Robinson - Krzysztof Pachocki - ebook
Wydawca: W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 239 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Robinson - Krzysztof Pachocki

Inspiracją dla powstania tej publikacji były listy, które autor pisał do swego przyjaciela księdza.

Pachocki podejmuje w niej najtrudniejsze filozoficzne problemy i pytania, a podyktowane one są niespotykaną wrażliwością autora, lekturą filozoficzną i literacką oraz chorobą (autor od lat cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową).

Co znajdzie czytelnik w książce? Boga, cierpienie, człowieka, dobro i zło, Poznań, Łódź, Warszawę, Cytadelę, Lasek Golęciński, jezuitów i dominikanów, Tygodnik Powszechny, Mszę Rossiniego, Pierwszy Koncert Szymanowskiego, Eliota, Miłosza i Eckharta, wszystko co składa się też na naszą rzeczywistość i jej paradoksy, bo ta książka to nie "literackie relanium", ona ma nam pomóc w wyrwaniu się z odrętwienia.

Ta książka jest inna, dlatego zamiast koić i schlebiać, może drażnić, gorszyć, oburzać, złościć, intrygować. Nie znajdziesz w niej chłodnej kalkulacji, wyrachowania ani zdystansowanej obojętności, tylko żywą wiarę - drapieżną, nieokiełznaną katolicką poprawnością. Krzysztof z pasją demaskuje puste kaznodziejskie pocieszenia. / Ze Wstępu ks. Mariusza Pohla

Opinie o ebooku Robinson - Krzysztof Pachocki

Fragment ebooka Robinson - Krzysztof Pachocki




Słowo wstępne

Wymyśliłem ostatnio taką oto preambułę, którą poprzedzam wszelkie swoje wypowiedzi. Chcę być fair. „Następujące myśli powstały w chorym umyśle, w związku z czym uprasza się o niebranie ich poważnie”. Po angielsku ten personal disclaimer brzmi o wiele dostojniej. Coś jakby urzędowy stempel uprawniający do publicznej wypowiedzi: The following thoughts originated in a sick mind. Please do not take them seriously. Zwalnia to z wszelkiej odpowiedzialności za wypowiadane kwestie, jednak za wielką cenę. Od wariata daremnie oczekiwać jakiejkolwiek odpowiedzialności, ale przecież nikt go poważnie nie bierze. Zapytaj, dlaczego jednak mimo wszystko jeszcze się wypowiadam? Skoro wiem, że moje myśli są pozbawione jakiegokolwiek znaczenia... Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Pisze się po to, żeby było napisane, jak mawiał Witkacy chyba.

Krzysztof Pachocki

 

Czy te słowa to prowokacja, tani chwyt reklamowy? Gdy przeczytasz książkę, przekonasz się, że to tylko pokora i szczerość. I że dobrze się stało, że to wszystko zostało napisane.

O czym jest ta książka? O życiu w perspektywie ostatecznej, o sytuacjach krańcowych, o cierpieniu – to myślenie konsekwentne, posunięte do granic możliwości, myślenie o Bogu i o człowieku, o dobru i o złu, o prawdzie i niezliczonych przejawach fałszu, o kobietach wreszcie i o luksusowych samochodach,. Autor bez znieczulenia stawia ostre i bolesne pytania o pewniki wiary, demaskuje bezlitośnie różne pobożne slogany. Co one w istocie znaczą? Czy niosą jakąś nadzieję (przepraszam, Autor bardzo nie lubi słowa nadzieja), więc: czy mają jakiś sens, czy też jedynie mamią człowieka uświęconymi skojarzeniami i brzmieniami, a w istocie dobijają ostrzem beznamiętnej logiki?

Mylilibyśmy się jednak, oczekując egzaltowanych refleksji, wzruszających zwierzeń, harcerskich gawęd przy ognisku czy podlanych piwem wylewnych monologów. Nic z tych rzeczy. Usłyszymy przenikliwe jak ultradźwięki pytania. Zobaczymy ostre, skontrastowane problemy, rażące oczy naszego umysłu jaskrawą jasnością.

Zdjęcie wykonane w błysku flesza ukazuje kontrasty i ostrość, jakich normalnie w naturze nie widać. Błysk taki trwa ułamek sekundy – i całe szczęście: nie dałoby się patrzeć na świat przy takim jaskrawym oświetleniu. Aby normalnie widzieć, potrzebujemy światła stonowanego, rozmytego, miękkiego... Podobnie jest z myśleniem i rozumieniem. Boimy się wyrazistej prawdy, konsekwentnej logiki, krytycyzmu, ostrości osądów. Potrzebujemy raczej półprawd, zasłon dymnych, złudzeń, kłamstewek... Współczesna kultura osiągnęła niezwykłą biegłość w dostarczaniu nam rozmaitych środków znieczulających na ból jasnego, konsekwentnego i krytycznego myślenia. Kto nie chce prawdy, kto się jej boi, nie musi się martwić: wystarczy włączyć telewizor, komputer, konsolę, wziąć do ręki komórkę – już możemy rozpłynąć się w jałowym błogostanie... Nawet nie trzeba do tego piwa.

