaną grupą niewolników. Tyrani ciemiężyli ich od czterystu lat, ich szeregi osłabiały kobiety i dzieci. Ścigała ich horda dobrze wykarmionych Etiopów, silnych i brutalnych jak lwy. Mieli broń, konie i rydwany. Nieszczęśni Hebrajczycy wędrowali pieszo, niewielu z nich zapewne dysponowało bronią lepszą od swych kijów pasterskich czy kamieniarskich narzędzi. Sam ich skromny, choć wielki przywódca dzierżył jedynie swą laskę. Ale pamiętaj, Robercie – oni stali po stronie dobra, podczas gdy szeregom faraona przewodziły zbrodnia i szatan. I która strona zatriumfowała? Wszyscy dobrze wiemy: „W tym to dniu wybawił Pan Izraela z rąk Egipcjan. I widzieli Izraelici martwych Egipcjan na brzegu morza”. Tak! „Przepaści ich ogarnęły, jak głaz runęli w głębinę”. Sprawiedliwa ręka Pana odniosła chwalebne zwycięstwo. Sprawiedliwa ręka Pana roztarła wroga na proch!

– We wszystkim ma pan rację, tylko porównanie się nie zgadza: to Francuzi są Izraelitami, a Napoleon jest Mojżeszem. Europa ze swoimi żarłocznymi imperiami to zepsuty Egipt. Waleczna Francja jest narodem wybranym, a ten zuchwały, pełen wigoru uzurpator jego wyzwolicielem.

– Nie zniżę się, by na to odpowiedzieć.

Wobec czego Moore sam sobie odpowiedział, a w każdym razie do swych poprzednich słów cichym głosem dodał taką oto refleksję:

– Och, w Italii godny był każdego Mojżesza! Był tym, czego tamta ziemia potrzebowała. Zdolny przewodniczyć posunięciom przywracającym istnienie narodom! Do dzisiejszego dnia łamię sobie głowę, jak zwycięzca spod Lodi mógł tak się poniżyć, dołączając do grona tych ordynarnych hochsztaplerów, jakimi są cesarze. I jeszcze bardziej zastanawia mnie fakt, że naród, który niegdyś określał siebie republikańskim, spadł znów do poziomu zwykłych niewolników. Gardzę Francją! Gdyby Anglia w marszu cywilizacji dotarła tak daleko jak Francja, z pewnością nie dokonałaby tak haniebnego odwrotu.

– Chyba nie chcesz przez to powiedzieć, że otumaniona cesarska Francja jest w jakiejś mierze gorsza od krwawej Francji republikańskiej? – zapytał srogo Helstone.

– Nie próbuję pana do niczego przekonywać. Ale mam prawo myśleć, co chcę, panie Helstone, zarówno na temat Francji, jak i Anglii. A także na temat rewolucji, królobójstw, monarchii, boskiego prawa królów, przy którym się pan tak upiera w swoich kazaniach, wojnie i…

Wypowiedź pana Moore’a przerwało pojawienie się dwukółki, która nagle z dużej prędkości wyhamowała na środku drogi. Zarówno Moore, jak i proboszcz zanadto byli zaabsorbowani dyskusją, by zauważyć ją wcześniej.

– Hej! Czy wozy dojechały, sir? – zawołał głos z wnętrza pojazdu.

– Czyżby to Joe Scott?

– Tak, tak! – przyłączył się inny głos, jako że w powozie siedziały dwie osoby. Trzej mężczyźni idący pieszo za proboszczem i Moore’em pozostali daleko w tyle. – Tak, panie Moore, znalazłem go na wrzosowiskach w ładnych tarapatach, a prócz niego trzech innych. Co mi pan da w zamian za niego?

– Moje podziękowania, rzecz jasna. Nie mógłbym stracić lepszego człowieka. Poznaję po głosie, że to pan, panie Yorke?

– Tak, chłopcze, to ja. Wracałem z targu w Stilbro i na samym środku wrzosowiska – gdym okładał konia batem, by pędził jak wiatr, bo jak powiadają czasy niebezpieczne – usłyszałem czyjś jęk. Zatrzymałem się, choć kto inny niechybnie zmusiłby konia do szybszego galopu. Wiedziałem, że nie mam się czego obawiać – nie sądzę, by ktoś w tych stronach miał wobec mnie wrogie zamiary. A nawet gdyby się taki znalazł, wnet by pożałował. Zapytałem więc: „Czy kto potrzebuje pomocy?” – „Zaiste” – odparł głos dochodzący jakby z ziemi. „Co się dzieje, mówcie prędko” – poleciłem. „Czterech nas tu leży w rowie” – rzekł ktoś cicho. „Tym gorzej dla was” – powiedziałem i zagroziłem, że jak nie wstaną i nie pójdą precz, to obłożę ich batem, gdyż mi się zdało, że sobie żarty stroją. „Już dawno byśmy poszli, aleśmy związani sznurem” – usłyszałem. Tedy zsiadłem i przeciąłem więzy swym kozikiem. Potem Joe wsiadł do mej dwukółki opowiedzieć, co zaszło, a pozostali idą za nami ile sił w nogach.

– Cóż, mam wobec pana ogromny dług, panie Yorke – powiedział Moore.

– Czyżby, chłopcze? Dobrze wiesz, że nie. Ale oto idą pozostali. A tam co? Co ja widzę, czyżby szli następni? Z pochodniami w pustych dzbanach niczym hufce Gedeona[8]? I jest też z nami proboszcz – dobry wieczór, panie Helstone!

Pan Helstone odpowiedział na pozdrowienie w bardzo oschły sposób. Jegomość w dwukółce ciągnął tymczasem dalej:

– Jest nas jedenastu silnych ludzi, do tego mamy konie i wozy. Gdyby przyszło nam spotkać tych obszarpanych niszczycieli maszyn, odnieślibyśmy wielkie zwycięstwo. Każdy z nas byłby Wellingtonem – to by panu odpowiadało, czyż nie, panie Helstone? I jakie artykuły pisano by o nas w gazetach! Briarfield stałoby się słynne. Ale śmiem twierdzić, że i tak poświęcą naszej dzisiejszej przygodzie ponad kolumnę w „Kurierze Stilbro”. Co najmniej tyle.

– I ja obiecuję panu co najmniej tyle, panie Yorke, albowiem sam napiszę ten artykuł – rzekł proboszcz.

– A jakże! Z całą pewnością! I niech pan nie zapomni się upomnieć, by ci, którzy odpowiadają za zrujnowanie maszyn i związanie w rowie Joego Scotta, zawiśli. Za to należy się stryczek, nie mam co do tego wątpliwości.

– Gdybym to ja ich sądził, rozprawiłbym się z nimi krótko! – zawołał Moore. – Ale tym razem zostawię ich w spokoju. Poczekam, aż odwiną sobie wystarczająco długi sznur, by mogli powiesić się sami.

– Zostawisz ich w spokoju, Moore? To obietnica?

– Obietnica? Nie. Chcę tylko przez to powiedzieć, że nie zadam sobie szczególnego trudu, by ich schwytać. Ale jeśli któryś wpadnie w moje ręce…

– Skręcisz mu kark, rzecz jasna. Ale póki co, dość na ten temat. Oto znaleźliśmy się pod moim domem i liczę, że panowie i ich ludzie wstąpią do środka. Żadnemu z was nie zaszkodzi się nieco pokrzepić.

