Rogata dusza - Władysław Książek - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 228 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rogata dusza - Władysław Książek

Powieść z 1893 roku. Władysław Książek (1857–1897) używał pseudonimu Julian Łętowski. Był prozaikiem, dramaturgiem, poetą i dziennikarzem. Od 1879 roku mieszkał w Warszawie, pracował w redakcji „Echa”, a od 1882 roku – w „Słowie”. Był związany ze środowiskiem młodych konserwatystów. Popularność zyskał postromantycznym dramatem „Izrael na puszczy” (1880), wyrażającym uczucia patriotyczne przez metaforę biblijną. W dramacie „Firduzi” (1884), którego bohaterem jest poeta perski, autor usiłował rehabilitować poezję romantyczną. W swej twórczości nowelistycznej pod wpływem naturalizmu umieszczał akcję w środowiskach nizin społecznych, przede wszystkim warszawskiego Powiśla. Do najciekawszych należą nowele ze zbioru „Nowocześni bohaterowie” (1888). W późniejszych zbiorach nowel: „Na Bożym świecie” (1890), „Robakiewicz” (1892), „Stary mąż” (1893) czy w powieściach „Rywale” (1890), „Rogata dusza” (1893) zabrakło realiów społecznych, zamiast prawdy ukazywał pisarz idylliczne sielanki. Zainteresowanie tematyką orientalną, zaznaczone w dramatach, znalazło też wyraz w tomiku „Sonety i ghazele” (wyd. pośm. 1899), w którym autor posłużył się orientalną zwrotką – gazelem. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Rogata dusza - Władysław Książek

Fragment ebooka Rogata dusza - Władysław Książek




Spis treści

  1. ROZDZIAŁ I
  2. ROZDZIAŁ II
  3. ROZDZIAŁ III
  4. ROZDZIAŁ IV
  5. ROZDZIAŁ V
  6. ROZDZIAŁ VI
  7. ROZDZIAŁ VII
  8. ROZDZIAŁ VIII
  9. ROZDZIAŁ IX
  10. ROZDZIAŁ X
  11. ROZDZIAŁ XI
  12. ROZDZIAŁ XII
  13. ROZDZIAŁ XIII
  14. ?KOLOFON

ROZDZIAŁ I

Ach, ta nowa numeracja! Co ona kłopotów, trosk, zmartwień, ba! nawet dziejów całych, przysporzyła tej cichej dotąd ulicy, a zwłaszcza jednemu jej, siódmemu z rzędu, domowi!

Zanosiło się na to wprawdzie już od lat dwóch, a właściwie od chwili, gdy ten stary hrabia sprzedał swój plac, przytykający do narożnej fabryki Rosengartena. Bo ten krętacz Rosengarten, choć to niby plac kupował tylko dla rozszerzenia swojej fabryki guzików metalowych, przeniósł ją zaraz gdzieś aż na Pragę, a na jej miejscu i na zakupionym placu wzniósł w ciągu jednego roku trzy okazałe kamienice. Ani się obejrzano, jak już karty, oznajmiające o wynajmie mieszkań, wywieszono, rusztowania zaczęto usuwać i do nieobeschłych jeszcze po otynkowaniu sklepów i sklepików parterowych jęli się sprowadzać kupcy z przeróżnymi towarami.

Ulica, aczkolwiek pokaźna, równiutka i czysta, ale mało dotąd ruchliwa, niestanowiąca bowiem niezbędnej arterii komunikacyjnej w mieście, zmieniła naraz, od owej chwili, swoją fizjognomię. Dawniej, zaledwie czasami, zabłąkała się tu jakaś dorożka, a kroki rzadkich przechodniów, zwłaszcza pod wieczór, roznosił gładki asfalt echem szerokim po całej ulicy; teraz nie było prawie godziny, aby nie skrzypiały tu ciężkie wozy nalewkowskie, zwożące do świeżo powstałych sklepów stosy pak, poznaczonych zagadkowymi cyframi i literami, z wieczora zaś potoki światła poczęły zalewać chodniki i niewyjeżdżony dotąd, choć niezbyt misternie brukowany, środek ulicy.

