Seks - Praca zbiorowa - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 264 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Seks - Praca zbiorowa

Żadna historia nie jest nudna, może być tylko źle opowiedziana. Na szczęście teksty, publikowane na łamach Focusa Historia to teksty fascynujące. Nie tylko dlatego, że wydarzenia z historii, o których pisaliśmy były arcyważne i arcyciekawe, ale przede wszystkim dlatego, że nasi autorzy wykonali tytaniczną pracę, by dotrzeć do nieznanych albo mało znanych źródeł. Dzięki temu wiele z prezentowanych tu historii jest szokujących. Zdumiewających i kontrowersyjnych. Ale zawsze są to historie prawdziwe.
W tym tomiku znajdziesz odpowiedzi na pytania:
- jakim sprośnym rozrywkom oddawały się elity II Rzeczpospolitej ?
- czym zasłynęła w Japonii gejsza Sada Abe?
- czy można być i kobietą, i mężczyzną, i stać się bohaterem historii medycyny?
- jakie były najsłynniejsze skandale w Białym Domu?
- o co pojedynkował się w Warszawie słynny Casanova?

Opinie o ebooku Seks - Praca zbiorowa

Fragment ebooka Seks - Praca zbiorowa





Informacje o książce


Wszystkie damy prezydentowi

Amerykanie lubią prezydentów, którzy głoszą wartości rodzinne i dochowują wierności małżonce. Z kolei gospodarze Białego Domu lubią perwersyjne skoki w bok. I jakoś to działa już ponad 200 lat. Wszyscy są zaspokojeni.

autor Krzysztof Kęciek


B bohaterem wojny o niepodległość i pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych (1789–1796). Przystojny, bardzo wysoki, niezwykle podobał się kobietom. Jako młodzieniec Jerzy Waszyngton zakochany był w ślicznej sąsiadce, Sally Fairfax, która odwiedzała go często, aczkolwiek była zamężna. W 1758 roku Waszyngton zaręczył się z niezbyt urodziwą, bogatą wdową Marthą Dandridge Custis. W pożegnalnym liście zapewnił Sally, że kocha tylko ją, usiłował wszakże skłonić długoletnią przyjaciółkę do milczenia: „Nie przeinaczaj wszak moich myśli ani ich nie ujawniaj. Nic światu do tego, co ci w ten sposób wyznałem w przedmiocie mojej miłości, skoro chcę, aby pozostało to ukryte". Rozczarowana Sally nie dała Waszyngtonowi upragnionego zapewnienia. Już jako małżonek Marthy, podczas wojny o niepodległość, generał Waszyngton zawarł bliską znajomość z Mary Gibbons, dziewczyną z New Jersey. Z niektórych dokumentów wynika, że przychodził bardzo późno w nocy do jej domu nad North River i gawędził z młodą damą także o polityce.

Mary wszakże miała kochanka, pewnego Johna Clayforda, który sympatyzował z Anglikami. Panna tak uwielbiała Johna, że obsypywała go prezentami. Potajemnie zabierała dokumenty i listy z kieszeni Waszyngtona i sporządzała ich kopie, które dawała Clayfordowi. John i Mary ułożyli nawet plan pojmania generała rebeliantów i wydania go Anglikom, jednak nie odważyli się wcielić swoich zamiarów w życie.

Po latach spędzonych w Białym Domu Waszyngton został szacownym plantatorem w swej posiadłości Mount Vernon w Wirginii. O miłostkach narodowego herosa krążyły barwne opowieści. Istnieją dwie wersje na temat okoliczności, w jakich pierwszy prezydent przeziębił się śmiertelnie w grudniu 1799 r. Pierwsza, patriotyczna, głosi, iż w wichurze i śnieżycy zrobił wielogodzinny objazd gospodarstwa. Według drugiej, nieoficjalnej, Waszyngton spędził ten czas na miłych, ale wyczerpujących uciechach w kwaterze swych czarnych niewolnic.

Kochanek czarnej Wenus

Tomasza Jeffersona, jednego z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych i twórców Deklaracji Niepodległości, do dziś uważa się za wzór demokratycznych cnót. Jednak nie wszystkie postępki trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych (1801– 1809) godne są naśladowania. Jefferson cenił zmysłową stronę życia. Kiedyś uwiódł żonę sąsiada, której cnoty miał strzec podczas nieobecności małżonka. Owdowiały, zwyczajem epoki, zabierał do łoża czarne niewolnice, nie przejmując się ich „prawami człowieka", które z takim zapałem głosił. Długoletnią kochanką bohatera stała się Sally Hemings, Mulatka, niewolnica i piastunka jego córki Polly. Romans zaczął się prawdopodobnie w Paryżu w 1787 roku. Dziennikarz James Callender usiłował szantażować prezydenta z powodu tego związku, a kiedy Jefferson nie zgodził się zapłacić, złośliwy redaktor opublikował paszkwil „Jeszcze o prezydencie", w którym napisał między innymi: „Jest rzeczą dobrze znaną, że człowiek, którego lud otacza poważaniem, żyje i przez wiele lat w przeszłości żył w konkubinacie z jedną ze swych niewolnic. Dziewka ta dała prezydentowi kilkoro dzieci... Owa afrykańska Wenus, jak mówią, prezyduje w Monticello (posiadłości Jeffersona) jako gospodyni domu".

Afrykańska Wenus była przyrodnią siostrą żony Jeffersona. Dzieci, które Sally wydała na świat, były białe, a podobieństwo chłopców do Jeffersona okazało się uderzające. Trzeci prezydent wyzwolił dwóch synów kochanki, lecz ją samą – dopiero w testamencie.