Z początku Moore i Helstone grzecznie odmówili skorzystania z zaproszenia, ale pan Yorke uprzejmie nalegał. I ponieważ pogoda tej nocy była tak przykra, a zza muślinowych firanek w oknach domu tak nęcąco sączyło się ciepłe światło, dżentelmeni w końcu ulegli. Pan Yorke, zsiadłszy ze swego powozu i zostawiwszy go pod opieką człowieka, który wyszedł mu na spotkanie z budynku gospodarczego, poprowadził gości do środka.

Warto tu odnotować, że sposób, w jakim pan Yorke się wysławiał, był dość zmienny. Niekiedy mówił okoliczną gwarą Yorkshire, innym razem posługiwał się bardzo literacką angielszczyzną. Podobnym przeobrażeniom ulegało jego zachowanie: potrafił być bardzo uprzejmy i przystępny, ale też nieprzyjemny i bezceremonialny. Niełatwo byłoby nam zatem odgadnąć pozycję społeczną pana Yorke’a na podstawie jego sposobu bycia. Być może wygląd jego miejsca zamieszkania pomoże nam ją ustalić.

Ludziom pan Yorke polecił wejść do środka kuchennymi drzwiami, ogłaszając, że zaraz każe podać coś do jedzenia. Dżentelmeni poprowadzeni wejściem frontowym przez wyłożony dywanikami korytarz, którego ściany prawie aż po sam sufit zdobiły obrazy, znaleźli się w dużym salonie, gdzie stał znakomity, wypełniony wspaniałymi płomieniami kominek. W ogólnym wrażeniu pokój ten zdawał się nadzwyczaj przytulny, a gdy patrzący zaczynał dostrzegać detale, wrażenia tego nic nie umniejszało. Pomieszczenie urządzone było bez przepychu, ale za to niezwykle gustownie, rzec by można – ze smakiem bywającego w świecie, wykształconego dżentelmena. Ściany dekorowała kolekcja włoskich pejzaży, z których każdy stanowił autentyczny i cenny okaz prawdziwej sztuki i których wyboru musiało dokonać oko prawdziwego znawcy. Ukazany na nich czysty błękit nieba, miękkie kontury wzgórz, świeże odcienie barw i wspaniale oddana gra światła i cienia urzekały nawet w tym nikłym blasku świec. Na sofie leżała gitara i zeszyty z nutami, na gzymsie kominka widniała kolekcja waz w stylu greckim, wśród dekoracji znajdowały się również piękne kamee i miniatury, a w dwóch eleganckich biblioteczkach stały starannie ułożone książki.

Pan Yorke poprosił, by goście usiedli, po czym zadzwonił na służącą, a gdy ta się zjawiła, kazał jej przynieść wino. Ludzi przebywających w kuchni polecił jej ugościć posiłkiem. Rezydencja zdawała się nie przypaść do gustu proboszczowi, który nie zdecydował się usiąść. Nie tknął też zaoferowanego przez gospodarza wina.

– Jak pan woli – rzekł pan Yorke. – Zapewne sądzi pan, że jeśli spożyje coś pod moim dachem to, jak to jest w dalekowschodnim obyczaju, będziemy zmuszeni zostać przyjaciółmi. Ja jednak nie hołduję zbytnio takim przesądom. Choćby pan opróżnił do dna tę oto karafkę wina i podarował mi najlepszą sztukę z własnej piwnicy, i tak nie przeszkodziłoby mi to przeciwstawiać się panu przy okazji każdego naszego spotkania.

– Nie spodziewam się po panu niczego innego, panie Yorke.

– Czy pościg za wichrzycielami w tak słotną noc służy panu w pańskim wieku?

– Robienie tego, co do mnie należy, zawsze mi służy. I w tym konkretnym przypadku była to całkowita przyjemność. Pogoń za tymi szkodnikami to zacne zajęcie, godne arcybiskupa.

– Godne pana, w każdym razie. Ale gdzież wikary? Zapewne wizytuje jakiegoś nieszczęsnego chorego. Albo rzucił się w pościg za wandalami w przeciwnym kierunku.

– Trzyma wartę w Fabryce Hollow.

– Mam nadzieję, Bob – te słowa pan Yorke skierował do Moore’a – żeś zostawił mu łyk wina dla kurażu?

I nie czekając na odpowiedź, mówił dalej, wciąż zwracając się do fabrykanta, który opadł był na staroświecki fotel stojący przy kominku:

– Zabieraj się stąd, chłopcze! Wstawaj, to moje miejsce. Możesz spocząć na sofie lub którymś z trzech innych foteli, ale nie na tym. Należy do mnie i tylko do mnie.

– Dlaczego tak się pan upiera przy tym fotelu, panie Yorke? – zapytał Moore, posłusznie, acz opieszale zwalniając mebel.

– Dlatego, że tak robił przede mną mój ojciec. To jedyny powód. I taki sam powód wskaże pan Helstone dla poglądów i zachowań, przy których on się upiera.

– Moore, jesteś gotów do drogi? – zapytał proboszcz.

– Nie, Robert nie jest gotów. A raczej to ja nie jestem gotów się z nim rozstać. Niedobry z niego chłopak i muszę go przywołać do porządku.

– Ależ czym zawiniłem, sir?

– Robisz sobie wrogów na każdym kroku.

– Dlaczego miałoby mnie to trapić? Jaka to dla mnie różnica, czy łotry z waszego Yorkshire nienawidzą mnie, czy też nie?

– Aha! Otóż to. Ten młody człowiek ma nas za obcych. Twój ojciec nigdy by tak nie powiedział. Wracaj do swojej Antwerpii, gdzieś się wychował, mauvaise tete[9]!

– Mauvaise tete vous-meme, je ne fais que mon devoir: quant a vos lourdauds de paysans, je m’en moque![10]

– En revanche, mon garçon, nos lourdauds de paysans se moqueront de toi; sois en certain[11] – odparł pan Yorke z niemal tak doskonałym francuskim akcentem, z jakim mówił Moore.

– I bardzo dobrze. Wszystko mi jedno, czy to przeszkadza moim przyjaciołom, czy też nie.

– Twoim przyjaciołom? A gdzież są ci twoi przyjaciele?

– Sam się zastanawiam – no gdzie? I cieszy mnie bardzo, że na to pytanie odpowiada tylko echo. Do diabła z przyjaciółmi! Pamiętam, że mój ojciec i wujowie szukali kiedyś wokół siebie swoich przyjaciół. Samo słowo doprowadza mnie do irytacji. Proszę go przy mnie nie wymawiać.

– Comme tu voudras.[12]

I tutaj pan Yorke zamilkł. A ja, korzystając z okazji, że nic nie mówiąc, siedzi rozparty w swym dębowym, rzeźbionym fotelu, spróbuję naszkicować portret tego obywatela Yorkshire władającego nienaganną francuszczyzną.


