Rotmistrz bez roty - Aleksander Niewiarowski - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 446 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rotmistrz bez roty - Aleksander Niewiarowski

Powieść Aleksandra Niewiarowskiego z 1855 roku. Aleksander Niewiarowski (1824–1892) był powieściopisarzem i dziennikarzem. Używał pseudonimu Aleksander Półkozic. Współpracował z wieloma warszawskimi pismami, np. „Gazetą Codzienną”, „Pszczołą”, teatralnym „Antraktem”. Przynależał do Cyganerii Warszawskiej. Zasłynął jako mistrz felietonu – był m.in. stałym felietonistą „Gazety Warszawskiej” – oraz autor cenionych wspomnień. Wśród jego dzieł można wymienić „Wspomnienie o Cyganerii Warszawskiej” (1964) oraz powieści: „Galeria panien na wydaniu” (1855), „Życie na żart” (1856), „Galeria konkurentów i konkurentek” (1857). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Rotmistrz bez roty - Aleksander Niewiarowski

Fragment ebooka Rotmistrz bez roty - Aleksander Niewiarowski






Spis treści

  1. Tom I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. ROZDZIAŁ XI
  13. ROZDZIAŁ XII
  14. Tom II
  15. ROZDZIAŁ I
  16. ROZDZIAŁ II
  17. ROZDZIAŁ III
  18. ROZDZIAŁ IV
  19. ROZDZIAŁ V
  20. ROZDZIAŁ VI
  21. ROZDZIAŁ VII
  22. ROZDZIAŁ VIII
  23. ROZDZIAŁ IX
  24. ROZDZIAŁ X
  25. ROZDZIAŁ XI
  26. Tom III
  27. ROZDZIAŁ I
  28. ROZDZIAŁ II
  29. ROZDZIAŁ III
  30. ROZDZIAŁ IV
  31. ROZDZIAŁ V
  32. ROZDZIAŁ VI
  33. ROZDZIAŁ VII
  34. ROZDZIAŁ VIII
  35. ROZDZIAŁ IX
  36. ROZDZIAŁ X
  37. ROZDZIAŁ XI
  38. ROZDZIAŁ XII
  39. ROZDZIAŁ XIII
  40. ROZDZIAŁ XIV
  41. ROZDZIAŁ XV
  42. ROZDZIAŁ XVI
  43. ROZDZIAŁ XVII
  44. ROZDZIAŁ XVIII
  45. ROZDZIAŁ XIX
  46. ROZDZIAŁ XX
  47. ZAKOŃCZENIE
  48. Kolofon

Tom I

Tęczo szczęścia! czemuż – czemu?

Dla jednego świetniąc jasno,

Wszystkie barwy twoje gasną

I zostawiasz cień drugiemu?

Włodzimierz Wolski

z poematu Wielki Pan


ROZDZIAŁ I

Piękną była hrabina Izaura! Przy jasnych włosach jakże uroczo, namiętnie połyskiwały czarne wielkie jej oczy! I dziwna! w wyrazie tych oczu można było czytać raz figlarną dzieciaka naiwność, to znowu przez wpół zmrużone powieki przeświecały długie, rozkoszne rozemdlonej odaliski spojrzenia; powabny kształt jej ciała i za mocne może kontury torsu, przy więcej niż średnim wzroście, czyniły ją podobną do tych ponętnych córek południowego nieba, które jak granaty rumienią się pod ognistym słońca pocałowaniem, których wdzięk rozkwitł silnie i bogato, zda się jedynie dlatego, by silniejsze, ognistsze namiętności zespolić mógł ze sobą. Piękną była hrabina Izaura! I gdyby nie ręce twardsze i większe cokolwiek niżby tej postaci przystały, gdyby nie zęby cokolwieczek za wielkie i pozbawione, skutkiem może palenia cygar, swej śnieżystoemaliowanej białości, to hrabina byłaby nie tylko jedną z najpiękniejszych kobiet w kilkomilowym promieniu swego powiatu, lecz śmiało rzec można, że czarne jej oczy świecąc spod białego zawoju, najeżyłyby żądzą wszystkie brody wyznawców korami, a śnieżne piersi, które jak lilie wiatrem kołysane wznosiły się pod delikatną koronkową koszulką, roznieciłyby iskrzącą namiętność nawet w młodym uczniu medycyny powracającym z pierwszy raz odbytej sekcji.

Otóż macie obraz cielesny hrabiny: a jej serce, umysł, dusza? Cierpliwości! nie powiem wam wszystkiego od razu: naprzód dlatego, by nie osłabiać wrażenia dramatycznego w dalszym rozwinięciu powieści, po wtóre: że dzisiaj już nikt, nawet recenzent-przyjaciel, nie chce wierzyć autorowi na słowo honoru, jakim jest jego bohater lub heroina, lecz żąda, by postacie dramatu same wypowiedziały w akcji moralną i charakterystyczną wartość swoją. Słuszne to czy niesłuszne wymagania, trzeba się do nich stosować przecież, dlatego dosyć o hrabinie. Teraz kilka słów o jej mężu. Hrabia Hektor, młody, wysoki brunet, zawsze blady, zawsze milczący i zawsze zamyślony. Jakaś ukryta choroba umysłu, czy też może ból jakiś serdeczny, powlokły twarz jego tą mglistą melancholii cerą, którą prozaiczny świat medycyny żółciową nazywa. Hektor zapięty po wojskowemu w ciemny brązowy surdut, z pugilaresem w ręku, w którym ustawicznie coś rysował, z cygarem w ustach, zdawał się należeć do rzędu tych jednostajnych postaci, które jak zegary raz w rok nakręcane, nie zmieniają biegu swego: nie na próżno mówię raz w rok, bo hrabia Hektor każdego roku w miesiącu czerwcu wyjeżdżał z domu, nie uwiadamiając nikogo o celu swej tajemniczej wycieczki. Po upływie kilku tygodni wracał, zamykał się w swoim gabinecie i dopiero nazajutrz zjawiał się w salonie, witając żonę tak jakby od wczoraj nie rozstawali się z sobą. I znowu ciemna blada jego postać przesuwała się w oznaczonych chwilach i miejscach. Nie można było powiedzieć stanowczo, czy hrabina kochała męża; jednak wielu utrzymywało, że tak być musi, gdyż hrabia zrujnowany najzupełniej i zadłużony straszliwie, nie ukrywając stanu swoich interesów, zaślubił przecież Izaurę, młodą i bardzo bogatą panienkę. I rzeczywiście, mimo pozornej oziębłości i jakiejś obojętności, którą może tajemniczy charakter Hektora utworzył w małżeńskim pożyciu, niekiedy Izaura spoglądała na wyrazistą i piękną twarz jego pałającym wzrokiem, czasem też było w jej westchnieniu i głosie coś takiego, co nakazywało wierzyć, że w sercu Izaury tliła głęboka czułość dla męża.

Hektor przeciwnie, zawsze zimny i grzeczny dla żony, poświęcał wszystkie chwile gospodarskim czynnościom, żaden najdrobniejszy szczegół nie uchodził przed okiem jego; toteż w okolicy miał sławę najlepszego agronoma, a stan majątku kwitnący polepszając się corocznie, dawał jawne świadectwo o zdolnościach i pracy hrabiego.

Mimo jednakże tej mistycznej dysharmonii w małżeńskim świecie, dom hrabiów był jednym z najprzyjemniejszych w okolicy; Hektor był gościnny i nadzwyczaj delikatny w sąsiedzkich stosunkach. Za przybyciem gościa rozjaśniała się posępna i zimna twarz jego. Lubo małomówny, umiał nadać rozmowie ton właściwy, a wreszcie niedostatek innych rozrywek zastępował doskonałą kuchnią, wyborną piwnicą i czarującą zalotnością hrabiny, której najzupełniejszą swobodę w myślach, słowach i uczynkach zostawiał. Taki stan rzeczy trwał już kilka lat, od czasu małżeństwa Hektora z Izaurą.

Było to w prześliczny dzień majowy, słońce wznosiło się ku południowi i wpadając przez różnokolorowe szyby drzwi szklanych do ogrodu wiodących, malowało różnobarwnie meble, ściany, obrazy i twarze dwojga osób siedzących na kanapie. Jedną z tych osób była Izaura, ubrana w szlafroczek Batystowy blado-żółtawego koloru, przy którym ciemniej rysowały się czarne, ogniste jej oczy i dwa hebanowe brwi łuki.

Mężczyzna obok niej siedzący należał do tak nazwanych comme il faut powiatowych.

