Riders on the Storm, czyli randka z diabłem... - Marek Kwiatkowski - ebook
Wydawca: O-press Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Riders on the Storm, czyli randka z diabłem... ebook

Marek Kwiatkowski

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 282 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Riders on the Storm, czyli randka z diabłem... - Marek Kwiatkowski

Mamy do zaoferowania Państwu książkę, która oparta jest na faktach bezpośrednio związanych z pewnym okresem życia autora. Historia przelana na papier, opowiada o życiu młodego człowieka mającego rodzinę, dzieci, wielkie wizje na przyszłość. Pewne zdarzenie spowodowało nagłą zmianę jego planów życiowych, nieoczekiwaną walkę o życie.

Opinie o ebooku Riders on the Storm, czyli randka z diabłem... - Marek Kwiatkowski

Fragment ebooka Riders on the Storm, czyli randka z diabłem... - Marek Kwiatkowski





Wątek I.

Chlewnie pomysłem na biznes

„Riders on the storm...

There’s a killer on the road.

His brain is squirming like a “toad”.

Take a long holiday.

Let your children play.

If you give this man a ride,

Sweet family will die.

Killer on the road…

Girl, you gotta love your man.”

Jeźdźcami burzy są…

Morderca wyszedł na szlak.

W głowie gniazdo węży ma.

Wyjedź szybko stąd.

Pozwól dzieciom bawić się.

A jeśli podwieziesz go,

Słodka rodzinka zginie.

Morderca czeka na drodze…

Mała, kochaj kogo chcesz.”

Płynące z głośników słowa piosenki Doorsów miały niebawem okazać się proroczym przesłaniem...

Prowadząc auto, bezskutecznie próbowałem połączyć się z wybranym numerem. Dostawałem już przysłowiowego szału, słysząc w słuchawce jedynie przerywany sygnał. Telefon, choć martwy, wciąż prosił swym sygnałem, by ktoś go odebrał.

Dlaczego ona nie odbiera telefonu?

W końcu w słuchawce usłyszałem charakterystyczne „klik”.

- Słucham?

- Gosiak?

- Co tam u ciebie?

- Jesteś w klubie? Mówisz tak cicho i niewyraźnie…

- Nie, nie! W klubie będę po południu.

- A poza tym nic szczególnego?

- Wszystko w porządku - stwierdziła, ale nie uwierzyłem jej. - Właśnie jestem u koleżanki, a mówię cicho, bo gardło mnie boli.

- Gardło? Co? Teraz, w lipcu?

- A co u ciebie? Gdzie ty jesteś, kochanie?

Zdziwiłem się, że tak miło do mnie mówi.

- Szkoda, że boli cię gardło, ale może wieczorem coś na to zaradzimy? - uśmiechnąłem się do siebie.

- Może? - dodała niewyraźnie.

Już ja wiem, co by jej pomogło na gardło. Ha ha!

- Ale powiedz mi, co tam u ciebie? - spytała, jakby miało to jakieś znaczenie.

- Hmm… Jestem już po zakończonych pomyślnie negocjacjach. Wszystko załatwiłem po naszej myśli. Tak więc pojutrze muszę przelać kasę na ich konto.

- Ile? - zapytała, jakby właśnie to było najważniejsze. No, może dla niej jest?

- Pięćdziesiąt tysiaków za całe zakłady mięsne i siedem hektarów ziemi! Juhuu!

Rozpierała mnie radość. Za takie grosze kupię super teren, a chlewnie przerobię na największą dyskotekę w okolicy.

- Nie boisz się, że się nie uda?

A co ma się nie udać? Kto nie ryzykuje, ten nie żyje!

Lekko wkurzony odparłem, by dała mi spokój, skoro nie potrafi w żaden sposób docenić mojej inicjatywy, a jedynie gani, bo tak łatwiej…

- Noo wiesz, kochanie… Ja po prostu się martwię.

Tyle pieniędzy…

- Ile? Ile? - krzyknąłem wściekły. - Co to jest pięćdziesiąt tysięcy za taką inwestycję?

- Noo wiesz…

- A skąd misiu w ogóle masz taką kasę?

- Dostałem w spadku po swoim dziadku!

Chciałem ją rozsądnie zainwestować aniżeli przesrać na kolejne kosmetyczne innowacje, doczepiane włosy mojej żony i inne bzdurki, które nie mają żadnego znaczenia i niczego nie wnoszą poza umacnianiem kobiecej próżności, jaką obserwuję u niej w hurtowych ilościach.

Pomyślałem, że trzeba skończyć tę rozmowę, bo jej kontynuowanie i moje tłumaczenia nie dają żadnego efektu. Bo - jak widać - ten temat jest dla mojej żony kosmicznie odległy.

- Kończę tę rozmowę, bo szlag mnie trafi.

- Przepraszam! A gdzie jesteś? - zapytała głupio, jakby nie wiedziała.

- Nie przepraszaj i nie wkurzaj! Wyjeżdżam z Ciechanowa. Będę za jakieś półtorej godziny. Mam nadzieję, że będziesz w domu?

- Noo wiesz… Postaram się.

I tak wiem, że to mrzonki. Jak to, do ku…, postaram się?

- Ciągle cię nie ma w domu, w pracy! Znowu masz przydupasa? Obiecałaś mi, że z tym skończyłaś!

Ciekawe, co może być powodem tym razem: kosmetyczka czy fryzjer?

- No, co ty, skarbie? Ja? W życiu! Nigdy! Zrobię wszystko, aby być w domu, jak mój miś dojedzie.

- Po co obiecujesz bez pokrycia? - krzyknąłem zirytowany.

- Mam taką nadzieję - powiedziała fałszywie. - Pa, kocurku, pa!

- Pa! - rzuciłem obojętnie.

Jadąc, dużo rozmyślałem o swojej rodzinie, dzieciach i firmie.

*

Podróż minęła, ale problemy pozostały. Czemu ona jest taka niewdzięczna?

Zmęczony wpadłem do klubu i od razu skierowałem swe kroki do Wieśka.