Rosengarten dobrze widocznie wszystko obmyślił, na wyścigi bowiem dobijano się o pobudowane, a rzadkie dotąd w tej dzielnicy sklepy.

Ńa rogu pomieścił się cukiernik, dalej wielki skład wódek, potem aż dwa mniejsze sklepiki bławatne, jeden obok drugiego; następny posterunek, w drugiej z rzędu kamienicy, zajął składnik mąki, dalej felczer wywiesił swoje trzy blachy mosiężne, a nocami począł palić zieloną latarnię z czerwonym krzyżem; resztę miejsc rozchwytali: młody korzennik Pawłowski, Żydek z tytoniem i papierosami, wreszcie jeden jeszcze bławatnik i jeden składnik wszelkich towarów, począwszy od papierosów i kaloszy, a skończywszy na niciach, zabawkach, krawatach, guzikach, markach listowych i innych tego rodzaju drobiazgach.

Ulica zawrzała życiem, które jednak miało w sobie coś anormalnego, nie mogło bowiem przeniknąć jej na wskroś i rozszerzyć się na całą jej długość, lecz skupiało się wyłącznie w jednym końcu: w owym narożniku, zajętym pod trzy świeżo przez Rosengartena wzniesione domy. Resztę zalegał dawny spokój, cisza i powaga, których nie mąciły tu dotąd ani skromna i przez spokojnych gości nawiedzana „traktiernia” Kapuścińskiego, ani też sklepik z pieczywem starej Feliksowej, jedyni tu dotychczas, od niepamiętnych lat, reprezentanci handlu na całej ulicy.

Mniejsza o ten rozgardiasz, jaki tu z sobą te nagłe zmiany sprowadziły; owszem, kupcy byli jacyś zgodni i nie drożyli się na początek, a składnik wódek, w dzień otwarcia swego interesu, suto uczęstował stróżów z całej prawie ulicy, prosząc, aby w czasie „stójki” nocnej baczenie na sklep dawali. Całe nieszczęście tkwiło w tym, że w ślad za owym pobudowaniem domów Rosengartena musiała pójść zmiana numerów na całej ulicy i domowi numer 5, należącemu do wdowy po głośnym mecenasie, pani Kamilli Trzcińskiej, dostać się miała wskutek tego fatalna „trzynastka”.

Mówiono wprawdzie, że i tak dom ten nie byłby się długo przy swoim dotychczasowym numerze utrzymał, choćby nawet Rosengarten swych kamienic nie był pobudował. „Trzecich” numerów było tu bowiem aż dwa, a „piątych” trzy, odróżniały się zaś między sobą tylko literami A, B, C, co zarząd miasta od dawna już podobno postanowił znieść i uprościć. Ale zawsze żeby nie Rosengarten, domowi pani Trzcińskiej dostałaby się była może co najwyżej „dziewiątka” albo „jedenastka”, nigdy zaś ten fatalny numer.

Najwięcej dotknęło to stróża Wincentego, obsługującego dom numer 5 już od lat dziesięciu.

Przesądny, jak prawdziwy Mazur, był z tego powodu niepocieszonym. Fatalna „trzynastka” zaćmiła w jego wspomnieniach nawet ów hojny poczęstunek. Już bowiem podczas tej przygodnej uczty poczęto mu tłumaczyć, że siódmy dom od rogu ulicy, po lewej „nieparzystej” stronie, musi nosić numer trzynasty i że na to nawet sam cesarz nie mógłby nic poradzić. Sąsiad Hieronim przypomniał mu nawet, jak to on sam nieraz narzekał, gdy do jego kamienicy przychodzono pytać o lokatorów spod numerów 5A, a nawet i 5C. Ale to była mała pociecha! Wincenty uszom swoim wierzyć nie chciał, spodziewając się, że przecie to jakoś, przy Bożej pomocy, będzie się można się z tego wykupić.

– Nie bójcie się! – mówił do Hieronima – moja pani gospodyni nie byle kto! Choć ona słabowita i mało wychodzi teraz, ale zna się z całym miastem. Ona tam pewnikiem tego diabłego numeru nie przyjmie!

