Rozsądna narzeczona  - Rebecca Lang - ebook
Wydawca: Harlequin Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Rozsądna narzeczona - Rebecca Lang

Deirdre Warwick traci pracę w szpitalu i postanawia zarabiać na życie jako opiekunka do dzieci. Po dwóch latach pragnie wrócić do zawodu pielęgniarki, lecz nie potrafi zostawić uwielbiających ją, osieroconych podopiecznych. Popada w depresję, uważając, że sytuacja jest bez wyjścia. Nieoczekiwanie poznaje doktora Shaya Melburne'a, i od tej chwili w jej życiu zachodzą wielkie zmiany. Deirdre znajduje pracę i zakochuje się w Shayu, on zaś, choć nie odwzajemnia jej uczuć, proponuje rozwiązanie, które dałoby jej i dzieciom poczucie bezpieczeństwa...

Opinie o ebooku Rozsądna narzeczona - Rebecca Lang

Fragment ebooka Rozsądna narzeczona - Rebecca Lang






Rebecca Lang

Rozsądna narzeczona

Tłumaczyła Magdalena Jędrzejak

Harlequin


Tytuł oryginału: The Surgeon’s Convenient Fiancée

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2006

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska, Ewa Godycka







a 2006 by Rebecca Lang

a for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znakfirmowy Wydawnictwa Harlequin i znakserii Harlequin Medical są zastrzeżone.


Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: COMPTEXT® , Warszawa

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona


ISBN 978-83-238-3818-0

Indeks 325260


MEDICAL – 386

Konwersja: Nexto Digital Services


Droga Czytelniczko!


Oto nasza czerwcowa oferta:


Misja w górach (Medical Duo) – Dopiero podczas dramatycznych wydarzeń na wyspie Richard zaczyna rozumieć, jakbardzo kocha Holly;

Lekarz do wzięcia (Medical Duo) – Hamish bardzo długo musiał namawiać Kate, by wyjechała z nim do Szkocji;

Trudna miłość (Medical) – Owen obawia się, że biologiczna matka jego adoptowanego syna wprowadzi zamęt nie tylko w życie chłopca, lecz i w jego własne...

Rozsądna narzeczona (Medical) – Deirdre widziała w Shayu

wspaniałego mężczyznę, on zaś uważa, że ma same wady. Jakgo przekonać, że jest inaczej?


Zapraszam do lektury








Harlequin. Każda chwila może być niezwykła.



Czekamy na listy! Nasz adres:

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21


ROZDZIAŁ PIERWSZY




Deirdre nie zdołała wysiąść na swoim przystanku. Dziwne, pomyślała, patrząc, jakktoś wysiada, potem drzwi zamykają się i autobus jedzie dalej. Nie była w stanie się poruszyć, stopy nie chciały drgnąć, zupełnie jak gdyby nogi miała z kamienia, a ciało nieoczekiwanie zmieniło się w ołowianą bryłę, nie poddającą się jej woli. W pierwszej chwili nic nie rozumiała. Nie miała pojęcia, skąd ten dziwny opór.

Powinna była wysiąść na tym przystanku i najkrótszą drogą wrócić do domu, tym bardziej że będzie niosła ciężkie torby z zakupami, aż cztery, które leżały teraz na sąsiednim siedzeniu.

Autobus przyśpieszył gwałtownie, a ona poczuła, że robi jej się niedobrze. Od rana nic nie jadła, a przecież już prawie wieczór. Tylko jak tu pamiętać o posiłkach, kiedy ma się tyle zmartwień na głowie?

Wysiądzie na następnym przystanku, dwie przecznice dalej. Autobus toczył się przed siebie, a Deirdre zastanawiała się, czy to nie początekpomieszania zmysłów. Poddała się totalnej apatii i czuła przemożną niechęć na myśl o spojrzeniu na zegarek. Chciała, żeby czas zatrzymał się w miejscu, a ona mogła posiedzieć, o niczym nie myśląc i o nic się nie martwiąc. I nagle zaczęła coś rozumieć.

Z ociąganiem zebrała wszystkie torby i wysiadła.

– I co ja mam zrobić?

Jakiś starszy pan zerknął na nią niespokojnie, po czym jeszcze szybciej odwrócił wzrok. Zażenowana ruszyła w stronę domu. Potrzebowała czasu do namysłu.