Rozdział IV

Pan Yorke (Ciąg Dalszy)

Pan Yorke był obywatelem Yorkshire w całym tego słowa znaczeniu. Liczył około lat pięćdziesięciu pięciu, choć na pierwszy rzut oka zdawał się starszy – tak srebrzystobiałe były jego włosy. Czoło miał szerokie i niskie, a cera jego odznaczała się świeżym, zdrowym odcieniem. W fizjonomii pana Yorke’a dawało się zauważyć, a w jego głosie usłyszeć typową dla mieszkańców północy szorstkość. W tej na wskroś anglosaskiej twarzy niepodobna było dopatrzyć się śladu normańskiego przodka, a jej rzeźbie brakowało klasycznej elegancji. W oczach estety być może uchodziłaby za pospolitą, ktoś kierujący się logiką nazwałby ją charakterystyczną, natomiast osoba spostrzegawcza zachwyciłaby się jej głębią, mądrością i autentyczną oryginalnością kryjącą się w każdym jej rysie, czającą się w każdej zmarszczce. Równocześnie jednak była to twarz człowieka niepokornego, któremu nieobce jest uczucie pogardy i który zdolny jest do złośliwej ironii – człowieka, którym trudno kierować i nie sposób rządzić. Dość wysoki wzrost, mocna budowa ciała i dumna postawa dopełniały wrażenia, że pan Yorke nigdy nie był i nic będzie marionetką w cudzych rekach

Nakreślenie wyglądu zewnętrznego pana Yorke’a nie było łatwym zadaniem, jednak jeszcze trudniejsze zdaje się przedstawienie zarysu jego osobowości. Jeśli spodziewasz się znaleźć w nim nieskazitelny charakter, Czytelniku – czeka cię zawód. To, że przed chwilą zamienił parę życzliwych słów z panem Moore’em, nie oznacza wcale, iż jego sposób bycia zawsze cechowała podobna serdeczność i wyczucie.

Przede wszystkim był on osobą niepokorną, co jest fatalną wadą charakteru, popychającą człowieka do błędu w każdej sytuacji, w której pokora jest nieodzowna. Nie tolerował wszystkich, którzy stali ponad nim: królowie, arystokraci, księża, dynastie, rządy i instytucje pod każdą postacią wraz z wszelkimi ich czynami, postanowieniami, prawami i przywilejami napawały go odrazą. Nie znajdował w ich istnieniu żadnych korzyści i wierzył, że świat tylko by na tym zyskał, gdyby wszystkie wysokie stanowiska wraz zajmującymi je osobistościami zrównać z ziemią. Brak czci dla kogokolwiek i czegokolwiek wykluczał z jego serca elektryzujące porywy zachwytu nad tym, co zachwytu warte i osuszał tysiące potencjalnych źródeł przyjemności. Pan Yorke był, co prawda, człowiekiem religijnym (choć nie należał do żadnego kościoła), lecz jego religijność nie polegała na adoracji Boga. Wierzył w Niego, był to jednak Bóg człowieka pozbawionego bojaźni, wrażliwości i wyobraźni.

Na domiar tego Hiram Yorke nie posiadał zdolności porównawczych i umiejętności wyobrażenia sobie siebie w cudzym położeniu, a ta niedoskonałość pozbawia nas wyrozumiałości i czyni niekonsekwentnymi. Choć pan Yorke deklarował godną podziwu wiarę w konieczność wzajemnej tolerancji i zrozumienia, wobec niektórych grup społecznych przejawiał zaiste fanatyczną niechęć. Dla pastorów, magnatów i „im podobnych” miał same złośliwe, a nawet pogardliwe słowa – w równym stopniu niezasłużone, jak nieznośne. Nie potrafił postawić się w sytuacji tych, którym złorzeczył, ani skonfrontować ich grzechów z czyhającymi na nich pokusami, a popełnianych przez nich błędów z ułomnościami ich charakterów. Często zwykł wyrażać nader brutalne i bezwzględne życzenia pod adresem tych, którzy według niego dopuszczali się brutalnych i bezwzględnych czynów. Wnosząc z jego gróźb, w celu zaprowadzenia wolności i równości sięgnąłby po bardzo okrutne środki. Tak – pan Yorke lubił prawić o równości, lecz w głębi duszy był pysznym człowiekiem. Bardzo serdecznym dla swych pracowników, bardzo łaskawym dla wszystkich niżej od siebie urodzonych, i którzy taki stan rzeczy akceptowali bez słowa, ale wyniosłym jak sam Belzebub wobec każdego, kogo świat stawiał ponad nim. Pan Yorke, w którego żyłach płynął bunt, nie był zdolny znieść jakiejkolwiek dominacji – tak jak przed nim jego ojciec, a po nim jego dzieci.

Nasz posiwiały dżentelmen miał w sobie również niewiele dobrotliwości i wyobraźni, co nie tylko odzierało jego wnętrze z piękna i delikatności, ale pozbawiało go przy tym wiary w istnienie tych boskich przymiotów w kimkolwiek innym. Niedostatek dobrej woli czynił go mało cierpliwym wobec wszelkich przejawów słabości. Cudza ułomność drażniła jego własny błyskotliwy umysł, a ponieważ nie był człowiekiem litościwym, nikomu nie szczędził swych ciętych uwag, nieświadom zupełnie, jak bardzo i głęboko mogą one ranić.

Co do niedostatku wyobraźni w duszy pana Yorke’a – czyż można to uznać za mankament? Muzykalne ucho oraz wyczulone na kolor i kształt oko zapewniały mu dobry gust. A komuż potrzebna duża wyobraźnia? Czyż nie jest to raczej bezużyteczna i niebezpieczna właściwość, pokrewna słabości i trącąca szaleństwem? W większym stopniu choroba aniżeli dar umysłu?

Ponieważ pan Yorke sam poetyckiej wyobraźni nie posiadał, u innych uznawał ją za właściwość zbyteczną. Tolerował, a nawet popierał malarzy i muzyków, albowiem potrafił rozkoszować się rezultatami ich pracy – piękny obraz czy melodia zawsze były mu miłe. Ale cichy poeta, bez względu na to, z jaką siłą zmagał się w duszy i jaki żar płonął w jego piersi, według Hirama Yorke’a mógł żyć i skonać w zapomnieniu.

Przedstawiłam już niektóre defekty w charakterze pana Yorke’a i nadeszła pora na jego zalety. Otóż był on jednym z najznakomitszych i najbardziej poważanych ludzi w Yorkshire – nawet przeciwnicy darzyli go szacunkiem. Ubodzy uwielbiali go, albowiem otaczał ich serdeczną, ojcowską troską. O swych robotników dbał bardzo, a zmuszony którego zwolnić, zawsze starał się znaleźć dlań inne miejsce pracy lub pomóc mu się przesiedlić z całą rodziną tam, gdzie istniała szansa na zatrudnienie.

Pan Yorke pochodził z jednej z najstarszych i najprzedniejszych rodzin w regionie i był bardzo wpływowym oraz nienagannie wykształconym człowiekiem. W latach młodości, jeszcze przed Rewolucją Francuską, spędził pewien czas na kontynencie europejskim, gdzie posiadł biegłą znajomość języka francuskiego i włoskiego. Podczas swego dwuletniego pobytu w Italii zgromadził gustowną kolekcję znakomitych obrazów i innych dzieł sztuki, które teraz zdobiły wnętrze jego rezydencji. Gdy był pogodnie usposobiony, jego maniery przypominały maniery dżentelmena starej daty, a sposób, w jaki prowadził rozmowę, stawał się szczególnie wyszukany i nieszablonowy. Jeżeli zazwyczaj posługiwał się dialektem Yorkshire, to czynił tak z własnego wyboru. „Nasz warkot – mawiał – ma się wobec szczebiotu londyńczyków tak jak ryk byka wobec mysiego pisku”.

