Serce gryfa - Jastek Telica - ebook
Wydawca: Novaeres Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 922 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Serce gryfa - Jastek Telica

Gdyby Wiedźmin mógł mieć syna, nazwałby go kreczownikiem.

 

W starożytnym klasztorze, położonym obok gwarnej, ludnej i wesołej stolicy żyje kreczownik. Ten młody nowicjusz niezbyt pilnie stosuje się do zaleceń swych mistrzów – starców odpowiedzialnych, mądrych i surowych. Woli bawić się w gronie swych braci uzdrowicieli i wróżbitów. Zaniedbuje, co może, a dobrze mu jak u Pana Boga za piecem. Chce, by tak było zawsze.

Ale jego nauczyciele nie.

 

Widzą, że podupadł, marnieje i zaniedbuje nawet szermierkę. Robią, co mogą, by temu zaradzić. On oczywiście wciąż wolałby odwiedzać rozśpiewane karczmy i wesołe kurtyzany. Dzięki zbiegowi niebywale szczęśliwych przypadków udaje mu się ukończyć nauki. Zostaje kreczownikiem i zaczyna nowe życie oparte na rozprawianiu się z mrowiem straszydeł dręczących pospolitych ludzi.

Opinie o ebooku Serce gryfa - Jastek Telica

Fragment ebooka Serce gryfa - Jastek Telica





Strona redakcyjna


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gwizd taki, aż w zęby gryzie.

– Zabiję go! – obiecał.

– Zabijesz, miły?

Jej głos jak miód na uszy. Nie, z pewnością nie na uszy! Raczej słodycz, co najpierw rozpala trzewia, a później łagodzi ból.

Ona tak piękna, aż oczy rwie, zatem gdy swoje nareszcie otworzył, nic innego nie mógł, jak tylko gapić się na nią. Stałby się wzrokiem i niczym więcej, byle ją chłonąć, napawać się nią, nawet nie oddychać. Chociaż o wiele lepiej było przygarnąć ją do siebie.

– Zabiję! – zapewnił.

– Skąd wiesz kogo?

Naigrywała się po prostu. Takim jak ona pozwala się na wszystko. Leyn była prawdziwie piękna. Gładkolica, o twarzy raczej szerokiej, jakby jakiejś dzikuski z taboru koczowników. Tyle że wszystkie stamtąd bywały śniade, zaś ona białolica jak mleko, z ustami czerwonymi, nosem prostym i wąskim oraz niebieskimi oczyma. Inaczej niż jego. Jego były mocne i intensywne, jej raczej zblakłe. Straszne, gdy się gniewała, bo zimne. Lecz gdy się śmiała, a do Gryppina śmiała się zawsze, wtedy zapalały się w nich ogniki. Była wysoka i kształtna jak tancerka. I czarnowłosa. Jej włosy lśniły niczym aksamit.

– Kogo? – powtórzył za nią. – Tego durnia!

– A kim on?

Siedziała wcześniej przy oknie w białym i raczej skromnym gieźle i wyglądała na zewnątrz. Wstawała przed świtem, zawsze. Gryppin nie budził się przy niej. Lubił spać do późna, gdy się dało. Rzadko, co prawda, miał taką możliwość. Ona nie budziła go nad ranem, siadywała przy oknie i patrzyła. Gdy otwierał oczy, zawsze tam była, oświetlona przez słońce. Niezwykła sztuka, bo sen miał lekki. A ta dziewczyna umiała wstać tak delikatnie, że czatownik, co na warcie na chwilę przymknął oczy, czołem opierając się o drzewce włóczni, nie spostrzegłby tego. Ona przy oknie zwykle czesała krucze włosy. Teraz też to robiła. Białym, kościanym grzebykiem o zębach gęstszych niż młody las.

Był po prostu szczęściarzem, że ją miał.

– Durniem – odrzekł złowrogo. – Jest durniem jedynym w swoim rodzaju.

Leyn zachichotała.

Z zewnątrz ponownie dobiegł gwizd raniący uszy.

– Zostań jeszcze.

Ona zawsze chciała, by zostawał dłużej. A on zawsze musiał już iść. Kiedyś zostanie, ale najwcześniej za niecały rok. Wtedy zrobią sobie wolne. Święto. On nie będzie musiał biec do klasztoru przed dzwonem wzywającym na jutrznię, zaś ona... Ona nigdzie nie musiała się spieszyć rankiem, bo to noce miała zajęte. Leyn, pierwsza kurtyzana Exertun, o której względy zabiegali dworacy z królewskiej Runy, zaś kasztelan i marszałek toczyli regularną wojnę. Piękność, która pragnęła tylko jednego – by ukochany został choć chwilę dłużej.

Lecz Gryppin naprawdę musiał już iść.

Gwizd stał się niecierpliwy.

– Idę! – syknął. Wychylił się przez okno. – Idę! – warknął.

– Spiesz się! – doleciał głos z dołu.

– Muszę już iść – zwrócił się do dziewczyny.

– Tak, ode mnie zawsze ci spieszno – powiedziała ze śladem żalu. – Ty nie masz dla mnie serca.

Kwaśna dziś była. To się jej czasem zdarzało. Przyciągnął ją do siebie.

– Dla siebie też – roześmiał się. – Bo nie mam go wcale. Za to czego innego aż w nadmiarze.

Udała, że to ją bawi. Ale nie bawiło.

Pocałował ją pospiesznie, przeklął zły los, jeszcze będąc w oknie, obdarzył ją przeciągłym, żałosnym spojrzeniem. Na koniec usłyszał:

– Ty mój płowowłosy łotrze, wróć do mnie jak najprędzej!

Z piekącym żalem zeskoczył na ziemię. Szturchnął gwizduna tak, że ów się zatoczył.

– Co się tak pieklisz?

– Bo na dzwon nie zdążymy! – wysyczał obrażony pucułowaty młodzian.

– Nie jeż się, Jeżu! – roześmiał się wybranek najpiękniejszej z pięknych.

Jeż nadął się, by wygłosić jakąś wielce udaną sentencję, lecz stał się tylko jeszcze bardziej pucułowaty niż zwykle. Chciał to ukryć. To był jego sekret. Jeż tak naprawdę zwał się Brennus i wszystko wskazywało na to, że zostanie naciągaczem, czyli wróżem, zaś jego druh, Gryppin, śledzikatem – kreczownikiem, niszczycielem potworów. Brennus jednakże przezwał się Jeżem, co nie miało żadnego sensu. Dla głupków. Ktoś mądry jednak rozumiał, że człek zwący się Jeżem może być kolczasty, ale nie tłustawy. A tłuściutki to Brennus był jak dobrze odpasiony wieprzek. Starał się to ukrywać w każdy możliwy sposób, zatem także imieniem. Stąd kazał przyjaciołom mówić do siebie: Jeż.

– Oto cały Gryf! – sapnął tłuścioszek.

– Sto razy ci mówiłem, Jeżu, że Gryppin to żaden gryf! Jeśli już – zabójca gryfa. Albo, choć w moim przypadku niepodobna w to wierzyć, serce gryfa.

– Bardzo trudno, wszak ty nie masz serca.

– Owszem, nie znajdziesz we mnie takiej słabości – odparł kochanek pięknej Leyn, po czym się roześmiał.

– Ty się śmiejesz – zasyczał kamrat – a na nas czeka mistrz Wyrozumiały. Ma oko na mnie. A na ciebie dwa, ty pupilku bractwa!

Kiedyś byłaby to najszczersza prawda, ale nie dziś, bo przed rokiem mistrzowie nieco mniej wyrozumiale zaczęli spoglądać na Gryppina, a na czele tych nieżyczliwych stał oczywiście surowy mistrz Wyrozumiały.

– Ciebie i tak nie zauważy – stwierdził kreczownik. – W czerni jesteś.

Jeż tak się odziewał, bo czerń wyszczupla.

– Ty też – druh parsknął w odpowiedzi. – Jak zawsze.

– I zawsze tak będzie – potwierdził Gryppin.

Obaj młodzi zakonnicy wdrapali się na mur, po czym przebiegli po nim, nic sobie nie robiąc ze strażników. Ci nawet alarmu nie wszczęli. Tylko świeży zapaleńcy czynili takie głupoty. Starzy wyjadacze machali ręką. Nowicjusze Tajemnego Zakonu, czepiając się występów muru, spuścili się na dół i popędzili budzącymi się uliczkami Exertun.

Czas mijał, a oni nie mieli go wiele. Kolejne mury i bramy, aż wreszcie znaleźli się na błoniach. Bieg i wspinaczki nie zmęczyły ich. Gdy robiło się to od jedenastu lat, gdy stale wzmacniało się zielem, mniej już było się człowiekiem, a bardziej jakimś stworem, którego naturą niekończący się gon. Lecz Gryppin przystanął.

– A tak dla mojej ciekawości, to czemu jeszcze nie wróciłeś do konwentu? Wieczorem krzyczałeś, że czasu szkoda.

– Zagadałem się – odparł Jeż.

– A z kim niby?

– No, wieści zbierałem. Wiesz, nowiny takie, że...

– Znowu! – jęknął Gryppin. Spodziewał się tego, co teraz nastąpi.

– Gdybyś usłyszał, sam byś pojął ich znaczenie.

– Chyba nie chcę.

Przyszli wróże odchodzili od zmysłów, gdy usłyszeli o czymś nowym. Byli w zbieraniu wieści jak sroki podkradające co bardziej błyszczące szkiełka. Oni, póki się wszystkiego nie wywiedzieli, nie pozwalali się odciągnąć swym kompanom. To były dla nich najważniejsze sprawy.

– Nie chcesz, a świat wielki do nas puka! Łomoce właściwie – ciągnął Brennus, gdy kierowali się nad rzekę w poszukiwaniu przeprawy. – W Runie się dzieje, mówię ci!

Runą zwano zamek królewski i klasztor kreczowników, choć nie tylko potworobójcy pobierali w nim nauki, ale również wróże i uzdrowiciele. Lecz dla obcych były to sprawy dość niejasne i oni kreczami zwali wszystkich nowicjuszy; bali się ich przy tym niby zarazy. Całkiem słusznie. Krecze słynęli nie tylko z tego, iż bez zmęczenia mogli biec po kilka godzin i jak wiewiórki wspinać się na strome ściany, wysokie na pięćdziesiąt stóp, i nieważne, czy właściwi kreczownicy, czy wróże albo uzdrowiciele, każdą bronią umieli robić tak, że strach brał maluczkich. Zresztą, nawet gdy w rękach nie trzymali ni złomka żelaza, to i tak lepiej było ich nie zaczepiać.

A krecze często wychodzili z Runy, by buszować po Exertun, ogromnej stolicy Autumo, gdzie zbiegały się szlaki handlowe tej części świata, miasta gwarnego i radosnego.

– Wielkie rzeczy będą miały miejsce – z zapałem ciągnął wróż. – Przybyli Trisończycy, a gdy kupcy z Rzeczypospolitej w coś się wikłają, poruszenie na świecie pewne. Poza tym pod murami stanął obozem kanclerz z Widańje i kilku diuków z Dżagatu. Ucztę wydali, stronników zaczęli kaptować. Sam widzisz, że musiałem wywiedzieć się, w czym rzecz.

– Jestem pewien, że się wywiedziałeś.

– A jakże! – zawołał Brennus. – Albo nie nazywam się Jeż! Chętnie objaśnię cię w tych sprawach, tym bardziej że tobie jak rzadko komu powinny one być bliskie.

– Żarty sobie stroisz? A co mnie do tego?

– Bo o Aud Wanid idzie. Tyś stamtąd.

Gryppin o rodzinnym kraju prawie zapomniał, choć przed rokiem go odwiedził, jako że otrzymał, jak cały jego rocznik, ponad sześć miesięcy wolnego. Co miał czynić? Rad nierad, pojechał zobaczyć matkę i rodzeństwo. Wynudził się zresztą bezmiernie.

– Mój mały kraik wtrącił się w sprawy mocarzy? Dziwne to. Takie zapowietrzone zadupie, a pcha się tam, gdzie po palcach można wziąć?

– Lub skorzystać.

Gryppin roześmiał się.

– Założę się, że kto inny zyski będzie liczył. To w co oni wdepnęli?

– Po prawdzie to nie sami z siebie. Gdy usłyszysz, w czym rzecz, uśmiejesz się!

Niedaleki adept kreczostwa bardzo w to wątpił.

– Obyś tylko nie tłumaczył mi tego liczbami. Już nigdy!

Brennus się zjeżył.

– Wydziwiasz! – prychnął.

– Ani jednej liczby. Nigdy!

– To najpewniejsze, ale niech ci będzie. Nie jest ci zapewne obca wiedza o istnieniu zbója i earla o mianie Bjurr Gripa? – wróż pociągnął temat.

– To diuk – objaśnił Gryppin. – Jak wiesz, Aud Wanid leży po dwóch stronach zatoki, przedzielone domeną Tawarów. Czasem spieramy się z nimi o te ziemie. Od pewnego czasu nie, bo wzięliśmy ostatnio dobrze po rzyci.

– Wiem o tym.

– Bjurr Gripa żyje po przeciwnej stronie zatoki niż moi. I wielce to sobie cenimy, bo choć to diuk, to zarazem kawał niebywałej mendy...

– Nie lubisz go?

– Łajdak jakich mało. Jeśli ktoś zasługuje na miano zbója, to on z pewnością!

– Powiedz, bo w jednej rzeczy mało się wyznaję, diukowie to tacy książęta, jak ci z Dżagatu?

– Coś w tym rodzaju – przytaknął Gryppin.

– Dżagat nie ma króla, tak jak wy?

– Za wiele ambicji. W Aud Wanid niby tak samo, ale inaczej, bo powodem nędza, w Dżagacie nieprzebrane bogactwo. Poza tym, że oni i my mamy diuków na szczytach, to nic więcej nas nie łączy. Oni to jakaś dziwaczna mieszanka Tawarów, Nabiończyków, Skliwinów, podobno też naszych. No i Sani. Ci pokurcze też się dołożyli do ich powstania. Zaś nasza krew czysta!

– Lecz ich niewiasty piękne?

– To takie rzeczy też cię zajmują? Nie wiedziałem – roześmiał się Gryppin. – Tędy! – wskazał na powalone drzewo. Po drugiej stronie wartkiej w tym miejscu rzeki ciągnął się pas łąk, a za nimi wznosiły się klasztorne mury. Od wschodniej strony czerwone i ceglane. Wilgoć tynk psuła. Na szczycie stołbu widoczna była rozwinięta chorągiew kreczowników.

Od tej chwili musieli bardziej uważać. Strażników na tych wałach trudno było zwieść, choć żaden z nich nie liczył sobie więcej niż piętnaście lat. Sami młodzicy, lecz wdrażający się pilnie do kreczowskiego fachu. Czyli już groźni.

Dwaj starsi adepci przedostali się na drugą stronę i zaczaili się.

– Jak mówiłem, wszystko zaczęło się od tego Bjurra Gripy.

– Ale z ciebie męczydusza! Musisz mi tołkować o tym parszywym łotrzyku?

– Komu mam, jak nie tobie? Jesteś moim przyjacielem!

– Choćby z tego powodu – zamruczał Gryppin. – Szanuj przyjaciół swoich! Nie dręcz ich zatem swymi nudnymi opowiastkami. One nikogo nie obchodzą.

Brennus obraził się. Niestety, nie na zawsze. Znowu zaczął męczyć:

– Tak, dla mej wiedzy... Jego imię dość podobne do twego...

– Gryppin to nie imię, to przydomek rodowy.

– Aha.

– Gripa znaczy coś całkiem innego – warknął Gryppin. – My nie mamy z nim nic wspólnego, to zdradzieckie ścierwo! Nikomu wiary nie dotrzymuje. Zbóje z mego rodu bardziej honorowi.

– On napada na wszystkich, grabi nawet statki z Dżagatu – sapnął Brennus.

– Niebezpieczny proceder. Kiedyś zawiśnie, to pewne!

– I Dżagat tego chce, ale woli załatwiać takie sprawy cudzymi rękoma. A skoro ten Bjurr grabi również Tawarów, to na wyspach wymyślono, że trzeba posłużyć się koczownikami.

– Spryciarze! – mruknął Gryppin. Wypatrywał straży. Miał za sobą jedenaście lat szkolenia. Kiedyś sam warował na murze niczym pies, a później przez rok przewodził młodzikom, jak każdy starszy adept. Wypatrzył tymczasem dwóch.

– Ot, po prostu polityka – wtrącił z zapałem Brennus.

– Nie cierpię polityki! – wycedził Gryppin, którego takie rzeczy nie obchodziły, bo go nie dotyczyły. Więc po co miał nimi głowę suszyć?

– Lecz to wielka polityka!

– Zatem wielce jej nie cierpię!

– Toś głupi! Chcesz czy nie, i tak ciebie dotknie – przestrzegł wróż.

– Ciekawe jak? – parsknął Gryppin.

– Dość to proste. Ci z Dżagatu wymyślili, że nie tylko Tawarów w to wplączą, ale także Trisończyków i Widan.

– A co kupcy mają do tego?

– O! Rzeczypospolita Trisońska zyskuje na każdej wojnie.

– Widańje też?

– Nie – odrzekł Brennus. – Oni akurat z głupoty wikłają się w tę awanturę. Im się zdaje, że jak razem z wielkimi zasiądą do stołu, to równie smacznie zjedzą. Dostaną jak zawsze okruszki. Z nimi nikt się nie liczy. A może tak być, że na nich wszystko się skrupi.

– Za Bjurra? To nie jest aż tak ważna figura.

– Za to, że słabi, a w swym kraju mają dość kłopotów, bo grozi im wojna domowa. I za to, że Tawarom podpadną – wyjaśnił znawca wielkiej polityki.

– Toż Bjurr Tawarów też łupi? – zdziwił się Gryppin.

– To jedno. Mieszanie się w sprawy kaganatu to drugie – odparł Jeż.

– Nic nie pojmuję z twego wywodu.

– Bo nie chcesz! – zarzucił mu wróż.

– Kiedy głowa od tego pęka!

– Jak zrozumiesz, w czym rzecz, od razu poczujesz się lepiej! Wierz mi – zapewnił tłuścioszek.

Gryppin upewnił się, że policzył wszystkich młokosów na blankach.

– Biegniemy! – rozkazał.

Popędzili jak dwa wilki, z rzadka rzucali się na ziemię lub kryli się w łozinie, po czym przystanęli pod murem. Brennus wciąż gadał, choć szeptem.

– Bjurr żonę ma, a ona to siostra Kreiffina Orta. Tylko nie mów, że nie wiesz, kto to!