Niniejsza książka na pewno nie jest takim literackim relanium. Z niezwykłą ostrością i skontrastowaniem pokazuje naszą rzeczywistość, jej paradoksy, sprzeczności i fałszywe tony; alarmuje i budzi, wytrąca z duchowego odrętwienia i bezmyślnego lenistwa.

Zaczynem tej niezwykłej publikacji były listy, które Autor przez prawie dziesięć lat pisał do swego przyjaciela księdza. Korzenie tej korespondencji tkwią w jeszcze dalszej przeszłości, w latach młodzieńczych buntów, ideałów, w ciągnących się całymi nocami rozmowach, tak zwanych przez nas sessions, gdzie przy muzyce Mike’a Oldfielda, herbacie i sucharach dyskutowaliśmy bez końca o papieżu, książkach, wakacjach, życiu, sztuce, filozofii, komunie. Wskutek tych rozmów jeden z nas został politykiem-amatorem, drugi informatykiem, trzeci architektem, czwarty wstąpił do seminarium duchownego – a Krzysztof? Dość szybko się ożenił, wyjechał do Łodzi, skończył z wysoką notą studia inżynierskie i po traumatycznym roku w wojsku rozpoczął pracę, małżeństwo, potem ojcostwo: życie.

Jak do wszystkiego, tak i do samego „życia” podchodził z pasją, z ideałami i wysoko ustawioną poprzeczką. Prawdą jest, że wybujały idealizm i nadwrażliwość przekształcają się często w cynizm albo demolują psychikę. Czy tak stało się i w tym wypadku? Krzysztofa spotkało to drugie: CHAD, czyli choroba afektywna dwubiegunowa. Wszystko, co napisał, jest naznaczone tą chorobą. Przemyślenia zawarte w tej książce są jak najbardziej własne, oryginalne i autentyczne. Mało jest autorów, którzy mieliby odwagę pisać o tak osobistych sprawach, przyznawać się do popełnionych błędów, analizować swoją przeszłość.

Książka ta to nie jest jednak spowiedź i autopsychoanaliza. Krzysztof podejmuje najtrudniejsze filozoficzne problemy i pytania, przedstawia nam zapis wyjątkowego, oryginalnego odbioru świata podyktowanego niespotykaną wrażliwością, lekturą filozoficzną i literacką . To nie są teoretyczne dywagacje, ale osobiste doświadczenie grozy zła, gwałtów, cierpienia, krzywdy, zawinionych i niezawinionych absurdów, porażek, klęski. Życie upokarza i doświadcza Autora na wszelkie możliwe sposoby. To współczesny Hiob, który miejscami skarży się, miejscami buntuje, ale przede wszystkim pyta, szuka zrozumienia, krzyczy. I to na całego, z bezwzględnością, która nie ma sobie równych. No, może Dostojewski, Koniński, Eliot.

Dlatego nie znajdziesz w tej książce chłodnej kalkulacji, wyrachowania ani zdystansowanej obojętności, tylko żywą wiarę – drapieżną, nieokiełznaną katolicką poprawnością. Krzysztof z pasją demaskuje puste kaznodziejskie pocieszenia. Z determinacją Hioba domaga się intelektualnej i logicznej uczciwości i wobec rozumu, i wobec serca.

Dlatego ta książka jest tak inna, dlatego zamiast koić i schlebiać, może drażnić, gorszyć, oburzać, złościć, intrygować. Na pewno nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego języka i metody. I właśnie dlatego warto po tę książkę sięgnąć.

Ks. Mariusz Pohl



 

