Schodząc ze ścieżki - Tomasz Jamroziński - ebook
Wydawca: Oficynka Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Schodząc ze ścieżki - Tomasz Jamroziński

Częstochowscy policjanci odsłaniają kulisy dawnego morderstwa

Sprawa morderstwa nad glinianką Michalina w Częstochowie powraca po jedenastu latach. Z zimną krwią zaszlachtowano tam dwóch nastolatków. Trzeci ledwo uszedł z życiem. Okoliczności, w jakich doszło do zbrodni i jej szybkiego wyjaśnienia, kładą się cieniem na stróżach prawa, ale nie tylko... Kogoś bardzo interesuje nieformalne dochodzenie w dawno zamkniętej sprawie, które wszczęli komisarz Andrzej Wołoszynow i aspirant Bartosz Zdaniewicz. Ten ktoś nie spocznie, nim zagrożenie nie zniknie…

„Policjanci z krwi i kości, okrutne morderstwa i mroczna panorama Częstochowy – miasta, które na ogół nie kojarzy się ze zbrodnią. Jamroziński nie schodzi z dobrej ścieżki wyznaczanej przez przepisy na dobry kryminał”.

Mariusz Czubaj

Tomasz Jamroziński (ur. 1978 r.) – poeta, autor tomów stenogramy, Przylądek do skrócenia i Mężczyźni są z Warsa.

Opinie o ebooku Schodząc ze ścieżki - Tomasz Jamroziński

Fragment ebooka Schodząc ze ścieżki - Tomasz Jamroziński







PROLOG

— Długo tu sterczycie, w tym piachu?

— Kwitniemy sobie, kurwa, a was jak zwykle nie można się doprosić! — fuknął jeden z mundurowych. — Poza tym trzeba wreszcie ustalić, kogo wyłowili nurkowie, i zabierać się stąd. Co to w ogóle za spławiki?

— Za krótko leżały w wodzie, żeby ktoś miał problem z identyfikacją. Rodzina nie takich rozpoznawała — odparł facet dzierżący w dłoni lekarską walizkę, po czym ponownie pochylił się nad zwłokami. — Już powinna być widoczna skóra praczek. O, widzisz, jakie zdeformowane i zmacerowane dłonie zaczynają mieć obaj topielcy.

Mówił to z wielkim spokojem, jakby wcale nie zwrócił uwagi na pocięte i zmasakrowane ciała, sterylne, bez śladu uwalania krwią, na dwa bladoniebieskie, niemal fluorescencyjne trupy.

— Ty, a gdyby tak ich nie wyłowili albo by sami nie wypłynęli?! No, weźmy, że zaplątali się w coś, utknęli na dłużej w wodzie — zagadnął funkcjonariusz. — Co by z takimi denatami było? Nie pytam o gnicie czy tam jakieś rozedmy płuc, chodzi mi o skórę.

— Uhm, zwłoki czasem zachowują nadzwyczajną świeżość. Zmarli pływający po wierzchu narażeni są na działanie powietrza, więc od razu zgniłek, ale tacy w wodzie to zwykle mają wybieloną skórę. Naskórek rozluźnia się i po dłuższym czasie, zależy od temperatury wody, można ściągnąć go z rąk i nóg razem z paznokciami jak rękawiczkę. W rwącej wodzie to prąd sam sobie z tym radzi. Zrywa większe partie skóry, a krew się wysącza, tak że ciało jest zupełnie wypłukane. Czyściutkie narządy, no chyba że dobierze się do nich fauna.

— Chyba mi wystarczy. — Mundurowy przytrzymał dłonią usta.

— To po co, chłopie, głowę zawracasz?! Pilnuj lepiej tych gapiów na górze — powiedział lekarz, przecierając szkła swoich okularów.

— Na szczęście to tylko nasi i kilku gości z motelu. Tak po prostu ciekaw byłem, co z liniami papilarnymi. Denat pływa sobie i co, ścierają się one przy tej skórze praczek? A gdyby mus był, żeby topielca w taki sposób identyfikować?

— Wstrzykujesz w opuszki glicerynę i palce lizać. Są roztwory do faszerowania, żeby linie były wyraźne jak grawer. A żebyś już mi więcej nie truł tyłka, to powiem ci, że niektórym musiałem odcinać palce i gotować je w oleju, żeby opuszki odzyskały sprężystość.

— Paskudną masz robotę.

— To już są tylko same tkanki, białka i tym podobne. Tutaj, jak widzę, nie grasowały zwierzątka wodne, raczej grubszy zwierz lądowy, więc naszym tematem nie będzie woda w płucach. Żaden to topielec, co ma tyle ran i odciętych fragmentów skóry.

— Może walczyli ze sobą, skoro obydwaj tacy poharatani — podsunął nieśmiało policjant.

— Nie jestem tutaj od zgadywania, ja tylko nadaję etykiety i pakuję do katalogu.

Ekipa płetwonurków zwijała sprzęt, nie mieli chyba najmniejszej ochoty podchodzić do znaleziska. Syndrom gapia ich nie dotyczył, aż nadto napatrzyli się w trakcie pracy.

Dobrze, że świadek zdarzenia podpowiedział zatoczkę, w której powinni szukać, bo pewnie spędziliby tu masę czasu. Świtało, a w związku z wyjątkowo słonecznym końcem maja należało spodziewać się jakichś plażowiczów, na przykład maturzystów, takich jak ci przed chwilą wyłowieni ze zbiornika wodnego. Opalanie się i grillowanie nad glinianką to może nie najbardziej wyszukana forma wypoczynku, ale czymś muszą się ratować mieszkańcy ćwierćmilionowego miasta.

W takie dni nikt nie przebiera w ofercie kąpielisk.

W środku nocy zerwał się wiatr. Zaczęło naprawdę mocno wiać i wyjątkowo nie od zachodu. Topole rozkołysały się na wszystkie strony, jakby całe korony podłączone zostały pod linie wysokiego napięcia, jakby szarpiące się wzajemnie gałęzie brały udział w jakiejś niezrozumiałej grze albo koślawym tańcu.

Stał tuż przy zejściu na piaszczyste nabrzeże i obserwował osoby krzątające się wokół niewielkiego ogniska. Z jego perspektywy, pomimo panujących ciemności, widoczne było także lustro wody. Czyżby ruch, drobne fale? Na powierzchni tak małego zbiornika to chyba rzadkość. Nigdy nie zwracał uwagi na tego typu zjawiska, co teraz nadawało smaku całej eskapadzie.

Dłonią potarł gładki policzek, w pewnym sensie dla rozgrzewki. Przez chwilę pomyślał nawet o rytualnym wymalowaniu twarzy, ale szybko wybił to sobie z głowy. Od razu zrozumieliby, że coś jest nie w porządku. Bez przesady. Żadnych zbędnych ceregieli. Nieskażony chciał przejść przez scenariusz zaplanowany tylko dla jednego aktora. Będzie wreszcie sam, sam ponad innymi — ta myśl wprowadzała go w niekłamany zachwyt.

Postanowił skupić się na swoich emocjach, czyli na tym, co należało kontrolować, a czego obserwacja mogła dostarczyć ogromnej przyjemności. Narastało w nim podniecenie. Dość długo czekał na ten szczególny dzień, właściwie noc.

Odgłos nieznacznych fal uderzających o brzeg glinianki nakładał się na szum drzew. Z oddali słychać było miarowy stukot kół pociągu, towarowca objuczonego ciężkim sznurem wagonów. Przypuszczalnie walcownia wypuściła ze swojej stałej produkcji kolejną partię blach albo innego żelastwa. Nieopodal przecinały się dwa ważne węzły komunikacji kolejowej — dołem wlekły się towarowe składy, na hutę albo z huty, a górą po stalowym moście nadganiały wiecznie spóźnione osobowe. Tory biegnące po tamtej stronie zalewu okalał rząd wysokich drzew, co oznaczało, że żaden przypadkowy pasażer nie miałby prawa dojrzeć brzegu, na którym planował cały spektakl.

Ścieżka w górnej części była zupełnie zarośnięta, a więc spostrzegą go dopiero, gdy będzie na wyciągnięcie ręki. Miał wrażenie, że od chwili, gdy minął motel, jego zmysły zaczęły się wyostrzać. Jakby rodził się w nim instynkt łowcy, potęgując apetyt na doznania nieosiągalne dla przeciętnego śmiertelnika. Znów to przyszło. Musi w pełni wykorzystać wypracowany czas. Grunt to samodyscyplina i precyzja.

Po wszystkim będzie drżał na ciele.

Patrzył z oddali na postacie kręcące się nad brzegiem. Młodzi ludzie śmiali się i ostrzyli patyki, nie doszły ich zatem żadne hałasy z góry.

Wiatr się ciągle wzmagał, a nocna aura okazała się najlepszym sprzymierzeńcem w jego dziele. Ciemność osiadła jak czarny kożuch, wnikając w zarośla po obu stronach wąskiego przejścia. Powietrze nierówno pulsowało, unosząc zapach wilgoci i czegoś, co przypominało mieszankę przetartych chwastów z pokrzywami. Poddał się tej rześkiej wibracji i ostatni raz upewnił się, czy nikt go nie widzi z góry. Należało zaczynać, postanowił chłodno i ruszył. Dziwne, ale prawie wcale się nie pocił.

Cała reszta zdarzeń dokonała się gładko i szybko niczym błysk ostrza.

Później zastanawiał się, dlaczego w czasie akcji powtarzał sobie słowa mszalnej antyfony: „czcigodne to i sprawiedliwe". Musiały zapaść mu w pamięć dawno temu, kiedy jeszcze zmuszony był chodzić do kościoła.

Było to już opus trzecie, ale podwójne, więc nie wiedział, jak je podsumować. Dzieło w pełni zasługiwało na uznanie, jednak niewielu próżnych głupców jest w stanie je zrozumieć, dlatego już w preludium musiał zadbać o przerażenie w oczach niedowiarków. Jednego po drugim.