Rozkosz w szafie

Życie miłosne prezydentów w XIX wieku w znacznym stopniu pozostaje tajemnicą, gdyż nie było wtedy wścibskich mass mediów, a metresy lokatorów Białego Domu zachowywały dyskrecję. Sytuacja w następnym stuleciu całkowicie się odmieniła. Dziennikarze oraz zawiedzione kochanki łamali bez skrupułów wszelkie tabu.

Warren Harding, 29. prezydent USA (1921––1923) pojął za żonę Florence King, kobietę starszą od siebie, wyniosłą i władczą, która zatruwała mu życie bez litości. Czy dlatego Harding szukał pociechy w romansach? A może tylko dzięki seksowi mógł przezwyciężyć nudę, wszechobecną w jego życiu? Harding miał mierny umysł – ani praca, ani rozrywki intelektualne nie sprawiały mu przyjemności. Wieloletnią kochanką Hardinga jako senatora USA była Carrie Phillips, małżonka jego przyjaciela Jamesa Phillipsa, młodsza od przyszłego prezydenta o lat 15. W tym czasie Harding regularnie spijał słodycz także z ust Nan Britton, blondynki o krągłych kształtach, młodszej o 30 wiosen. Nan zadurzyła się w przyszłym lokatorze Białego Domu już jako licealistka i uczyniła wszystko, aby ta miłość została spełniona. Harding był tak zajęty amorami, że nie pojawiał się na większości głosowań. Swe senackie biuro wykorzystywał jako miejsce schadzek. Owocem takiego upojnego spotkania stała się córka Ann Elisabeth, którą Nan Britton urodziła w 1919 roku.

Partia Republikańska uczyniła Hardinga swym kandydatem do Białego Domu, nic nie wiedząc o jego amorach. Kiedy poznano prawdę, w Komitecie Wyborczym Republikanów wybuchła panika. Komitet przekazał Phillipsom 50 tysięcy dolarów i wysłał oboje w długi rejs do Japonii. Potem Republikanie systematycznie przekazywali Carrie znaczne kwoty w zamian za milczenie. To jedyny przypadek w historii USA, kiedy wielka partia polityczna płaciła kochance prezydenta. Na wniosek rodziny Hardinga, jego korespondencja z Carrie będzie utajniona aż do 2023 roku.

Kiedy został prezydentem, nowa Pierwsza Dama, Florence, zażądała przyznania sobie specjalnego agenta Secret Service. Miał on pilnować, aby progu Białego Domu nie przestąpiła Nan Britton. Ale agent kiepsko się spisał. Warren znalazł sposób na przemycenie kochanki. Oboje oddawali się rozkoszy w niezbyt wygodnej kryjówce, jaką była stojąca w Gabinecie Owalnym szafa. Mebel miał powierzchnię pół metra kwadratowego. Pewnego dnia agent doniósł jednak Pierwszej Damie o pojawieniu się rywalki. Rozwścieczona małżonka pośpieszyła do Gabinetu Owalnego, ale zapobiegliwy Warren postawił przy drzwiach ochroniarza, który „na mocy rozkazu prezydenta" niewzruszenie bronił przejścia. Wtedy Florence usiłowała przedrzeć się przez biuro George’a Christiana, jednego z prezydenckich sekretarzy. Ten wyczuł, co się święci i tak długo raczył Pierwszą Damę opowieściami, jak zajęty jest „najwyższy przywódca Ameryki", aż Nancy zdołała uciec. Kiedy Florence wreszcie dostała się do gabinetu, Warren spokojnie siedział za biurkiem i zajmował się sprawami państwa.

Inwalida z sekretarką

Franklin D. Roosevelt, 32. prezydent USA (1933–1945), w 1914 roku nawiązał romans ze swą sekretarką Lucy Mercer. W cztery lata później Eleanor Roosevelt przypadkowo odnalazła w walizce małżonka jego listy miłosne. Rozgniewana, zażądała rozwodu. Ostatecznie pozostała, ale jej związek z Rooseveltem był już tylko „białym małżeństwem". Franklin i Eleanor mieli odtąd osobne sypialnie. Prawdopodobnie żona Roosevelta znalazła seksualne spełnienie w ramionach zażyłej przyjaciółki Loreny Hickock, która z miłości do Eleanor zrezygnowała z dziennikarskiej kariery. Roosevelt w wyniku choroby, przebytej w 1921 roku, został sparaliżowany od pasa w dół. Podobno nie przeszkodziło mu to jednak w amorach z prywatną sekretarką Marguerite „Missy" Le Hand, która go uwielbiała. Prezydent zapisał jej w testamencie połowę majątku, ale „Missy" zmarła pierwsza. Kolejną miłością prezydenta była księżna Martha, żona następcy tronu Norwegii Olafa. Kiedy Norwegia została zajęta przez Niemców, Roosevelt zaprosił Marthę i jej męża do Ameryki, początkowo oboje zamieszkali nawet w Białym Domu. Martha, kobieta wysoka i pełna gracji, wielokrotnie dotrzymywała gościnnemu gospodarzowi towarzystwa.


Agent specjalny pilnował, aby do Białego Domu nie weszła kochanka Hardinga. Na próżno – oboje spotkali się w... szafie.