– Pierwszy raz o nim słyszę! – syknął Gryppin. – Tobie się zdaje, że moi liściki do mnie ślą, by pisać: „Synku mój, bracie najdroższy, powiadomić cię chcę, że w ostatnim czasie u nas jak u pana Boga za piecem”?

– Ale przed rokiem byłeś w domu i mogłeś słyszeć o tym.

– Czyli o czym?

– To wasz zakładnik w obozie kagana.

– Zatem nikt. Zaszczyt bycia naszą rękojmią u Tawarów, na której oni wywrą gniew, jak coś nie pójdzie po ich myśli, to rola, którą każdy ród stara się przeznaczyć drugiemu. Dostaje się ona takim niby wysoko urodzonym, ale nieustosunkowanym. Wierz mi, ani słowem mi o tym nie wspomniano. Matka pytała, a jak ci tam w wielkim świecie, brat na sąsiadów narzekał, a siostry wzdychały, że ich nie kocham, bo żadnych szmatek im nie przywiozłem. Pojąłeś?

– Jasne, nie piekl się. Powiem ci zatem, że to przyjaciel wnuka kagana. A ten wnuk to przez kagana ustanowiony dziedzic. Oficjalny! A wiesz, Kreiffin bardzo siostrę miłuje i nawzajem.

– Miłuje?

– Nie tak! – burknął Brennus. – Aleś ty zepsuty!

– Do szpiku kości! – zapewnił ukochany Leyn.

– To taka prawdziwa miłość bratersko-siostrzana – zapewnił wróż. – Bo wiesz – szepnął po chwili – ten Kreiffin to raczej nie gustuje w dziewkach...

– Ach, zatem to taka przyjaźń! – domyślił się Gryppin.

– Właśnie! – potaknął Jeż i spłonił się po same uszy. – Widzisz, jeśli baskak Tawarów uderzy na Bjurra, wszyscy w namiocie kagana wezmą to za cios w kagańskiego wnuka, czyli w oficjalnego następcę tronu.

– Kim jest baskak?

– Jakby namiestnik. Tak naprawdę nikt ważny. Podatki zbiera, ale jak któryś miejscowy kniaź ma jarłyk od kagana, to musi go zostawić w spokoju. Słowem nikt.

– Kiepska sprawa.

– Żebyś wiedział! – prawie wykrzyknął wróż, po czym zatkał sobie usta i trwożnie zerknął do góry.

Wstyd dać się nakryć jakimś młokosom. Gryppin spojrzał na druha z politowaniem. Z wróżami zawsze tak, gdy zaczną politykować. Szaleją! A wróż, choć w górę zerkał trwożliwe, to bynajmniej gadać nie przestał.

– Zamach na kagańskiego dziedzica odebrany zostanie jako mieszanie się do sukcesji. Baskak na to za mały, więc głowę da, to znaczy zgodnie z tawarskimi zwyczajami zawiną go w dywan i zadepczą końskimi kopytami. Wiesz, tak honorowo pozbywają się co znaczniejszych dostojników.

– Wiem. By krew w glebę nie wsiąkła i nie wołała o pomstę. Oni ziemię czczą. Ciało później spalą.

– Czyli coś tak obiło ci się o uszy?

– Chcąc nie chcąc.

– Zatem wszystko rozumiesz! Gdy sprawa się wykryje, a to pewne, to na kim się skrupi, gdy to z obcej namowy? Na Widanach! – wyrzucił z siebie wróż.

– Czemu nie na Dżagacie? – jego kompan nie pojmował wciąż odkrycia.

– Bo za morzem, a koczownikom statków brak.

– Słusznie. Ale Trison na lądzie – dociekał Gryppin.

– Kupcy wszystkim potrzebni – rzekł na to wróż.

– I dlatego kagan wyrzeknie się zemsty?

– Masz rację, że nie z tego powodu, bo...

– Teraz! – rozkazał krecz.

Wspinali się szybko jak dwa pająki. Stanęli na murze, młodzicy właśnie zamieniali ze sobą kilka słów. Gdzie indziej patrzyli, więc nic nie zobaczyli. Niedołęgi! Dwaj włamywacze cichcem zbiegli schodami na dziedziniec, skąd ruszyli raźno, choć nie biegiem. Znowu nieprzyłapani. Ostatnia taka wpadka zdarzyła się przed laty.

– Trison za górami i siły ma znaczne – wróż ciągnął wyjaśnienia związane z wielką polityką.

– Tawarowie mocniejsi.

– Ale tej granicy nie ugryzą. Kilka razy już próbowali i zęby sobie tylko łamali. Zemsta zatem dosięgnie Widan.

– Widańje graniczy z Rzecząpospolitą – podjął kreczownik.

– I w tym rzecz – zgodził się Brennus. – Po podbiciu tego kraju Tawarowie mogliby uderzyć na Trison.

– A wtedy kupczykom się oberwie.

– Wcześniej krocie zarobią, bo obydwu stronom będą dostarczać broń i spyżę, jak to oni. Zresztą podbicie Widańje wcale nie musi się okazać takie łatwe. Kupcy od dawna przeciw kaganatowi knują, bo woleliby w miejsce jednego olbrzyma dziesięciu karłów. Handel wtedy zyskowniejszy, bo ciągły ruch, a nic tak nie napycha sakiewki.

– Ale rzeź w Widańje pewna – zauważył przyszły potworobójca. – Tawarowie lubią taką wojnę, gdy rozpuszczają zagony po bezbronnym kraju.

– A na co głupki pchają paluchy między drzwi, gdy więksi droczą się ze sobą?

– Toś wszystko mi objaśnił.

– Cieszę się – rzekł na to Brennus. – Czyli jesteś szczęśliwy?

– Tak bardzo, że radę ci dam. Druhu, babę sobie znajdź, a wtedy, jestem pewien, darujesz sobie te wszystkie polityczne głupoty!

Brennus na gębie zrobił się cały czerwony. Nie ze wstydu, z oburzenia.

– Ty nie pojmujesz, że ja takie rzeczy muszę wiedzieć, a żadne baby nie mają nic do tego! Cały mój przyszły los zależy od tego, czy takim sprawom dość czujnie będę się przyglądał! – parsknął gniewnie.

„Stara śpiewka wróżów” – rzekł sobie Gryppin. Rzecz w tym, iż od tych badaczy przyszłości, po tym jak zostawali wyświęceni, co kilka lat żądano wykupu. I oni musieli go uiszczać, by nie stracić cechowego przywileju. Podobny przymus nie dotyczył kreczów i uzdrowicieli. Jak najbardziej słusznie! Tak uznawali wszyscy potworobójcy i lekarze. Bo oni służyli społeczności. Tacy krecze zabijali potwory godzące w ludzi, dzięki czemu gmin był spokojniejszy, zaś uzdrowiciele składali to, co złamane i zszywali to, co pocięte, nie mówiąc już o tym, że brzemiennym nieśli ulgę w połogu, no i znali skuteczne środki na kociokwik. Z jasnowidzów takiej pociechy nie było. Oni sobie po prostu kabzy nabijali. Zatem słusznie, że ich trzosikom ciężaru ujmowano. Wróże jednak wierzyli, że w zamian za cenne nowiny przesyłane do konwentu mistrzom Runy ich opłaty zostaną zmniejszone. Stąd starali się wiedzieć wszystko, a szczególnie polowali na pilnie strzeżone sekrety.

– Spieszmy się, dzwon zaraz. Wolę do celi zajrzeć choć na chwilę – rzekł Gryppin, by dalej nie gadać o byle czym.

Pobiegli.

***

Przeskoczyli przez ostatni już mur. Dalej rozciągały się siedziby braci.

– Rozstajemy się – oznajmił kreczownik.

– Do kiedy?

– Trudno rzec. Ale ty, Jeżu, nie musisz stale się mnie trzymać.

– We dwóch raźniej.

– Mnie niespieszno znowu do Exertun. Leyn była jakaś kwaśna.

– Choć chętna?

– Co przez to rozumiesz?

– No, wiesz – zamamrotał wstydliwy tłuścioch. Trącił druha łokciem. – Chce wszystkiego i niczego nie odmawia, ale jak kapuśniak skliwiński.

– Dokładnie taka. Skąd ty takie rzeczy wiesz? Mnie też szpiegujesz?

– Ech, nie. Po prostu usłyszałem, że dziś wieczorem kanclerz ją nawiedzi.

– A co to ma do rzeczy? – zdumiał się adept kreczostwa.

– Ona cię miłuje.

– Ona? – Gryppin wybuchnął śmiechem. – Oczadziałeś, Jeżu! Przez to całe szpiegowanie rozum ci odjęło! Ona jest kurtyzaną!

– A co to ma do rzeczy?

– To jej fach.

– Gryppinie – westchnął wróż. – Ty nic nie rozumiesz.

– Rozumiem! – krecz go ofuknął. – Między mną a nią od samego początku wszystko było jasne. Dobrze się ze sobą bawimy i nie idzie nam o nic więcej.

– O sobie tylko myślisz. Że ona chce takiego sobka! A przecież pełno takich wokół, którzy dla niej wszystko by zrobili.

– Chyba nie siebie masz na myśli?

– Nie! – gwałtownie zaprzeczył Brennus i spłonił się jak panna z Tulo przed zamęściem. One były tak niewinne, że mężczyzn nie znały. Trzymano je osobno od chłopców, zawsze w odosobnieniu, pod kuratelą tak czujną, że smok nie mniej pilnie strzeże swego złotego legowiska. – Lecz są przecież inni.

– Głupie gadanie! – Gryppin machnął ręką. – Nic w tym nie ma. Bywaj!

I oddalił się spiesznie.

– Mój przyjaciel! – westchnął za nim wróż i z politowaniem pokiwał głową. – A wprost głupek!

***

Gryppin raźno zatrzasnął za sobą furtkę. Świtało. Ładnie na świecie, ale gdzie indziej. Przed nim znany gąszcz zapuszczonego ogródka, o który nie dbał. Bo po co? Lecz gdy się odwracał, czuł, że po pierwsze ciśnie go lęk, a po drugie dławi złe przeczucie.

I słusznie cisnęło i dławiło.

Stał oto naprzeciw mistrza Wyrozumiałego.

– Pozdrowienie, bracie Darinie! – rzekł wysoki, stary przeor. Gryppin był pewien, że to on nim jest.

– Pokłon, mistrzu Wyrozumiały! – czeladnik kreczowski pochylił głowę.

W ten sposób nowicjusze zwracali się do mistrzów i wyświęconych braci: składali pokłon.

Co on tu robi?

I nazwał go Darinem. Prawie nikt tego nie czynił, choć tak brzmiało jego imię. Darin Gran os Geron z dalekiego, nadmorskiego Aud Wanid.

Gryppin stał jak słup, a myśli kłębiły się w nim jak pchły w sierści parszywego kundla. Mistrz Wyrozumiały! Świeżo przyjęci do terminu nowicjusze przez trzy lata znajdowali się pod opieką nowicjuszy braci, a więc tych, którzy dociągnęli w szkoleniach do dziewiątego roku i po drodze się nie wykruszyli. O wykruszenie zaś było niezwykle łatwo. Z nowicjuszy młodzików tylko trzecia część zostawała akolitami. Odsiew był gęsty. Zdarzało się, że ktoś ginął, choć rzadko, większość odstępowała sama i zwalniano ją ze złożonych ślubów. Niektórych odrzucano, zwykle tych okrutnych. Później też nieco rezygnowało. Aż do dziewiątego roku, gdy nowicjuszy zaczynano nazywać braćmi. Braćmi nowicjuszami. Wtedy, po roku przewodzenia młodzikom dostawali sześć miesięcy wolnego, a nawet więcej. Wiosnę i lato wraz z wczesną jesienią. Gdy nie mieli co ze sobą począć, włóczyli się, a wielu tak się w tym rozsmakowywało, że już nie wracało do Tajemnego Zakonu, by przez kolejne dwa lata pobierać nauki pod okiem surowych nauczycieli.

I na tym odsiew właściwie się kończył.

To wszystko było już za Gryppinem, przed nim ostatni, najłatwiejszy rok.

„Co on tu robi?” – spytał siebie niewyświęcony brat. Nie było takiego zwyczaju, by mistrzowie odwiedzali braci nowicjuszy w ich celach. Bowiem w celach zakonnicy mieli przebywać samotnie. A tu sam mistrz Wyrozumiały!

Młodzikowie po pierwszych ślubach, ganiani jak psy przez braci nowicjuszy, spośród mistrzów zakonu najwięcej stykali się z mistrzem Gnębicielem. I to jego mieli za przeora, bo uczył ich sztuki miecza, a ważniejszej nie było. Uczył zaś tak dobrze, że po trzech latach stawali się szermierzami nie lada. I tym piętnastolatkom, którym dalszych szkoleń odmawiano albo sami odchodzili, wiodło się znakomicie jako najprzedniejszym najemnikom.

Mistrz Gnębiciel był surowy, budził respekt, miał rycerski, słuszny wzrost i choć kościsty, to z barami szerokimi jak stół. A jednak cierpliwy bezmiernie, jeśli idzie o układanie do fechtunku. I uczył tylko miecza. Od topora, oszczepu, łuku, jazdy konnej, podchodów, badania tropów dzikiej zwierzyny byli inni. Na czele z mistrzem Podstępnym od starć z potworami, który po sto razy powtarzał adeptom, by do bestii nigdy nie odwracać się plecami. Patrzeć na nią i się cofać, bo jeśli nawet leży, to może udawać martwą. Spośród druhów Gryppina pierwszy Brennus, jeszcze gdy byli młodzikami, stwierdził, że przeorem mistrz Gnębiciel być nie może, ani mistrz Podstępny czy jakikolwiek inny, a jest nim mistrz Wyrozumiały.

Wszystkich nowicjuszów wielce zajmowało to, kto przewodzi zakonowi. Bo warto wiedzieć, przed kim zginać się wpół. I wszyscy za takiego opiekuna chcieli mieć mistrza Gnębiciela. Wcale nie dlatego, że uczył miecza. Po prostu z nim było najłatwiej.

Mała grupka, do której należał Gryppin, a która zawiązała się już w czasie, gdy jej członkowie byli młodzikami, trzymała ze sobą na zabój. Chłopcy pochodzili z jednego roku i polegali na sobie, gdy starsi młodzicy starali się nimi wysługiwać, a bracia nowicjusze traktowali ich jak popychadła. Należeli do niej: Ner, który wiedział, że zostanie kreczem, Piugaj i Twilik, uzdrowiciele, Brennus i Berni, wróże. Po roku do ich gromadki dołączył także Czadłok, znakomicie zapowiadający się krecz, bo niezrównany szermierz, choć w tym względzie długo musiał uznawać pierwszeństwo Gryppina. Bo Gryppinowi łatwo przychodziło wszystko, za co się brał, a długi czas dla szermierczej sztuki miał wiele zapału.

Lecz później, w czasie trzech lat akolitowania, już mało kto uznawał mistrza Gnębiciela za przeora. Większość miała za niego mistrza Pewnego, który zawsze przemawiał podczas obrzędów wyświęcania braci nowicjuszy, inni wskazywali na kilku co bardziej budzących respekt mistrzów. Gryppinowa grupka nieodmiennie uznawała, że to mistrz Wyrozumiały. Brennus, co rozum miał bystry, a lubił wiedzieć wszystko, przekonał ich do tego.

I oto ów mistrz, starzec równie kościsty, co mistrz Gnębiciel, choć nie tak pleczysty, stał w zapuszczonym ogródku brata nowicjusza Darina Gran os Geron, który o rosnące tu zioła, kwiaty i bluszcz nie dbał wcale. Bo od wielu lat nie dbał o nic, co nieprzydatne.

– Z samego rana udałem się na ćwiczenia – nowicjusz pospieszył z wychrypianym tłumaczeniem.

– Podziwu godne... – stwierdził mistrz Wyrozumiały – ale to kłamstwo, bo widziałem, jak wczoraj wieczorem wykradałeś się z konwentu. Dopiero co wróciłeś, a nikt cię nie przyłapał. Zostałeś dobrze wyćwiczony, choć nie wiem, czy w tym, czego pragnęli twoi nauczyciele.

Gryppin poczuł się tak jak ci, nad których karkami zawisła nieuchronna kara, bo zostali przyłapani na opuszczaniu klasztoru. Zasada była taka, że im starszy nowicjusz, tym nauczka bywała dotkliwsza. Zadrżał, co zrozumiałe, i poczuł się jak ci bracia, których nie tak dawno sam przyłapywał, gdy jego grupka, mając pod rozkazami młodzików, stała się postrachem dla wszystkich nowicjuszy. Znienawidzono ich wtedy powszechnie, choć nikt nie mógł im za to nic uczynić. Wszak tylko wypełniali swe zadania. Lecz mieli przy tym uciechę nie lada.

– Kłamiesz bez zmrużenia oczu, Darinie. Szkoda, żeś innych sztuk nie opanował równie biegle.

– Żałuję, mistrzu, że nie umiem cię zadowolić.

– Kłamstwo! Same kłamstwa! Byliśmy ślepi, lecz ty tak dobrze się zapowiadałeś, żeśmy w porę cię nie przejrzeli. Wszystko przychodziło ci tak zachwycająco łatwo. Zostałeś obdarzony wieloma talentami. Żadnego nie rozwinąłeś!

Mistrzowie lubili Gryppina. Kiedyś. Teraz być może jeden mistrz Gnębiciel miał dla niego serce. Lecz mistrz Gnębiciel serce miał dość miękkie.

– Obejrzałem sobie twoją księgę. Każdy eliminator musi taką mieć, co wiesz. Wszak zamierzasz zostać wyświęconym na brata eliminatora?

– Tak, mistrzu.

– Twoja księga znaków, runów i technik rozpoznawania i walki z potworami ledwie zaczęta, i to przed wielu laty.

– Czasu mi brakło...

Mistrz Wyrozumiały uniósł groźnie brwi. Tyle wystarczyło, by brat nowicjusz zrezygnował z dalszych kłamstw.

– Jest taki zwyczaj, zapewne ci znany, że każdy brat nowicjusz, który rozpocznie jedenasty rok szkolenia, zostanie wyświęcony. Wiesz o tym oczywiście?

– Tak, mistrzu – Gryppin oblizał wargi.

– Postanowiliśmy jednak, że owa starożytna zasada w twoim przypadku przestaje obowiązywać. Nie pozwolimy, by ktoś tak niedoszkolony jak ty otrzymał bulle i nosił miano brata. Zatem po tym roku, ty, Darinie, odejdziesz z niczym.

Dwanaście lat! Dwanaście lat straconych na pobieranie nauk! I odejść z niczym!

– Chcesz coś rzec, Darinie?