1

Prawie od trzech kwadransów komisarz Andrzej Wołoszynow przewracał kartki, ostrożnie przełykając ślinę. Starannie obchodził się ze swoim podniebieniem, wciąż odczuwając skutki porannego poparzenia kawą wydawaną z dworcowego automatu. Bardzo uważnie wertował stronice z lekka poszarzałych notatek i czegoś na wzór protokołów. Najwidoczniej próbował ułożyć myśli w logiczny ciąg, w jakąś sensowną całość, chcąc mądrze zareagować, tym bardziej że ciekawostki podrzucone mu przez młodego aspiranta musiały wyglądać podejrzanie. Na domiar złego to była ich „lewizna". Sprawa pochodziła z Częstochowy, chociaż podpisano ją w katowickiej centrali. Przerobiono daty zatrzymania, przesłuchania i przyznania się do winy głównego podejrzanego. Trzymał w rękach dokumenty, a raczej ich strzępy, zaopatrzone nagłówkiem „Michalina 1997". Kryptonimy były rzadko stosowane, ale w tym przypadku dopisano go ponad sygnaturą. Ostatnia notatka służbowa kończyła się podpisem: „celem zaprotokołowania w aktach operacyjnych Specjalnej Jednostki Dochodzeniowej działającej pod bezpośrednim nadzorem Komendanta Głównego Śląskiej Policji z zachowaniem procedury ŚCIŚLE TAJNE. Zgodnie z instrukcją Prokuratury Okręgowej w Katowicach; zaznaczone kopie odesłać!". A poniżej dopisek ręczny z parafką zamiast nazwiska: „POZOSTAŁE USUNĄĆ". Żadnych fotografii czy dokładnych wyników sekcji. Raczej odrzuty, które nie znalazły się w głównym materiale procesowym.

— Co ty na to, Andrzeju, no słucham, co powiesz na takiego śmierdzącego śledzia? — Bartosz Zdaniewicz czuł wzrastające podekscytowanie i jednocześnie wielkie samozadowolenie. — Wygrzebałem to wczoraj, całkiem przypadkowo, z kajetów OZ. Akurat przeglądałem papiery, wiesz, z domówki na Zawodziu. A tu taka rewelacja pod rękę mi wlazła. W sieczkarni gniło, jak sądzę, od bardzo dawna. Szukałem raportu z wejścia i otworzyłem nie tę szafkę, co trzeba. W jednej z szuflad leżała sterta teczek z nadrukiem: „Niekompletne — do niszczarki". Przeważnie stare faktury. Ja ci patrzę, a w środku, i to w pierwszej teczce z brzegu, te zeznania więźnia i policjantów, a dalej świadek ich oskarżający. Wczytałem się i wyszło mi, że ten morderca to podstawiony gość, zmontowana godzina zgonu i cała reszta. O, w tym miejscu właśnie, gdzie trzymasz palec. Jak do tego doszło, że też tego nikt nie puścił faksem na Ełk? Ciekawe, kto od nas ruszył to postępowanie.

Komisarz jak wprawny antykwariusz lekko muskał papier, przekładając kartki. Nadal milczał, a Bartosz się rozpędzał.

— Sprawa potwora z Michaliny przycichła na dobre, tyle lat minęło. Pamiętam to jak przez mgłę, ale kojarzę, ile wtedy o tym wszyscy gadali. Straszyli tym maniakiem, który mordował. Sam musisz kojarzyć, jak to wstrząsnęło całym miastem. Podwójne z paragrafu 148, i to praktycznie na dzieciakach! Chociaż wtedy to nie 148, bo stary kodeks jeszcze obowiązywał. A ten chłopiec, jeden ze zaszlachtowanych, to w ogóle z mojej szkoły był. Zastanawiam się, co kieruje takim człowiekiem, że bez skrupułów morduje, tnie bez opamiętania… Powinno się chyba grupę powołać. Są takie zespoły do niewykrytych przestępstw w Gdańsku i Krakowie. Może u nas też by taki wydział miał rację bytu. Mają sprzęt, technologie, a my dokładamy na mydło i tonery.

Jako aspirant wreszcie miał okazję, żeby zaimponować starszemu od siebie stopniem i wiekiem koledze. Już dawno przeszli na „ty", zgodnie z obyczajami panującymi na komendzie. Ksywki komisarza mimo wszystko wolał nie nadużywać, jedynie w skrajnych sytuacjach pozwalał sobie nazwać go Wołosatym. Z kolei na Zdaniewicza koledzy wołali często Nera albo Nerka, ze względu na pierwszą skargę, jaką na odprawie złożył naczelnikowi wydziału. Po akcji z chuliganami spod stadionu żużlowego ponoć krótko się pożalił: „Obili mi, gnoje, nerę, znaczy obie nery, i jak mam teraz sikać". Uczestnicy odprawy pokładali się ze śmiechu i podpowiadali, że najlepiej przed siebie. On nie pamiętał tamtych słów, był wtedy pod wrażeniem dobrze wypełnionego zadania. Paru chłystkom w szalikach poważnie zaszkodził. Zanim doszło do regularnej bitwy, cyknął kilka fotek, na których uwiecznił twarze kiboli, dając oskarżeniu dowody ich uczestnictwa w bójce.

Andrzejowi zdarzało się wracać do tego pseudonimu, ale bez złośliwości, tym bardziej że zwyczajnie z czasem przydomek przykurzył się i stracił niechlubny kontekst. A twarde „Nera" zaczęło kojarzyć się z bandyckim sznytem i zwyczajem ukrywania tożsamości, które w przypadku przestępczego światka bywało na ogół bardzo prostackie. Ksywy gangsterów ułatwiały pracę zorientowanym i doświadczonym śledczym. Koniec końców Nera brzmiało groźnie.

— Dlatego ja do ciebie jak w dym, bo komu miałbym… Po trzydziestu latach się przedawnia, więc potencjał jest. Przecież nie podrzucę tego gościom z wewnętrznego — dorzucił Zdaniewicz, rozsiadając się swobodnie na siedzeniu służbowego samochodu. Udawał, że nie oczekuje w napięciu na reakcję swojego bądź co bądź nauczyciela, a z ramienia naczelnika — bezpośredniego przełożonego. Fotel, jak to w starym volkswagenie, przestał należeć do najwygodniejszych, więc Bartosz wiercił się dłuższą chwilę. Jego postura mogła nasuwać owadzie skojarzenia: chude kończyny podpierające masywniejszy tułów. W czasie marszu kolana wyrzucał na boki, co w podstawówce wychwyciły dzieciaki. Nietypowe proporcje nie rzucały się przesadnie w oczy, na co dzień nogi maskował szerokimi i nisko obsuniętymi spodniami. Do tego nosił luźną bluzę lub koszulę. Bieżący trend młodzieżowy podpowiadał najprostsze z rozwiązań. Bartosz nie nosił się ani nazbyt ekstrawagancko, ani niechlujnie, starał się pozostać modnym średniakiem. Zadeklarował kiedyś, że nie będzie wąsaczem w sweterku czy — nie daj Boże — kamizelce. Charakter pracy pozwalał na pewną swobodę stroju. Z tego przywileju korzystał umiarkowanie, nie mógł wyróżniać się przecież z tłumu. Najbardziej jednak lubił wojskowe ciuchy.

Już od godziny zaglądał przez ramię Andrzejowi, obserwując, którą linijkę ten aktualnie śledzi wzrokiem. Teraz marzył o rozprostowaniu swoich przydługich nóg. Najlepiej gdyby wysiedli z auta. Odczuwał również pokusę zapalenia papierosa. Chociaż, przywołał się sam do porządku, dla bezpieczeństwa może lepiej rozmawiać w środku i mieć się na baczności. Parkowali przed dworcem głównym, sporo osób łaziło w pobliżu, a nuż ktoś niepowołany za dużo by usłyszał.

Andrzej Wołoszynow, wgapiony w akta, trwał w bezruchu. Pocierał swój kartoflany nos, zwlekając z zabraniem głosu. Sytuacja wymagała najwyższej rozwagi. Jego nalana gęba, bo już od kilku lat nie twarz, wydawała się puchnąć w oczach. Pokraśniała od napływu krwi.

Sprawę teoretycznie przejął od razu Śląsk, ale parę istotnych rzeczy musieli poznać tutejsi oficerowie. Oni przesłuchali podejrzanego i świadka. Jednym z lokalnych funkcjonariuszy mógł być komisarz. Zdaniewicz bał się, że usłyszy od niego coś w stylu: „Nie ma o co suszyć głowy, skoro dokumenty tyle lat poniewierały się wśród akt podręcznych OZ, czyli oficjalnie zakończonych. Nikt by takiego błędu nie zrobił, żeby dowody mataczenia pozostawić tak luzem" albo: „Na pewno jest milion wytłumaczeń, dlaczego te durne świstki znalazły się u nas. Tyle czasu leżało, to i nic złego się nie stanie, jak trochę poczeka". Obawiał się takiej zimnej reakcji. Sam z kolei był mocno rozpalony, wrzało w nim. Spodziewał się euforii albo przynajmniej sporego zainteresowania.

Owszem, myślał sobie Bartek, „Michaśka", bo tak nieoficjalnie nazywano sprawę, wyszła stąd, więc obowiązkowo musieli ją odhaczyć w częstochowskim rejestrze. Gdzieś któremuś omsknęło się i zostawił śmierdzące jajo. Dziwne, że dopiero teraz ślady pokrętnego postępowania wyszły na jaw. Akurat jemu wpadły w ręce.

Był ciekaw, co zrobi z tym fantem Wołoszynow. Znają się, pracują razem od roku w tym samym pierdolniku. Jeśli to naprawdę odkrycie, bajzel był większy, niż mógł się kiedykolwiek domyślać. Wypadało liczyć, że problem dotyczy ludzi, których nie ma już w szeregach policji. Tego jednak nie do końca był pewien. Mieli rotacje na górze, zresztą nie znał nikogo ze składu śląskiego. Pozostaje jeszcze, jeśli nie przede wszystkim, problem prokuratury, która sformułowała akt oskarżenia wobec bezdomnego Romana K. Nie wiadomo też, na czyj wniosek sprawa poszła do sąsiedniego województwa. Wówczas ranga śledztwa tego nie wymagała, do 1999 roku Częstochowa pozostawała województwem. Dopiero po reformie administracyjnej straciła samodzielność.