Wieczorem wraca Jerry. Powinna się cieszyć, że nie będzie musiała nocować u niego ze względu na dzieci, lecz czuła tylko narastającą panikę. Nie chciała ich zostawiać z Jerrym.

Był chłodny listopadowy dzień, zapadała szarówka. O tej porze osiedlowe ulice wyludniają się powoli. Dawno tędy nie szła, nie pamiętała nawet, że w okolicy jest szpital – Stanton Memorial – filia dużego szpitala klinicznego w śródmieściu, choć przecież była z zawodu pielęgniarką.

Pracowała wcześniej w dużym śródmiejskim szpitalu klinicznym, dopóki nie zaczęły się zwolnienia. O tej filii wiedziała tyle co nic, ale też odkąd Jerry zatrudnił ją do opieki nad dziećmi, przestała szukać pracy w zawodzie, zanim tymczasowa w zamyśle posada nie zawładnęła całym jej życiem.

Stojąc naprzeciwko szpitala, w ogrodzie od strony ulicy, przy samym chodniku, zauważyła przeszkloną gablotę z ogłoszeniami, umieszczoną obokbramy wjazdowej. Deirdre zatrzymała się i postawiwszy torby na ziemi, pośród informacji dla personelu wypatrzyła ogłoszenie z nagłówkiem: „Oferty pracy”.

Przebiegła wzrokiem treść: „Pielęgniarki chirurgiczne: praca na pełnym i niepełnym etacie”.

Mimo wszystko zanotowała numer telefonu do wydziału kadr. Byłoby cudownie znowu pracować w zawodzie i codziennie wracać do własnego domu.

Podniosła torby i ruszyła dalej, zamyślona. Zaczął siąpić deszcz, niebo pociemniało. Pokochała te dzieci jakwłasne, no i znalazła się w pułapce. Nie mogła nawet powiedzieć, że Jerry i jego teściowa płacą jej przyzwoicie. Z drugiej strony, gdyby to zależało od Jerry’ego, nie płaciłby jej wcale. Uwikłałby ją w romans, obwieścił, że są „prawie jakmałżeństwo”, jak gdyby to załatwiało sprawę. Bóg świadkiem, że nieraz próbował ją uwieść, ale Deirdre go nie chciała. Nie kochała go i wiedziała, że nie pokocha nigdy. Był jej mniej lub bardziej obmierzły, zależnie od tego, jaksię zachowywał. A co do finansów, to pensję de facto płaciła jej jego teściowa.

Miała dwadzieścia trzy lata, kiedy ją zatrudnił. Była młoda i pełna wiary w ludzi, by nie powiedzieć, że skrajnie naiwna.

– Nienawidzę go – powiedziała na głos. – Oby go ziemia pochłonęła.

Obejrzała się, ale wokół nie było ani żywej duszy. Patrząc przed siebie, szybko zeszła z chodnika. Usłyszała przeraźliwy pisk hamulców i krzyknęła, widząc duży ciemnoniebieski samochód, który w ostatniej chwili zatrzymał się w odległości zaledwie kilkudziesięciu centymetrów od niej.

Torba wypadła jej z ręki, lecz Deirdre stała tylko i patrzyła, jakzakupy rozsypują się u jej stóp. Dwie puszki z grzechotem poturlały się po podjeździe.

– Nic się pani nie stało? – spytał z irytacją kierowca, wyskakując z samochodu.

Ma rację, że się złości, pomyślała, wpatrując się w niego półprzytomnie. Mało brakowało, a istotnie obejrzałaby salę operacyjną w tym szpitalu, lecz z innej perspektywy, niżby wolała. Nie była w stanie wydobyć głosu, więc tylko pokręciła głową. Zbierało jej się na płacz. Uświadomiła sobie, że w gruncie rzeczy właśnie tego jej było trzeba, pretekstu, aby móc się wypłakać.

Kierowca podszedł do niej. Był to wysoki, szczupły i bardzo przystojny mężczyzna, dość młody. Pewnie lekarz.

– Nic się pani nie stało? – powtórzył życzliwszym tonem.

Ma ładny głos, pomyślała, niski, ale o łagodnym brzmieniu. Mężczyzna nadal jednakobserwował ją spod gniewnie ściągniętych brwi, jakgdyby uważał ją za osobę mało rozgarniętą, jeśli nie wręcz za niedoszłą samobójczynię.