Bezsilny generał

Generał Dwight Eisenhower, bohater II wojny światowej, naczelny dowódca sił alianckich w Europie i 34. prezydent Stanów Zjednoczonych (1953–1961), był żołnierzem przepojonym poczuciem obowiązku. Dochował wierności swej żonie Mary Doud przez prawie całe życie. Prawie, bo kiedy był na wojnie, z dala od małżonki, zaprzyjaźnił się gorąco z Kay Summersby, młodą, atrakcyjną Irlandką o bajecznych oczach. Ta elokwentna i energiczna dama była osobistym kierowcą generała. Kiedy narzeczony Kay zginął od wybuchu miny, pani szofer pogrążyła się w rozpaczy. Eisenhower postanowił odegrać rolę pocieszyciela. Kay wyznała pod koniec życia w swych wspomnieniach: „To było jak eksplozja. Nagle opletliśmy się ramionami. Jego pocałunki całkowicie mnie oszołomiły. Głodne, silne, wymagające. A ja odpowiedziałam tak samo namiętnie. Oddychaliśmy ciężko, jakbyśmy wbiegli na dwunaste piętro...". Niestety, Eisenhower nie sprawdził się jako mężczyzna, zapewne dręczyło go poczucie winy wobec żony, a viagry w aptekach jeszcze nie było. Wszystkie próby intymnych kontaktów zakończyły się fiaskiem. Po raz ostatni generał i pani szofer usiłowali się kochać 14 października 1945 roku, w 55. urodziny Eisenhowera. „Ike był czuły, ostrożny, kochający. Ale to nie działało. Ubieraliśmy się powoli, uśmiechając się smutno" – napisze rozczarowana Kay. Podobno Eisenhower i tak złożył prośbę o zwolnienie z armii, aby mógł się rozwieść, ale zezwolenia nie uzyskał. Skruszony, wrócił do żony, która dowiedziała się o romansie i nigdy do końca mężowi nie wybaczyła.

Sułtan w Białym Domu

John F. Kennedy, 35. prezydent Stanów Zjednoczonych (1961– 1963), był wprost opętany seksem i nie przepuścił nawet niezbyt urodziwej dziewczynie. Kiedyś Kennedy’ego odwiedził w Białym Domu czołowy polityk Partii Demokratycznej z Kalifornii i przyprowadził ze sobą „naprawdę kościste babki". Agenci ochrony bardzo się wtedy krzywili: „Cholera, co prezydent robi z czymś takim? Wydawałoby się, że stać go na coś lepszego".

Ale John dobrze pamiętał radę swego ojca Josepha, „aby bzykać tak często, jak się da" i jej podporządkował życie. Spośród wszystkich gospodarzy Białego Domu był rekordzistą na polu seksualnych wyczynów. Jako sutenerów wykorzystywał agentów Secret Service. Lista prezydenckich podbojów byłaby dłuższa niż niniejszy artykuł. Wiadomo, że zażywał rozkoszy z królowymi piękności (Inga Arvard), aktorkami (Angie Dickinson, Marilyn Monroe, Jayne Mansfield), pracownicami Białego Domu, a także ze stewardesami, sekretarkami, asystentkami i licznymi kobietami podsyłanymi przez przyjaciół. Żył jak sułtan, niekiedy znudzony swoim haremem. Zapominał imion niezliczonych kochanek, nawet tych, z którymi spotykał się przez kilka lat. Witał je po prostu: „Cześć, maleńka", a jeśli potrzebował przypomnieć sobie tożsamość swojej flamy, prosił o pomoc portiera. Obecnie lokatorzy Białego Domu, czujnie obserwowani przez dziennikarzy, nie mieliby szans na takie zmysłowe dolce vita. Ale „Jack" roztaczał wprost boską charyzmę. Żaden z amerykańskich przywódców nie cieszył się taką miłością przyjaciół, reporterów, podwładnych. Życzliwi żurnaliści i pracownicy prezydenckiej administracji skrupulatnie chronili Kennedy’ego, zaś Pierwsza Dama, śliczna i elegancka Jacqueline, cierpiała w milczeniu. Dzięki temu, co jest wprost niewiarygodne, za życia JFK nie doszło do żadnego skandalu. Kennedy’ego porównywano do legendarnego króla Artura w Camelocie. Ekscesy 35. prezydenta kilkakrotnie naraziły kraj na niebezpieczeństwo. Biograf Kennedy’ego Thomas Reeves opowiada, jak gospodarz Białego Domu parę razy znikł bez śladu, zostawiając nawet agenta ze słynną nuklearną walizką z kodem do odpalenia atomowych rakiet międzykontynentalnych. Bez prezydenta rakiety te nie mogłyby w razie sowieckiego ataku zostać wystrzelone. Okazało się później, że w tym czasie JFK figlował z dziewczynami w podziemnych tunelach pod Nowym Jorkiem.

Związany z mafią piosenkarz Frank Sinatra naraił „Jack owi" młodą i uwielbiającą męskie towarzystwo Judith Campbell. Ta „dama do towarzystwa" została później kochanką Sama Giancany, ojca chrzestnego gangów chicagowskich, mającego wiele krwi na rękach. Kennedy’emu to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie – pasowało do niektórych planów. Prezydent zamierzał bowiem zlecić gangsterom zabójstwo Fidela

