Romeo i Julia - William Shakespeare - ebook
Wydawca: Liber Electronicus Kategoria: Edukacja Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Romeo i Julia - William Shakespeare

 

William Shakespeare to wybitny pisarz, aktor i reformator teatru z przełomu XVI i XVII wieku. Wiele z jego dramatów jest znanych i wystawianych na całym świecie, on sam zaś jest jednym z najczęściej tłumaczonych pisarzy anglojęzycznych w historii.

Romeo i Julia, to, obok Hamleta i Makbeta najbardziej znana tragedia Shakespeare’a. Motyw dwóch skłóconych rodzin i dwojga kochanków, którzy mimo przeciwności losu pragną być razem, na stałe wszedł do kanonu popkultury. Oprócz tego jednak, Romeo i Julia to głębokie i wciągające dzieło, które porusza zarówno problem skutków nieopanowanej nienawiści, jak i nierozsądnej miłości. Dogłębne, psychologiczne ujęcie bohaterów, tragiczne sploty okoliczności, śmierć, miłość, wina i odkupienie – to wszystko co tak charakterystyczne dla Shakespeare’a znalazło swoje miejsce w tym jakże słynnym dziele.

Opinie o ebooku Romeo i Julia - William Shakespeare

Fragment ebooka Romeo i Julia - William Shakespeare





Akt pierwszy


Prolog


Dwa wielkie domy w uroczej Weronie,

Równie słynące z bogactwa i chwały,

Co dzień odwieczną zawiść odnawiały,

Obywatelską krwią broczyły dłonie.

Lecz gdy nienawiść pierś ojców pożera,

Fatalna miłość dzieci ich jednoczy

I krwawa wojna, co z wieków się toczy,

W cichym ich grobie na wieki umiera.

Miłość, kochanków śmiercią naznaczona,

Wściekłość rodziców i wojna szalona,

Zerwana późno nad mogiłą dzieci,

Przed waszym okiem na scenie przeleci.

Jeśli nas słuchać będziecie łaskawi,

Błędy obrazu chęć nasza naprawi.



Scena pierwsza


Plac publiczny. Wchodzą SAMSON i GRZEGORZ uzbrojeni w tarcze i miecze


SAMSON

Dalipan, Grzegorzu, nie będziem darli pierza.


GRZEGORZ

Ma się rozumieć, bobyśmy byli zdziercami.


SAMSON

Ale będziemy darli koty, jak z nami zadrą.


GRZEGORZ

Kto zechce zadrzeć z nami, będzie musiał zadrżeć.


SAMSON

Mam zwyczaj drapać zaraz, jak mię kto rozrucha.


GRZEGORZ

Tak, ale nie zaraz zwykłeś się dać rozruchać.


SAMSON

Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą bardzo łatwo.


GRZEGORZ

Rozruchać się tyle znaczy, co ruszyć się z miejsca; być walecznym, jest to stać nieporuszenie: pojmuję więc, że skutkiem rozruchania się twego będzie — drapnięcie.


SAMSON

Te psy z domu Montekich rozruchać mię mogą tylko do stania na miejscu. Będę jak mur dla każdego mężczyzny i dla każdej kobiety z tego domu.


GRZEGORZ

To właśnie pokazuje twoją słabą stronę; mur dla nikogo niestraszny i tylko słabi go się trzymają.


SAMSON

Prawda, dlatego to kobiety, jako najsłabsze, tulą się zawsze do muru. Ja też odtrącę od muru ludzi Montekich, a kobiety Montekich przyprę do muru.


GRZEGORZ

Spór jest tylko między naszymi panami i między nami, ich ludźmi.


SAMSON

Mniejsza mi o to; będę nieubłagany. Pobiwszy ludzi, wywrę wściekłość na kobietach: rzeź między nimi sprawię.


GRZEGORZ

Rzeź kobiet chcesz przedsiębrać?


SAMSON

Nie inaczej: wtłoczę miecz w każdą po kolei. Wiadomo, że się do lwów liczę.


GRZEGORZ

Tym lepiej, że się liczysz do zwierząt; bo gdybyś się liczył do ryb, to byłbyś pewnie sztokfiszem. Weź no się za instrument, bo oto nadchodzi dwóch domowników Montekiego.


Wchodzą ABRAHAM i BALTAZAR


SAMSON

Mój giwer już dobyty: zaczep ich, ja stanę z tyłu.


GRZEGORZ

Gwoli drapania?


SAMSON

Nie bój się.


GRZEGORZ

Ja bym się miał bać z twojej przyczyny!