Sprawa Michaliny nosiła znamiona jednej z najokrutniejszych zbrodni, jaka wydarzyła się na przełomie wieku w Częstochowie. W tak zwanym mieście świętej wieży ktoś ponad jedenaście lat temu narzędziem pokroju kosy pociął i rozszarpał dwóch nastolatków. Zmasakrowane ciała wrzucone w odmęty bardzo głębokiej glinianki, tragedia rodziny i kolegów. Prasa nie bez kozery puściła w obieg hasło „potwór", przypominał sobie Bartosz, wpatrując się dalej w zgarbioną sylwetkę komisarza. Rzecz dotyczyła glinianki i policjantów, więc w gazetach padały określenia typu „zabójcza glina", no i najmniej fartowne „morderca z gliny". Jednak sprawca niemal od razu został wykryty, co wszystkim skutecznie zamknęło usta.

Tymczasem z odnalezionych przez niego w OZ papierów wynika, że to nie błąd czy pomyłka tylko ewidentne mataczenie, bo winą za podwójne zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem obarczono najprawdopodobniej niewinną osobę. Facet zmarł kilka godzin przed wydarzeniami na Michalinie. Przesłuchanie nie mogło w ogóle się odbyć. Sfabrykowano więc przyznanie się do zbrodni. Pewnie takie „dowody" umyślnie podsunięto prokuraturze, wówczas mocno postkomunistycznej, jak to ostatnio określają publicyści, „zanurzonej w dawnym aparacie pomimo okresu przemian". Śledztwo zamknięto z pozytywnym wynikiem. Według akt dewiant zmarł zaraz po zaaresztowaniu. Niektórzy tłumaczyli to boską interwencją. Zrozpaczeni rodzice mogli odczuć satysfakcję, bez spędzania długich godzin w sali rozpraw. Z kolei policja zyskała na wykrywalności i wzroście zaufania społecznego. Strzał w dziesiątkę, skoro podobne przypadki nie powtórzyły się w okolicy. Straciła na tym tylko prasa, która zanim zdążyła podgrzać atmosferę, już musiała podać rozwiązanie zagadki.

Jednak w świetle notatek odgrzebanych w aktach podręcznych problem powracał ze zdwojoną siłą. Wskazywały one, że sprawca okrutnego czynu wciąż cieszy się wolnością, na skutek zaniechania albo przekrętu, w którym musiał brać udział ktoś ze stróżów prawa.

On sam pamiętał, jak rodzice i znajomi zwykli straszyć go opowieściami o tym, jak niebezpiecznie jest przebywać nad Michaliną. Nie chcieli słyszeć, że spędzało się tam czas, żeby rówieśnikom imponować odwagą. Niektóre małolaty specjalnie czekały do zapadnięcia zmroku, by udać się w okolice glinianki, a po powrocie zdać relację. Zdaniewicz pamiętał, że historię o trupach wyłowionych z Michaliny wtrącało się do pogawędek z dziewczynami, wtedy automatycznie zdawały się kleić do opowiadacza. Miejsce do tej pory cieszy się złą sławą. Był tam unieszkodliwiony ktoś zamieszany w interesy z grupą Krakowiaka i spółką Beska. „Sprawców pobicia ze skutkiem śmiertelnym nie wykryto" — informowały media. Ostatnio znaleziono zwęglone zwłoki w doszczętnie spalonym seacie toledo, anonimowo ktoś poinformował o pożarze w pobliżu Michaliny. Najpierw policjanci nie mogli ustalić tożsamości denata, a później okazało się, że facet był zadłużony i prawdopodobnie nie wytrzymał presji. Gdyby zgadywać, można powiedzieć, że presja nabrała realnych kształtów i upomniała się o niego, doprowadzając go na skraj.

— Powinienem cię uspokoić, Bartuś, ale nie mam pewności, co to w ogóle jest — odchrząknął komisarz. — Akurat naszego Biura Spraw Wewnętrznych bym w to nie mieszał, gotowi spierdolić wszystko. Mają chore układy i nikogo nie znają. Paru młodych gówniarzy bez oleju w głowie. Jesteś bystry jak na szaszłyka, lubię cię, ale nie wiem, czy nie przeceniasz swoich i moich możliwości. Są dwa wyjścia. Albo spisałeś się na medal i robimy porządek w firmie, i wtedy bierzemy się za śląskie fisze, no albo wygrzebaną teczkę możemy se w dupę wsadzić. Nie muszę zgadywać, wiem, jak to jest, kiedy opinia publiczna podpuszczona przez jebanych pismaków domaga się konkretnych działań, do tego dochodzą biedni rodzice. Nie ma nic gorszego niż brak winowajcy. Zło musi pokazać twarz i od razu wszyscy śpią lepiej. Widocznie tutaj w jakimś celu zastosowano ograny motyw z podsunięciem kozła ofiarnego.

— Jak to ograny?

— Nie widziałeś pewnie napisu na czwórce? Tam w komisariacie na głównych drzwiach do kibli ktoś napisał, że wymiar sprawiedliwości nie polega na pytaniu, kto jest winien, a kto nie; chodzi o to, żeby mieć winnego. Podpisane Marek Hłasko. Chuj, kto to Hłasko, ale ziarnko prawdy w tym jest, jak w każdej legendzie.

— Taki pisarz.

— Ano tak, to chyba ten, co kiedyś siedział, nie? Miał okazję dowiedzieć się tego i owego.

— Siedział — przyznał Bartosz.

— Widzisz, dawniej przy błahych sprawach jechało się lewarem, żeby podnieść statystyki. Tyle że nie przy takim grubym kożuchu, rzecz jasna, a zabójstwo to najświętsza świętość, nawet w pierdlu. — Wołoszynow dla potwierdzenia machnął dłonią na znak krzyża. — Bezdyskusyjne niedopatrzenie. Te papiery miały zostać zniszczone, lecz dziwnym trafem ostały się w OZ-etach. Jakim cudem przeoczyli kompromitujące materiały? Nie mam zielonego pojęcia. Rzucili do szafki, w której nikt nie grzebie od lat, bo po jaki chuj?! Nie znali takich amatorów druku jak ty. Najpierw trzeba sprawdzić tego naocznego świadka. Jak mu tam? — zatrzymał się w pół zdania, marszcząc czoło.

— Konrad Ligocki.

— No właśnie, może wyobraźnia go poniosła. Jedyny, który pozostał przy życiu z trójki łebków. Jego zeznanie w pewnym sensie również podważa wiarygodność ustaleń lekarskich. Zapisali, że był w zapaści nerwowej, może dalej jest zwichnięty. W dzisiejszych czasach od razu wzięliby go i zahipnotyzowali, żeby przypomniał sobie twarz tamtego rzeźnika. Gorzej z tym pijaczyną, to wiele by wyjaśniało. Żeby zdusić szum, wybiera się żula i po robocie, ale nie przy podwójnym morderstwie. Przy okazji napatoczył się więzień z przewózki, ktoś z pierdla i to ze sporym stażem, którego mogli oskarżyć, więc co mu zależało nagle rozpoznać mordercę w osobie jakiegoś śmieciojada. Skazany dopomógł przede wszystkim sobie, ale też władzy, która a nuż ujmie coś z odsiadki, żeby ukryć wpadkę z konwoju.

— No właśnie, ten przewóz!

— Komu jak komu, ale groźnemu przestępcy oberwałoby się najbardziej, przecież znalazł się w pobliżu, a tak spokój i wszyscy umyli rączki. Ja nie mam czasu, ale w razie czego w tym i owym pomogę, będziemy w kontakcie. Jak to ruszymy i tak narobimy sobie niezłego, kurwa, bigosu. — Komisarz podrapał się w potylicę. — Według mojego rozeznania, sam świadek to pestka. Cały szkopuł tkwi w tym, co mogliby zeznać Ślązacy albo więzień, chociaż najprawdopodobniej będzie milczał jak grobowiec na Powązkach.

— Czy w ogóle facet siedzi jeszcze? Hm, sprawdzę — podkręcał się chłopak.

— Pary z gęby nikt nie puści, chyba że skruszyć któregoś z naszych. Leszek wtedy niuchał z hanysami, może on coś będzie wiedział. Nie obejdzie się bez flaszki. Na doniesienie za wcześnie, po reszcie dość ryzykowne na tym etapie. Do tego bezdomny śmieciojad był kiedyś notowany, przemoc w rodzinie i bójka z sąsiadami. Wrzuć na bęben te jego znęty alimenty, czy rzeczywiście taki agresywny skurwiel. Szukaj świadków, weź ich na żywo w rozmowie. Pełna aktualizacja, a nie jakieś tam bzdety ze starych materiałów albo z gazet. Oczywiście morda w kubeł. Prokuratura nie musi znać dokładnej daty odnalezienia tej teczki. Jak obawy się potwierdzą, to przekażemy ten burdel zaufanemu i sprawdzonemu prokuratorowi, potulnie oczekując wytycznych. Pochwalimy się, jak będzie czym. A i tak niewiele to da, nawet na dłuższą metę. Naczelnik zrzuci robotę na ciebie albo na mnie i zabawa skończy się na referowaniu. Bieżące leżą, a co dopiero przedawnione, chociaż to wyniuchane to gruby kaliber, co tam, prawdziwe działo przeciwpancerne. Jakby to poszło do prasy, to wolę nawet nie myśleć. — Na zakończenie Wołoszynow prychnął niczym kot.

Rzeczowe tłumaczenie przemawiało do Bartka. Z oczywistych względów wolał przerzucić ciężar odkrycia na kogoś bardziej doświadczonego. Na Andrzeju zawsze mógł polegać, chociaż ten często bywał opryskliwy i chłodny. W tej sytuacji spodziewał się większego zapału po komisarzu, bo rzeczywiście w rękach trzymali działo i to na cały kraj. Może źle trafił, przecież w latach dziewięćdziesiątych Wołosaty służył w częstochowskiej policji i pewnie sam otarł się o śledztwo w sprawie morderstw na Michalinie. Dobrym słowem też nie zająknął się na temat przekazania odkrycia do Biura Spraw Wewnętrznych, komórki, która podlega Komendzie Głównej.