– Żałuję, że tak nisko mnie cenisz, mistrzu, i chcę cię zapewnić, iż uczynię wszystko, by zmienić ten surowy osąd.

– Spróbuj, nowicjuszu – mistrz Wyrozumiały patrzył srogo. – Lecz tym razem to ja będę oceniał twe postępy. Nikt inny. Jeśli uznam, że nie są zbyt wiele warte, nie zostaniesz wyświęcony. To moje słowo.

– A co mam czynić?

– Czyżbyś nie wiedział?

Gryppin opuścił głowę.

– A teraz – usłyszał – obmyj się, byś godnie mógł wziąć udział w nabożeństwie, bo z pewnością nie masz zamiaru go opuścić? – rzekł mistrz Wyrozumiały, a później wyszedł.

– No to wpadłem – mruknął Gryppin – jak śliwka w... – rozejrzał się. Niby nikogo nie było, a jednak czuł, że spoczywają na nim baczne, bezlitosne oczy. – Wiadomo w co! – dokończył.

***

Dzwon rozbrzmiał tuż po tym, jak odszedł bezwzględny zakonnik. Gryppin zaklął, ale bardzo cicho, bo był pewien, że jest szpiegowany. A nowicjusze nie klną, modlą się, padają na kolana i gną kark, a nie wzywają na pomoc czartów z ognistych czeluści. Zrzucił odzienie, szybko się obmył, dziękując za to, że poprzedniego wieczoru umył włosy, więc z rana jeszcze się nie lepiły, choć wtedy oczywiście było to spowodowane wizytą w Exertun, gdzie używało się życia w towarzystwie miłych dam. Przydał się ten nawyk, mimo że dziś nie trzeba było pędzić na ćwiczenia lub ślęczeć w skryptorium, choć tego ostatniego nie zaznał już od lat.

Włożył czyste giezło, świeży kaftan i nogawice. I wszystko nieczarne. Czasem tak trzeba, gdy przychodzi zrobić wrażenie. Pognał do świątyni. Nie miał daleko, bo cele braci nowicjuszy, ich samotnie, ogrodzone wysokim murem, ciągnęły się za budynkiem skryptorium, a od skryptorium do bożnicy blisko. A jednak dotarł na miejsce jako jeden z ostatnich. Znalazł się między swymi. Brennus oczywiście już był, reszta kiwała głowami na powitanie. Czyści, umyci, strojni, choć ze smakiem, jak godzi się wszak skromnym zakonnikom. Uśmiechali się. Pewni siebie bracia nowicjusze, którym nieodległy był czas wyświęcenia, czyli dnia, gdy staną się wolni od przytłaczającego rygoru zakonnego życia.

Wkrótce rozpoczęły się zwyczajowe modły. Prośby o odwagę, wytrzymałość i najgorętsze – o współczujące serce, a wszystko to wśród hymnów. Gryppin zwykle wyśpiewywał je cicho. Kpił sobie z tych pobożnych błagań i podziękowań, nie wiadomo nawet, do kogo kierowanych, bo w bożnicy Tajemnego Zakonu nigdy nie padały imiona Yawo Miłosiernego i Madusa Wędrowca czy Nirutry, tej zapomnianej, rzadko czczonej bogini, stworzycielki życia. Tu wysławiano cnoty. Gryppin, czując, że spoczywa na nim uwaga, dziś się starał.

Lecz prędko poniechał gorliwości.

Ner zawsze wyróżniał się pięknym głosem, jak to kreczownicy, którzy, stając oko w oko z potworem, musieli umieć potężnie wymawiać inwokacje i zawołania, by brzmiały gromko, dźwięcznie i groźnie. Albo po prostu by wzbudzać strach w gminie. Bo strach to ważny czynnik władzy nad tłuszczą.

Gryppin, jako akolita, był niezrównany. Mistrz Cichy, nauczyciel śpiewu i magicznych formuł miał go za swego najbardziej utalentowanego wychowanka. Z początku. Wtedy Gryppin zapowiadał się doskonale i w pełni korzystał z zasłużonej sławy. Lecz inni przykładali się bardziej. Basujący Ner go przegonił, a później także Czadłok, ciągnący tak dźwięki, jakby to były nitki pod palcami biegłej prządki. A on był młodszy o rok.

Lecz dzisiaj ze zdumieniem i strachem wsłuchiwał się w głos Piugaja, uzdrowiciela, Brennusa, wróża. Oni daleko bardziej umiejętnie wyśpiewywali hymny, i to bez widocznego wysiłku. Słyszał także innych, łącznie z Anatariusem, od kilku lat pupilkiem mistrzów. Wszyscy tu byli lepsi od niego.

Przycichł. Spojrzenia wbijające mu się w plecy paliły jak ogień. Czuł tych wszystkich mistrzów, którzy cieszyli się z poniżenia młodzieńca i karmili się jego lękiem. Bo rzeczywiście się bał. Gryppin po latach klasztornego życia miał pozostać z niczym. Zatem, choć starał się i choć śpiewał cicho, słyszał wyraźnie, jak głos mu się łamie i podle zdradza.

Po obrzędzie ofiarowania dawał popis już tylko chór młodzików, chłopiąt obdarzonych cieniutkimi głosikami.

Gdy nabożeństwo dobiegło końca, Gryppin oddalił się od swych druhów. Oni poszli grać w kości, co było o tyle zajmujące, o ile miało się ochotę brać udział w niekończących się oszustwach, bo wszyscy oszukiwali.

Do uczty pozostały ze dwie godziny. Zlękniony wychowanek surowych nauczycieli włóczył się. Zajrzał do stajni, przeszedł przez owocujący sad i pyszniące się ogrody. Wszędzie kręcili się nowicjusze. Ich grupki, rozgadane i śmiejące się pokrzykiwały do siebie, rade, że oto ten jedyny dzień w tygodniu, kiedy nie trzeba pracować, ćwiczyć oraz modlić się od świtu do zmierzchu. Boży dzień!

Wlókł się po prostu niemiłosiernie!

W czasie uczty siedział z druhami. Wokół radosny szmer, ale Czadłok okazał się głośniejszy, opowiadał o podróży, z której wrócił ledwie wczoraj, z rodzinnego kraiku w rozległym kaganacie Tawarów, gdzie żyli jego bliscy, skliwiński, spokojny lud. Tawarowie podbijali państwa, ich niewolnicy zaś zasiedlali je i wielce to sobie chwalili. Przy tym wcale nie byli tacy pokojowi, za jakich się podawali, udając przed obcymi, których nawiedzali z gęślami w rękach i opowieściami o tym, jak to żyją w swych ostępach, miód z barci pszczółkom podbierają i wyplatają łapcie z łyka.

Gryppin jadł, nie słuchał, nie gadał.

– Cichy mój brat śledzikat – z przekąsem zauważył Ner.

Kreczownicy tak siebie nazywali. Czym się krecz zajmuje? Otóż wynajduje potwora, a następnie go utrupia. Czyli śledzi i katuje, słowem: śledzikat. Nie wszyscy jednak rozumieli owo zabawne miano. Większość się obruszała.

– Leyn musiała być kwaśna – zauważył Twilik.

– Och, Leyn – westchnął Czadłok. – Śniło mi się, że z nią tańczę.

– Śniło ci się? Przecież tańczyłeś nieraz!

Kruczowłosa Leyn nienawidziła pląsów. Mówiła o sobie, że jest niezręczna, a poczucie rytmu ma takie jak kloc. Nawet Gryppinowi nie dawała się namówić. Jednemu Czadłokowi to się udawało. On prowadził ją tak, że dziewczynie zdawało się, iż unosi się w powietrzu. A Czadłok, poza tym, że tańczył jak nikt, to pisał też jak nikt. Słowem krecz pełną gębą!

– Nudzicie! – warknął Gryppin i wstał od stołu.

Gdy zrobił kilka kroków, usłyszał jeszcze:

– Leyn dziś naprawdę musiała mu zaleźć za skórę – mówił Brennus. – Wiecie, dziś gotuje się na wizytę kasztelana...

– To ona wreszcie dodłubała się do jego serca? – zaciekawił się Piugaj. – O Gryppinie myślałem, że to taki filut, który nie ma żadnej słabości.

– Bo nie ma serca? – spytał Twilik.

– Och, Leyn – westchnął Czadłok. – Mówiłem już o tym, że śniłem o tańcu z nią? – Czadłok lubił po kilkakroć powtarzać to samo, bo tak czynią głupcy, a on chciał uchodzić za głupca. Tylko bardzo tępych głupców na to nabierał.

Gryppin zaś łaził z głową pełną złych przeczuć. Im więcej myślał nad słowami mistrza Wyrozumiałego, tym większy ogarniał go lęk. Został tylko rok. Tylko rok! A kim będzie, jeśli nie kreczownikiem? Nikim.

***

Nowicjusze byli wszędzie. Opuścili swe siedziby, ale nie mieszali się ze sobą. Siedzieli w grupkach. Te zawiązane od młodzików trwały do końca. Niektóre liczyły po dwudziestu członków, najczęściej jednak nie przekraczały dwunastu. I trzymały ze sobą na zabój. Ta, do której należał Gryppin, była jedną z mniej licznych. Jego druhowie gadali ze sobą, on włóczył się samotnie. Widział tych, którzy w swoim gronie śpiewają, opowiadają żarty, dzielą się doświadczeniami lub po prostu grają w „Dwa Zamki” albo w „Zobacz, Uzdrów lub Zabij”. Inni siłowali się lub pokazywali sobie nawzajem sztuczki, najmłodsi, co oczywiste, gromadzili się na placu ćwiczeń, gdzie jak zwykle w świąteczny dzień odbywały się zawody. W tym dniu nie ćwiczono na machinach, co zalecali mistrzowie, namawiając do uników, odskoków, dokładnego wbijania noża w serce bestii, gdy miało się na to ledwie chwilę. Nie musiano. Można było się bawić. A najlepsza zabawa to sprawdzenie swoich sił nie w tańcu na chybotliwej kładce z jakimś żelazem, ale w starciu z żywym przeciwnikiem. Zatem młodzi zapaleńcy rwali się do pojedynków. Lecz nie tylko oni brali w nich udział. Żaden młodzik nie umiał aż tyle, by dotrzymać pola akolitom, nie mówiąc już o starszych. Oczywiście najwyższymi umiejętnościami popisywali się bracia nowicjusze.

Gryppin przeszedł obok łuczników. Strzelali do rozkołysanych worków i podrzucanych jabłek, strącali z tyczek kołacze i miodowo-orzechowe kule. Pyszna zabawa!

Nieco dalej za łby chwytali się półnadzy zapaśnicy i wyrzucali siebie nawzajem w powietrze. Więcej oczywiście obserwowało popisy z dzidami i toporami, a jak zwykle najgęstszy tłum zgromadził się przy szermierzach od miecza. A wśród nich Czadłok podgryzający gruszki. On również opuścił kompanów.

– Co tam widzisz? – spytał go Gryppin.

– Sam popatrz.

Kilku akolitów skakało wokół siebie, robiąc wiatraki za pomocą ćwiczebnych mieczy. Owszem, zajmujące widowisko, a wśród gromady linoskoczków, gdyby ich odziać w błazeńskie czapy, wzbudziliby salwy śmiechu.

Gryppin się skrzywił.

– Masz na myśli tych pajaców? Widziałem efektowniejszych wydrwigroszów na byle rogu Exertun.

– A, oni... Żałosna błazenada, masz rację! Na byle jarmarku widzi się śmielsze popisy. Nie, kamracie, na myśli to ja mam Anatariusa.

– Jego?

– Przypatrz się.

O dziwo, pupilek mistrzów pojedynkował się z jednym ze starszych. On, który zwykle takich zabaw unikał. I radził sobie. Zakończył starcie finezyjnym pchnięciem w pierś.

Gryppin prychnął.

– Mam podziwiać go za takie coś?

– Czemu nie? Całkiem zgrabne połączenie zasłon i uników. A przy tym jakoś ujmująco oszczędne.

– My tak nie walczymy!

– Owszem – przytaknął gruby kompan. – Ja wolę taniec wokół miecza, a później jeden cios. Anatarius jednak jest ostrożniejszy, nie lubi się narażać. Ale ten układ, mówię ci, robi wrażenie!

– Nie na mnie! – ponownie prychnął Gryppin.

– Kto następny? – odezwał się mistrz Gnębiciel. Tu było jego miejsce, pośród tych, co machali mieczami. – Hyron! – zawołał. – Pokaż, co potrafisz!

Wyciągnął z tłumu wysokiego, jasnowłosego czeladnika kreczostwa. Brata nowicjusza. Hyron, mężczyzna o pokaźnym wzroście i długich rękach, miał spory zasięg, co powinno zapewnić mu przewagę. I był całkiem niezły. Lecz jego walka z Anatariusem trwała krótko. Kilka złożeń i po sprawie. Hyron rozłożony.

Czadłok patrzył z otwartymi oczyma.

– Widzę, że ci się to podoba – stwierdził Gryppin z przekąsem.

– Bo to ładne, co nasze książątko pokazuje – tak nieżyczliwi nazywali Anatariusa.

– Ale głupie! Jakby niczego się nie nauczył!

– Gryppin! – usłyszał wtedy.

Mistrz Gnębiciel stanął przed nim. Wysoki, potężny starzec, gębę miał rozradowaną, a oczy błyszczące. Uwielbiał potyczki swych uczniów, z radością też patrzył na tego brata nowicjusza, który uchodził za jednego z najbieglejszych do miecza.

„On chyba nie przeciw mnie?” – zastanowił się Gryppin. „Kiedyś mnie lubił, bo miałem smykałkę do szermierki. I to się nie zmieniło... Zatem on po mojej stronie. Nie wolno go zrazić” – pomyślał z nadzieją młodzian i nadął się jak dumny paw, bo w pełni sobie na taki szacunek zasłużył. Chyba tylko tego jednego całkiem nie zaniedbał w ostatnim czasie.

– Mistrzu! – pokłonił się przed starcem.

– Dziś Anatariusowi wszystko przychodzi łatwo. Wystąp przeciw niemu. Niech młodzi adepci zobaczą prawdziwą sztukę.

– Przeceniasz moje skromne umiejętności, mistrzu.

Lecz mistrz Gnębiciel już wkładał w dłonie swego ulubionego wychowanka ćwiczebny oręż i popychał go na plac, gdzie zaraz zrobiło się miejsce i zapadła pełna szacunku cisza.

Czadłok pozostał tam, gdzie stał dotąd. Patrzył pilnie.

Gryppin narzucił pikowany kubrak na kark, wciągnął grube nogawice, po czym obrócił w powietrzu kilka razy drewnianym mieczem. Po raz tysięczny sprawdzał jego wagę. Rozprostował ramiona, zrobił kilka wypadów, zgiął kark, przysiadł.

– Jesteś gotów? – usłyszał.

Oto Anatarius, poważny młodzian, czarnowłosy, jakoś ujmujący, wzrostu równego Gryppinowemu, choć szczuplejszy. Szarooki, z wysokim czołem i orlim nosem. Szlachetne, błękitnokrwiste ścierwo z Cesarstwa!

Gryppin uśmiechnął się w odpowiedzi i zamachał w taki sposób mieczem, jakby miało to uchodzić za jakąś formę salutu. W gruncie rzeczy było wyzwaniem.

Anatarius zaatakował natychmiast.

Gryppin uchylił się raz, później drugi i znowu. Miecz świsnął mu przy uchu, przy barku i przed nosem. Ni razu nietrafiony! Tak walczyli prawdziwi kreczownicy, nie dbając o to, że gdyby spóźnili się z unikiem choć o chwilę, to głowa rozłupana.

Odstąpił, zaś wśród zgromadzenia rozszedł się w pełni zasłużony, pełen szacunku jęk. Czadłok stał tam, gdzie stał i oczy mrużył. Na tym druhu uniki Gryppina nie zrobiły żadnego wrażenia.

Kolejne ciosy Anatariusa trafiły w próżnię.

Gryppin uśmiechał się coraz bardziej kpiąco, zaś wśród widowni rozległ się chichot. Anatarius pobladł. Nie ceniono tu tego pupilka mistrzów.

Natarł kolejny raz i Gryppin musiał się zastawić. Przed następnym ciosem się cofnął, sam poszedł do przodu. Jego kontra została odbita. Szybki unik, Anatarius odstąpił też, ale końcem miecza zdołał dosięgnąć uda przeciwnika. Trafienie nie zabolało, osłony spełniły swoje zadanie.

– Cios! – oznajmił mistrz Gnębiciel. – Wilczy obciążnik! – osądził.

Nie było źle. Wilczy obciążnik to średnia waga, niższe od niego to szakali i lisi, cięższe to niedźwiedzi i lwi. Łaskawy mistrz! Gryppin mógł się ruszać.

– I sześćdziesiąt odliczania.

Tyle czasu dawał trafionemu na jego atak, później obciążenie zostanie podniesione, by zaznaczyć w ten sposób upływ krwi i osłabienie, jakie miałoby miejsce w prawdziwym starciu.

Gryppin, wściekły na siebie samego, czekał, aż wokół uda okręcony zostanie obciążnik. Gdy to się stało, poruszył nogą. Był silny, waga nie zrobiła na nim wrażenia, gorsze ograniczenie swobody. Ledwie mistrz Gnębiciel wydał komendę do starcia, a Gryppin runął do wściekłego ataku.

Lecz Anatarius radził sobie świetnie. Unikał zwarcia i długich wymian i stale kierował się w stronę obciążonej nogi przeciwnika. Wśród widzów narastał szmer, bo doliczono do trzydziestu, a Gryppin ni razu nawet nie dostał szansy na uzyskanie trafienia. Po zakończeniu odliczania, jeśli to się nie uda, dostanie kolejny obciążnik i odliczanie do czterdziestu. A to nie rokowało pomyślnie. Zatem się spieszył, ale im bardziej gonił, tym mniej mu się udawało.

Pośpiech każdego czyni nieudolnym.

No i wtedy wszczęło się zamieszanie.

Krzyk, wezwanie pomocy, mistrz Gnębiciel zerknął za siebie i podniósł rękę.

Jakiś młodzik ugodził dzidą innego młodzika. Już tam zmierzał mistrz Krwawy, najbieglejszy uzdrowiciel, lecz mistrz Gnębiciel też uchodził za wprawnego medyka.

– Ten pojedynek dokończycie kiedy indziej – oznajmił, przerywając walkę dwóch braci nowicjuszy.

Udał się na miejsce wypadku.

Gryppin wykonał swym ćwiczebnym mieczem jakiś zawiły powietrzny zawijas, niby kolejny salut, lekceważąco odpiął obciążnik i z miną, że jeszcze chwila, a wdeptałby przeciwnika w ziemię, że nawet zjeżona grzywka by nie wystawała, poszedł do Czadłoka.