Kiedy też Hieronim odparł mu na to hardo: „Baj baju, kiedy taki je przepis warszawski” – wówczas Wincenty serdecznie się na niego obraził.

Tego też jeszcze wieczora, zrozpaczony owym argumentem o przepisach, pobiegł do „pani gospodyni”, która zajmowała frontową część pierwszego piętra, złożoną z kilku najładniejszych w całym domu pokojów, z prawdziwym gustem przez nieboszczyka męża urządzonych. Wprawdzie książki meldunkowe i wszelkie urzędowe funkcje rządcy tej kamienicy prowadził od dawna stary emeryt, Dąbrowski, zajmujący za to umeblowany pokoik w lewej oficynie na trzecim piętrze; ale Wincenty nie bardzo gderliwego staruszka lubił i w ważniejszych sprawach zwykł był zawsze odnosić się wprost do właścicielki, jak dawniej odnosił się do „samego pana”.

Tym razem nie miał jednak szczęścia. Zaszedłszy bowiem do kuchni, dowiedział się, że pani nie będzie mógł w tej chwili zobaczyć, gdyż w salonie są jakieś trzy damy z wizytą, pani więc od nich odejść nie może.

– A bo ja tu wedle tej przeklętej „trzynastki!” – dodał z ciężkim westchnieniem.

– Wiem, wiem! – pochwyciła stara kucharka, która tu, podobnie jak on, od lat wielu miejsce swe zajmowała i znaną mu była dobrze. Toć to podobno już nas nie minie? – dodała w rodzaju zapytania.

– Bodaj to!... – zaczął, kończąc niedomówioną klątwę nowym westchnieniem i zamaszystym ruchem ręki.

Widoczne w całej jego postaci ciężkie zmartwienie zainteresowało lubiącą pogawędzić starą sługę. Miała właśnie wolną zupełnie od zajęć godzinę.

– No, siadajcie! – rzekła. – Może goście zaraz się wybiorą, to się pani doczekacie...

Siadł więc na ławce, koło pieca, ale długo jeszcze nie mógł się zdobyć na słowa i dopiero po chwili począł rozwodzić swe żale.

Nie umiał wprawdzie przytoczyć żadnych argumentów przeciw owej oczekiwanej „trzynastce”, tym bardziej jednak wystarczało mu to, że ludzie źle o niej gadają i że nikt tego numeru nie lubi. Musi w tym coś być. Ktoś, gdzieś, kiedyś dobrze pewnie na tym się sparzył, nic bowiem przecie bez racji się nie dzieje. Każdy ze znajomych zaczepia go teraz tym jednym: „A to wam się dostanie «trzynastka»?” – i każdy urywa, jakby nie chciał dokończyć, co ma na myśli. Skaranie Boże!... Właśnie zaś ta tajemniczość złego, jakie numer ten mógł z sobą przynieść, napełniała go zabobonnym strachem, który w ciągu pogawędki, aczkolwiek w znacznie mniejszym stopniu, począł się udzielać starej słudze, i ona bowiem odezwała się także:

– Pewnie, że z tego nic dobrego być nie może!

Tymczasem wbiegła „młodsza”, oświadczając, że kazano podać herbatę do salonu. Wizyta więc przeciągnęła się na cały wieczór i naradę z panią trzeba było odłożyć do jutra.

– Dobrej nocy, pani Jakubowa! – rzekł Wincenty do kucharki, rejterując z nieukojonym żalem. – Przyjdę raniutko.

– Czekajcież! – zwróciła go już od progu Jakubowa, szukając czegoś na półkach kuchennych. – Weźcie to... dla dzieci... – dodała, wsuwając mu w rękę kawałek zawiniętej w papier leguminy z obiadu.

Każdym innym razem byłby jej za taki dar podziękował goręcej, wymowniej, nadmieniając coś o uciesze dzieci, a zwłaszcza pieszczochy Antosi, dziś zaś rzekł tylko krótko, płaczliwie:

– Bóg zapłać!

– A przyjdźcie rano, to ja panią uprzedzę.

Wyszedł, raz jeszcze w sieni ciężko wzdychając.

