Rodzaje inwazji  - Janusz Szablicki - ebook
Wydawca: Goneta Aneta Gonera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 239 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rodzaje inwazji - Janusz Szablicki

Trzy historie, pokazujące wyobrażenie autora ataku obcych… na naszą ludzką jaźń. Jak bardzo możemy ulec wpływowi obcej, oczywiście wyższej formie inteligencji, nie wiedząc o tym i to zbiorowo? No właśnie na to pytanie próbuje odpowiedzieć Janusz Szablicki w Rodzajach inwazji. Jego książka jest gatunkiem science-fiction, ale bez latających talerzy, dziwnych stworów i walk w przestrzeni kosmicznej. Wszystko odbywa się w sferze umysłowej na poziomie naszego mózgu tu na naszej Ziemi.

W Twardej inwazji poznajemy historię Farrela, która zaczyna się wyjazdowym brydżem z paczką, z którą czyklicznie oddają się tej przyjemności. Z telewizji Farrel dowiaduje się, że nad jego miastem, w którym zostawił swoją żonę, zawisła dziwna chmura, spowijając całe miasto w ciemnej mgle. Postanawia natychmiast ruszać do swojego Merrix, by ratować żonę. Merrix jest otoczone kordonem policji, blokującym wstępu do miasta. Farrel jednak wreszcie tam się dostaje. Okazuje się, że wszystkie urządzenia nie działają, a miasto pogrążone jest w egipskich ciemnościach. Jego samochód utknął na wybojach na drodze dojazdowej do miasta. Przemierzając metropolię w kierunku swojego domu, spotyka dziwnych ludzi i dziwne zdarzenia. Nic nie jest normalne.

W następnym opowiadaniu – w Miękkiej inwazji – mamy do czynienia z ingerencją świadomą naukowców na zasadzie gry komputerowej. Ale czy na pewno to są tylko naukowcy i jest to gra? Przekonuje się o tym niejaki Mervin, który próbuje z rąk Indian odbić swoją ukochaną Mildred. Tylko, że czasy Dzikiego Zachodu i Indian atakujących białych to zamierzchła przeszłość. Wszystkie zmysły Mervina i umiejętności posiadł w oka mgnieniu po zażyciu stosownego leku. Czy uda mu się naprawdę uratować Mildred?

Trzecia historia Rekonesans? – to krótka historyjka o nadprzyrodzonych nagle zdolnościach przyswajania wiedzy przez pewnego więcej niż przeciętnego studenta po spotkaniu z... biedronką. Z tym że owad osiągnął rozmiary słonia i przyszedł do niego we śnie. Sen ten zaś miał miejsce w parku, gdzie bohater próbował się uczyć angielskiego. Umiejętność genialnego przyswajania wiedzy zdobył na dłużej niż ten jeden raz.

Opinie o ebooku Rodzaje inwazji - Janusz Szablicki

Fragment ebooka Rodzaje inwazji - Janusz Szablicki




Od redakcji:

JANUSZ SZABLICKI po ukończeniu Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Katowicach podjął pracę w resorcie handlu zagranicznego. Umożliwiło mu to poznanie wielu niekiedy nader z punktu widzenia Europejczyka egzotycznych zakątków świata. Jeśli chodzi o kontynenty, to — jak twierdzi — żałuje tylko tego, że nie dane mu było odwiedzić Australii. Nie martwi go natomiast to, iż nie poznał Antarktydy, jako że nie przepada za chłodnymi klimatami.

Zadebiutował w roku 1972 opowiadaniem fantastyczno-naukowym pt. „Gra w berka”, zamieszczonym na łamach Młodego Technika. To samo opowiadanie pod zmienionym tytułem „Komórki do wynajęcia” weszło później w skład jego pierwszego zbiorku opowiadań zatytułowanego „Konflikt”, wydanego w 1978 r. przez I.W. Nasza Księgarnia.

Kolejne opowiadanie Szablickiego to „Autotranslacja”, które uzyskało wyróżnienie w ogłoszonym w 1976 r. przez poznański miesięcznik NURT konkursie na opowiadanie science-fiction. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku Szablicki wydał dwa kolejne zbiory opowiadań science-fiction nakładem Wydawnictwa Śląsk, które nosiły tytuły „Trzecie stadium ewolucji” oraz „Dla każdego inny raj”). Niektóre z wydanych w tamtym okresie opowiadań doczekały się tłumaczenia na języki czeski, rosyjski oraz węgierski.

Potem nastąpiła długa cisza, trwająca aż do marca bieżącego roku, kiedy to nakładem Wydawnictwa RADWAN ukazała się książka science-fiction pt. „Park”, w której skład weszła tytułowa mikropowieść oraz opowiadanie „Test”. Akcję obydwu tych utworów Szablicki umiejscowił na terenie jednego z największych nie tylko w Europie tego typu obiektów, liczącego sobie około 600 hektarów Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku, zlokalizowanego pomiędzy Katowicami, Chorzowem i Siemianowicami. Również w bieżącym roku opublikowana została przez Virtualo.pl na zasadzie self-publishingu w postaci e-booka jego jedyna jak dotąd powieść współczesna pt. „Świeże powiewy, nieobce odgłosy”, której akcja została osadzona w polskich realiach burzliwych przemian lat 1994-1995.