Co do komisarza to krążyła legenda, że pozostaje uwikłany w sprawę, która dotyczyła jego rodziny. Dostał żółte papiery, ale takie w zawieszeniu, na pół gwizdka. Co oznaczało, że mógł robić swoje, chociaż inaczej się na niego spoglądało przez pryzmat tragedii, która miała tłumaczyć wiele jego postępków. Przywilej bycia na specjalnych warunkach kosztował tylko tyle, że niektórzy chłopcy wiedzieli, ile przeszedł i jakie są powody psychiatrycznego nadzoru. Po kilku latach nie traktowali serio jego zaburzeń. Raczej zazdrościli mu innego traktowania i kilkunastu wyjątkowo sprawnych akcji. Był gościem ciętym na przestępców, przy tym nie bał się pchać palców między drzwi. Parę razy solidnie oberwał, ale sprawiał wrażenie człowieka traktującego krzywdę jako coś naturalnego. Tłem tego nieszablonowego zachowania była historia związana z okolicznościami śmierci jego córki. Jeden z tak zwanych ucholi Wołosatego sypnął wykryty przez swoich mocodawców, a chcąc odkupić zdradę organizacji przestępczej, poważył się podnieść rękę na rodzinę komisarza. Nadgorliwy informator porwał mu dziecko, które przetrzymywano później w jakiejś wiejskiej szopie. Zbyt długo. Skończyło się wybuchem furii Andrzeja Wołoszynowa — napadł na dom, w którym gangsterzy mieli swoją kryjówkę. Co się tam działo, wie tylko on sam. Składał wyjaśnienia jako działający w afekcie.

Co najdziwniejsze, kłopotów z żoną, która nie mogła mu podarować, że dopuścił do śmierci córki, nie tłumaczył tamtym fatalnym zajściem, tylko wielkim zamiłowaniem małżonki do luksusu, jakiego u boku policjanta nie zaznała i nigdy nie zazna. Jego riposta na rozpad rodziny i owe przeżycia była bardzo banalna, bo alkoholowa. Z pieniędzmi miał tak — przyznał kiedyś podczas wypitki — że gdyby miał ich walizę, to by ją rozwalił i zawartość rozdał. Największą frajdę sprawia walka z pokusą, dodawał. Wówczas co bardziej złośliwi wypominali mu poddanie się nałogowi.

Bartek wiedział, że prędko nie rozgryzie Wołosatego. W pracy komisarz mógłby okazywać coś więcej niż zawodową oschłość. Tym bardziej że razem mieli już kilka niezłych wejść na koncie, myślał z dumą Zdaniewicz. Dzięki pomocy Wołoszynowa w szybkim czasie zaczął osiągać świetne wyniki. „Ci z sądu" coraz częściej spoglądali na niego w przychylny sposób, a jego podpowiedzi znajdowały nawet względny posłuch u jednej z młodych pań asesorek.

Tak czy siak ciężaru się nie pozbył i nie pozbędzie. Nie dość, że samemu będzie grzebał w starych adresach, to jeszcze w całkowitej tajemnicy przed resztą chłopaków z fabryki, nie wspominając o prokuraturze rejonowej.

Poważnie się zmartwił.

— Twój wybór. Zastanów się, czy warto to gówno ruszać. Będę ci podpowiadał, jak się tym bardzo nie usmarować, ale nie mogę tego oficjalnie wrzucić w grafik, więc kręć tym na boku i, na litość, wymyśl jakiś reportaż czy inne dziennikarskie badziewie. Na spokojnie, krok po kroku, bo może to jakaś pierdoła tylko i zbędny twój trud. Sam zobaczysz, jak podrepczesz za tym. Spróbuję cię odciążyć od nowej roboty — obiecywał Wołoszynow, odcinając się sprytnie od bezpośredniego udziału w wywlekaniu sprawy na światło dzienne.

Bartosz Zdaniewicz zastanawiał się, dlaczego komisarz tego sam nie przejął: albo nie miał czasu (ale jak go nie mieć dla takiego nadużycia i ewidentnych brudów?), albo może wolał oddać jemu pełne pierwszeństwo, w końcu to on wpadł na trop manipulacji zeznaniami i sfabrykowanymi dowodami. Niewiele wydedukował z miny Andrzeja, jedynie pewne zatroskanie. Nie wiadomo tylko, czego i kogo ta troska dotyczyła. Może wszystkiego po części. Nieważne, nie dam za wygraną, postanowił młody policjant.

Gdyby grali w sensacyjnym filmie, pewnie zakończyliby rozmowę krótkim, męskim stwierdzeniem, że sprawa śmierdzi, a tak pogadali jeszcze o nowym komisariacie na Rakowie i naprawie kserokopiarki, w której od tygodnia szwankował podajnik i nikt nie raczył się tym zająć, a raporty powinni wysłać dawno temu. Panowie z gospodarczego nie reagowali na ponaglenia.

Policjanci ponarzekali sobie, co mieli od dawna w nawyku, po czym pojechali do miasteczka studenckiego, gdzie zawsze było najtańsze ksero w mieście. Andrzej chciał odbić sobie część materiałów pochodzących z Bartkowego odkrycia.

 — Gościu w punkcie nie będzie śmiał przy nas zajrzeć do tego twojego kajetu. Więcej luzu, chłopcze. Wysiądzie ci pikawa, jak będziesz taki panikarz. Wezmę dla siebie kopie, to sobie w domu przejrzę. Nikomu nie pokażę — uspokajał po drodze komisarz.

Najwyraźniej podekscytowanie Bartosza przeobraziło się w uczucie niepewności i lęku — zaczął przesadnie uważać na wyniesione z podręcznego archiwum akta. Coraz bardziej rozumiał swoje trudne, jeśli nie fatalne położenie. Ośmiela się niejako wystąpić przeciwko własnej sforze, która szła ręka w rękę z prokuraturą. Czuł, że nie wygląda to zabawnie. W takich chwilach doświadczenie brało górę, a on miał go jak na lekarstwo.

Na pożegnanie komisarz niczym rasowy szef zastrzegł, że każdy ruch należy z nim konsultować i na bieżąco informować go o postępach w tym nieformalnym śledztwie. Życzył mu również „obluzowania cyngla". Taki odwieczny żarcik Wołoszynowa, chyba z milion razy słyszeli to w pracy, rzygali już tym zawołaniem, szczególnie ci, którzy nigdy nie używali broni poza strzelnicą.


2

Zdaniewicz, zanim dotarł do domu, odwiedził komisariat przy Strażackiej, mieszczący się w zabytkowym pałacyku Brassa. W planach miał jeszcze wizytę u fryzjera. Starał się dbać o wygląd, chciał podobać się kobietom. Nadal był na etapie poszukiwań tej jedynej. Inna sprawa, że rzadko bywał na imprezach towarzyskich, chociaż ostatnio, dzięki znajomości z Andżeliką, coraz częściej wychodził do ludzi, więc jego szanse na spotkanie kogoś interesującego znacznie się zwiększyły. Andżelika Magdziarz była jego aniołem opiekuńczym, żeby nie powiedzieć — nadopiekuńczym, taką kumpelką od serca. Dawno temu uznali, że dadzą sobie tak zwany czas, mając na uwadze falstart, jaki im się przytrafił jeszcze w czasach licealnych. Pierwsze podejście spaliło na panewce i od tamtej pory trwali w stanie dziwnego zawieszenia. Oboje nie zamierzali angażować się maksymalnie. Ciężko było im rozpoznać, czy to dlatego, że czekają na siebie z niepokojem i pewną dozą nieśmiałości, czy po prostu ich relacja nie przeobrazi się w stały związek, ponieważ brakuje chemii. Nie nazywali siebie parą, choćby z tego względu, że przestali ze sobą sypiać. Mieszkali na odległych krańcach miasta, widywali się jednak dość często w centrum albo na małych zakupach, a od święta na wypadzie do kina. Przyzwyczaili się do formuły przyjacielskich spotkań, którym towarzyszyło echo nagabywań ze strony rodziców, marzących o mieszczańskim ustatkowaniu.

Włosy, jak to w służbach, musiały być króciutko strzyżone, co nie oznaczało, że trzeba ciąć je golarką na trzy milimetry czy żywcem do samej czaszki. Nie zamierzał upodabniać się do kolegów, którzy nierzadko przypominali kiboli albo napakowanych koksem chłopaków z miasta.

Nie tylko tym się wyróżniał. Bartek był jedną z niewielu osób w sekcji kryminalnej, dla której policja to coś więcej niż praca. Próbował wielu zajęć i profesji, ale nigdzie nie zagrzewał dłużej miejsca. Teraz się uparł, że wytrwa. Prawa ostatecznie nie skończył. Przeszedł na swoje i zaczął zarabiać. Od barmana w dzielnicowej spelunie przez sprzedawcę w sklepie meblowym po służbę mundurową. Na paragrafach znał się lepiej od innych, jednak nie decydował się na kontynuację studiów prawniczych. Był również nieco wrażliwszy od policyjnych kompanów, być może dlatego, że nie miał jeszcze tak porozbijanego życiorysu jak oni. Jego ufność w drugiego człowieka często przeszkadzała w ocenie sytuacji. Zdaniewicz miewał te kłopoty nader często, choć zawsze ukrywał je pod maską twardego, ale stonowanego funkcjonariusza. Uchodził za ambitnego, szybko się uczył, stawiając wyżej analizę zdarzeń od typowego doginania i szantażowania przesłuchiwanych. Do główkowania nie miał zbyt wielu okazji, to prokurator był od myślenia i wydawania poleceń, do których on mógł jedynie sumiennie się odnieść. Najczęściej nie było się nad czym zastanawiać, a i same sprawy to zwykłe rozboje na melinie, włamania, z rzadka gwałt pojawiał się na tapecie, a ostatnio w modzie były zatrzymania za palenie i sprzedaż trawki. Amatorzy „dymka" prowadzili jak po nitce do rozprowadzających zioło pod szkołami. Teraz trafiła się przerażająca zbrodnia, w związku z czym mógł zamanifestować dedukcyjne zdolności, być może stać się gwiazdą kryminalistyki.