SAMSON

Miejmy prawo za sobą, niech oni zaczną.


GRZEGORZ

Marsa im nastawię przechodząc; niech go sobie, jak chcą, tłumaczą.


SAMSON

Nie jak chcą, ale jak śmią. Ja im gębę wykrzywię; hańba im, jeśli to ścierpią.


ABRAHAM

Skrzywiłeś się na nas, mości panie?


SAMSON

Nie inaczej, skrzywiłem się.


ABRAHAM

Czy na nas się skrzywiłeś, mości panie?


SAMSON do GRZEGORZA

Będziemyż mieli prawo za sobą, jak powiem: tak jest?


GRZEGORZ

Nie.


SAMSON do ABRAHAMA

Nie, mości panie; nie skrzywiłem się na was, tyłko skrzywiłem się tak sobie.


GRZEGORZ do ABRAHAMA

Zaczepki waść szukasz?


ABRAHAM

Zaczepki? nie.


SAMSON

Jeżeli jej szukasz, to jestem na waścine usługi. Mój pan tak dobry jak i wasz.


ABRAHAM

Nie lepszy.


SAMSON

Niech i tak będzie.


BENWOLIO ukazuje się w głębi

GRZEGORZ na stronie do SAMSONA


Powiedz: lepszy. Oto nadchodzi jeden z krewnych mego pana.


SAMSON

Nie inaczej; lepszy.


ABRAHAM

Kłamiesz.


SAMSON

Dobądźcie mieczów, jeśli macie serca. Grzegorzu, pamiętaj o swoim pchnięciu.


BENWOLIO

Odstąpcie, głupcy; schowajcie miecze do pochew. Sami nie wiecie, co robicie.


Rozdziela ich swoim mieczem. Wchodzi TYBALT


TYBALT

Cóż to? krzyżujesz oręż z parobkami?

Do mnie, Benwolio! pilnuj swego życia.


BENWOLIO

Przywracam tylko pokój. Włóż miecz nazad

Albo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.


TYBALT

Z gołym orężem pokój? Nienawidzę

Tego wyrazu, tak jak nienawidzę

Szatana, wszystkich Montekich i ciebie.

Broń się, nikczemny tchórzu.


Walczą. Nadchodzi kilku przyjaciół obu partii i mieszają się do zwady; wkrótce potem wchodzą mieszczanie z pałkami.


PIERWSZY OBYWATEL

Hola! berdyszów! pałek! Dalej po nich!

Precz z Montekimi, precz z Kapuletami!


Wchodzą KAPULET i PANI KAPULET


KAPULET

Co to za hałas? Podajcie mi długi

Mój miecz! hej!


PANI KAPULET

Raczej kulę; co ci z miecza?


KAPULET

Miecz, mówię! Stary Monteki nadchodzi.

I szydnie swoją klingą mi urąga.


Wchodzą MONTEKI i PANI MONTEKI


MONTEKI

Ha! nędzny Kapulecie!


MONTEKI do żony


Puść mię, pani.


PANI MONTEKI

Nie puszczę cię na krok, gdy wróg przed tobą.


Wchodzi KSIĄŻĘ z orszakiem


KSIĄŻĘ

Zapamiętali, niesforni poddani,

Bezcześciciele bratniej stali! Cóż to,

Czy nie słyszycie? Ludzie czy zwierzęta,

Co wściekłych swoich gniewów żar gasicie

W własnych żył swoich źródle purpurowym:

Pod karą tortur wypuśćcie natychmiast

Z dłoni skrwawionych tę broń buntowniczą

I posłuchajcie tego, co niniejszym

Wasz rozjątrzony książę postanawia.

Domowe starcia, z marnych słów zrodzone

Przez was, Monteki oraz Kapulecie,

Trzykroć już spokój miasta zakłóciły,

Tak że poważni wiekiem i zasługą

Obywatele werońscy musieli

Porzucić swoje wygodne przybory

I w stare dłonie stare ująć miecze,

By zardzewiałym ostrzem zardzewiałe

Niechęci wasze przecinać. Jeżeli

Wzniecicie jeszcze kiedyś waśń podobną,

Zamęt pokoju opłacicie życiem.

A teraz wszyscy ustąpcie niezwłocznie.

Ty, Kapulecie, pójdziesz ze mną razem;

Ty zaś, Monteki, przyjdziesz po południu

Na ratusz, gdzie ci dokładnie w tym względzie

Dalsza ma wola oznajmiona będzie.