Choć pan Yorke znał wszystkich i sam znany był wszystkim w promieniu wielu mil, bliskich znajomości posiadał niezwykle mało. Sam będąc człowiekiem nietuzinkowym, nie gustował w przeciętności. Oryginalna i barwna postać, niezależnie od jej stanu społecznego, zawsze znajdowała jego aprobatę, za to do osobowości pospolitych i bezkrwistych żywił niezmienną niechęć. Skłonny był hojnie obdarzyć swym czasem bystrego robotnika czy ekscentryczną staruszkę, podczas gdy wytwornemu, acz nudnemu dżentelmenowi skąpił nawet chwili.

W jego stosunku do Moore’a niechybnie dała się zauważyć pewna serdeczność. Istotnie – pan Yorke żywił do właściciela fabryki słabość i istniało po temu kilka przyczyn. Po pierwsze, choć może się to wydać przedziwne, na korzyść antwerpijczyka przemawiał dosłyszalny w jego angielszczyźnie francuski akcent i jego szczup­ła, śniada twarz stanowiąca całkowite przeciwieństwo typowej fizjonomii brytyjskiej. Nieprawdopodobne, że owe błahostki mogłyby znacząco wpłynąć na odczucia kogoś takiego jak pan Yorke. Prawdą jest jednak, że obcowanie z fabrykantem przywoływało w nim stare i, być może, przyjemne wspomnienia młodzieńczych podróży. Wśród włoskich krajobrazów widział twarze podobne do twarzy Moore’a, a w paryskich kafejkach i teatrach słyszał głosy przypominające jego głos. Był wówczas młody i w towarzystwie fabrykanta ta młodość zdawała się do niego powracać.

Po drugie – znał w przeszłości ojca Roberta i to łączące ich ogniwo było już istotniejsze, choć niecałkiem przyjemne, albowiem Yorke, będąc związanym interesami z upadłą firmą Moore’ów, sam częściowo poniósł straty.

Po trzecie wreszcie, w samym Robercie widział obiecującego i zręcznego przedsiębiorcę, który, jak przewidywał, w końcu dojdzie do pieniędzy i w którym cenił bystrość umysłu, determinację i może nawet bezwzględność. Pan Yorke sprawował prawny nadzór nad niepełnoletnią właścicielką posiadłości, na której terenie znajdowała się dzierżawiona przez Moore’a fabryka, i z tej okoliczności wynikały częste kontakty obu panów.

Co do znajdującego się teraz w salonie drugiego gościa – proboszcza Helstone’a – sprawy miały się zgoła inaczej. Pomiędzy nim a gospodarzem istniała wzajemna niechęć, wypływająca zarówno z odmiennych usposobień, jak i z pewnych wypadków przeszłych. Pan Yorke sam będąc wolnomyślicielem, nie znosił proboszcza-formalisty. Na domiar złego, jak powiadano, obaj starali się dawniej o rękę tej samej damy.

W czasach młodości pan Yorke zasadniczo znany był ze swego upodobania do kobiet charakternych i ognistych, efektownych, rzutkich i dowcipnych. Pomimo to żadnej z takich piękności się nie oświadczył, za to niespodzianie zaczął się zalecać do panny, która stanowiła zupełne ich przeciwieństwo. Dziewczyna była niczym ożywiony posąg o twarzy Madonny, niczym wcielenie spokoju. Cóż z tego, że kiedy do niej mówił, ona odpowiadała monosylabami. Cóż z tego, że zdawała się nie słyszeć jego westchnień, nie odwzajemniać jego spojrzeń, że jego opinie przechodziły przez nią niezauważone, że rzadko śmiała się z jego żartów i skąpiła mu swej uwagi. Cóż z tego, że zdawała się zaprzeczeniem wszystkich kobiet, które do tej pory podziwiał. Dla Yorke’a Mary Cave była ideałem, albowiem z jakiegoś powodu ją kochał.

Pan Helstone – wówczas wikary w Briarfield – również pokochał Mary, a w każdym razie sobie ją upodobał. Choć uroda anioła przysporzyła jej kilku innych adoratorów, to właśnie on został wybrany z tego grona. Nie darzył jej tak płomiennym uczuciem jak pan Yorke, nie podporządkowywał jej się z taką czcią, z jaką robili to inni. Widząc ją w bardziej rzeczywistym świetle niż rywale, Helstone zawładnął nią tak, jak władał sobą i jego pierwsze oświadczyny zostały przyjęte.

Ze względu na właściwości swego charakteru proboszcz nie mógł być dobrym mężem, zwłaszcza dla kobiety tak introwertycznej. Jeśli żona na nic się nie skarżyła, to – w jego mniemaniu – nic jej nie brakowało, jeżeli nie narzekała na samotność, to ta jej nie doskwierała, a skoro nie wyrażała swych upodobań, to znaczyło to, że żadnych upodobań nie ma i bezcelowe byłoby ją o nie wypytywać. Pan Helstone nigdy nie udawał, że rozumie kobiety. Były dla niego zupełnie innymi istotami, prawdopodobnie dużo niższego rzędu niż mężczyźni. Żona nie mogła być, w jego przekonaniu, równowartościowym towarzyszem męża, a tym bardziej jego powiernikiem. Nim zdążyły minąć dwa lata, jego własna żona stała się niewarta uwagi pod żadnym względem. I gdy pewnego dnia, nagle – jak myślał, nie zauważywszy jej stopniowo pogarszającego się stanu zdrowia – pożegnała się z życiem, pozostawiając po sobie jedynie piękną, glinianą podobiznę – któż może wiedzieć, czy boleśnie odczuł tę stratę?

Proboszcz nie był człowiekiem, z którego żal łatwo wyciskał łzy. Ta zewnętrzna obojętność oburzyła zarówno jego gospodynię, jak i służącą, które doglądając pani Helstone w chorobie, być może miały okazję poznać nieboszczkę lepiej niż mąż. Obie, jeszcze nad ciałem zmarłej, wymieniały się plotkami, opowiadały sobie zajścia z czasu przewlekłej choroby proboszczowej i snuły domysły co do jej przyczyn, słowem – gospodyni z służąca wzajemnie podburzały się przeciwko srogiemu, drobnemu dżentelmenowi, który zajęty pracą w sąsiednim pokoju nawet nie podejrzewał, jak poważne zarzuty wysuwane są pod jego adresem.