– Nie, jestem cała – powiedziała w końcu. – Ja... przepraszam. Nie uważałam.

– Istotnie, nie uważała pani – przyznał sucho.

Miał na sobie czarny kaszmirowy sweter z golfem, ciemnobrązową skórzaną kurtkę, która wyglądała na bardzo drogą i idealnie pasowała do grafitowych spodni, oraz eleganckie czarne półbuty. Był gładko ogolony, miał krótkie ciemne włosy, jasną karnację i szaroniebieskie oczy. Wąskie usta i wyraźnie zarysowany podbródekzdradzały osobę stanowczą i zdecydowaną.

– Zawsze jest pani taka nieuważna?

– Nie – wyszeptała. – Przepraszam.

Łzy popłynęły jej po policzkach. Milcząco potrząsnęła głową, patrząc na rozsypane zakupy.

Widokjej łez zdopingował go do działania.

– Proszę przejść na chodnik– polecił kategorycz

nym tonem, ciągnąc ją za rękę. – Jest pani w szoku. O zakupy proszę się nie martwić, zaraz to pozbieram. Jestem lekarzem, pracuję w tym szpitalu – oznajmił w końcu. – Podwiozę panią do domu. Gdzie pani mieszka?

– Bliziutko – odparła zakłopotana, lecz zarazem nieskończenie wdzięczna za tę propozycję, i ukradkiem otarła załzawione oczy. – Dziękuję.

Podał jej wizytówkę.

– Mama na pewno pani powtarzała, że nie wolno wsiadać do samochodu z kimś, kogo się nie zna – stwierdził, uśmiechając się nieznacznie. – To mądra rada.

Deirdre mrugała powiekami, usiłując odczytać drobny druk, ale litery pływały jej przed oczami. Widziała jakieś nazwisko, a za nim skróty tytułów, lecz poza tym niewiele do niej docierało. Mężczyzna zabrał wizytówkę, po czym pokazał jej laminowaną kartę ze zdjęciem.

– Mój identyfikator – powiedział tylko.

Zdjęcie przedstawiało tego samego mężczyznę, tym razem w zielonym szpitalnym fartuchu.

– Tak, to pan – przyznała.

Czuła się dziwnie obojętna, jakgdyby przyglądała się tej scenie z boku, zamiast w niej uczestniczyć. Łzy nadal płynęły po jej twarzy. Mężczyzna położył torby na tylnym siedzeniu i spojrzał na nią.

– Zapraszam – odezwał się już łagodniej. – Zawiozę panią do domu.

Upewnił się, że nic się jej nie stało, i chce ją mieć jaknajszybciej z głowy, pomyślała.

Chwilę później siedziała w samochodzie, niemalże tonąc w wygodnym skórzanym fotelu i drżąc z zimna.

– Dziękuję – powtórzyła, ocierając łzy. – Mieszkam przy Renfrew Street.

– Wiem, gdzie to jest – odparł, sprawnie włączając się do ruchu.

– Mam samochód, ale akurat nie jest na chodzie – dodała, jakgdyby to wszystko wyjaśniało.

Cicha osiedlowa uliczka Renfrew mieściła się zaledwie o kilka przecznic od szpitala. Deirdre od razu spodobała się i okolica, i dom Jerry’ego, przynajmniej dopóki nie zrozumiała, że to nie jest prawdziwy dom, lecz tylko budynek, w którym mieszkają jej kochane dzieci. Teraz przyprawiał ją o klaustrofobię.

Aparycja Jerry’ego, jego wysiłki, aby zdobyć jej sympatię – jakzrozumiała znacznie później, z czystego wyrachowania – oraz fakt, iż otwarcie mówił, jak jej potrzebuje, jakbardzo jest potrzebna dzieciom, wywarły na niej wielkie wrażenie. A prawda była taka oczywista i banalna.

– Który numer? – spytał, gdy skręcili w Renfrew Street.

– Pięćset trzydzieści sześć, niemal na końcu.