Prezentowana przez nas obecnie pozycja pt. „Rodzaje inwazji”, w której skład wchodzi mikropowieść „Twarda inwazja” oraz dwa opowiadania pt. „Rekonesans?” i „Miękka inwazja”, jest szóstym utworem Szablickiego. Wszystkie teksty w tym zbiorku zdają się przestrzegać przed snuciem zbyt idealistycznych marzeń o ziszczeniu się kontaktu z obcymi. Niezmierzony Kosmos, do zrozumienia istoty którego jakże nam jeszcze przecież daleko, może kryć w swoich przepastnych trzewiach niekoniecznie wyłącznie miłe dla nas niespodzianki. A przybyłe do nas z niego Istoty mogą się tak bardzo różnić od nas zarówno pod względem fizycznej struktury, jak i procesów psychicznych, że ich zainteresowanie nami może się ograniczać jedynie do wykorzystania naszych organizmów dla swoich własnych, nam zupełnie obcych celów, a w najlepszym dla nas przypadku — do zachowania wobec nas całkowitej obojętności.

Jak na gatunek literacki, jaki sobie wybrał Szablicki, to teksty jego są dalekie od eksploracji kosmosu przy wykorzystaniu znanych nam dotychczas na ziemi technologii. Wręcz odwrotnie, to nas, Ziemian, nawiedzają dziwne zjawiska, mające ogromny wpływ na nasze umysły. To ta ingerencja w nasze zachowania, niejednokrotnie negatywne, są objawami wizytowania naszej planety przez Obcych. Same pomysły Szablickiego są nie tylko ciekawe, ale i zupełnie inne od tych obecnie i jakże często w tej chwili pojawiających się na rynku księgarskim. Czytając opowiadania Szablickiego można wyczuć atmosferę wchłaniania się w ludzkie postaci obcych, co mogliśmy obserwować w takich kultowych amerykańskich filmach, jak „Odyseja kosmiczna” czy „Kula”.

Dobra lektura nawet dla tych, którzy za takim gatunkiem nie przepadają.


TWARDA INWAZJA

Dla Roberta Farrela trzeci dzień zjazdu — zarówno od dwóch poprzedzających go, jak i od wszystkich winnych jeszcze po nim zgodnie z programem nastąpić — miał się odróżniać tylko i wyłącznie tym, iż w jego menu uzgodnionym na wiele miesięcy naprzód z wszystkimi zainteresowanymi figurowało wygłoszenie przezeń referatu. W zasadzie stanowiło to jedyną cenę, do jakiej uiszczenia każdy z uczestników tej imprezy był zobowiązany w zamian za możliwość spędzenia raz na trzy lata blisko dwóch setek godzin z kolegami po fachu z całego kraju. Poza tym, na ogół w myśl niepisanych reguł, obowiązujących już od tak dawna, że obecnie wydawały się one ze wszech miar naturalnymi, nieomal odwiecznymi, w żadnym przypadku niemożliwymi do naruszenia przez kogokolwiek — starannie wystrzegano się poruszania jakichkolwiek tematów, zaprzątających im umysły i pochłaniających znakomitą część czasu w inne dni roku. Pozostałe, bardziej przyziemne koszty imprezy całkowicie przejmowało na swe barki Federalne Stowarzyszenie Wirusologów, które — zapewne dzięki prowadzonej umiejętnie polityce wynajdywania właściwych, to znaczy zasobnych w środki finansowe, a równocześnie łasych na rozmaite honorowe tytuły sponsorów — musiało się znajdować w znakomitej materialnej kondycji. A to dlatego, że jego księgowi — jak głosiły wieści rozsiewane przez wtajemniczonych czy może tylko pragnących za takowych uchodzić — zwykle nawet się nie fatygowali zbyt nachalnym wściubianiem nosa do przedkładanych im faktur, ograniczając się jedynie do składania na nich mniej lub bardziej zamaszystych podpisów. Tego, iż ów dzień będzie jednak w rzeczywistości znacznie odbiegał od owych uświęconych tradycją standardów, rzecz jasna ani sam Farrel, ani nikt inny nie mógł przewidzieć.

Wolne od jakichkolwiek obowiązkowych zajęć popołudnie rozpoczęło się zresztą tak, jak zwykle. Najpierw skonsumował obiad, składający się tego dnia z zupy koperkowej, upieczonego jak należy, to znaczy wewnątrz różowego, rostbefu z ryżem i dużą ilością zielonej sałaty oraz na zakończenie — torcika camargo z lampką białego wina. Natychmiast po obiedzie odświeżył się szybkim acz intensywnym i nie nazbyt gorącym prysznicem. Po czym udał się do pokoju Gunnara Bergera, gdzie już wszystko było akuratnie przygotowane do cowieczornej bridżowej sjesty organizowanej od dobrych paru lat w nie zmienianym ani na jotę składzie.

