Rękopis znaleziony w Saragossie - Jan Potocki - ebook
Wydawca: Armoryka Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2013

Rękopis znaleziony w Saragossie ebook

Jan Potocki

3.80208333333333 (96)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 971 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rękopis znaleziony w Saragossie - Jan Potocki

Niezwykła, pełna grozy opowieść „Rękopis znaleziony w Saragossie” autorstwa Jana hr. Potockiego to arcydzieło literatury światowej, które dostarcza fascynującej lektury, pełnej emocji, a momentami budzącej wręcz dreszcz przerażenia. Akcja powieści rozgrywa się w roku 1739, w Hiszpanii. Główny bohater, młody Alfons van Worden, będący jednocześnie narratorem, szlachcic i kapitan gwardii walońskiej, podczas podróży doświadcza niesamowitych i chwilami przerażających przygód.

Opinie o ebooku Rękopis znaleziony w Saragossie - Jan Potocki

Cytaty z ebooka Rękopis znaleziony w Saragossie - Jan Potocki

poświęcenie twoje dla nas było bez granic, pragniemy więc, żeby taka sama okazała się i nasza wdzięczność. Być może, że się już więcej nie ujrzymy. Dla innych kobiet byłby to powód do wstrzemięźliwości, ale my chcemy wiecznie żyć w twojej pamięci
Istnieją bez wątpienia sytuacje, kiedy gwałt, powodując rozlew niewinnej krwi, jest zbrodnią; ale istnieją też takie wypadki, w których okrucieństwo służy samej niewinności, pozwalając się jej ujawnić w całym blasku.
ale w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki.
Wiecie dobrze, że Adonaj słowem stworzył świat i następnie sam zamienił się w słowo. Słowo wprawia w ruch powietrze i umysł, działa na zmysły i duszę zarazem. Chociaż nie jesteście wtajemniczeni, zdołacie jednak z tego wywnioskować, że słowo jest koniecznym pośrednikiem między materią a wszelkim umysłem.

Fragment ebooka Rękopis znaleziony w Saragossie - Jan Potocki

Jan Potocki

Rękopis znaleziony w Saragossie

w przekładzie
Edmunda Chojeckiego

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Copyright © 2013 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail: wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

ISBN: 978-83-64145-74-2

Przedmowa

Jako oficer wojsk francuskich uczestniczyłem w oblężeniu Saragossy. W kilka dni po zdobyciu miasta, zapuściwszy się w dość odległą dzielnicę, zwróciłem uwagę na niewielki, ładnie zbudowany domek, którego, jak mi się zrazu zdawało, Francuzi nie zdążyli jeszcze splądrować.

Zdjęty ciekawością, zbliżyłem się i zastukałem w drzwi. Okazało się, że nie zamknięte, pchnąłem je więc lekko i wszedłem do środka. Wołałem, szukałem - nie znalazłem nikogo. Odniosłem wrażenie, że wnętrze ogołocone jest z cenniejszych przedmiotów;

Na stołach i w szafach pozostały jedynie błahe drobiazgi. Tylko na podłodze, w kącie, zauważyłem kilka zapisanych zeszytów. Przejrzałem ich zawartość. Był to rękopis hiszpański; jakkolwiek bardzo słabo znałem ten język, to przecież zdołałem pojąć, żem znalazł rzecz zajmującą: rękopis zawierał historie o kabalistach, zbójcach i upiorach. Lektura niezwykłych opowieści zdała mi się nader stosowną dla oderwania umysłu od trudów wojennej wyprawy. Osądziwszy, że rękopis utracił na zawsze prawowitego właściciela, bez wahania wziąłem go ze sobą.

Po pewnym czasie zmuszeni byliśmy opuścić Saragossę. Nieszczęściem znalazłem się z dala od głównego korpusu armii i wraz z moim oddziałem wpadłem w ręce nieprzyjaciela. Mniemałem, że wybiła moja ostatnia godzina. Gdy dotarliśmy tam, dokąd nas prowadzono, Hiszpanie zaczęli odbierać nam nasze rzeczy. Prosiłem o pozwolenie zatrzymania jednego tylko przedmiotu, który zresztą nie mógł przedstawiać dla nich żadnej wartości, a mianowicie znalezionego przeze mnie rękopisu. Początkowo robili mi niejakie trudności, na koniec zwrócili się o radę do kapitana. Ten, rzuciwszy okiem na zeszyty, osobiście mi podziękował za ocalenie dzieła; do którego przywiązywał wielką wagę, rękopis bowiem zawierał historię jednego z jego przodków. Wyjaśniłem, w jaki sposób wszedłem w posiadanie cennych zeszytów. Hiszpan wziął mnie do swej kwatery, dobrze się ze mną obchodził i zatrzymał na dłuższy pobyt. Uproszony przeze mnie, tłumaczył rękopis na język francuski, ja zaś wiernie zapisywałem jego słowa.

Dzień pierwszy

Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników do gór Sierra Morena. Strome to pasmo, które oddziela Andaluzję od Manszy, zamieszkiwali wówczas kontrabandziści, rozbójnicy i kilku Cyganów, o których mówiono, że pożerają ciała zabitych wędrowców. Stąd nawet poszło hiszpańskie przysłowie:

Las gitanas de Sierra Morena quieren carne de hombres. Nie dość na tym. Podróżny, który odważył się zapuścić w dziką okolicę, napastowany bywał, jak mówiono, przez tysiączne okropności, na których widok drżała najzimniejsza odwaga. Słyszał płaczliwe głosy mieszające się z hukiem potoków, śród poświstu burzy mamiły go błędne ogniki, a niewidzialne ręce popychały w bezdenne przepaście.

Wprawdzie można było czasami znaleźć na tej strasznej drodze jaką ventę, czyli samotną gospodę, ale duchy, bardziej diabelskie niż sami oberżyści, zmusiły tych ostatnich do ustąpienia im miejsca i oddalenia się w kraje, gdzie jedynie głos sumienia przerywał im spoczynek, a - z dwojga złego jedno wybierając - oberżyści woleli z tym drugim mieć do czynienia. Gospodarz z Andujar świadczył się św. Jakubem z Komposteli, że w opowiadaniach tych nie ma żadnego fałszu; dodał nawet, że pachołki Świętej Hermandady zawsze wymawiają się od wycieczek w góry Sierra Morena, podróżni zaś jeżdżą na Jaen lub Estremadurę.

Odpowiedziałem mu na to, że taki wybór może przypadać do smaku podróżnym zwyczajnego rodzaju, ale gdy król don Filip V raczył zaszczycić mnie godnością kapitana w gwardii wallońskiej. święte prawa honoru nakazują mi udać się najkrótszą drogą do Madrytu, chociażby była ona zarazem najniebezpieczniejsza.

- Młody panie - odparł gospodarz - Wasza Miłość dozwoli mi zwrócić uwagę, że jeżeli król zaszczycił was stopniem kapitana, zanim najlżejszy mech nie uczynił tego samego zaszczytu brodzie Waszej Miłości, słusznym byłoby przede wszystkim dać dowody roztropności, tym bardziej że skoro złe duchy raz się do jakiego miejsca przywiążą...

Byłby mi jeszcze więcej nabredził. ale spiąłem konia ostrogami i wtedy dopiero zatrzymałem się, gdym sądził, że mnie już słowa jego nie dojdą. Natenczas, obróciwszy się. dostrzegłem go wywijającego rękami i wskazującego mi drogę na Estremadurę. Służący mój Lopez i mulnik Moskito spoglądali na mnie litościwym wzrokiem, który zdawał się potwierdzać przestrogi oberżysty. Udawałem, jakobym nic z tego nie rozumiał, i zapuściłem się między zarośla, tam gdzie później założono osadę nazwaną La Carlota.

Na miejscu, gdzie dziś stoi dom pocztowy, znajdowało się wówczas schronienie, dobrze znane mulnikom i nazwane przez nich Los Alcornoques, czyli Korkowe Dęby, ponieważ dwa piękne drzewa tego rodzaju ocieniały obfite źródło, ocembrowane białym marmurem. Była to jedyna woda i jedyny cień, jaki można było napotkać od Andujar do gospody Venta Quemada, obszernej i wygodnej, chociaż wystawionej pośród pustyni. Właściwie mówiąc był to stary zamek mauretański, który margrabia Peńa Quemada kazał wyporządzić i stąd nazwano go Venta Quemada. Margrabia wynajął go następnie pewnemu mieszczaninowi z Murcji, który tu założył najznaczniejszą na całym trakcie gospodę. Podróżni więc wyjeżdżali rano z Andujar, spożywali w Los Alcornoques zapasy, jakie ze sobą przywieźli, i udawali się na nocleg do Venta Quemada. Tam często przepędzali następny dzień, ażeby przygotować się do przebycia gór i zaopatrzyć w nowe zapasy.

Taki był plan i mojej podróży.