– Miałeś szczęście – oświadczył ów.

– Niby ja? – wykrzyknął Gryppin.

– Spójrz prawdzie w oczy, gdyby nie to, że jakiś niezdarny szczyl nadział na dzidę innego nieuważnego szczyla, Anatarius w pełni obnażyłby nędzę twych ostatnich dokonań. Nie rozwinąłeś się, a on, owszem.

– Ty go cenisz? To książątko?!

– A jakie to ma znaczenie? Książątko czy nie, ma pryszcze na zadku czy robaki w trzewiach, to dzierżył w łapie kawałek miecza, z którym wiedział, co zrobić. Rok temu nie dałby ci rady, a dziś, owszem. Każdy musi iść naprzód, by się nie cofać. Ale ty tego nie rozumiesz.

– Bajdurzysz!

– Ejże! – sapnął Czadłok. – Mam oczy! Ładny to był układ, jaki wykoncypował przeciw twoim przewidywalnym unikom. Zmusił cię do uderzenia, jeszcze próbowałeś się ratować, cofając się, ale na to było za późno. Słowem, dałeś mu poprowadzić się jak po sznurku. Oczywiście miałeś swoją okazję. Gdybyś przewidział wcześniej, że chce cię ciąć po udzie, mógłbyś odpowiedzieć ciosem w bark. Nawet w ostatniej chwili. Tyle że tego nie przewidziałeś. Kiedyś zobaczyłbyś to, dziś już nie. Cofasz się po prostu.

Gryppin sapnął. Wziął się pod boki.

– Ty tak naprawdę? Przecież jeszcze chwila, a bym go miał.

– Spieszyłeś się za bardzo – zamruczał Czadłok. – Pośpiech to zawsze zły doradca. Zamiast rzucać się jak kurczak bez głowy, by natychmiast odzyskać przewagę i moc, o wiele lepiej poczekać na dogodną okazję. Ty tego nie uczyniłeś, ty mieczem machałeś jak wiatrak, a Anatarius to wykorzystywał. Najłatwiejszy to sposób radzenia sobie z przeciwnikiem – zdać się na przymus jego pośpiechu. Może kiedyś to zrozumiesz, bo teraz nie pojmujesz tego wcale.

Gryppin znowu sapnął.

– Czyli ty dałbyś mu radę?

– Bez wątpienia!

– Toż ja ciebie regularnie rozkładam!

– Ty mnie? Kiedy?!

– Choćby przed twoim wyjazdem do rodzinnej sadyby! – wykrzyknął Gryppin. – A w ubiegłym roku trafiałem cię o wiele częściej niż ty mnie.

Czadłok się roześmiał.

– Co cię tak bawi? – warknął jego druh.

– Przecież to były ćwiczenia.

– Jakie ćwiczenia?! – wrzasnął Gryppin. – Wytrącałem ci miecz, raziłem w pierś lub brzuch. Zwyciężałem.

Czadłok kręcił głową.

– Ostatni raz walczyłem z tobą o prymat przed dwoma laty, kiedy to odniosłem siódme z rzędu zwycięstwo. Wtedy uznałem, że poważne zmagania są bezcelowe, choć oczywiście starcie z tobą wciąż wiele może mi dać.

– Nie rozumiem twego mamrotania.

– Czy ty w ogóle siebie znasz, Gryppinie?

– Zdaje mi się, że to jakiś wstęp do obrażania mnie...

– Jak nie chcesz, to nie słuchaj.

– Gadaj! Jestem ponad to!

– Od dwóch lat – zaczął Czadłok – walki z tobą traktuję jako nieodłączną część ćwiczeń, bo twoją największą zaletą zawsze było to, że uczysz się szybciej niż ktokolwiek inny, a to dlatego, że przeczucia twe są tak silne, iż mistrzowie przez długi czas uważali, że zostaniesz czarodziejem. Nie kreczem, uzdrowicielem lub wróżem. Lecz czarodziejem.

– Czarodziejów nie ma! – wypalił Gryppin.

– W tym rzecz, że oni cię przejrzeli i pojęli, że drugą twą najistotniejszą cechą jest mieć wszystko w rzyci. Może już pierwszą. Kiedyś jednak każdego zadziwiałeś, bo nowe umiejętności chwytałeś w lot. To dar, lecz jak każdy dar, on także musi być rozwijany. A ty stoisz w miejscu. Wciąż jednak, gdy mam jakąś wątpliwość, idę do ciebie, wierząc, że ją rozwiejesz. Niekiedy to czynisz, szczególnie wtedy, gdy sprawa dotyczy miecza. Wciąż cię to bawi. Zatem gdy jakiś unik, zastawa czy układ nie dają mi spokoju i po nocach przez to nie mogę spać, wypróbowuję to na tobie. Jeśli głupie me przypuszczenia, natychmiast je obnażasz. A ty te ćwiczenia brałeś za prawdziwe próby sił – pokręcił głową. – Nie do uwierzenia!

– A jednak obrażasz mnie!

Czadłok wzruszył ramionami.

– Wiele ci zawdzięczam. Długo byłeś moim mistrzem. Od ciebie i Piugaja, jeśli idzie o szermierkę, nauczyłem się najwięcej. Ale on prędko zamarzył, że zostanie uzdrowicielem, wtedy moja nauka z nim dobiegła końca. A szkoda, bo drugiego takiego z ręką do miecza spotkałem dopiero niedawno.

– Kogo niby?

– Jest taki młody, zdolny. Na razie świetnie gra na dudach, a i na gęślach nieźle mu idzie.

– Po co to mi mówisz? Czy ja muzyk? – zakpił Gryppin. Był zły, chciał ranić.

– Harmonii się uczy. Warto byś wiedział, że jest taki zajmujący młokos.

– Dzieciak?

Czadłok sapnął.

– Mówię ci, jest czemu się dziwować. Żaden z nas nie był taki jak on.

– Dzieciak! – prychnął Gryppin.

– A ty się powtarzasz!

– Nie obraź się, ale to jakieś bzdury!

– Chcesz, wierz, nie chcesz, nie wierz. Twoja sprawa. Ja tylko mówię, że z niego coś może być i pewnie będzie, bo w takich sprawach się nie mylę. W końcu jestem najlepszy. Dotąd nie spotkałem nikogo sobie równego – stwierdził Czadłok.

– Grzeszysz pychą! – warknął jego starszy kamrat.

– Chcesz się sprawdzić?

– A myślałem, że dziś tylko się przyglądasz?

– Dla druha zrobię wyjątek – rzekł Skliwin, mrużąc oczy.

– Przecież zamierzasz dać mi nauczkę. Kolejne upokorzenie to taki wyjątek dla druha?

– Nie miej żalu, ze mnie po prostu głupia baryła!

Czadłok był dość okrągły, niewysoki, nogi i ręce miał nieco przykrótkie, a jednak mimo tego poruszał się ze zdumiewającym wdziękiem. Przy tym krzepki był niezmiernie. I nie wstydził się swej pękatej postury. Nie ukrywał jej za przemyślnymi przydomkami. Przeciwnie, dzięki odpowiedniemu ich doborowi usiłował je podkreślać. Nabijał się z siebie, lecz nikt nie żartował sobie z Czadłoka. Nigdy! Dlatego dla wszystkich pozostał po prostu Czadłokiem.

– Nie masz żalu?

Gryppin wzruszył ramionami na znak, że nie ma.

Ale miał.

***

Mistrzowie zajęli się młodym nieudacznikiem, który wszystkim przysporzył biedy. Poza Gryppinem. Jemu znowu szczęście dopisało, przez to, że drugiemu noga się powinęła. Mistrzowie oczyścili ranę, rannego ułożyli na noszach. Kazali nieść do lazaretu. Spieszyli się, bo w takich przypadkach czas zawsze nagli. To samo uczynili z jego towarzyszem, który zemdlał, po tym jak ranił kompana. Tak zwykle bywało z kreczami. Oto cena za to, kim są. Oczywiście, zdążono ze wszystkim, lecz huczne uroczystości dobiegły końca. Nowicjusze rozchodzili się, by we własnych kompaniach spędzić resztę dnia.

Gryppin znowu pozostał sam. Nikt tu nie był taki jak on i z nikim nie mógł podzielić się swymi zmartwieniami, a one okazały się niebłahe. To nie byle co po jedenastu latach spędzonych pośród trudów i wyrzeczeń usłyszeć, że to wszystko na darmo i zostanie się pognanym precz niby parszywy pies. Trochę za późno wszystko zaczynać od nowa, tym bardziej że tak mało zostało do końca.

– Jeden rok – sapnął – a całe życie ułożone – łatwe, lekkie życie kreczownika, potworobójcy, przed którym gmin gnie się wpół. – Trzeba przysiąść fałdów – zamruczał zatem.

Powlókł się do skryptorium. Budynek był długi, masywny, kilkupiętrowy, ale z niewielkimi okienkami, jak wszystkie w klasztorze, który był przecież twierdzą. W środku, w większej sali przepisywaczy siedziało kilkunastu nowicjuszy. Zwykle bywało ich tu więcej, ale takiego dnia przychodzili tylko ci, którzy mieli na to ochotę i żyć bez nauki nie mogli. W święto nie zmuszano do cierpliwego skrobania po pergaminie.

Gryppin z trwogą rozejrzał się wokoło i zatrzymał na chwilę wzrok na tych karkach pochylonych nisko nad gładkimi dechami, wygładzonymi przez pokolenia cierpliwych skrybów. Biedacy, tacy uporczywi i beznadziejni!

Mróz go przeniknął aż do szpiku kości.

– Musi być jakiś sposób! – warknął zły na cały świat.

Jakiś był.

***

Gryppin wrócił do swej celi, a później niecierpliwie oczekiwał wieczoru. Pośród rzędów budynków zajmowanych przez braci nowicjuszy panował spokój, a cisza taka, że skrzypienie furtki lub odgłos kroków na piasku dziedzińców brzmiały jak wołanie po lesie. Młody krecz mimowiednie wsłuchiwał się w te wszystkie odgłosy i patrzył na przynależny sobie ogród – zapuszczony jak dziki ostęp w borze. Trzeba będzie coś z tym zrobić. Ale to nic strasznego. Kilka godzin tygodniowo, oby regularnych, i ogród zamieni się w taki jak trzeba. Żaden wysiłek, wszak rośliny same rosną, gdy stworzyć im warunki. Ziemia jak złoto. Byle ją przekopać.

Doczekał się zmierzchu. Wydźwignął się na mur i ogarnął wzrokiem trzy rzędy cel. Ledwie ćwierć zajęta. Niewielu adeptów dochodziło do roku, gdy stawali się braćmi nowicjuszami. Tylko o połowie z nich wiedział, które siedziby zajmuje. Trzeba będzie zajrzeć do wszystkich, by odnaleźć tę jedną pożądaną.

Ruszył.

Wszystkie zamieszkałe cele rozpoznawało się łatwo. Wróże, uzdrowiciele i kreczownicy dbali o grządki i rabaty. Potrzebowali ziół do swych prac. Niektórzy ze żwiru, piasku i ziemi sypali misterne spirale i labirynty, kilku wykopało niewielkie stawy, w których pływały barwne rybki.

Jeden Gryppin żył jak świnia w chlewie, bo pracy unikał.

Wkrótce w swych poszukiwaniach natknął się na prawdziwą ozdobę wśród ogrodów oraz na rośliny, jakich z pewnością by się nie spodziewał. Ta cela musiała należeć do uzdrowiciela, łatwo dawało się to poznać po wyborze suszących się ziół i korzeni, a nade wszystko po grządkach, gdzie rosły najcenniejsze z nich.

Zobaczył też gospodarza.

I sam został odkryty.

– Pozdrowienie, Gryppinie. Ty do mnie?

Krecz stał na murze i z niewiarą patrzył na nieziemski ogród. Mało światła, a jednak w dole coś się mieniło i uwodziło. Powonienie zapachem kwiatów, wzrok układem rabatów. Mistrzostwo!

– Czadłoka szukam – odparł. – Ale cieszę się, że tu zabłądziłem. Trudno uwierzyć w takie dziwy.

– Takie zdziwienie to zaszczyt. Szczególnie twoje – Herrin położył rękę na piersi.

Był dość wysokim młodzieńcem o jasnej skórze i piegowanym licu, solidnym nosie, nie za wysokim czole kryjącym się pod kasztanowymi włosami, jak to nierzadko bywało pośród Nabiończyków. Należał do tego samego roku, co Gryppin, choć obrał sobie inne powołanie. Od razu widać, że uzdrowiciela.

– Jeśli chcesz obejrzeć z bliska...

– Dziś czasu mi brak. Ale w przyszłości rad skorzystam z zaproszenia.

– Kiedy zechcesz.

Herrin oczywiście nie uwierzył. Ot, zdawkowa, nic nieznacząca grzeczność.

– Jutro albo pojutrze – powiedział Gryppin. – Potrzebuję rady co do mego zakątka. Trochę go zapuściłem, a ty jesteś mistrzem, jak widzę.

– Możesz na mnie liczyć.

– A teraz muszę poszukać Czadłoka.

– Lewy rząd, Gryppinie, czwarta cela na północ.

– Dzięki – mruknął krecz i ponownie zapatrzył się na ogród Herrina. Pokręcił głową. – Jest co podziwiać! – oświadczył, a później pobiegł, przemykając po niskim murze równie pewnie jak łasica.

Lecz choć był nad podziw ostrożny, to Czadłok go usłyszał. Zatem gdy Gryppin zeskoczył przed jego celą, on już stał w drzwiach oparty o półtoraka. Niby kierował go ostrzem w dół, lecz Gryppin doskonale wiedział, że chwili tylko trzeba, by to zmienić. Rzadko się zdarzało, by którykolwiek kreczownik kogokolwiek witał tak nieprzyjaźnie. Nawet nocnego gościa. Czadłok jednakże był nad wyraz ostrożny.

– To ty... – mruknął.

– Pomyślałem, że cię odwiedzę. Rozprawialiśmy o ciekawych sprawach.

– To wejdź.

Na stole stał kaganek, mniej więcej na środku, zaś na skraju leżała otwarta księga, bogato zdobiona i gęsto zapisana, choć tylko z jednej strony, na wierzchniej stronie karty.

– Twoja?

– A niby czyja? – parsknął tłuścioch.

– Mogę zobaczyć?

– Patrz!

Było na co. Zapisana więcej niż w trzech czwartych, gruba na ćwierć łokcia, oprawiona w grubą skórę, na rogach obita srebrną blachą. Piękne pismo, co oczywiste u krecza, i mnóstwo wykresów, tabel i rysunków. Od razu widać lata pracy. Pod nią leżały luźne karty.

– A to co? – zaciekawił się Gryppin.

– A takie tam – Czadłok machnął ręką.

– Nie bądź taki tajemniczy.

– Ciebie to nie zajmie. To o wilkołakach.

– Wilkołakach, powiadasz?

– Tak, tych, w które nie wierzysz – Czadłok wzruszył ramionami. Gryppin swym kamratom dawno wyjaśnił, że na wszelkie cudaczne brednie nie ma czasu, zatem lepiej, by mu nimi głowy nie suszyli. – Taki dawny spór, choć głośny w swoim czasie. Ale tobie podobne bzdury niepotrzebne.

– Kto wie... Skoro ty wierzysz, to może i ja... Bo ty wierzysz?

– Ty zaś nie wierzysz w nic. A jeśli są jakieś magiczne stwory i magia, co wtedy?

– To chyba wszystko zmieni – kpiąco odparł Gryppin. – Tak, wszystko! – powtórzył i roześmiał się lekko.

– One są bardzo rzeczywiste. Tylko ty nie wierzysz w ich istnienie.

– A kto je widział?

– A kto widział poczciwość, godność i braterstwo?

– To cnoty, nie rzeczy. Je się praktykuje.

Czadłok wzruszył ramionami.

– Nie przegadam ciebie – stwierdził.

– Też w to wszystko nie wierzysz, a teraz idzie ci tylko o to, by twoje było na wierzchu.

– Aleś mi dołożył – parsknął Czadłok. – A tak naprawdę to czego chcesz? – sapnął.

– Ten dawny spór to jakiś sekret, że tak mnie zbywasz? Coś skąpo o nim gadasz, a wiesz, że ja wolę bogato – Gryppin miał ochotę trochę poprzekomarzać się z druhem.

Czadłok udał głupca, znowu machnął ręką.

– Żadne tajemnice. Pamiętasz dzieła Tritiona Naguwarusa zwanego Trucicielem?

– Co nieco.

– Dawnośmy tego się uczyli. Jeszcze za akolitowania. Trition taki sposób obmyślił i opisał, który nazwano czkawką wilkołaka. To, co mnie zajmuje, to spór o jego skuteczność. Zastanawiam się, czy nie umieścić o tym jakiejś wzmianki u siebie.

– A czego to dotyczyło? – podjął gość.

– Zbierania wilczych jagód w różnych porach do sporządzenia trucizny. Trition miał wroga, Ahabertusa, którego szlag trafił, po tym jak pognębiony został przez przeciwnika. Zemsty na Tritionie dokonał uczeń Ahabertusa, Wiklorm Yrnt. Powinno ci się coś obić o uszy.

Coś się obiło, ale dawno.

– Zemsta została dokonana za sprawą czkawki wilkołaka – ciągnął gospodarz. – Wiklorm udowodnił większą skuteczność swojej metody, wtedy Tritiona szlag trafił. Oni w tamtych dawnych czasach w zacietrzewieniu nie znali żadnego umiaru.

– Jakby to były sprawy życia i śmierci – zauważył Gryppin.

Czadłok zamyślił się.

– Tak – potaknął wreszcie. – Dla nich to nie były rzeczy bez znaczenia.

– Tam, na placu, mówiłeś prawdę? Rozkładasz mnie, kiedy chcesz?

– Nie daje ci to spokoju? – westchnął druh.

– Zajmuje mnie to.

– Ubodło cię – sapnął grubasek.

– Trochę.

– Nie miej żalu, ale od dwóch lat nasze starcia nie mają dla mnie innego znaczenia jak nauka – westchnął gospodarz. – Kiedyś byłeś lepszy ode mnie, to przyznam. Jako akolita wspiąłeś się na szczyt i siedziałeś na nim przez cztery lata. Niezłe osiągnięcie. Ja najlepszym zostałem jako starszy. Ale te twoje cztery lata wyrównam.

– Takiś pewien? – Gryppin zmrużył oczy.

– Ty mi rady nie dasz, Anatarius także, a przez dwa lata żaden ze znanych mi nowicjuszy aż tak bardzo się nie podciągnie.

– Chyba mnie lekceważysz.