Gdy byli już prawie na miejscu, Deirdre zauważyła Jerry’ego. Wysiadł z samochodu i czekał na trzech mężczyzn, którzy wygramolili się z drugiego auta i podeszli do niego, po czym cała czwórka pomaszerowała do drzwi wejściowych, rozmawiając głośno. Dom był dość duży, lecz niczym nie wyróżniał się na tle sąsiednich budynków. Był może okazały, ale i zupełnie pospolity, taksamo jakjego właściciel. Zbudowany w kalifornijskim stylu i kapiący od tandetnych stiuków, nie pasował do deszczowego i czę sto chłodnego klimatu Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie.

– O nie! – jęknęła Deirdre.

Jerry znowu sprosił koleżków na kolację, nie racząc jej uprzedzić, i oczekuje zapewne, że ona ją przygotuje, a na dokładkę posprząta, że na stole pojawi się wystawny posiłekbez względu na to, co akurat jest w lodówce. Mimo że zobowiązała się do gotowania wyłącznie dla dzieci.

Bez namysłu zsunęła się niżej w fotelu i szepnęła:

– Może mnie pan wysadzić kawałeczek dalej? Bardzo proszę. Właśnie zauważyłam kogoś, z kim wolałabym się nie spotkać.

Mężczyzna spojrzał na nią spod przymrużonych powiek. I nic dziwnego, pomyślała z rozpaczą. Na pewno uważa ją za wariatkę. Mimo wszystko zastosował się do jej prośby.

– Może mi pani zdradzi, co panią dręczy? – powiedział cicho, przyglądając się jej z ciekawością naukowca, który ma pod mikroskopem nader interesujący obiekt. – Może mógłbym jakoś pomóc. Czemu pani płacze? – Z uśmiechem dodał: – Aha, jestem chirurgiem i pracuję w Stanton Memorial. Powtarzam na wszelki wypadek, bo oglądając wizytówkę, tonęła pani we łzach.

– Jest pan bardzo uprzejmy, że mnie pan podwiózł – rzekła zadowolona, że w półmroku panującym w aucie on nie widzi jej twarzy. – Przepraszam, rzeczywiście nie zapamiętałam pańskiego nazwiska.

– Nazywam się Shay Melburne. A pani?

– Deirdre – odparła. – Deirdre Warwick. Jeszcze raz dziękuję, doktorze Melburne.

Nagle uzmysłowiła sobie, że znalazła się sam na sam z bardzo przystojnym mężczyzną, co nie przydarzyło się jej od dwóch i pół roku, kiedy to przyjęła pracę u Jerry’ego.

– Deirdre o smutnych oczach – powiedział cicho. – Pasuje do pani.

– Być może.

– Irlandzkie imię, podobnie jak moje – mówił z namysłem, obracając się w jej stronę, a potem spojrzał na nią tak, jak gdyby zobaczył ją po raz pierwszy. – Prześliczne imię. Legenda głosi, że Deirdre była wyjątkowo piękna.

– Chyba tak. O ile w ogóle istniała.

– Ja w to wierzę. Czemu płaczesz, Deirdre o smutnych oczach? Co?

– To długa historia, ale wolałabym o tym nie mówić. Nie chcę pana zanudzać. Zresztą... pan na pewno się śpieszy.

– Mam czas.

– Po co pan miałby robić sobie kłopot? – spytała zaskoczona.

– Powiedzmy, że chcę okazać zwykłą ludzką życzliwość. Widzę, że potrzebuje pani pomocy. Nie obiecuję, że rozwiążę pani problemy, ale mogę panią wysłuchać. Może zacznijmy od tego, dlaczego nie chciała pani wejść do domu. Proszę się nie śpieszyć. Mam mnóstwo czasu.

– Jestem pielęgniarką chirurgiczną. Pracowałam w Szpitalu Uniwersyteckim – wyrzuciła z siebie jednym tchem, zanim zdążyła stracić odwagę. – Uwielbiałam swoją pracę. Nie będę pana zanudzać szczegółami: dwa i pół roku temu zostałam zwolniona. Wie pan, jak to bywa. Pracowałam krótko, a szpital musiał ciąć koszty.

– Ale to się teraz zmienia.

Opowiedziała mu, jakszukała pracy, jakpomagała finansowo rodzicom, bo ojciec był chory, a matka musiała zostać w domu, by się nim opiekować, jak potem oboje pojechali do Australii do jej brata.

– Tęskni pani? – spytał domyślnie.