Ale właśnie gdy zbliżaliśmy się do Korkowych Dębów i wspominałem Lopezowi o potrzebie posiłku, spostrzegłem, że Moskito znikł nam wraz z mułem, objuczonym wszystkimi zapasami. Lopez odrzekł mi, że mulnik pozostał kilka staj za nami, aby poprawić coś przy jukach. Czekaliśmy na niego, postąpiliśmy kilka kroków naprzód, potem znowu zatrzymaliśmy się, wołaliśmy, wróciliśmy samą drogą, aby go wynaleźć, ale wszystko na próżno.

Moskito znikł i uniósł z sobą nasze najdroższe nadzieje, to jest cały nasz obiad. Ja sam tylko byłem na czczo, Lopez bowiem przez cały czas zajadał ser z Toboso, który wziął ze sobą na drogę, mimo to jednak bynajmniej nie był weselszy ode mnie i mruczał przez zęby, że gospodarz z Andujar miał słuszność i że pewnie złe duchy porwały biednego Moskita.

Przybywszy do Los Alcornoques, ujrzałem przy źródle koszyk nakryty winnym liściem: musiały w nim być owoce, zapomniane przez jakiegoś podróżnego. Ciekawie pogrążyłem weń rękę i z przyjemnością znalazłem cztery piękne figi i pomarańczę. Ofiarowałem dwie figi Lopezowi, ale podziękował mi, mówiąc, że może zaczekać do wieczora. Zjadłem więc sam wszystko i następnie chciałem napić się wody ze źródła. Lopez wstrzymał mnie, dowodząc, że woda szkodzi po owocach, i podał mi trochę pozostałego mu jeszcze alikantu. Przyjąłem poczęstunek, ale zaledwie uczułem wino w żołądku, gdym doznał nagłego ściśnienia serca. Niebo i ziemia zakręciły mi się przed oczyma i byłbym niezawodnie zemdlał, gdyby Lopez nie był mi pośpieszył na pomoc. Otrzeźwił mnie, mówiąc, że nie powinienem się dziwić i że stan ten pochodził z czczości i znużenia. W istocie, nie tylko odzyskałem siły, ale nawet czułem się w stanie nadzwyczajnego podniecenia. Okolica zdawała się połyskiwać tysiącznymi barwami, przedmioty zaiskrzyły się w mych oczach, jak gwiazdy podczas letniej nocy, i krew zaczęła mi bić gwałtownie, zwłaszcza na szyi i skroniach.

Lopez widząc, żem przyszedł do siebie, jął znowu rozwodzić narzekania:

- Niestety - mówił - dlaczegoż nie poradziłem się fra Geronimo de la Trinidad, mnicha, kaznodziei, spowiednika i wyroczni naszej rodziny! Nie darmo jest on szwagrem pasierba bratowej ojczyma mojej macochy, a tak będąc naszym najbliższym krewnym, nie pozwala, aby cokolwiek stało się w domu bez jego porady. Nie chciałem go słuchać i dobrze mi teraz. Jakże często mi powiadał, że oficerowie z gwardii wallońskiej narodem heretyckim, co łatwo poznać po ich jasnych włosach, błękitnych oczach i czerwonych policzkach, bo uczciwi chrześcijanie koloru Madonny z Atocha, malowanej przez świętego Łukasza.

Wstrzymałem ten potok zuchwalstw, rozkazując Lopezowi, aby podał mi dubeltówkę i pozostał przy koniach, podczas gdy sam chciałem się wdrapać na jedną z okolicznych skał w nadziei, że odkryję zabłąkanego Moskita. Na te słowa Lopez zalał się łzami i rzucając się do mych nóg, zaklinał na imiona wszystkich świętych, aby go nie zostawiać samego w tak niebezpiecznym miejscu. Chciałem więc sam przypilnować koni, a jego posłać na wyszukanie Moskita, ale ten zamiar jeszcze bardziej go przestraszał. Na koniec przytoczyłem mu tyle dobrych przyczyn, że wreszcie pozwolił mi odejść i, dobywszy z kieszeni różańca, począł żarliwie się modlić.

Wierzchołki gór. na które miałem zamiar wejść, były bardziej oddalone, niż mi się to na pierwszy rzut oka wydawało, i zaledwie po godzinie pochodu zdołałem się na nie dostać. Stanąwszy na szczycie, ujrzałem pod sobą dziką i pustą płaszczyznę, żadnego śladu ludzi, zwierząt lub jakiegoś zabudowania, żadnej drogi prócz tej, którą przyszedłem, i dokoła głuche milczenie. Przerwałem je wołaniem; echo mi tylko odpowiedziało w oddali. Na koniec wróciłem do źródła, znalazłem mego konia, przywiązanego do drzewa, ale Lopez - Lopez znikł bez żadnego śladu.

Miałem dwie drogi przed sobą: albo wrócić do Andujar, albo puścić się w dalszą podróż. Uskutecznienie pierwszego zamiaru nie przyszło mi wcale na myśl, dosiadłem więc konia i, puściwszy go wyciągniętym kłusem, po dwóch godzinach przybyłem nad brzegi Gwadalkwiwiru, który tam wcale nie roztacza się tym spokojnym i wspaniałym korytem, jakie oblewa mury Sewilli. Gwadalkwiwir przy wypływie z gór pędzi bystrym potokiem bez dna i brzegów i tłucze fale o skały, które mu co chwila w biegu zawadzają.

Dolina Los Hermanos zaczyna się w miejscu, skąd Gwadalkwiwir rozlewa się po płaszczyźnie. Dolina wzięła nazwę od trzech braci, których wspólna skłonność do rozbojów łączyła daleko więcej niż stosunki pokrewieństwa. Miejsce to długo było widownią niecnych ich postępków. Z trzech braci - dwóch pojmano i przy wejściu do doliny można było widzieć ciała ich, bujające się na szubienicach; trzeci zaś, imieniem Zoto, uciekł z więzień Kordowy i, jak mówiono, schronił się w pasmo Alpuhary.

Dziwne wieści rozpowiadano o dwóch powieszonych braciach. Wprawdzie nie mówiono, że to upiory, ale utrzymywano, że nieraz w nocy ciała ich, ożywione szatańską potęgą, odwiązują się z szubienic i niepokoją żyjących. historię za tak pewną uważano, że pewien teolog z Salamanki napisał obszerny traktat, w którym dowodził, że wisielcy czymś w rodzaju wampirów, czego już nieraz w świecie widziano przykłady, tak że na koniec najsilniej wątpiący zmuszeni byli uwierzyć. Chodziły także pogłoski, że potępiono niewinnie tych dwóch skazanych i że mszcząc się za pozwoleniem nieba, dręczą podróżnych i wędrowców. Wiele nasłuchałem się o tym w Kordowie; zdjęty ciekawością zbliżyłem się więc do szubienicy. Widok jej był tym obrzydliwszy, że podczas gdy wiatr bujał ohydnymi trupami, straszne sępy szarpały im wnętrzności i obskubywały z ostatków ciała. Ze zgrozą odwróciłem oczy i zapuściłem się w góry.

Trzeba przyznać, że dolina Los Hermanos zdawała się nader przyjazną dla zbójeckich przedsięwzięć, zewsząd bowiem zabezpieczała złoczyńcom miejsca schronienia. Co chwila zatrzymywały podróżnego skały odwalone z gór lub odwieczne drzewa, wywrócone przez burze. W wielu miejscach droga przecinała łożysko potoku i mijała głębokie jaskinie, których złowieszczy widok nieufność obudzał.

Przebywszy dolinę, wszedłem w drugą i dostrzegłem gospodę, w której miałem szukać przytułku, ale z dala już powierzchowność jej nic dobrego mi nie wróżyła. Rozpoznałem, że nie było okien ani okiennic, dym nie buchał z komina, żadnego ruchu dokoła nie było widać i żaden pies nie oznajmiał mojego przybycia. Stąd wniosłem, że gospoda ta jest jedną z tych, jakie, według powieści oberżysty z Andujar, opuszczono raz na zawsze.

Im więcej zbliżałem się do gospody, tym milczenie głębszym mi się zdawało. Nareszcie przybyłem i ujrzałem przy wejściu skarbonkę przeznaczoną do zbierania jałmużn, na której wyczytałem następujący napis:

"Panowie podróżni, módlcie się przez miłosierdzie za duszę Gonzaleza z Murcji, dawnego gospodarza z Venta Quernada. Nade wszystko zaś mijajcie to miejsce i pod żadnym warunkiem nie przepędzajcie tu nocy."

Postanowiłem śmiało oczekiwać niebezpieczeństw, jakimi napis zagrażał, wcale nie dlatego, abym nie był przekonany o istnieniu duchów, ale dlatego, jak dalszy ciąg tej historii pokaże, że w całym moim wychowaniu najwięcej zwrócono uwagi na wyrobienie we mnie poczucia honoru, a honor, jak sądziłem, polegał na tym, ażeby nigdy nie okazywać trwogi.