W SZPONACH KENNEDYCH

Marilyn Monroe związała się z rodziną Kennedych na śmierć i życie – tak przynajmniej twierdzą biografowie, publicyści i twórcy kina, którzy sugerują, jakoby rozstała się ze światem za sprawą prezydenckiej rodziny. Monroe zmarła 5 sierpnia 1962 roku w swym domu w Brentwood w Los Angeles. Za oficjalną przyczynę zgonu uznano samobójstwo. Marilyn przedawkowała tabletki nasenne. Do dziś jednak nie milkną konspiracyjne teorie, że gwiazda Hollywood została zamordowana z powodu intymnych związków z braćmi Kennedy. John nawiązał płomienny romans z aktorką w połowie lat pięćdziesiątych. W czasie kampanii prezydenckiej spotykali się już niemal otwarcie. Monroe była częstym gościem w Gabinecie Owalnym – nagrania kochanków pełne są erotycznych treści. Na kilka tygodni przed śmiercią aktorka wyznała psychoanalitykowi, że ma kłopoty z osiąganiem orgazmu. Wyznała wtedy również: „Marilyn Monroe jest żołnierzem. Jej naczelny dowódca to najwspanialszy i najpotężniejszy mężczyzna na świecie. Głównym obowiązkiem żołnierza jest posłuszeństwo naczelnemu dowódcy". Kennedy’ego irytowała ta wylewność przyjaciółki. Podobno nawet prosił przyjaciół, aby nakłaniali Monroe do milczenia, ale gwiazda „wysunęła pewne żądania". Czy pragnął jej śmierci? Ostatnio coraz popularniejsza jest wersja, jakoby to brat prezydenta, Robert, przyczynił się do tragedii. Na trop spisku wpadł australijski reżyser Philippe Mara, który opublikował fragmenty odtajnionych akt FBI w „Sydney Morning Herald". Robert i Marilyn mieli poznać się niedługo przed jej śmiercią. Wiosną 1962 roku Robert uczestniczył w seksimprezie, na którą zaproszona była również aktorka. Między prokuratorem generalnym i piękną gwiazdą szybko zaiskrzyło. Robert bywał na orgiach w Los Angeles, a nawet miał zaangażować się w lesbijski trójkąt. Gdy Marilyn straciła kontrakt ze studiem 20th Century Fox, zadzwoniła do biura prokuratora, a ten obiecał, że „wszystko załatwi". Kochanek okazał się jednak niesłowny. Odmówił także porzucenia żony, czego żądała gwiazda. Zazdrosna Marilyn zagroziła więc ujawnieniem „ich brudnych sekretów". Kennedy miał dość i postanowił pozbyć się niewygodnej kochanki. W spisek mieli być zamieszani: gosposia Eunice Murray, lekarz psychiatra, który przepisał aktorce feralne tabletki, oraz jej najbliższy przyjaciel Peter Lawford (mąż siostry Roberta). Marilyn znana była z „samobójstw na pokaz", które miały wzbudzić współczucie jej otoczenia. Tuż przed śmiercią rozmawiała przez telefon z Lawfordem. Może liczyła, że on lub gosposia pośpieszą jej na ratunek. Okazało się, że ktoś inny kupił ich lojalność...

Agnieszka Barańska

Castro, lecz poprzez swe konszachty z pozbawionymi skrupułów kryminalistami najwyższy urzędnik w państwie narażał się na szantaż z ich strony. Judith nie była zachwycona męskimi przymiotami prezydenta. We wspomnieniach „My Story" wyjawiła: „Zaczęłam odnosić wrażenie, że zależy mu wyłącznie na tym, żebym kładła się do łóżka i po prostu to robiła. (...) Poczucie, że jestem mu potrzebna tylko po to, żeby go obsługiwać, stawało się dla mnie z dnia na dzień bardziej męczące". Ale Kennedy nadal imponował swą jurnością. Wiosną 1963 roku nawiązał romans z Ellen Rometsch, luksusową call girl z Waszyngtonu, pobierającą 200 dolarów za noc. Zachwycona prezydentem Ellen świadczyła mu swe usługi gratis. Kennedy zabierał ją na „rozbierane przyjęcia" przy basenie w Białym Domu, podczas których „pięciu facetów baraszkowało z tuzinem dziewczyn".

Oczywiście prezydent nie wiedział, że Ellen pochodzi z Niemiec Wschodnich, należy do partii komunistycznej i prawdopodobnie jest agentką wywiadu NRD. Kiedy pojawiły się pierwsze pogłoski na ten temat, w Camelocie zapanował blady strach. Kennedy i jego brat Robert, prokurator generalny, zdawali sobie sprawę, że w powietrzu wisi skandal, który zmiecie całą administrację. Z trudem zażegnano kryzys. W sierpniu 1963 roku na żądanie Departamentu Stanu Ellen Rometsch została deportowana do Niemiec.

Być może frywolny żywot JFK przyczynił się do jego zgonu. Na kilka tygodni przed fatalną podróżą do Dallas prezydent naderwał sobie pachwinę podczas erotycznych igraszek na basenie. Na polecenie lekarzy nosił więc gorset ortopedyczny, utrzymujący ciało w sztywnej pozycji. Kiedy 22 listopada 1963 roku w Dallas pierwsza kula zamachowca ugodziła prezydenta w szyję, pozostał wyprostowany jak doskonały cel. Drugi pocisk roztrzaskał głowę Kennedy’ego.

Erotoman bez stylu

36. prezydent Stanów Zjednoczonych (1963–1969) był erotomanem o prostackich obyczajach i prymitywnym umyśle. Lubił dyktować swym współpracownikom, gdy siedział na sedesie i wypróżniał się głośno, roztaczając odrażające zapachy. Zazdrościł seksualnych podbojów Johnowi F. Kennedy’emu (przy którym był wiceprezydentem) i chwalił się: „Miałem więcej kobiet niechcący, niż JFK celowo". Zapewniał, że swoim „jumbo" (tak nazywał penisa) potrafi dokonywać cudów. Żona Johnsona, Claudia Alta Taylor, była istotą pokorną i uległą, która wybaczała wszystko swemu mężczyźnie. Jako prezydent, Johnson zatrudnił sześć ślicznych sekretarek i przespał się z pięcioma z nich. Bezwstydnie chełpił się przed przyjaciółmi: „Przykładałem dużą wagę do urody. Nie potrafię znieść przy sobie kobiety brzydkiej albo grubej, która wygląda jak krowa siedząca na własnym wymieniu". Jedną z sekretarek zaprosił na swą farmę. Zdziwiona dziewczyna spostrzegła, że drzwi do jej pokoju nie mają klucza. W nocy obudziła się z przerażeniem – oto jakiś mężczyzna wciskał się jej do łóżka. Nagle rozległ się znajomy głos: „Posuń się, kotku, to prezydent". Figlował z sekretarkami także w Gabinecie Owalnym (na podłodze, a nie w ciasnej szafie).