– Nie, bo znam cię dobrze – odrzekł Skliwin. – Wyczuwasz przeciwnika, co zawsze daje ci przewagę, no i silny jesteś jak tur. Lecz to za mało. My urośliśmy, w dużej mierze dzięki tobie, ty zostałeś, jaki byłeś.

– Jacy my? – zaciekawił się Gryppin.

– Wszyscy. Choć najwięcej skorzystałem oczywiście ja. Ale taki Anatarius również poczynił postępy. Przyznam, że zdumiewające! Ale do mnie mu daleko. Moje umiejętności niezrównane, a wytrzymałość wilka.

– Odporność borsuka? – podpowiedział gość.

– A jakże! – podchwycił gospodarz.

– Ale jakbym się postarał, to jednak poradziłbym sobie z paniczykiem, przyznaj.

– Paniczyk może mieć zatwardzenie jak każdy nadęty bubek, ale jest niezły. Nie przesadza z ozdobnikami, a te jego układy skuteczne. Obił cię, Gryppinie, wyduś to z siebie wreszcie.

– Miał szczęście po prostu – wydusił pytany.

– A jakże! – parsknął gospodarz.

– Dawno wróciłeś z placu?

– Młodzikom się przyglądałem. Niektórzy z nich ćwiczyli do późna.

– I jak ten narybek?

Czadłok wzruszył ramionami i skrzywił gębę.

– Nie szkoda ci czasu? – dociekał gość.

– Od wielu lat nie pojawił się żaden wybitny szermierz, tom ciekaw. Ja byłem ostatni. Z nadzieją patrzę na młodych – odrzekł baryłkowaty kreczowski brat nowicjusz.

– Szczególnie na tego, co ci się w oczy rzucił, a na gęślach rzępoli. On tam był?

– A jakże!

– Młodzik! – prychnął Gryppin. – Nawet trzecia część z nich nie zostaje akolitami.

– Temu się uda! – rzekł z przekonaniem Skliwin.

– Po czym tak mniemasz?

– Wiesz dobrze, w jaki sposób mistrzowie uczą młodych posługiwania się bronią. To żadna walka, tylko odkrywanie, który ma w sobie to coś kreczowskiego.

– I on ma?

Czadłok westchnął.

– Z tych, którzy tu przybywają, każdy ma. To już wybór. Ci dwunastolatkowie zawsze się wyróżniają spośród grona rówieśników. Każdy już coś umie i ma dar do miecza. W ciągu trzech lat młodzikowania, wbrew pozorom, nie uczy się ich za wiele, nabierają wszakże wytrzymałości i szybkości. Ci, którzy zostaną w taki czy inny sposób odrzuceni, gdzie indziej będą uchodzić za groźnych wojów. Bo niby wiele się nauczyli. Z czego powaga zakonu urośnie większa. Prawda jednak jest taka, że nauczyć się to wiele się przez trzy lata nie nauczyli, po prostu zawsze byli lepsi od innych. No, może zyskali szybkość i wytrzymałość. A bieganie w walce zawsze popłaca. Później ozdobi ich sława oraz upomni się popłatny fach najemniczy. A jednak w porównaniu z nami, którzy zostaliśmy, to dzieci.

– Ten młodzik to coś ma?

– W nadmiarze. Jest drapieżny jak krzyk orła. Bo widzisz, styl Anatariusa wypracowany, twój swobodny, mój harmonijny.

– A jego jak krzyk orła?

– Niezłe porównanie, co? – grubasek zmrużył oczy.

– Lepiej się z nim częściej nie wyrywaj. To śmieszne – odrzekł gość. – Zatem znalazłeś jakiegoś gołowąsa i zobaczyłeś w nim przyszłego mistrza?

– Żałuj, żeś sam go nie widział!

– Może kiedyś sobie popatrzę – lekko odparł Gryppin.

– W tym Wendrigu coś jest.

– To Wendrigiem zwie się owo cudo?

– Kpisz sobie. Niesłusznie – gospodarz wydął usta. – On jest drapieżny, brak mu harmonii. Rzuca się i dziobie jak ptak. Pewnie stąd każe mu się więcej grać niż innym. Już się cieszę na spotkanie z nim, chociaż do pierwszego dojdzie dopiero za rok. Z byle młodzikiem mierzyć się nie będę. Za rok zostanie akolitą. Wtedy łatwo sobie z nim poradzę.

– Zatem cieszysz się na ten raz drugi?

Czadłok prychnął wzgardliwie.

– Mistrzowie mieli cię za czarodzieja. Bogowie, jak bardzo się pomylili!

– O, teraz to naprawdę mnie obrażasz! – roześmiał się Gryppin, chociaż wcale nie było mu do śmiechu. Oczy miał zimne, brwi nieruchome, a czoło gładkie jak zamarznięte morze.

– To oni myśleli, że z ciebie byłby mag. Ja raczej mianowałbym cię wróżem – na poły wzgardliwie odrzekł Czadłok. – Nie nadajesz się do tego, by być jedynym w swoim rodzaju. A czarodziejem byłbyś jedynym. Zaś ty w gruncie rzeczy chcesz tylko tego, by się nie wyróżniać i się nie narobić. Zatem wolisz zostać takim jak cała reszta. Ale to zawodne. Bo widzisz, to błąd. Taki Anatarius na tym skorzystał i cię obił.

– Słowem jestem kiepskim szermierzem?

– Ależ wyśmienitym! – roześmiał się Czadłok, usiłując udobruchać gościa. Bo to wszak kamrat. – Nawet wśród kreczów. A jednak gmach twej sławy zachwiany, i to za sprawą paniczyka. Złość mnie na ciebie za to brała.

– To pójdź i go obij!

– Za mało to dla mnie ciekawe. Skórka niewarta wyprawki. I tak wszyscy wiedzą, że jestem najlepszy. Bo niby z jakiego powodu tak mnie się boją? Przecież jestem grubaskiem, na dodatek śmiesznym. No i kreczem, więc nikogo nie zabiję. My, potworobójcy, zabijamy tylko zębate pokraki.

To, że powszechnie trzeba bać się Czadłoka, było jasne nawet dla pierwszego lepszego nowicjusza.

– A twój sposób walki jaki? – dociekał gość.

– Wszak mówiłem, że harmonijny.

– Wszak każdy z nas jako tako harmonijny.

– Niech ci będzie! – sapnął gospodarz. – Mój to dopasowanie do przeciwnika. Jak on bierze zamach, to ja robię unik. Jak on szykuje się do pchnięcia, to w bok się przesuwam. Lecz najczęściej po prostu wyprzedzam cios i jest po wszystkim. Wiesz, nie przepadam za tym całym fechtowaniem. To bzdura i dobre dla dzieci!

– Dawno nie próbowaliśmy się ze sobą – rzekł Gryppin. – Co ty na to, by dziś skrzyżować miecze?

– Nie chce mi się – burknął Czadłok.

– Złościsz się?

– Ja ci tu o wielkich sprawach, o istocie zwyciężania, o sobie samym, bo zdradzam tajemnicę własnego kunsztu, a ty do mnie: miecze skrzyżujmy!

– Czyli się obraziłeś – stwierdził Gryppin. – Przyjmij moje przeprosiny, a na znak, że szczere, to powiem ci, że na to drugie starcie z owym młokosem, Wendrigiem, także się nie cieszysz. Słyszysz? Zapamiętałem sobie imię tego nadzwyczajnego pętaka. Powiem ci, dlaczego owa druga walka też nie sprawi ci radości. Ano dlatego, że również zwyciężysz. Sztuką. On, biedak, w miesiąc będzie usiłował opanować to, na co ty poświęciłeś lata. Każdemu się wydaje, że jest taki nadzwyczajny i zdolny i że uda mu się to, co dla innych niemożliwe. Głupie rojenia! On będzie ćwiczył przez miesiąc w dzień i w nocy, po czym cię wyzwie. To będzie żenujący pojedynek. I dobrze o tym wiesz. Zatem cieszysz się na myśl o trzecim spotkaniu. Myślisz sobie, że młokos podszkoli się jeszcze bardziej i czymś cię zaskoczy. I wiesz, druhu, gorzko się zawiedziesz, a to dlatego, że jesteś niepoprawnym marzycielem. Tobie uwidziały się jakieś epickie starcia, godne eposów takich jak Zemsta Hobartha Logardansa. Ten młodzik okaże się jednak taki, jak inni, a epickie walki to tylko między rycerzami. Ciebie taki bój nie czeka. Ty w szrankach nie padniesz, bo nie znajdziesz lepszego od siebie. Ciebie czeka po prostu zdradziecki cios w plecy.

Czadłok słuchał z uwagą i tak myślał, że Gryppin to jednak czarodziej, bo marzenia przenika na wskroś, jakby je wprost odczytywał z serca. No bo, rzecz jasna, Czadłok marzył. O takich właśnie walkach, godnych pradawnych bohaterów. Bojach tak sławnych, że pamięć o nich nigdy nie zaginie, bo takie piękne.

Nieprędko się ocknął, ale w końcu to nastąpiło.

– A tak naprawdę to po co przylazłeś?

– Ot, cała wdzięczność! – Gryppin parsknął śmiechem. – Odkrywam przed tobą sekrety ludzkiej natury, a ty do mnie jak prostak: po co przylazłeś!

– Czyli jakie licho cię przyniosło? – napierał Czadłok.

– Potrzeba. W wielkiej jestem.

– A to ciekawe... Można wiedzieć, w jakiej? I co ja mam do tego?

– Jak to?! – wykrzyknął Gryppin. – Druhem mi jesteś! Do kogo miałbym iść, jak nie do kamrata, który z potrzeby serca nieba mi przychyli?

– Pod włos mnie bierzesz? Już czuję, że chcesz mnie przywieźć na hak. Mów, druhu, w czym rzecz!

– Podpadłem mistrzom, brachu. I przyznam, że cienko przędę. Ale na każdą biedę znajdzie się jakiś ratunek.

– Niech zgadnę, niby ja?

– Zgadłeś! – zawołał Gryppin. – Jesteś jasnowidzem!

– Czemu mi się zdaje, że ten hak, co mnie czeka, coraz ostrzejszy?

– Głupie przeczucia i jeszcze durniejsze porównania.

– Ty mi lepiej powiedz, w czym rzecz! – nastawał gospodarz.

– Ano w sprawie takiej, jakiej jeszcze nie było. Im się zdaje, że mnie chwycili za jaja, a my tymczasem...

– A któremu to podpadłeś najmocniej?

– Był u mnie mistrz Wyrozumiały.

Czadłok sapnął.

– Nie będzie łatwo – odparł ostrożnie. – Cokolwiek sobie zamierzyłeś, z nim nie ma żadnych prostych rozwiązań.

– Strach cię obleciał?

– Na razie to jeszcze nie wiem przed czym. I wolałbym to rozważyć, nim się zadeklaruję, bo to jednak mistrz Wyrozumiały! Zatem chciałbym wiedzieć, na czym polega twój cudowny plan. Poza machaniem mieczem nie opanowałem zbyt wielu sztuk.

– Ale masz księgę – zauważył Gryppin.

– Księgę? – Czadłokowi szerzej otworzyły się oczy, lecz zmrużył je prędko. – W czym rzecz, mów! – zażądał.

– On chce, bym napisał własną.

– Ba, każdy krecz musi!

– Wypożycz mi swoją.

Czadłok milczał, podniecony Gryppin, nie zważając na to, zaczął roztaczać swe wizje.

– Masz prawie gotową – tłumaczył gorączkowo. – Pożycz mi ją. Ja mu ją pokażę, później ci zwrócę. Okpimy głupka!

– Oczadziałeś! – stwierdził Czadłok.

Gryppin poczuł się dotknięty do żywego.

– Skoro żałujesz...

– Podobna bezczelność mogła się zrodzić tylko w twoim samolubnym sercu! – wysyczał tłuścioch.

– Zatem stajesz po jego stronie? Też się cieszysz, że Gryppinowi powinęła się noga?

– Czy ty siebie słyszysz?! – prawie wykrzyczał Czadłok. – Przecież mistrz Wyrozumiały od razu rozpozna, czyja to księga!

– A niby po czym?

– Gryppinie, nie zawstydzaj mnie swym nieuctwem! Po piśmie, oczywiście! Ono nie do podrobienia, jak styl naszego fechtunku. Anatarius stawia znaki proste, grupkami i dość oszczędne, ty wysokie, strzeliste, a ja z brzuszkami. Wystarczy jednego spojrzenia, by wiedzieć, o czyją idzie księgę. Jeśli pożyczę ci swoją, to później już mi ona do niczego! Drugą będę musiał pisać. A nie chcę! Ta jest mi droga. Pamiętam każdą wyprawioną skórę na pergamin, pamiętam ścięgna i zioła, z jakich wyciskałem klej, i czuję wciąż ból w ramionach od nauki w kuźni, potrzebnej na wykucie srebrnych blaszek na naroża. A ty przychodzisz i mówisz mi ot tak, bym dał ci dziesięć lat swego trudu, bo tyle kosztowała mnie ta księga. Ot tak mówisz, nawet nie pomyślawszy, co mam ci dać.

Gryppin podniósł się wzburzony.

– Ani słowa więcej! – wykrzyczał. – Żałuję, że przyszedłem do ciebie! Miałem cię za druha, ale prawda wyszła na jaw! Zatrzymaj sobie to swoje bezcenne arcydzieło!

Wstał od stołu i odszedł w gniewie, po drodze trzaskając drzwiami i mamrocząc:

– Tchórz i skąpiec!

Czadłok też powstał. Rozdygotany krążył po celi. Usiadł, ale tylko na chwilę. Ze złością rąbnął pięścią w mur. Nawet nie zabolało.

– To nie głupota – rzekł sobie. – Nie w tym rzecz.

– A w czym? – zapytało go jego drugie ja.

Namyślał się chwilę.

– W tym, że on nie wie o tym, iż poza nim są na tym świecie jacyś inni ludzie!

***

Rozgniewany Gryppin czym prędzej opuścił konwent i nawet mało zważał na młokosów stróżujących na wałach. Niewiele brakło, a któryś wszcząłby alarm, widząc cień oddalający się od murów. Powiadomiony o tym brat nowicjusz kazał dawać większe baczenie.

– Tędy będzie wracał. A wtedy jest nasz, bo to jakiś głupiec. Dostanie nauczkę!

Młodziki na wałach zdwoiły czujność, wbijając w mrok badawcze oczy.

Gryppin zmierzał do „Morskiego Konia”, karczmy leżącej na wyspie. Wyspa ta kiedyś pełniła rolę portu, a przez to jej mieszkańcy się bogacili. W najlepsze trwał wtedy obrót takimi towarami, jak drewno, trzcina i ryby. Czasem też kupcy wybierali wodny szlak dla przewozu zboża, to oczywiste, ale bywali też tacy, co wieźli tkaniny, oręż i beczułki okowity. Teraz jednak takie towary nie docierały na wyspę. Ona stała się częścią miasta Exertun, zaś wodny handel przeniósł się dalej na północ, do nadrzecznego podgrodzia. Na wyspie jednak zachowały się pozostałości dawnych obyczajów, z czasów, gdy goszczono wodnych wędrowców, a wśród nich „Morski Koń”, jedna z ulubionych przystani Gryppinowej drużyny.

Skoro w niej mieli zebrać się druhowie, Gryppin ze skargą na niewiernego przyjaciela też tam się udał. Niech zaprzańca spotka potępienie.

Ominął strażnicę na moście, przekradł się pod pomostem, przelazł przez mur. Z daleka dobiegał gwar zdradzający huczną zabawę w sławnym szynku.

Gdy otworzył drzwi, hałas uderzył go jak młotem, a zawierucha woni poraziła czułe powonienie. Na chwilę tylko. W środku ktoś tańczył na stole, w innym kącie chóralnie życzono sobie zdrowia i wznoszono gromkie toasty. Po sali kręciły się dwie nieszpetne dziewki, hoże, choć niskie. Nikt nikomu po mordzie nie dawał, bo na to za wcześnie. Poza tym w tej karczmie dzbany służyły do picia, nie do rozbijania na łbach, nie wydobywano też noży z zanadrza, nie walono siekierami w stół i sakiewek nie odrzynano od pasa. Nigdy.

To była bardzo obyczajna gospoda.

– Wciąż nie w humorze? – zagadnął go Brennus, gdy Gryppin podszedł do kamratów.

– W jeszcze kwaśniejszym – odparł zagajony.

– To miodu popij, słodki – Piugaj pchnął ku niemu szklanicę.

– Napiję się chętnie.

Wychylił, usiadł. Oni patrzyli pytająco. Szybko doczekali się nowin. Wyjaśnił im, w czym rzecz, czyli jak to niesprawiedliwie zasadzili się na niego niewyrozumiali mistrzowie, a Czadłok po prostu zdradził. Bo takie odstępstwo to nic innego jak śmierdząca zdrada. Druh tak nie robi.

Lecz oni nie potakiwali. Milczeli, a co jakiś czas popatrywali po sobie znacząco.

– Wy jego stronę trzymacie, jak widzę! – wykrzyknął wzburzony Gryppin.

– Księgi przecież od niego zażądałeś – zaczął Twilik. – Zrozum, takie pożyczenie równe oddaniu. A wiele lat jej poświęcił – dodał pojednawczo.

– Ja to widzę inaczej! – syknął Gryppin. – Wymówił się od przysługi byle czym!

– To niesprawiedliwy osąd – z powagą sprzeciwił się Berni. – Mistrz Wyrozumiały... co ja mówię, każdy mistrz od razu rozpozna, do kogo taka księga należy, a wtedy Czadłok rzeczywiście będzie musiał pisać nową.

– Czyli na was też nie mam co liczyć? – wykrzyknął wzburzony kreczownik.

– Chcesz moją księgę? – uroczyście spytał Berni. – Ona wróżowska. Nawet gdybym ci ją dał, nic ci po niej. Tak samo Brennusa, Piugaja i Twilika. Ner mógłby ci swojej użyczyć, bo on krecz. Co ty na to, Ner?

Pytany chrząknął, skrzywił się, przestał się bawić nożykiem, co czynił właściwie zawsze, i odwrócił wzrok.

– A zatem nie? Dobrze, znam was, kamraci! – wycedził Gryppin i z hałasem powstał od stołu. Przedarł się przez salę, potrącając gości, drzwiami tak trzasnął, że w środku na chwilę wszyscy zamilkli i ze strachem popatrzyli po sobie.

– Może trochę za ostro... – zaczął Brennus.