Dyskretnie przejrzał się w bocznym lusterku, włosy zdecydowanie prosiły się o skrócenie. Do jego twarzy z silnie zarysowaną żuchwą pasowały tylko niektóre pomysły fryzjerów. Zwykle odwiedzał panią Grażynkę z Parkitki, ale oszczędniej było przestawić się na salon usytuowany naprzeciwko trzeciego komisariatu przy Dekabrystów, gdzie często bywał. Tym razem nie zauważył, że jest późno, i przy samych drzwiach zorientował się, że zakład już zamknięty. Strzyżenie znów musi przełożyć.

Nienawidził tego odwlekania obowiązków. Podobnie miał z dentystą, którego telefonicznie tyle razy przepraszał za nieobecność na umówionej wizycie, że facet mógł się wściec nie na żarty. Zdaniewicz tłumaczył się pracą, gdzie nie da się niczego zaplanować, bo zawsze coś wypadnie w najmniej spodziewanym momencie. Miał dużo szczęścia do tego lekarza, faceta wyjątkowo łagodnego i życzliwego, który dotychczas nie robił mu żadnych wymówek z powodu zaniedbanego leczenia.

Bartosz nie miał innego wyjścia, jak tylko zawrócić na parking pod komendę, której trzy budynki biurowe zespolone łącznikiem potocznie nazywano Trójkątem Bermudzkim. Plotka głosiła, że określenie wzięło się z powodu liczby nierozwiązanych spraw, a nie układu architektonicznego. Policji nie przynosiło to specjalnego uszczerbku, postępowaniami zajmowała się przecież prokuratura, więc jeśli w ogóle czepiać się budynków, to prędzej tych przy Dąbrowskiego, bo tam maglowały się sprawy karne. Wsiadając do swojego wysłużonego opla, przypomniał sobie, że miał zrobić zakupy, w lodówce zostało chyba tylko światełko. Potrzebował jedzenia, które mógłby szybko przygotować, skoro zaplanował sobie robotę do późna. Musi przecież posiedzieć przy komputerze i nad papierami — odbił sporo artykułów ze starej prasy. Na tym etapie powinien przede wszystkim sprawdzić, co gazety pisały o sprawie. Potwór znad Michaliny to swego czasu głośny temat, tyle że szybko zdjęty z łamów. A tak swoją drogą, ciekawy był, czemu nikt nie rozwinął tematu.

Upewnił się, czy pan Jurek siedzi w budce przy bramie wyjazdowej, czy gdzieś polazł. Tak się pechowo składało, że stróż wyskakiwał po papierosy zawsze wtedy, gdy on wyjeżdżał w pośpiechu. Trzeba było czekać po dziesięć minut na jaśnie wielmożę parkingowego.

Zgodnie z tradycją wybór padł na mrożonki. Lepsze to niż żarcie z proszku. Takie warzywa lub pierogi to chwila roboty i zawsze coś na ciepło. W pracy zmuszony był do jedzenia w biegu czerstwych i drogich kanapek serwowanych w bufecie komendy, które zamiast sycić, wzmagały ochotę na papieroska. Błędne koło. Rzucenie tego diabelstwa mu nie wychodziło, przede wszystkim nie wychodziło na zdrowie. Co do większych posiłków w pracy, czasami zamawiali pizzę albo coś u Wietnamczyków. Przerwa na takie żarcie zaczynała się od kłótni o składniki i dodatki. Utrapienie. Każdy obstawał przy innym sosie. Czosnkowy śmierdzi, pikantny za ostry… i tak trwało wtrącanie się, wydzieranie sobie słuchawki i przeklinanie przyjmującego zamówienie.

Nie mógł podzielić się z nikim nowym zajęciem, nawet ze starym wygą Wołoszynowem, bo ten raczej nie podjął rękawicy. Na własne życzenie miał zatem żmudną robotę, przez którą może napytać sobie biedy. Powinien pomyśleć o sojuszniku, o jakimś odciążeniu, które zapewniłoby mu bezpieczeństwo. Nie zamierzał od tak nadstawiać głowy. Musi znaleźć alternatywę. Zaczął przeglądać w pamięci twarze różnych kolegów. Ciekawe, czy Krzychu dostał się do służb? Podobno starał się o pracę w abwerze. Musi czym prędzej to sprawdzić. Obiecał sobie jeszcze dzisiaj poszukać namiarów na Krzyśka Radkiewskiego, który przepadł jak kamień w wodę, co akurat dobrze rokowało. Wtyczka w rządowej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego to jedyna szansa na w miarę wyrównaną walkę ze swoimi.

Zamyślił się za kierownicą i omal nie najechał na psa, który wbiegł na środek jezdni. Aspirant źle wspominał podobną akcję. Strasznie umęczyła go pewna dama, której ukochaną suczkę potrącił kiedyś na skrzyżowaniu. Później nachodziła go, by opowiadać o stanie zdrowia Lusi i o tym, jakie postępy robi w rehabilitacji, za każdym razem patrząc na niego z wielkim wyrzutem. Miał serdecznie dość całego zamieszania. Na szczęście Lusia wylizała się z ran.

Gdyby nie Ludmiła Strachecka, od której wynajmował górę budynku, myślałby, że u starszych pań to przykra norma.

Mieszkał w niewielkim domu częściowo porośniętym bluszczem. Wynajmowane piętro urządził według wskazówek Andżeliki, która tak jak on bardzo pozytywnie odbierała emerytkę z parteru. Bartosz mógł powiedzieć, że szczerze lubił swoją jedyną sąsiadkę, emerytowaną nauczycielkę. Nie wchodzili sobie w drogę, także dosłownie, ponieważ każde miało swoje piętro i osobne wejście. Do Zdaniewicza trzeba było się wspiąć po zewnętrznych schodach. Rozmawiali bardzo rzadko, uznając, że każde z nich jest typem samotnika. Od wielkiego dzwonu odwiedzali ich jacyś goście, zwykle rodzice Bartosza wpadali z ciastem czy pączkami. Z panią Ludmiłą miał niepisaną umowę, że raz w miesiącu przy okazji zapłaty za wynajem zasiadają wspólnie do kolacji. Była to sposobność do porządnej wypitki. Strachecka nie żałowała wina domowej roboty, które zawsze trafiało na stół („jeszcze po kropelce"). Nieobce jej były procenty, ale jak zaznaczała, przyjemność jest tylko wtedy, gdy zachowuje się odpowiednie proporcje („jeszcze po kropelce").

Wciąż miała sporo sił, dlatego nie musiała go o nic prosić. Dbała nawet o ogródek przed domem, na niego przypadał tylko obowiązek skopania ziemi i koszenia trawy w sezonie. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że młody policjant jest zajętym człowiekiem, ale też miłym i skorym do pomocy. Na razie nie było większej potrzeby do interwencji. Pani Ludmiła dziarsko trzymała się życia, które urozmaicała wyjazdami do sanatorium. Po powrocie relacjonowała przygody przeżyte w kurorcie, skupiając się na „nieobyczajnych obyczajach" panujących w uzdrowisku oraz na rozpaczliwych manierach mężczyzn zalecających się do niej, którym głupstw mimo wieku nie wywiało z głowy. Lubiła patrzeć, jak biedaki starają się o jej względy. Śmiechu miała wtedy co nie miara. Czuła się jak dorastająca dziewczynka, której koledzy z kolonii próbują zaimponować wrzucaniem żaby za kołnierz lub melodią wygrywaną na grzebieniu. Była też obeznana z wszelkimi horoskopami, zabobonami i wróżbami. Róże z kolcami przynoszą pecha, a coś tam innego z kolei szczęście. Uważaj na sny o brudnej wodzie i saturnowo-plutonowy układ planet. Do znudzenia potrafiła tak wymieniać. Stawiała też karty, ale nie tarota. Zwykła talia z 24 kart wystarczyła do zbudowania prognozy na tydzień czy miesiąc. Walet trefl, inaczej dupek żołędny, symbolizował Bartosza. Figura odzwierciedlała, czy szatyn, czy brunet, wskazywała również stan cywilny. W jego przypadku na króla było zdecydowanie za wcześnie. Z kobietami gorzej szło ustalanie, bo wszystkie mieściły się w czworokącie dam. Dla zgrywy wysłuchiwał jej kolejnych konceptów i tłumaczenia widzeń. Króla kier wystrzegaj się w tym tygodniu, a na damę pik, czyli panią wino, to już szczególnie uważaj. Chcąc nie chcąc, miał to później w pamięci i badawczo zerkał na osoby z najbliższego otoczenia. Gdy wprowadził kontekst, Ludmiła Strachecka podsuwała gotowe scenariusze rozwiązań, nazywała wrogów i tych przychylnych w danym tygodniu, niby to interpretując układ kart na stole.

Ufali sobie wzajemnie. Kiedy wyjeżdżała z domu, użyczała Bartoszowi wszystkich kluczy, a on nigdy nie mieszał się do opłat i rachunków za gaz czy prąd. Nie dopytywał, skąd te ciągłe podwyżki. Zwykle gdy wracał po męczącym dniu, kobieta siedziała u siebie i oglądała w telewizji kolejny odcinek kolejnego serialu na kolejnym programie. Mydlane tasiemce wciągały ją bez reszty.

Dzisiaj to samo. Przemknął kilkoma susami po schodach i tuż po zamknięciu drzwi padł na kanapę. Dawał sobie pięć minut relaksu. Z zegarkiem w ręku. I ani chwili dłużej. Pomylił się zaledwie o kwadrans, co było i tak niezłym wynikiem w porównaniu z drzemkami trwającymi godzinę. Zwyciężył głód. Zakupy powrzucał do lodówki, która, nie licząc napoczętej puszki pasztetu, świeciła pustkami. Postawił na kromki czerstwego chleba z serem wciśnięte na kilka minut do opiekacza. Uporał się z tostami i zabrał za prasę z 1997 roku.