Słońce jeszcze niezupełnie zaszło i korzystałem z ostatnich jego promieni, aby obejrzeć to mieszkanie, prawdę mówiąc, nie tyle dla zabezpieczenia się przeciw potęgom piekielnym, jak raczej dla wynalezienia jakiejś żywności, gdyż ta drobnostka, którą znalazłem był w Los Alcomoquea, zaledwie na chwilę mogła wstrzymać, ale nigdy zaspokoić głodu, jaki mnie trawił. Przeszedłem przez kilka izb i obszernych komnat. Większą część zdobiła mozaika do wysokości człowieka, sufity zaś pokrywały wspaniałe rzeźby, jakimi przed laty słusznie szczycili się Maurowie. Zwiedziłem kuchnie, poddasza i piwnice - te ostatnie wykute były w skale, niektóre z nich łączyły się z podziemiami, które zdawały się daleko w głąb gór przedłużać - ale posiłku nigdzie znaleźć nie mogłem. Wreszcie, gdy poczęło się zmierzchać, poszedłem po konia, który dotąd stał przywiązany na podwórzu, zaprowadziłem go do stajni, gdziem spostrzegł wiązkę siana, sam zaś udałem się do izby, gdzie stało nędzne łóżko, jedyne posłanie, jakie zostawiono w całej gospodzie. Pragnąłem zasnąć, ale nadaremnie, a tu jak na przekorę nie tylko jadła, ale i światła nie mogłem wynaleźć.

Tymczasem im noc stawała się ciemniejsza, tym moje myśli przybierały czarniejszą barwę. To dumałem o nagłym zniknięciu moich dwóch służących, lub znowu o sposobach, jakimi mógłbym się posilić. Myślałem, że złodzieje, nagle wyszedłszy z krzaków lub jakiej podziemnej kryjówki, schwytali Lopeza i Moskita, mnie zaś bali się zaczepić, widząc moją postać wojskową, która im bynajmniej nie obiecywała tak łatwego zwycięstwa.

Możliwości zaspokojenia głodu najbardziej mnie zajmowały; widziałem kozy na górach, bez wątpienia i pasterz musiał się przy nich znajdować i niepodobieństwem było, żeby nie miał przy sobie mleka i chleba. Nadto liczyłem także na moją strzelbę. Ale za nic w świecie nie byłbym wrócił do Andujar, tak dalece obawiałem się wystawić na szyderskie zapytania oberżysty. Postanowiłem bez wahania puścić się w dalszą drogę.

Gdy wszystkie te uwagi były już wyczerpane, nie mogłem wstrzymać się od powtórzenia w pamięci znanej historii fałszerzów monet i wielu innych w podobnym rodzaju, którymi kołysano moje dziecinne lata. Również przychodził mi na myśl napis umieszczony na skarbonce do jałmużn. Nie przypuszczałem, ażeby diabeł skręcił kark oberżyście, ale nie mogłem sobie wytłumaczyć jego smutnego zgonu.

Takim sposobem wśród głuchej ciszy mijały godziny, gdy nagle zadrżałem na niespodziewany głos dzwonu. Usłyszałem dwanaście uderzeń, a jak wiadomo, złe duchy mają władzę tylko od północy do pierwszego piania koguta. W istocie, mogłem być zdziwiony, gdyż zegar nie bił poprzednich godzin i dźwięk jego tętnił mi w uszach grobowo. Po chwili otworzyły się drzwi izby i ujrzałem wchodzącą czarną postać, ale bynajmniej nie straszną, była to bowiem piękna, półnaga Murzynka z dwiema pochodniami w rękach.

Murzynka zbliżyła się, złożyła mi głęboki ukłon i tymi słowy odezwała się w czystym hiszpańskim języku:

- Senor kawalerze, dwie cudzoziemki, które przepędzają noc w tej gospodzie, proszą, abyś raczył podzielić z nimi wieczerzę. Racz udać się za mną.

Pośpieszyłem za Murzynką i przeszedłszy kilka korytarzy, znalazłem się w rzęsisto oświeconej komnacie, pośród której stał stół z trzema nakryciami, uginający się pod japońską porcelaną i karafkami z górskiego kryształu. W głębi komnaty wznosiło się wspaniałe łoże. Kilka Murzynek krzątało się pilnie wedle służby, ale nagle rozstąpiły się w dwa szeregi i ujrzałem wchodzące dwie kobiety; płeć ich, z róż i lilii utkana, wspaniale odbijała od hebanowej barwy ich służebnic. Obie młode kobiety trzymały się za ręce. Ubrane były dość dziwnie, przynajmniej tak mi się wydawało, aczkolwiek później, w dalszych moich podróżach, przekonałem się, że był to zwykły strój, jakiego używano na wybrzeżach berberyjskich. Ubiór ten składał się właściwie tylko z koszuli i stanika. Koszula w górnej połowie była płócienna, od pasa zaś uszyta z gazy z Mequinez, tkaniny, która byłaby zupełnie przezroczysta, gdyby szerokie wstęgi jedwabne, jedne obok drugich spływające, nie zasłaniały wdzięków, które tyle pod tym lekkim pokryciem zyskiwały. Stanik bez rękawów, bogato perłami haftowany i zdobny w diamentowe zapinki, szczelnie więził śnieżyste łono, rękawy zaś od koszuli, także gazowe, związane były na plecach. Kosztowne bransolety pokrywały ich ramiona. Nóżki tych nieznajomych, nóżki - powtarzam - które winny były być pokrzywione i zakończone szponami, gdyby były do złych duchów należały, przeciwnie, skrywały drobne paluszki w wykwintnych wschodnich papuciach. Obrączki brylantowe otaczały je przy kostkach.

Nieznajome zbliżyły się ku mnie z uprzedzającym uśmiechem. Każda z nich była w odmiennym rodzaju doskonałą pięknością. Jedna wysoka, smukła, olśniewająca, druga zaś łagodna i bojaźliwa. Kibić i rysy starszej na pierwszy rzut oka zadziwiały regularnością. Młodsza, pulchniutka, miała nieco wysunięte wargi, a jej przymrużone oczy przysłonięte były rzęsami niezwykłej długości. Starsza tymi słowy odezwała się do mnie w czystym kastylijskim narzeczu:

- Senor kawalerze, dziękujemy ci za uprzejmość, z jaką raczyłeś przyjąć skromną wieczerzę. Mniemam, że czujesz jej potrzebę.

Słowa te rzekła z tak złośliwym uśmiechem, że w tej chwili posądziłem o rozkaz uprowadzenia mego muła z zapasami. W każdym jednak razie nie można było się gniewać, strata moja sowicie była wynagrodzona.

Siedliśmy do stołu i ta sama nieznajoma rzekła, przysuwając naczynie z japońskiej porcelany:

- Senor kawalerze, znajdziesz tu olla podridę, złożoną z mięs wszelkiego rodzaju oprócz jednego, gdyż my jesteśmy wierne, czyli, wyraźniej mówiąc, muzułmanki.

- Piękna cudzoziemko - odpowiedziałem - bez wątpienia prawdę wyrzekłaś; komuż słuszniej przystoi mówić o wierności? Jest to religia serc prawdziwie kochających. Wszelako, zanim zaspokoicie mój głód, raczcie uczynić to naprzód z moją ciekawością i powiedzcie mi, kto jesteście.

- Jedz tymczasem, senor kawalerze - odparła piękna Mauretanka - dla ciebie nie mamy żadnych tajemnic. Nazywam się Emina, a moja siostra Zibelda. Mieszkamy w Tunisie, ale nasza rodzina pochodzi z Grenady i niektórzy z naszych krewnych zostali w Hiszpanii, gdzie po kryjomu wyznają wiarę ojców. Przed tygodniem opuściłyśmy Tunis i wylądowałyśmy na pustym brzegu, blisko Malagi. Następnie między Loja i Antequera przebyłyśmy góry, wreszcie dostałyśmy się tutaj, aby zmienić ubiór i zabezpieczyć się przeciw poszukiwaniom. Widzisz zatem, senor, że nasza podróż jest ważną tajemnicą, którą powierzamy twojej uczciwości.

Zapewniłem piękne podróżniczki, że z mojej strony nie mają się czego obawiać, i zacząłem się posilać, wprawdzie nieco żarłocznie, zawsze jednak z pewnego rodzaju wymuszoną elegancją, o jakiej nigdy nie zapomina młody człowiek, gdy sam jeden znajduje się w towarzystwie kobiet.

Gdy spostrzeżono, żem pierwszy głód zaspokoił i że zabieram się do tego, co nazywają w Hiszpanii losdulces, piękna Emina rozkazała Murzynkom, aby mi pokazały, jak się w ich ojczyźnie tańczy. Zdawało się, że żaden rozkaz nie mógł być dla nich przyjemniejszy. Wypełniły go z żywością, która nawet cokolwiek przechodziła w swawolę. Zapewne nie byłbym nigdy w stanie położyć końca tym pląsom, gdybym nie był zapytał pięknych nieznajomych, czy one także czasami oddają się tej rozrywce. Za całą odpowiedź powstały i kazały sobie podać kastaniety. Taniec ich przypominał bolero wywodzące się z Murcji i fofę, tańczoną w Algarve. Ci, którzy zwiedzali te kraje, łatwo mogą sobie go wyobrazić, jednakże nigdy nie zdołają pojąć uroku, jaki dodawały mu wdzięki dwóch Afrykanek, osłonięte przezroczystymi fałdami, spływającymi po nadobnych kibiciach.