– Nie stawaj po jego stronie! – oburzył się Ner i wściekle wbił nożyk w stół. – On by wziął moją księgę! Jak nic by wziął, nawet nie pomyślawszy, co to znaczy! Ona nie jest może najwspanialsza, ale moja! Pokazałby ją mistrzowi Wyrozumiałemu, a wtedy ten stary okrutnik spytałby mnie: „A twoja gdzie, Ner?”. I dziesięć lat pracy jak w mordę strzelił! – zakończył z krzywym grymasem.

– To ty, Jeżu, ostrzegałeś nas, że czegoś takiego Gryppin zażąda od swych kompanów – słodko wtrącił Piugaj.

– Zażądał! – ponuro zasyczał Twilik. – Twoje słowo. A teraz, jak już zrobiliśmy, co trzeba, to nas zdradzasz? Ja się wahałem...

Brennus spuścił głowę.

– Ma sporo czasu – powoli przemówił Berni. – Jeśli dziennie będzie pisał po dwie strony, jakoś wyrobi się do wyświęcenia.

– Moglibyśmy mu pomóc – zauważył Jeż.

– Jeśli przyjdzie i poprosi, pomożemy – Ner rzekł na to z przekąsem.

– Jeśli nie, niech radzi sobie sam! – dodał Piugaj.

– Ale będzie musiał ładnie prosić. Bardzo, ale to bardzo ładnie – majestatycznie dokończył Berni.


ROZDZIAŁ DRUGI

Gryppin wrócił do swego obejścia, a na widok zapuszczonego ogrodu zaklął brzydko. Strach na to patrzeć. Wsunął się do celi, a wtedy ręce mu opadły.

– Księga! – sapnął. – Nie podołam.

A ponadto była jeszcze sprawa miecza. Srebrnego miecza, który wart kilka lerinów. O tym wprawdzie mistrz Wyrozumiały nie wspomniał ni słowem, ale trudno uwierzyć, by o nim zapomniał. Z pewnością sobie przypomni i zapyta słodko: „A kreczowski miecz, młody bracie?”. Nie, jednak tak nie zapyta. On nigdy nie powie: „kreczowski”!

Z czarnych myśli wyrwało go pukanie do drzwi. Niezbyt głośne, w dziwny sposób delikatne, a jednak on aż się poderwał. W tej chwili wszystko go zaskakiwało.

Stukot się powtórzył.

– Jestem! – zawołał w stronę nieznanego gościa.

– To wiem – usłyszał z zewnątrz głos, który rozpoznał jako należący do Herrina. – I coś słyszę, żeś niezbyt rad.

– Wejdź i sam się przekonaj.

Brat nowicjusz przygotowujący się do fachu uzdrowiciela przekroczył próg celi. Rozejrzał się. Odetchnął na widok schludnej izby, gdzie stół był przetarty, skrzynia zamknięta, a łachy nie walały się po kątach.

– Lżej ci? – spytał gospodarz. Gość zmieszał się nieco.

– Wybacz – westchnął. – Po prostu myślałem, że w środku będzie tak samo jak w ogrodzie.

– Miła odmiana, co?

Herrin potaknął pospiesznie, zaś Gryppin roześmiał się. Z początku chrapliwie i z płomieniem w modrych oczach, później już zwyczajnie.

– Śmiejesz się ze mnie?

– Bardziej z siebie – odparł gospodarz. – Zaskoczyłeś mnie, bracie.

– Ciebie? – zdumiał się Herrin. – Ja? – spytał z niewiarą.

– Ano. Zdarza się, jak widać.

– Nie do uwierzenia! – sapnął uzdrowiciel.

Bo Gryppin czujny był jak pies na uwięzi, zawsze gotowy, by ujadać na wroga, którego spodziewał się w każdej chwili.

– Uwierz – rzekł na to krecz.

– Będzie czym się pochwalić.

– Chwal się, póki możesz.

– Zły jesteś na mnie?

Gryppin machnął ręką.

– Zły to miałem dzień. Ale to nie twoja wina.

– A, słyszałem. Anatarius cię rozłożył.

– Prawie rozłożył! – gospodarz nie chciał przyznać się do porażki.

– No, jasne! Każdemu mówiłem, że to bajki. Chwila, a byś mu się odciął!

Kreczownik w pierwszej chwili chciał wybuchnąć gniewem, lecz nie wyglądało na to, by gość naigrywał się sobie z niego. Przeciwnie, mówił z zapałem i wiarą w oczach. Gryppin znowu się roześmiał.

„Wchodzi mi to w nawyk” – upomniał siebie. „Ale... Ale! Skoro już ktoś ma sobie ze mnie dworować, niech to będę ja!”

– Powiesz mi, co cię rozbawiło? – spytał przybysz; nie wiedział, czy wybuch gospodarza brać za dobrą monetę.

– On by mnie rozciągnął, Herrinie. Dzięki za obronę i wiarę we mnie, lecz wtedy urwałem się z haka w ostatniej chwili, a to tylko dlatego, że jakiś młokos poharatał drugiego zasmarkańca.

– To widzę, że naprawdę byłeś w opałach.

– Dzięki, że nie cieszysz się z mojej klęski – rzekł Gryppin.

– Wiesz, nie przepadam za Anatariusem – odparł uzdrowiciel. – Zawsze z radością wspomnę, jak ten wyniosły panek z konia spadł i zarył gębą w kupę gnoju. Pamiętasz?

Każdy pamiętał i od czasu do czasu coś takiego wspominał. Szczególnie Ner. Cierpki zdrajca z nożykiem!

– Nie ma on ręki do koni – zauważył Gryppin.

– Wy, krecze, powinniście mieć dwa. Zwykle macie, bo zabieracie ze sobą cały dobytek. On ni jednego sobie nie wyszkoli. Będzie musiał zadowolić się jakimś mułem! – zawzięcie dodał Herrin.

Gryppin sapnął. Oto zdarzył się dobry druh. Leje miód na rany.

– Nikt nie lubi paniczyka! – stwierdził. – Ale zdaje się, że mnie też.

– Co ty powiadasz?

– Taka jest prawda.

– Przecież masz przyjaciół – zdumiał się gość.

– Przyjaciół dobrze mieć, ale lepiej ich nie wypróbowywać – odrzekł gospodarz. – A ja swoich właśnie wypróbowałem. I jak myślisz, dlaczego jestem kwaśny jak skliwiński kapuśniak?

– Rozumiem – szepnął uzdrowiciel.

Zapadła ponura cisza. Herrin siedział jakiś czas spokojnie i nawet dość długo wytrzymał, lecz nie był kreczownikiem i to całe milczenie zaczynało mu doskwierać. A gdy raz zaczęło, to nie przestawało.

– Widzę, że ci przeszkadzam...

– Koniec odwiedzin? – zrozumiał gospodarz.

– Milczysz i jesteś gorzki jak piołun. Wiem, jak to bywa. Nie chce się wtedy nikogo widzieć. Wadzę ci...

– Tak! – zawołał roześmiany nieszczerze Gryppin. – Dziś wszyscy mnie porzucają.

– To nie tak! – płomiennie zaprzeczył uzdrowiciel. – Po prostu nie chcę się narzucać. Ja nie z tych, którym podoba się bycie natrętem.

– Zostań i wybacz to morze żółci. Ja za samotnością nigdy nie przepadałem. Nie dla mnie z niej pożytki. Chyba że tego nie zniesiesz?

– Zniosę! – zapewnił Herrin.

– Szkoda, że nie mam jakiegoś trunku – westchnął Gryppin. – Marny ze mnie gospodarz i żadnym wytłumaczeniem nie jest to, że takich specjałów brak mi od dawna i że nigdy u mnie długo nie kisły. Ale wtedy miałem przyjaciół...

– Temu można zaradzić.

– Jesteś dobrym druhem – roześmiał się kreczownik – ale spójrzmy prawdzie w oczy. Ze sobą to my za wiele nigdy nie przestawaliśmy.

– Nie o to mi idzie! – Herrin zamachał rękoma. – Trunek mam ze sobą!

– Wziąłeś?

– Pomyślałem, że się przyda, a iść w gościnę z pustymi rękoma to obraza dla gospodarza i dyshonor dla gościa.

– Przyjacielu! – wykrzyknął Gryppin. – Czym ci się odwdzięczę?

– Jeśli o to idzie, to ja właśnie z odwdzięką.

– Ty? Do mnie? – ponad miarę zdziwił się kreczowski nowicjusz. – Jakoś nie przypominam sobie, byś miał u mnie dług. A wierz mi, bracie, takie rzeczy to ja dobrze pamiętam i nigdy nie zapominam!

– Ja pamiętam co innego.

– Oświeć mnie! Ale ten hazard bierz na własne barki, bo może się okazać, że nie zadowolę się byle flaszką trunku.

– A jeśli on smakuje jak napój bogów?

– A jest taki?... Nie, najpierw zdradź, w czym rzecz.

– Daj jakieś kubki.

Gryppin wyciągnął dwie szklanice z ciemnego szkła, zaś Herrin napełnił je po brzegi.

– Jarzębiak! – spróbował krecz.

– Nie lubisz?

– Uwielbiam! Mów, o co chodzi, to ciekawe, choć zdaje mi się, że wszelkie długi zostały właśnie wyrównane – rzekł, popijając i cmokając z lubością.

– Stara sprawa. Kiedyś w obronę mnie wziąłeś.

– Ja!? – Gryppin zdumiał się nie na żarty.

– Młodzikami byliśmy. Gasker zarzucił mi kłamstwo – wyjaśnił Herrin. – Wiecznie był na mnie cięty i zawsze coś do mnie miał. Do dzisiaj tak mu zostało. A ty wtedy stanąłeś po mojej stronie i powiedziałeś, że mi wierzysz, a jeśli ktoś łże jak pies, to on, więc jeśli ma coś przeciwko temu, toby dał ci pole. Czmychnął wtedy jak tchórz. Groźny byłeś. Naprawdę nie pamiętasz?

Gryppin próbował sobie przypomnieć. Wysilał się. Długo to trwało i wreszcie się udało. Owszem, coś takiego się wydarzyło. W jakimś innym życiu, przed tyloma laty, że najdawniejsze kroniki wspominają o tym jako o dziejach mitycznych. Wtedy wszystko łatwo mu przychodziło, mistrzowie zaś patrzyli w niego jak w słońce. Starożytne dzieje!

– Rachunki wyrównane! – oznajmił.

– Uratowałeś mnie wtedy, a jego wydałeś na śmiech.

Gryppin spojrzał w drugą stronę.

– Za wielkie znaczenie przykładasz do tego dawnego wydarzenia. Zawstydzasz mnie, bo oceniasz mnie zbyt wysoko.

– On mi później dał spokój. Bał się ciebie.

Gryppin wciąż patrzył na ścianę. Dzięki jarzębiakowi jakoś to znosił, ale i on stawał w gardle, ponadto czuł na sobie wzrok Herrina.

– Długo czekałeś – mruknął.

– Lecz moja wdzięczność przez to nie mniejsza!

Wreszcie kreczownik przemógł się i popatrzył na swego gościa. Zmusił go do odwrócenia wzroku. Rzadko kto wytrzymywał spojrzenie modrych oczu Gryppina. Nawet nie wszyscy mistrzowie potrafili temu sprostać.

– Nie o ciebie wtedy szło – wyjaśnił krecz. – Po prostu chciałem utrzeć popaprańcowi nosa, a okazja sama pchała się w ręce.

– Ależ wiem o tym! – natychmiast podjął Herrin. – Lecz to nie znaczy, że moja wdzięczność miałaby przez to zmaleć.

– To tak, jakbyś dziękował kłodzie niesionej przez bystry nurt, że możesz oprzeć się na niej i nie utonąć.

Herrin zachichotał.

– Okadzałbym ją dzień po dniu.

– Dzięki, wolę nie być wędzonką!

– Bardzo mi wtedy życie ułatwiłeś – poważnie rzekł uzdrowiciel. – Więc rozumiesz, że zawsze chciałem się odpłacić.

Gryppin uniósł szklanicę z przednim jarzębiakiem.

– Właśnie tego dokazałeś! – zapewnił.

– To drobnostka – niedbale odparł Herrin.

– Taka drobnostka to dla innych skarb. Na takim jarzębiaku można zbić nielichą fortunkę.

– Gryppinie, ja naprawdę mam coś poważnego na myśli.

Zatem Gryppin spoważniał.

– Zaciekawiasz mnie, bo widzę, że wdepnąłeś do mnie nie ot tak, ale z jakimś planem?

– Właśnie, z planem.

Kreczownik wbił w uzdrowiciela swe straszne oczy.

– Zdradź mi, w czym rzecz! – przemówił na poły groźnie, całkiem jak straszny czarnoksiężnik w bajce do pacholika, którego wyprawiał na koniec świata po czar-ziele.

– Pomogę ci.

– Pomożesz mi?

– Otóż to! – uroczyście oświadczył Herrin.

– To się napijmy – Gryppin długo nie zachował powagi.

– Ja nie żartuję!

– Księgę mi podarujesz?

Uzdrowiciel zmieszał się.

– Nie to miałem na myśli.

– A co? – łagodnie dopytał się kreczownik.

– Z księgą nie ma jak. Z tego, co wiem, to kreczowskie różnią się od uzdrowicielskich.

– Z pewnością – przytaknął potworobójca. – Każda jest inna, bo piszący musi dołożyć coś od siebie do bogactwa świata.

– Ja ze swoją rosłem. Ona wprost ze mnie. Jak drzewo z nasionka, pień z korzeni... – zastanowił się. – Albo na odwrót. Mniejsza! Ucząc się, pisałem ją, a później uczyłem się, w jaki sposób ją tworzyć karta po karcie. Nie sądzę, bym umiał drugą taką samą kiedykolwiek napisać. Każda księga brata przecież inna.

– Tak – zgodził się Gryppin. – Nie ma dwóch takich samych. My nie jesteśmy tylko takimi mnichami, co po prostu przepisują stronicę po stronicy. Musimy to wszystko zrozumieć!

– I zastanawiasz się, w jaki sposób mogę ci pomóc? Bo myślisz: „Jak nie księga, to o co chodzi?”. Nie wątp we mnie! To akurat proste. Trzeba mi miejsca pod zioła, a ty masz wolny ogród. Obydwaj na tym skorzystamy. Ty zyskasz porządne grządki i rabaty, ja kilka ziółek, których zwykle mi brak. Dopilnuję tego.

– To niegłupie – zamyślił się Gryppin. – Zrobi wrażenie na mistrzu Wyrozumiałym. A sadzonki?

– Mam wszystko – zapewnił Herrin. – Plonami podzielimy się pół na pół.

– I ręki nie będę musiał do tego przyłożyć?

– Jestem pewien, że sam zechcesz. Wystarczy zacząć, później ten codzienny trud wchodzi w krew. I co, stoi?

Gryppin wyciągnął rękę, Herrin przybił umowę.

– A jednak nie najgorzej kończy się ten zły dzień – westchnął krecz i popił jarzębiakiem.

– A z księgą też ci pomogę! Może nie piszę zbyt pięknie, bo też szermierz ze mnie nie nadzwyczajny, no i uzdrowicielem jestem, toteż bazgrzę jak kura pazurem, ale litery ozdabiam jak nikt, bo barwniki mam najlepsze, a ponadto wykresy wychodzą mi nad podziw.

– Skorzystam chętnie... – Gryppin westchnął ciężko. – Gdy już będę wiedział, jak mam zacząć.

– Zacznij!

– W jaki sposób? – roześmiał się Gryppin.

– To proste! Trzeba mieć pomysł.

– Otóż to, otóż to.

***

Braciom nowicjuszom pozostawiano do własnego wyboru, w jaki sposób będą rozporządzali swym czasem. Większość robiła to, do czego przywykła wraz z mijającymi latami, poddając się zwykłemu rytmowi zakonnego życia. Wstawali rano, obmywali się, modlili, pracowali, ćwiczyli zapamiętale. Dzień im mijał po dniu. Nie wiadomo kiedy.

Gryppin nigdy do takich układnych nie należał, choć oczywiście przestrzegał rytuałów oczyszczenia i medytacji. Najpierw nakazywali mu to przełożeni, później przyzwyczajenie. Zawsze strach. Tu wszyscy znajdowali się pod spojrzeniami bardzo bystrych oczu. Lecz teraz musiał zaczynać na nowo. Pierwszą myślą byłby ogród, ale do niego nie ruszył, coś pilniejszego zaprzątało jego myśli.

Chciał, nie chciał... Bardzo nie chciał! Czekało go odrabianie wieloletnich zaległości w skryptorium.

Gdy pojawił się w środku i nie cofnął się od razu, jak ktoś, kto zaplątał się przez nieuwagę, przez grono obecnych przeszedł szmer. Głowy pochyliły się ku sobie, usta zaszeptały, pióra zawisły w powietrzu. Przewrócony został jakiś kałamarz.

Atrament skapywał z pulpitu, gdy Gryppin maszerował przez salę zajmowaną przez młodzików i akolitów, a nadzorowaną przez starszych. To starsi, z ich stale zmieniającymi się drużynami, mieli skryptorium i bibliotekę w swej pieczy. Nigdy bowiem nie wiadomo, co młokosom strzeli do kapuścianych łbów. Ktoś musiał nad nimi czuwać. Więc czynili to starsi, którzy uczyli się przez trzy lata nie ufać nikomu, bo żadna z ich drużyn z woli wyświęconych braci i mistrzów nie utrzymywała się dłużej niż kwartał. Starsi dopilnowywali młodych pętaków z zapałem psów podwórzowych.

Zwykle kreczownicy dbają o swe miejsce.

Kolejną salę, mniejszą i ciemniejszą, okna w niej znajdowały się wysoko i były jeszcze węższe niż w poprzedniej, przeznaczono dla starszych i braci. Tu na widok Gryppina nie rozległy się szepty, choć niejeden, gdy podniósł wzrok znad rozłożonych ksiąg, traktatów, aktów i nadań, nie przestawał na niego patrzeć, póki nowy gość nie zagłębił się w korytarzach i komnatach wypełnionych księgami oraz tubami z zetlałymi pergaminami. Wszystko to albo stało na półkach, albo spoczywało w skrzyniach.

Kiedyś on i jego druhowie próbowali doszukać się porządku w rozmieszczeniu tych wszystkich tekstów. Obok traktatów poetyckich leżały akta nadań, darowizn i dzierżaw. Stare mapy odległych krain przy zielnikach, herbarze w tej samej komnacie, co księgi objaśniające sekrety wróżenia. Zaś wszędzie wymieszane z tym opisy dokonań kreczowników. Choć rzadko zdarzało się, by poświęcano im całe teksty, najczęściej było tego kilka stron. Na księgach, zwojach, aktach znajdowały się oznaczenia, w którym miejscu spoczywał ów dokument; tam go odnoszono. Ale dlaczego akurat w te komnatki i ciemnice – tego żaden starszy nie wiedział. Bracia nowicjusze również.