Przez bite dwie godziny przy stoliku właściwie nie działo się nic naprawdę godnego uwagi. Z doprawdy irytującą uporczywością chodziła kompletna sieczka, pozwalająca którejś z par ugrać co najwyżej kilka punkcików na partię albo na robra. Wieczór zaczął nabierać rumieńców dopiero po nieoczekiwanym otworzeniu licytacji dwoma treflami przez Mortenberga, aktualnego partnera Farrela, podczas gdy on sam krzepko dzierżył w ręku asa w pikach i trzy króle. Po błyskawicznym wykonaniu analizy Farrel odrobinę zmienionym od emocji głosem zalicytował to, co w tej sytuacji absolutnie powinien, to znaczy trzy karo. I to właśnie było, jak się później miało okazać, ową cezurą dzielącą normalne od nienormalnego i dotąd ze wszech miar konwencjonalna sytuacja zaczęła się rozwijać na przekór wszelkim teoriom prawdopodobieństwa.

Drzwi do pokoju raptem rozwarły się z takim impetem, jak gdyby do akcji właśnie wkraczało komando wszechstronnie zaprawionych do walki antyterrorystów. W rzeczywistości był to jednak tylko Handerson z nieodłączną o tej porze doby puszką genuise'a, dzierżoną krzepko, a zarazem jakby pieszczotliwie w garści.

— To wy, moi drodzy panowie, nie oglądacie naszego tiwi?! — zawołał od progu z czymś w rodzaju ogromnego zdumienia czy może raczej wyrzutu.

Na widok kart w ich dłoniach skrzywił się z niesmakiem, a potem ześrodkował gniewny wzrok na Farrelu.

— Hej, Bob! Ty przecież jesteś właśnie z Merrix, no nie?

Nim Farrel zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, Mortenberg zacisnąwszy z jawną irytacją palce na swojej tak zapewne wiele obiecującej talii strzelił w intruza nie wróżącym niczego dobrego spojrzeniem.

— To bardzo miłe z twojej strony, że zechciałeś do nas wdepnąć. Czy nie sprawiłoby ci jednak różnicy, gdybyś przełożył tę wizytę na nieco późniejszy termin? — powiedział wprost skrzącym się od lodu tonem.

Było publiczną tajemnicą, że Handersona nie zalicza do grona swoich najbliższych przyjaciół, w czym prawdopodobnie niepoślednią rolę odgrywał fakt, iż sam — w przeciwieństwie do niego — czuł wprost chorobliwą wręcz awersję do alkoholu, w jakiejkolwiek by on nie występował postaci. Szczególnie jednak dotyczyło to piwa.

— A poza tym zechciej łaskawie przyjąć do wiadomości, że nas doprawdy guzik obchodzi, co się tam w tej twojej tiwi teraz wyprawia!

Handerson bynajmniej nie pod tchnieniem jego szorstkich słów zachwiał się niczym smukła, delikatna trzcina na porywistym wietrze. Dla utrzymania równowagi wsparł się ciężko lewym ramieniem o futrynę drzwi i tak jakoś uciesznie na dwa dalekie od symetrii takty głośno wypuścił nosem powietrze.

— Później to może już być w ogóle na cokolwiek za późno! — wygłosił niezbyt wyraźnie, a nawet jakby odrobinę bełkotliwie, wykonując puszką w powietrzu jakiś niesprecyzowany ruch.

Po czym natychmiast, jak gdyby ten oratorski wysiłek zupełnie pozbawił jego organizm wszelkich płynów, przytknął puszkę zachłannie do warg i z nieskrywanym zadowoleniem wykonał parę solidnych, obrzydliwie głośnych w zgodnej ocenie kolegów łyków. Opuścił dłoń, pozwalając spłynąć miodowozłotawej strużce z kącików ust na już pokrytą cieniem zarostu brodę.

— Właśnie idzie audycja o tej jego mieścinie. Dzieją się tam ponoć arcyciekawe rzeczy. Bezwzględnie powinniście to sami zobaczyć!

Mortenberg w tym momencie patrzył już na niego jak na wyjątkowo dokuczliwego insekta nie zasługującego na nic więcej, jak tylko na solidne poczęstowanie packą.

— Wyobraź sobie, że jakoś potrafimy przeżyć bez tego! — wycedził oschle.

Farrel odchylił się do tyłu, wtłaczając plecy w twarde, nieskore do ustępliwości oparcie krzesła.

— A o co tam... mianowicie idzie? — zagadnął jakby od niechcenia i niepewnie, starannie unikając mrocznego wzroku Mortenberga.

Handerson łypnął na niego spod oka.

— Tego nie da się opisać w dwóch słowach! — Handerson, potrząsnąwszy głową, oświadczył autorytatywnie. — Ja na twoim miejscu nie zwlekałbym ani chwili, żeby to zobaczyć na własne oczy!

Farrel uśmiechnął się półgębkiem i potoczył wzrokiem po swoich karcianych partnerach.

— W samej rzeczy mała chwilka wytchnienia chyba by nam raczej specjalnie nie zaszkodziła, co? — bąknął niepewnie, nie mając pojęcia, z jaką spotka się reakcją.