Pan Remigiusz Łazicki, sąsiad hrabiego, właściciel małego folwarku, codziennie dziękował Panu Bogu za dwie rzeczy: naprzód za to, że świat, po wtóre, że jego na świecie stworzył. Przez parę godzin każdego ranka, które przed toaletą trawił, Remigiusz czyszcząc paznokcie, farbując rude wąsy i rojalkę, uśmiechał się do swego odbicia w zwierciadle i układał twarz stosownie do najrozmaitszych sytuacji, jakie by go zaskoczyć mogły w ekstra-powiatowym, a nawet i stołecznym towarzystwie; następnie brał książkę z tysiącem i jeden frazesów czysty francuskiej turajury, którymi każdą rozmowę przepleść było można, uczył się dziesięciu zdań na pamięć, chwytał potem do pilnego przejrzenia ilustracje Paryża i dowiedziawszy się dokładnie, gdzie i na której ulicy stoi jaki posążek, pałac lub kawiarnia, stroił się w przeszłoroczny, przemyślnie odświeżony frak, kazał zaprzęgać do starego oszczędnie odnowionego koczyka cztery fornalskie szkapy i jechał do Orzyc, gdzie piękna Izaura i posępny Hektor nakarmiwszy go niezmiernie, żegnali zawsze prośbą o jak najczęstsze obdarowanie ich domu miłym towarzystwem kochanego sąsiada.

Pan Remigiusz Łazicki liczył już lat może czterdzieści, ale należał do tych wybranych organizacji, którym żadną miarą nawet w przypuszczeniu oznaczyć wieku niemożna: raz, że jako blondyn, dosyć skromnie prowadząc się i niewiele trudząc głowę myślami, ani siwiał ani łysiał, po wtóre, że umiał nadać swemu wzięciu się z młodzieżą ten ton rówieśnika, który go przy pomocy gorsetu i dość świeżo zakonserwowanej twarzy, skutkiem tajemniczych mastyksów aplikacji, prawie młodym czynił.

Było to więc w piękny dzień majowy przed południem. Dwie znane już wam teraz postacie tonęły w elastycznych poduszkach jasną materią wybitej sofy, a kapryśny promień słońca, łamiąc się przez ciemno-niebieską szybę, umalował pięknym fioletowym kolorem nos i jedno oko Remigiusza.

– Pani cierpi?

– Jak zawsze.

Izaura przycisnęła dłonią serce i uczyniła grymasik boleści.

– Bo też pozwól sobie pani hrabino powiedzieć, że nie dosyć baczną jesteś; jeździć konno tak rano i może na czczo jeszcze!

– Jakże pan chce abym tak rano jadła? ja do samego południa na czczo jestem, prócz kilku cygar, które podczas przejażdżki konnej wypalam. Lecz... pan może jesteś zwolennikiem rannego posiłku?

– O nie, wcale nie – wyrzekł z ponurym głodem w oku galant powiatowy, któremu olbrzymi apetyt o ideach dietalnych gospodyni dziwnie niekorzystne szeptał zdanie.

– Czy konie Jaśnie Pana wyprząc? – zapytał wchodzący lokaj.

– Nie trzeba, mój bracie, niech stoją – odparł z przymusem głodny i rozkochany Remigiusz.

– Jak to? panie Łazicki! Cóż to ma znaczyć? Pan zostaniesz i to koniecznie!

– Pani hrabina przebaczy, muszę odjechać.

– Nie przebaczę i zatrzymam. Niech konie pana Łazickiego zaprowadzą do stajni!

– Jednakże hrabino, ja...

– Fi donc! Monsieur Łazicki. Jesteś uparty jak bretończyk, zatrzymuję pana na obiad; przejechałeś dwie mile, a po takim spacerze i głodnym i strudzonym jest się koniecznie.

– O pani! ja jestem bardzo wytrwały – wyrzekł ożywiony Remigiusz, w którym wzmianka o obiedzie dziki zrodziła entuzjazm. – Kiedy ostatni raz jeździłem z Warszawy do Dubna i to directement hrabino! przepędziłem dwie doby na bryczce pocztowej i na jakiejże to bryczce? Dieu de misericorde! A przecież przybyłem do domu książąt L. tak zdrów i czerstwy, że zrobiłem chętny honor obiadowi, który w kwadrans po przybyciu moim służono.

– Więc pan jesteś wytrwały na trudy?

– Och, jestem nadzwyczaj silnej kompleksy!

Izaura przelotnie spojrzała na istotnie atletyczne kształty Łazickiego.

– To wielki dar losu – siła – rzekła po chwili milczenia.

– Czy moralna czy fizyczna? bo na mój honor muszkieterski! nie wiem o jakiej mowa – ozwał się nagle głos za plecami hrabiny.

Remigiusz i Izaura jednocześnie odwrócili się szybko.

– Och! to pan, rotmistrzu! Jakże się pan miewa? witamy i to serdecznie, bardzo serdecznie!

– Racz przyjąć hrabino zapewnienie olbrzymiej części i gorączkowego sentymentu od twego pokornego sługi. I ciebie witam, Herkulesie okolicy! Bard okolicy, chciałbym na mocnych nerwach twoich jak na strunach liry zagrać wesoły akord powitania!

– Jaki szczęśliwy humor u ciebie, rotmistrzu – rzekł z poważnym uśmiechem Remigiusz, podając rękę nowo przybyłemu.

– Żartujesz, luby Remigi! Nikt silniej od ciebie przekonanym nie jest o bezwzględny posępności mego charakteru: nieprawdaż hrabino? że Remigiusz nie tylko wśród prozaicznej jawy życia, ale i w snach swej potężnej organizacji, widzi zawsze oblicze moje spłakane łzami niedoli? My to rozumiemy hrabino, my, którzy piszemy powieści.

– Wariat pan jesteś, kochany rotmistrzu! Skądże ja mogę wiedzieć treść snów pana Łazickiego?

– Pani?... będąc tych snów królową?

– Daję słowo honoru, rotmistrzu, że straciłeś piątą klepkę w podróży.

– Nie miałem nigdy czterech pierwszych hrabino, dlatego też głowa moja zupełnie rozbita; ale za to serce trzyma się ściśle jak obręcz na półbeczku bawarskiego piwa, które stoi pod kluczem w piwnicy Remigiusza.

– Wracasz z Warszawy; cóż nowego nam przywozisz? – przerwał Łazicki.

– Tobie? rachunek od krawca; pani? sześć pudełek sardynków, dwa słoiki francuskiego groszku, kopę cytryn i trzy butelki wybornego araku, wszakże tyle miałem polecone, hrabino?

– A nade wszystko przywozisz nam pan wesołość, córkę nieba i chęć do zabawy. Avez vous observé, Monsieur Łazicki, że za przybyciem rotmistrza, Orzyce jaśniejszą jakby przybierają barwę, pełno życia wciska się za nim w każdy zakątek domu.

– Dziękuję hrabino! przysądzasz mi ogromne życiodajne siły. Ale w samej rzeczy, spotkałem w alei Hektora posępnie dumającego, czyby kartofle w żechy zasadzić. Me croirez vous, Comtesse? ucałowałem go dwanaście razy, dałem do zrozumienia, że utył cokolwiek, obiecałem ogłosić w Morning Chronicle, że ma najgłębsze stanowisko kartoflane i najładniejszą żonę z całego powiatu i otóż zostawiłem go uszczęśliwionego najzupełniej.

– Mais taisez vous donc! car enfin on vous croirait en droit d’attaquer tout le monde ici!

– Wybacz hrabino! mais c’est l’amour partagé qui m’a dorloté ici.

– Etes vous aimé ici; par exemple?

– D’abord, de vous meme Comtesse! mais c’est un sentiment épuré dans le feu platonique.

– Passe encore, któż więcej?

– Udało mi się rozniecić najtkliwsze uczucie w germańskim sercu Malchen, twojej subretki, hrabino.

– C’est par trop scabreux, ce gue vous dites la! Rotmistrzu, strzeż się! mogę pana ukarać.

– Niesłusznie łajesz mnie pani, bo na koniec... przywiozłem sardynki, groszek.

– Które sam zjadać będziesz.

– Arak.

– Który sam wypijesz. Rotmistrzu, rotmistrzu!

– Hrabino, hrabino! I nade wszystko przywiozłem, jak pani mówi, córkę nieba, wesołość, w posępne mury waszego manuału. I że za to wszystko wierny sługa pani, ulegając przemożnej muszkieterskiej naturze i wpływowi dobrej piwnicy, ożywiony nade wszystko uprzejmą twarzą gospodyni, pozwoli sobie niekiedy dewergondować wyrazy bardziej niż przepis ogólnej recepty pokojowej dozwala, to przecież jesteśmy na wsi hrabino, a wieś ma swoje przywileje.

– To zupełnie jak pan, rotmistrzu!

– Prawie, ale powiedz mi pani czy to niesłusznie? Wszak ptaszki nie pytają o pozwolenie szczebiotania pod oknami twej sypialni, czyż krowy pędzone na pastwisko krępują ryki swoje dla pani? czy koguty szacunkiem zdjęte nie przerywają snu pani fantastycznym pianiem północy? i czy wreszcie niewinne owieczki wezwane głosem matek nie napełniają twych uszu najtkliwszym jagnięcym chórem? – jakże hrabino?

– Tak, lecz to wszystko dowodzi tylko, że na wsi przywileje służą zwierzętom.

– Raison de plus! Voyez vous Comtesse... parole d’honneur! Je me crois plus animal que tout le monde ici!

– Wytłumacz się pan, tylko spiesznie, bo śniadanie podadzą za chwilę.