- Witaj, Wiesiu! - powitałem uprzejmie swojego pracownika.

- Witam, panie Marku! Co tam słychać dobrego? Zapalimy? - spytał, podając papierosa.

- Miętusek?

Jak ja ich nie lubię. Ale przecież nie należy odmawiać…

- Dokładnie tak, bo są najlepsze.

- W czym trucizna jest dobra? Podobno powoduje bezpłodność…

- Eej tam, szefie - mruknął. - Nam to już nie grozi.

Może to nie, ale rak na pewno.

- Może tak a może nie - odpowiedziałem, uśmiechając się pod nosem. - A jeżeli chodzi o dzisiejszy dzień, to zaliczam go do super udanych. Wprawdzie jest to tajemnica, ale w końcu tobie, Wiesiek, mogę powiedzieć. Kupuję byłe zakłady mięsne pod Ciechanowem - odparłem dumnie.

- A po co szefowi zakłady mięsne? - skrzywił się Wiesiek.

- Jak to: po co? - krzyknąłem. - Pomyśl, Wiesiu, for money! Otworzymy tam filię naszej dyskoteki! - wrzasnąłem podniecony na samą myśl.

- A jak pan, panie Marku, sobie to wyobraża? Prowadzić interes w dwóch różnych miastach?

- Bez ciebie i innych pracowników istotnie sobie nie wyobrażam - dodałem szybko. - Jak to: jak, Wiesiu? Normalnie. Będziecie delegowani do pracy, co tydzień wymieniając się między sobą, do czasu, kiedy nie przyuczą się miejscowi. A jak sobie to wyobrażałeś: że zatrudnię murzynów?

- No dobra, a kasę taką samą szef zamierza płacić?

- Oczywiście! - dodałem wzburzony. - Bo niczym się to nie różni poza miejscem pracy.

- Ale… - wtrącił nieśmiało Wiesiek.

- Nie ma żadnego: „ale”. Nie ma. Nie rozumiem cię, Wiesiek. Co to za różnica, czy przyjdziesz do pracy tu, czy pojedziesz tam? Za benzynę ci przecież zwrócę.

- No, ale zużycie samochodu…

- Nie przesadzaj i nie rób z siebie Szkota - parsknąłem.

Może jeszcze mam zwracać za pralnię i zużyte buty? Ach, ten Wiesiek!

- A jakie ma podejście pani Małgosia? - cicho spytał mój pracownik.

Co go obchodzi Gośka? Niech myśli o sobie i swojej pozycji.

- A jakie może mieć? - warknąłem. - Przeliczając to na szminki, lakiery i inne bzdurki, pierdółki… Negatywne! Ale ja się tym nie przejmuję. W końcu ktoś się musi malować, a ktoś musi myśleć, by było na te malowanki. Ha ha! - zaśmiałem się gorzko. - Będzie tam, Wiesiek, dla ciebie dużo elektrycznej robótki. Wierzę w ciebie, stary - puściłem oko.

- Szef zawsze mnie właduje… - odpowiedział Wiesiek, uśmiechając się kwaśno.

Pogawędziliśmy jeszcze chwilę, po czym skierowałem się do szatni. Miałem zamiar sprawdzić jej czystość. Kątem oka zauważyłem, że zbliża się do mnie Piotrek. Jeszcze tylko tego tłuściocha tu brakowało…

- Witam szefie! Jak zdrowie? - spytał rozpromieniony pracownik.

- Dziękuję za troskę! Powoli, do przodu - odparłem. - A jak na barze? Remanent wyszedł poprawnie?

- Tak, panie Marku! Nie mogło być inaczej.

- A zrobiłeś zaopatrzenie na weekend? Bo na sobotniej dyskotece ma być jakieś dwieście osób.

- Wow! To faktycznie nieźle, jak na lipiec. A skąd szef wie o takiej frekwencji?

- Mam swoje źródła, Piotrze.

Po co ja z nim o tym rozmawiam? Co go to interesuje?

- Zajmij się barem, a nie plotkami i opieprzaniem się!

- Ale, szefie, czego szef ode mnie chce?

To kombinator roku! Już ja wiem, a on dowie się w odpowiednim czasie.

- No, na co liczysz? Zmykaj na bar i przygotuj mi dokumenty remanentowe!

- Już się robi - krzyknął.

Cwaniak pobiegł do baru, a ja udałem się do biura. Po około dwóch godzinach wyszedłem z pokoju i podszedłem do Wieśka.

- Wiesiek, powiedz mi, ale szczerze, czy dziś rano w klubie była moja żona? W sejfie brakuje mi ponad tysiąca złotych.

Wiesiek spojrzał się na mnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział, jak zacząć. Wbił wzrok w podłogę.

- No mów, o co chodzi? - krzyknąłem zniecierpliwiony.

- Była! Ale prosiła, żebym szefowi nie mówił - uciekł wzrokiem w bok. - Podjechała od zaplecza w tym samym czasie, co ja.... Pomyślałem, że zostanie dłużej, ale ona tylko mnie goniła, bym jak najszybciej otworzył klub. Mówiłem jej: „Pani Małgosiu, sekundę, bo co nagle, to po diable”. Potem jak pocisk wpadła do biura, a w klubie była może minutę. Czy wzięła pieniądze? Tego nie wiem. Wiem za to, że rozmawiała z kimś krótko przez telefon, po czym nic nie mówiąc, wybiegła z klubu i odjechała. Nawet się nie pożegnała.

- Ok, Wiesiu, dziękuję za informacje. Porozmawiam sobie z nią później.

- Szefie, tylko proszę nie mówić, że ja coś powiedziałem - dodał Wiesiek. - Nie chcę mieć wrogów.

- Dobrze, obiecuję. Będę cicho sza. To co dzisiaj jemy na obiadek? - spytałem, czując burczenie w brzuchu. - Może wołowinkę po seczuańsku?

- Sam nie wiem, szefie… Nie wziąłem pieniędzy - odparł Wiesiek.