Przez pewien czas spokojnie przypatrywałem się zachwycającym tancerkom, na koniec poruszenia ich, coraz gwałtowniejsze, odurzający dźwięk mauretańskiej muzyki, zmysły rozognione obfitym posiłkiem, wszystko to razem mimowolnie porwało mnie w nie znany dotąd obłęd. W istocie nie wiedziałem, czy to kobiety, czy też podstępne jakieś widziadła. Nie śmiałem spojrzeć, nie chciałem nic widzieć, zakryłem dłonią oczy i w tej chwili uczułem, że tracę przytomność.

Obie siostry zbliżyły się do mnie i ujęły mnie za ręce. Emina troskliwie dowiadywała się o moje zdrowie, uspokoiłem ją. Zibelda tymczasem pytała, co to za medalion, który spoczywa na moich piersiach - zapewne wizerunek kochanki?

- Jest to klejnot - odpowiedziałem - który mam od matki i którego obiecałem nigdy nie zdejmować. Zawiera on cząstkę prawdziwego krzyża.

Na te słowa Zibelda cofnęła się i zbladła.

- Trwożysz się - mówiłem dalej - a przecież złe duchy tylko lękają się krzyża. Emina odpowiedziała za siostrę:

- Senor kawalerze, wiesz, że jesteśmy muzułmankami, i nie powinieneś dziwić się przykrości, jaką mimowolnie mojej siostrze sprawiłeś. Wyznaję, że tego samego doznałam uczucia: przykro nam, że najbliższy nasz krewny wyznaje wiarę Chrystusa. Ta mowa cię zadziwia - ale wszakże twoja matka rodzi się z Gomelezów. My także należymy do tej rodziny, która wiedzie ród swój od Abencerragów... - ale siądźmy na tej sofie, a więcej ci opowiem.

Murzynki oddaliły się. Emina posadziła mnie w kącie sofy i podwinąwszy nogi pod siebie, usiadła przy mnie. Zibelda położyła się z drugiej strony, wsparła na mojej poduszce, i tak blisko byliśmy jedno od drugiego, że nasze oddechy razem się mieszały. Emina zdawała się dumać przez chwilę; następnie, rzucając na mnie wejrzenie pełne uczucia, wzięła mnie za rękę i w te słowa zaczęła:

- Wcale nie pragnę ukrywać przed tobą, kochany Alfonsie, że nie prosty przypadek nas tu sprowadza. Czekałyśmy tu na ciebie, a gdybyś, powodowany bojaźnią, obrał inną drogę, byłbyś na zawsze postradał nasz szacunek.

- Pochlebiasz mi. piękna Emino - odrzekłem. - Nie rozumiem, dlaczego cię tak zajmuje moja odwaga.

- Twoja osoba nader nas zajmuje - mówiła dalej Mauretanka - ale może mniej ci to będzie pochlebiać, gdy się dowiesz, że jesteś pierwszym mężczyzną, jakiego w życiu spotykamy. Dziwią cię moje słowa i zdajesz się powątpiewać o ich prawdzie. Obiecałam ci opowiedzieć historię naszych przodków, ale zapewne lepiej będzie, gdy zacznę od własnej.


HISTORIA EMINY I JEJ SIOSTRY ZIBELDY


Ojcem naszym jest Jazir Gomelez, wuj deja panującego dziś w Tunisie. Nie miałyśmy brata, nie znałyśmy nigdy ojca, a ponieważ od najmłodszych lat zamknięte byłyśmy w murach seraju, zbywało nam na najmniejszym o waszej płci pojęciu. Natura jednak obdarzyła nas niewypowiedzianą skłonnością do miłości i, w braku innych osób, pokochałyśmy się wzajemnie. Przywiązanie to zaczęło się od pierwszych lat dziecinnych. Zalewałyśmy się łzami, gdy chciano nas chociaż na chwilę rozdzielić. Gdy jedną z nas skarcono, druga wybuchała płaczem. W dzień bawiłyśmy się przy jednym stoliku, a w nocy podzielałyśmy jedno posłanie.

To tak żywe uczucie zdawało się razem z nami wzrastać i nowych sił nabrało przez okoliczność, o której ci opowiem. Miałam wtedy szesnaście lat, a moja siostra czternaście. Od dawna zauważyłyśmy, że nasza matka pilnie przed nami chowa niektóre książki. Z początku zwracałyśmy na to mało uwagi, i tak dość już znudzone książkami, na których nas czytać uczono, ale z wiekiem przyszła nam ciekawość. Wypatrzyłyśmy chwilę, gdy zakazana szafka była otwarta, i szybko porwałyśmy mały tomik, który opisywał miłostki Medżnuna i Lejli, tłumaczone z perskiego przez Ben-O-mara. To zachwycające dzieło, ognistymi barwami malujące rozkosze miłości, zapaliło nasze młode głowy. Nie mogłyśmy ich zrozumieć, nie widząc nigdy osób waszej płci, ale powtarzałyśmy sobie nowe dla nas wyrażenia. Przemawiałyśmy mową kochanków i na koniec zapragnęłyśmy kochać się ich sposobem. Ja wzięłam na siebie rolę Medżnuna, siostra zaś moja Lejli. Naprzód oświadczyłam jej moją namiętność, układając kwiaty w bukiecie (jest to rodzaj wzajemnego porozumienia się w całej Azji używany), następnie rzucałam jej pełne ognia spojrzenia, padałam przed nią na kolana, całowałam ślady jej stóp, zaklinałam wietrzyk, aby jej moje żale zanosił, i chciałam go rozpłomienić gorącymi westchnieniami.

Zibelda, wierna naukom mistrza, naznaczyła mi schadzkę. Upadłam jej do kolan, całowałam po rękach, oblewałam łzami jej nogi. Kochanka moja z początku lekki opór stawiała, po chwili jednak dozwalała mi ukraść kilka pocałunków i wreszcie podzielała zupełnie wrzące moje uczucia. Dusze nasze zdawały się razem zlewać i doskonalszego szczęścia nie pojmowałyśmy.

Nie pamiętam, jak długo bawiły nas te namiętne sceny, ale niebawem gwałtowność naszych uczuć znacznie się uspokoiła. Powzięłyśmy chęć do niektórych nauk, szczególnie zaś do znajomości roślin, których przymioty poznawałyśmy z dzieł sławnego Averroesa. Matka moja, w przekonaniu, że nigdy nie można dość się uzbroić przeciw nudom seraju, z przyjemnością spoglądała na nasze zatrudnienia i chcąc nam ułatwić naukę, kazała sprowadzić z Mekki świętą niewiastę, zwaną Hazareta, czyli świętą świętych. Hazareta uczyła nas praw Proroka i wykładała nam nauki tym czystym i melodyjnym językiem, jakiego używa dziś jedno tylko pokolenie Koreisz. Nie mogłyśmy dość się jej nasłuchać i niebawem umiałyśmy prawie cały Koran na pamięć. Następnie matka opowiadała nam historię naszej rodziny i udzieliła nam mnóstwo pamiętników, z których jedne były pisane po arabsku, inne zaś po hiszpańsku.

Drogi Alfonsie, nie uwierzysz, jak nam zbrzydła wasza religia, jak znienawidziłyśmy jej kapłanów. Z drugiej za to strony koleje i nieszczęścia rodziny, której krew w żyłach naszych płynęła, niesłychanie nas zajmowały. Raz unosiłyśmy się nad Saidem Gomelezem, który cierpiał męczeństwa w więzieniach inkwizycji, to znowu nad jego synowcem Leissem, który długi czas prowadził w górach życie dzikie i mało różne od życia zwierząt drapieżnych. Takie opisy obudziły w nas podziw dla mężczyzn, chciałyśmy ich widzieć i często wstępowałyśmy na taras ogrodowy, aby choć z daleka spostrzec marynarzy na jeziorze Goletta lub wiernych, śpieszących do kąpieli Hamam-Nef. Chociaż nie zapomniałyśmy nauk zakochanego Medżnuna, jednak odtąd nigdy już więcej ich nie powtarzałyśmy. Mniemałam nawet, że w uczuciu moim dla siostry wygasła zupełnie namiętność, gdy wtem nowy wypadek przekonał mnie, że się myliłam.

Pewnego dnia matka nasza przyprowadziła nam jakąś księżnę z Tafiletu, kobietę w podeszłym wieku. Przyjęłyśmy jak można najlepiej. Po skończonych odwiedzinach matka oznajmiła mi, że księżna żąda mojej ręki dla swego syna, moja zaś siostra przeznaczona jest za żonę jednemu z Gomelezów. Wiadomość ta gromem nas raziła. Naprzód nie mogłyśmy słowa jednego wymówić, później nieszczęście tego rozdzielenia tak żywo stanęło nam przed oczyma, żeśmy się oddały najgwałtowniejszej rozpaczy. Wyrywałyśmy sobie włosy i cały seraj napełniałyśmy naszymi krzykami. Nareszcie, gdy oznaki naszej boleści zaczęły przechodzić w szaleństwo, matka nasza, przelękła, obiecała nas nie przymuszać i zaręczyła nam wolność zostania dziewczętami lub zaślubienia tego samego mężczyzny. Te zapewnienia trochę nas uspokoiły.