Jeszcze raz wzywam wszystkich tu obecnych

Pod karą śmierci, aby się rozeszli.


KSIĄŻĘ z orszakiem wychodzi. Podobnież KAPULET, PANI KAPULET, TYBALT, obywatele i słudzy

MONTEKI


Kto wszczął tę nową zwadę? Mów, synowcze,

Byłżeś tu wtedy, gdy się to zaczęło?


BENWOLIO

Nieprzyjaciela naszego pachołcy

I wasi już się bili, kiedym nadszedł;

Dobyłem broni, aby ich rozdzielić:

Wtem wpadł szalony Tybalt, z gołym mieczem,

I harde zionąc mi w uszy wyzwanie,

Jął się wywijać nim i siec powietrze,

Które świszczało tylko, szydząc z marnych

Jego zamachów. Gdyśmy tak ze sobą

Cięcia i pchnięcia zamieniali, zbiegł się

Większy tłum ludzi; z obu stron walczono,

Aż książę nadszedł i rozdzielił wszystkich.


PANI MONTEKI

Lecz gdzież Romeo? Widziałżeś go dzisiaj?

Jakże się cieszę, że nie był w tym starciu.


BENWOLIO

Godziną pierwej, nim wspaniałe słońce

W złotych się oknach wschodu ukazało,

Troski wygnały mię z dala od domu

W sykomorowy ów gaj, co się ciągnie

Ku południowi od naszego miasta.

Tam, już tak rano, syn wasz się przechadzał.

Ledwiem go ujrzał, pobiegłem ku niemu;

Lecz on, spostrzegłszy mię, skręcił natychmiast

I w najciemniejszej ukrył się gęstwinie.

Pociąg ten jego do odosobnienia

Mierząc mym własnym (serce nasze bowiem

Jest najczynniejsze, kiedyśmy samotni),

Nie przeszkadzałem mu w jego dumaniach

I w inną stronę się udałem, chętnie

Stroniąc od tego, co rad mnie unikał.


MONTEKI

Nieraz o świcie już go tam widziano

Łzami poranną mnożącego rosę,

A chmury — swego oblicza chmurami.

Aliści ledwo na najdalszym wschodzie

Wesołe słońce sprzed łoża Aurory

Zaczęło ściągać cienistą kotarę,

On, uciekając od widoku światła,

Co tchu zamykał się w swoim pokoju;

Zasłaniał okna przed jasnym dnia blaskiem

I sztuczną sobie ciemnicę utwarzał.

W czarne bezdroże dusza jego zajdzie,

Jeśli się na to lekarstwo nie znajdzie.


BENWOLIO

Szanowny stryju, znaszże powód tego?


MONTEKI

Nie znam i z niego wydobyć nie mogę.


BENWOLIO

Wybadywałżeś go jakim sposobem?


MONTEKI

Wybadywałem i sam, i przez drugich;

Lecz on jedyny powiernik swych smutków.

Tak im jest wierny, tak zamknięty w sobie,

Od otwartości wszelkiej tak daleki

Jak pączek kwiatu, co go robak gryzie,

Nim światu wonny swój kielich roztoczył

I pełność swoją rozwinął przed słońcem.

Gdybyśmy mogli dojść tych trosk zarodka,

Nie zbrakłoby nam zaradczego środka.


ROMEO ukazuje się w głębi


BENWOLIO

Oto nadchodzi. Odstąpcie na stronę;

Wyrwę mu z piersi cierpienia tajone.


MONTEKI

Obyś w tej sprawie, co nam serce rani,

Mógł być szczęśliwszym od nas! Pójdźmy, pani.


Wychodzą MONTEKI i PANI MONTEKI


BENWOLIO

Dzień dobry, bracie.


ROMEO

Jeszczeż nie południe?


BENWOLIO

Dziewiąta biła dopiero.


ROMEO

Jak nudnie

Wloką się chwile. Moiż to rodzice

Tak spiesznie w tamtą zboczyli ulicę?


BENWOLIO

Tak jest. Lecz cóż tak chwile twoje dłuży?


ROMEO

Nieposiadanie tego, co je skraca.


BENWOLIO

Miłość więc?


ROMEO

Brak jej.


BENWOLIO

Jak to? brak miłości?


ROMEO

Brak jej tam, skąd bym pragnął wzajemności.


BENWOLIO

Niestety! Czemuż, zdając się niebianką,

Miłość jest w gruncie tak srogą tyranką?


ROMEO

Niestety! Czemuż, z zasłoną na skroni,

Miłość na oślep zawsze cel swój goni!