Na dobitkę, przed zamknięciem bramy wieczorem, zetknął się znów z Hieronimem, który mu powtórzył swoją zwrotkę o przepisach. Zepsuło mu to humor do reszty. Toteż na żonę i dzieci zrzędził bez powodu, póki nie posnęły, sam zaś spał tej nocy jak najgorzej i nie mógł się ranka doczekać.

Zaraz też po ósmej stawił się znów w kuchni z żądaniem widzenia się z panią.

Tym razem czekał tylko małą chwilkę, tyle właśnie, ile pani potrzebowała na ostateczne wyekspediowanie do gimnazjum, śpieszącego się już i tak z konieczności, swego trzynastoletniego synka, zuchowatego Zdzisia.

Uprzedzona, że Wincenty czeka, a ubrana w ładny niebieski szlafroczek ranny, wyszła też niebawem do niego z dalszych pokojów.

Była to dziś jeszcze, mimo czterdziestu trzech lat, wcale ładna kobieta. Drobniutkich rysów, niewielka wzrostem, ale wdzięczna i zgrabniutka w każdym ruchu, musiała kiedyś czynić wrażenie tych postaci niewieścich, dla których ktoś obmyślił nazwę „laleczka”. I dziś nawet dobrze się nazwa ta do niej stosowała. Twarz jej, nieco zbytecznie pozbawioną wybitniejszej charakterystyki, okraszał zjawiający się chwilami, czasem najniespodzianiej, łagodny rumieniec, jakby umyślnie na zawołanie malowany; stanowił on też istną sprzeczność z niezwykłą w tym wieku białością jej cery, a czarne oczka, którym brak było żywszego naturalnego połysku, uzupełniały wrażenie „porcelanowej figurki”.

Ale, jak wszystkie ryczałtowe określenia, tak i to w części tylko odpowiadało istocie rzeczy. Niesłusznie bowiem spodziewałby się kto po tych zewnętrznych cechach znaleźć w pani Trzcińskiej naturę chłodną, wyziębioną lub mało wrażliwą. Owszem, całe skarby niezmiernej tkliwości i prawdziwie niewieściej miękkości spoczywały dotąd w tej kobiecie, jakby nietknięte i nienaruszone.

Jedynaczka, z możnej niegdyś, lecz zubożałej rodziny ziemiańskiej, kochała się w dzieciństwie w bogatym kuzynie Zdzisławie, z którym się razem wychowywała. Młodzieniec ten odpłacał jej uczucie najczulszą miłością, wszelkim jednak planom, przez całą rodzinę pochwalanym i upragnionym, położyła tamę nagła prawie śmierć ukochanego. Pewnego razu spadł z konia tak nieszczęśliwie, że żadne wysiłki lekarzy nie zdołały mu już przywrócić zdrowia i uratować życia. Wegetował rok cały, otoczony najtkliwszą opieką ukochanej, czekając wyzdrowienia i spełnienia upragnionych nadziei, które jednak na zawsze w granicach marzeń miały pozostać.

Po jego zgonie bliższa rodzina, przyjaźnie dotąd dla rodziców Kamilki usposobiona, rozdrapała ostatecznie cały majątek Zdzisława, pozostawiając uboższych i dalszych krewniaków na łasce losu. Biedy wprawdzie i wówczas jeszcze rodzice Kamilki zaznać nie potrzebowali, ale rodzinne gniazdo trzeba było opuścić i przenieść się do pobliskiego Włocławka, gdzie ojciec Kamilki prędzej mógł się spodziewać jakiegoś zajęcia.

Rzeczywiście też stanął niebawem na czele małego przedsiębiorstwa, które nieźle poczęło się opłacać. Panna, jedynaczka, śliczna zawsze, miała znów sporo starających się o jej rękę, ale miłość do zmarłego narzeczonego nie pozwalała rozgościć się w jej sercu żadnemu innemu uczuciu. Nie pomogły prośby i perswazje. Jaki taki więc, pokręciwszy się przez czas pewien około ładnej panienki, odchodził z kwitkiem, a niejeden i z serdecznym żalem. Przyśpieszyło to nawet, jak mówiono, zgon matki; mimo to, uporu córki nie można było przełamać.