Wkrótce potem matka przyszła nam powiedzieć, że mówiła z naczelnikiem naszej rodziny i że ten zezwolił, abyśmy były poślubione jednemu mężowi, z warunkiem, aby ten małżonek pochodził z rodziny Gomelezów.

Nic na to nie odrzekłyśmy, ale myśl posiadania jednego męża z każdym dniem bardziej nam się uśmiechała. Dotąd nie widziałyśmy ani starego, ani młodego mężczyzny, chyba bardzo z daleka; ale ponieważ młode kobiety zdawały nam się przyjemniejsze niż stare, pragnęłyśmy przeto, aby nasz małżonek był także młody. Spodziewałyśmy się, że nam potrafi wytłumaczyć niektóre ustępy z książki Ben-Omara, których same nie byłyśmy w stanie zrozumieć.

Tu Zibelda przerwała siostrze i ściskając mnie w objęciach, rzekła:

- Kochany Alfonsie, czemuż nie jesteś muzułmaninem! Jakże byłabym szczęśliwa, widząc cię na łonie Eminy, uczestnicząc w waszej rozkoszy i łącząc się z wami w uścisku! W naszym domu, podobnie jak w rodzinie Proroka, potomkowie po kądzieli mają takie same prawa, jak linia męska, od ciebie więc zależy zostać naczelnikiem naszej rodziny, która już chyli się ku upadkowi. Dość byłoby do tego otworzyć serce świętym promieniom naszego wyznania.

Słowa te tak mi się wydały podobne do pokus diabelskich, że wypatrywałem tylko, czy nie dojrzę śladów rożków na pięknym czole Zibeldy. Przebąknąłem kilka słów o świętości mojej religii. Obie siostry cofnęły się ode mnie. Twarz Eminy przybrała wyraz powagi, po czym piękna Mauretanka tak dalej mówiła:

- Senor Alfonsie, zbyt wiele opowiadałam o sobie i Zibeldzie. Nie było to moim zamiarem: usiadłam obok ciebie, aby ci powiedzieć szczegóły dotyczące rodziny Gomelezów, z których pochodzisz przez kobiety. Oto, o czym chciałam, abyś się dowiedział:


HISTORIA ZAMKU KASSAR-GOMELEZ


Pierwszym naczelnikiem naszej rodziny był Masud Ben-Taher, brat Jusufa Ben-Taher, który wkroczył do Hiszpanii na czele Arabów i nadał swoje nazwisko górze Gebal-Taher, czyli, jak wy wymawiacie, Gibraltar. Masud, wiele przyczyniwszy się do powodzenia arabskiej broni, otrzymał od kalifa Bagdadu zwierzchnictwo nad Grenadą, które sprawował do śmierci swego brata. Byłby na tym urzędzie dłużej pozostał, gdyż nader był szanowany tak przez muzułmanów, jak i przez mozarabów, czyli chrześcijan pod panowaniem Maurów pozostałych, ale miał potężnych nieprzyjaciół w Bagdadzie, którzy go oczernili przed kalifem. Dowiedział się, że zguba jego jest nieuchronna, i sam postanowił się oddalić. Zebrał więc garstkę wiernych i zapuścił się w Alpuhary, które, jak wiesz, dalszym ciągiem pasma Sierra Moreny i oddzielają królestwo Grenady od królestwa Walencji.

Wizygoci, na których zdobyliśmy Hiszpanię, nie przedarli się nigdy w Alpuhary; większa część dolin była zupełnie opuszczona. Tylko trzy z nich zamieszkiwali potomkowie dawnego ludu iberyjskiego, zwani Turdulami. Nie znali oni ani Mahometa, ani twojego Proroka Nazarejskiego; zasady ich religii i praw zawarte były w pieśniach, które ojcowie dzieciom przekazywali. Mieli niegdyś księgi, ale te z czasem zupełnie wyginęły.

Masud owładnął Turdulami raczej perswazją niż siłą, nauczył się ich języka i wpoił w nich zasady islamu. Oba ludy zmieszały się przez wzajemne małżeństwa i temu to zlaniu szczepów, jako też powietrzu gór, winneśmy z moją siostrą ożywioną płeć, jaka odznacza córki Gomelezów. Można wprawdzie i u Maurów napotkać wiele białych kobiet, ale te zwykle blade.

Masud przyjął tytuł szejka i rozkazał wznieść warowny zamek, który nazwał Kassar-Gomelez. Bardziej sędzia niż władca swego pokolenia, Masud dla każdego był przystępny, drzwi jego zarówno dla wszystkich się otwierały, tylko w ostatni piątek każdego miesiąca żegnał się z rodziną, schodził do zamkowego podziemia i tam zamknięty cały tydzień przepędzał. Te znikania dały powód do rozmaitych wniosków. Jedni utrzymywali, że szejk prowadzi rozmowy z Dwunastym Imamem, który ma zjawić się na końcu świata; drudzy zaś, że Antychryst siedzi uwięziony w podziemiu; ostatni wreszcie dowodzili, że siedmiu braci śpiących tam spoczywa wraz ze swym wiernym psem Kalebem. Szejk wcale na te domysły nie zważał i rządził swoim ludem, jak długo mu sił starczyło. Na koniec wybrał najroztropniejszego z całego pokolenia, mianował go następcą, oddał mu klucz od podziemia, a sam schronił się do pustelni, gdzie jeszcze żył długie lata.

Nowy szejk rządził w duchu swego poprzednika i również znikał ostatniego piątku każdego miesiąca. Ten stan rzeczy trwał dopóty, dopóki Kordowa nie otrzymała swoich kalifów, zupełnie niezawisłych od władców Bagdadu. Natenczas górale Alpuhary, którzy brali czynny udział w tych zmianach, zaczęli osiedlać się na równinach, gdzie wkrótce zasłynęli pod nazwiskiem Abencerragów. Inni zaś, którzy pozostali wierni szejkowi z Kassar-Gomelezu, zatrzymali miano Gomelezów.

Tymczasem Abencerragowie zakupili najbogatsze posiadłości w królestwie Grenady i najwspanialsze pałace miasta. Zbytek ich zwrócił powszechną uwagę. Powzięto podejrzenie, że podziemie szejków zawiera nieprzebrane bogactwa, ale nikt nie był w stanie sprawdzić tego przypuszczenia, gdyż sami Abencerragowie nie znali źródła swych skarbów. Wreszcie, gdy piękne te królestwa ściągnęły na siebie gniew boży, Allach oddał je w ręce niewiernych. Zdobyto szturmem Grenadę i w kilka dni potem sławny Gonzalw z Kordowy na czele trzech tysięcy Hiszpanów wkroczył w Alpuhary. Hatem Gomelez był wtedy szejkiem naszego pokolenia. Wyszedł więc naprzeciw Gonzalwa i wręczył mu klucze od zamku. Hiszpan zażądał kluczy od podziemia, szejk i te mu natychmiast przyniósł. Gonzalw osobiście zszedł do podziemia, zamiast skarbów znalazł grobowiec i kilka starych ksiąg, drwił głośno z czczych domysłów swoich rodaków i pośpieszył na powrót do Valladolid, dokąd go wzywały miłość i miłostki.

do wstąpienia na tron Karola pokój trwał w naszych górach nieprzerwanie. Sefi Gomelez był wtedy szejkiem. Człowiek ten z niewiadomych przyczyn doniósł cesarzowi, że odkryje mu ważną tajemnicę, jeżeli Karol zechce przysłać w Alpuhary jakiego znakomitego Hiszpana, w którym pokłada całe zaufanie. Zanim dwa tygodnie upłynęło, don Ruiz z Toledo jako poseł cesarski stawił się u Gomelezów, ale znalazł szejka nieżywego. Zamordowano go w wilię przyjazdu posła. Don Ruiz zaczął prześladować kilka osób, ale wnet, znudzony próżnymi usiłowaniami, powrócił na dwór cesarski.

Tym sposobem tajemnica szejków przeszła do mordercy Sefiego. Człowiek ten, nazwiskiem Billah Gomelez, zgromadził starszych pokolenia i przedstawił im potrzebę zabezpieczenia tak ważnej tajemnicy. Postanowiono dopuścić do sekretu kilku członków rodziny Gomelezów, tak jednak, aby każdy z nich wiedział tylko o cząstce tajemnicy. Wybrani powinni dać dowody roztropności, wierności i nieustraszonej odwagi.