Może z najgorszej strony zaczynam, ale od czegoś trzeba, pomyślał, przeglądając plik kserówek. Pierwsze dwie gazety podawały skromne informacje. „Bezsensowne i brutalne morderstwo" — wrzeszczała większość nagłówków, a później następowała garść klasycznych dla kroniki kryminalnej komentarzy. Joachim Nazar, ówczesny oficer prasowy miejskiej komendy, cieszył się, że nie było problemu z odnalezieniem zatopionych zwłok ofiar, i chwalił pracę ekipy płetwonurków ze straży pożarnej. Podobno świetnie znali każdą z glinianek na Bugaju. Z samej Michaliny wyciągnęli ostatnio dwa skradzione auta.

Pod ogólnymi stwierdzeniami rzecznika wklejono mdłe statystyki dotyczące „Michaśki". Wynikało z nich, że glinianka jest jednym wielkim cmentarzyskiem samochodów, których ubezpieczeni właściciele chcą się dyskretnie pozbyć. Zatapiano przeważnie stare maluchy i żuki. Zdaniewicz pominął akapit dotyczący przebijania numerów na silnikach i parę innych szczegółów, które nie dotyczyły bezpośrednio sprawy potwora. W kilku innych wycinkach sugerowano, że zbrodniarz musiał być chory psychicznie. Jedyny naoczny świadek zdarzenia zeznał, że zwyrodnialec odciął jego koledze ogromny płat skóry, po czym najprawdopodobniej utopił swoją ofiarę, czego akurat świadek nie może potwierdzić, ponieważ uciekł oprawcy. Czytelnikami wstrząsają zwykle takie historie, żałują rodziców, którzy stracili swoje dzieci w tak tragicznych okolicznościach. Pewnie też wiele razy podczas lektury wygrażali psychopacie.

Zdaniewicz skoczył po kawę i rozłożył odbitki na dywanie. Czytał na wyrywki:

Zabito dwóch młodych mieszkańców dzielnicy Raków, pozostawiając ślady pastwienia się nad ich ciałami. Trzeci ledwo uszedł z życiem, ale jego stan wskazuje na to, że pozostaje w szoku. Lekarze obawiają się, że trauma pourazowa wpłynie znacząco na jego rozwój i psychikę, tym bardziej że jako maturzysta jest przecież dopiero u progu dorosłości.

Tuż po zajściu świadek dostał się do najbliższych zabudowań (dwugwiazdkowy motel Skałka), gdzie dziwnym zbiegiem okoliczności stacjonował policyjny radiowóz. Jak się później okazało, samochodem przewożono więźnia, który uzyskał zgodę na przeniesienie do placówki o zmniejszonym rygorze. Policjanci transportujący przestępcę oświadczyli, że „postój w tym miejscu był planowy, uzgodniony z przełożonymi, wymuszony zwykłymi potrzebami fizjologicznymi, tak więźnia, jak i funkcjonariuszy".

I dalej uzupełnienie tego typu:

Wyszło na jaw, że więzień zbiegł w czasie postoju. Barman oraz kierowcy goszczący w motelowej restauracji słyszeli hałas dobywający się z toalety. Uciekinier sforsował okno i wymknął się na zewnątrz. Policjanci oświadczyli, że zbiegły nie mógł być winowajcą zbrodni, skoro złapali go w odległości zaledwie trzydziestu metrów od budynku, a nie nad brzegiem glinianki, gdzie dopuszczono się bestialskiego zabójstwa. Niesłychany splot zdarzeń zapowiada kłopoty z pełnym wyjaśnieniem sprawy. Tym bardziej że sprawca zmarł po przyznaniu się do winy i nie sposób ustalić wielu okoliczności zdarzenia.

Po przyznaniu? Dobre. Co za styl, kto im to redagował? — zaśmiewał się w duchu Bartosz, zerkając na podpisy pod artykułami. Im dalej, tym gorzej, autorzy kolejnych wzmianek na bardzo różne sposoby starali się ogarnąć wydarzenia z tamtej koszmarnej nocy. Najbardziej sensownym komentarzem pozostawał felieton, w którym przeważało słowo „wstręt". Myśląc o tej zbrodni, każdy normalny człowiek musi czuć obrzydzenie. Wstręt w tym przypadku jest naturalnym i zdrowym odruchem, pisał autor regularnie publikujący teksty w „7 Dniach". Zdaniewicza zaintrygowała filozoficzna uwaga z końcowego fragmentu, według której nie jesteśmy posiadaczami samych siebie i dlatego godzimy się na ograniczenia czy powinności. Wiara w dobro i zło warunkuje takie zachowanie.

Z prasowych relacji wyłaniało się całe mnóstwo szczegółów, którym warto było się bliżej przyjrzeć. Bartka najbardziej interesowały detale związane z obecnością policji nad Michaliną. Do tego ten uciekający więzień. Podobno był ważną figurą, odsiadywał karę za udział w zorganizowanej grupie, co niekoniecznie pasowało do postaci wariata noszącego nóż za pazuchą. Trzeba sprawdzić, czy policjanci posiadali przy sobie ostre narzędzia. Jeśli im się wyrwał, zaczęli pogoń i trafili na któregoś z chłopców… Nie, to chyba niemożliwe. Prędzej kryminalista. Może chciał wziąć niewinnych nastolatków za zakładników, ale policja pokpiła sprawę i zginęli. Jednak dzięki temu złapali przestępcę, który nie miał prawa wymknąć się tak doświadczonym policjantom. Bartosz spekulował dłuższą chwilę i postanowił, że dogrzebie się do tych dwóch funkcjonariuszy i kierowcy. Przydałby się również świadek z motelu oraz barman, który tak pilnie nadstawiał ucha. Tylko jak to zrobić, kiedy ma się szlaban na oficjalne śledztwo. Żeby nie marnować czasu, przepyta na początek Konrada Ligockiego, chłopaka, który wywinął się śmierci.

Odstawiając wystudzoną kawę na blat biurka, zalał sobie bawełniane spodnie. Coraz częściej drżała mu prawa dłoń, a niedługo miał ponowić testy na strzelnicy, które potrzebne mu były teraz jak świni siodło. Ostatnio strzelania wyszły całkiem przyzwoicie, ale wtedy miał dobry dzień.

Papiery spiął i wrzucił do kolorowej teczki w półksiężyce z Twardowskim. Pamiętała czasy jego podstawówki. Gdyby ktokolwiek widział tę scenę, miałby niezły ubaw. Policyjny detektyw z dziecięcym gadżetem.

Skomplikowana sytuacja wymuszała niestandardowe metody pracy. Będzie musiał podszyć się pod dziennikarza zbierającego materiały, co zresztą sugerował mu Wołoszynow. Niestety taka strategia uniemożliwia skorzystanie z przywilejów i pomocnych procedur.

Odświeżył w pamięci swój alternatywny pomysł z zapleczem w postaci służb. Jak w amoku złapał za komórkę i wyszukał numer do Anki Lewandowskiej, dawnej dziewczyny Radkiewskiego. Znali się słabo, ale trzeba łapać się wszelkich możliwych sposobów. Po chwili niepewności przycisnął symbol zielonej słuchawki.

— Cześć, Aniu, tu Bartek Zdaniewicz! Poznajesz mnie?

— A tak, jasne. Co tam potrzebujesz, czego dusza pragnie, bo chyba nie chcesz mnie na kolację zaprosić? — Rozmówczyni momentalnie zbiła go z pantałyku. Zawsze była pewna siebie, atrakcyjna i — co by nie mówić — złośliwa, wspomniał i nabrał powietrza w płuca.

— Wiesz, nie śmiałbym składać ci takich propozycji. Pewnie masz męża albo partnera, który mógłby poczuć się zazdrosny, chociaż miałbym wielką ochotę namówić cię na kawę, jeśli nie obiad. Zresztą, nigdy nie byłem w twoim typie, wolałaś... — a co mi tam, pomyślał z odwagą godną donżuana — wyjątkowo zdrowe okazy, raczej takich byczków, a nie przeciętniaków jak ja.

— No proszę. — Anka śmiała się od ucha do ucha. — Aleś poleciał ostro i to na samym wstępie. Niech będzie, jak wolisz w ten sposób.

— Wolę? Przecież sama mnie sprowokowałaś. — Zaczynał wycofywać się na bezpieczną odległość.

— Dobra, miałeś na pewno jakąś sprawę do mnie, ale nie oznacza to, że musimy ją załatwiać przez telefon. Skoro jesteś taki ochoczy, zaprosisz mnie na kawę. Chyba nie mam nic takiego do roboty. Kończę normalnie, a wieczorem mam wolne. Spoko, jutro w Rock-Arcie małą czarną moglibyśmy wypić i wtedy — zrobiła pauzę, zawieszając głos — pociągniesz mnie za język.

Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, był maksymalnie zaskoczony, tak się to w okamgnieniu nakręciło.

— Fajnie, czemu nie?! Jeśli masz czas, to postaram się dopasować, najlepiej o osiemnastej.

— Dopasować, to dobre hasło na takie spotkanie.

Stara flirciara nieustannie trzyma wysoką formę. Nie wiedział, co o tym myśleć. Minęły ze dwa lub trzy lata, od kiedy zerwała z Krzyśkiem.

— Spodziewaj się mnie kwadrans po. Chyba mnie poznasz, w tamtym roku albo już ze dwa lata temu, bodaj w Alejach, wpadliśmy na siebie, wydawałeś się wtedy mocno zestresowany. Mam nadzieję, że ci przeszło i nie kojarzysz mnie źle.

— Musisz się przekonać na własne oczy — wypalił, próbując sprytnie odbić piłeczkę.

— Otóż to, zgoda. Mówi się, że pracujesz w policji. Może zdradzisz mi jutro szczegóły, jak to wygląda w praktyce. Bez urazy. Nigdy bym nie przypuszczała, że nadajesz się do takiej pracy. Inna sprawa Krzychu, ten to naprawdę dostał świra. Dobra, muszę lecieć, jutro będzie więcej czasu. Spieszę się do kąpieli. Nie chcę, żeby woda mi się przelała.

— No to nie marudzę, pa.

Zatkało go. I jak tu skupić się na śledztwie? Czyżby pojawiła się ta właściwa kobieta — uśmiechał się do siebie po odłożeniu telefonu — tak nagle i w gorącej wodzie kąpana?