Przy biernej postawie pozostałych kolegów, Mortenberg zamamrotał coś niezrozumiale pod nosem, ale otwarcie nie zaoponował. Zresztą i tak już by było na to stanowczo za późno, ponieważ Handerson — widać po wystąpieniu Farrela uznawszy sprawę za ostatecznie przesądzoną — oderwał się z niejakim trudem od progu i pomaszerował zamaszystym acz niezbyt pewnym krokiem do stolika z telewizorem. Przez dwie sekundy majstrował przy pilocie, po czym jakby niezmiernie tą operacją wyczerpany rozejrzał się za czymś nadającym się do siedzenia. Ponieważ żadnego wolnego krzesełka już nie było, przysiadł ciężko, a właściwie opadł na zasłane łóżko gospodarza pomieszczenia, które odpowiedziało żałosnym jęknięciem chyba wszystkich naraz sprężyn. Wstrząsnął z wielką wprawą puszką. Wydłużyła mu się jednak mina, gdyż nie posłyszał sympatycznego pluśnięcia.

Po kilka sekundach z szarej toni ekranu wychynęła nieregularna bryła miasta tu i ówdzie strzelająca zawadiacko w niebo smukłym drapaczem chmur pełnym migotliwego poblasku szkła i aluminium. Ujęcie najwyraźniej było robione z dość dużej odległości. Na dobitkę kamerą umieszczoną na jakimś ruchomym obiekcie, najprawdopodobniej — sądząc po przebijającym się chwilami charakterystycznym łopocie wirników — z pokładu śmigłowca. Farrel, nigdy wcześniej nie zetknąwszy się z taką perspektywą, nie był w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy istotnie ma do czynienia z miejscem swego obecnego stałego zamieszkania. No a ponadto niemal od razu co innego przykuło bez reszty jego uwagę!

Ponad samym miastem, na niemożliwej do określenia choćby tylko w przybliżeniu wysokości wisiała jakaś rozległa chmura o najwyraźniej dość zwartej konsystencji. W promieniach chylącego się już z wolna ku zachodowi słońca zdawała się leciusieńko jakby metalicznie lśnić. Jednak to, co w tym wszystkim było najbardziej intrygujące odkryło się przed jego oczyma dopiero wówczas, kiedy przekazano obraz z innej kamery.

Teraz miasto było oddalone na tyle, że na ekranie mieściło się całe, razem ze swoimi dość nisko pobudowanymi dzielnicami podmiejskimi i rzuconymi tu i ówdzie zielonkawymi plamami skwerów. Zaś ponad tym wszystkim, pochylony pod niewielkim kątem, jak gdyby akurat wykonywał niezbyt ostry wiraż, tkwił dysk, którego powierzchnia — tak jak się to zwykle dzieje, kiedy dany obiekt jest oglądany pod bardzo silnym mikroskopem — zdawała się nieustannie drżeć i migotać. Farrel dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, iż ów dysk i chmura z poprzedniego ujęcia to jest według wszelkiego prawdopodobieństwa jedno i to samo. I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy ukłuł go prawdziwy niepokój. Z zapartym tchem oczekiwał na jakiś komentarz do tego, co się na ekranie rozgrywało, ale jak na razie z głośnika telewizora poza odgłosami pracy wirnika żmudnie mieszającego powietrze nie dobiegał żaden inny dźwięk.

Wypełniające pokój brzemię milczenia, zda się odczuwalne nieomal fizycznie każdą z osobna cząstką ciała jako pierwszy ośmielił się naruszyć Delvart.

— Cóż to, u diabła, może takiego być? — zamamrotał, nadal wpatrując się z natężeniem w ekran.

Handerson raptem ocknął się ze smętnej zadumy nad pustą puszką; całkowicie ignorując przesiąknięte głęboką dezaprobatą spojrzenie gospodarza pokoju. Odstawił ją ze stukiem na nocny stolik i ukazawszy w nie nazbyt inteligentnym uśmieszku poplamione nikotyną zęby, zagadnął na poły tylko pytającym tonem:

— No i co, moi panowie? Czy to jednak nie jest o wiele bardziej interesujące od tej waszej idiotycznej karcianej młócki?

Gunnar Berger oderwawszy z pewnym wysiłkiem oczy od ekranu przeniósł je na Handersona.

— Od jak dawna to już trwa? — rzucił, połykając z podekscytowania końcówki. — I w jaki sposób się zaczęło?

Handerson przemieścił się na łóżku niezgrabnie, tak jakoś słoniowato, znowu wywołując żałosne, choć już nie tak głośne kwilenie chyba wszystkich jego sprężyn.

— Przepraszam cię, stary, ale doprawdy nie mam zielonego pojęcia! — wyznał beztrosko, rozłożywszy ramiona w geście wyrażającym bezradność.

— Jak to? Przecież to ty przyszedłeś do nas z tą rewelacją! — zdumiał się Berger.

— Byłem nastawiony na oglądanie kosza. Według programu mieli dzisiaj grać Miami z moją drużyną, Golden State. Tym mądralom z telewizji musiało się tam jednak wszystko dokumentnie popieprzyć, bo kiedy włączyłem telewizor, szło już w najlepsze właśnie to, co widzicie. — Przez chwilę milczał, a potem skonstatował z nie wiadomo pod czyim adresem skierowanym wyrzutem: — Ale z rozgrywkami USFL to by się jednak na taki numer z pewnością nie poważyli.

— To powiedz chociaż, kiedy dokładnie włączyłeś ten swój telewizor? — Berger nie dawał za wygraną. Tyle że obecnie podszedł do problemu z nieco innej strony.

