Sanditon  - Jane Austen  - ebook
Wydawca: Literatura Net Pl Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sanditon - Jane Austen

Sanditon to ostatnia książka Jane Austen; pracę nad nią przerwała śmierć pisarki.
Wiadomo nam jednak, że powieść była zakrojona na równie szeroką skalę jak "Emma". W pozostawionym fragmencie odnajdujemy na szęście zarówno zarys podstawowych postaci, jak i szkic fabuły.
Główna bohaterka jest jak zwykle "rozważna i romantyczna" a w opisie zmieniającego się gwałtownie pejzażu XIX-wiecznej Anglii jest miejsce zarówno na nostalgię, jak i pozytywną akceptację. Niezależnie od istniejącej kontynuacji dzieła autorstwa Marie Dobbs, miłośnicy twórczości autorki mają okazję uruchomić własną wyobraźnię.

Opinie o ebooku Sanditon - Jane Austen

Fragment ebooka Sanditon - Jane Austen





Jane Austen

Sanditon

Literatura.net.pl


Korekta: Katarzyna Michalska


WYDAWNICTWO TOWER PRESS

GDAŃSK 2001

Konwersja: Nexto Digital Services


Rozdział I



Powóz dżentelmena i damy – którzy podróżując z Tonbridge ku części wybrzeża Sussex, położonej między Hastings a Eastbourne, gnani interesami porzucili główny trakt i podążyli wyjątkowo nierówną drogą – przewrócił się w czasie mozolnej wspinaczki po na wpół kamienistym, a na wpół piaszczystym zboczu wzniesienia. Wypadek zdarzył się nieopodal zabudowań jedynego mieszkającego w tej okolicy dżentelmena; poproszony o skręcenie w tym kierunku stangret uznał nawet początkowo jego dom za cel podróży i z wyraźną niechęcią usłuchał polecenia, żeby go ominąć. Gderał przy tym tak bardzo i tak silnie szarpał lejce oraz zacinał konie, że (gdyby nie to, iż droga zaraz za domem bezsprzecznie stała się o wiele gorsza niż dotąd) można by mniemać, iż wywrócił powóz celowo – zwłaszcza że nie należał on wcale do jego chlebodawcy. Stangret był wszelako poza wszelkimi podejrzeniami, gdyż już wcześniej wyraził rozumne i złowieszcze przekonanie, iż żadne koła – poza kołami chłopskiej furmanki – nie wytrzymają dalszej podróży tym szlakiem. Upadek złagodziła na szczęście nieznaczna prędkość i niewielka szerokość drogi, toteż, kiedy dżentelmen wydostał się z powozu i pomógł także opuścić go swej towarzyszce, okazało się, że poza wstrząsem i siniakami żadne z nich nie doznało poważniejszych obrażeń. Mimo to wysiadając, dżentelmen zwichnął nogę – z czego, za sprawą bólu, szybko zdał sobie sprawę. Zmuszony przerwać zarówno besztanie stangreta, jak i składanie gratulacji sobie i żonie, usiadł na skraju drogi.

– Coś jest nie w porządku – powiedział, dotykając kostki. – Ale nie martw się, moja droga – dodał, patrząc z uśmiechem na żonę. – Wiesz sama, że nie mogło się to stać w lepszym miejscu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Kto wie, czy tego właśnie nie powinniśmy byli sobie życzyć. Wkrótce przestanę cierpieć. Wierzę, że tu właśnie czeka mnie ozdrowienie – oświadczył, wskazując biednie wyglądającą chatę, romantycznie skrytą wśród drzew porastających pobliskie wzgórze. – Czy nie masz wrażenia, że to jest właśnie to miejsce?

Jego żona gorąco pragnęła, by tak właśnie było – ale mimo to stała przelękniona i niespokojna, niezdolna do działania. Ulgi doznała dopiero na widok zbliżających się ludzi. Wypadek został dostrzeżony z rozciągającej się nieopodal łąki, skąd teraz szło ku nim kilku krzepkich mężczyzn w średnim wieku. Byli to: właściciel okolicznych pól, który akurat znalazł się wśród swoich robotników, oraz trzech czy czterech najsilniejszych kosiarzy, wezwanych przezeń na pomoc. Nieco dalej zebrała się reszta pracujących w polu żniwiarzy: kobiety, mężczyźni i dzieci.