– Bóg nie chciał mnie widzieć żoną niczyją, jeśli zabrał mi jego! – powtarzała, mając na myśli ukochanego pierwszą, dziecięcą prawie miłością, Zdzisława.

Tak też było z początku i z późniejszym jej mężem, mecenasem Trzcińskim. Był to już człowiek dojrzały, czterdziestoletni, a rozkochał się w smutnej zawsze i w żałobę przybranej panience na zabój. Odprawiony raz z niczym, wrócił po pewnym czasie, aby znów z niczym odejść. Mimo to, po roku, wrócił po raz trzeci, bez żalu i wymówek, ten sam, rozkochany, stateczny, podbijający tą swoją cichą, spokojną stałością, która zakrawała na jakiś fatalizm, na niecofnioną niczym konieczność.

I po raz trzeci się oświadczył.

Czy tym razem przemogła już litość, czy namowy ojca, który Trzcińskiego pokochał, jak syna: dość, że niebawem Włocławek był świadkiem wystawnego ślubu. Dwudziestoczteroletnia, choć zawsze jeszcze na dziewczątko wyglądająca, panna Kamilla oddała wówczas rękę swą przystojnemu a rozgłośnemu już mecenasowi.

Państwo młodzi przenieśli się zaraz do Warszawy, gdzie pana Trzcińskiego powoływały obowiązki, i żyli w najprzykładniejszej zgodzie przez lat piętnaście. Wprawdzie pani mecenasowa miała zawsze minę ofiary, tym więcej, że istotnie, w krótki czas po ślubie, poczęła ciągle niedomagać, ale mecenas promieniał szczęściem, szedł coraz wyżej, zabiegał około przysporzenia majątku, kochał nad wyraz dwoje swych dzieci, starszą Maniusię i młodszego o lat pięć Zdzisława, które się czerstwo i zdrowo chowały, a umierając przed czterema laty na zapalenie płuc, wskutek zaziębienia na jakimś większym polowaniu pod Siedlcami, powiedział do żony, na parę chwil przed śmiercią: „Byłem najszczęśliwszym pod słońcem człowiekiem, a wszystko to tylko tobie zawdzięczam, moja najdroższa...”.

Interesa majątkowe zostały w najzupełniejszym porządku. Spory dom, z pięknymi oficynami, o dwóch podwórzach, ten właśnie, który teraz dostać miał fatalną „trzynastkę”, dwa obszerne place nad Wisłą, rentujące się, bo wynajmowane na składy drzewa, trochę dobrze zabezpieczonej i ulokowanej gotowizny, wreszcie śliczna willa w jednej z modniejszych kolonii pod Warszawą: oto co mecenas zostawił. Nawet służba, począwszy od lokaja, starej kucharki i stróża Wincentego, była dobrana, wierna, stateczna i wypróbowana.

Wdowa, jak to dość często bywa w małżeństwach z rozsądku, zrozumiała wartość męża dopiero wtedy, gdy go już zabrakło. Uczuła też nawet coś w rodzaju żalu do samej siebie za to, że tak mało dotąd oceniała tego najzacniejszego człowieka, a uczucie to sprawiało jej ból niewysłowiony i przyprawiło ją wreszcie o ciężką niemoc. Przez parę miesięcy nie mogła się podnieść z łóżka i tylko troskliwym staraniom jednego z najpierwszych lekarzy, serdecznego przyjaciela nieboszczyka męża, udało się znów postawić ją na nogi.

– Trzeba żyć dla tych ślicznych dzieci – mawiał ustawicznie ten stary przyjaciel męża, pielęgnując ją podczas owej choroby. – Cóż by z nimi się stało?

Dzieci!... Kochała je zawsze, kochała najczulej, Bóg świadkiem; ale dopiero teraz, z udzielającą się zwykle słabym naturom skwapliwością, uchwyciła się silnie podsuniętej sobie myśli, o którą znów mogła życie zahaczyć. Maniusia, wyrastająca na śliczną szatyneczkę, z niebieskimi oczyma, i czerstwy, złotowłosy Zdziś, stali się teraz celem jej zajęcia, wyłącznym przedmiotem wszystkich jej myśli i bodaj, że ich widok więcej dopomógł jej do odzyskania zdrowia, niźli wszystkie recepty i zalecenia słynnego lekarza.