Rabbuni, jak to dobrze, że tu jesteś. I w dodatku pytasz o to, czego naprawdę pragnę, abyś mi to uczynił? Jest tyle spraw. Jestem ślepym żebrakiem. Grzesznikiem, jakich mało. A jednak zatrzymałeś się na chwilę tu, przy tej mojej ciemnej celi. I ja mam szczerze odpowiedzieć, czego najbardziej ze wszystkiego pragnę? Nie, czego potrzebuję, bo naprawdę niewiele potrzeba, aby żyć. Wystarcza mi na chleb, dzienną zupę i papierosy. Mam też dach nad głową. Nie muszę się martwić o to, gdzie spędzę następną noc. I dzień. I miesiąc. Więc czego najbardziej ze wszystkiego pragnę? Każdy katolik... A przecież jestem nim, choć zgrzeszyłem strasznie i w grzechu nadal tkwię nieustannie jak w jakiejś okropnej czarnej mazi, która zalepia mi oczy, usta i uszy, tak, że nie widzę, nie słyszę (słucham Johna McLaughlina The Heart of Things) i nie mogę mówić... Tak więc każdy katolik poprosiłby przecież o zbawienie duszy. Od lat pozostaję niemy, głuchy i ślepy. A jednak przyszedłeś, dzisiaj, tuż przed świętami i pytasz, jakie jest moje najgłębsze pragnienie, które chcesz spełnić. Więc jako katolik powinienem poprosić o zbawienie. Zbaw mnie. Choćby i wbrew mojej chorej woli. Zaraz, zaraz... czy to jednak nie jest czysty egoizm? Dodam więc zaraz: zbaw wszystkich. Wszystkich hurtem przyjmij do raju. I nikogo nie wykluczaj z tej ciżby. Nawet siedemnastokrotnego mordercy i gwałciciela z Brooklynu ani pana Jaskierni, któremu tak trudno mi dobrze życzyć. Obaj mieli trudne dzieciństwo. Więc zbaw nas wszystkich, łącznie ze mną. Ha... I co Ty na to? Nie spodziewałeś się tak wygórowanego żądania? Myślałeś, że pragnę czegoś dla siebie? Że składam wniosek w jakiejś konkretnej, prywatnej sprawie? Że niby o dobrą pracę poproszę albo o powrót żony i syna, czy też raczej mój powrót do nich? Nie. Spraw, Panie, aby wszyscy z nas zaznali szczęścia wiekuistego. By przejrzał każdy z nas tu na tym łez padole. Zabierz nas wszystkich ze sobą do tego Nieba, w którym ponoć panuje wiekuiste szczęście. Tak, o to Cię proszę. Czy to zbyt wiele? Wszak Ty wszystko możesz. Dla Ciebie – Boga nie ma nic niemożliwego! Ale może to pytanie skierowane jest tylko do mnie grzesznego i dotyczy jedynie mnie? To znaczy, że pytasz o to, czego pragnę dla siebie? Co mnie masz uczynić? To znaczy, w jaki sposób mnie samego masz uczynić szczęśliwym? Jakie jest w końcu to moje pragnienie, a nie pragnienie ludzkości? Więc spraw, proszę, tylko tyle, bym wypełnił Twoją wolę względem mnie. Spodobało Ci się mieć mnie w depresji i niemocy, niech tak będzie. Nie znam Twoich wobec mnie zamiarów. Chcesz, abym został prezydentem? Niech zostanę. Ale zamiar ten miałeś wobec pana Kwaśniewskiego, a nie mnie, choć w polityce byłem dobry. Ja wiem, że jeśli zgrzeszyłem, to stało się tak dlatego, że takie miałeś plany. Wiem to od Mistrza Eckharta. Dzisiaj już to wiem. Spodobało Ci się, bym był bezużytecznym nędzarzem zdanym na łaskę innych? Niech i tak będzie (skryte wygodnictwo? O, Panie, jakże trudno być szczerym!). Nie ma pewności co do tego, czy nie masz w planach mojego samobójstwa. Przecież i Judasz był Ci potrzebny, choć jemu samemu lepiej było się nie rodzić. Jednak musiał zaistnieć w Twoim boskim planie. W planie Bożej miłości. A więc Jezusie, Synu, tak ulubionego przeze mnie, Dawida – psalmisty, ulituj się nade mną i pozwól mi tylko wykonać moją robotę, którą mi wyznaczyłeś. Do końca. Tylu ominąłeś, choć wołali głośniej ode mnie. Skąd to wyróżnienie? Dlaczego akurat ja? Raczej bez obłudy proszę za innymi, szczególnie za tymi, których swoim niecnym życiem skrzywdziłem. Jeśli jednak Twoje pytanie skierowane jest tylko do mnie i dotyczy mojej tylko duszy, to poproszę o to, bym wiedział, co w tych okolicznościach Ty chcesz, abym czynił. Ale wyraźnie! Niech to będzie jakiś list albo sen, jak u św. Józefa. Niech zyskam pewność. To Ty masz wiedzieć, o co ja powinienem prosić, nie ja. Bo ja głupi jestem w tym wszystkim. Pewnie, że milion złotych rozwiązałby wiele problemów. Może nawet żona by mnie z powrotem zechciała? Proste. Daj mi milion złotych. Zrobię z niego dobry użytek. Nie przepiję znowu wszystkiego Pod Minogą, jak przedtem. Jest jednak bardziej niż pewne, że żadnego miliona mi nie dasz. Choćbym zdzierał gardło w dzień i w nocy. Od forsy jest pan Kluczyk. Ja jestem do czegoś innego Ci potrzebny.