- Eee tam, nie przejmuj się! Dziś ja stawiam.

- Jest mi głupio.

Żebym tylko miał takie koszty i takie zmartwienia…

- Nie przesadzaj! To co, zamawiamy?

Wiesiek kiwnął głową twierdząco. Chwilę później do klubu zaczęły napływać fale klientów, którzy zarezerwowali stoły bilardowe do codziennego treningu.

- Przepraszam, szefie, ale muszę iść wydawać bile - odezwał się Wiesiek, widząc sporą grupę ludzi przy szatni.

- Idź, idź. Jak przyniosą obiad, to dam ci znać - rzekłem, kierując się do telefonu, by złożyć zamówienie.

- Dobrze, szefie.

Po zjedzeniu obiadu przypomniałem sobie, że miałem zadzwonić do mamy, aby podzielić się z nią miłą niespodzianką z Ciechanowa. Szybko wystukałem numer, by po chwili usłyszeć jej ciepły aczkolwiek basowy głos.

- Tak, słucham?

- Cześć, mamo! Co u ciebie słychać?

- Cześć, synku! Przepraszam cię, ale nie mam teraz czasu. Zdzwonimy się później, bo mam ważne spotkanie.

Czy ja kiedyś w spokoju z nią porozmawiam?

- No dobrze, to trzymaj się ciepło! Pa!

- Cześć!

Nie dająca mi spokoju reakcja Gośki spowodowała, że postanowiłem do niej zadzwonić. Po wybraniu numeru, podobnie jak rano, czekałem długo, by w końcu usłyszeć jej zmęczony głos.

- Halo?

- Cześć! Co u ciebie? Dlaczego nie ma cię w domu, jak się umawialiśmy? - pozwoliłem sobie na małe kłamstewko. - Noo…

- Wiesz, nie wyrobiłam się, bo pojechałam z Moniką do jej koleżanki i tam się zagadałyśmy.

- Po co kłamiesz i tak wiem, że kryje się za tym coś innego - warknąłem.

- A co tam u ciebie, kochanie? - spytała niewzruszona.

- Co?

Coś za dużo dzisiaj tego: „kochanie”. Coś tu śmierdzi.

- Zbyt często nie przechodzi ci to przez usta… - skwitowałem.

- Eee, nieprawda. Po prostu bardzo cię kocham! Przecież wiesz…

Nie, nie wiem! Nigdy tego nie czułem.

- A w ogóle to byłaś dzisiaj w pracy? - zmieniłem temat.

- Nie... Właśnie mam zamiar jechać.

- Aha. A ja byłem!

- Tak?

- Tak! I nie wiem, co się stało, ale w sejfie brakuje tysiąca złotych. Wiesz coś na ten temat?

- Nie… No skąd? Może pomylili się na barze? - kłamała jak z nut.

- Nie, nie pomylili się, bo remanent sprawdziłem z paskiem z kasy i wszystko gra... Noo... - drążyłem zniecierpliwiony.

- Ja nie wiem, ale widzę, że już znalazłeś sobie ofiarę w mojej osobie!

- Nikogo nie znalazłem. Po prostu staram się wyjaśnić brak pieniędzy w sejfie...

- Wiedziałam, że jak będzie brakować kasy, to zaraz będziesz doszukiwał się u mnie. A ja jak zwykle jestem Bogu ducha winna.

Tak, tak... Ona i anioł? Ha ha! Dobre sobie... Ona zawsze jest niewinna: wtedy, gdy miała kochanka i wtedy, jak dawała mu naszą kasę na samochód i w ogóle zawsze jest niewinna, a ja jestem bezczelnym sku…, który czepia się biednej Gosi.

- Przepraszam cię bardzo! - odparłem, kpiąc. - Kończę tę bezprzedmiotową rozmowę i jadę do domu, bo łeb mi pęknie... Mam nadzieję, że będziesz o w miarę normalnej porze! Pa!

Zakończyłem rozmowę, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź czy usprawiedliwienie z jej strony.

*

Po przyjeździe do domu rozebrałem się i wziąłem prysznic. Potem w szlafroku oglądałem wieczorną „Panoramę”. Wreszcie trochę spokoju…

W międzyczasie usłyszałem, że Gośka weszła do domu. Wyglądała na nieco zmieszaną, ale starała się grać kochającą żonę.

- No witaj, misiu, co tam u ciebie? Jadłeś coś?

- Dziękuję, dobrze. A głodny nie jestem. Czy chłopcy kontaktowali się z tobą? Są już w Tunezji? Dotarli do hotelu?

- Tak. Tata wysłał mi sms-a, że wszystko jest w porządku. Są troszkę zmęczeni, ale ogólnie wszystko gra…

No, to chwała, że szczęśliwie dolecieli. Jeden problem z głowy…

- No i co, przypomniałaś sobie, jak mogły zginąć te pieniądze?

- Jakie pieniądze, misiu?

- No jak to: jakie? Te, o których mówiłem ci przez telefon trzy godziny temu - wrzasnąłem.

- Kotku, ja naprawdę nie wiem, co mogło się stać - uśmiechnęła się fałszywie.

Wiedząc, że nie mogę wprost powiedzieć o informacjach, jakie przekazał mi Wiesiek, by nie wydać zaufanego człowieka, pozwoliłem sobie na kpinę.

- Odfrunęły z ufoludkami spodkiem kosmicznym do siódmego wymiaru...

Byłem już zirytowany tą idiotyczną rozmową. Wstałem, skierowałem się do barku, gdzie zrobiłem sobie ulubionego drinka i poszedłem do sypialni, poczytać gazetę.

Niebawem do sypialni weszła Gośka, ale udawałem, że śpię. Na szczęście położyła się bezszelestnie i uniknąłem niepotrzebnej dyskusji…

*

Po porannej toalecie - jak co dzień - poszedłem zrobić sobie kawę i obejrzeć poranne wiadomości. Był to mój ulubiony rytuał, rozpoczynający nowy dzień, kiedy to rozkoszowałem się smakiem i upojnym zapachem kawy, odwlekając spotkanie z ponurą rzeczywistością i towarzyszącymi jej problemami.