Handerson obrzucił go figlarnym spojrzeniem.

— W trakcie konsumpcji czwartej puszki — wyznał niczym małoletni psotnik bez krzty zażenowania, a nawet jakby ze szczyptą chełpliwości.

Pomilczał przez parę sekund. W końcu jednak, ugiąwszy się pod pręgierzem wprost ociekających głęboką dezaprobatą spojrzeń kolegów, zerknął na zegarek i bez specjalnego przekonania uzupełnił:

— To znaczy... jakieś czterdzieści minut temu. W każdym razie mój mecz miał się rozpocząć o szesnastej trzydzieści.

— A skąd ty w ogóle wiesz, że to rzeczywiście chodzi o Merrix? — wtrącił się w tym momencie Farrel, lustrując go badawczym spojrzeniem. — Czy może wcześniej coś na ten temat mówiono?

Handerson pacnął się z rozmachem dłonią po swym udzie.

— Dziesięć punktów za domyślność! — oznajmił gromko z ironicznym uznaniem. — Z przyjemnością widzę, że te wasze karciane igraszki jeszcze nie do końca stępiły waszą spostrzegawczość. Mówiono. I to wcale niemało!

— Niestety! W odróżnieniu od wpływu piwa na ciebie! — zasyczał zjadliwie Mortenberg, który nie zdołał się powstrzymać od pofolgowania sobie.

— Słu... cham? — Handerson przechylił się ku niemu, w błazeńskim geście przykładając dłoń do ucha.

— A co konkretnie mówiono? — Farrel lekko podniósł głos, nie na żarty zaniepokojony możliwością zejścia rozmowy na zupełnie inne i w ogóle nie interesujące go tory.

— Jak dotąd obracano się wyłącznie w sferze mniej lub bardziej idiotycznych hipotez. Jeżeli interesuje cię moje skromne na ten temat zdanie... — na chwilę zawiesił głos, popatrując znacząco na Farrela, a następnie zakończył na wydechu: — to powiem krótko. Oni sami nie mają bladego pojęcia, o co tam może chodzić! A co do tego, czy to jest Merrix, to parokrotnie bardzo wyraźnie wymieniano tę nazwę. Przecież inaczej bym ciebie specjalnie nie szukał, no nie?

Na parę sekund znów zapadła cisza. Wszyscy jak zahipnotyzowani wpatrywali się w ekran telewizora wciąż ukazujący jeden i ten sam raczej nieruchawy obrazek.

— Nie wiem jak wam, ale jeżeli o mnie idzie... — odezwał się w pewnym momencie niezbyt pewnie Delvart — to mi to najbardziej przypomina... spodek!

Berger obrzucił go nierozumiejącym spojrzeniem.

— Co takiego? — wysoko unosząc brwi obrzucił go podejrzliwym wzrokiem.

Delvart jakby się troszeczkę zmieszał. Wygiął wargi w nieszczerym uśmieszku.

— No, latający... — rzucił niepewnie po chwili zastanowienia z wyraźnie widocznym żalem, że w ogóle wyrwał się nieopatrznie z tego rodzaju wyznaniem. — Taki, jakie niejednokrotnie opisywali. Na przykład taki Hynek, Vallee, Menzel czy Ruppelt. Te nazwiska nie są wam chyba obce? Niekiedy publikowano nawet ich rzekome fotografie. Tyle że ten, jeżeli kamera oddaje przynajmniej w przybliżeniu właściwe proporcje, musiałby być zaiste ogromny!

Pomimo że konkluzja, do jakiej doszedł Delvart, była doprawdy szokująca, nie doczekała się żadnego ironicznego komentarza ze strony kolegów, albowiem w tym właśnie momencie obraz na ekranie zaczął ulegać dynamicznej metamorfozie. Budowle poczęły się błyskawicznie przybliżać, kolejno umykać gdzieś poza jego krawędzie. Jednak dopiero po chwili zorientowali się, że teraz mają przed sobą już zupełnie inny aniżeli poprzednio fragment miasta. Farrelowi przemknęło przez myśl, że cała ta historia, czymkolwiek by ona faktycznie nie była, musi już trwać dosyć długo, skoro telewizyjna machina zdążyła się już uporać z zainstalowaniem kamer w tak wielu punktach swojej infrastruktury nieodzownej dla maksymalnego uatrakcyjnienia przekazu zjawiska z wszelkich możliwych perspektyw w imię wywindowania oglądalności do jak najwyższego poziomu, bezpośrednio przekładającego się przecież na wysokość rocznych zysków. Kiedy się już wydawało, że kamera lada chwila wpełźnie nieuchronnie na bynajmniej nie świecące pustką ulice miasta, aby dać telewidzom możność poznania, co o tym bezsprzecznie odbiegającym od szarej codzienności zjawisku mają do powiedzenia — także teoretycznie najbardziej nim zainteresowani — sami mieszkańcy dotkniętego zjawiskiem grodu, zgodnie z komercyjnymi obyczajami tej instytucji raptem, ni z tego, ni z owego rozpoczęła się emisja bloku reklamowego, natarczywie usiłująca namówić za pośrednictwem niezmiernie zda się bliskich ekstazy twarzy paru mieszanej płci osobników do konsumpcji ponoć absolutnie rewelacyjnych w tym sezonie lodów Stoovera o dziesięciu smakach. Jeden rozkoszniejszy od drugiego. Potem zachwalająca cudowne przymioty jednego z licznych dostępnych na rynku dezodorantów zdolnego do przemienienia co najmniej na pełną dobę nawet najbardziej zatwardziałego przeciwnika wody i mydła w bukiet dopiero co ściętych i przecudownie woniejących kwiatów. Następnie reklamowano pastylki wielce skądinąd szacownego profesora Drake'a, które natychmiast, w sposób łatwy i naturalny, nader przyjemny leczą z kataru, kaszlu i wszelkich innych przypadłości związanych z przeziębieniem. Pojawiło się także parę reklam innych równie rewelacyjnych, ze wszech miar godnych pożądania artykułów.