Podszedłeś do mnie nędzarza, zatrzymałeś się i pytasz o to, czego od Ciebie pragnę? Ocalenia, choć nie mam na razie pojęcia, jak ono by mogło wyglądać. To dlatego tak bardzo nie lubię tego księżowskiego, zdewaluowanego słowa nadzieja. To słowo dobre raczej jako nazwa dla jakiejś spółdzielni cukierniczej albo mieszkaniowej. Tak się zgrało. Także za sprawą kazno(bezna)dziejów. Bo słowo nadzieja domaga się dopełnienia. Człowiek nie potrafi mieć tylko abstrakcyjnej nadziei. Zawsze jest to u niego nadzieja na coś, co widzimy oczyma własnej wyobraźni (na przykład jakąś zielonooką, piękną i niezmiernie inteligentną pannę, bo tak wizualizuję akurat teraz moją nadzieję-muzę). Ale Twoje plany względem mnie są zupełnie inne. Nie chcę więc takiej fałszywej, swojej nadziei. Ty wiesz lepiej, co dla mnie w tej chwili jest dobre. Może to, bym wcale nie przejrzał? Może lepiej jest według Ciebie, bym trwał tak w zaślepieniu i ciemnościach? Albo bym się zabił? „Lepiej takiemu, by sobie kamień młyński uwiązał...” Jeśli moje dalsze istnienie jest powodem zgorszenia, to lepiej by było, bym nie istniał dalej. Choć mówią o Tobie, że jesteś dawcą i źródłem życia, nie śmierci. Psiakość, daj mi odczuć swą obecność, bliskość swoją. Pokaż się. Dlaczego wiecznie się ukrywasz? Wstyd Ci? Co to za Zbawiciel, który musi się ukrywać? No, ale załóżmy hipotetycznie, że faktycznie podszedłeś do mnie. I już mam pewność, że to Ty. I że wyróżniasz mnie z tłumu nieszczęśników swoim pytaniem. Wszak drę się tu na tym komputerze w te internetowe czeluści, w niebo- i piekłogłosy już tyle lat. „Co pragniesz, abym ci uczynił?”. Dobrze, zaryzykuję ostatecznie i postawię swoją wolę naprzeciw Twojej. Wiesz, jakie jest moje najskrytsze pragnienie? Bym znowu mógł pod jednym dachem zamieszkać z moją żoną i synem. No i co? Jeśli się nie spełni, znaczy tyle, że wcale Cię tu nie było, a ja uległem znowu jakiejś projekcji pod wpływem pobożnego kazania księdza przyjaciela. Bóg cudów nie czyni. A nasza nędza jest wyłącznie konsekwencją naszych czynów. Naszej głupoty. W logice ludzkich dziejów wcale nie ma miejsca dla żadnego Boga (buddyzm). To dlatego tak mroźno na tej planecie. Cierp za własną głupotę. Wszak nie urodziłeś się ślepy. Sam się oślepiłeś. Oślepłeś od rozpusty i pijaństwa. Postradałeś zmysły od picia i czytania. Jakże więc śmiesz cokolwiek wyrzucać Bogu? Że cię nie leczy? Nie ocala? Jest tylko prawo przyczyny i skutku. Jeśli już jakieś cuda się komukolwiek należą, to na przykład tej biednej, spowitej w żałobę pani Oli z poradni, która straciła w wypadku jedynego syna i pracę – tego samego dnia! Że nie wspomnę o Holocauście i gettach albo o gwałconych kobietach w Jugosławii. Wiesz, w gruncie rzeczy niczego od Ciebie nie chcę, skoro zezwalasz na takie potworności. Idź sobie dalej z tym swoim cyrkowym cudotwórstwem. Sam wiesz, jaki udział w moim obłędzie miała lektura relacji z Holocaustu i towarzyszące jej samotne wędrówki po szarych łódzkich ulicach. Można się minionego zła tak bardzo przerazić. I można ze współczucia dla tamtego żydowskiego chłopca, którego esesman wrzucił do ulicznej studzienki... można od samej tej myśli zwariować. Jak to tak? Po co żeś stworzył to wszystko? Czy Ty potrafisz się wczuć w strach tamtego chłopca? Odpowiadaj mi tu zaraz! A może potrafisz sprawić, żeby tamto się nie było stało? Odkręcić to jakoś? Ale ten chłopiec tam był. Wisiał nad tą studzienką, kurczowo trzymając się rączkami kratki kanalizacyjnej. A później te ręce zmiażdżył swoimi butami ten esesman. I to było naprawdę. I Twoja spektakularna męka na krzyżu blednie wobec tamtego zapomnianego przez wszystkich cichego wydarzenia. Takie miałeś plany wobec tamtego chłopca. I teraz tu stoisz i nie masz żadnych wyrzutów sumienia? Bóg ukryty ze wstydu przed człowiekiem... Co chcę, żebyś mi uczynił? Dlaczego akurat mnie? Mnie jest w sumie nieźle. Okropnie trudno odpowiedzieć na to pytanie. Mnie nędznemu. Moje bezproduktywne współczucie dla tamtego chłopca, które zapewne było tylko skrytym, maskowanym pożądaniem, jakby to podsumował ten okrutnik Pascal. Czy naprawdę? Kiedy przeczytałem te wspomnienia Oli Wattowej, to nie mogłem już o niczym innym więcej myśleć, gdy dostrzegłem jakąś studzienkę kanalizacyjną w Łodzi. A dlaczego poznana przypadkiem dziewczyna ni z tego, ni z owego oświadcza mi, że w poprzednim życiu byłem Żydem? Skąd to żydowskie zatrucie we mnie? A jednak. Można naprawdę współcierpieć – powiada Rozenzweig w swojej Gwieździe Zbawienia. I to jest odruch głęboko ludzki. Dlaczego MNIE chcesz cokolwiek czynić? Dlaczego nie uczyniłeś, nie czynisz niczego tym milionom cierpiących ponad miarę?