Długoletnią kochanką Johnsona była Alice Glass, dumna piękność o mlecznobiałej cerze i włosach jak księżniczka, małżonka magnata prasowego Charlesa Marsha. Johnson, jeszcze jako kongresmen, nie tylko uwiódł Alice, ale także nakłonił Marsha, by ten wspomógł jego karierę finansowo.

Przez 21 lat romansował z Madeleine Brown, którą poznał w 1948 roku na przyjęciu w Dallas. Dziewczyna, która miała wtedy 24 wiosny, wspominała: „Spojrzał na mnie, jakbym była porcją lodów w gorący dzień". W trzy lata później Madeleine urodziła Johnsonowi syna, który otrzymał imiona Steven Mark. W zamian za milczenie matka otrzymała mieszkanie z dwiema sypialniami, kartę kredytową bez limitu i co dwa lata nowy samochód. W 1997 roku Madeleine opublikowała autobiografię „Texas in the Morning: The love story of Madeleine Brown and President Lyndon Baines Johnson", w której twierdziła, że jej kochanek był zamieszany w zabójstwo prezydenta Kennedy’ego.

Teflonowy Bill

Bill Clinton, 42. prezydent USA (1993–2001), nie dorównał Kennedy’emu pod względem liczby miłosnych podbojów. Zdobył za to wątpliwą sławę jako pierwszy amerykański przywódca, którego życie erotyczne, a także zdrady małżeńskie, stały się powszechnie znane. Było to możliwe, ponieważ prokurator specjalny Kenneth Starr sporządził dokładny, niemal pornograficzny, raport na temat związku prezydenta z Monicą Lewinsky, stażystką w Białym Domu. Raport został opublikowany także w Internecie. Jak napisał amerykański publicysta John Michael Berecz: „Clinton zapisał się w historii w sposób, który wypalił swoje nieusuwalne piętno na narodowej psychice. Tak jak dziecko, które zostawia ślady zabłoconych stóp na jasnym dywanie, Clinton zbrukał najważniejszy gabinet narodu – zanieczyścił go plamami prezydenckiego nasienia".

Clintona nazywano „teflonowym Billem", ponieważ wszelkie zarzuty i afery spływały po nim jak woda. Słusznie zdobył sobie miano czołowego babiarza narodu. Już jako gubernator Arkansas wykorzystywał policję stanową, aby sprowadzała mu kobiety. Policjant Larry Patterson, członek ścisłej ochrony gubernatora, opowiadał, że pewnego razu zawiózł szefa na parking przy szkole podstawowej Broo­ ker. Uczęszczała do niej Chelsea, córka prezydenta. Ale Bill przyjechał nie po dziecko, lecz na randkę z ekspedientką lokalnego domu towarowego. „Widziałem, jak Clinton przenosi się na przednie siedzenie, a potem spostrzegłem głowę tej pani na jego udach. Przebywali w samochodzie od 40 do 50 minut".

Życie Billa było, jak określiła to jego bliska współpracownica Betsey Wright, jedną wielką „eksplozją panienek". Małżonka Billa, Hillary Rodham, często odsądzała męża od czci i wiary za jego niezliczone zdrady, obdarzała go epitetami w rodzaju: „żałosny sukinsyn". Hillary, niczym w popularnej piosence country „trwała jednak przy boku swego mężczyzny". Zdawała sobie sprawę, że rozwód złamie karierę Billa, a Hillary także chciała znaleźć się w Białym Domu i pozostać tam aż do końca kadencji.

Nad Potomakiem krążą uporczywe pogłoski, że Hillary odpłacała mężowi pięknym za nadobne, nie tylko z mężczyznami. Clinton opowiadał jednej ze swych niezliczonych kochanek, piosenkarce Gennifer Flowers: „W końcu moja żona nalizała się więcej cipek niż ja". Gennifer utrzymywała później, że Bill wciąż szukał nowych sposobów zwiększania ekstazy. Lubił mieć ręce przywiązane do stalowych słupków łóżka, opryskiwał obnażone ciało przyjaciółki wodą z topniejącego lodu lub wyciskał na nie miód z plastikowej butelki w kształcie misia, a potem uskuteczniał upojny masaż...

Setki kobiet uległy wdziękowi Billa­urwisa. Jeszcze raz sprawdziła się słynna reguła, że władza to najlepszy afrodyzjak. Jedną z nielicznych, która oparła się czarowi Clintona, była Paula Jones, pracownica administracji stanowej Arkansas. Twierdzi ona, że w maju 1991 roku gubernator Clinton zaprosił ją do swojego pokoju w hotelu Excelsior w Little Rock. Tam Bill rozpiął rozporek, spuścił spodnie i powiedział osłupiałej dziewczynie: „Pocałuj go". Paula zapewnia, że stanowczo odrzuciła te zaloty, a wtedy twarz gubernatora stała się „czerwona jak burak". W 1994 roku Paula Jones podała Clintona do sądu o molestowanie seksualne. W cztery lata później postępowanie zostało zakończone na mocy ugody: gospodarz Białego Domu zapłacił oskarżającej 850 tysięcy dolarów, lecz nie przeprosił i nie przyznał się do winy.