I tak minęło znów lat cztery w niezamąconym spokoju, a chociaż i dziś jeszcze powszechnie uznawano panią Kamillę za mającą „słabe zdrowie”, przecież było już w tym, o ile się zdaje, więcej imaginacji, niż rzeczywistości. Te kolory, ta śliczna cera, ta zgrabność i wdzięk w ruchach, przeczyły temu dość wymownie.

Stary doktor, sam ojciec kilkorga dzieci, który tu stale jeszcze zaglądał, jak i dawniej za życia nieboszczyka mecenasa, podtrzymywał jednak umyślnie mniemanie pani Trzcińskiej o jej słabowitości, a czynił to w tym wyrachowaniu, że uchroni to niebrzydką jeszcze wdowę po przyjacielu od wielu „niepotrzebnych”, jak mawiał, zachceń jej własnych i zabiegów ludzkich. I bodaj, że się nie mylił ten bystry psycholog, choć pani Kamilla nigdy pono nie miała się dowiedzieć o tym podstępie, któremu zawdzięczała względny swój spokój dzisiejszy, oraz szczere oddanie się szczęściu ukochanej córki i wychowaniu więcej jeszcze ukochanego Zdzisia.

Przed taką to „panią gospodynią” stanął owego ranka, zmartwiony nad wszelki wyraz, Wincenty.

– Cóż tam, mój Wincenty? – zapytała, gdy stróż, po zwyczaju, ucałował jej rękę.

– A to, proszę łaski pani – zaczął bez omówień – wszyscy gadają dokoła, co nam ma się oto dostać na kamienicę trzynasty, z przeproszeniem, numer...

Pani Trzcińska uśmiechnęła się dobrotliwie.

– Cóż robić, mój Wincenty! – odparła. – Tak wypadło!... Właśnie chciałam was prosić... bo to pan Dąbrowski już stary i niedomaga... abyście się wywiedzieli, jakie z tym będą zachody.

Wincenty począł tracić fantazję.

– Przecie pani chyba, proszę łaski pani, nijak na taki numer się nie zgodzi? – zauważył jeszcze.

Pani wzruszyła ramionami.

– A cóż ja na to poradzę?... Przecież nie mogę sobie numeru wybierać do woli. Trzeba, to trzeba!

– Apelować, proszę łaski pani! – podchwycił Wincenty. – Nasz nieboszczyk pan, wieczne odpocznienie, ho, ho! byłby pewnikiem apelował... To był pan! – dodał z zapałem i widocznym uznaniem.

Pani Kamilla, na wspomnienie męża, westchnęła cicho, powstrzymując widocznie cisnącą się jej na usta jakąś odpowiedź.

Wincenty skorzystał z tego od razu.

– Bo to, proszę łaski pani – tłumaczył – taki numer do niczego przecie niepodobny. Już by nas też Pan Bóg przy nim chyba całkiem opuścił i jeszcze jaką karę na człowieka zesłał.

Pani tymczasem ochłonęła już zupełnie.

– E, nie dziwaczylibyście, mój Wincenty – rzekła. – Taki dobry numer, jak każdy inny. Ja tam wcale przesądna nie jestem... Cóż znowu!

Mówiła to widocznie ze szczerym przekonaniem i zapalając się sama swymi słowami, poczęła Wincentemu tłumaczyć, że gdyby się chciało zawsze na podobne rzeczy zważać, toby człowiek kroku nieraz zrobić nie mógł i zatrułby sobie życie. Prawie na każdej większej ulicy nie brak trzynastego numeru, a nic przecie się nie dzieje. Żeby zawsze takie tylko nieszczęścia ludzi spotykały, świat byłby rajem prawdziwym!

– Idźcie z Bogiem, mój Wincenty – kończyła – i nie zaprzątajcie sobie tym głowy nadaremnie.

I wzruszając raz jeszcze ramionami, dodała znowu, jakby do siebie samej:

– Głupstwo!