Żyć w tej tu obecnej europejskiej cywilizacji to tyle, co zabijać. Podjąć pracę, to zabrać ją komuś innemu. Nie chcę. Nie potrafię. Gdybyś mi jasno i głośno powiedział: „Idź i czyść wychodki w jakimś przytułku” to bym poszedł, ale Ty milczysz. I teraz pytasz o to, czego najbardziej pragnę? Nie istnieć! Nie być świadkiem tych okropnych rzeczy obecnych, przeszłych i przyszłych. Raczej nie widzieć, niż widzieć wszystko tak ostro. Bo ja wcale ślepy nie jestem, jak mógłbyś sądzić. „Ja widziałem straszne rzeczy” – jak powiadał z załzawionymi oczami Jan Karski, świadek i reporter z epoki Holocaustu. Wystarczy, że on widział. A ja mu wierzę. Bo można nagle wszystko to, co okropne, zobaczyć w jakimś strasznym wielkim błysku-olśnieniu i od tego oślepnąć.

Dobrze więc, niech będzie. Ostatecznie proszę Cię o to, byśmy znowu mogli być rodziną. Tego pragnąłem przez całe moje rozwodnicze, pijackie życie. Jesteś tu i pytasz? Więc odpowiadam. Pozwól nam znowu być razem. Mojej Żonie, Synowi i mnie. Ty znasz mnie lepiej niż ja sam siebie i wiesz zapewne, że tu tkwi źródło całej mojej „choroby”. Ty wiesz, że to jest moje najskrytsze, zapijane, zaczytywane i zadymiane papierosami pragnienie. Tak więc niech się stanie zgodnie z taką moją wolą. Amen.

P.S. Choć Mistrz Eckhart powiedziałby, że prosząc o coś, faktycznie to coś, jakąś potrzebę, stawiam ponad Boga. A kto by nie miał w nienawiści... żony, brata, syna, matki... i duszy swojej... ten... No i jak tu prosić o cokolwiek? Może więc jednak proszę tak naprawdę o to, bym poprosił o to, o co należy prosić. O wypełnienie Twojej woli, nie mojej. Byleby to nie musiało być samobójstwo. Pozwól mi żyć. Czy samobójcy też wypełniają Twoją wolę? Eckhart mówi, że nikt by nie zgrzeszył tym czy owym, gdybyś Ty tego nie chciał... Proszę więc, bym czynił Twoją wolę. Tak. Choćbym wszystko inne miał stracić. Ale czy w tej prośbie do końca jestem szczery? Milion złotych rozwiązałoby wiele problemów. Tyle, że na ten milion mam małe szanse, a na wypełnienie Twojej woli duże, skoro tylko zechcesz... Więc wymyślamy... i sami nie wiemy, o co prosić, ze strachu, że to się i tak nie spełni. Więc pobożność każe nam tylko prosić o wypełnienie Bożej woli względem nas, co jest prośbą głupią, bo nic innego niż wola Boża nie może nas spotkać (ale to Ty nauczyłeś nas modlić się: Bądź wola Twoja...). Po co więc w ogóle prosić? Jezus nieśmiały? Pytający się mojej własnej woli o to, czego ona chce? Jeśli tak, to tylko prosić o to, bym mógł być przy żonie i synu... Pstryk i stało się.

Nie martwcie się o dzień jutrzejszy... nie gromadźcie sobie skarbów tu na ziemi... Czy to gnuśność i egoizm? Czy domyślana konsekwentnie do końca religia katolicka w zderzeniu z tym obecnym zachodnim światem kulminująca w klinicznej schizofrenii? Uwiliśmy sobie całkiem miłe gniazdko w tej swojej prywatnej „religii”. Ksiądz M. tam, na tej plebanii pośród elektronicznych gadżetów, ja tu w tym szarym, depresyjnym wieżowcu. Pośród śmieci... Po owocach. Tylko po owocach. O, ja nędzny! Nieszczęsny ja. Więc koniec końców, o co prosić? O ocalenie
duszy.

I tak to ślepiec-głupiec zbyt długo rozważał, o co poprosić, a Jezus tymczasem musiał iść dalej... zostawiając ślepca-głupca z jego dylematem.

***

Deszczowa, przeleżana w pościeli niedziela. Urozmaicana skręcaniem papierosów. Skręcaniem i paleniem. Palę jednego i skręcam następnego. Leje i ciemno za oknem.

I żadnej dobrej myśli. Żadnego projektu.