Pani Helstone ledwo została pochowana, kiedy po okolicy zaczęły krążyć pogłoski mówiące, że umarła ze zgryzoty. Wieści te rozrosły się szybko i wkrótce zaczęto szeptać o poniewieraniu przez męża. Owe plotki – rażąco nieprawdziwe, lecz skwapliwie powtarzane, doszły uszu pana Yorke’a, który, będąc już uprzednio nastawionym niechętnie do rywala, częściowo w nie uwierzył. Choć sam był już mężem kobiety, która stanowiła całkowite przeciwieństwo Mary Cave, wciąż pamiętał o swym wielkim zawodzie życiowym, i gdy usłyszał, że tak mu droga osoba padła ofiarą zaniedbania, sprawcę uznał za swego prawdziwego wroga.

Jak silne było i z czego wynikało to uprzedzenie do jego osoby, pan Helstone domyślał się tylko połowicznie. Nie wiedział o głębokich uczuciach żywionych przez Yorke’a do Mary Cave, nie było mu też wiadomo nic na temat pomówień, które docierały do każdej pary uszu w okolicy z wyjątkiem jego własnej. Proboszcz wierzył, że pomiędzy nim a Yorkiem stoją jedynie różnice natury politycznej i religijnej i gdyby miał świadomość, jak sprawy naprawdę się mają, nigdy w życiu nie przestąpiłby progu przeciwnika.

Rozmowa dżentelmenów wkrótce zeszła na ogólniejsze tematy, choć jej ton nadal był nieco polemiczny. Poglądy trzech panów na panujący w kraju niepokój i dokonane ostatnio w okolicy grabieże mienia fabrycznego mniej lub bardziej się różniły. Pan Helstone za stronę pokrzywdzoną uważał właścicieli fabryk, a zachowanie robotników nazwał niemądrym. Całkowicie potępił powszechną nielojalność wobec ustanowionych władz i brak gotowości obywateli do poniesienia ofiar, które uznał za nieuniknione. Jako lekarstwo na obecną sytuację ordynował stanowczą ingerencję rządu, ścisłą kontrolę sądów i, w ostateczności, zaangażowanie w przywrócenie porządku wojska.

Pan Yorke chciał wiedzieć, czy zastosowanie tych wszystkich środków nakarmi głodnych i da zatrudnienie tym, którzy go potrzebują. Nie zgodził się z koncepcją nieuniknionych ofiar, mówiąc, że cierpliwość ludu zbyt długo była już poddawana próbie i że obowiązkiem obywateli jest się teraz zbuntować. Powszechną nielojalność wobec ustanowionych władz ogłosił najbardziej obiecującym znakiem czasów. Przyznał, że właściciele fabryk też są pokrzywdzeni, ale swe pretensje powinni kierować pod adresem „tego podłego, zepsutego i piekielnego” rządu. To szaleńcy pokroju Pitta, demony w rodzaju Castlereagha i szkodliwi idioci podobni Percevalowi niszczyli, jego zdaniem, krajowy przemysł. To ich ślepe upieranie się przy tej nieuzasadnionej, beznadziejnej i wyniszczającej wojnie doprowadziło naród do obecnego położenia. To monstrualnie wysokie podatki, haniebne Dekrety Rady (których inspiratorzy według pana Yorke’a zasługiwali na szafot) były kamieniem młyńskim u szyi Anglii.

– Ale po cóż strzępić język? – zapytał pan Yorke. – Kto usłyszy głos rozsądku w kraju zachwaszczonym królami, duchownymi i parlamentarzystami? W kraju, w którym wariat jest nominalnym monarchą, a w jego imieniu rządzi pozbawiony zasad moralnych rozpustnik? W kraju, w którym toleruje się ubliżającą inteligencji niedorzeczność w postaci dziedzicznych ustawodawców, w którym czczony jest absurd w postaci trybunału biskupiego, w którym utrzymywana jest armia zawodowa i w którym duchowni żyją jak pączki w maśle?

Pan Helstone, wstając i wkładając na głowę kapelusz, odpowiedział, że w ciągu swego życia spotkał się z kilkoma przypadkami osób, które odważnie głosiły podobne opinie tak długo, jak dobre zdrowie i dobrobyt materialny były ich sprzymierzeńcami. Jednak dla każdego przychodzi czas, w którym strach przed ostatecznością bierze górę i który jest próbą dla każdego orędownika anarchii i rebelii, dla każdego wroga religii i porządku.

– Muszę pana przestrzec, panie Yorke, że bluźnierstwo przeciwko Bogu i Królowi jest grzechem śmiertelnym i że istnieje coś takiego jak Dzień Sądu Ostatecznego.

Pan Yorke odparł, że absolutnie wierzy w Sąd Ostateczny. Jak inaczej wszyscy ci bezecnicy, którzy bezkarnie łamią niewinne dusze, nadużywają niezasłużonych przywilejów, odejmują chleb od ust biednym, terroryzują ludzi niskiego stanu i nadskakują bogaczom, mieliby dostać to, na co zasłużyli?

– Ale – dodał – ilekroć czuję się przygnębiony stanem rzeczy na tej paskudnej planecie, sięgam po tę księgę – tu wskazał na stojący w biblioteczce okazały egzemplarz Biblii – otwieram na chybił trafił i zawsze trafiam na ustęp, który wyjaśnia mi wszystko. Wiem dobrze, gdzie niektórzy trafią po śmierci – zupełnie jakby z niebios zstąpił anioł i sam mi to powiedział.

– Proszę pana – rzekł pan Helstone, mobilizując całe swe poczucie godności. – Proszę pana, najważniejszą wiedzą, którą człowiek powinien posiąść, jest znajomość samego siebie i kierunku, w którym on sam podąża.

– A jakże! Jak pan zapewne pamięta, panie Helstone, wyrzucona sprzed bram niebios Ignorancja upadła przed wrotami piekieł.

– Pamiętam również, panie Yorke, że zaślepiona Pycha, nie widząc, po czym stąpa, wpadła w głęboki dół, na którego dnie roztrzaskała się na kawałki.

– Dobrze – wtrącił Moore, który dotąd milcząco, aczkolwiek z rozbawieniem przyglądał się temu słownemu pojedynkowi. – Wystarczająco już się nad sobą poznęcaliście, udowodniliście, jak serdecznie się nawzajem nie znosicie i za jakich niegodziwców się uważacie. Jeżeli chodzi o mnie, moje pokłady nienawiści wyczerpują ci, którzy niszczą moje maszyny. Nie starcza mi już zatem sił na antypatie prywatne, a tym bardziej polityczne. Jednak wasze dzisiejsze starcie uświadomiło mi, że jesteście gorsi, niż się spodziewałem. Nie ośmielę się spędzić całej nocy w towarzystwie takiego bluźnierczego anarchisty jak pan, panie Yorke. I nie mam odwagi wracać do domu z tak despotycznym duchownym jakim jest pan Helstone.

– Tak czy owak, ja wychodzę, Moore – powiedział szorstko proboszcz. – Możesz jechać ze mną lub zostać. Co wolisz.

– Nie, takiego wyboru miał nie będzie – odrzekł Yorke. – Moo­re pojedzie z panem. Jest po północy i dłużej nikomu w moim domu zostać nie pozwolę. Wszyscy muszą wyjść.

Zadzwonił na służącą, a kiedy ta się zjawiła, powiedział:

– Deb, wyproś ludzi z kuchni, pozamykaj drzwi i idź spać. Tędy, panowie – zwrócił się do swych gości i oświetlając drogę przez korytarz, prawie wypchnął ich za drzwi frontowe.