Oczy Remigiusza zaświeciły jak dwa rozżarzone węgle.

– Mit Vergnügen, gnädige Frau Gräfin!

Naprzód trzeba państwu wiedzieć, że od czasu jak Tarkwiniusz Pyszny na pięć, a Kleopatra na siedem równych części, podzielili istotę Monotrematu, liść morwowy (morvus alba) stał się tajemniczym symbolem muszkieterów dziewiętnastego wieku.

– Mais c’est du Gréc pour moi. Panie Łazicki! rozumie pan choć słowo z tej gadaniny?

Terra incognita! – mruknął głodny i zostawiony na drugim planie Remigiusz.

– Wszystko to, raczcie mi wierzyć, pochodzi z przyczyny, że okropnie głodny jestem i za pięć minut z pewnością umrę jak załoga fortecy po stuletnim oblężeniu, Remigiusz także poleży jak Kolos Rodyjski, tylko jego stanowisko galanta okolicy nie pozwala mu przyznać, że tak prozaiczna troska zasępia mu lice.

– Wyborny jesteś – rzekł porywając się zarumieniony nadzieją i wstydem Remigiusz – nikt ci nie sprosta w humorze.

Lekki turkot powozu po żwirowej drodze dał się słyszeć z drugiej strony pałacu.

– Ktoś głodny przybywa – wyszeptał Remigiusz.

W chwilę potem lokaj otworzył drzwi salonu, a przez nie przesunął się powoli młody człowiek w eleganckim podróżnym stroiku. Niebieskie oczy jego jaśniały tym wilgotnym połyskiem, jaki rozczulenie lub smaczny sen w podróży nadaje. Wyraz twarzy i ruchy przybyłego oznajmiały człowieka przywykłego do tak zwanej dobrej kompanii, uśmiech wesoło-złośliwy ponętnie ożywiał delikatną i białą twarz jego, gdy spojrzeniem przebiegał osoby zgromadzone w salonie.

Widok nowo przybyłego rozmaite wywołał wrażenia: Izaura zarumieniła się i zbladła w jednej chwili; jakiś jakby magnetyczny, przymusowy pociąg pochylił jej postać ku przybyszowi; wreszcie, jak gdyby walcząc z tajemną trwogą i wyrzutem, powstała piękna hrabina i łącząc z prawami gospodyni domu koncesję wyzwolonej kobiety, przybiegła do młodzieńca i podawszy mu podwójnie z angielska, bo obydwie ręce, zarumieniona i uśmiechnięta witała go wyrazami nadzwyczaj pochlebnymi.

Remigiusz na widok gościa, skrzywił się jak po ukąszeniu pszczoły, zbrakło mu dobrego kontenansu, powstał, podszedł dwa kroki, a w całej postawie, w utworzonym, a raczej wypracowanym życzliwym uśmiechu, widać było wahanie się i przymus. Wreszcie przybyły skrócił męki Łazickiego, zbliżył się bowiem doń i swobodnie, uprzejmie, kordialnie nawet uścisnął mu rękę.

Człowiek nazywany rotmistrzem bacznie wlepił swoje rozumne i przenikliwe oczy w twarz Izaury. Żaden odcień doznanych wzruszeń nie uszedł jego uwagi. Zimno odpowiedzialna grzeczny ukłon nowego gościa, spojrzał z ukosa na niemy ambaras Remigiusza, uśmiechnął się dowcipnie, zmrużył bystre oczka i kręcąc dwoma palcami lewej ręki prawy wąsik, czekał rozwiązania.

Przez chwilę trwało to naturalne milczenie, jakie zwykle owłada małym kółkiem osób za przybyciem nowej, obcej: wreszcie Izaura z pewną niespokojnością zwróciła się do rotmistrza i wyrzekła z tą sztuczną swobodą i wesołością, które kupujemy w sobie za cenę przyspieszonego pulsu, bicia serca, a czasem i rumieńca na licach:

– Przyjemnie mi jest, że mogę panów zapoznać ze sobą pod moim dachem...

– Pan Stanisław Naczelski, kolega szkolny mego męża i serdeczny przyjaciel naszego domu – rzekła wskazując rotmistrza. – Pan baron Wirowski, kuzyn mój – dodała z lekkim pomieszaniem, spojrzenie przenosząc na przybyłego.

– Miło mi będzie odnowić znajomość, acz chwilową – rzekł uprzejmie baron, kłaniając się rotmistrzowi.

– Jak to? panowie znają się już?

– Pan baron raczy mylić się, gdyż z pewnością dzisiaj pierwszy raz w życiu mam zaszczyt witać go.

– Przeciwnie, panie, znajdowaliśmy się dwa razy w jednej kompanii, prawda, że bardzo licznej, ale pan tak potrafisz uwiadomić się w każdym miejscu, że musiałeś zawładnąć i moją uwagą.

– Na mój honor muszkieterski, panie baronie, nie wiem jak mam sobie to wszystko tłumaczyć. W moim powiecie, nazywam moim powiat, w którym rodziłem się, był ongi zwyczaj, że goście przywozili ze sobą pierniczki, które zwano gościńcem: otóż, czy pan baron dowiedziawszy się przypadkiem o moich nawykach dziecinnych, nie raczyłeś mi przywieźć komplementu wprost jako gościńca?

– Doprawdy, jesteś pan bez litości. Jako pierwej przybyły i o cały przeciąg pobytu w tym domu szczęśliwszy ode mnie, powinien byś łaskawiej oceniać moje wyrazy; bo jeżeli było w nich odrobinkę przekory człowieka przypominającego się nadaremnie pańskiej znajomości, to zaręczam, że nie było złośliwości najmniejszej. Ale gdzie ten kochany hrabia? czy dotąd jeszcze nie rozjaśniłaś pani posępnej pana Hektora fizjognomii?

Rumieniec jakby gniewu wystąpił na śliczną twarz Izaury, odpowiedziała z wolna i niechętnie.

– Mój mąż zawsze w jednakim usposobieniu. W tej porze jednak piękne powietrze i zajęcie gospodarskie wpływają korzystnie na jego zdrowie.

– Dla takich jak on ludzi najlepszym lekarstwem byłoby dobre i wesołe towarzystwo, ja sądzę – rzecze Remigiusz.

– O wesołe trudno; o dobre, w ścisłym znaczeniu, prawie niepodobna na wsi – dodał baron.

– Miejże litość nad biednymi wieśniakami baronie.

– O! pani stanowi wyjątek, należysz do wysokich sfer towarzystwa, kuzynko!

– Co do wesołości – wycedził przez zęby rotmistrz – to kwestia względna, przedmiot ten, raczej dar kosztowny, ma się już w sobie. Wesołość chwilowa jest wtedy, gdy całe towarzystwo znajduje się w tym szczęśliwym usposobieniu, które smaczny sen, dobra diżestia, dzień jasny, a czasem wpływ osoby jakiej w nas stwarza. Smutek i wesołość podobno nosimy już ze sobą po świecie, jak wędrowne dziady swoje sakwy żebracze, czasem ktoś rzuci w nie dar jaki. Lecz nie chcę rozrzewniać Remigiusza, który widocznie już płakać zaczyna. Przejdę więc do zimniejszej kwestii: idzie o dobre towarzystwo. Pan baron pozwoli, że zapytam go, jakie towarzystwo uważa za dobre?

– Lecz... to znaczenie już przyjęte.

– Bardzo przepraszam, bo towarzystwo musi być właściwe aby było dobre. Nie będę mógł na przykład uważać za dobre towarzystwa, ludzi choćby najzgrabniej chodzących po gładkim salonie, mówiących wyborną promnejacją paryską i przerzucających albumy z najprzyjemniejszym gestem, bo znudzę się i zasnę w tym dobrym towarzystwie; lecz dajcie mi kilku ludzi z głową i sercem, małe kółko domowe, rodzime, niech tam każdy mówi jak myśli, lecz niech każdy myśli, a jestem pewny, że to będzie dla mnie najlepsze towarzystwo, bo właściwe.

– A gdyby tak jeszcze kilka flaszek, coś do przekąski i palenia, to byłaby już Walhalla prawdziwa, rotmistrzu.

– Ach prawda! zapomniałem się, rozprawiam tak długo, a Remigiusz głodny. Pani hrabino! pożywienia dla biednych podróżnych! Rzecz szczególna! Orzyce mają w sobie coś konsumującego jak morskie powietrze, tu ciągle by się jadło lub piło.

– Jest więc i pragnienie, panie Naczelski – rzecze z uśmiechem baron; – nic dziwnego! aż dwa słońca ogrzewa te okolice.

– Jeżeli jeszcze dłużej pozostawi nas pani na czczo, wszyscy koleją będziemy mówić komplementy do twoich oczu.

– Zostawcie panowie komplementy; lecz sądzę...

– Śniadanie na stole – rzekł wchodzący lokaj.

 Eh bien! allons Messieurs! Po śniadaniu zrobimy przechadzkę, jeżeli to wam podoba się.

– A Hektor czy będzie jadł z nami?

– Hrabia nie jada nigdy śniadania.