***

Czy ja mam prawo być „chory”? Piekielna pułapka. I do tego zepsuła mi się lodówka. Zupełna degradacja. Zupełna. Staję się coraz cięższy. Do zniesienia dla siebie i innych. Ze trzy lata w zupełnej bezczynności i bezwładzie. A może więcej lat? Może z pięć albo sześć? Choroba to czy grzech? Teraz mój stan nie różni się niczym od stanu ciężkiego schizofrenika, chociaż oficjalna diagnoza brzmi CHAD, czyli choroba afektywna dwubiegunowa. Psychoza maniakalna w fazie szczególnie ciężkiej depresji. Zupełna izolacja. To takie moje, prywatne, ale wzruszyłem się kilka dni temu w księgarni na Mielżyńskiego, tej samej bramie, przez którą lat temu wiele (dwadzieścia pięć?) szedłem po „naukę”, po nowy tom Leibniza albo Kierkegaarda... W tej samej księgarni, tuż przy drzwiach, leży teraz książka Siofry, po polsku. Maliński. I kawałki mojej biografii w niej. Dedykacja: „Dla Człowieka w Czarnej Dziurze”. Nie kupiłem, bo mnie nie stać. To takie moje, prywatne. W tym narożniku, tu, w tej księgarni. I żadnych innych nowin. Kawa i papierosy. Odżywiam się byle czym. Degradacja. Każdy mój ruch nieudany. Imieniny siostrzenicy – Basi. Kupuję za ostatnie grosze prezent – książkę, którą ona już dobrze zna... z przedszkola. Niby drobiazg, ale dla mnie o ogromnym znaczeniu. Siedzę jak kukła przy rodzinnym stole. Jak mam dalej postępować? Jak iść w dziadostwo, bezdomność i zapomnienie, skoro oni tu są: siostra i Piotr, i lekarz, i ojciec jego, i mama. Gdzie jechać? Kraków? – są tam znajomi z „tamtego” życia. Gdańsk? – mam tam krewnych. Warszawa? – wiadomo. Ostatnio pomyśliwam o Lublinie i przytułku tam. Tam nie mam krewnych ani znajomych. Siedzieć tu tak dalej...

Myśl ciągle taka mnie nawiedza, że umarłem już, we śnie czy jakoś tak, i że to już teraz jest to życie pozagrobowe. Nijak nie odróżnisz, że nie. To jest jakby punkt wyjścia do moich dalszych rozważań. Psiakość! obudziłem się w piekle. Żyłem tak i zasłużyłem. Ciągle ta myśl, że piszę to z zaświatów. Chore, co?

***

Pozdrawiam z piekła. Wypuścili mnie od czubków na przepustkę. Sam nie wiem, po co wyszedłem na weekend, bo przecież tu, „na wolności”, nie mam ani z kim pogadać, ani nic do roboty. Nic. Absolutnie nic i nikogo. Dni mijają w jednakowym rytmie pobudek, sprzątania, posiłków, leków, wizyt doktorów. Zatrzaśnięty we własnej immanencji doświadczam wieczności. W mrocznej palarni przy papierosie rozprawiamy o rzeczach ostatecznych. Czy jest Bóg? Ja mam pewność, że jest. Kolega, który przeżywa potworną mękę duchową od dziesięciu lat, boi się, że Go nie ma, Skurczybyka. Jest czy nie? Jakie to ma znacznie? Skoro trzeba się aż tak męczyć? Ja wiem, narobiłem wiele zła. Robiłem rzeczy straszne, ale kara jest niemożliwa do wytrzymania. Piekło jest. I wcale nie jest puste. Piekło to mroczna palarnia w szpitalu wariatów. Dramat. Eee tam, żaden dramat. Jakiś potworny banał. Żadna tragedia. Okropna bylejakość. Mój doktor okazuje się być także filozofem. Rozmawialiśmy dzisiaj po raz pierwszy o Witkacym i Wittgensteinie. Wyznałem, że cieniem na moim życiu położył się duch Witkacego. Że spotęgował we mnie doświadczenie absurdu, groteski i grozy metafizycznej. Doktor błyszczał (młody chłopak) i popisywał się znajomością obydwu moich mistrzów. Boże, ale ja już nic nie pamiętam z tego wszystkiego. A przeczytałem kiedyś całego Witkacego, i Wittgensteina po angielsku. Mogłem zrobić z nich doktorat. Ale to wszystko doznało w moim wnętrzu wielkiego zmarnowania i w postaci jakichś tajemnych jadów i toksyn zmutowało w chorobę psychiczną. Nie dałem temu światu i ludzkości niczego, absolutnie niczego. Mój potencjał nie uległ aktualizacji. Za sprawą jakiejś niepojętej blokady. Wszystko ukisiłem w sobie. Niczego nie napisałem, niczego nie opublikowałem. Zesrałem się do środka. Mam ochotę winić Boga za to. Że nie dał mi dość odwagi. Że mnie nie odetkał, tylko kazał się bać i wstydzić. Studiować coś, czego nienawidziłem. Że nie umiałem się przeciwstawić ojcu i studiować filozofii, którą tak kochałem. Poszedłem na zmarnowanie. Tak, nawóz też jest potrzebny. A w szpitalu spotkałem dobrego kumpla, sześćdziesięcioletniego Adama z Anglii, którego wykończyła druga żona. Biedak szuka ratunku, osaczony przez sądy i prawników, pełen myśli ostatecznych. Mówi, że miał ochotę wysadzić się w powietrze z całą chałupą. Ale ze mną jest jeszcze gorzej. Jestem najcięższym przypadkiem. Samym strachem i pomieszaniem. Zmarnowanym czterdziestosześcioletnim życiorysem immanentnym. Życiem wsobnym. Niczego nie dokonałem. Nic na zewnątrz. Nic dla innych. Czarna dziura ssąca do środka. Metafizyczny błąd. Bez miłości żyć się nie da. Mogę co prawda jeszcze nadal istnieć tym demonicznym istnieniem (Tischner), budząc dookólną zgrozę (Boże, jak nisko może upaść człowiek, jeśli wyprze się swojego człowieczeństwa). Ale po co? Co budzi większe przerażenie? Takie trwanie czy samobójstwo? Myślę, że nie ma większej różnicy. Samobójstwo jest tu jednak jakimś aktem człowieczeństwa, mimo wszystko. Niezgoda na zwierzęce (roślinne) trwanie w niekończącej się agonii, coraz większym otępieniu. Hm...