– Bardzo. Czasem czuję się tak, jak gdyby umarli. W telegraficznym skrócie – podjęła po chwili – od kogoś z opieki społecznej dowiedziałam się o niejakim Jerrym Parksie, którego żona zmarła na chorobę Leśniowskiego-Crohna. Osierociła dwójkę dzieci, ojczym szukał dla nich opiekunki.

– To na niego nie chciała pani wpaść?

– Tak.

– Kocha go pani, tego Jerry’ego? – spytał po chwili.

– Ależ skąd. Gardzę nim – odparła takim zapalczywym tonem, że Shay pomyślał, iż coś musiało między nimi być. – Ale dzieci kocham. W tym cały problem.

– Rozumiem – odrzekł doktor Melburne. – Ma go pani serdecznie dość, tak? Ale nie chce pani zostawiać dzieci. A to się pani załatwiła, że się takwyrażę.

– Wiem, wiem! I nie mam pojęcia, co dalej. Boże, jak to się wszystko skomplikowało! – jęknęła.

Czuła, że za moment znowu się rozpłacze.

– Nie mogę opuścić dzieci, rozumie pan? Straciły matkę. Kochają mnie i ja je kocham. Na początku były takie cichutkie, takie smutne. Teraz zachowują się jak normalne dzieci. Ufają mi, jestem im potrzebna. Nie wiem, co robić. – Kiedy zaniosła się bezgłośnym szlochem, Shay Melburne podał jej chusteczkę. – Przepraszam... że obarczam pana tym wszystkim. Chyba przechodzę załamanie nerwowe.

– Proszę mówić dalej – poprosił łagodnie.

– Nie mogłam wysiąść z autobusu. Po prostu nie mogłam się do tego zmusić. Przejechałam swój przystanek.

– Już dobrze – powiedział, ciepłymi palcami dotykając lodowatej dłoni Deirdre. – Proszę mnie posłuchać. Zapraszam panią na kolację. Powinna pani coś zjeść, a ja wprost umieram z głodu.

– Ależ nie musi mnie pan nigdzie zapraszać – zaprotestowała przekonana, że zaproponował to z litości.

– Wiem, że nie muszę, ale chcę – odparł. – Może pani podrzucić zakupy do domu tak, żeby nie wpaść na Jerry’ego?

– Mogłabym je zostawić w garażu. Oby tylko Bazyl się do nich nie dobrał.

– Bazyl? A kto to?

– Och... Szczur.

Doktor Melburne zaśmiał się rozbawiony.

– Zwierzątko domowe?

– Nie, nie. Dziki szczur, który pomieszkuje w garażu. Ale zaryzykuję. Ja... powinnam ugotować dzieciakom kolację. Nie widziałam ich od rana... – Umilkła.

Marzyła o tym, by wyrwać się z domu choćby na chwilę, ale miała poczucie obowiązku.

– Duże te dzieci? – spytał z namysłem.

– Mungo ma trzynaście lat, Fleur jest o rokmłodsza – powiedziała z czułością w głosie, a potem się skrzywiła. – Jerry nie jest nawet ich ojcem, tylko ojczymem.

– Skomplikowana sprawa – przyznał Shay. – Może pani zadzwonić do dzieci? Zabieramy je, znam idealną restaurację. Niech wyjdą przed garaż.

– Dziękuję, jest pan bardzo miły. – Otarła łzy. – To cudowny pomysł.

Gdy podjechali pod dom, Deirdre weszła do garażu, postawiła tam zakupy i wybrała numer telefonu komórkowego Munga.

– Super! – ucieszył się, gdy przedstawiła mu plan. – Jemy w mieście, chociaż jest środektygodnia?

– Tak– odparła Deirdre. – Idź po Fleur i za chwilę bądźcie przed garażem. Tylko żeby Jerry was nie zauważył. Wymkniecie się jakoś?

– Jasna sprawa. Znowu siedzą u niego różni tacy i takhałasują, że nie mogę odrabiać lekcji. – Potem Mungo sposępniał. – Nawet do nas nie zajrzał.

– Zostaw mu kartkę na stole kuchennym, że zabrałam was do miasta – poleciła Deirdre. – I pośpieszcie się.

– Nie chcesz, żeby się pokapował, zgadza się?

– Zgadza.