Tutaj Zibelda znowu przerwała siostrze, mówiąc:

- Kochana Emino, czy nie sądzisz, że Alfons byłby przetrwał te wszystkie próby? Ach, któż śmie o tym wątpić! Drogi Alfonsie, jaka szkoda, że nie jesteś muzułmaninem; bez wątpienia stałbyś się panem nieprzeliczonych skarbów.

To zupełnie wyglądało na nową pokusę. Duch ciemności, nie mogąc znęcić mię rozkoszą, starał się obudzić we mnie żądzę złota. Ale tymczasem piękne Mauretanki przytuliły się do mnie i uczułem wyraźnie dotknięcie ciał żywych, nie zaś cieni. Po chwili milczenia Emina tak dalej mówiła:

- Kochany Alfonsie, wiesz dobrze o prześladowaniach, jakich doświadczyło nasze pokolenie za panowania Filipa, syna Karolowego. Porywano dzieci, wychowywano je w wierze Chrystusa i oddawano im majątki rodziców, którzy nie chcieli porzucić wyznania ojców. Wtedy to jeden z Gomelezów został przyjęty do teketu derwiszów św. Dominika i dostąpił godności wielkiego inkwizytora...

Tu usłyszeliśmy pianie koguta i Emina przestała mówić. Kogut jeszcze raz zapiał. Człowiek przesądny byłby się spodziewał, że dwie piękności nagle dymnikiem ulecą. To jednak wcale nie nastąpiło, wszelako dziewczęta zasępiły się nagle i pogrążyły w dumaniach.

Emina pierwsza przerwała milczenie.

- Luby Alfonsie - rzekła - już dnieć zaczyna, zbyt drogie godziny, które możemy z tobą przepędzić, abyśmy miały trwonić je na opowiadaniu dawnych dziejów. Nie możemy zostać twymi małżonkami, chyba że uznasz prawo Proroka. Ale wolno ci będzie widzieć nas we śnie. Przystajesz na to?

Zgodziłem się na wszystko.

- Nie dość na tym - rzekła Emina z wyrazem najwyższej godności - nie dość na tym, kochany Alfonsie; trzeba jeszcze, byś przysiągł na najświętsze zasady honoru, że nigdy nie zdradzisz tajemnicy naszych imion, -naszego istnienia i tego wszystkiego, co wiesz o nas. Czy odważysz się przyjąć na siebie takie zobowiązanie?

Przyrzekłem spełnić wszystko, czego ode mnie żądano.

- To dobrze - rzekła Emina. - Teraz, siostro, przynieś czarę poświęconą przez Masuda, naczelnika naszego pokolenia.

Podczas gdy Zibelda poszła po zaklętą czarę, Emina uklękła i odmawiała arabskie modlitwy. Zibelda wróciła z czarą, która mi się zdawała wyrżnięta z jednego wielkiego szmaragdu. Obie siostry umoczyły w niej usta i rozkazały mi od razu wychylić resztę napoju. Byłem posłuszny. Emina podziękowała mi za uległość i czule mnie uściskała. Potem Zibelda przylgnęła do moich ust i długo nie mogła się od nich oderwać. Wreszcie obie opuściły mnie mówiąc, że niebawem znowu Je ujrzę i że tymczasem radzą; mi, abym starał się czym prędzej zasnąć.

Tyle dziwnych wypadków, cudownych opowiadań i nieprzewidzianych wrażeń dałoby mi przez całą noc nad czym rozmyślać, ale muszę wyznać, że obiecane sny nade wszystko mnie zajmowały. Szybko więc rozebrałem się i gdym się już położył na przygotowane dla mnie łoże, zauważyłem z przyjemnością, że posłanie jest szerokie i że jak dla snów zanadto jest miejsca. Ale zaledwie miałem czas uczynić uwagę, gdy nieprzezwyciężony sen osiadł mi powieki i wszystkie złudy nocy pochwyciły wnet moje zmysły. Co chwila błądziłem w coraz innych fantastycznych urokach, a myśl moja, niesiona na skrzydłach żądzy, mimowolnie stawiała mnie śród afrykańskich serajów, odsłaniała wdzięki ukryte w ich zaklętych murach i pogrążała w toni nieopisanych rozkoszy. Czułem, że śnię, a jednak miałem świadomość, że nie senne widziadła cisnę w moich objęciach. Gubiłem się w nieskończonej przestrzeni najszaleńszych złudzeń, ale dobrze pamiętam, że zawsze znajdowałem się w towarzystwie moich pięknych kuzynek. Zasypiałem na ich łonie i budziłem się w ich objęciach. Nie pomnę, ile razy doznałem tych czarownych przemian...

Dzień drugi

Nareszcie ocknąłem się naprawdę. Słońce paliło mi powieki i z trudem zdołałem je podnieść. Ujrzałem niebo, znajdowałem się więc na wolnym powietrzu, ale sen ciążył mi jeszcze na oczach. Nie spałem już, a jednak nie byłem zupełnie rozbudzony. Okropne obrazy przesuwały się przed moim umysłem. Trwoga mnie zdjęła. Zerwałem się nagle i usiadłem.

Gdzież znajdę wyrazy, aby opisać grozę, jaka mną owładnęła? Leżałem pod szubienicą Los Hermanos. Trupy dwóch braci Zota nie wisiały, ale spoczywały po obu moich stronach. Bez wątpienia całą noc między nimi przepędziłem. Spoczywałem na potarganych postronkach, resztkach kół oraz na odłamkach szkieletów i na ohydnych łachmanach, które po zgniciu ciał odpadły od kości.

Mniemałem, że śpię jeszcze i że przykry sen mnie tłoczy. Przymknąłem oczy, zacząłem przypominać sobie wrażenia minionej nocy. Wtem poczułem szpony, wpijające mi się w bok. Spostrzegłem sępa, który spadł na mnie i pożerał jednego z moich towarzyszów noclegu. Ból, jaki mi te szpony sprawiły, rozbudził mnie zupełnie. Suknie moje leżały obok mnie, począłem się czym prędzej ubierać. Kiedym już był ubrany, chciałem wyjść z szubienicznej zagrody, ale brama była zamknięta i otworzyć jej żadnym sposobem nie mogłem. Musiałem więc wdrapać się na to smutne ogrodzenie. Dostawszy się na wierzch, oparłem się o słup szubienicy i jąłem dokoła spoglądać na okolicę. Znałem już to miejsce. W istocie, znajdowałem się przy wejściu do doliny Los Hermanos, niedaleko od brzegów Gwadalkwiwiru.

Gdy tak wodziłem naokoło błędnymi oczyma, spostrzegłem dwóch podróżnych nad rzeką, z których jeden przygotowywał śniadanie, drugi zaś trzymał za cugle dwa konie. Byłem tak uszczęśliwiony z widoku ludzi, że natychmiast zacząłem krzyczeć: Agur! Agur! co znaczy po hiszpańsku "Dzień dobry" lub też "Jak się masz?"

Dwaj podróżni, spostrzegłszy te grzeczności, jakie im ktoś z wierzchołka szubienicy świadczył, osłupieli przez chwilę, ale niebawem dosiedli koni i co tchu popędzili do Alcornoques. Wołałem, żeby się zatrzymali, ale na próżno: im głośniej krzyczałem, tym prędzej umykali i głębiej zapuszczali ostrogi. Gdy wreszcie zupełnie straciłem ich z oczu, przede wszystkim pomyślałem o opuszczeniu mego stanowiska. Zeskoczyłem na ziemię i upadając, nieco się potłukłem.

Kulejąc dostałem się nad brzeg Gwadalkwiwiru; zastałem tam przygotowane śniadanie, którego dwaj podróżni z takim pośpiechem odbiegli. Posiłek ten przyszedł mi w samą porę, byłem bowiem nader wycieńczony. Znalazłem gotującą się jeszcze czekoladę, esponjado moczone w alikancie, chleb i jaja.

Zacząłem od pokrzepienia sił. a następnie jąłem przywodzić na pamięć wypadki ubiegłej nocy. Wspomnienia moje powikłały się zupełnie, dobrze jednak pamiętałem, żem dał słowo honoru na dotrzymanie tajemnicy, i postanowiłem święcie dochować przysięgi. Usunąwszy raz pod tym względem wszelką wątpliwość, zacząłem zastanawiać się nad dalszym moim losem, czyli nad drogą, którą miałem obrać. Teraz bardziej niż kiedykolwiek sądziłem, że święte prawa honoru nakazują mi udać się przez Sierra Morenę.

Dziwne może się wydawać, że zajmowałem się tyle sprawami mojego honoru a tak mało wypadkami poprzedniej nocy, ale ten sposób myślenia był skutkiem mego wychowania, jak to się pokaże w dalszym ciągu tego opowiadania. Tymczasem wracam do mojej podróży.