Wincenty znał swoją panią i wiedział, że w pewnych razach nic z nią nie poradzi. Zawsze słodka, dobra, łaskawa, przywykła pozować na ofiarę i kłopocząca się nieraz najmniejszymi drobiazgami, miała jednak czasami własną swą wolę. Nigdy też dotąd, przez całe dziesięć lat służby, nie wystrofowała go tak jak dzisiaj i nie odprawiła w podobnie stanowczy sposób.

Spokorniał więc i stracił rezon do reszty.

– Bo to ja, proszę pani, ino przez życzliwość – zaczął, postępując nagle krok naprzód i schylając się znów dla ucałowania jej ręki.

Nie potrzebował jej o tym zapewniać. Ta jego „życzliwość” patrzyła przecie i teraz z jego poczciwych a zaambarasowanych w tej chwili oczu.

Pani Kamilla uczuła się zupełnie rozbrojoną. Chciała też jeszcze strapionemu słudze powiedzieć, że się już nie gniewa, że skrupuły jego rozumie, ale poradzić nic przecie na to nie może, gdy w przyległym pokoju dało się słyszeć gwałtowne otwarcie drzwi i szybkie czyjeś kroki.

To Zdziś, roztargniony jak zawsze, wracał z drogi po zapomniany a niezbędny mu dziś w szkole sekstern.

Pani Kamilla cofnęła się więc czym prędzej, zapominając od razu o Wincentym i jego obawach.

– Aj, Zdzisiu, Zdzisieńku! – słyszeć się dał niebawem z sąsiedniego pokoju jej troskliwy głos – jakiżeś ty zawsze nieuważny! Teraz już musisz się spóźnić, moje dziecko... Boże, Boże!... Masz tu, masz, weź chyba już dorożkę, bo to kawał drogi, i pędź!

– Eh, co tam! – brzmiała swobodna odpowiedź, zmieszana z dźwiękiem drobnej monety, po czym rozległ się głośny chłopięcy pocałunek, wyciśnięty widocznie na ręce matki.

Zdziś wybiegł rączo, tym razem już z niezbędnym seksternym, ale wybiegając, trzasnął oszklonymi drzwiami od schodów tak mocno, że aż dom cały zadrżał w posadach.

– Boże, Boże! – westchnęła jeszcze pani Kamilla, biegnąc za synem przez salon. – Pewnie obudził Maniutkę! – dodała, zatrzymując się na środku pokoju i spoglądając z trwogą na uchylone drzwi do przyległej komnaty.

Jakby na potwierdzenie tego jej przypuszczenia, z sypialnego, zaciemnionego zapuszczonymi jeszcze storami pokoju, zabrzmiał srebrny głosik:

– Czy to mamusia?

Pani Trzcińska skierowała tam natychmiast swe kroki, orientując się wybornie w panującej tu pomroce i usiadła po chwili na krawędzi łóżka, w którym, poza niebieską, z lekka rozchyloną kotarą, na wysoko wzniesionych poduszkach, spoczywała śliczna siedemnastoletnia dziewczyna, zaróżowiona jeszcze ostatnim, mocnym snem rannym.

– Ja, moje dziecię – rzekła pani Kamilla, siadając. – To ten nieznośny Zdziś... wracał po sekstern... obudził cię... niedobry... niedobry!

– Ach, to nic! – odparło dziewczę i unosząc się z poduszek, zaplotło obnażone ręce w serdecznym uścisku około szyi matki.

Usta ich złączyły się też zaraz w długim, cichym pocałunku.

A po chwili, z tej ciemni, rozświetlanej tylko słabą strugą światła, płynącą z uchylonych drzwi do salonu, zabrzmiał znów tenże sam srebrny głosik, pełen tym razem zachwytu i upojenia:

– Ach, mamusiu, droga mamusiu, żebyś ty wiedziała, co mi się śniło!...

Wincenty tymczasem, nie doczekawszy się już pani, schodził ze schodów, strapiony, jak i przedtem, ale już na ową „trzynastkę” zrezygnowany.

– Musi, to musi! Niech ją tam!... – mruczał i wzdychał.