Czekała na deszczu, wielce z siebie zadowolona. Nie będzie jego służącą. Ściśle biorąc, pracowała dla jego teściowej, więc Jerry nawet nie może jej zwolnić. Dzieci straciły matkę, nadal jednak mają babcię. Za plecami nazywały ją Bunią McGregor, mimo że miała na imię Fiona i wolała, by taksię do niej zwracały.

Matka Munga i Fleur nigdy nie wyszła za ich ojca. Przez pewien czas żyli jakmałżeństwo, potem on zniknął z jej życia, dlatego dzieci nie nosiły jego nazwiska. Mieszkał bodajże w Republice Południowej Afryki i nie miał pojęcia o jej śmierci. Odszedł niedługo po narodzinach Fleur.

Deirdre nigdy nie poznała ich matki, lecz słyszała, że była to kobieta inteligentna, rozsądna, z fantazją i świata poza nimi nie widziała. Przez wiele lat, gdy jej stan się pogarszał, myślała tylko o tym, aby po jej śmierci dzieci miały dobrą opiekę i dach nad głową. Deirdre podejrzewała, że Jerry był przy niej do samego końca tylko dlatego, że chciał uszczknąć część spadku, który zostawiła.

– Co jest, Dee? – spytała na jej widokFleur.

– Lekarz ze Stanton Memorial zaprosił nas na kolację do restauracji – wyjaśniła Deirdre, nie wdając się w szczegóły. – Podwiózł mnie do domu.

Nie zdziwiły się, przekonane, że to jej znajomy.

– Niedługo wrócimy. Wiem, że musicie odrobić lekcje.

– Jerry się wścieknie – stwierdziła Fleur wesoło. – Ma gości. Na pewno sobie popiją, a jakpopiją, to i zgłodnieją.

– Owszem, i to jest jeden z powodów, żeby jednak zjeść coś w mieście – odparła Deirdre. – Zresztą nie zamierzam więcej dla niego gotować.

Przy całej swojej antypatii do Jerry’ego, przy dzieciach nigdy nie mówiła o nim źle, mimo że była od niego niezależna, bowiem część jej pensji pochodziła z funduszu powierniczego założonego przez matkę Munga i Fleur. Ojczym nie był nawet prawnym opiekunem dzieci.

– Brawo, Dee – poparł ją Mungo. – Niech sobie zamówią pizzę.

– Poznajcie doktora... uhm... Shaya Melburne’a – powiedziała, gdy wsiedli do samochodu. – Panie doktorze, to Mungo i Fleur McGregor.

– Bardzo mi przyjemnie – odparł, witając się z nimi uściskiem dłoni.

Mungo, szczupły i o złudnie dziecinnym wyglądzie, potrząsnął potarganą ciemną czupryną i otaksował go krytycznym spojrzeniem zza okularów o cienkich metalowych oprawkach.

– Od dawna zna pan Dee? – spytał podejrzliwym tonem, który sprawił, że Deirdre uśmiechnęła się pod nosem.

– Hm. Mam wrażenie, że od bardzo dawna – odparł Shay dziwnym tonem.

Na pewno żałuje, że ich zaprosił, pomyślała, lecz w tej samej chwili, zupełnie jakgdyby czytał w jej myślach, uśmiechnął się do niej ciepło. Jest taki przystojny, kiedy się uśmiecha, a kiedy uśmiecha się do niej...

Fleur była równie szczupła jakbrat, ładna, jasnowłosa i niebieskooka. Aparat ortodontyczny nadawał jej rozczulająco nieporadny i kruchy wygląd.

– Dokąd jedziemy? – spytała, lekko sepleniąc.

– Pomyślałem, że zabiorę was do Dżokera – odparł Shay. – To wegetariańska restauracja nad samą zatoką. Mają tam fantastyczną pizzę.

– Ooo! – Fleur była pod wrażeniem. – Koleżanki mi o niej opowiadały, mówiły, że jest super. Pracował pan z Dee?

– Niestety nie – odparł. – Ale w pewnym sensie poznaliśmy się dzięki szpitalowi.

– Spotykacie się?

– Można takpowiedzieć.

– W porzo – orzekła Fleur.

– W porzo, w porzo – wtrącił Mungo sceptycznie. – Tylko czemu jakoś nigdy o panu nie słyszeliśmy? Jest z nami dwa i pół roku.

– Pewnie nie chciała się mną dzielić – powiedział Shay takim tonem, jak gdyby chciało mu się śmiać.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com