Bardzo byłem ciekawy dowiedzieć się, co diabli poczęli z moim koniem, którego zostawiłem w Venta Quemada; ponieważ zaś droga tamtędy mi wypadała, postanowiłem wstąpić do gospody. Musiałem piechotą przebyć całą dolinę Los Hermanos oraz następną, w której znajdowała się venta, i tak byłem zmęczony, żem z niecierpliwością oczekiwał chwili, w której odzyskam mego konia. W istocie, znalazłem go w tej samej stajni, gdziem go wczoraj zostawił. Dzielny mój gniadosz nie stracił zwykłej wesołości, a po połysku jego skóry poznałem, że ktoś pilne miał o nim staranie. Nie mogłem pojąć, kto się tym zajmował, ale tyle już widziałem nadzwyczajnych rzeczy, że nie warto się było nad jedną długo zastanawiać. Byłbym natychmiast puścił się w drogę, gdyby mi nie była przyszła chętka raz jeszcze obejrzeć gospodę. Znalazłem izbę, w której się naprzód położyłem, ale pomimo najusilniejszych poszukiwań nie mogłem wyszukać komnaty, gdzie poznałem piękne Mauretanki. Znudziły mnie te próżne przepatrywania kątów, dosiadłem więc konia i udałem się w dalszą podróż.

Kiedym się obudził pod szubienicą Los Hermanos, słońce połowy biegu już dochodziło, od tego czasu dwie godziny zużyłem na przybycie do venty; tak więc, gdym następnie parę mil ujechał, trzeba było pomyśleć o nowym schronieniu, ale nie widząc nigdzie żadnego dachu, postępowałem dalej. Wreszcie dostrzegłem w dali gotycką kaplicę, o którą opierała się mała chatka, z pozoru wyglądająca na pustelnię. Wszystko to leżało w dość znacznym oddaleniu od drogi, ale gdy głód zaczął mnie przyciskać, nie wahałem się zboczyć w nadziei posiłku.

Przybywszy przywiązałem konia do drzewa, zapukałem do drzwi pustelni i ujrzałem wychodzącego zakonnika nader czcigodnej postaci. Uścisnął mnie z ojcowską troskliwością i rzekł:

- Wejdź, mój synu, czym prędzej, nie przepędzaj nocy pod gołym niebem, strzeż się pokus, gdyż Pan odsunął od nas swoją prawicę.

Podziękowałem pustelnikowi za dobroć, jaką mi oświadczył, i napomknąłem mu o głodzie, który mnie trawił.

- Myśl tymczasem o zbawieniu duszy, mój synu - odparł - idź do kaplicy, klęknij i módl się przed krzyżem. Ja pomyślę o potrzebach twego ciała; ale musisz poprzestać na skromnym posiłku, na jaki stać biedną chatkę pustelnika.

Poszedłem do kaplicy i w istocie począłem się modlić, gdyż nie tylko że sam nigdy nie byłem bezbożnikiem, ale nawet nie pojmowałem, że mogą istnieć ludzie nie wierzący. Wszystko to pochodziło jeszcze ze sposobów, jakimi mnie wychowano.

W kwadrans później pustelnik przyszedł po mnie i wprowadził do chaty, gdzie znalazłem dość porządne nakrycie. Na wieczerzę składały się wyborne oliwki, kardy marynowane w occie. sos z cebulą hiszpańską i suchary zamiast chleba; wreszcie znalazła się butelka wina, którego pustelnik nie pił, ale używał jedynie do ofiary mszy świętej. Dowiedziawszy się o tym, zostawiłem również wino nie tknięte,

Podczas gdy się z przyjemnością posilałem, weszła do chaty tak straszliwa postać, jakiej dotąd jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Był to człowiek, jak się zdawało, młody, ale odstraszającej chudości. Włosy miał najeżone, jedno oko wykłute i świeżo jeszcze rozkrwawione. Z ust wychodził mu język pokryty pianą. Okrywała go dość porządna czarna suknia, ale nie miał na sobie ani koszuli, ani żadnych spodni.

Okropne zjawisko, nie mówiąc ani słowa, skulone, usiadło w kącie i, niewzruszone jak posąg, jedynym okiem wpatrywało się w krucyfiks, który oburącz ściskało. Spożywszy wieczerzę, zapytałem pustelnika, co to za człowiek.

- Synu mój - odparł starzec - jest to opętany, z którego wypędzam duchy czartowskie. Straszliwa jego historia jasnym jest dowodem władzy, jaką anioł ciemności przywłaszczył sobie nad nieszczęśliwą okolicą. Opowiadanie jego może się przydać ku twemu zbawieniu, rozkażę więc, aby zaczął.

Mówiąc to, obrócił się do opętanego i rzekł:

- Paszeko! Paszeko! w imię twego Odkupiciela nakazuję ci opowiedzieć twoją historię. Paszeko zaryczał okropnie i tak się odezwał:


HISTORIA OPĘTANEGO PASZEKO


Urodziłem się w Kordowie, gdzie ojciec mój żył w dobrobycie. Matka moja przed trzema laty umarła. Ojciec z początku zdawał się niepocieszony, ale gdy po kilku miesiącach wypadło mu jechać do Sewilli, zakochał się tam w młodej wdowie nazwiskiem Kamilla de Tormes. Kobieta ta nie używała dobrej sławy i przyjaciele mego ojca starali się odwrócić go od tej znajomości; ale właśnie, jakby im na przekorę, ojciec ożenił się z nią we dwa lata po śmierci pierwszej żony. Ślub odbył się w Sewilli i w kilka dni potem ojciec mój wrócił do Kordowy z nową małżonką i siostrą jej, Inezillą.

Moja macocha zupełnie odpowiadała wieściom, jakie o niej krążyły. Przybywszy do naszego domu. zaczęła rzucać na mnie czułe spojrzenia. Nie powiódł się jej ten zamiar, natomiast ja szalenie zakochałem się w jej siostrze, Inezilli. Namiętność moja wkrótce tak się wzmogła, że upadłem ojcu do nóg i błagałem, aby mi dał za żonę. Ojciec podniósł mnie z dobrocią i rzekł:

- Zakazuję ci, synu mój, myśleć o tym małżeństwie, a to dla trzech przyczyn: naprzód, nie wypada, abyś się stał szwagrem swego ojca; po wtóre, święte prawa kościelne nie pozwalają na takie małżeństwa; po trzecie, nie chcę, abyś żenił się z Inezillą.

Ojciec, wyłuszczywszy mi te trzy powody, odwrócił się ode mnie i odszedł. Powróciłem do swego pokoju i oddałem się gwałtownej rozpaczy. Macocha moja, dowiedziawszy się od ojca o tym, co zaszło, przyszła do mnie i upewniła mnie, że niepotrzebnie się martwię, bo chociaż nie mogę być małżonkiem Inezilli, to nic nie przeszkadza, abym stał się jej cortejo, czyli kochankiem, i że ona całą sprawę bierze na siebie. Zarazem jednak mówiła o swej miłości do mnie i o ofierze, jaką czyni, ustępując siostrze pierwszeństwa. Słuchałem skwapliwie tych słów, pochlebiających memu uczuciu; znając jednakże skromność Inezilli, nie spodziewałem się nigdy, aby moje nadzieje kiedykolwiek zostały spełnione.

Wkrótce potem ojciec mój wybrał się w podróż do Madrytu, gdzie pragnął wyrobić sobie posadę corregidora Kordowy, i zabrał ze sobą żonę i jej siostrę. Podróż ta miała trwać tylko dwa miesiące, ale dla mnie, który jednego dnia bez widoku Inezilli nie mogłem przepędzić, czas ten wydawał się niesłychanie długi. Przy końcu drugiego miesiąca otrzymałem od ojca list, w którym rozkazywał mi, abym wyjechał na jego spotkanie i oczekiwał go w Venta Quemada, u wejścia do Sierra Moreny. Kilka tygodni wprzódy nie byłbym śmiał zapuścić się w Sierra Morenę, ale wtenczas właśnie dopiero co powieszono dwóch braci Zota, zgraja poszła w rozsypkę i nie wspominano o żadnych niebezpieczeństwach.

Wyjechałem więc około dziesiątej z rana z Kordowy i przybyłem na nocleg do Andujar, do najgadatliwszego oberżysty w całej Andaluzji. Kazałem sobie zastawić obfitą wieczerzę i spożywszy połowę, drugą zachowałem na dalszą podróż.

Nazajutrz posiliłem się resztkami owej wieczerzy w Los Alcornoques i na wieczór przybyłem do Venta Quemada. Nie zastałem jeszcze ojca, ale ponieważ wyraźnie kazał mi czekać na siebie, zgodziłem się na to tym chętniej, że znalazłem obszerną i wygodną gospodę. Oberżysta, który trzymał, niejaki Gonzalez z Murcji, dobry człowiek, choć wielki paliwoda, obiecał mi sporządzić wieczerzę godną granda pierwszej klasy. Podczas gdy przyrządzał, udałem się na przechadzkę nad brzegi Gwadalkwiwiru, a wróciwszy, istotnie znalazłem, że wieczerza nie jest bez zalet.

Posiliwszy się poleciłem Gonzalezowi przygotować mi nocleg. Zmieszał się i powiedział kilka niedorzecznych słów. Na koniec wyznał, że gospoda jest nawiedzana przez duchy. On sam wraz z rodziną przenosi się na noc do pobliskiej wioski położonej nad brzegiem rzeki; dodał też, że jeżeli pragnę przepędzić noc w Spokoju, umieści moje łóżko w pobliżu swego.