W międzyczasie wstała Gośka i - jak nigdy - zaczęła się do mnie łasić i kokietować...

- No, co tam, kotku, jak minęła nocka? Czemu tak szybko zasnąłeś i nawet nie pożegnałeś się ze swoim Gosialkiem?

- Może dlatego, że nie mam zamiaru z kimkolwiek się żegnać, bo przewiduję długie życie… A tak na poważnie to ostatnio jestem przemęczony i znerwicowany tą całą sytuacją w klubie. Nie wierzę tej tłustej parówie, Piotrkowi, który nas - jak podejrzewam - rąbie na lewo i prawo...

- Niemożliwe... - wtrąciła Gośka.

- Co: niemożliwe?

Kręci z nim. Już ja dobrze wiem…

- Możliwe, możliwe. A ty go nie broń, bo nie jest tego wart. A poza tym to lepszy cwaniura... A tak w ogóle korzystając z okazji, że mogę z tobą spędzić pięć minut w locie, to odpowiedz mi, dlaczego wczoraj nie byłaś nawet na chwilkę, skontrolować ogródek piwny? - spojrzałem jej głęboko w oczy. - Jak będziemy tak dalej postępować, to daleko nie zajedziemy... Musimy skupić się na pracy i doglądaniu interesu. To, że pieniądze są dzisiaj, nie znaczy, że będą zawsze. Dla nas. Bo dla ludzi muszą być…

- No wiesz, co? Jak możesz mnie tak oczerniać, w końcu staram się, jak mogę.

Chyba wymyślając nowe fryzury i makijaże…

- Kolejną sprawą jest fakt zmiany mojej decyzji związanej z bilardem w klubie. Postanowiłem uruchomić jeden stół, a ty go likwidujesz. Dlaczego?

- Po prostu uważam, że w trakcie dyskoteki ludzie są zainteresowani tańcem, a nie kulkami...

Bzdura!

- Po pierwsze: stół stoi w miejscu, które nie przeszkadza w tańcu. Po drugie: dzięki temu mamy stałych bilardowych klientów! A poza tym, jak policzysz sobie, to od 21. do 5. rano ten jeden stół daje nam sto sześćdziesiąt złotych zysku! Kapujesz?

- No tak, ale co to jest sto sześćdziesiąt złotych? Tyle, co nic…

Co ona pieprzy? Co to za bzdury? Jak to może być nic? Przecież w ciągu miesiąca to kupa kasy…

- To idź i zarób choćby sto. Sama widzisz, jak my możemy rozmawiać, skoro żyjemy w dwóch różnych światach?

- Ooj, nie przesadzaj, misiu…

Nie przesadzam, tylko martwię się o jutro, o przyszłość, o wszystko!

- Zastanawiam się, na kogo wyrosną nasi chłopcy, jakie przejmą od nas wartości. I czy my potrafimy przekazać im coś pozytywnego i wartościowego, co sprawi, że ich życie stanie się lepsze… - wpadłem w filozoficzny ton.

- Nie martw się, misiu, na pewno wyrosną na wspaniałych ludzi, takich jak my... - odparła pewna siebie.

Oby… Byle nie na taką osobę jak ty…

- Jeszcze jedno - przerwałem jej. - Dzisiaj muszę jechać do skarbówki, bo podobno któraś z deklaracji ma błędy w obliczeniach podatku. Wiesz coś na ten temat?

- Nie, skądże! - odpowiedziała szybko.

Za szybko.

Czy ona w ogóle cokolwiek wie?

- Nie rozmawiałaś z księgową, czy nie zrobiła jakiegoś błędu w obliczeniach?

- Nie. Sądzę, że wszystko powinno być dobrze…

- Nie pytam się, co ty sądzisz, tylko, czy rozmawiałaś? Przecież, jakby wszystko grało, nie kazaliby mi się zgłosić na kolejne wyjaśnionka... Prawda? - syknąłem.

- No, tak... Aaa... Zapomniałam ci powiedzieć, że wczoraj, jak byłam w klubie, to zadzwonił Robert i pytał się, co u ciebie. Podobno dawno nie dzwoniłeś...

- Jaki Robert?

- Twój cioteczny brat...

- Aaa... A co u niego? A zresztą dziś do niego zadryndam - dodałem. - No dobra, to ja się zwijam i jadę do Pruszkowa, a później do banku sprawdzić saldo i wpłacić utarg z niedzielnej Włodawy.

- A może przed wyjściem byśmy, no wiesz… - nieudolnie udawała słodką żonkę.

Jak mam być szczery, to nie mam nastroju ani na: „byśmy”, ani na: „no wiesz”.

- Wybacz, może wieczorem... - odparłem zimno.

- A spotkamy się w ciągu dnia, kochanie? - drążyła.

- Oczywiście... O ile znajdziesz czas na spotkanie pomiędzy fryzjerem, a kosmetyczką…

- Znajdę, znajdę. To, o której godzince? - cały czas grała oddaną żonę.

- Może około 17.? Pójdziemy na obiad do greckiej restauracji... Odpowiada ci?

- No pewnie, misiu. Będę o 17.

To mówiąc, zniknęła za drzwiami sypialni. Ona idzie spać, a ja do roboty... Standard...

*

Po wyjaśnieniu spraw w skarbówce i wpłaceniu kasy do banku postanowiłem odwiedzić mamę i podzielić się nowiną.


Wątek II.

Miły wieczór

Wchodząc do sklepu mamy od razy poczułem jej obecność. Panujący wszędzie idealny porządek, miły zapach i uśmiechy personelu świadczyły o żelaznej ręce mojej mamy - szefowej.

- Cześć, mamo! - ucałowałem ją.

- Cześć, synku! - pogłaskała mnie po czuprynie.

- Jak żyjesz? Wszystko w porządku?