Błyskawicznie przeanalizował sytuację. Nikt jej nie wyręczy w zakręceniu kranu, zatem jest sama, przynajmniej dzisiejszego wieczora. Nie wiedzieć czemu, Anka wydaje się zainteresowana, przynajmniej pierwszym spotkaniem. Prognoza dość klarowna, pocieszał się.

Dla otrzeźwienia wziął się za talerze zalegające w zlewie. Wyobrażał sobie, jak aktualnie może wyglądać dawna koleżanka. Zawsze była szczupła i bardzo zgrabna, nosiła oryginalne ciuchy, czasem dość wyzywające i to nie ze względu na sam kolor. Wtedy w centrum miasta widział ją przez moment, ale spieszył się tak bardzo, że nie dokonał żadnej oceny. Nie przepadał za blondynkami, stereotypowo wydawały mu się mniej tajemnicze, mocno przyziemne. O Ance nie myślał w kategorii sensowna, jeśli już to seksowna, a przede wszystkim zajęta. Wiedział, że rozstała się z Krzychem, ale Andżelika widywała ich ponoć jako parę, a to w hipermarkecie, a to w restauracji. Wynikałoby z tego, że wrócili do siebie, dlatego od Anki chciał dyskretnie wywiedzieć się, co porabia Radkiewski, czy pracuje może dalej w służbach. Mógłby być wybawieniem i końcem kłopotów.

Dzięki takiej znajomości z czasem miałby szansę zmienić barwy i załapać się do wywiadu. Zdaniewicz roztaczał przed sobą ambitne wizje, wycierając kubek z — nomen omen — pełnym zawijasów napisem „Lojalka Jolki". Jeszcze kilka chwil i będzie gotów do rezygnacji z obecnego zatrudnienia.

Same niespodzianki, stare jawi się jako nowe. Miał prowadzić potajemne śledztwo, a wyszła mu randka. Nie powinien tak bojowo nastawiać się na jutrzejsze spotkanie, ale co mu szkodzi niegroźny i niezobowiązujący podryw. Naprawdę sympatycznie rozmawia się z takimi śmiałymi kobietami. Wyczuł, że Ance zaimponowała jego profesja, jakby interesowali ją tylko mundurowi. Każdy ma swoje jazdy, a jemu przyda się odrobina flirtu z takim kociakiem. Już miał popuścić wodze fantazji, gdy nagle przypomniał sobie o fryzjerze. Chciał dobrze wypaść, a tu kłody pod nogi. Skoczy po południu, bo rano podjedzie na Raków w sprawie Michaliny, rozdrapać zagojone rany. Musi znaleźć kogoś, kto będzie wiedział, gdzie przebywa świadek.

Przy zmywaniu zalał podłogę. Wszystko pływało i nie mógł znaleźć mopa ani wiadra. Zawsze stały obok pralki. Wreszcie klapnął przed telewizorem. Sama papka, nawet na kanałach typu Discovery: wielkie budowle, historie niezwykłych ludzi, spece od dziwnych pojazdów, teorie spiskowe. Wszystko na jedno kopyto. Ostatnio obejrzał polowanie na duchy. Zawiódł się jednak, rekonstrukcje aktorskie i tyle. Lepszy był dokument o opętaniu Anneliese Michel, która zmarła, mimo pomocy dwóch egzorcystów. Klimat filmu przypomniał mu o licealnej fascynacji kiczowatymi horrorami wydawanymi w opasłych seriach.

Papieros przy uchylonym oknie. Muzykę ustawił na sleep off, pół godziny z zespołem Spoke powinno wystarczyć. Oczy kleiły się, nie pozwalając na trafienie w odpowiedni przycisk.


3

— Weź to i nie marudź! — krzyczała matka do swojego synka, nieopierzonego gimnazjalisty. — Czego tu się wstydzić? Nie rozumiem. Kanapki w szkole to normalna rzecz, powariowaliście z tymi batonami z automatu. Ech, uparciuch.

Zanim zdążyła wygramolić się w szpilkach z rozklekotanego forda ka, chłopiec stał już w drzwiach budynku. Wykonała bliżej niesprecyzowany ruch ręką, jakby próbowała przesłać całusa albo pomachać na pożegnanie. Powstrzymała się jednak, rozumiejąc śmieszność swojego zachowania. W tym ułamku sekundy z przykrością pojęła, że skończył się okres niańczenia i mamusisynek zamiast pieszczot woli kieszonkowe.

Bartosz stał niedaleko ogrodzenia szkolnego. Był jedynym widzem dramatycznej sceny. Nieco czerwieniąc się, odwrócił wzrok i skupił się na obserwacji boiska oraz części parku. Z tamtego miejsca — jak powiedzieli mu sąsiedzi — zaraz powinien wyłonić się Robert Więcko, przez kolegów nazywany Dżojem. Ponoć wyszedł wyprowadzić swojego psa, potężnego mastifa. Dżoj był najbliższym przyjacielem dwójki zamordowanych i trzeciego ocalonego chłopaka, kumplował się z nimi od dziecka. Mieszkali w jednym bloku, razem spędzali mnóstwo czasu. Konrad Ligocki trzy miesiące po tragicznych wydarzeniach wyprowadził się na stałe do Krakowa, żeby rozpocząć studia. Bartoszowi udało się ustalić pewne zależności, ale nie wiedział, gdzie szukać Konrada. Jego rodziców nie zastał, przenieśli się do Zawiercia, więc musiał jak najwięcej informacji zebrać od dawnych kolegów i sąsiadów. Na tym etapie nie chciał rozmawiać z rodzinami ofiar. Dżoju mógł wiedzieć, czy chłopcy byli z kimś skonfliktowani. Czasami młodzieńcze wybryki mają swoje przykre finały. Jeden drugiemu nie odda pożyczonej forsy albo odbija dziewczynę na dyskotece. Daleko nie trzeba szukać, pomyślał Zdaniewicz, gdy w oddali zauważył przygarbioną postać rosłego mężczyzny z włosami sięgającymi połowy pleców, który szarpał za smycz groźnie wyglądające psisko.

Przechodząc przez dziurę w płocie, facet potknął się i głośno zaklął. Wydawało się, że wyląduje na trawniku, ale sprawnie podparł się o słupek, odzyskując punkt ciężkości. Miałoby co upadać, kawał chłopa. Z bliska robił wrażenie jeszcze wyższego. Całą twarz porastała mu gęsta szczecina. Pierwsze skojarzenie, jakie Bartkowi przyszło do głowy, to Phil Anselmo, wokalista thrashmetalowego zespołu Pantera. Miał coś takiego w oczach, że cierpła skóra, ale nie było innego wyjścia, Zdaniewicz musiał zastąpić mu drogę i jakoś zagadać.

— Cześć, my się nie znamy, ale chciałbym porozmawiać. — Zanim Bartek zdołał rozwinąć swoją powitalną mowę, z ust Dżoja padło niezobowiązujące „spierdalaj!".

Tego mógł się spodziewać, chyba powinien inaczej podejść tego brodatego typa ubranego w bojówki i gruby poniemiecki płaszcz, pod którym widać było koszulkę z gotyckimi napisami. Barbarzyńskie upodobania Dżoja podkreślał łańcuch dyndający na lewym udzie. Łącząc boczną kieszeń z paskiem, służył do podczepienia portfela.

— Jeżeli jesteś jebanym kociarzem i masz zamiar wcisnąć mi tę waszą gazetkę, to powiem krótko, źle trafiłeś. Zonk. Nie obraź się, kolo, ale drugi raz tej nawijki nie łyknę ani żadnej „Strażnicy".

Bartek nie skomentował, tylko stał i czekał, licząc na samoistne wystudzenie emocji. Niestety, Dżoju nawet nie przystanął i szedł dalej, prowadząc zwierzę przy samej nodze.

— Nie jestem żadnym Jehowym ani tym bardziej akwizytorem, panie Więcko. Po prostu piszę pewien artykuł dla — tu zaakcentował wyraźnie — wysokonakładowego tygodnika i potrzebuję kilku informacji od pana.

— Czyli że co, pewnie w sprawie kapeli, tak? Za wywiady odpowiedzialny jest nasz frontman, ja tylko grzeję na basie i niewiele ci mogę opowiedzieć.

— Ja w innej sprawie, ale przy okazji temat grania podrzucę redaktorom z działu kulturalnego. — Źle się czuł w tej roli. Gdyby było normalne śledztwo, to inaczej załatwiłby problem z upartym kolesiem. — Chodzi o tragedię z przeszłości, o śmierć, która naznaczyła rodzinę oraz bliskich Adama i Marcina, Jetiego i Mańka. Pana pewnie też — dodał stanowczo.

Zdaniewicz postawił wszystko na jedną kartę, czekając w napięciu na ostrą reakcję. Nie zamierzał męczyć się na własną prośbę. Zamiast spodziewanego gniewu, wydawałoby się odruchu dość typowego dla Roberta Więcko, pojawiło się zaintrygowanie graniczące z podejrzliwością.

— Pewnie, że obeszło i nie dawało spokoju, ale po co ci moje wynurzenia na ten temat? Jakbyś szukał w tym świętości, to mógłbym ci pomóc, ale ciebie, jak każdą gnidę, obchodzi tylko tania afera. Odpuść sobie.

— Skąd możesz wiedzieć, dlaczego interesuję się tamtym morderstwem i na czym mi tak naprawdę zależy? Od razu zakładasz, że chcę coś zniszczyć. — Teraz Zdaniewicz już bez wahania przeszedł na ty. — Chciałbym porozmawiać przede wszystkim z tobą i z Konradem, czyli z kumplami, którzy wówczas mogli zginąć z ręki tego oszołoma.

— Nie ufam gnidom, które włażą z buciorami ludziom w życiorysy. Panie i panowie, gorący i świeżutki jak bułeczka reportaż o faciach, którzy za młodu mogli wpaść w łapy potwora z bagien. W gliniance odkryto tylko dwa trupy, ale może być ich tam więcej, toż to miejscowe Loch Ness, gdzie toną dzieciaki z okolicy. — Dżoju ironizował na całego. — I co, krótkie wypowiedzi przestraszonych wędkarzy na potwierdzenie bzdur wyssanych z palca? Sam mogę wam naprędce sklecić taki materiał, że narobicie w gacie. Co, trafiłem? Czy planujecie inną bekę, jeszcze bardziej odjechany tekścik?