Odnalezienie czegokolwiek stanowiło nie lada wyzwanie. Labirynt korytarzy, komnat, przedsionków, półpięter i szybów był bardzo rozległy i wielopoziomowy. Trudno nawet powiedzieć ilu, bo poszczególne piętra nie zawsze wznosiły się jedne ponad drugimi, czasem jakoś obok, w połowie wysokości albo o ćwierć, prowadziły do nich kładki przewieszone nad szybami i spiralne schody. Kładki na łańcuchach skrzypiały, w schodach ziały dziury.

Nikt w tym bałaganie się nie wyznawał. Nawet mistrz Radosny, którego uznawano za opiekuna owego bezhołowia. Tym bardziej jego pomocnicy złożeni ze starszych. W swoim czasie Brennus wykazywał się darem do odnajdywania zapomnianych traktatów o czarach i wróżbach. Ale wróż twierdził także, że w labiryncie znajdują się sekretne komnaty.

Nikt jednak nigdy żadnej nie odnalazł. Jeż także.

Gryppin przemierzył kilka korytarzy, minął jakieś komnatki, wspiął się nieco wyżej, po kilku stopniach, skręcił i poszedł w dół, ominął studnię, przeszedł kładką. Kreczownicy nigdy nie zapominają miejsc, które odwiedzili choćby raz, to do ludzi nie mają pamięci. Znalazł się, gdzie chciał, ze skrzyni wyciągnął jakieś foliały, kilka pism opatrzonych pieczęciami. Wszystko pokryte stuletnim kurzem.

Zakaszlał. Wieki tu nie był. Odwykł.

Zabrał to wszystko ze sobą. Znalazł wolny kąt. Wciąż wielu gapiło się na niego. Większość. W mniejszości znalazł się Anatarius, lecz pupilek mistrzów był ponad zwykłą ciekawość. Coś takiego nazbyt pospolite dla książątka, a to było książątko jak się patrzy!

Do czarta z nim!

Gryppin ruszył po pióra i kałamarz. Naczynie z atramentem umieścił w zagłębieniu pulpitu. Nie chciał, by się wywróciło, co zdarza się początkującym i nieprzywykłym. On niewątpliwie należał do tych drugich.

Dość już zwracania uwagi na siebie!

Takie miał postanowienie. Co z tego, skoro wciąż budził powszechne zaciekawienie? Tyle że obecni nie szeptali. W sali młodzików jeszcze co pewien czas podnosiłby się szmer. Tam zawsze kupa niedorostków, jakieś rojenia o byciu pierwszym wśród kreczowników i przaśne żarty. I księgi przytwierdzone łańcuchami do stołów, bo mimo badawczych oczu nieufnych starszych postrzeleńcom zawsze coś wpadnie do rozpalonych łbów. Im w każdym czasie tylko psie figle na myśli. Gryppin zniósłby je zresztą o wiele łatwiej niż posępną ciszę mniejszej sali. Bo tam, wśród niedorostków, nawet gdyby wytykano go palcami, to uchodziłby za mniejsze widowisko.

***

Zapomniał o jedzeniu, lecz zapadający wieczór przywrócił go do rzeczywistości. Odniósł pisma na miejsce, po czym powlókł się do refektarza. Ciężko mu było, zmarnowany dzień. Przyszedł jako jeden z ostatnich, coś przegryzł, nie bardzo zwracając uwagę na to, co to było. Wraz ze zmierzchem wrócił do swego obejścia. Musiał się upewnić, że dobrze trafił. Wprawdzie nigdy nie błądził, ale miał wrażenie, że w tym miejscu jeszcze nigdy dotąd nie był.

– Cud! – szepnął.

Nie do uwierzenia, ile Herrin dokonał w zaledwie jeden dzień. Pojawiły się grządki, chwasty zostały wyplenione, krzaki przycięte.

Oczywiście nie wszystkie. I oczywiście jeszcze w wielu miejscach pleniło się zielsko. Przede wszystkim przy murze. Lecz pośrodku...

– Nie do wiary! – pokręcił głową. – Albo to czary, albo on ma jakiegoś chowańca – zastanowił się. – Nie, dwóch chowańców... Ale to też czary!

W o wiele lepszym humorze układał się do snu, oczywiście dopełniwszy nakazanych rytuałów i ułożywszy poskładane odzienie w skrzyni. Błysnęła mu myśl, że fortuna nie całkiem się od niego odwróciła. Płocha dziewka, ale dała Herrina. To wielce pocieszające, bo inaczej przyszłoby zaharować się jak koniowi przy orce.

A jednak radość nie karmiła zbyt długo jego duszy. Przypomniał sobie powszechne zaciekawienie. Znali go wszyscy. Zobaczyli jego poniżenie, a w ich oczach widział wtedy zadowolenie.

Oni uważali, iż upadł nisko i ostatecznie.

I Gryppin przyznał im rację. Jego starania okazały się bezowocne. Niczego nie wymyślił. Przeglądał traktaty, sypały mu się próchnem po palcach, a on nie zapisał ni jednej linijki na kartach, które leżały na jego pulpicie.

Nie zapisał dlatego, iż ni razu nie zabłysł mu choćby nikły poblask pomysłu.

***

Kolejny dzień rozpoczął mu się inaczej. Gryppin nie miał ochoty leźć ponownie do skryptorium. Najpierw poszedł na śniadanie. A później popychał sam siebie w stronę posępnego gmachu z księgami, miejsca swej własnej kaźni.

A w środku było tak samo, z taką różnicą, że traktaty wziął z innej części labiryntu.

***

Zniechęcenie narastało. Narastało bardzo szybko i byle co doprowadzało Gryppina do szewskiej pasji. Z powodu najdrobniejszej przeciwności gotów był wpadać w niepohamowany gniew i kląć do upadłego.

Tyle że nie miał na kogo.

Nawet Herrina nie widywał. Gdy opuszczał celę, by wlec się na miejsce straceń, czyli do skryptorium, uzdrowiciela jeszcze nie było, kiedy zaś wracał po zmierzchu, okazywało się, że tamten już wyszedł. Za to efekty w Gryppinowym ogrodzie budziły zdumienie jego właściciela. Miejsce stało się niezwykle porządne i urządzone nad podziw planowo. Wręcz z jakimś smakiem. Oczywiście, sam też rąk do tego przyłożył, choć pracował po zmierzchu lub przed świtem.

Coś robić po prostu musiał. Coś, co przynosiło owoce. Tu się je widziało. Wysiłek zaś w skryptorium szedł na marne. Lecz Gryppin nie ustawał. Każdego ranka uporczywie pojawiał się w przybytku mistrza Radosnego, przemierzał korytarze, mostki, kładki i rozliczne komnaty. Skakał z wdziękiem nad szybami, z zamkniętymi oczyma przesuwał się obok długich szczelin w podłodze. Targał ciężkie foliały w jedną stronę, ciesząc się, że kark mu przygniatają. Targał z powrotem, mrucząc pod nosem klątwy. Wybierał co pokaźniejsze. Klątwy i księgi. I na razie to wszystko, choćby bez jednej linijki własnego tekstu.

Cały trud obracał się wniwecz.

– Jakaś klątwa! – mówił sobie.

Ktoś ją rzucił. Kto? Niejednemu się naraził. Ze stu nowicjuszów życzyło mu wszystkiego najgorszego i przynajmniej trzy ćwierci mistrzów, nie mówiąc o wyświęconych braciach. Oni też go nie cierpieli. Uroki by odczyniał, gdyby wierzył w takie głupstwa. Ale przecież nie wierzył!

– Przemogę ich! – syczał zawzięcie, pewien, iż prędzej padnie, niż się podda.

***

Tak się mordował, aż jego męki zostały zauważone. Sam mistrz Radosny postanowił zamienić z nim kilka słów. Gdy Gryppin, otoczony księgami, usilnie wpatrywał się w litery, mniej więcej tak, jakby były magiczne, opiekun biblioteki stanął obok.

– Od pewnego czasu widuję cię tu, bracie nowicjuszu.

– Nic nie ujdzie twej uwadze, mistrzu.

– Lecz jak na razie twój trud daremny.

– Widać wszelkie początki trudne – odparł Gryppin.

– Tak, codzienna dłubanina nieprędko przynosi owoce. Ale czy jesteś pewien, że właśnie tu coś znajdziesz?

– A gdzie indziej?

– To ty, młody bracie, dotąd szukałeś w innych miejscach. Zaciekawiało nas to. Tu tylko stare księgi. Jesteś pewien, że odkryjesz na ich zakurzonych kartach korzyść dla siebie?

– Wypędzasz mnie, mistrzu?

Mistrz Radosny uśmiechnął się. Rzadki widok.

– Zawsze miałeś wielki dar, bracie Gryppinie. Większy niż ten twój druh, wróż, co szukał tajemnych komnat. Byłem pewien, że to ty jakąś znajdziesz... Z radością obserwowałem wtedy twoje wędrówki po labiryncie. Inni mistrzowie mówili, bym za wiele sobie po tym nie obiecywał, bo ty zachwycasz tylko z początku. Dawno tu niczego nie szukałeś.

Kreczownik przełknął gulę w gardle.

– Chyba znowu muszę – stwierdził.

– I cóż znalazłeś poza starymi, zakurzonymi legendami?

– Przydałoby się w nich jakieś wietrzenie i odkurzanie.

– Ty masz zamiar to uczynić?

– Za mały na to jestem, mistrzu.

Mistrz Radosny pokręcił głową.

– Za mało wiary – stwierdził. – Nie możesz się wahać, wtedy błądzisz, a tu zabłądzić łatwiej niż gdziekolwiek indziej.

– Tak – przytaknął Gryppin. – Wśród przebrzmiałych, zetlałych, rozsypujących się idei.

– Ty potrzebujesz nowej.

– Tak, mistrzu. Całkiem świeżego pomysłu.

– Rozumiem. Tu go szukasz, uporczywie dzień po dniu?

– A gdzie indziej? Gdzie indziej?

– Może w dobrym miejscu szukasz – zgodził się opiekun skryptorium. – Tu moc wszelkiej wiedzy, tu opis świata. I ziarno. Ono, nawet gdy zeschnięte, to jakoś żywe i plon może wydać. Może tylko źle się do tego zabierasz?

Gryppin poczuł się tak, jakby zastrzygł uszami. Usłyszał coś bardzo ważnego.

– Oświecisz mnie, mistrzu?

Mistrz Radosny uśmiechnął się ponownie. Już po raz drugi. Niespotykane zjawisko!

– To nie wziąłeś ze sobą własnego światła? – pokręcił głową.

– Chcesz mi powiedzieć, mistrzu, bym wystrzegał się pozorów?

– A jak mniemasz?

Ulubione powiedzonko mistrza Radosnego brzmiało: „Nie oceniaj książki po okładkach, to, co najważniejsze, znajduje się pomiędzy nimi”.

– Chyba mniemam za wiele – Gryppin zamruczał do siebie. – Albo za mało – podniósł wzrok na opiekuna ksiąg.

Ów milczał.

– A więc i to nie tak – westchnął młody krecz.

– Może ani za wiele, ani za mało, a po prostu obok – rzekł mistrz Radosny i odszedł, kręcąc głową i śmiejąc się do siebie. Co było całkiem niespotykanym zjawiskiem. – Po prostu obok...

Gryppin patrzył za nim, nic nie rozumiejąc.

– O co w tym wszystkim chodzi? – spytał sam siebie.

Żadnej odpowiedzi nie usłyszał. Zacisnął zęby, z uporem wrócił do księgi, by przewracać stare, szeleszczące, suche karty zakurzonych woluminów, z których czasem sypało się coś zetlałego i suchego. Jakieś plewy.

***

Ślęcząc tak dzień po dniu, dociągnął do końca tygodnia. A dni zlały się w jeden. I tak stracił poczucie czasu. Zawędrował do refektarza, by przekonać się o tym, że to dzień postny. Po prostu zatracił się.

Znowu poznosił sobie stare foliały, postrzępione zwoje, zapomniane traktaty sprzed wieków. Wertował je, oglądał malunki, czytał pobieżnie albo z uwagą. Wszystko na nic. Jeśli gdzieś znajdowało się jakieś ziarnko, to zbyt głęboko ukryte. Albo w nim nie mogło wydać żadnego plonu, bo w ciągu tych wszystkich lat spędzonych w zakonie stał się jałową pustynią.

***

Wcześnie wrócił do swej celi. Tak, ledwie po południu. Wreszcie w ogrodzie zastał Herrina. Uzdrowiciel dosadzał ostatnie zioła. Po tygodniu pracy to miejsce zmieniło się nie do opisania.

Gryppin przysiadł z boku.

– Wyglądasz jak siedem nieszczęść – zauważył kompan.

– Ja jestem siedem nieszczęść. Zazdroszczę ci.

– Czego, jeśli można wiedzieć? – zaciekawił się uzdrowiciel.

Kreczownik wskazał na ogród.

– Widzisz owoce swej pracy.

– Rozumiem – uzdrowiciel pokiwał głową. – Ty pracujesz na darmo?

– Tak. Mój trud zbędny. Żadnych po nim korzyści.

– W celi za to masz tak czysto jak rzadko u kogo. Na pewno nie u mnie.

– Tak – przytaknął Gryppin. – U ciebie wszystko się wala.

– Bo wszystkiego naraz potrzebuję.

Gryppin roześmiał się.

– Wiesz... – wskazał na ogród.

– Co?

– Ale nie obraź się.

– Przyrzekam.

– Ja tego nie potrzebuję wcale – rzekł kreczownik.

– Wiedziałem! – syknął uzdrowiciel. – Z tobą tak zawsze?

– Obraziłeś się jednak?

Druh przekrzywił łeb.

– Nie w tym rzecz, a w tym, że może do tamtego źle się zabierasz?

To już drugi – pomyślał kreczownik. Mistrz Radosny mówił coś podobnego.

– A powinienem w jaki sposób?

Herrin najpierw otrzepał ręce, później umył je dokładnie.

– Tobie wszystko przychodziło bez wysiłku?

– To było kiedyś – odparł krecz. – Chcesz powiedzieć, że moja natura to nie starać się, a gruszki same spadną do nadstawionej gąbki? Tak nie ma. Chcesz, to coś ci pokaże.

Ze skrzyni wyciągnął misę.

– Ładna – zauważył gość, oglądając nie za wielki przedmiot, bardzo misternie wykonany, co dobrze świadczyło o jego twórcy – ale miedziana.

– Za to jakie ryty! – mruknął Gryppin. – Nigdy się tego nie pozbędę. A na pewno nie za byle srebrnika. To wiele dla mnie znaczy. Moja własna robota.

– Po co mi to pokazujesz?

– Czasem i mi coś wychodzi, a ona taka jak ja. Kunsztowna robota, choć materiał lichy.

– Rozumiem – Herrin odsunął od siebie naczynie przeznaczone do wodnych zamawiań. – Ale myślałem raczej o czymś innym.

– Oświeć mnie.

– Wtedy, gdy mi pomogłeś przed laty, uczyniłeś to ot tak, bez wysiłku.

– Przykładasz do tamtej drobnostki nazbyt wielką wagę. Mówiłem już raz, aż powtarzać się nie chce: wtedy nie szło o ciebie – syknął kreczownik.

– To nie ma znaczenia. Nie liczy się to, co chciałeś, ale to, co osiągnąłeś.

– Powiedz jeszcze, że powinienem przytargać własne światło – roześmiał się gospodarz.

– Drwisz ze mnie? – czujnie podjął Herrin.

– Nie, ty mi pomagasz – gospodarz nie chciał utracić osta-tniego życzliwego człowieka, ale nie umiał zrezygnować z kpiny.

– W szyderstwie z drugich nie znajdziesz siły, Gryppinie. Tę zyskasz dopiero wtedy, gdy zamiast się z nich śmiać, wysłuchasz tego, co mają do powiedzenia.

– Ludzie za wiele gadają.

– Niektórzy czekają na swoją kolej.

– Herrinie – westchnął Gryppin. – Czy ty nie wiesz, kim ja jestem? Ja jestem sobą! Wiesz, co o tych innych myślę?

Herrin wzruszył ramionami.

– I bardzo ci to pomogło? – spytał zjadliwie.

Gryppin pokiwał głową.

– No tak. Ty też sobie na mnie poużywaj!

– Nie po to tu przychodzę.

– Tak, ty naprawdę jesteś po mojej stronie. Doceniam to – mruknął.

– Nie, tylko pomagam jak umiem – uzdrowiciel powiedział to tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.

Gryppin przyjrzał mu się uważnie.

– Znowu masz jakiś pomysł?

– Chodź ze mną.

– Będziesz mnie nawracał?

– Ciebie?! – wykrzyknął Herrin. – Ani mi to w głowie. Nie mam na myśli żadnej duchowej drogi, a zwykłą.

– To dokąd?

– Do Exertun.

– Wiesz, żaden dziś ze mnie kompan. Zatruję ci dobrą zabawę – przestrzegł kreczowski nowicjusz.

– Nie mam zamiaru się bawić.

– Zaciekawiasz mnie.

– Sprzedam trochę ziół, odwiedzę kilku podopiecznych.

– Mam zatem robić za handlarza i lekarza? Jestem kreczem! – wykrzyknął Gryppin.

– Spróbuj czegoś nowego – rzekł na to uzdrowiciel.

– Tak ci zależy?

– Masz coś lepszego do roboty?

Mógłby coś ususzyć. Na przykład własny durny łeb. Nie, jasne, że nie miał! Co najwyżej siedzieć samotnie w celi i medytować w schludnej, skromnej mniszej izdebce. Nad własną klęską spijając jej gorzki trunek. Nic więcej. Kiedyś może by wziął miecz i machałby nim pół dnia, by głupoty wyleciały mu z głowy. Ale to było kiedyś.

– Dobrze, pójdę z tobą. Ale to dopiero wieczorem. Co mamy robić do tego czasu? Ostrzegam, marny ze mnie towarzysz w takim humorze jak dziś.

– Wieczorem? – zdziwił się Herrin. – A po co mamy czekać? Ruszamy natychmiast!

– A jak masz zamiar za dnia wymknąć się niezauważenie? – roześmiał się krecz.

– A po co mam się wymykać? Pójdę po prostu do bramy.

– I strażnicy tak cię przepuszczą?

– Dotąd zawsze przepuszczali bez zbędnego gadania. W dzień postny zwykle chodzę ze sprawunkami do miasta.

Gryppin roześmiał się, złapał się za brzuch, później walnął kułakiem w pierś, aż zadudniło, wreszcie otwartą dłonią w czoło. Herrin przyglądał się mu ze skrzywionym obliczem. W tej chwili przypominał cierpkiego Nera.