Na Farrela ta nachalna, chwilami po prostu głupawa reklama podziałała zupełnie inaczej, aniżeli leżało to bez wątpienia w intencjach jej autorów. Mówiąc ściślej, z każdą sekundą jej trwania potęgowała się w nim zimna wściekłość na odpowiedzialnego za nią redaktora, który najwyraźniej nie był w stanie pojąć, iż w takich jak obecnie okolicznościach wciskanie na chama tych wszystkich oglądanych już przecież po tysiąckroć bzdetów w żadnym przypadku nie może pobudzać chęci wejścia w ich posiadanie. A nawet wręcz przeciwnie — wywołuje coś w rodzaju odrazy!

Wreszcie blok reklamowy przy akompaniamencie wyjątkowo hałaśliwej muzyczki dobiegł końca. Jednak wbrew jego oczekiwaniom miejsce panoramy miasta zajęło teraz rzęsiście oświetlone studio. Dominującym jego elementem był rozległy mahoniowy pulpit, wygięty w łagodnym łuku wprost ku kamerom. Na jego połyskliwym blacie stały trzy telefoniczne aparaty, każdy w innym kolorze, mające pewnie za zadanie uosabiać zdolność połączenia się w każdym momencie z dowolnym punktem ziemskiego globu. Za pulpitem zaś w dość niedbałej pozie mogącej świadczyć o ogromnej pewności siebie siedział Jack Heager, gwiazda już od wielu sezonów świecąca na firmamencie dziennikarskiego reportażu blaskiem pierwszej wielkości i jak przystało na takowe zjawisko, z pewnością wynagradzana nie gorzej, aniżeli miało to niegdyś miejsce na przykład z Danem Ratherem, Peterem Jenningsem albo Tomem Brokawem. Heager nie był sam. Towarzyszył mu jakby czymś bardzo solidnie od wewnątrz usztywniony mężczyzna w górnym przedziale wieku średniego. Miał na sobie ciemnobrązową marynarkę o niemodnych już od co najmniej paru lat, przesadnie szerokich klapach, jasnokremową koszulę i niezbyt starannie zawiązany ciemnobrązowy krawat w białe cętki. Jack Heager zorientowawszy się, iż już się znajduje na wizji, z uśmieszkiem sprawiającym wrażenie przyklejonego na trwałe do warg pochylił się tak głęboko do przodu, jak gdyby właśnie podjął niezłomne postanowienie przebicia od wewnątrz szkliwa kineskopu, by się znaleźć pośród swoich wielbicieli uzbrajających go w moc przetargową w walce o sowite honoraria. Odczekał dokładnie tyle, ile należało, ażeby ześrodkować na sobie całą uwagę audytorium, liczącego sobie zapewne w tym momencie wiele dziesiątków milionów osób różnej płci, a następnie rozpoczął tym swoim aksamitnym i odrobinę patetycznym, a zarazem jakby nieco poufałym tonem, który niewątpliwie miał także swój niebagatelny udział w uzyskaniu tak ogromnej w jego przypadku popularności:

— A więc, drodzy państwo, daliśmy wam możność wyrobienia sobie własnego poglądu, jak się tam to wszystko w rzeczywistości prezentuje. I proszę się nie niepokoić. Nadal pewnie trzymamy rękę na pulsie wydarzeń! Nasza najlepsza spośród możliwych do skompletowania ekipa bezustannie pracuje nad tym, aby zagwarantować państwu jak najpełniejszy i najbardziej aktualny pakiet informacji. Możecie państwo być przekonani, że skoro tylko z punktu widzenia konieczności zapewnienia tego bezwzględnie nadrzędnego dla nas postulatu stanie się to niezbędne, natychmiast zniknę z ekranu. Ponieważ jednak w chwili obecnej nie dzieje się tam nic szczególnie interesującego, proponuję, abyście państwo zechcieli tymczasem wysłuchać, co na temat tego frapującego zjawiska ma do powiedzenia nauka w osobie naszego znamienitego gościa, profesora Frederica Fynstona z Rutgers University. Panie profesorze — Heager płynnie skorygował przechył swego ciała, ukierunkowując je nieco bardziej w stronę swojego rozmówcy — czy zechciałby się pan podzielić z nami swoimi przemyśleniami na temat tego, czego od paru już godzin my i nasi szanowni telewidzowie jesteśmy świadkami?