Dochodzenie, prowadzone przez adwokatów Pauli Jones, doprowadziło wszakże do erupcji megaskandalu, zwanego „aferą rozporkową". Niewiele brakowało, aby „teflonowy Bill" został w sromotny sposób wyrzucony z Białego Domu. 17 stycznia 1998 roku internetowa strona Drudge Report zamieściła wiadomość o romansie prezydenta z 22­letnią Monicą Lewinsky, stażystką w Białym Domu. 26 stycznia podenerwowany Clinton powiedział przed kamerami: „Chcę powiedzieć narodowi amerykańskiemu jedną rzecz... Nigdy nie miałem kontaktów seksualnych z tą kobietą, miss Lewinsky".

Niestety, tym razem kłamstwo prezydenta się wydało. Istniał bowiem dowód rzeczowy – błękitna sukienka Moniki z plamami nasienia. Badania DNA wykazały, kto był sprawcą. Rozsierdzeni Republikanie wszczęli w Kongresie procedurę impeachmentu, czyli usunięcia z urzędu „prawdomównego inaczej" prezydenta. Clinton ocalał, ponieważ prawie wszyscy Demokraci udzielili mu poparcia, podobnie zresztą jak większość społeczeństwa. Amerykanie uznali, że skoro Hillary nie ma do Billa pretensji, także oni nie powinni mieszać się w prywatne sprawy Clintonów.

Monica zeznała przed prokuratorami, iż 7 stycznia 1996 roku, podczas czwartego spotkania, Bill trzymał w ustach cygaro, potem wziął je w rękę i spojrzał na nie „w taki nieprzyzwoity sposób". Dziewczyna wyznała: „Popatrzyłam na cygaro i na niego, i powiedziałam: to też możemy zrobić, kiedyś".

„Kiedyś" nadeszło 31 marca 1996 roku, także w Białym Domu. Prezydent obsypywał pocałunkami piersi młodej przyjaciółki. W pewnym momencie wsunął jej cygaro w miejsce najbardziej intymne. Potem włożył je sobie do ust i rzekł zadowolony: „Dobrze smakuje".

W Niedzielę Wielkanocną 7 kwietnia 1996 roku „teflonowy Bill" znowu zabawiał się ze stażystką w Gabinecie Owalnym, kiedy nagle zadzwonił telefon. Prezydent odebrał, lecz gestem pokazał Monice, aby podczas rozmowy zaspokajała go ustami. Dziewczyna skwapliwie posłuchała. Prezydent roztrząsał sprawy państwa ze swym doradcą Dickiem Morrisem, jednocześnie doświadczając zmysłowych uniesień...

Monica nazywała Billa dziwakiem, ponieważ prezydent chciał uprawiać z nią tylko seks oralny i to bez orgazmu. Jednakże 27 lutego 1996 roku w łazience Białego Domu pod wpływem nalegań kochanki Clinton doprowadził sprawę do końca. Owocem tej randki stała się słynna poplamiona sukienka.

Hillary Rodham zamierza w 2008 roku wystartować w wyborach do Białego Domu i być może zostanie pierwszą kobietą prezydentem. Bill ma więc szanse, aby doprowadzić do kolejnego seksualnego skandalu, tym razem jako Pierwszy Dżentelmen u boku prezydenckiej małżonki.

Krzysztof Kęciek


Historyk i publicysta, autor książek: „Dzieje Kartagińczyków", „Kynoskefalaj 197 p.n.e.".


Popiersia w biustonoszach

Kobiety sprawowały władzę nie tylko nad państwami czy rządami. Także nad masową wyobraźnią całego świata, inspirując myślicieli, pisarzy oraz reżyserów. Oto ikony ludzkości.

autor Wojciech Lada


Od dawien dawna żyjemy w męskim świecie. Jeszcze w XVI wieku paryski chirurg Ambroży Pare pisał o kobiecie jako o „okaleczonym samcu". Sto lat później Casper Hoffman dowodził, że „kobieta to niedoskonały mężczyzna, bo jest zimniejsza w humorach i temperaturze, a jej genitalia są niedoskonałą wersją męskich, dlatego kryją się wewnątrz ciała". Nawet ceniony do dzisiaj Zygmunt Freud był święcie przekonany, że kobiety cierpią na kompleks braku penisa. Winston Churchill – skądinąd szczęśliwy małżonek i ojciec czterech córek – mawiał: „Nic mnie nie przekona, bym głosował za równym prawem wyborczym dla kobiet".

Nie dziwi więc, że sięgając w głąb historii, tak niewiele znajduje się kobiet, które odegrały w niej znaczącą rolę. Jeśli już, to częściej są to kobiety mityczne lub legendarne, kobiety – symbole niż realnie istniejące osoby, jak choćby Wenus, Pandora czy Ewa. Poniżej nasza subiektywna lista rzeczywistych kobiet, które w ten czy inny sposób wpłynęły na bieg dziejów. Takich kobiet, które oddziałały na świat, nie tracąc przy tym cech czysto kobiecych, co nader często zdarzało się np. ważnym w historii monarchiniom.