Gdzież dziś jeść będziem? Ach! Był tu podobno

Jakiś spór? Nie mów mi o nim, wiem wszystko.

„W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość.

O! wy sprzeczności niepojęte dziwa:

Szorstka miłości! nienawiści tkliwa!

Coś narodzone z niczego! Pieszczoto

Odpychająca! Poważna pustoto!

Szpetny chaosie wdzięków! Ciężki puchu!

Jasna mgło! Zimny żarze! Martwy ruchu!

Śnie bez snu! Taką to w sobie zawiłość,

Taką niełączność łączy moja miłość,

Czy się nie śmiejesz?


BENWOLIO

Nie, płakałbym raczej.


ROMEO

Nad czym, poczciwa duszo?


BENWOLIO

Nad uciskiem

Poczciwej duszy twojej.


ROMEO

A więc strzała

Miłości nawet przez odbitkę działa?

Dość mi już ciężył mój smutek, ty jego

Brzemię powiększasz przewyżką twojego;

Współczucie twoje nad moim cierpieniem

Nie ulgą, ale nowym jest kamieniem

Dla mego serca. Miłość, przyjacielu,

To dym, co z parą westchnień się unosi;

To żar, co w oku szczęśliwego płonie;

Morze łez, w którym nieszczęśliwy tonie.

Czymże jest więcej? Istnym amalgamem,

Żółcią trawiącą i zbawczym balsamem.

Bądź zdrów.


Chce odejść


BENWOLIO

Zaczekaj! krzywdę byś mi sprawił,

Gdybyś mą przyjaźń z kwitkiem tak zostawił.


ROMEO

Ach! ja nie jestem tu, nie jestem sobą;

To nie Romeo, co rozmawia z tobą.


BENWOLIO

Kogóż to kochasz? mów!


ROMEO

Przestań mię dręczyć.

Mamże wraz jęczyć i mówić?


BENWOLIO

Nie jęczyć,

Tylko mi klucz dać do tego problemu,

Kogóż to kochasz? powiedz?


ROMEO

Każ choremu

Pisać testament: będzież to wezwanie

Dobre dla tego, co jest w tak złym stanie?

A więc, kobietę kocham.


BENWOLIO

Celniem mierzył,

Gdym to pomyślał, nimeś mi powierzył.


ROMEO

Biegle celujesz. I ta, którą kocham,

Jest piękna.


BENWOLIO

W piękny cel trafić najłatwiej.


ROMEO

A właśnieś chybił. Niczym tu kołczany

Kupida; ona ma naturę Diany:

Pod twardą zbroją wstydliwości swojej

Grotów miłości wcale się nie boi;

Szydzi z nawału zaklęć oblężniczych;

Odpiera szturmy spojrzeń napastniczych;

Nawet jej złota wszechwładztwo nie zjedna.

Bogata w wdzięki, w tym jedynie biedna,

Ze kiedy umrze, do grobu z nią zstąpi

Całe bogactwo, którego tak skąpi.


BENWOLIO

Wiecznież chce sama zostać z swym bogactwem?


ROMEO

Tak jest; i skąpstwo to jest marnotrawstwem,

Bo piękność, którą własna srogość strawia,

Całą potomność piękności pozbawia.

Zbyt ona piękna, zbyt mądra zarazem;

Zbyt mądrze piękna: stąd istnym jest głazem.

Przysięgła nigdy nie kochać i dzięki

Temu skazanym wiecznie cierpieć męki.


BENWOLIO

Jest na to rada: przestań myśleć o niej.


ROMEO

Doradźże także, jakim bym sposobem

Mógł przestać myśleć.


BENWOLIO

Dając oczom wolność

Rozpatrywania się w innych pięknościach.


ROMEO

To byłby tylko sposób przywołania

Jej cudnych wdzięków tym żywiej na pamięć.

Maska kryjąca lica pięknej damy,

Choć czarna, nęci nas, bo przeczuwamy

Pod nią zbiór ponęt; ten, co wzrok postradał,

Zapomniż kiedy, jaki skarb posiadał?

Pokaż mi jaki ideał dziewczęcy,

Będzież on dla mnie w istocie czym więcej

Jak przypomnieniem, że jest piękność inna,

Przed którą ta by uklęknąć powinna?

Bądź zdrów, niewczesną podajesz mi radę.


BENWOLIO

Najpraktyczniejszą — życie w zastaw kładę.


Wychodzą.



Scena druga


Ulica. Wchodzą KAPULET i PARYS, za nimi SŁUŻĄCY


Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.