Mam nadzieję, że choć u niej jest bez zarzutu…

Mama, znana z brytyjskiego humoru, nigdy by nie przyznała, że ma jakiś problem. Jako osoba samowystarczalna, niezwykle odważna i samodzielna, nie umiała prosić o pomoc, nawet będąc w naprawdę trudnych sytuacjach.

- Jeszcze żyję! - odparła z uśmiechem.

- A co u ciebie? - drążyłem.

- To samo, co wczoraj.

- Widzę, że ludzi w sklepie nie za wielu…

- Dno, szambo i dziesięć metrów mułu.... - odparła. - Napijesz się kawy albo coś zjesz?

- Za jedzenie dziękuję, bo idę z Gośką do restauracji. Ale kawa… Chętnie, mamo…

- To sobie zrób, tylko sprawdź, czy w czajniku jest woda - rzekła.

Gdy kawa była gotowa, usiadłem z filiżanką w dłoni tuż obok mamy. Chciałem podzielić się z nią swoją radością z poprzedniego dnia.

Po wysłuchaniu całej opowieści mama z wrodzonym sceptycyzmem stwierdziła, że nie widzi szans powodzenia mojego pomysłu, gdyż odległość jest za duża, a i kontrolowanie na bieżąco obu firm przez jednego człowieka jest niewykonalne. Odparłem, że przecież jest jeszcze Gośka, z którą wspólnie możemy kontrolować obie firmy...

Mama słysząc to, roześmiała się serdecznie.

- Czy ma to oznaczać dezaprobatę dla mojego planu? - zapytałem. - Dlaczego uważasz, mamo, że Gośka mi nie pomoże?

- Może dlatego, że jej nie ufam, mam złe przeczucia i wydaje mi się, że ona non stop kręci... - stwierdziła.

- Eee.... Wydaje ci się albo jesteś przewrażliwiona na jej punkcie. Może istotnie za dużo przesiaduje w tych gabinecikach, ale ja traktuję to jako damską próżność, połączoną z udowadnianiem światu, kto jest najpiękniejszy...

- To nie tak, synu, nie tak! Ja również jestem kobietą i również lubię elegancko wyglądać, ale mimo że mam pieniądze i mogę sobie na to pozwolić, nie przesiaduję godzinami w zakładach kosmetycznych! Mam po prostu inne priorytety. Obym się myliła, ale wydaje mi się, że ona powraca do swoich erotycznych wybryków sprzed kilku lat…

- Nie! - wrzasnąłem. - Mylisz się! W końcu dała mi słowo honoru, więc dlaczego mam jej nie ufać? A poza tym bym wyczuł, gdyby coś było na rzeczy...

- Ooj... Naiwny jesteś, choć stary już z ciebie chłop! - odparła.

- Mamo, jaki stary... - udałem, że mnie to zabolało.

- Ano stary i w bardzo nieprzyzwoitym wieku - uśmiechnęła się.

- Co to znaczy?

- Ano wkroczyłeś w wiek chrystusowy, czyli osiągnąłeś dojrzałość zarówno umysłową, jak i fizyczną... - stwierdziła, a z jej ust nie znikał uśmiech.

Aha!

- Zapomniałam ci powiedzieć, synku… Miałam dzisiaj straszny sen… Uważaj na siebie, proszę… - powiedziała, a na jej twarzy dostrzegłem troskę.

- Mamuś, co mnie się może stać poza niestrawnością? - odparłem ze śmiechem, chcąc rozładować napięcie.

- Mówię ci, uważaj, bo sny często się sprawdzają!

- No dobrze. Obiecuję, że będę na siebie uważał... - odpowiedziałem łagodnie, by ją uspokoić.

Po kwadransie rozmowy postanowiłem pojechać do klubu, bo zbliżała się pora spotkania z Gośką, a ja nie mam zwyczaju spóźniać się.

*

Odległość dzielącą mnie od sklepu mamy do klubu pokonałem tego dnia wyjątkowo szybko. Zaparkowałem auto i wolnym krokiem skierowałem się do klubu. Jak tylko przekroczyłem próg, podszedł do mnie szatniarz, Stefan. Wyglądało, jakby mnie oczekiwał.

- Dzień dobry, panie Marku! - rzekł, podając mi rękę.

- A dzień dobry, Stefciu! Jak żyjesz?

Nie dosłyszałem odpowiedzi szatniarza, bo mój wzrok spoczął na Gośce, którą zauważyłem przy barze. Zawzięcie coś tłumaczyła Piotrkowi. Po chwili Piotrek kiwnął głową, dając jej znak, że pojawiłem się w klubie. Po raz pierwszy we własnym lokalu poczułem się, jak osoba niepożądana…

Gośka odwróciła się, spojrzała na mnie, uśmiechając się przy tym przez zęby. Po chwili wstała i zaczęła biec w moją stronę...

Troszkę mnie to zdziwiło, ale postanowiłem pozostać w bezruchu.

- Cześć, kochanie! - krzycząc, wskoczyła na mnie, obejmując mój tułów obiema nogami i całując przy tym w usta...

Szczerze mówiąc, zdziwiła mnie bardzo gwałtowność jej zachowania, ale postanowiłem wziąć to za dobrą monetę...

- Witaj, Gosiu! Co tam u ciebie? - spytałem ciepło.

- Stęskniłam się za tobą... Tak bardzo cię kocham! - szepnęła mi do ucha namiętnie.

- Ja również cię kocham, ale nie rozumiem tej skrajnej reakcji.

Reakcji, która wyglądała jak pożegnanie… Nie mogłem pozbyć się tego przytłaczającego wrażenia, choć przecież nie miało to żadnego uzasadnienia...

Zauważyłem, że nawet dwoje klientów, którzy siedzieli przy barze, zdziwiło się bardzo, będąc świadkami tak niecodziennego zachowania mojej żony, które być może nie należało do niestosownych, ale na pewno było bardzo dziwne.

- Jak możesz? - spytała Gośka, udając obrażoną. - To ja się staram być dla ciebie miła, a ty nie potrafisz tego dostrzec i docenić?