Nos, który prawie zmienił świat

Mało która naprawdę istniejąca kobieta starożytności tak silnie zapładniała wyobraźnię późniejszych stuleci jak ostatnia władczyni z panującej w Egipcie dynastii Ptolemeuszy, Kleopatra. Z równym powodzeniem pojawiała się w utworach Szekspira i komiksowych przygodach Gala Asteriksa. Nakręcono o niej kilkadziesiąt filmów, w tym najbardziej kosztowną superprodukcję początku lat 60., z Elizabeth Taylor w roli głównej. A wszystko to dobrze ponad dwa tysiące lat po jej śmierci. Do legendy przeszła jako egzotyczna piękność znad Nilu; tak oszałamiająca, że mężczyźni gotowi byli oddać życie za jedną spędzoną z nią noc. Jej współcześni – nie kwestionując kobiecego czaru królowej – opisywali ją jednak w niezbyt romantyczny sposób. Była w ich oczach „królową nierządnicą" (Pliniusz Starszy), „demoniczną uwodzicielką" (Horacy) czy po prostu dziwką (Propercjusz). Wiele stuleci później Dante musiał uważać podobnie, skoro na kartach „Boskiej komedii" umieścił Kleopatrę w piekle. Cóż, wbrew wyidealizowanemu obrazowi starożytności, jaki mamy dzisiaj, żyjący wówczas ludzie uwielbiali ocierające się o pornografię epitety i Kleopatra nie jest tu żadnym wyjątkiem. O ile więc kwestię nie najlepszego prowadzenia się królowej warto potraktować z przymrużeniem oka, jako opinie spłodzone przez przeciwników politycznych z kręgu Rzymu, o tyle opinie o jej legendarnej urodzie są z pewnością wymysłem literackim. Już Blaise Pascal pisał: „Gdyby nos Kleopatry był krótszy, inne byłoby oblicze świata". Opinię tę potwierdza wizerunek Egipcjanki, znajdujący się na denarze z 32 r. p.n.e oraz kilku zachowanych do dnia dzisiejszego posągach.

Spiczasty nos i podążający jego tropem grubawy podbródek Kleopatry nie przeszkodziły królowej rozkochać w sobie Juliusza Cezara, z którym miała syna Cezariona, a po jego śmierci wdać się w gorący, spuentowany dwójką potomków, romans z Markiem Antoniuszem. Nie wiadomo, ile związki te miały wspólnego z miłością, wiadomo jednak, że były doskonałym sposobem na zachowanie niezależności wówczas już bardzo „starożytnego" Egiptu od Rzymu. O tym, jak było to potrzebne, najlepiej świadczy fakt, że po przegranej bitwie pod Akcjum (Kleopatra i Marek Antoniusz kontra Oktawian), samobójstwie Marka Antoniusza i rychłej śmierci samej Kleopatry, ukąszonej przez żmiję (szczegółowy opis jej samobójstwa zawdzięczamy Plutarchowi), Egipt utracił niepodległość, by odzyskać ją dopiero 12 lutego 1922 r., a więc po 1953 latach...

Milczący świadek

Tę historię znają chyba wszyscy. Dziewica Maria (urodzona zapewne kilka lat po śmierci Kleopatry) „za sprawą Ducha Świętego" poczęła, a następnie urodziła syna, któremu – zgodnie z życzeniem archanioła Gabriela – dała na imię Jezus. Niewiele więcej o Marii wiadomo. Ewangeliści przekonywali, że była żoną cieśli Józefa, z którym mieszkała w Nazarecie. Nieco więcej szczegółów, raczej wyssanych z palca, znają autorzy apokryfów. Na przykład Jan z Szamotuł – profesor Akademii Krakowskiej z przełomu XVI i XVII wieku – był przekonany, że „Głowa jej była niejako podługowata, czoło nie szerokie, ale gładkie, na cztery grani, miernie wielkie, słusznie pokorne, a zawsze w dół je spuszczała, taka bowiem głowa a czoło ukazują człowieka opatrznego, mądrego, sromięźliwego (...) Żrenica czarna, brwi czarne, nie bardzo gęste ani włosiste, ale słuszne (...) Jagody jej nie pucułowate, albo tłuste, albo wyschłe, ale cudne, a rumiane w barwie jako mleko a róża. Usta najświętsze, miłe rozkoszne, wesołe, wszelkiej słodkości napełnione...".

Poza twórcami takich tekstów (niezwykle zresztą popularnych nawet w kościelnych kazaniach, co najmniej do Soboru Trydenckiego 1545–1563) nikt wiarygodny nie podaje, ile miała lat, jak wyglądała, jak opiekowała się dzieckiem, jaki był jej stosunek do świętości Jezusa.

W Nowym Testamencie Maria jest przez większość czasu milczącym świadkiem wydarzeń – pomijając dzieciństwo Jezusa – pasywnym, choć wciąż obecnym. Nie ma też żadnych pewnych doniesień, jak Maria spędziła resztę życia po stracie syna. Obowiązującym w Kościele rzymskokatolickim dogmatem, ale bardzo późnym, pochodzącym dopiero z roku 1950, jest dogmat o jej Wniebowzięciu. Pius XII ogłosił, że „na koniec Niepokalana Dziewica, zachowana wolną od wszelkiej skazy winy pierworodnej, dopełniwszy biegu życia ziemskiego z ciałem i duszą wzięta została do chwały niebieskiej i wywyższona przez Pana jako Królowa wszystkiego, aby bardziej upodobniła się do Syna swego, Pana panujących oraz Zwycięzcy grzechu i śmierci". Mówimy o religii – większość rzeczy trzeba więc wziąć (albo nie) na wiarę. Historycznym faktem jest jednak olbrzymia rola Marii i towarzyszącego jej kultu zarówno dla rozwoju chrześcijaństwa, jak i liberalizowania norm społecznych. Przez cztery pierwsze stulecia istnienia chrześcijaństwa Maria nie cieszyła się większym zainteresowaniem teologów. Pozostawała przede wszystkim bohaterką religijności oddolnej, spontanicznej, ludowej właśnie. Jej kult sprowadził chrześcijaństwo z teologicznych katedr do kuchni – zapewne nieco zubożając w ten sposób religię, ale jednocześnie sprzyjając jej rozprzestrzenieniu u ludności przywykłej do wielobóstwa i bliskiego kontaktu z sacrum. Zwłaszcza u kobiet. Tę bliskość najlepiej zresztą widać w ikonografii. Maria jest w niej uniwersalną matką – dumną z dziecka, wraz z nim cierpiącą. Nieważne, czy jest ono Bogiem, czy człowiekiem. Jak pisał amerykański historyk William Monter: „U katolików Maria to Ewa, naprawiająca błąd pierwszej".