Całe towarzystwo przeszło do ościennego pokoju, gdzie obficie zastawiony stół oczekiwał na konsumentów.

– Panie rotmistrzu, oto wódki! racz zastąpić gospodarza.

– I dlaczegoż to ja koniecznie, hrabino? zdaje się, że Remigiusz, który jest i starszy i ogromniejszy ode mnie, z większą okazałością pełniłby ten święty obowiązek. Ale cóż czynić? takie już moje przeznaczenie: wszystkie ładne kobiety używają mnie zawsze do robienia sprawunków, kupowania nasion, pisania wierszy do pamiętników, rysowania deseni na hafty, etc. W ręce pana barona! paradna śliwowica!

Podczas gdy towarzystwo, w które wprowadziłem czytelnika, zajęte jest śniadaniem, przypatrzmy się bliżej dwom nowoprzybyłym osobom.

Baron Alfred Wirowski pochodził z Galicji, kończył nauki w Wiedniu, później obyczajem bogatszej młodzieży podróżował po zachodniej i południowej Europie. Baron Alfred, wcześnie utraciwszy rodziców, stał się panem majątku przynoszącego mu piętnaście tysięcy złotych reńskich rocznie. Za życia jeszcze rodziców istniał projekt zaślubienia Alfreda z daleką kuzynką Izaurą Kęplicką, jedynaczką niezmiernie bogatego szlachcica, który sprawując długo jakiś urząd skarbowy, umarł zostawiając córce ogromny majątek. Izaura utraciła matkę jeszcze w dzieciństwie, ojciec wychował ją, jak wszyscy ludzie jego stanu i kondycji chowają swe dzieci. Izaura miała bonę Angielkę, guwernantkę Francuzkę i różnych metrów, także cudzoziemców. Po śmierci ojca wyjechała z ciotką do Drezna; Alfred towarzyszył im w podróży. Zdawało się, że nic nie zdoła przeszkodzie małżeństwu dwojga młodych, wolnych i bogatych osób. Izaura i Alfred kochali się tą spokojną miłością ludzi możnych, którym los żadnej tamy na drodze życzeń nie stawia. W tym czasie Alfred odebrał wezwanie od swego stryja, aby udał się do Londynu dla widzenia się z nim przed śmiercią; stryj był milioner i bezdzietny. Nic przeto dziwnego, że baron w kilka godzin po odebraniu listu był już na drodze do Londynu. Odtąd rozchwiały się nadzieje Izaury. Alfred po śmierci stryja pozostał w Anglii i przez rok cały żadnej o sobie nie dawał wieści. Przez ten czas Izaura poznała wypadkiem hrabiego Hektora. Potomek jednej z świetniejszych rodzin wołyńskich, Hektor bardzo wcześnie stracił całą ojcowiznę i ścigany przez wierzycieli, gryziony wewnętrznym wstydem i troską, ze szczątkami fortuny wydalił się za granicę. We Francji spotkał się i odnowił dawną znajomość szkolną ze Stanisławem Naczelskim i odtąd oba prawie nierozłącznie już żyli. W Dreźnie Hektor poznał Izaurę i w ciągu roku niespełna, mimo zjawienia się Alfreda, mimo zabiegów barona około kuzynki, zaślubił ją przecież, a wyjednawszy dla siebie i Stanisława pozwolenie powrotu do kraju, osiadł w Orzycach, majątku żony, gdzie już od pięciu lat jednostajne pędził życie. Naczelski rzeczywiście znał Alfreda z widzenia, lecz żywiąc doń jakąś niewytłumaczoną niechęć, udał, że nie przypomina go sobie. Stanisław był jedną z tych ekscentrycznych figur, jakie u nas obecnie spleen, sprowadzony wraz z porterem i punszani z Anglii tak często na widownię towarzyską wywołują. Twarz jego i cała fizjognomia nadzwyczaj ruchoma wyrażały ten chaos różnorodnych wad i przymiotów, którymi głowę jego i serce Bóg, i życie przybrali. Szczupły brunet, średniego wzrostu, ni ładny, ni brzydki, w dwudziestym piątym roku życia zestarzał się już zupełnie w wyobrażeniach. Głównym zajęciem jego było próżniactwo i marzenie, drugim z rzędu literatura, którą od czasu do czasu z miłością i gustem zajmował się. Stanisław stracił w podróży spadek po ojcu, po matce jednakże została mu część na wielkiej wsi szlacheckiej, mogąca przynosić do czterech tysięcy rocznego dochodu. Tam to w malowniczym modrzewiowym dworze, wśród cienistego sadu, mieszkał nasz ekscentryk prawie samotnie, bo całym towarzystwem mu były: dwa ładne charty, szafa z książkami, stary podstarości z żoną i eks-sierżant, towarzysz broni ojca rotmistrza, na teraz kamerdyner i totumfacki Stanisława. Gospodarstwo jednak szło dobrze, lubo Stanisław nie zadawał sobie nim wiele pracy. Mimo że kilkadziesiąt tysięcy ojcowizny strwonił podróżując lat kilka, Stanisław przecież nie przywykł do wykwintniejszego życia; potrzeby jego były bardzo skromne: w domu siedząc, część dnia przepędzał na czytaniu lub pisaniu, część znowu trawił ucząc dzieci uboższej szlachty i kilku chłopów należących do jego skromnej posiadłości. Był też niezmiernie lubiany od włościan i skutkiem tego szczupła jego fortuna nie rujnowała się przez szkody w pastwiskach i zbożu.

O ile w samotności poważny i głęboki, o tyle z ludźmi w towarzystwach wesoły, pusty, zdawał się tym sztucznym humorem żartować z siebie lub nastrajać się do harmonii ze światem. Wszędzie lubiono jego towarzystwo. Stanisław nie zawierał z nikim ściślejszych związków; jednego Hektora zdawał się bardziej lubić, a z hrabiną przybierał zawsze wpół złośliwy, wpół rubaszny ton, do którego zresztą poufała przyjaźń z mężem i jej samej wesołość zalotna upoważniały ekscentryka. Izaura nazwała go rotmistrzem, choć nigdy w wojsku nie służył; lecz, że miał maniery nieco wyzwolone, że lubił szklaneczkę i hulankę, że podobno gdzieś w jakichś bójkach zagranicznych cokolwiek powąchał prochu, przydomek rotmistrza przylgnął i pozostał mu już ciągle.

A teraz wróćmy do towarzystwa.

– Powiadasz pan tedy, panie Naczelski, że złe jest bez ratunku – rzecze z wolna baron.

– Najzupełniej, a raczej ratunek jest nadto gwałtowny aby go użyć można; tylko wielki operator może podjąć się niebezpiecznej amputacji.

– To tylko wtenczas, gdy chory jest bardzo bogaty: ale biedakowi, zwłaszcza w chwili niebezpieczeństwa, lada cyrulik operuje. A tu na honor nie można posądzać o nadmiar plutokracji.

– Chyba moralnie pan bierze: w takim razie rzeczywiście dożyliśmy epoki straszliwego pauperyzmu; lecz pieniężnie nie stoimy tak źle dotąd; nie mówię osobiście, bo, że ja, drugi i dziesiąty nie mamy kapitałów, to dowodzi tylko, żeśmy ich zebrać nie umieli. Ale są obywatele bardzo bogaci, szczególnie handlujący.

– Ale u nas handel cały w ręku Żydów spoczywa.

– O nich też mówię, przecież innych kapitalistów, z małym wyjątkiem, nie ma wcale.

– Zapominasz pan, że niektóre znakomite rodziny nasze posiadają dotąd ogromne fortuny.

– To się nie liczy, gdyż ci panowie żyją jak gdyby mieli bardzo mało; dlatego właśnie, że ich kapitały spoczywają, przemysł cały popadł w ręce jednej kasty. Nie mam za złe panom, że nie wspierają pojedynczych ludzi, bo to najczęściej do niczego nie prowadzi: lecz zgroza bierze pomyśleć, że tyle użytecznych, pięknych, wielkich nawet rzeczy mogliby zrobić lub do zrobienia ich dać popęd, gdyby poświęcili choćby dwudziestą część dochodów swoich.

– Może też nie wiedzą, jakim sposobem uczynić by to mogli; trzeba żebyście panowie piszący objawili im położenie rzeczy.

– Cha, cha, cha! to wyborne! Czy pan z Kongo czy z Księżyca przybywasz, panie baronie? U nas panowie i w ogóle bogaci ludzie kupują porcelanowe figurki zagranicą, konie i psy sprowadzają z Anglii, buty jeszcze niekiedy biorą z Warszawy, ale kupić książkę i to jeszcze polską, fi done! któż to słyszał? Kupuje się czasem, kiedy autorek jest protegowany przez koterię salonową, czyli jaśniej mówiąc, daje się jałmużnę literatowi, aby mu gębę zapchać; ależ jesteś pan wyborny baronie! My mamy uczyć panów! a wszakże jeden z najlepszych, a najszlachetniejszych zasad, nasz powieściopisarz i dramaturg Korzeniowski, tyle już pięknych kazań nagadał na puszczy. Upewniani was wszakże, że i jego nawet książki tylko z okładek znają.