- Przykro mi, Gosiu, to nie tak! Po prostu twoja reakcja wydała mi się bardzo dziwna i niezrozumiała, dlatego że w tak zwariowany sposób witałaś się ze mną ponad dziesięć lat temu... Ale ok, cieszę się z tej sympatycznej reakcji i przepraszam, że źle cię oceniłem... Nie gniewasz się na mnie?

- Oczywiście, że nie, mój kochany... Kochanie, obiecaj mi coś…

- Co, Gosiu, miałbym ci obiecać? - spytałem łagodnie, uśmiechając się.

- Obiecaj mi, że bez względu na wszystko już zawsze będziesz ze mną…

- Kochanie, nie rozumiem, co ty do mnie mówisz? - odparłem lekko zirytowany. - Przecież to oczywiste, że tak będzie... Jesteś matką moich dzieci. Nie rozumiem tylko twojego pytania… Pytając w tak dziwny sposób, tu, w klubie, przy świadkach, wprowadzasz dziwną atmosferę, niczym z filmu grozy… Powiedz mi, czy coś się stało?

- Nie…

- To skąd te wątpliwości?

- Tak tylko przyszło mi do głowy... - odpowiedziała wyraźnie zmieszana.

- Jak mogła ci przyjść do głowy tak dziwna prośba? Prośba o ostatecznym wydźwięku, a przecież ani ja, ani ty nie zamierzamy umierać, bo w końcu mamy do wychowania dwóch dzięciołów, prawda? Noo?

- Tak! - odpowiedziała cicho.

- W takim razie, o co chodzi? - nie dawałem za wygraną. - Bo wyczuwam u ciebie jakiś dziwny i nieznany mi niepokój...

- Wydaje ci się, kochanie. Może po prostu jestem przewrażliwiona? A może dotarło do mnie, jak bardzo cię kocham i co złego kiedyś zrobiłam? - spytała, czerwieniąc się.

- Gosiu, czasu nie cofniemy, a każdy z nas ma prawo popełniać błędy. Oby tylko potrafił wyciągać z nich wnioski na przyszłość…

- Noo, ale ja nie wiem, czy ty mi wybaczyłeś i dlatego mnie to dołuje…

- Oczywiście, że ci wybaczyłem i dawno zapomniałem, bo w przeciwnym razie nie zaprosiłbym cię dzisiaj na kolację, prawda, głuptasie? - rzekłem pojednawczo.

- Tak, mój kochany misiu, tak... Kocham cię ponad wszystko na świecie... - wyznała.

- Ja ciebie też, ale nie rozmawiajmy teraz, tylko bierz torebkę i lecimy coś przekąsić, bo mi kichy marsza grają.

- Tak, kotku. Za sekundę będę gotowa... - rzekła, idąc w kierunku łazienki.

W tym momencie Stefan, widząc, że Gośka się oddaliła, podszedł do mnie i mrugnął.

- Ach, te kobity… Prawda, Stefciu? - uśmiechnąłem się do pracownika.

- Prawda, prawda, panie Marku... Diabeł za nimi nie trafi.

Widać było, że ma ochotę jeszcze ze mną pokonwersować, ale właśnie z toalety wyłoniła się odświeżona Gośka. To natychmiast spłoszyło Stefana. Zastanowiło mnie to tylko przez chwilę. Głód nie pozwalał mi przeanalizować przyczyn tego, czego byłem świadkiem.

- To co, misiu, jedziemy? - spytała Gośka.

- Tak...

Odwróciłem się w kierunku szatni.

- Stefciu, nie będzie nas jakieś dwie godziny. Jakby coś się działo, dzwoń do mnie na komórkę, dobrze? - krzyknąłem.

- Tak, panie Marku... Życzę państwu smacznego... - odparł Stefan, wyłaniając się zza kontuaru.

- Dziękujemy, Stefciu! - odpowiedzieliśmy równocześnie, co wywołało salwy śmiechu.

*

Z uwagi na bliską odległość, dzielącą nas od restauracji, postanowiliśmy pójść piechotą. Gośka nadal prezentowała postawę zakochanej żonki.

- Kochanie... - rzekła słodko.

- Tak, Gosiu?

- Powiedz mi, czy już przeszła ci złość na mnie? Wiesz, ta sprzed kilku lat?

Po co ona wciąż o to pyta? Czy nie ma innych tematów?

- Nie rozumiem, o co ci chodzi, ale jeśli o „pana K.” to staram się w ogóle nie zawracać sobie tym głowy, a jedynie żyć z wami we czwórkę i walczyć o lepsze jutro - odpowiedziałem zdecydowanie.

- Wiesz, mój kochany, doszłam do wniosku, że moglibyśmy przypieczętować naszą miłość i zrobić sobie koło 40-tki bobaska! Co o tym myślisz?

- Hmm… Nie odpowiem ci teraz, choć na pewno jest to interesujące i warte przemyślenia. Ale na razie uważam, że powinniśmy skupić się na wychowaniu Rysia i Gregga, a dopiero później zacząć myśleć o kolejnych dzieciach... A poza tym do czterdziestki mamy jeszcze siedem lat, prawda? - odpowiedziałem z uśmiechem.

- Noo, tak… Masz rację, ale ja tak cię kocham i boję się jutra…

- Co to znaczy, bo ja nie mogę ogarnąć tych twoich dziwnych reakcji? - odparłem, przyglądając jej się uważnie.

- Nie, no nic szczególnego… - odpowiedziała mętnie. - Po prostu martwię się o ciebie, bo tak często wyjeżdżasz w interesach...

- Gosiu, zaraz dokończymy. Najpierw rozbierzmy się i zamówmy coś...

Skierowaliśmy się do szatni, gdzie zostawiliśmy okrycia. Gośka, jak to ona, przejrzała się jeszcze w dużym lustrze, wiszącym przy szatni. Chwilę później pojawił się kelner.

- Witam, państwa! - rzekł pogodnie.