– Ze mnie się nabijasz? – zmrużył oczy.

– Z siebie. Głupi jestem.

– Pewnie wiesz lepiej. Nie będę się spierać.

– To chodźmy! – krecz zerwał się na nogi.

Zapomniał o oczywistości. Od lat wymykał się po zmroku do gwarnego Exertun, by rozbijać się po co sławniejszych, wesołych przybytkach. Śpiewał, pląsał, nade wszystko pił i cieszył się ustami słodkiej Leyn. To wszystko było zabronione dla nowicjuszy, lecz odwiedzanie miasta w innym celu nie, pod warunkiem że wychodziło się i wracało za dnia. Lecz w czasie dnia Gryppina w Exertun nic nie ciekawiło. Zatem po prostu o tej oczywistości zapomniał. Zapomniał, że może wyjść ot tak, byle tylko wrócić w porę, bo wyjście i powrót zostaną zapewne odnotowane.

***

Przez bramę klasztorną wyszli, nie wzbudzając niczyjego zaciekawienia, choć na wałach czuwało kilku młodzików zbrojnych w łuki i włócznie. Ci gadali między sobą. Może ktoś na jakiejś tabliczce namazał kawałkiem węgla albo rylcem w glinie wyrył, że Gryppin i Herrin wyszli poza mury. A może i nie. Po co trudzić się czymś takim? Jeśli wrócą, zastaną wrota otwarte, wtedy wejdą bez przeszkód, jeśli nie zdążą przed zapadnięciem nocy, niech modlą się, by nikt nie przyłapał ich w trakcie przekradania się przez mury lub rankiem nie zauważył nieobecności.

Do Exertun też weszli bez kłopotów. Kreczów rozpoznawano i nie zaczepiano. To nikomu nie wychodziło na zdrowie.

Gryppinowi dziwnie było wędrować w trakcie dnia po gwarnych uliczkach, którymi przepychała się gawiedź, gdzie linoskoczkowie za swe popisy oczekiwali grosza, a ulicznice uśmiechały się od ucha do ucha. Także do nich. Nawet kreczownicy nie stronią od uciechy. Przecież z nich jurni młodziankowie.

Dotarli do miejsca jeszcze bardziej gwarnego niż dotąd, do miejsca, gdzie zgiełk panował trudny do opisania, gdzie ruch był niby w mrowisku. Jedni szli tam, drudzy siam, ludzie wpadali na siebie, popychali, kłaniali i złorzeczyli. Słowem było tu rojnie niby na targu.

Bo to też był targ.

Ostatni taki Gryppin oglądał przed laty. Żyjąc w zamkniętym klasztorze, gdzie dostawał jadło, a każdy jego dzień wypełniały rozliczne obowiązki nakładane przez braci i mistrzów, po prostu niczego nie potrzebował od innych ludzi.

Rozglądał się. Wszystko się zmieniło. Stragany gdzie indziej niż przed laty. Tam, gdzie kiedyś leżały miecze, dziś wznosiły się wieżyczki garnków, gdzie kiedyś wisiały barwne tkaniny, dziś kisiła się kapusta lub solone śledzie wystawały ogonami z beczek. Zamiast statecznych kupców od koralików i grzechotek panoszyły się przekupy od bułeczek i chleba. Wymyślające sobie nawzajem. Pierwsza drugiej, że tamta kulawa maciora, druga pierwszej, że z niej żylasta kwoka. Ponadto swój towar zachwalające piskliwie i ochryple. Pierwsza, że świeże bułeczki, druga, że kołacze słodkie.

Wszystko się zmieniło.

I wszystko pozostało takie samo.

Gryppin trzymał się Herrina, który nurzał się w gawiedzi niczym doświadczony pływak. Krecz trzymał się go, by nie utonąć i sakiewki nie poronić, bo rzezimieszków pchających łapska do cudzych kieszeni w tłumie nie brakowało nigdy. Za to ceklarzy nie widać wtedy, kiedy potrzebni. Oni w tym czasie śmiali się do sprzedajnych dziewek, mając nadzieję dostać za darmo, i przeganiali zastrachane wioskowe baby.

Uzdrowiciel dotarł do zielarzy. Towar sprzedawał, targował się zawzięcie, zachwalał własne zioła, potrząsał nimi, kręcił głową.

Dobry jest – ocenił Gryppin.

Nie wszystko zostało upchnięte zielarzom, część dostała się farbiarzom i garbarzom, a także piwowarom sycącym miód i gorzelnikom, z okowity wyrabiającym smakowite trunki.

Herrin potrząsał sakiewką i śmiał się w głos.

– Na targ mnie zabrałeś? – rzekł na to Gryppin, a mówił nad wyraz słodko. – Kupczenia mam się uczyć?

– Prawda, jak dobrze poszło? – cieszył się uzdrowiciel.

– O tak, możesz z tego żyć.

– Żebyś wiedział! Żyła złota, pod warunkiem że ma się rękę do uprawy ziół. Ale ja mam. No i że na rynku zna się tego i owego.

– A ty znasz – ocenił roześmiany Gryppin.

– Lata. To lata wszystko zrobiły, przyjacielu.

– A ja roiłem sobie, żeś ty uzdrowiciel...

– Toś się nie pomylił! Ze mnie prawdziwa przechera! Chodźmy dalej.

– Ja za tobą, brachu! – zapewnił Gryppin.

Tym razem Herrin kupował, przede wszystkim nasiona, ale również jakieś pyłki, kokony, odwłoki owadów, a także różnobarwne kamienie.

– To na farby – rzekł o minerałach.

– Tkaniny też barwisz? – zakpił jego towarzysz.

– Czasem jakąś wstążkę na odegnanie uroku, ale więcej idzie na księgę. Ozdobne litery są piękne. Gdy będziesz swą księgę cyzelował, chętnie pomogę ci z kolorami.

– Zgłoszę się niechybnie – kwaśno odparł Gryppin, bo wspomnienie bezowocnego trudu zwarzyło go na kwaśno.

– Chodźmy dalej. Mam, czego mi trzeba.

– Wydałeś, coś zarobił.

– Źle liczyłeś! – Herrin poklepał się po boku. – Ledwie połowę. Musisz się nauczyć zwracania uwagi na drobiazgi.

– Czyli bycia dusigroszem?

– Nie, nie dusigroszem! Zaczynania od małego, a później przestępowania do rzeczy większych.

– To gdzie teraz?

– Sam zobaczysz.

***

Zobaczył, jak Herrin wycina czyraka, a później sporządza maź na liszaje, rozmawia z babinką skarżącą się na niedowład nóg, ale więcej na to, że dzieci są wiecznie zabiegane. Uzdrowiciel dostawał datki, jednak miedziaki same, niewarte jego trudu. Na koniec trafili do wielkiej, brzydkiej kamienicy, zwalistej i ciemnej, w której żył dziadyga mający leciwego, utykającego posługiwacza. Lecz to nie chromym zajął się Herrin, a jego usychającym panem.

Tak na oko nie wyglądało na to, by staremu kutwie cokolwiek dolegało. Był to zdzierca i skąpiec, który nawet spleśniałym chlebem nie podzieliłby się z biedakiem.

– Gonić darmozjadów! – było jego ukochanym powiedzonkiem. A darmozjadów czyhających na jego majątek, który zdobywał przez lata ciężkiej pracy, kiedy to pobierał podatki w królewskim imieniu, widział po prostu na każdym rogu.

Starzec narzekał, że go ssie, a z gęby śmierdziało mu zgniłymi jajami.

– Znowu jedliście pestki z dyni – stwierdził Herrin.

– Nic do ust nie brałem od samego ranka! – zaperzył się stary poborca podatków.

– A wczoraj?

– Ledwie kilka.

– Mówcie prawdę.

– No, może garstkę – przyznał skąpy gospodarz. – Przecież wiecie, że prawie nie jadam. Wysuszony jestem jak szczapka. Czasem przegryzę jaką skórkę od chleba, bo żołądek mam chory z nadmiaru zmartwień albo ktoś mnie otruł.

Herrin roześmiał się.

– Kto, kiedy i czym? Z domu nie wychodzicie.

– To jakaś zmora mnie gniecie.

– Zmora?

– Albo strzyga lub zły duch. Przyssała mi się do serca...

– Toż na żołądek się skarżycie?

– No to jakiś wróg urok rzucił.

– Dawno wszyscy pomarli.

– Moglibyście jednak wreszcie sporządzić dla mnie jakiś amulet. To pomogłoby raz na zawsze. Bo to na pewno sprawa złego ducha.

– To nie zły was dręczy, ale żołądek – lekko odparł uzdrowiciel.

Stary wytrzeszczył oczy.

– Nie musicie mnie słuchać! – sapnął z oburzeniem. – I możecie sobie iść. Nie jesteście mi wcale potrzebni! Ot co! – pisnął.

Lecz Herrin nie odchodził. Znał starego i jego przekomarzań nie brał do siebie. Wymieszał kilka ziół, dodał szczyptę kory, jakiś zasuszony łepek czerwia, wsypał to do mieszka i wyciągnął przed siebie. Stary ślinę przełknął i na woreczek zapatrzył się chciwie. Po czym wzrok opuścił, ale podniósł po chwili i sięgnął za pazuchę. Wydobył srebrną monetę wartości może z pół surewira. Herrin potrząsnął głową, stary dołożył drugą taką samą. Uzdrowiciel roześmiał się tylko, więc tamten ni to sapnął, ni to jęknął, a zabrzmiało to, jakby wydawał z siebie ostatni dech, po czym ostrożnie i bardzo powoli położył na stole błyszczącego złocisza. Sporego. Herrin podniósł go, a zamian zostawił sakiewkę.

– Pamiętacie, jak to zażywać?

– Pamiętam! – warknął stary.

– To zdrowia życzę, a tego ziela, co to je popalacie czasem, nie używajcie więcej.

– Jakiego ziela?! – wykrzyknął starzec. – Nic takiego nie mam! – zaperzył się.

Obaj młodzi goście opuścili dom.

– Tu majątku się dorabiasz? – spytał Gryppin, gdy z ulgą wyszli na ulicę.

– Jak widzisz. Z nim tak zawsze. Tyle razy tu byłem, a on zawsze najpierw pół surewira i gapi się na mnie. Za każdym razem.

– Ludzie tacy są.

Uzdrowiciel pokiwał głową.

– Czyli nie jesteś amuleciarzem? – podjął Gryppin.

Herrin roześmiał się.

– Chyba mało w to wierzę – odparł. – To raczej dziedzina wróżów i was, kreczów, gdy polujecie na jakieś wąpierze. Więcej osiągam ziołami albo ostrzem, gdy trzeba coś wyciąć. Całe to łączenie metali, niebiańskie koniunkcje, inwokacje, złoto na srebrze, gwiazda stała przekazująca swe cechy wędrownej raczej mnie bawi.

– Nie mów tego głośno – przestrzegł potworobójca.

– Tylko ty słyszysz.

Gryppin pomyślał, że ma oto do czynienia z kimś takim jak on sam. Choć nie do końca. Uzdrowiciel wierzył w choroby, z którymi walczył, Gryppin w potwory wcale.

– Cała ta magia słabo się sprawdza – sapnął uzdrowiciel. – Czy coś tam szepczę, czy nie, zwykle osiągam to samo. Choć ludzie oczywiście wolą, jak szepczę. Mają mnie wtedy za zręczniejszego i bardziej we mnie wierzą.

– Często wierzy się w byle co.

– Najłatwiej w kłamstwo.

– O tak... To osobliwa cecha ludzkiej natury. Mając do wyboru prawdę lub łgarstwo, prostaczkowie prędzej wybiorą łgarstwo. Książęta też – dodał po namyśle. – Ludzie uwielbiają dawać nabierać się pospolitym szalbierzom – roześmiał się potworobójca.

Chwilę milczeli.

– To jak ci się podobał stary dusigrosz? – spytał Herrin.

– Dziwak – odrzekł krecz. – Głowę dam, że teraz obżera się, aż uszy mu się trzęsą, skoro ma coś na lepsze trawienie.

– Tobyś ją stracił. I ja kiedyś to podejrzewałem, więc go sprawdziłem. On rzeczywiście je bardzo mało.

– A zatem ten jego ciężar na żołądku to zmyślenie?

– To akurat prawda, bo obciążył je pestkami dyni. One mu szkodzą. Wie o tym, lecz gdy go ssać zacznie, wtedy nie panuje nad sobą i żre je bez opamiętania.

– A wygląda na głodomora...

– Bo to głodomór. Obżera się tylko po tym zielu, które pali ukradkiem. Dziwna roślina, rosnąca tylko na wyspach morza wewnętrznego, i to nie na wszystkich.

– A wypierał się!

– Bo mu wstyd. To ziele jest jego słabością. To żałosny człek – Herrin pokręcił głową. – Samotnik, nieszczęśliwy dusigrosz, nieumiejący nikogo pokochać. Ale nawet skarbów sobie odmawia. Trzyma gdzieś je zakopane w tej kamienicy albo zamurowane i wygląda złodziei od świtu do zmierzchu. On nawet nie lubi tego ziela, które pali. Ale dzięki niemu mu lżej, ma wtedy wizje i staje się radośniejszy. Lecz później przychodzą smutek, zwątpienie i wstyd, a nade wszystko ssanie w trzewiach. Ten biedak cały, ze wszystkim, próżny.

– Zatem kłamał?

– Gdy ludzi pytasz, Gryppinie, oni zwykle kłamią. Jedni powodowani słabością, by ukryć swe przewiny, drudzy z ignorancji. Trzeba takiego dziesięć razy sprawdzić, nim raz się mu uwierzy.

***

Wśród pism, jakimi Gryppin się obłożył, znalazł się jeden niczym niewyróżniający się zwój. Taki nieszczególny. Kreczownik chwycił go, bo brał już wszystko jak popadnie, cokolwiek, czemu do rąk bliżej. Bo jeśli przypadkiem nie trafi na jakąś żyłę złota, czyli olśnienie, to rozmysłem także nie!

Pierwsze słowa na zwoju brzmiały: Sławna historia Diila przesławnego, starożytnego bohatera i zbawcy królestwa spisana ręką Bagrega z Rucji. A po tych pierwszych: Ja Bagreg, sławny kupiec, podróżnik i najpokorniejszy podnóżek...

Gryppin roześmiał się.

Później było równie wesoło.

Bagreg kupiec uważał się za poważnego człowieka, żartów nie lubił, poczucia humoru nie miał. O swej wyprawie pisał z zadęciem, co chwila używając wielkich liter. Lecz nim dotarł do historii swej wyprawy, przedstawił dzieje własnego rodu tak daleko, jak sięgał pamięcią, wywodząc go z krain, gdzie mieszkają poczwary o głowach psów, a ludzie zwisają z gałęzi głowami w dół niby nietoperze. W tym miejscu, poza tekstem opowieści Bagrega, na boku ktoś dopisał maczkiem: a to bzdury! Grrypin się z tym zgadzał.

Ale czytał dalej.

Bagreg skończył wreszcie ze swymi praszczurami, zwisającymi z gałęzi psiogłowcami i zajął się własną, bardzo szacowną osobistością, opisując z przejęciem wszystkie zaszczyty, jakich dotąd doświadczył, między nimi jak to Najjaśniejszy Pan Król w młodości szczypał go w gruby policzek i nazywał swoim parsiunkiem. A to pochwała, bo wieprzki są cwane. Dopiero po tych hołdach dla własnej figury następował opis wyprawy. To miejsce, gdzie następowała historia podróży, dawało się łatwo rozpoznać, bo tuż przed nim znajdowało się wyrysowane serduszko, a w nim dwa splatające się imiona: Hyc i Iffar. Każde z nich napisane innym kolorem atramentu i wyraźnie odmiennym charakterem pisma.

A dalej, już po prostu skrótowo, została przedstawiona historia Diila, czyli męża opatrznościowego Gelrii. Gryppin słyszał o nim co nieco, choć dawno. Ale z pewnością tu czytał nowe rzeczy, a mianowicie to, że ów starożytny bohater, mając do pomocy zastęp sławnych druhów, a w ich gronie złotoustego Krzerka i nadobną Ellen, miał pokonać złowrogiego maga Selidora, pana czarnoksięskiego Akkonu. Diil w tej historii wiele gadał, co rusz zapewniał o swym oddaniu i chęci do poświęceń, a mało co czynił, bo bohaterstwo na swe barki wzięli jego towarzysze. Imię Krzerka pozostawało zawsze takie samo, lecz pani Ellen bywała również nazywana Evellen albo Illan tudzież czarodziejką.

W tekście obok znajdował się wywód dotyczący imion Hyc i Iffar. Kochankowie także używali sobie do woli, zachwycając się ich nadzwyczajnym znaczeniem i przyobiecując się wieczną, szczerą i płomienną miłość.

Za to czego tam w opowieści Bagrega nie było o Diilu! O przebyciu labiryntu i pustkowi, zniszczeniu karczmy olbrzymów ludojadów, rozcinaniu wielogłowych potworów na pół, i to setkami. I śmierci bohaterów za sprawą smoka. To znaczy tamtych innych, nie Diila, co dotąd tylko gadał. Choć nie do końca. On nagle, ni stąd, ni zowąd, wkroczył do królestwa Akkonu, zniszczył armię Dergenów, a na świecie zapanował pokój. Ot, taki na wieki. Kupiec z Rucji z radością kończył ową historię. Według niego przybliżenie wielkich dokonań bohaterskiego zbawcy świata dodało kolejnego listka chwały do zasłużonego wieńca, który już go ozdabiał. Kończył górnolotnie o klątwie złego maga Sargolidora. To był ten Selidor, gdzie indziej zwany także Sargolionem. Bagreg z Rucji raczej mało przejmował się trzymaniem się jednej wersji imienia przeklętego czarnoksiężnika.

Ach, Hyc!, Ejże, Iffar! Znalazły się zawołania kochanków i opis, że jak Hyc idzie, to na woni kwiatów zamki można budować, a jak Iffar wzdycha, to ziemia jęczy. Kochankowie mieli używanie na tekście kupca.

A później następowały komentarze.

Pierwszy Hilmilara z Tlefft zestawiał historię opisaną przez Bagrega z legendami Akkonu i Gelrii. Nie czynił nic więcej, zaznaczone zostało tylko, że źródłem, z którego korzystano najwięcej, były Historie dawnych dni Regilvarta, a także roczniki rodu Litifram. Na koniec autor dodał dwie opowieści nawiązujące do Sławy Diila, a mianowicie ballady o karczmie w kraju Korranów i starciu Krzerka z założycielem linii Hen.

Dziwnie inaczej w źródłach przedstawiano to samo wydarzenie niż w opowieści kupca z Rucji.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.