Sybilla znad Renu

Niedożywienie, piwo i wino, spożywane tak jak dziś herbata, częste u kobiet średniowiecza frustracje seksualne czy po prostu całe otoczenie zdominowane przez dość mroczną wówczas religijność – zdecydowanie sprzyjały wykwitaniu mistycznych wizji. Były wśród nich dość przaśne i dwuznaczne, w których Jezus opisywany był jako oblubieniec, zapraszany przez oblubienicę do łoża. Były też przerażające, apokaliptyczne obrazy zagłady tego świata. Jednak poza oddaniem ogólnego klimatu ówczesnej duchowości i potwierdzeniem osobistej dewocji ich autorek, po prawdzie niewiele z nich wynikało. Wyjątkiem były wizje Hildegardy z Bingen, której mistyczne uniesienia przełożyły się m.in. na porcję wspaniałej poezji, wykonywanej do dziś muzyki, a nawet na szereg badań medycznych.

WIELKA I ZMĘCZONA

Młoda królowa Elżbieta I w przeddzień koronacji 14 stycznia 1559 r. przyjęła z rąk alegorycznej Prawdy angielską Biblię, a katolickich zakonników, którzy następnego dnia przyszli ją błogosławić, odprawiła słowami: „Zabierzcie te pochodnie. Doskonale widzimy przy świetle dziennym". Zakonnicy mieli sporo szczęścia – zgodnie z tradycją swoich poprzedników Elżbieta już wkrótce sprawiła, że szafot był jednym z najtłumniej odwiedzanych miejsc na Wyspach. Podczas czterdziestopięcioletniego panowania musiała walczyć nie tylko z opozycją religijną w kraju, ale również z otwartymi konfliktami, jak choćby krwawo stłumione (1583) powstanie w Irlandii. Prowadziła też wojny na kontynencie. Poparła niderlandzkich powstańców, co doprowadziło do długotrwałej wojny z Hiszpanią zakończonej dopiero po śmierci Elżbiety. Słynny epizod tego konfliktu – rozbicie hiszpańskiej Wielkiej Armady w 1588 r. – przyczynił się do ugruntowania potęgi morskiej Anglii i wzrostu sympatii dla królowej wśród jej poddanych. Przewijająca się do dzisiaj w literaturze opinia o Elżbiecie – królowej dziewicy jest raczej mocno naciąganą legendą. Była osobą o przykuwającej uwagę urodzie (wcielająca się właśnie po raz drugi w jej rolę Cate Blanchett wydaje się dobrana idealnie), w latach młodości chętnie flirtowała. Faktycznie jednak nigdy nie wyszła za mąż i nie zostawiła po sobie potomka, kończąc tym samym panowanie dynastii Tudorów. Elżbieta zmarła w 1603 r. w wieku 70 lat. Tuż przed śmiercią miała powiedzieć: „Anglicy są już mną zmęczeni, a ja jestem zmęczona nimi".

Hildegarda urodziła się w 1098 roku w rodzinie szlacheckiej. Jako dziesiąte dziecko nie mogła oczywiście liczyć na jakiekolwiek uposażenie, zgodnie z ówczesnymi zwyczajami została więc oddana do klasztoru. Z pewnością musiała wyróżniać się wśród mniszek – tak religijnością, jak i talentami dyplomatycznymi – gdyż bez większego problemu przy pierwszej nadarzającej się okazji została wybrana przeoryszą. Warto pamiętać, że były to czasy, w których zgodnie z opinią św. Augustyna (później podtrzymaną przez św. Tomasza), kobieta była tylko wybrakowaną wersją mężczyzny i wciąż dyskusyjna pozostawała kwestia posiadania przez nią duszy. Świadoma tego Hildegarda ze zręcznością zawodowego polityka umacniała stopniowo swoją pozycję tak w kręgach intelektualnych (wspierał ją m.in. jeden z wybitniejszych umysłów ówczesnej Europy Bernard z Clairvaux), jak i biskupich oraz papieskich. Dopiero wyposażona w ich poparcie przyznała, że od dziecka regularnie komunikuje się z Bogiem i bezpośrednio od niego otrzymuje swoją wiedzę. Formalnie inkwizycja jeszcze nie istniała, jednak antyheretyckie napięcie związane z ekspansją sekt waldensów i katarów sprawiało, że stosy powoli zaczynały już wówczas płonąć. Pozycja Hildegardy pozostała jednak nienaruszona. Pisywała traktaty moralne, w których krytykowała rozwiązłość męskiego kleru. Opierając się na dobrej znajomości klasycznej filozofii greckiej, zajmowała się badaniem minerałów i botaniką, dość mocno nadwerężając przy tym oficjalną doktrynę Kościoła o stworzeniu przez Boga wszystkich rzeczy podczas jednorazowego aktu. W momencie śmierci była jedną z najbardziej znanych i cenionych osobowości ówczesnej Europy, określaną często jako „Sybilla znad Renu".

Na stos za spodnie

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com