- Dzień dobry! Moje nazwisko: Kwiatkowski. Miałem u państwa zarezerwowany dwuosobowy stolik dla palących…

- Tak, oczywiście. Już czeka… - odpowiedział, wskazując miejsce przy oknie.

Mnie również to miejsce wydało się najodpowiedniejsze. Zazwyczaj preferuję bowiem stoliki stojące nieco na uboczu, za to przy oknie.

- Czy w międzyczasie czegoś się państwo napiją? - spytał uprzejmie kelner.

- Ja poproszę colę - rzekłem. - A ty, Gosiu?

- Ja poproszę herbatkę z hibiskusa, o ile macie? - odpowiedziała.

- Tak, oczywiście. Już podaję - odparł kelner.

- Dziękujemy...

Chwilę później przypomniałem sobie, że mieliśmy wrócić do przerwanej rozmowy.

- No dobrze, kotku, to na czym skończyliśmy? - ubiegła mnie Gośka.

- Aaa, już wiem - odparłem. - Istotnie często wyjeżdżam, bo załatwiam różne sprawy, byśmy mieli zapewnioną spokojną przyszłość. A poza tym organizacja tak wielkich imprez, jak na przykład ta w Mielcu czy w Płocku, wymaga specjalnego zaangażowania z mojej strony, prawda?

- No tak, masz rację. Ale wiesz, bywają: wypadki drogowe, napady i tym podobne zdarzenia… - stwierdziła nie wiadomo po co.

- Oczywiście, ale myśląc w ten sposób, nie powinno się wcale wychodzić z domu, a tak się chyba nie da - zakpiłem.

- No, tak... Ale nic nie poradzę na to, że martwię się o ciebie…

- Czy już państwo się namyślili, co chcecie zamówić? - kelner, który wynurzył się jak spod ziemi, niespodziewanie przerwał nam rozmowę.

- Tak - odpowiedziałem.

- Czego sobie życzysz, Gosiu?

- Ja poproszę: pieczarki z patelni i ośmiorniczki w cieście - wyrecytowała Gośka.

- A ja: sałatkę grecką i baraninę w warzywach na ostro...

- Czy to wszystko? - spytał kelner. - Bo mogę zaproponować: dobre wytrawne wino albo lody.

- Ja za winko dziękuję, bo będę jechał. Za lody też dziękuję. I tak jestem gruby, ale może ty, Gocha, coś jeszcze chcesz?

- Nie, dziękuję - odparła.

- Zatem dziękuję i nie przeszkadzam - powiedział grzecznie kelner, oddalając się.

Po dłuższej chwili odezwałem się.

- Słuchaj, Gocha, nie chciałem nic mówić przy tym kelnerze, ale czy zauważyłaś tego kolesia, co stoi pod restauracją już dobre dziesięć minut i ciągle mi się przygląda?

- Nie, kotku... - odparła Gośka. - Czego on może chcieć?

- Patrzy się, jak jakiś pedał... - poniosło mnie. - Choć na pedała nie wygląda, bo za wielki byk. Nie znasz go czasem? Bo może on patrzy na ciebie, a ja mam złudzenie, że na mnie... Spójrz jeszcze raz.... - nie dawałem za wygraną.

- Nie! Na pewno go nie znam. Widzę go pierwszy raz... Może po prostu stoi i czeka na kogoś?

- No dobra, nie będziemy zajmowali się jakimś mało znaczącym kolesiem.

- A zastanawiałeś się, kocie, co by z nami było, gdyby coś ci się stało? - Gośka wróciła do niepokojących tematów, które ostatnio dziwnie często zaprzątały jej główkę.

- Ale zastanów się, co mnie się może stać? Nic złego nikomu nie robię, nie mam wrogów ani rywali, tak więc, Gosiu, nie rozumiem twojego pytania - odpowiedziałem. - Ale ok. Jak chcesz być spokojna, to powiem ci, że zabezpieczyłem was na wypadek mojej śmierci. Wykupiłem polisę na życie, a jak na przykład umrę tragicznie, to dostaniecie dubla.

- Aaa… - zdołała wykrztusić zaskoczona.

- Nie martw się. Na ulicę nie pójdziesz, a chłopcy też dziadami nie będą. Ale powiedz mi, czy my nie mamy jakichś innych, bardziej przyjaznych tematów niż śmierć? - spytałem z uśmiechem.

- Byłoby fajnie, gdybyśmy pojechali we dwoje w październiku na przykład na Cypr… - rozmarzyła się Gośka.

- Chciałabyś pojechać na Cypr?

- Pewnie, misiu! Z tobą zawsze! - wykrzyknęła.

- W takim razie od jutra zaczniemy zbierać pieniądze. Słuchaj, Gośka, powiem ci szczerze, że zaczyna mnie denerwować ten koleś na ulicy. Ciągle mnie obserwuje.

- O, popatrz! Doszedł jeszcze jeden i o czymś rozmawiają - Gośka zerknęła w stronę nieznajomych.

- Chyba do nich podejdę i zapytam, o co chodzi… - powiedziałem zirytowany.

- Nie, kotku, nie idź! Może to jakieś zbiry?

- Zbiry, nie zbiry, mam przy sobie gnata. Jakby co...

- Zostań, nie idź!

- Zaraz wrócę i tak jeszcze czekamy na obiad – odpowiedziałem, wstając.

W chwili, kiedy zacząłem zbliżać się do drzwi, obaj kolesie zmieszali się i zaczęli uciekać, jakby mieli coś na sumieniu. Postanowiłem za nimi pobiec, trzymając dłoń na spuście.

Uciekli w bramę, a później w podwórko. A gdy i ja się tam znalazłem, nie było już po nich ani śladu. Wracając do restauracji, analizowałem zachowanie dwóch dziwnych typów. Niestety głód wypłoszył z mego umysłu wszelkie domysły.

Gdy zdyszany wróciłem do restauracji, dania już stały na stole.

- No i co? - spytała Gośka.

Na jej twarzy malowało się zaciekawienie.