— Człowieku, zdecydowanie masz zły dzień. Nie zamierzam się tutaj z tobą droczyć. Nie chcesz, to nie pomagaj.

— Pomagać? A tak, w nabijaniu kiesy koncernom czy tam korporacjom! Niedoczekanie wasze.

— Pomóc sprawie, w do…. W dojściu do prawdy — nieomal się wygadał. Bartosz nie mógł sobie darować własnego gadulstwa. Tak go poirytował ten drab, że już chciał go postraszyć oskarżeniem o współudział. Bez sensu, w ten sposób nic nie ustali. Nikt nie będzie go poważnie traktował. Chyba sąsiadki, którym marzy się wielki artykuł w kolorowym magazynie, tyle że one nie wiedzą nic szczególnego.

— Jakiej prawdy? Przecież przyskrzynili tego pojebusa i od ręki im zszedł, monster.

— Niby tak, ale są pewne podejrzenia, że kto inny maczał palce w tym czynie, że to nie jakieś przypadkowe zabójstwo.

Więcko zrobił wielkie oczy. Nie odezwał się, tylko szarpnął mocno smycz i założył kosmyk włosów za ucho.

— Nie mogę zdradzać poufnych informacji, które dotarły do naszej redakcji. Nie ufamy w takie objawienia po latach, dlatego po swojemu sprawdzamy rewelacje, jakie nam podrzucono. Zależy nam na ustaleniu sprawcy, który wciąż jest na wolności. Mamy różne podejrzenia, ale na razie nie możemy prosić o policyjną interwencję. Jak wpadniemy na konkretny trop, damy znać prokuraturze.

— Że niby jak? A to skurwiele. Od razu tak mówiłem, żeby im nie wierzyć. Konrad miał rację, że to ich sprawka. Nie upilnowali tego wszarza, co go wieźli ze sobą.

— Ligocki podejrzewał, że policjanci mogli być zamieszani w morderstwo, tak? Chciałbym z nim porozmawiać, zanotować szczegóły. Gdzie go znajdę? Podobno wyprowadził się do Krakowa i osiadł tam na stałe, zgadza się?

— Dobra, siądźmy na tamtej ławce. — Wreszcie Dżoju dał się wciągnąć w rozmowę. Pogłaskał psa. — Nie chcę babrania się w syfie sprzed lat, to nie uratuje chłopaków. Familia ciężko to przeżyła. Chociaż jak pomyślę sobie, że po ziemi stąpa ta kanalia, która ich pocięła…

Spuścił wzrok.

— Mam komórkę do Kondzia, dawno nie przyjeżdżał w odwiedziny, zakapslował się na amen. Zresztą nadajemy na zupełnie innych falach, nie łapie się do naszej brygady.

— Zmieniła was pewnie tamta tragedia.

— Zajebisty cios, wszystko się rozwaliło. Ja zmieniłem podwórko i jeszcze bardziej wpuściłem się w granie, najpierw garaż, a teraz trasy. A studenciak odbił na krakowską bazę.

— Mieli z kimś na pieńku?

— A skąd! Powinni żyć, normalne chłopaki, nie wchodzące nikomu w drogę.

— Przepraszam za pytanie, ale czy przypadkiem ciebie… pana policja wtedy nie podejrzewała?

— Nie poszedłem z chłopakami na Michaśkę tylko dlatego, że nachlałem się oporowo i zaliczyłem zgona. Ledwo mnie dotaszczyli na chatę i jak wór wrzucili do środka.

— Kto to potwierdził? O jakieś alibi chyba musieli zapytać? — Zdaniewicz wracał do formy.

— Matka była i wiedziała, że mocowali się z zamkiem w drzwiach. Później spałem do rana, kiedy oni poszli na Michalinę. — Więcko założył nogę na nogę. — Ja bym mu ten nóż wbił do gardła, aż by się jeden z drugim ochujalec udławił. — Wydawał się coraz bardziej rozwścieczony. Dopiero po chwili milczenia podał numer do Ligockiego i poderwał się z ławeczki. — Podnosisz mi ciśnienie jak cholera. Myślałem, że to za mną. Innym razem pogadamy, jak będzie większa potrzeba.

— Kiedy?

— Nie wiem, jak coś konkretnego wyjdzie. Nie mam fazy. Spadam na chatę, w razie czego pod stacjonarnym można mnie łapać, jest w książce. Dla jasności, wypowiedzi chciałbym autoryzować, żebyście ze mnie pastewnego dupka nie zrobili.

Dżoju miał łeb na karku albo zadatki na gwiazdora, myślał Zdaniewicz, wręczając włochatemu muzykowi swoją podrobioną wizytówkę. Z bliska muzyk przestał być jak Anselmo z Pantery, odpowiadał raczej wizerunkowi zapuszczonego Ryśka Riedla z Dżemu. Dziwny ten Więcko, jakiś nadpobudliwy i nadwrażliwy.

— Dzięki za pomoc. Wiem, to musiało być ciężkie. — Bartek nawet nie wstał, postanowił posiedzieć jeszcze na ławce i pozbierać myśli. Nie śmiał zapytać Dżoja o pewne drobiazgi, na przykład kto otwierał drzwi i czy wszyscy koledzy odprowadzili go do mieszkania. Pewnie nic nie pamięta, skoro dopiero nad ranem zorientował się, że leży we własnym wyrku. No chyba że oszukał matkę i cichcem wymknął się w ślad za resztą paczki. Kolejny trop, który warto mieć z tyłu głowy, pomyślał.

Bartosz powlókł się w końcu do swojego opla i w międzyczasie wykonał telefon do Wołoszynowa. Opowiedział w skrócie o problemach, jakich przysporzyła mu wizyta na Rakowie. Wyznał, że nie potrafi udawać dziennikarza i skutecznie dochodzić prawdy.

— Chłopcze — odrzekł komisarz — wyobraź sobie, że jesteś dziennikarzem śledczym, to najlepszy sposób. W razie czego załatwię ci poręczenie z prasy, legitymację czy co tam potrzebne. I przestań pierdolić mi tu za uchem, przecież nie możemy działać na wierzchu, wiesz dobrze. Na początek zwykle przepytuje się rodziny ofiar. Wypadałoby zebrać informacje o zamordowanych, ale w tej sytuacji szyjemy na skróty, żeby wieść nie rozniosła się na lewo i prawo. Rodziców nie ruszamy, przynajmniej póki co.

Później zaczęło się narzekanie na problem z wypisaniem delegacji do Krakowa, z rozliczeniem paliwa, ogólnie z kosztami.

Młody policjant czuł, że nie przykłada się w należyty sposób do sprawy, jakby nagle stracił zapał do pracy incognito. Lepiej od razu byłoby przenieść się do wywiadu i nie marnować w ten sposób czasu, śmiał się. To nie dla niego, taki teatrzyk, chociaż dopiero wywiad był szopką. Niech ten smród z Michaliny weźmie Wołoszynow albo służby, bo w pojedynkę to żadna robota. Bez wsparcia nie da rady.

Zdaniewiczem targała prawdziwa huśtawka nastrojów.

Swoją granatową astrę zostawił przed budynkiem rezerwatu archeologicznego. Specjalnie tak daleko, żeby spokojnie podreptać wzdłuż Łukasińskiego i poczuć klimat starej hutniczej dzielnicy. Łażenie po mieście bez celu zawsze go odprężało. Dzisiaj nie mógł skupić się na niczym. Zwrócił uwagę na ulicę wyłożoną kocimi łbami i na stare szyny tramwajowe ginące pod asfaltem. Biegła tędy linia, ale ją dawno temu zlikwidowali. Teraz tramwaj kończył kurs pod szpitalem na Kucelinie i połączenie z robotniczym „Czerwonym Rakowem" poszło w zapomnienie.

Minął skrzyżowanie z Prusa. Niebo nabierało matowej barwy, która kładła się cieniem na oknach budynków. Siermiężna architektura, klocki poustawiane jeden na drugim, socreal w uboższej wersji. Pałace Kultury i Nauki to nie były.

Nie powstrzymał się przed zapaleniem papierosa. Skończył ze spike'ami, teraz kupował słabsze i starał się tak mocno nie zaciągać. W walce z nałogiem padła już pewnie tysięczna samobójcza bramka.

Spacer nie pomógł, raczej nadał niepokojący ton myślom. Jeszcze ta wiadomość od Anki, że dzisiaj jednak nie może, bo jest zawalona robotą i musi dłużej posiedzieć w biurze, gdyż mają niezapowiedziany audyt. Tak, to słowo brzmiało bardzo poważnie i nieprzyjemnie. On też prowadzi audyt, skoro musi sprawdzić stare śledztwo i wlepić punkty karne instytucji, która go żywi. Randka nie zając, nie ucieknie. Odbębni wizytę w Krakowie i podejmie decyzję, czy samemu szukać oprawcy z Michaliny, a co do Anki to pewnie nabierze jeszcze większego apetytu na maleńką przygodę. Byle tylko dziewczynie całkiem się nie odwidziało. Sama przecież wymyśliła wspólną kawę…

Podszedł pod wejście do muzeum i uświadomił sobie, że nigdy nie wchodził do środka, aby obejrzeć — jak doczytał na plakacie — cmentarzysko kultury łużyckiej. Dzisiaj również nie skorzysta z oferty. Nie miał ochoty paradować w śmiesznych kapciach wokół szkieletów obłożonych skorupami sprzed wieków.

Odpalił samochód. Jeśli złapie Ligockiego przez telefon, to się z nim umówi od razu na dzisiejszy wieczór. Do Krakowa trzeba liczyć godzinę czterdzieści plus jazda po mieście, dwie godziny z okładem. Zatankować do pełna, powtarzał, mocując się z zepsutą klamką w samochodzie. Jak jedno działało, to drugie szwankowało, jak chodził obrotomierz, to prędkościomierz odmawiał posłuszeństwa. Niezawodnie nawalała jedynie klamka. Był trzecim właścicielem grata, a przy tych zarobkach pozostanie także dożywotnim.


4

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com