Pan Heywood, bo tak nazywał się gospodarz, pospieszył z uprzejmym powitaniem. Był przejęty wypadkiem i zdumiony, że ktoś w ogóle próbował przebyć tę drogę powozem; natychmiast też ofiarował się z pomocą. Jego uprzejmość została przyjęta z wdzięcznością, a kiedy dwaj mężczyźni pomogli stangretowi na nowo postawić powóz na kołach, podróżny rzekł:

– Mam doprawdy u pana wielki dług, sir, i proszę wybaczyć, że chciałbym zaciągnąć jeszcze większy. Obrażenie, jakiego doznała moja noga, jest bez wątpienia błahostką, ale w takich wypadkach lepiej zawsze zasięgnąć porady lekarza. A ponieważ stan drogi uniemożliwia mi udanie się do jego domu o własnych siłach, wdzięczny będę, jeśli bezzwłocznie pośle pan po niego jednego ze swych ludzi.

– Po lekarza? – zawahał się pan Heywood. – Obawiam się, że nie mamy pod ręką nikogo takiego. Ale, śmiem twierdzić, świetnie poradzimy sobie i bez niego.

– Nie, sir. Skoro on sam nie mieszka nigdzie w pobliżu, z powodzeniem zastąpi go zwykły felczer. Może nawet będzie lepszy. Naprawdę wolę zobaczyć się z felczerem. Jestem pewien, że któryś z tych dobrych ludzi będzie w stanie sprowadzić go tu w ciągu trzech minut. Nie muszę pytać, czyj to dom – dodał, zerkając na pobliską chatę – bo poza pańską posesją nie mijaliśmy żadnej rezydencji godnej dżentelmena. Na twarzy pana Heywooda odmalowało się zdumienie.

– A to dopiero! – wykrzyknął. – Spodziewa się pan znaleźć medyka w tej chałupie? Zapewniam pana, że nigdy w naszej parafii nie mieszkał żaden lekarz ani felczer... – Pan wybaczy – przerwał mu podróżny – ale muszę zanegować. Być może zresztą, z powodu rozległości parafii lub jakichś innych przyczyn, nie wie pan, że... Ale, ale... może to ja się pomyliłem, co do miejsca? Czy to jest Willingden? – Tak, sir, to z pewnością jest Willingden.