Napotkawszy przed domem ludzi, którzy w popłochu wybiegali z kuchennego wyjścia, obaj dżentelmeni dosiedli czekających na nich przy bramie koni i odjechali – Moore śmiejąc się w głos z bezceremonialności, z jaką zostali nagle wyproszeni, Helstone urażony nią do żywego.


Rozdział V

Dom w Dolinie Hollow

Nazajutrz rano dobry humor wciąż nie opuszczał Moore’a. Spędziwszy noc w towarzystwie Joego Scotta w fabryce, wstał jeszcze wcześniej, niż miał w zwyczaju i pogwizdując w czasie porannej toalety francuską melodię, zbudził swego pracownika.

– Nie upadł pan na duchu, sir? – zawołał Joe.

– Ani trochę, mon garçon – co znaczy: „mój chłopcze”. Wstawaj. Obejdziemy fabrykę, zanim przyjdą robotnicy i opowiem ci, co zamierzam. Jeszcze będziemy mieli nasze maszyny, Joe. Znasz legendę o Robercie Brusie[13]?

– I pająku? A tak! Czytałem o historii Szkocji i tak się składa, że wiem na ten temat tyle, co pan. Chce pan więc powiedzieć, że się nie podda.

– Tak.

– Ma pan jakiś majątek w swoim kraju? – zapytał Joe, uprzątając swoje prowizoryczne łóżko.

– W moim kraju! A któryż to mój kraj?

– Francja, czyż nie?

– Ależ skąd! Sam fakt, że Francuzi zawładnęli Antwerpią, w której się urodziłem, nie czyni ze mnie Francuza.

– Zatem Holandia?

– Nie jestem Holendrem. Teraz mylisz Antwerpię z Amsterdamem.

– Flandria?

– Wypraszam sobie takie insynuacje, Joe! Ja Flamandem? Czyżbym miał flamandzką twarz? Niezgrabny nos, niskie, zapadłe czoło, wodniste oczy? Czyżbym tak jak Flamand składał się z samego tułowia bez nóg? Ale ty przecież nie wiesz, jak wyglądają mieszkańcy Niderlandów. Ja jestem, Joe, antwerpijczykiem. Moja matka była antwerpijką, choć pochodziła z francuskiej rodziny. I dlatego mówię po francusku.

– Ale pański ojciec pochodził z Yorkshire, więc jest pan też trochę tutejszy. Każdy widzi, że jest pan do nas podobny – lubi pan pieniądze i twardo za nimi goni.

– Masz tupet, Joe. Jednak już w młodości przywykłem do tego rodzaju bezczelności, albowiem belgijska classe ouvriere – co znaczy: „klasa robotnicza” – również ma w zwyczaju zachowywać się impertynencko w stosunku do pracodawców.

– My tutaj w bawełnę niczego nie owijamy. I bawi nas, gdy młodzi pastorzy i wielcy panowie z Londynu, oburzeni naszym złym wychowaniem, wywracają oczami i wołają: Ojej! Jakie dzikusy! Jacy wulgarni!

– Jesteście dzikusami, Joe. Macie się za cywilizowanych?

– Trochę tak, sir. Moim zdaniem robotnicy z północy są sporo pojętniejsi od chłopów z południa. Przemysł wyostrza umysł. Mając do czynienia z mechaniką, nauczyłem się już, że tam gdzie skutek, tam jest też przyczyna. Lubię czytać i jestem ciekaw, jakie ci, co im się wydaje, że nami rządzą, mają wobec nas zamiary. I nie jestem jedyny. Między robotnikami jest wielu potrafiących cytować paragrafy prawa równie dobrze jak pan i stary Yorke, i niebo lepiej od Christophera Sykesa czy tego irlandzkiego zabijaki Malone’a.

– Zdaje ci się, żeś jest bystry, Scott. Dobrze wiem.

– A tak. Jestem nie w ciemię bity i wykorzystałem swoje możliwości lepiej od niejednego, co mu się wydaje, że może na mnie patrzeć z góry. Ale w Yorkshire są tysiące mi podobnych, albo i lepszych.

– Świetny z ciebie chłopak, Joe. Ale przy tym zarozumialec i chwalipięta! Niech ci się nie wydaje, że tylko dlatego, że liznąłeś nieco matematyki, a na dnie kadzi w farbiarni zobaczyłeś trochę chemii, jesteś naukowcem. I nie myśl sobie, że ponieważ interesy nie zawsze idą gładko, i czasem tacy jak ty zostają bez pracy, należysz do klasy męczenników, a wszyscy rządzący to kanalie. Nawet przez chwilę nie wyobrażaj sobie, że cnota żyje tylko w domach krytych strzechą, a w murowanych jej nie uświadczysz. Takiego sposobu myślenia brzydzę się szczególnie, albowiem dobrze wiem, że ludzka natura jest naturą ludzką wszędzie, czy to w pałacu, czy w chałupie. W każdym przedstawicielu ludzkiego gatunku znajdziesz skłonność do czynów niecnych, jak i szlachetnych, zmieszane z sobą w różnych proporcjach, i uwierz mi – te proporcje nie zależą od stanu społecznego jednostki. Spotkałem w swym życiu zamożnych łotrów i ubogich łajdaków. Spotkałem też nikczemników, którym powodziło się średnio. Na zegarze zaraz będzie szósta, Joe. Idź i zabij w dzwon.

Był teraz środek lutego, zatem o szóstej rano dzień zaczynał dopiero lękliwie przebijać swym bladym promieniem brąz mroku i nadawać półprzezroczystość nieprzeniknionym cieniom nocy. Tego konkretnego poranka ów promień był wyjątkowo słaby, a wschodni horyzont bezbarwny i zimny. Dzień podnosił pokrywę nocy z takim trudem i tak nieśmiałe były spojrzenia rzucane przezeń na wzgórza, jakby żar słońca zgasiły wczorajsze powodzie. Oddech nieba był równie surowy jak jego wygląd. Przykry wiatr rozpędził kłęby nocnych chmur, ukazując – zamiast błękitnych przestworzy – pokłady szarej pary. Deszcz ustał już wcześniej, lecz ziemia wciąż była rozmokła, a stawy i rzeczki wezbrane.

W oknach fabryki świeciły światła i dzwon nadal głośno bił, kiedy nadbiegać zaczęły małe dzieci. Szczęśliwie dzisiejszy poranek – być może prawem kontrastu (jako że tej zimy zbyt wiele razy w drodze do pracy dokuczały im śnieżyce, ulewy i dojmujący mróz) – zdał się im łaskawszy, a zimne powietrze mniej nieznośne.

Stojący u wejścia pan Moore liczył swych małych pracowników, a tych, którzy zjawili się stosunkowo późno, upominał jednym słowem. Po dotarciu do warsztatów maruderzy otrzymywali nieco ostrzejszą reprymendę od nadzorcy – Joego Scotta. Właściciel fabryki i jego pomocnik nie byli ludźmi okrutnymi, ale wtedy gdy było to konieczne, potrafili wykazać się surowością. Młodzieńca, który się znacznie spóźnił, zasadniczy pan Moore ukarał grzywną w wysokości jednego pensa i ostrzegł, że następne wykroczenie będzie go kosztować dwa razy więcej.