W tym momencie czujny operator kamery najechał na profesora Fynstona i ekran niemal bez reszty wypełnił się jego pulchną, najwidoczniej z uwagi na wizytę w studio po raz drugi tego dnia bardzo starannie wygoloną twarzą. Z lekka oślepiony mocnym światłem, jakim go bezceremonialnie potraktowano, szybko zamrugał oczami. A potem się okazało, że to, co ma do zaprezentowania światu za wcale nieliche pewnie honorarium, właściwie przy najlepszych nawet chęciach niezwykle trudno byłoby zaliczyć do rewelacji. Według niego i jakiejś niezbyt precyzyjnie określonej grupy jego najbliższych współpracowników mogła to być po prostu ogromna chmura, w której na skutek szczególnej cyrkulacji powietrza oprócz zwykłych składników, to znaczy kryształków lodu i kropelek wody powstałych w wyniku kondensacji zawartej w powietrzu pary wodnej, musiały się także nagromadzić wyjątkowo duże ilości rozmaitych zanieczyszczeń, takich jak na przykład drobinki żelaza, siarki, węgla, ołowiu i tym podobnych części składowych tablicy Mendelejewa — pomimo stosowania już od wielu lat drakońskiej penalizacji — nadal beztrosko wprowadzanych do atmosfery przez dosyć liczne w tamtym rejonie ośrodki różnorakich gałęzi przemysłu. Jednocześnie niezliczona ilość funkcjonujących w lokalnych konurbacjach najrozmaitszych elektroenergetycznych emiterów pospołu z tysiącami mil linii przesyłowych mogły w określonych warunkach wygenerować potężne pole, które uchwyciło w cęgi obficie nafaszerowaną metalicznymi mikrocząsteczkami chmurę, nadając jej przypadkowo właśnie taki dość osobliwy kształt.

Berger potoczył zdumionym wzrokiem po swoich kolegach, próbując odgadnąć z wyrazów ich twarzy, co oni o całej tej hipotezie sądzą.

— A cóż to za duby smalone on nam tutaj plecie? — sapnął wreszcie z niesmakiem. — Przecież tego rodzaju czynniki występują zarówno tam, jak i w wielu innych rejonach już od niepamiętnych czasów, a mimo to nic podobnego jeszcze nigdy jakoś się nie objawiło! Przynajmniej ja o czymś podobnym nigdy nie słyszałem.

Wywiązała się króciutka, ale nadzwyczaj ożywiona dyskusja. Wyszło na jaw, że niemal wszyscy są podobnego, jak i on zdania. To „niemal” brało się przy tym jedynie stąd, że Handerson i Farrel po prostu w ogóle nie wzięli w niej udziału. Ten pierwszy dlatego, że właśnie popadł w płyciutką drzemkę, urozmaicaną posapywaniem w najrozmaitszych tonacjach. Powściągliwość Farrela w manifestowaniu swych poglądów miała natomiast zupełnie inne podłoże. Teza postawiona z całą powagą przez profesora Fynstona wydała mu się mianowicie tak idiotyczna, że zrodziły się w nim bardzo poważne wątpliwości czy w ogóle — jak to zamierzał uczynić jeszcze przed chwilką — warto tym wszystkim zawracać głowę Dorris.

Tymczasem z całej postaci Jacka Heagera na przekór ich opiniom nadal zdawało się emanować bezwarunkowe i wprost bezgraniczne zaufanie do zaproszonego przezeń gościa. Przez głowę Farrela przemknęła przekorna myśl, że może się to brać stąd, iż nie udało mu się wyszukać żadnego innego naukowca, który byłby skłonny do wystawienia na szwank swego autorytetu i teraz dla zatuszowania swej porażki musi przed swoimi pryncypałami, jak i z uwagą śledzącymi jego poczynania telewidzami robić chcąc nie chcąc dobrą minę do złej gry.

— Jakiego rozwoju sytuacji należy się zatem według pana w najbliższym czasie spodziewać? — zagadnął, zaglądając swemu interlokutorowi niemal miłośnie w oczy.

Farrel mimowolnie wstrzymał oddech. To było właśnie to pytanie, na zadanie którego oprócz niego oczekiwała pewnie także niemała rzesza ludzi przykutych tego popołudnia grzechem ciekawości do telewizorów. Profesor Fynston jakby wyczuwając szóstym zmysłem owe zbiorowe napięcie po drugiej stronie ekranów, przez dobre pół minuty zwlekał z odpowiedzią, z dużym talentem markując nadzwyczaj głębokie zastanawianie się nad tym problemem i wszechstronne nicowanie wszelkich jego aspektów. Wreszcie bardzo starannie odchrząknął, przysłaniając pretensjonalnie usta dłonią i wbił wzrok w kamerę, a tym samym — we wszystkich telewidzów. Jednak ku rozczarowaniu niewątpliwie nie tylko samego Farrela z przygotowywanej przezeń w ten sposób dużej chmury informacyjnego deszczu spadło — niestety! — niewiele. Na dobitkę odpowiedź, jakiej udzielił profesor, niezbyt ściśle korespondowała z zaaplikowanym mu pytaniem.