- Nic. Uciekli gdzieś w podwórko.

- Wiesz, kocie, może to i lepiej?

- Jak to: lepiej? - przerwałem jej.

Przecież ktoś gra mi na nosie, a ja nic nie mogę na to poradzić…

- Wkurza mnie to, do cholery! No, ale dobrze, nie będziemy tracić tak miłego wieczoru na bezsensowną rozmowę o jakichś kolesiach. Bierzmy się za jedzenie, bo - zamiast od ciosu - umrę z głodu i to na oczach własnej żony.

Gośka uśmiechnęła się do mnie.

- Smacznego, misiu - rzekła miękko.

- Tak. Smacznego, smacznego! Chcesz trochę sałatki greckiej, jest wyjątkowo pyszna - zaproponowałem.

- Nie, misiek, dziękuję. Nie mogę jeść oliwek, bo później mam niestrawność. Ale może ty chcesz czegoś ode mnie spróbować? - zapytała, przesuwając w moim kierunku talerz.

- Nie, dziękuję...

- Ooo, cholera! Zapomniałam na śmierć! - krzyknęła w połowie posiłku.

- Co się stało?

- Zapomniałam, że miałam pojechać do rodziców na Ursynów - odpowiedziała.

- Po jasną cholerę się tam wybierasz?

- Nie zamknęłam okien, a mama mnie prosiła.

- Pojedziesz jutro, w końcu jest lato, prawda? Nic się nie stanie…

- No tak, ale ma być burza w nocy - drążyła.

- Tak?

- Tak, mówili w radio.

- Ok, to pojedź, tylko wróć w miarę szybko - zasugerowałem.

- Zrobię tak, że jak będziemy wracać do domu, to podjadę i zamknę te okna. Dobrze?

- Dobrze, Gosiu!

- To co? Wracamy do klubu? - zapytała wesoło.

- Tak, tylko jeszcze rachunek…

Skinieniem ręki przywołałem kelnera. Ten podszedł błyskawicznie.

- Panie starszy, ile płacę?

- Już sekundkę… Proszę! Oto rachunek...

- Ile? Sto osiemdziesiąt jeden złotych? - zdziwiłem się.

- Tak!

Strasznie drogo, ale niech tam. Przynajmniej było smaczne, a i Gośce najwyraźniej pod pasowała tutejsza kuchnia. Byliśmy tu już kolejny raz, a potrawy podają zawsze tak samo dobre.

Dając banknot dwustuzłotowy, bez reszty – dodałem.

- Dziękuję bardzo i zapraszamy ponownie! - pożegnał nas zadowolony kelner.

- Dziękujemy i do zobaczenia! - odpowiedziałem za nas dwoje.


Wątek III.

Nitka będąca nadzieją

Po kilku minutach spaceru dotarliśmy do klubu. Pierwszym, kogo ujrzałem, okazał się uśmiechnięty Stefan.

- Witaj, Stefciu! - rzekłem do jednego z moich najsympatyczniejszych pracowników.

- Witam, państwa! Jak smakował obiad?

- Dziękujemy! Był bardzo smaczny, ale też bardzo drogi.

- No cóż, szefie, czasem jakość idzie w parze z ceną - odpowiedział Stefan z uśmiechem.

- Na pewno masz rację. A jak tam w klubie? Wydarzyło się coś?

- Nie! Byli tylko ci od chipsów i przyjęli zamówienie od Piotrka.

- A jak z klientami? - spytałem.

- Są rezerwacje do 24-tej…

- No to super! Jak na lipiec nie jest najgorzej.

- Fakt. Jak w zeszłym roku porównywałem w starym zeszycie, to było dużo gorzej, panie Marku - dodał Stefan.

- Kotku, idę zadzwonić do biura, a wy sobie pogadajcie - wtrąciła dotąd milcząca Gośka.

- No to, idź... Tylko mi się nie umawiaj z jakimiś facetami... - pogroziłem jej palcem z uśmiechem.

- Misiu... Co ty mówisz? - odparła, udając oburzoną.

Już ja wiem, co mówię… Trochę ją znam.

Po kilkunastu minutach podeszła do mnie Gośka.

- Misiek, dochodzi 21. To ja już pojadę zamknąć te okna i będę jechała do domu. Tam się spotkamy, dobrze? - zaproponowała.

- Dobrze! - odparłem. - Ja posiedzę jeszcze jakieś czterdzieści minut, bo muszę dokończyć sprawdzanie remanentu w kompie i też będę się zwijał.

- No to, buźka i do zobaczenia w domu za jakąś godzinkę - dodała rozpromieniona.

- Buźka!

- Do widzenia, panie Stefanie! - krzyknęła nieco za głośno.

- Do widzenia, pani! Do jutra!

Po paru minutach postanowiłem udać się do biura, by tam w ciszy i spokoju dokończyć pracę.

- No dobra, Stefciu, to ja idę troszkę popisać w komputerze - poinformowałem pracownika.

- Dobrze, panie Marku.

Po niespełna godzinie postanowiłem jechać do domu. Była prawie 22., a ja dokończyłem zaplanowaną pracę. Nie było zatem powodu, żeby przesiadywać w klubie, tym bardziej, że umówiłem się z Gośką, że szybko wrócę.

- Do zobaczenia, Piotrze! - rzuciłem na odchodnym.

- Dobranoc, panie Marku! - usłyszałem już w drzwiach.

- Jeszcze nie zasypiam… - zaśmiałem się głośno.

- No tak, przepraszam! Do widzenia! - poprawił się Piotr.

- Trzymaj się, Stefciu! - krzyknąłem, nie odwracając się.

- Do zobaczenia, panie Marku!

Po chwili jednak odwróciłem się.

- Aaa… Zapomniałem. Jutro jesteś ty czy Wiesiek? - zapytałem.

- Jutro będzie Wiesiek, a ja przychodzę za dwa dni - szybko odpowiedział Stefan.

- No to, bywaj, Stefciu!

- Na razie, panie Marku!

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.