Niewątpliwie zasady są w takich wypadkach nieodzowne. W czasach, o których mowa, niekiedy bezwzględni i okrutni ludzie tworzyli bezwzględne i okrutne zasady. Ale choć moje pióro odmawia opisywania postaci nieskazitelnych i każdy bohater tej książki okaże się mniej lub bardziej niedoskonały, oprawców dzieci i poganiaczy niewolników pozostawiam strażnikom więziennym.

Zamiast pastwić się nad duszą Czytelnika za pomocą obrazowych opisów kar chłosty i innych tortur, z zadowoleniem informuję, że ani pan Moore, ani jego nadzorca nigdy nie pozwolili sobie uderzyć żadnego z pracujących w ich fabryce dzieci. Wprawdzie Joe raz wysmagał srogo swego własnego syna za upieranie się przy kłamstwie, ale podobnie jak swój chlebodawca, nie należał do zwolenników stosowania kar cielesnych.

Pan Moore chodził między fabrycznym dziedzińcem, farbiarnią i magazynami, póki słaby świt nie przerodził się w dzień. Zza zbocza ciemnego wzgórza wyłoniło się słońce. Jego bezbarwny, lodowaty krąg nadał srebrzystości krawędziom okalających go sinych chmur i popatrzył poważnie w Dolinę Hollow. Była już ósma i w fabryce zgasły światła. Gdy rozległ się sygnał ogłaszający przerwę śniadaniową, dzieci, na pół godziny uwolnione od żmudnej pracy, skierowały się ku swym małym miedzianym puszkom z kawą i koszyczkom mieszczącym porcję chleba – miejmy nadzieję, że wystarczającą do nasycenia głodu.

Pan Moore skierował teraz kroki w stronę swego miejsca zamieszkania. Choć dom dzieliła od fabryki niewielka odległość, żywopłot i wysoka skarpa po obu stronach wiodącej do niego dróżki nadawały mu ustronnego charakteru. Był to niewielki budynek o pobielonych ścianach z pomalowanym na zielono gankiem. Przed domem znajdowały się rabaty kwiatowe będące obecnie jedynie pasami czarnej ziemi, na których tylko gdzieniegdzie nieśmiało zaczynały kiełkować szmaragdowozielone pędy śnieżyczek i krokusów. Ostatni śnieg długiej i srogiej zimy dopiero co stopniał we wczorajszym deszczu, choć jego pozostałości wciąż oblepiały szczyty wzgórz i dekorowały doliny białymi plamkami. Trawa na skarpach, przy żywopłocie i przed domem miała wciąż szary odcień. W pobliżu domu we wdzięcznej konfiguracji stały trzy drzewa – nie zanadto wysokie, lecz wobec braku konkurencji wyglądające bardzo okazale. Miejsce zamieszkania pana Moore’a prezentowało się zatem jako przytulne gniazdko sprzyjające wypoczynkowi i kontemplacji, w którym jednak skrzydła ambicji nie mogły długo pozostać złożone.

Przytulny charakter tego skromnego domu zdawał się nie robić żadnego wrażenia na właścicielu. Zamiast od razu skierować się do środka, Moore wyciągnął z małej szopy szpadel i począł przekopywać ogródek. Pracował nieprzerwanie od około kwadransa, kiedy jedno z okien domu otworzyło się i damski głos zawołał:

– Eh bien ! Tu ne déjeunes pas, ce matin?[14]

Na to pytanie padła odpowiedź w języku francuskim i w tym samym języku potoczyła się dalsza część konwersacji, jednakowoż jest to książka przeznaczona dla czytelnika angielskiego, więc zamieszczam tłumaczenie rozmowy.

– Czy śniadanie już gotowe, Hortensjo?

– Owszem, gotowe od pół godziny.

– Zatem ja też jestem gotów. Jestem głodny jak wilk.

Porzuciwszy szpadel, Moore wszedł do domu, gdzie wąski korytarzyk poprowadził go do małego saloniku. Tam na stole czekało na niego śniadanie składające się z kawy, chleba z masłem i mało angielskiego specjału z duszonych gruszek. Tymi wiktuałami zawiadywała dama, która przed chwilą przemówiła z okna i nim pójdziemy dalej, muszę ją opisać.

Zdawała się nieco starsza od pana Moore’a, mogła mieć około trzydziestu pięciu lat. Była wysoka i dość tęga, a kruczoczarne włosy miała obecnie nawinięte na papiloty. Jej policzki były rumiane, nos mały, oczy niewielkie i czarne, a jej broda zbyt duża w stosunku do małego, poznaczonego bruzdami czoła. Jej twarz miała nieco naburmuszony, ale nie nieprzystępny wyraz. W całym jej wyglądzie istniało coś, co jednocześnie drażniło i bawiło, a najdziwniejszym jego elementem było ubranie: pasiasty kaftanik i przykrótka, wełniana spódnica eksponująca dobrze kostki, które pod względem symetrii pozostawiały wiele do życzenia.

Pomyślisz zapewne, Czytelniku, że opisuję kobietę wielce niechlujną – w żadnym wypadku. Hortensja Moore (siostra pana Moore’a) była bardzo przyzwoitą, gospodarną osobą i dawniej w ojczyźnie w takim stroju zwykła była wykonywać swe poranne obowiązki domowe. Ze swych belgijskich przyzwyczajeń nie zamierzała rezygnować tylko dlatego, że życie zmusiło ją do zamieszkania w Anglii i trwała w nich, przekonana o ich wielkiej wartości.

Mademoiselle miała o sobie jak najlepszą opinię – nie całkiem niezasłużoną, albowiem posiadała sporo wspaniałych zalet, jednakże myliła się co do ich natury i przeceniała ich znaczenie. Nie dostrzegała także wielu towarzyszących im drobnych wad. Za nic w świecie nie przyjęłaby do wiadomości, że jest osobą nietolerancyjną i małostkową, przewrażliwioną na swym punkcie, przeświadczoną o swej doniosłości i zbyt skłonną obrażać się o błahostki, choć wszystko to było prawdą. Jednak gdy nikt nie kwestionował jej autorytetu i nie przeciwstawiał się jej tendencyjnym opiniom, mogła sprawiać wrażenie osoby dość przyjemnej. Do swych dwóch braci (poza Robertem istniał jeszcze jeden Gérard Moore) czuła wielkie przywiązanie i obaj, jako jedyni żyjący przedstawiciele jej rodziny, byli w jej oczach niemal święci. Wprawdzie Louisa, który jako zaledwie chłopiec został wysłany do szkoły w Anglii, i który ponoć zajmował teraz posadę guwernanta w prywatnej rodzinie, znała gorzej od Roberta. Wspominając go, Hortensja mawiała, że ma on swoje mocne strony, lecz cechuje go zbytnia powściągliwość i spokój. Roberta uwielbiała bezwarunkowo i była z niego bezgranicznie dumna. Postrzegała go jako najwybitniejszego człowieka w Europie i zachwycając się każdym jego czynem, oczekiwała, że inni będą widzieć go w takim samym świetle. Każde przeciw niemu wystąpienie stanowiło dla niej rzeczą niezrozumiałą, wstrząsającą i haniebną (bardziej haniebne było tylko wystąpienie przeciw niej samej), toteż teraz nałożywszy mu porcję musu z gruszek i odkroiwszy dla niego spory kawał belgijskiego chleba, wylała z siebie potok słów oszołomienia i grozy na temat zajść minionej nocy.