— No cóż... ujmując rzecz najbardziej lapidarnie, to osobiście jestem absolutnie przekonany, że u źródeł tej bezsprzecznie wielce intrygującej anomalii tkwią najzupełniej naturalne, tyle że niestety jeszcze nie do końca rozpoznane przyczyny!

Heager chwilkę pomilczał, wyrazem twarzy i całą swoją postawą dając niedwuznacznie do zrozumienia, iż spodziewa się kontynuacji wyjaśnień. Kiedy jednak jego interlokutor nie spełnił pokładanych w nim pod tym względem nadziei, z pewnym zniecierpliwieniem odchylił się do tyłu na tyle, na ile tylko pozwoliło nieskore do ustępowania mu oparcie krzesła i zapoznał go z własną interpretacją jego słów:

— Czy zatem można z pełną odpowiedzialnością oglądającym nas obecnie telewidzom powiedzieć, że to zjawisko poza niekiedy bardzo pożądanym podniesieniem się poziomu adrenaliny niczym specjalnym nam nie zagraża?

— To w dużej mierze zależy od naszych w odniesieniu do niego zamierzeń — powiedział Fynston wymijająco.

— Co pan przez to konkretnie rozumie? — dziennikarz uniósłszy wysoko brwi, zareagował czujnie w imieniu telewidzów.

— O ile mi wiadomo, obecnie w pewnych gremiach rozważa się zupełnie poważnie możliwość podjęcia próby rozproszenia tego obiektu — westchnął Fynston, przybierając wielce zatroskaną minę. — Pod względem technicznym nie jest to naturalnie nic trudnego. Jednak przeprowadzenie tego rodzaju operacji z uwagi na całkiem realne niebezpieczeństwo opadnięcia w jej efekcie na miasto przynajmniej części tych wszystkich najprawdopodobniej tkwiących w nim zanieczyszczeń być może w jednostkowej dawce niezupełnie obojętnych dla ludzkich organizmów, wymagałoby zachowania odpowiednich procedur. Mam tutaj głównie na myśli uprzednie w miarę precyzyjne rozpoznanie jego chemicznego składu, a także dynamiki przemieszczania się.

Jack Heager nie zdołał ukryć zdumienia.

— Jak to?! To jeszcze tego nie uczyniono? — rzucił jakby z niesmakiem.

— O to mi właśnie idzie! — Fynston z krzywym uśmieszkiem ochoczo potwierdził trafność domysłu prowadzącego program. — Bo chyba zgodzi się pan ze mną, że ma to kapitalne znaczenie, zwłaszcza dla samych mieszkańców Merrix i jego najbliższej okolicy?

W studio na ładne paręnaście sekund zaległo ciężkie milczenie. Jack Heager co prawda nadal promiennie się uśmiechał, ale Farrel odniósł wrażenie, iż jest to tylko profesjonalna fasada, poza którą kryje się prawdopodobnie niezdecydowanie, w jakim kierunku dalej poprowadzić to interwiu. Być może nie wszystko przebiegało w taki sposób jak przewidywał spreparowany przezeń wcześniej scenariusz.

— Cóż takiego mogło według pana stanąć temu na przeszkodzie? — rzucił wreszcie niezbyt pewnie.

Profesor Fynston poprawił się na krześle, a z jego piersi dobyło się przeciągłe westchnienie.

— Zdaje pan sobie zapewne sprawę z tego, że tego rodzaju pytanie powinno być raczej skierowane pod inny adres? — z jego głosu nietrudno było wyłowić nutki sarkazmu. — Skoro już jednak ono padło, mogę się jedynie podzielić moją prywatną na ten temat opinią. Po prostu nie zdołano jeszcze skompletować komisji, która będzie odpowiedzialna za rozwikłanie całej tej sprawy. Na razie więc występują chyba pewne, że się tak wyrażę, kłopoty w sferze ustalania priorytetów postępowania.

Chociaż w tym momencie z twarzy Heagera nie sposób było wyczytać, czy w ogóle pojmuje, o co Fynstonowi konkretnie idzie, na wszelki wypadek pokiwał ze zrozumieniem głową.

— Czy istnieją jakieś szczególne powody tych trudności w jej kompletowaniu? — zagadnął.

— Do głównych osobiście zaliczyłbym nagłość pojawienia się owego fenomenu, a także sam okres, w jakim on wystąpił. Proszę nie zapominać, że mamy akurat sezon wakacyjny, więc uczelnie i instytuty są po prostu chwilowo opustoszałe. Trudno zatem tak na poczekaniu zgromadzić kadrę o pożądanym profilu zawodowych zainteresowań.

— Tak, doświadczyłem tego na własnej skórze przy okazji poszukiwań kogoś odpowiedniego do niniejszego programu. Aż w końcu natknąłem się na pana! — zaśmiał się przypochlebnie Heager. Zajrzał swemu rozmówcy w oczy. — Żywię nadzieję, panie profesorze, że jeśli już takowa komisja zostanie utworzona, nie omieszka pan wziąć w niej udziału?

Fynston wykonał ręką jakiś niesprecyzowany gest.

— No, to już nie ode mnie zależy! — powiedział skromnie takim jednak tonem, jakby chciał dać do zrozumienia, że gdyby go już nawet rzeczywiście o to poproszono to i tak by się głęboko zastanawiał, czy przyjąć propozycję.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com