– W takim razie, sir, udowodnię, że macie w swojej parafii lekarza – niezależnie od tego, czy pan o tym wie, czy nie. Proszę, by wyświadczył mi pan zaszczyt – dodał, wyciągając swój pugilares – i zerknął na te notatki. Wyciąłem je osobiście z „Morning Post" i „Kentish Gazette" nie dalej niż wczoraj rano w Londynie. Upewni się pan, że nie zmyślam, i przy okazji dowie, że lekarze w pańskiej parafii zaniechali ze sobą współpracy, bo wysokie zyski i ogromne doświadczenie tych panów skłoniły ich do samodzielnej praktyki. Wszystko to wyczerpująco tu opisano – zapewnił, podając rozmówcy dwa prostokątne wycinki. – Zapewniam pana, sir – odrzekł z dobrodusznym uśmiechem pan Heywood – że nawet gdyby pokazał mi pan wszystkie gazety wydrukowane przez ostatni tydzień w całym królestwie, nie przekona mnie pan, iż w Willingden jest jakiś lekarz. Sądzę bowiem, że żyjąc tutaj od urodzenia, a to znaczy przez pięćdziesiąt siedem lat, musiałbym wiedzieć o istnieniu kogoś takiego. A przynajmniej mogę pana zapewnić, że żaden lekarz nie ma u nas wysokich zysków. Wprawdzie, gdyby dżentelmeni częściej próbowali jeździć tędy pocztowymi karetami, zamieszkanie w domu na wzgórzu mogłoby być dla lekarza całkiem niezłym interesem, na razie jednak, proszę mi wierzyć, że wbrew przyzwoitemu wrażeniu, które ta chata robi z daleka, nie różni się ona niczym od dwuizbowych chałup, jakich pełno w naszej parafii. Jedną jej izbę zajmuje mój pastuch, w drugiej mieszkają trzy stare kobiety. – To mówiąc sięgnął po gazetowe wycinki i rzuciwszy na nie okiem dodał: – Chyba mogę wyjaśnić to, co tu napisano, sir. Pomylił pan miejsce. W naszym hrabstwie są dwie miejscowości o nazwie Willingden – i pańskie notatki dotyczą tej drugiej. Właściwie zwie się ona Great Willingden lub Willingden Abbots i leży siedem mil dalej, po drugiej stronie Battle – całkiem w dole, w Weald, a my, sir, nie jesteśmy w Weald – dodał z niejaką dumą w głosie. – A w żadnym wypadku nie w dole – odrzekł wesoło podróżny. – Wspinaczka na pańskie wzgórze zajęła nam blisko pół godziny. No cóż, jak pan zauważył, popełniłem okropnie głupią pomyłkę. Wszystko stało się tak szybko... Te artykuły wpadły mi w oko dopiero na pół godziny przed opuszczeniem miasta, kiedy zaś wokół panuje pośpiech i zamieszanie, niczego nie można się porządnie dowiedzieć. Myśli się tylko o powozie, który podjechał pod drzwi. Krótkie poszukiwania na mapie całkowicie mnie przy tym usatysfakcjonowały: okazało się, że jesteśmy akurat o milę lub dwie od Willingden. Nie szukałem więc dłużej... Tak mi przykro, moja droga – zwrócił się do żony – że wpakowałem cię w tę kabałę. Proszę jednak, byś nie niepokoiła się o moją nogę. Kiedy nią nie ruszam, w ogóle mnie nie boli. Skoro zaś tym dobrym ludziom udało się na nowo postawić powóz oraz obrócić konie, najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić, będzie powrót na gościniec i podróż do Hailsham – a stamtąd do domu. Jazda z Hailsham zabierze nam nie więcej niż dwie godziny, a kiedy znajdziemy się u siebie, lekarstwo będzie pod ręką! Odrobina naszego orzeźwiającego morskiego powietrza natychmiast postawi mnie na nogi. Wierz mi, moja droga, tak właśnie działa morze. Słone powietrze i kąpiele są tym, czego mi trzeba. Mój organizm już mi to powiedział.

Pan Heywood przerwał mu w tym momencie, prosząc jak najżyczliwiej, by podróżny nie myślał o ponownym wyruszeniu w drogę, dopóki jego kostka nie zostanie zbadana i nim oboje małżonkowie nieco nie odpoczną w jego domu, dokąd serdecznie ich zaprosił. – Jesteśmy dobrze zaopatrzeni w środki stosowane powszechnie na sińce i skaleczenia – powiedział. – A moja żona i córki z przyjemnością oddadzą się na państwa usługi i zrobią wszystko, co w ich mocy, by ulżyć panu w cierpieniu.

Ostry ból, który towarzyszył każdej próbie poruszenia nogą, skłonił podróżnego, by docenił korzyści płynące z otrzymania natychmiastowej pomocy.

– Cóż, moja droga, myślę, że tak będzie rzeczywiście dla nas najlepiej, prawda? – zasięgnął rady żony. – Zanim jednak skorzystam z pańskiej gościnności, sir – zwrócił się ponownie do Heywooda – pragnę powiedzieć, kim jestem i zatrzeć niemiłe wrażenie, jakie zrobić mogła na panu niezręczna sytuacja, w której się znalazłem. Nazywam się Parker i przybywam z Sanditon. Ta dama zaś to pani Parker, moja żona. Wracamy właśnie do domu z Londynu. Moje nazwisko – choć bynajmniej nie jestem pierwszym w rodzinie właścicielem ziemskim, który posiada majątek w parafii Sanditon – może być tak daleko od wybrzeża nikomu nie znane. Ale o samym Sanditon na pewno pan słyszał. Wszyscy słyszeli o Sanditon, tym wspaniałym, nowym, rozwijającym się kąpielisku. To najcudowniejsze miejsce na całym wybrzeżu Sussex. Natura hojnie je obdarowała, a i ludzie z pewnością wkrótce je sobie upodobają.