***

Budzę się (śpię dobrze i śnią mi się znajomi ludzie, F., Marcin...) i zaraz ogarnia mnie trwoga. Powoli wstają widma, współtowarzysze niedoli (jest nas w tym obskurnym i ciasnym pokoju sześciu) i wloką się do łazienki. Kolejny dzień... Siostry wołają do pomiaru ciśnienia, sprzątamy sale, śniadanie, lekarstwa, leżenie albo granie w karty... czytanie prasy... Po co? Obchód: „Jak się pan dzisiaj czuje?”. Przecież nie powiem mu, że od ośmiu lat codziennie myślę tylko i wyłącznie o samobójstwie. To trochę męczy, panie doktorze. Więc mam prawo czuć się wyczerpany. Widać to po mojej twarzy. Siostry zauważyły: „Poszedł pan mocno w dół” – rzuca jedna, jakby zatroskana. „Siostro, ja cały czas idę w dół” – odpowiadam żartobliwie. Doktorowi powiem, że „lepiej”, żeby mnie wypuścił na przepustkę. Ale po co na przepustkę, skoro tu na wolności nie mam nic i nikogo? Puste mieszkanie z internetem i telewizorem. I tak w kółko. Poszedłem do szpitala na zawsze. Adam mówi to samo. Ale tu nie trzymają na zawsze. Najwyżej ze trzy miesiące. Za tyle zwraca kasa chorych. Są cięższe szpitale. Krążą o nich legendy. Że tam ciężkich czubków trzymają latami. Nawet na zawsze. Na wieki wieków. Na wieczność. I co na to Bóg? Podejrzewam, że On wcale nie jest wszechmocny. W gruncie rzeczy niewiele może. Kiedy na człowieka spadnie mroczne szaleństwo. Kiedy obumrze wola. A może może? Mimo wszystko zbawić tych wszystkich cierpiących nieludzko nieszczęśników? Nieważne, ze swojej czy nie swojej winy. Taki szary budyneczek pośrodku miasta. Mijacie go codziennie i nawet nie zauważacie. Nikt z was nie wie, co tam się dzieje.

***

Wyszedłem znowu „na przepustkę”. Na tak zwaną wolność. Nie mam tu niczego ani nikogo. Korzystam z dostępu do komputera. Znalazłem się na liście Wildsteina. Nie wiem, jakie to ma znaczenie, ale może kiedyś tam, w tamtym życiu, przez jakąś chwilę byłem ważny? Teraz tępieję coraz bardziej. Przyszedł ksiądz w Popielec do nas. Był to widok dość szczególny. W obskurnej świetlicy chodziliśmy w piżamach wokoło stołu, a on sypał nam szaleńcom na głowę popiół i powiadał: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Taki obrazek. Poza tym nic się nie dzieje. Awansowałem i zostałem wybrany na przewodniczącego społeczności pacjentów. To znaczy takiego kapo. Porozmawiałem z lekarzem-filozofem o Witkacym i Wittgensteinie. Powiedział, że pierwszy raz mu się trafia taki oczytany pacjent. „Witkacy? – powiadał – Pamiętam, że dla tak zwanych jednostek metafizycznych jedyne możliwe miejsce pobytu to szpital wariatów lub więzienie”. Rozmawialiśmy też coś tam o psychiatrii humanistycznej i o tym, że w tutejszym szpitalu dominuje biochemia. Dostaję mocne leki. Ordynatora okłamuję, że czuję się „średnio”, podczas gdy faktycznie każda sekunda jest absolutnie nie-do-wytrzymania. Każda sekunda. Dzisiaj po raz pierwszy w ogóle nie mogłem zmrużyć oka. W ogóle się nie wyspałem. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, bym tak zupełnie zmarnował całe swoje życie. Że to nie jest sen,
tylko jawa.