– Pan więc Korzeniowskiego pisma wysoko cenisz?

– Bardzo! Wszyscy również go ceniliśmy póki był daleko: teraz, kiedy zobaczyliśmy, że to zwyczajny człowiek bez aureoli i skrzydeł, mamy go za bardzo! Taka już nasza natura. Kraszewski odgadł chorobę naszą i nie zamieszkał w Warszawie. Ale wracając do Korzeniowskiego powiem, że jest to jedyny pisarz, który łączy w sobie dwa kapitalne warunki popularnego autora: raz, że jako zdolny dramaturg wydatniej od innych rysuje postacie powieściowe; po wtóre, że posiada ten szczery, serdeczny ton do czytelnika, w którym mu nikt z pisarzy nie sprosta. Wielki to dar nieba dopracować się takiego tonu. Niech Rzewuski napisze najlepszą powieść, pochwalą, ale i zganią; tenże los spotka i Kraszewskiego; ale Korzeniowski u publiczności nietknięty pozostanie. Literaci i koterie będą go szczypać piórem i językiem, który jest piórem najzapalczywszych dla romansopisarza tym, czym galeria i paradyz dla dramaturga i aktorów, to jest jedynym bezstronnym sędzią, ta część czytelników ukocha każdą książkę Korzeniowskiego, bo każda ma w sobie czarowną woń szlachetnego i prawego umysłu, której określić nie podobna, a którą Walter Scott w tak wysokim posiadał stopniu. Nie mówię, żeby i Korzeniowskiego powieściom nie można było zarzucić czegoś, bo i cóż my biedni ludzie doskonałego zrobimy? razi on zbytnią romansowością w romansie, na przykład w Tadeuszu Bezimiennym zakończenie powieści: śmierć syna wśród bójki, oswobodzenie matki, choć to wszystko prawdopodobne, razi jednak i odstręcza nas od bohatera, sami nie wiemy dlaczego, choć może czujemy. W Emerycie znowu, zeszpecenie Marcina przez wódkę i pałki, nie dosyć, że grozi fatalizmem rodu i wychowania dziecinnego wykształconemu światu, ale ma w sobie fałsz artystyczny. Korzeniowskiemu właśnie, który tak cudnie umie rozwijać i podnosić serca swych rodzonych dzieci moralnych, najmniej takie wady przystoją. Ale pomijając to wszystko, jakież śliczne rzeczy spokrytyków; lecz ta część czytelników, która jest tykamy gdzie indziej. Wędrówki Oryginała to znakomita książeczka!

– Czy nie mógłbyś pan pomówić o czym innym, rotmistrzu, jak o tej nudnej warszawskiej literaturze? – rzecze hrabina – ja nie znam się na waszych bazgraninach, dla mnie Lelia Sanda jest ideałem romansu.

– Nie przeczę, że Lelia jest pięknym i wielkiego talentu utworem, smutna to jednakże piękność taka! Zróbmy porównanie: zdarzyło się pewnie pani, w czasie podróży we Włoszech, spotkać owe piękne posągi greckie, które na prostej tafli stoją pojedynczo; gałąź oliwną w ręku lub liść dębowy na skroniach mając, uśmiechają się słonecznie! I znowu te drugie kunsztownie udrapowane grupy, które splątane w żałobnym uścisku płaczą nad grobem. Obydwa utwory są piękne, ale jakże odmiennie! Któż nie woli patrzeć w słoneczne oblicze greckiego posągu? Otóż taka właśnie różnica ducha powieści Sanda i Walter Scotta, do którego Korzeniowski czasem podobny, choć raz jeden pozwolił prześcignąć się Rzewuskiemu w wybornej powieści „Zamek Krakowski”. Zresztą i my też mamy nasze smutne romanse, które gdyby napisał Francuz, zrobiłby sobie sławę i pieniądze, a które u nas mało spostrzeżone przechodzą; mówię o SfnksiePamiętnikach Nieznajomego, J. I. Kraszewskiego, a ileż to życia, ile barwy w Podróżach Tripplina! Mamy pisarzy, tylko nie mamy dla nich chleba. Każdy rzemieślnik, każdy wyrobnik z pracy swej siebie i rodzinę żywi, dlaczegóżby literat miał być płatnym dowolnie? Jego książka to także produkt przecież, który dusza i serce czytelnika konsumuje tak dobrze jak żołądek ostrygi lub bifstek. – Ale ma słuszność hrabina: nudny to przedmiot do rozmowy literatura nasza, nudny, bo skarży się i płacze jak dziecko sierota, gdy patrzy na rówieśników pieszczonych przez serdeczne matki! Ale z takich sierot mężni się ludzie hartują! gdy ludzie opuszczą, wtedy Bóg przytuli! Lecz mniejsza! Bodaj Lelia i cała francuska powieściowa tradukcja! Proszę cię Remigiuszu, nie płacz i przysuń mi z łaski swój flaszkę z likierem, mały kieliszek zielonego kirasao ożywia muszkieterskie serca. Ale otóż i Hektor! przybywaj kochany! Od godziny już zastępuję ciebie, teraz z kolei zastąp mnie, siadaj, weź kieliszek, nóż, widelec i... broń literatury!

– Zawsze jesteś dobrym kolegą, mój drogi Stasiu! – rzekł hrabia z wolna zbliżając się. – Przepraszam panie baronie, chciałem pospieszyć wcześniej na twoje powitanie, ale gospodarstwo...

– Och panie hrabio! między kuzynami...

– Daruj Remigiuszu, choć późno, jednak serdecznie wiłam cię.

– Och hrabio! między sąsiadami...

– Jakże zdrowie twoje? Hektorze – zapytała Izaura, przelotnie spoglądając na Alfreda.

– Dziękuję hrabino, zdrów jestem, cieszy mnie to tym bardziej, że potrzebuję obecnie wszystkich sił moich.

– Dlaczegoż bardziej teraz jak kiedy?

– Bo jutro wyjeżdżam na kilka tygodni w interesie nie cierpiącym zwłoki.

– Jak to! wyjeżdżasz? i dokąd?

– To obojętne: znudziłabyś się, gdybym zaczął tłumaczyć powód wynikły ze spraw częścią sądowych, częścią administracyjnych. Od ciebie Stasiu będę wymagał prawdziwej łaski, lecz wiem, że zawsze mogę polegać na twoim sercu.

– O cóż idzie? smętny Amfilocha synu.

– Może raczysz zastąpić mnie w gospodarstwie, a raczej w głównym nadzorze przez czas mej nieobecności; mógłbyś może zamieszkać w pawiloniku, w ogrodzie, czy zgoda?

– Najchętniej, pozwolisz tylko, że napiszę słów kilka do mego podstarościego.

– Lękasz się pan zapewnie, by twoje charty i książki nie płakały po tobie Rotmistrzu!

– Nie, pani, lękam się sprawić niespokojności starym sługom moich rodziców, którzy kochają mnie szczerze.

Baron milcząc spoglądał w oczy Hektora, hrabia nie spuszczał zeń również swego ponurego wzroku. Zdawało się, że w tej chwilowej walce źrenic powinien upaść Hektor, jednak przeciwnie się stało. Alfred po upartej potyczce nie mógł wytrzymać kamiennego spojrzenia przeciwnika, zmieszał się i spuścił oczy.

Zjawienie się Hektora wywarło jakiś narkotyczny wpływ na wesołość powszechną. Wszystkie twarze przybrały marzący lub skłopotany wyraz. Remigiusz rumienił się ilekroć spotkał wzrok hrabiego. Biedny, podstarzały kawaler czuł się występnym: kochał się w żonie człowieka, który tak wyborne obiady darmo, a okowitę na kredyt mu dawał; zazdrościł rotmistrzowi, który miał tak długo cieszyć się codzienną obecnością pięknej hrabiny i tłustą kuchnią Orzycką. Sam nawet Stanisław na próżno usiłował wskrzesić dobry humor konwiwów.

Dzień cały przeszedł podobnie. Zamierzoną przechadzkę zepsuł gęsty deszczyk majowy; dopiero ku wieczorowi, przybycie kilku sąsiadów dało sposobności każdej z osób naszego dramaciku zebrać się w sobie jakoś.

Pan Tęgobęcki, były podpułkownik byłych wojsk polskich, czupurny staruszek, namiętny partner wistowy, pan Lipin, także ekswojskowy, ale kapitan tylko, Remigiusz i Hektor zasiedli do wista. Izaura z panią Agatą Kasielską, ładną brunetką, która zawsze bez męża oddawała wizyty i używała sławy powiatowej Lukrecji (mówię o Lukrecji Borgia), wezwawszy barona i rotmistrza zasiedli do herbaty na ganku od strony ogrodu, nakrytym markizą i ubranym w bluszczowe liście.