– Owszem, słyszałem o Sanditon – odparł pan Heywood. – Co pięć lat słyszymy o jakimś nowo wybudowanym nad morzem mieście, które staje się bardzo modne. Jak znajdują się chętni do zajęcia choćby połowy miejsc w hotelach, pozostaje dla mnie zupełną zagadką! Gdzie są ludzie, którzy mają czas i pieniądze, żeby tam jeździć? Poza tym kurorty przynoszą szkodę wsi; sprawiają, że rosną ceny żywności i biedota żyje w jeszcze większej nędzy. – Ależ wcale nie – zaprzeczył gorąco pan Parker. – Zapewniam pana, że jest wręcz przeciwnie. To powszechny pogląd– ale jakże błędny. Pańskie słowa mogą dotyczyć wielkich osad – na przykład Brighton, Worthing lub Eastbourne – ale nie tak maleńkiej wioski jak Sanditon, która z racji swych nieznacznych rozmiarów nie doświadcza żadnych bolączek cywilizacji. Nie dokonuje się u nas przesadnie szybka rozbudowa, nie mamy problemów ze zbyt licznymi sklepami, placami zabaw czy zbyt wielkim zapotrzebowaniem na towary. To kurort, gdzie zawsze znajdzie pan najlepsze towarzystwo. Osiadłe tam od dawna zacne rodziny trzymają nad wszystkim pieczę; dbają też o biednych i wszelkimi sposobami starają się uczynić ich życie lżejszym. Nie, sir, zapewniam pana, że Sanditon nie jest miejscem... – Nie występowałem przeciwko żadnej konkretnej miejscowości, sir – przerwał mu pan Heywood. – Myślę po prostu, że za dużo ich już powstało na naszym wybrzeżu. Ale czas, żebyśmy pana stąd zabrali...

– Za dużo podobnych miejsc na naszym wybrzeżu! – powtórzył pan Parker. – Co do tego, sir, mogę się z panem w zupełności zgodzić. Jest ich w każdym razie dość; nie potrzeba budować nowych! Każdy – niezależnie od upodobań i zasobności kieszeni – znajdzie coś dla siebie. A ci, którzy chcą zwiększyć liczbę uzdrowisk, postępują moim zdaniem absurdalnie i szybko padną ofiarą własnych błędnych kalkulacji. Takie miejsce jak Sanditon było potrzebne i pożądane, wybrane przez samą naturę, która dała nam wyraźne wskazówki. Najwspanialsza, najczystsza morska bryza na całym wybrzeżu – wszyscy są to gotowi przyznać. Cudowne kąpiele, doskonały piasek, głęboka woda w odległości dziesięciu jardów od brzegu... I żadnego mułu, wodorostów, oślizgłych skał. Nigdy chyba nie istniało lepsze miejsce na kurort. Tego właśnie potrzeba tysiącom ludzi. A w dodatku rozsądna odległość od Londynu! O całą milę bliżej niż Eastbourne. Zważ pan, sir, jaka korzyść płynie z oszczędzenia jednej mili w trakcie długiej podróży. Jeśli zaś chodzi o Brinshore, o którym na pewno pan pomyślał – bo zeszłego roku dwóch czy trzech przedsiębiorców rozważało już rozbudowę tej nędznej wioski – leży ono pomiędzy nieruchomymi bagnami, ponurymi wrzosowiskami i stałym morskim prądem, który przynosi ze sobą wodorosty. Inwestycje w takim miejscu mogą przynieść tylko rozczarowanie. Bo któż zdrowo myślący mógłby polecać Brinshore? Wyjątkowo niezdrowy klimat, przysłowiowo już zniszczone drogi, niezwykle słona woda – w promieniu trzech mil od tego miejsca nie dostanie się filiżanki dobrej herbaty! A co się tyczy uprawy ziemi, jest tam tak zimno i nieprzyjemnie, że można co najwyżej sadzić kapustę. Wierzaj mi pan, sir, że to wierny opis Brinshore, ani trochę nie przesadzony, i jeśli słyszałeś coś innego...

– Nigdy w życiu nie słyszałem o tym miejscu – przerwał mu pan Heywood. – Nie wiedziałem nawet, że istnieje.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com