***

Za chwilę wracam do szpitala. Cały weekend wybierałem się do spowiedzi, ale nie potrafię. Jak ja mam opowiedzieć te wszystkie makabryczne rzeczy? Kto tego będzie chciał słuchać? Kto będzie miał czas? I jak tu się ma spowiadać chory umysł, który ma problemy z rozeznaniem realnych faktów. Jak się wyspowiadać z psychozy, odlotu, chorej wyobraźni, szatańskich zwidów. Jeżeli mam ponieść konsekwencje własnych czynów, to znaczy karę, to co ma nią być? Szpital? Czy szpital jest właściwym miejscem, czy to znowu kolejna ucieczka (niech inni za mnie żyją)? Umysł miele przeszłość. Życie pozbawione sensu. Konwulsje. Przeskoki. W końcu obłęd. Samobójstwo jest grzechem ciężkim, ale i grzechem ciężkim jest trwanie w tym stanie. Gdy wychodzę na zewnątrz, napada mnie paniczny lęk. Cały czas się strasznie boję. I to odklejenie od realności, od zwyczajnych czynności, od szczegółów. Kompletny chaos. Bezczynność. Bezproduktywność. Ciężar dla rodziny i społeczeństwa. Panie, po co ja jestem? Powiedz, gdzie jest moje miejsce? Ty jeden znasz mój stan. Wiesz wszystko. Mistrz Eckhart pisze, że dobre jest dla nas wszystko, co się nam przydarza, bo wszystko pochodzi od Ciebie. Nie wolno nam nawet nie chcieć, by przydarzyły się nam tamte wszystkie grzechy. I trwać tak trzeba, w uniżaniu, w unicestwieniu siebie. Trwać tak. Niczego nie chcieć. Idę.

***

Nikt nie pisze. Być może z moim komputerem jest coś nie tak i nie odbiera wiadomości. Znowu jestem na „przepustce”. Siedzimy tak sobie z Adamem. On broni się różańcem i w niego mocno wierzy. Ja nie umiem. Jeden pacjent, który uporczywie odmawiał jedzenia i był dokarmiany przez rurę, po odmówieniu różańca z Adamem zaczął jeść. Adam mówi, że to cud. Być może. Sam Adam jednak czuje się fatalnie i tak jak ja boi się samodzielnie wychodzić poza obręb szpitala. Piszę tu o Adamie, który jednak jest w dużo lepszej formie i sytuacji niż ja. Moja sytuacja jest beznadziejna. Jestem martwy. Pusty w środku. Mój czas stoi. Jestem tak przeraźliwie sam. Mam czterdzieści sześć lat i nic nie umiem. Niczego nie dokonałem. Marnuję dzień za dniem, nic nie robiąc.

***

Trwoga. Nie mogę mówić. To, co mówię, nie ma żadnego sensu. Nie potrafię się komunikować z innymi. W pewnym sensie już nie istnieję. Przeleżałem znowu dwa miesiące w klinice psychiatrycznej. Ale przecież to mnie nie wyleczy. Nic mnie nie wyleczy. Nic nie odwróci okropności, których byłem sprawcą. Krzywdy wyrządzonej Marcinowi i tylu innym. Panie Boże, co ja mam robić, skoro nic nie mogę zrobić? Przecież mój żal to szaleństwo. Moje życie to pomyłka. Na dobrą sprawę powinienem dalej leżeć w jakimś szpitalu, już na zawsze. Co ja robiłem całe życie? Przepraszam, ale nie mogę wytrzymać prawdy o sobie samym. O co mi chodziło? O forsę nie. O władzę też nie. Chciałem naprawiać świat, a zrujnowałem życie sobie i innym. Jak Lenin. Czuję się jak Lenin. Nie jak Judasz, a jak Lenin. Bardziej już cierpieć nie da rady.

***

Czy ja nie znam swojej winy? I nie wiem, że cały ten bigos sam sobie przyrządziłem? Jasne, że wiem. I na tym właśnie polega cała zgroza. Horror metaphisicus. Wolę Wielki Piątek od Wielkiej Niedzieli. Piękna jest też liturgia Wielkiej Soboty. Wielkanoc nigdy nie napawała mnie radością. Raczej chandrą daremnie rozpraszaną obżarstwem. Ten entuzjazm wymuszony. Przeżycie nieautentyczne. Przecież zaraz po dyngusie wrócić trzeba do tego samego. Nic tu nie zmartwychwstało, nic nie uległo jakiejś radykalnej odnowie ani przemianie. I czy widział kto kiedykolwiek, aby kto zmartwychwstał? Jeśli Chrystus faktycznie dokonał tego, o czym nauczają, to jest to sprawa absolutnie przekraczająca nasze zdolności rozumowania i wyobraźni. Jakże więc radować się z tego? Moja myśl zabija każdą poprzednią. Postmodernizm jakiś. Powiem coś i zaraz w to wątpię i neguję. Jednak wciąż snuję te rozważania... Cogito ergo sum jeszcze.

***

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com