Izaura z przenikliwością właściwą każdej kobiecie w świecie żyjącej, odgadła, że rotmistrz, który mimo sztucznej rubaszności, był dosyć sentymentalny i łatwo zajmował się każdą piękną i zalotną kobietą, wpadnie w sidła pani Kasielskiej, która z urzędu już, jakby kokietując każdego młodego spotkanego w towarzystwie człowieka, nie omieszka rozwinąć wszystkich zasobów zdobywczej sztuki, by choć odrobinkę rozromansować rotmistrza, na którego zresztą od dawna już miała chrapkę, par esprit de contradiction: bo Stanisław sam jeden może z okolicy nie bywał w jej domu i okazywał się aż dotąd nieczułym na sławę i potęgę powszechnie wielbionych wdzięków pani Agaty. Izaura chciała koniecznie zdobyć sobie chwilę swobodną z baronem i obliczyła, że rotmistrz i pani Agata zająwszy się rozmową, którą oboje nadzwyczaj ożywić i urozmaicić umieli, okryją ich jakby parawanem przyzwoitości, poza którym, lubo nie sami, samotnymi będą jednakże. Wyrachowanie powiodło się i skutek przewyższył nadzieję. Po ogólnej pogadance podczas herbaty, hrabina zaproponowała przechadzkę po ogrodzie. Z początku obydwie pary szły razem; lecz, gdy uboczne ścieżki opasujące klomby, były zbyt wąskie, by pomieścić obok cztery osoby, rozdzielono się na pary. Gospodyni domu puściła naprzód panią Kasielską z rotmistrzem, sama zaś i baron idąc jak najwolniej, zatrzymując się pod pozorem oglądania kwiatów, pozostali o kilkadziesiąt kroków za nimi.

Obydwie pary ożywioną prowadziły rozmowę. Przejdźmy do pierwszej.

Pani Kasielska, kobieta modna, wychowana starannie, powabna, w dwudziestym ósmym roku życia posiadała jeszcze tę wpół sztuczną może naiwność młodego dziewczęcia, która właściwa młodej, prawie zawsze śmieszną jest w kobiecie dojrzałej. Tu jednakże naiwność ta była tak zręcznie opracowana, tak różnorodna, a tak pełna dowcipu i ironii, że dodając powabu pięknej pani Agacie, była najniebezpieczniejszą bronią zaczepną w jej ręku.

Rotmistrz i jego dama, wystrzeliwszy w prowadzonej dotąd rozmowie wszystek proch nadaremnie, poznawszy wzajemne siły, jednocześnie reflektować się zaczęli. Nastąpiła chwila milczenia, podczas której obydwie strony, jak dwie groźne wojsk kolumny po bezużytecznych ręcznej broni wystrzałach, opatrują ostrza bagnetów, gotując się do bliskiego starcia. Kasielska pierwsza przerwała milczenie i obrywając gałązkę bzu białego – zapytała, jakby ciągnąc przerwaną rozmowę:

– Więc pan wcale do Leszczyn nie przyjedzie?

– Wcale... chybaby...

– Jest więc warunek... jakiż?

– Na wesele najstarszej córeczki pani dobrodziejki lub, czego strzeż Boże! na pogrzeb pani, z pewnością przybędę.

– A jeżeli pan pierwej umrzesz?

– W takim wypadku zostawię egzekutorowi testamentu mego polecenie, aby proszono panią na uroczysty obchód pogrzebu martwych Muszkietera szczątków.

– Jestem mściwa, nie przyjadę!

– Zniewolę panią.

– Jakim sposobem? Nie pojmuję. Żywy, mógłbyś pan może posiąść jakąś władzę; umarły, żadnej!

– Nawet jeżeli zapiszę pani testamentem moje dwa białe charty, które tak bardzo podobały się jej w czasie wielkiego polowania w N.?

– Prawda, pokusa silna, mniej jednak niż zawziętość obrażonej kobiety. Dziwię się panu, że pisarz powieści, nie nauczyłeś się dotąd na pamięć tej zasady: że obrażający miłość własną, próżność kobiety, robi sobie z niej na zawsze śmiertelną nieprzyjaciółkę.

– Albo kochankę.

– Tak pan sądzi?

– Jestem pewny swego. Naturalnie, zależy bardzo od tego, jaką kobietę obrażamy. Jeżeli powiem troskliwej i skrzętnej gosposi: że jej masło gorzkie, kurczęta chude i że nie ma wyobrażenia o gatunkach płótna, niezawodnie nie przebaczy mi tego nigdy i słusznie! robi to bowiem na niej tak nieprzyjemne wrażenie, jak uczyniłoby na pani, gdybym jej powiedział jakiś oklepany komplement, na przykład, że masz bardzo ładne oczy.

– Powiedziałbyś pan prawdę, nie komplement, toby mnie nie rozgniewało; zresztą miej pan sobie za zasadę, że kobieta o żaden komplement nie rozgniewa się nigdy.

– Widać, że mało znasz pani prawd nudnych.

– Nic dziwnego, nie uczyłam się matematyki.

– Ale pani wierzysz jednakże, że twoje oczy piękne?

– A panu jakże się zdają?

Agata spojrzała w tej chwili na rotmistrza wpół zmrużonymi, pod cieniem długich czarnych rzęs, szafirowymi oczami. Jej twarz prześlicznej białości, zarumieniona od purpurowego spodu parasolki, miała tyle świeżości i powabu, dwa dołeczki od półuśmiechu wywołane były tak rozkoszne... połysk długich oczu tak wilgotny, a przy błękicie ich tak namiętnie ciemniał oddzielony wiatrem jeden pukiel kruczych jej włosów... że Stanisław uczuł jakiś dreszcz elektryczny i mimo woli z naiwnym uwielbieniem zawołał:

– Mój Boże! Jakżeś pani śliczna!

– Jaka szkoda, panie Stanisławie, że według teorii, którą wyraziłeś, nie mogę już teraz zostać twoją kochanką – rzecze ze złośliwym uśmiechem Agata.

– Prawda pani, szkoda! – odparł dotknięty do żywego rotmistrz. – Tym sposobem opóźni się pewnie komplet ekwipażu, który pod żaglem ze skrzydeł amorka do Arkadii wysłać zamierzasz...

– Jak to? Sądzisz pan, że mam zamiar kolonizować nową Arkadię?

– Bez wątpienia, tworzysz pani tak wielu szczęśliwych podobno...

– Obgadują mnie niegodnie, nie wierz pan temu. Kochałam dwóch tylko ludzi: jeden był zręcznym, doświadczonym łotrem i oszukał dobre, głupie dziecko, jakim byłam wtedy; drugi, może niepospolity człowiek, ale nie wierzył, że ludzie mogą kochać się bez interesu... przyniósł mi serce zmięte jak brudna serweta; rozstaliśmy się. Odtąd nie kochałam nikogo.

– A męża nie liczy pani?

– Nie, bo nie kochałam go nigdy.

– Dlaczegoż więc, będąc bogatą, uczyniłaś pani taki wybór?

– Właśnie, że nie wybierałam wcale. Kazano mi wziąć tego, wzięłam; byłabym wówczas poszła za kalekę nawet, gdyż dano mi do wyboru między człowiekiem a klasztorem. Pojmujesz pan, że musiałam pójść koniecznie za pana radcę, bo na koniec czuję że byłaby ze mnie bardzo licha zakonnica i przełożona bez zasad.

– Alboż zostałabyś pani przełożoną?

– Bez wątpienia! wiadomo panu, jak rozległe stosunki świeckie i duchowne moja familia posiada.

– Wyobrażam sobie, jaki byłby rygor w klasztorze pani.

– Kto wie? czasem wielki, czasem żaden. Ja cała zależę często od chwilowej fantazji.

– Teraz wierzę, że łatwiej jak myślałem można by zyskać miłość pani...

– Miłość? Może. Ale stałość, panie, stałość? Jestże z was ktokolwiek taki, który by rozumną kobietę, nie gąsiątko, nie owieczkę, na całe życie, a przynajmniej na całą młodość rozkochać w sobie zdołał?

– To zależne. Można długo utrzymać żar w ciepłym popiele: w takim sercu, które długo kochać może, można trwalszą miłość rozniecić. Ale każ pani wstawić wrzącą wodę do lodowni, zrobi się naprzód letnia, potem zziębnie zupełnie.

– Ale wpuść pan promień słońca do lodowni: stopi lód, a swego ciepła nie straci. Słońca u was nie ma, panowie!

– A raczej promienie mamy nietrwałe. Zresztą, każdy na świecie inaczej pojmuje miłość, i dlatego każdy inaczej po swojemu kocha.

– A pan jak pojmuje miłość?

– Ja? doprawdy jest to pytanie, którego nawet sam sobie nie zadawałem nigdy. Zdaje mi się jednak, że kto by przyszedł do mnie pytać o pojęcie miłości, obszedłbym się z nim, jak z człowiekiem proszącym o pożyczenie pieniędzy.

– Jakże więc?

– Albo wyrzuciłbym go za drzwi, albo dał mu pieniądze, a w każdym razie nic robiłbym próżnych deklamacji.

– Jesteś pan człowiekiem energii!

– Pani żartuje! a sama jakże pojmujesz to uczucie?