– Quelle idée![15] Zniszczyli je! Quelle action honteuse! On voyait bien que les ouvriers de ce pays étaient a la fois betes et méchants.[16] Zupełnie jak te angielskie służące – nie ma nic bardziej nieznośnego od tej Sary!

– Sprawia wrażenie schludnej i pracowitej – zauważył pan Moore.

– Sprawia wrażenie! Nie wiem, jakie sprawia wrażenie. Nie twierdzę, że jest brudna albo leniwa. Mais elle est d’une insolence![17] Wczoraj przez kwadrans spierała się ze mną o gotowanie wołowiny. Powiedziała mi, że gotuję ją na papkę i że Anglik nigdy nie dałby rady przełknąć czegoś takiego jak nasz rosół, który jej zdaniem jest tylko tłustą wodą. A jeśli chodzi o choucroute[18] – w życiu jej nie tknie! Beczkę ukwaszonej przeze mnie własnoręcznie kapusty nazwała pomyjami dla świń! Przez tę dziewczynę moje nerwy są w strzępach. Nie odprawię jej jednak, bo a nuż trafię jeszcze gorzej. Twoi robotnicy też ci się dają we znaki – pauvre cher frere[19]!

– Przykro mi, Hortensjo, żeś nie jest zadowolona z życia w Anglii.

– Moim obowiązkiem jest bycie zadowoloną wszędzie tam, gdzie ciebie rzuci los, braciszku. Co nie znaczy, że tysiące różnych przykrości nie przypominają mi, jak bardzo brakuje mi naszego rodzinnego miasta. Tutejsi są tacy niewychowani. Moje zwyczaje są przedmiotem kpin. Jeżeli któraś przysłana przez ciebie z fabryki dziewczyna zastanie mnie w moim kuchennym ubraniu przy gotowaniu obiadu (wiesz przecież, że nie mogę powierzyć Sarze ugotowania choćby jednej potrawy), parska śmiechem. Jeśli przyjmę zaproszenie na herbatę, co mi się parę razy zdarzyło, czuję, że nie jestem traktowana na równi z innymi gośćmi i nie poświęca mi się należycie dużo uwagi. A przecież Gérardowie to taki zacny ród – i Moore’owie także! Mamy prawo wymagać szacunku. W Antwerpii zawsze traktowano mnie z wyróżnieniem. Natomiast tutaj, jak tylko otworzę usta w towarzystwie, pomyśleć by można, że komicznie mówię, choć dałabym sobie rękę uciąć, że mój akcent jest doskonały.

– Hortensjo, w Antwerpii słynęliśmy z zamożności. Tutaj znani jesteśmy tylko z ubóstwa.

– Otóż to! Tak właśnie wyrachowani są ludzie. Ostatniej niedzieli, jak sobie przypominasz, padał rzęsisty deszcz, zatem idąc do kościoła, włożyłam swe czarne chodaki, które – choć być może mało eleganckie – na błotnistych wiejskich drogach są jak znalazł. Wierz mi, gdy w typowym dla siebie skupieniu przechodziłam kościelną nawą, kilka dam i tyluż dżentelmenów parsknęło śmiechem, chowając twarze w modlitewnikach.

– A więc nie wkładaj więcej swoich chodaków. Uprzedzałem cię przecież, że takie obuwie nie ujdzie w tym kraju.

– Ależ to nie są zwykłe chłopskie saboty, braciszku. To saboty noirs, tres-propres, tres convenables.[20] W Monz i Leuze, miastach przecież niewiele gorszych stołecznej Brukseli, niemal wszyscy noszą je zimą. Niech kto spróbuje przebrnąć flamandzki gościniec w paryskich pantoflach!

– Mniejsza o Monz, Leuze i flamandzkie gościńce. Kiedy jesteś w Rzymie, postępuj jak Rzymianin. Co do kaftanika i krótkiej spódnicy – też mam wątpliwości. Nigdy nie widziałem angielskiej damy w takim odzieniu. Zapytaj Caroline Helstone.

– Caroline! Ja mam zapytać Caroline? Mam się jej poradzić? To ona mnie powinna się radzić we wszystkim. To tylko dziecko.

– Ma osiemnaście lat, więc z pewnością zna się już na sukniach, spódnicach i obuwiu.

– Proszę cię, bracie, nie psuj Caroline. Nie pozwól jej myśleć, że jej opinie mają jakieś ogromne znaczenie. Teraz jest skromna i bezpretensjonalna, i niech tak zostanie.

– Zgadzam się w zupełności. Czy Caroline ma dziś do nas przyjść?

– Jak zwykle o dziesiątej przyjdzie na lekcję francuskiego.

– Ona z ciebie nie kpi, prawda?

– Nie. Docenia mnie bardziej niż ktokolwiek inny z tutejszych. Jednakże miała przywilej lepiej mnie poznać. Dostrzega moje wykształcenie, inteligencję, ogładę towarzyską i zasady, czyli wszystko, co charakteryzuje osobę dobrze urodzoną i dobrze wychowaną.

– Lubisz ją w ogóle?

– „Lubię” to za duże słowo. Nie należę do osób skłonnych szafować uczuciami, więc tym cenniejsza jest moja przyjaźń. Szanuję ją przez wzgląd na nasze pokrewieństwo, jej sytuacja życiowa jest interesująca i jako moja uczennica miała dotąd właściwy do mnie stosunek, co mi się bardzo podoba.

– Nie masz jej zachowaniu nic do zarzucenia?

– Wobec mnie jest bardzo grzeczna. Ale zdajesz sobie sprawę, braciszku, że moja silna osobowość wzbudza szacunek i wyklucza nadmierne spoufalanie się. Jednakże dzięki swej wrodzonej spostrzegawczości widzę, że Caroline nie jest ideałem i ma wiele braków.

– Nalej mi jeszcze kawy i zabaw mnie opowieścią o jej wadach.

– Mój drogi, rada jestem, że pomimo trudów minionej nocy dopisuje ci apetyt. Otóż Caroline dużo brakuje do doskonałości, jednak pod moją pieczą i dzięki memu niemal matczynemu podejściu jej charakter się poprawi. Niekiedy dostrzegam w niej pewien rodzaj, rzekłabym – dystansu, który mi się nie podoba, nie jest to bowiem cecha dziewczęca i świadczy o braku wystarczającej uległości. Caroline zdradza też czasem skłonności do nerwowego rozchwiania, choć z zasady jest raczej bardzo spokojna, przygaszona i nadmiernie pogrążona we własnych myślach. Pod moim wpływem jednak jej charakter niewątpliwie stanie się tak jednolity, jak nakazuje przyzwoitość. Stanie się stateczną, spokojną, młodą damą, lecz bez tej niezrozumiałej, dziwacznej tendencji do zamyślenia. Nie pochwalałam tego, co niezrozumiałe.

– Nie pojmuję nic z tego, co powiedziałaś. Co masz na myśli przez „nerwowe rozchwianie”?

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com