– Jak sen. Jeżeli naturalny, popędowy, trwa spokojnie i daje słodkie marzenia; jeżeli wywoła go upojenie tylko, ciągły niepokój i trwoga muszą mu towarzyszyć, a w skutku, zamiast pokrzepić, osłabi. Ale patrz pan! hrabina i baron zniknęli nam zupełnie.

– Mniejsza o to! Dlaczego pani nie napisze traktatu o miłości, pojmując ją tak dokładnie?

– Bo nie mogę być tak znakomitą jak Bremer, a nie chcę zostać tak śmieszną jak Izaura.

– Ach prawda! pani Izaura pisze powieść pod tytułem „Prima Donna”.

– W której jest obraz, że heroinę podczas bezsennej nocy drobne dolegliwości kąsają.

– Musiała mieszkać w domu nie tynkowanym wewnątrz i miała zapewnie meble z licytacji. Ale co pani myśli o hrabinie?

– Podobne pytanie, przez przyjaciela w domu hrabiny zadane, dowodzi, że albo masz pan we mnie wielkie zaufanie lub chcesz mnie obmówić potem; jednakże odpowiem panu, a co większa, szczerze. Uważam hrabinę za kobietę bardzo szczęśliwą, bo jest daleko gorsza niż jej reputacja. Zupełny kontrast ze mną.

– Zbyt surowo sądzisz pani biedną hrabinę!

– Bynajmniej! Ta kobieta nie tylko, że oszukuje swego męża, lecz posuwa grubiaństwo do okropnego stopnia, bo poważa się nadużywać ufności człowieka, który w stosunkach majątkowych zależnym jest od niej. Spoglądasz pan na mnie z podziwem... nie pojmujesz, jak kobieta wątpliwej reputacji może sądzić z podobnego stanowiska. Dowiedz się pan raz na zawsze, że serce kobiety składa się z puchu i stali: oddech namiętności może rozwiać puch, ale magnes prawdziwego uczucia zawsze przywoła stal do siebie. Pan nie wiesz, jaką jest hrabina, nie znasz jej stosunków z mężem i baronem, i wierzę temu, bo jesteś szczery i nieciekawy plotek. W domu stworzyłeś sobie świat głębszego, wyższego życia; ludziom towarzystwa dajesz twój dowcip tylko... Znowu dziwisz się? Ja wiem wszystko, niej panie! znam nawet drobiazgowe cnoty twoje. Czy wierzysz, że płakałam jak dziecko, gdy mi ktoś, żartując z twoich dziwactw, opowiadał, jak przygotowywałeś przez noc całą zioła dla chorej staruszki, dawnej sługi twoich rodziców, że rano chodzisz na palcach, by nie obudzić twego lokaja. Wiem to wszystko i za to może...

Agata zamilkła, rumieniec wystąpił jej na lica.

– Dokończ pani – rzecze z uśmiechem Stanisław – niech stal, jak mówisz, dopełni myśli puchu.

– Dokończę, ale w Leszczynach – rzekła Agata.

Słowom tym taki uśmiech i takie spojrzenie towarzyszyły, że rotmistrz, uszczęśliwiony, ucałował białą rączkę Agaty i z upojeniem rozkoszy objął giętką jej postać...

Są chwile, w których jesteśmy bez woli i myśli. I kiedy pani Agata z pełnym wdzięku i zalotności poruszeniem wydarła się z rąk rotmistrza, jej oczy były wilgotne od łez, a usta od pocałunków.

Dziwna to zagadka, serce kobiety! Izaura kochała Alfreda; Hektor był dla niej człowiekiem obcym zupełnie. Skutkiem nieprzeniknionej dotąd tajemnicy, małżonkowie nie żyli nigdy ze sobą ściślejszym uczuć życiem i dziś jedna chwila zmieniła nagle cały stan serca hrabiny. W czasie gdy Hektor zapowiedział swój odjazd, mówiliśmy już, że stoczyła się między nim a baronem milcząca oczu walka. Hektor zwyciężył, lecz nie same tylko oczy Alfreda; hrabia nie wiedząc, że tą pierwszy raz okazaną męską siłą i energią podbił i serce swej żony. W istocie, baron mając za sobą całą wyższość broni, jednak pokonanym został. Cześć dla zwycięzcy nawałem tłoczyła się w serce Izaury. Z podziwem i trwogą spojrzała w siebie hrabina: jakiś niepokój i dziwna! jakaś słodka nadzieja jednocześnie obudziły uśpione jej czucia. Pragnęła niby wypowiedzieć się ze swego stanu, chciała zapytać Alfreda, co znaczyło cofnięcie się jego, to znowu pragnęła aby baron nie zdołał uniewinnić się. Takie to serce kobiety! skoro uleci zeń miłość, gdy już raz odejmie z piersi kochanka cudowną tarczę uczucia, już obojętne dla niej, czy wszystkie pociski losu uderzą w toż samo serce, które dotąd tak chroniła od małego zadraśnięcia nawet. Potępiony przed sądem jej uczuć już nie zdoła uniewinnić się... bo sędzia i oskarżyciel są w jednej osobie.

– I cóż Izauro? co myślisz o jawnym buncie naszego niewolnika? – zapytał wreszcie baron podnosząc nagle głowę.

– Myślę, że zawrzemy ugodę z nowym Spartakiem; trzeba pomyśleć o koncesjach, baronie.

– Nie pojmuję cię, kuzynko...

– A przecież to jasne! walka z nim niepodobna, bo zwycięstwo wątpliwe; dzisiaj doświadczyłeś siły jego wzroku tylko, cóż gdy działać zacznie.

– Dziecko jesteś! wiesz dobrze, że w mojej mocy jest w proch go zetrzeć. Ustąpiłem mu dzisiaj, bo w samej rzeczy miał w spojrzeniu coś tak zuchwale groźnego, tak pewnego siebie, że mimowolna trwoga opanowała mnie na chwilę: lecz teraz, po rozwadze, postanowiłem już co czynić.

– Cóż takiego?

– Naprzód zabronię mu wyjechać stąd samotnie. Jest to pora prawie, w której co rok udajecie się do wód razem; dotąd jeździliście sami, obecnie pojedziemy razem. Po powrocie może hrabia jechać za swoimi interesami dokąd zechce, teraz nie podobna!

– Lecz ja tego roku wcale do wód nie pojadę, kuzynie.

– Pani?... ty Izauro nie chcesz jechać?... ty?

– Tak, bo wreszcie trzeba mieć wyrozumienie; Hektor może mieć w istocie jakiś interes wielkiej wagi, nie podobna nadużywać w ten sposób władzy nadanej przez okoliczności; to niegodnie mój kuzynie.

– Także więc? to pani bronisz hrabiego?... Teraz nie dziwi mnie jego zuchwalstwo; lecz w każdym razie proszę nie zapominać, że nawet ukochanego małżonka z objęć pani mogę wydrzeć przez pachołków policyjnych.

– Wstydź się pan! baronie! – rzecze oburzona Izara – przysięgam ci, że do tej chwili nic nowego nie zaszło między mną i Hektorem, lecz wyznaję otwarcie: to co powiedziałeś teraz, poniżyło cię w mym sercu i szacunku. Więc to pan, który na mocy dawnych wspomnień, które urokiem młodości i pierwszego uczucia wiążą mnie jeszcze do ciebie, pan, który oziębiając me serce dla Hektora, okradasz go z jego pokoju domowego, pan chcesz pastwić się nad człowiekiem, którego los, wypadek oddał ci w ręce skrępowanego! On bezbronny, kuzynie, a tobie cóż zawinił wreszcie?

– Nic? toż za nic liczysz męczarnie jakich od pięciu lat doznaję? miesiące, które przepędzać muszę z dala od ciebie z myślą, że może starania hrabiego, jego codzienna obecność, kaprys wreszcie, może mi wydrzeć twoje uczucia?

– Bądź pan spokojny, krzywdzą mnie takie podejrzenia, ale powinnam była przygotować się na nie: złe siejąc, złe zbieramy. Co do praw hrabiego... nie upomni się on nigdy o nie; nie znasz Hektora, on nienawidzi mnie od chwili, w której pierwszy raz podejrzenie wcisnęło się do jego myśli. Hektor jest niesprawiedliwy dla mnie i to może oddzieliło nas od siebie na wieki. Ja wiem, że oddając innemu moje serce, jestem występną, ale on nie chce wierzyć w czystość mych uczuć dla ciebie. Podejrzenia jego poniżają mnie okropnie. Mamże panu wy znać?... Hektor nienawidzi swego dziecka... Mój Boże! są chwile, w których drżę o los mego syna. Pewnego razu mały Hektorek biegał po ogrodzie, bona drzemała się na ławce. Postrzegłszy to przez okno, wyszłam do ogrodu. Nagle o kilka kroków od bawiącego się dziecka ujrzałam Hektora opartego o drzewo; patrzał na swego syna z wyrazem tak okrutnym, że krew zastygła we mnie. Spostrzegłszy mnie, hrabia obudził bonę, wyrzucił niedbalstwo w dozorze i grzecznie, zimno ukłoniwszy się mnie, odszedł.

– Sądzisz więc pani, że Hektor poważy się udręczać cię otwarcie?

– Nie wiem, mam tylko przekonanie, że hrabia knuje coś strasznego. Jego periodyczna tajemnicza wycieczka z domu przeraża mnie.

– Och, co do tego bądź pani spokojna! Zbadałem ten śmieszny sekret: hrabia, bądź z desperacji, bądź z zemsty, usiłuje oderwać swe serce od ciebie. On przepędza cały czas swych tajemniczych nieobecności w Warszawie; w jakimś małym mieszkaniu urządził atelier i trudni się malarstwem. Prócz tego jest tam jakiś idylliczny romans podobno: uboga sierota, gryzetka czy coś podobnego; nadzwyczaj romansowa sprawa!

Gdyby baron w tej chwili uważniej patrzał na Izaurę, z pewnością odgadłby całą tajemnicę jej serca. Hrabina zbladła jak śmierć, wszystka krew zbiegła jej do serca; w tej chwili uczuła całą rozległość swego nieszczęścia. Kochała swego męża nie mogąc powiedzieć mu tego; nienawidziła barona, lękając się tym wyznaniem ściągnąć zemstę na głowę Hektora.

– Słyszałem szelest w tym klombie – rzekł nagle baron.

– To wiatr lub może ptak jaki, zresztą chodzą tu czasem pawie, nikt inny słuchać nas nie może, Hektor zajęty grą... Ale gdzie podziała się pani Kasielska z rotmistrzem?

– Och! ta pani łatwo znalazła sobie i towarzyszowi wygodny przytułek: pani Agata jest jak Rzym za czasów Mariusza: coraz nowy triumfator wjeżdża w bramy jej serca.

– Teraz ja znowu usłyszałem szelest.

– Więc rozłączmy się lepiej, a raczej wracajmy do pałacu. Trzeba jednakże dziś jeszcze zobaczyć się nam koniecznie.

– Nie podobna! Powiedz mi pan, Alfredzie, dlaczego złamałeś przyrzeczenie dane Hektorowi, że nigdy nie przybędziesz znieważać go w domu? Dlaczego uwziąłeś się dręczyć człowieka, któremu i tak wyrządziliśmy tyle złego, którego bez nas nawet, Bóg surowo ukarał?

– Stęskniłem się do ciebie; potem pomyślałem, że pokrewieństwo nasze usprawiedliwi w oczach świata tę wiejską wizytę; zresztą, jeżeli hrabia oznaczy dzień wyjazdu do wód, odjadę.

Hrabina zamyśliła się.

– Mówiłem więc, że potrzebujemy dziś jeszcze widzieć się ze sobą. Czy można wejść do twego apartamentu?

– Nie podobna, panie!

– A więc tu w ogrodzie, na przykład w tej odległej alei, gdzie stoi kamienna ławka.

– Po cóż dziś koniecznie?

– Mam powiedzieć ci rzeczy wielkiej wagi.

– Dobrze więc, lecz pora?

– Czy hrabia wcześnie spać idzie?

– O jedenastej.

– Więc po jedenastej.

– Zgoda!

Na zakręcie alei ukazał się rotmistrz z panią Kasielską. Rozmawiali obojętnie; Agata trzymała nową gałązkę bzu, już nie białego.

– Porzuciliście nas państwo – rzekła z uśmiechem hrabina.

– Wy to raczej – odpowie pani Agata – pozwoliliście nam zabłąkać się w ogrodzie. Szczęściem, pan Naczelski jest tak wesołym towarzyszem, że wybaczam kochanej gospodyni zaniedbanie gości.

– Och, na wsi, na spacerze zwłaszcza, każdy sam gospodaruje. Cieszy mnie jednak, że pani zadowolona z rotmistrza. Ja nie mogę pochwalić się: mój kuzyn tak przesiąkł mgłą i spleenem Londynu, że istotnie, w całym świecie trudno znaleźć nudniejszego kuzyna; mais que faire?

Połączone znów pary wróciły do pałacu. Wist ciągnął się jeszcze, tylko na miejscu Hektora nieobecnego grał świeżo przybyły sąsiad, pan Adolf, ciemięga. Po chwili hrabia wrócił do salonu drzwiami prowadzącymi na korytarz.

Izaura odetchnęła swobodniej; przeciwnie, baron posępnie zamyślił się.

Po krótkiej kolacji rozjechali się goście; pozostali tylko: rotmistrz, Remigiusz i baron. Stanisław sypiał w pokoju Hektora, Remigiusza i Alfreda lokaje odprowadzili na pierwsze piętro pałacu.


ROZDZIAŁ II

– Więc jutro odjeżdżasz? Hektorze! – rzekł Stanisław leżąc już w łóżku i puszczając wonny dym cygara.

– Chciałbym jutro, ale nie wiem czy zdołam obłatwić się zupełnie; w każdym razie najdalej pojutrze wyjadę.

– Czy w tym roku pojedziesz z żoną do wód?

– Hrabina jest dosyć zdrowa, nie sądzę, aby wody potrzebne jej być mogły; zresztą mam interes zbyt ważny, abym mógł pomyśleć nawet w tym czasie o wyjeździe zagranicę; może później, wszak dopiero maj.

– Zapewne, dosyć jest czasu. Powiedz mi, skąd wziął się tutaj pan baron tak nagle?

Chmura przebiegła po licach Hektora; odrzekł spokojnie:

– Alfred Wirowski jest krewnym mojej żony; zazwyczaj przebywa w Anglii, gdzie po stryju znaczny odziedziczył majątek; zapewnie interesy znagliły go przedsięwziąć podróż do kraju; korzystał z tej sposobności, by odwiedzić kuzynkę; nic dziwnego wszakże?

– Niezawodnie; ale powiedz mi, mój hrabio, co myślisz o pani Kasielskiej?

– Hmm, pani Kasielska jest to kobieta, której chętnie zostałbym przyjacielem lub kochankiem, ale za nic w świecie subretką, ani mężem.

– Co do mnie, nie znałem jej wcale; dziś jednakże w rozmowie, którą podczas przechadzki w ogrodzie prowadziliśmy, spostrzegłem, że pani Agata ma nadzwyczaj wiele zdrowego sądu i dowcipu, a co dziwniejsze, że serce tej kobiety warte więcej niż wielu bardzo uczciwych kobiet.

– Daj pokój uczciwym kobietom! – rzecze smutnie Hektor – są to skarby, które cenimy wtedy, gdy nam ich brak.

Potem, jakby żałując wyrzeczonego zdania, dodał spiesznie:

– Przepraszam cię, mój drogi! muszę odejść na chwilę, mam kilka listów do napisania dziś jeszcze, przejdę do mego gabinetu. Zostawiam ci światło, cygara i książki, potrzebujesz czego więcej?

– Nie, zaraz spać będę.

– A więc dobranoc, Stasiu!

– Dobranoc!

*

Hrabia, zaniknąwszy się w małym gabinecie, którego drugie drzwi wychodziły na korytarz, przez chwilę pozostał zamyślony i jakby niepewny co czynie. Nagle zegar ścienny wybił kwadrans na dwunastą. Hektor zadrżał, przeciągnął ręką po zmarszczonym czole i powziąwszy jakby postanowienie, z gorączkowym pośpiechem zbliżył się do biurka, wyjął parę prześlicznych małych pistoletów, obejrzał je starannie i włożył w kieszenie paltotu; zarzucił na siebie szary punch, zgasił świecę i cichym krokiem wyszedł do ogrodu.

Noc była posępna; szare, ściemnione chmury zakryły księżyc; a lubo gwiazdy przeświecały gdzieniegdzie przez zachmurzony błękit, przecież w cienistym ogrodzie wśród wysokich liściastych kasztanów, ciemność zupełna panowała. Hektor przedzierając się przez klomby cicho i bacznie jak kot, zbliżył się wreszcie do alei, wśród której, pod cieniem rozłożystych akacji, stała kamienna ławka.

W alei i na ławce nie było nikogo.

– Spóźniłem się – pomyślał hrabia.

Nagle w bliskości dały się słyszeć ostrożne stąpania. Mężczyzna, okryty lekkim płaszczem, postępował ostrożnie wśród ciemności. Po niepewnym chodzie i częstym zatrzymywaniu się, jakby dla rozpoznania dokładniejszego drogi, znać było człowieka nie znającego miejscowości. Hektor odgadł barona.

W tej chwili księżyc wyjrzał zza chmury. Blade i mglistej ego światło objaśniło przedmioty. Alfred dostrzegł kamienną ławkę i spiesznie udał się w tym kierunku; lecz przechodząc pod zwieszonymi gałęziami akacji, uczuł nagle zimne żelazo lufy pistoletu na odkrytym czole; cofnął się o krok i mimowolnie wydał lekki okrzyk przerażenia. Hektor stał przed nim z bladą twarzą, której światło księżyca nadawało dziką, jakby trupią spokojność: tylko oczy hrabiego iskrzyły się tym czarnym połyskiem, jakim błyszczą sadze oświecone lampy płomieniem.