Propozycja oberżysty zdała mi się nader niestosowna, powiedziałem mu więc, żeby sobie poszedł spać, gdzie chce, i żeby mi przysłał moich służących. Gonzalez nie sprzeciwiał się; odszedł kręcąc głową i wzruszając ramionami.

Moi służący po chwili nadeszli; słyszeli już o przestrogach oberżysty i chcieli mnie nakłonić, ażebym przepędził noc w pobliskiej wiosce. Przyjąłem ich rady dość szorstko i rozkazałem przygotować sobie posłanie w tym pokoju, w którym spożywałem wieczerzę. Bez sprzeciwu, jakkolwiek niechętnie, spełnili to polecenie i kiedy łóżko było już pościelone, znowu ze Izami w oczach zaczęli mnie zaklinać, abym poniechał myśli nocowania w gospodzie. Zniecierpliwiony ich przestrogami, pozwoliłem sobie na kilka gestów, które skłoniły ich do ucieczki. Z łatwością obszedłem się bez ich pomocy, miałem bowiem zwyczaj sam się rozbierać, wszelako przekonałem się, że bardziej troszczyli się o mnie, aniżeli sobie na to zasługiwałem swym postępowaniem: pozostawili przy moim łóżku zapaloną świecę, drugą zapasową, a także dwa pistolety i kilka książek. Te ostatnie miały mi wypełnić godziny czuwania, w istocie bowiem straciłem już ochotę do snu.

Kilka godzin jeszcze przepędziłem, to czytając, to przewracając się w łóżku, gdy nagle usłyszałem dźwięk dzwonu, czyli raczej zegara bijącego północ. Zdziwiłem się, tym bardziej żem poprzednich godzin nie słyszał. Niebawem drzwi się otworzyły i ujrzałem moją macochę w lekkim dezabilu, ze świecą w ręku. Zbliżyła się do mnie na palcach, gestem nakazując milczenie, postawiła świecę na stoliku, usiadła na moim łóżku, wzięła moją rękę między swoje dłonie i w te słowa zaczęła:

- Drogi Paszeko, nadeszła chwila, w której mogę spełnić uczynioną ci obietnicę. Przed godziną przybyliśmy do tej karczmy. Twój ojciec udał się na noc do wioski, ale ja, dowiedziawszy się, że tu jesteś, otrzymałam pozwolenie zostania z moją siostrą. Inezilla czeka na ciebie. Niczego ci nie odmówi, ale pomnij o warunkach twego szczęścia. Ty kochasz Inezillę, a ja kocham ciebie. Z nas trojga dwoje nie powinno kosztować szczęścia z krzywdą trzeciego. Chcę, abyśmy wszyscy troje spali w jednym łóżku. Pójdź ze mną.

Moja macocha nie dała mi czasu na odpowiedź; wzięła mnie za rękę, poprowadziła przez wiele korytarzy do drzwi ostatnich i jęła spoglądać przez dziurkę od klucza. Kiedy dość się już napatrzyła, rzekła:

- Wszystko idzie dobrze, sam się przekonaj. W istocie ujrzałem zachwycającą Inezillę; spoczy-wała w łóżku, ale nic w niej nie było ze zwykłej skromności. Wyraz jej oczu, przyśpieszony oddech rozpalone policzki, cała postawa - wszystko to wskazywało, że oczekuje na nadejście kochanka. Kamilla, pozwoliwszy mi się napatrzyć, rzekła:

- Zostań tu, kochany Paszeko; skoro czas nadejdzie, przyjdę po ciebie.

Gdy weszła do komnaty, znowu przyłożyłem oko do zamka i ujrzałem tysiąc rzeczy, które niełatwo przychodzi mi opisać. Kamilla rozebrała się starannie i położywszy się do łóżka swej siostry, rzekła do niej:

- Nieszczęsna Inezillo, czyliż naprawdę pożądasz kochanka? Biedne dziecko! Nic nie wiesz o bólu, jaki ci zada? Rzuci się na ciebie, przyciśnie - zrani...

Uznawszy, że dostatecznie już pouczyła swą wychowankę, Kamilla otworzyła drzwi, zaprowadziła mnie do łóżka swej siostry i położyła się razem z nami. Cóż mogę powiedzieć o tej nieszczęsnej nocy? Dosięgnąłem szczytów grzechu i rozkoszy. Walczyłem z sennością i z naturą, by jak najdłużej przeciągnąć piekielne uciechy. Na koniec zasnąłem, a nazajutrz obudziłem się pod szubienicą braci. Zota, których trupy leżały po obu moich stronach.

Tu pustelnik przerwał opętanemu i rzekł zwracając się do mnie:

- Cóż więc, mój synu, co o tym myślisz? Mniemam, że doznałbyś niesłychanej trwogi, gdybyś nagle znalazł się między dwoma wisielcami.

- Obrażasz mnie, mój ojcze - odparłem - szlachcic nie powinien niczego się lękać, zwłaszcza gdy ma zaszczyt być kapitanem w gwardii wallońskiej.

- Ależ, mój synu - przerwał pustelnik - czy słyszałeś, aby komu wydarzyła się kiedy podobna przygoda?

Zastanowiłem się przez chwilę, po czym odrzekłem:

- Jeżeli taka przygoda przytrafiła się senorowi Paszeko, mogła bardzo łatwo wydarzyć się i innym. Osądzę to lepiej, jeżeli raczysz mu rozkazać, aby mówił dalej.

Pustelnik obrócił się do opętanego i rzekł:

- Paszeko! Paszeko! w imię twojego Odkupiciela nakazuję ci mówić dalej.

Paszeko zaryczał straszliwie i tak dalej rozpowiadał:

- Na pół umarły uciekałem spod szubienicy. Wlokłem się, sam nie wiedząc dokąd, nareszcie spotkałem podróżnych, którzy ulitowali się nade mną i odprowadzili do Venta Ouemada. Zastałem oberżystę i moich służących wielce o mnie zakłopotanych. Zapytałem ich. czy w istocie ojciec mój przepędził noc w pobliskiej wiosce. Odpowiedzieli, że dotychczas nikt jeszcze z mojej rodziny nie przybył.

Nie mogłem dłużej wytrzymać w Venta Ouemada i powróciłem do Andujar. Przyjechałem już po zachodzie słońca; pełno było ludzi w gospodzie, posłano mi więc w kuchni. Położyłem się, ale nadaremnie usiłowałem zasnąć; okropności poprzedniej nocy ciągle stawały mi przed umysłem. Na ognisku kuchennym postawiłem zapaloną świecę, ale ta nagle zgasła i uczułem, jak dreszcz śmiertelny krew mi ścina w żyłach. Zaczęło mnie coś ciągnąć za kołdrę i niebawem usłyszałem cichy głos przemawiający w te słowa:

- To ja, Kamilla, twoja macocha, drżę z zimna Drogi Paszeko, zrób mi miejsce pod kołdrą. Po chwili drugi głos przerwał:

- To ja, Inezilla, pozwól mi wejść do twego łóżko. I mnie także zimno.

I wnet poczułem, jak zimna ręka głaszcze mnie pod brodę. Zebrałem wszystkie siły i krzyknąłem:

- Precz ode mnie, szatanie!

Na co oba głosy znowu cicho odpowiedziały;

- Jak to? Wypędzasz nas? Czyliż nie jesteś naszym mężem? Zimno nam, rozpalimy trochę ognia na kominku.

W istocie, wkrótce potem lekki płomyk zabłysnął na ognisku kuchennym. Gdy nieco się rozjaśniło, otworzyłem oczy i ujrzałem już nie Kamillę i Inezillę, ale dwóch braci Zota, wiszących w kominie.

Na ten straszny widok odszedłem prawie od zmysłów; wyskoczyłem z łóżka, rzuciłem się przez okno i zacząłem uciekać w pole. Przez chwilę mniemałem, żem uciekł szczęśliwie od tych wszystkich okropności, ale obróciwszy się spostrzegłem, że wisielcy gonili za mną. Puściłem się coraz prędzej i wkrótce zostawiłem upiory daleko za sobą. Ale radość moja niedługo trwała. Obrzydłe stworzenia zaczęły obracać się kołem na rękach i nogach i w jednej chwili mnie doścignęły. Jeszcze próbowałem uciekać, na koniec sił mi zabrakło.

Wtedy poczułem, że jeden z wisielców chwyta mnie za kostkę lewej nogi, chciałem mu wydrzeć, ale wtem drugi stanął mi w poprzek drogi. Zatrzymał się, wytrzeszczył na mnie okropne oczy i wywalił język czerwony jak żelazo z ognia dobyte. Błagałem o miłosierdzie - na próżno. Jedną ręką porwał mnie za gardło, drugą zaś wydarł to właśnie oko, które dotąd nie może się zagoić. W miejsce oka wsunął swój rozpalony język i zaczął mi lizać mózg tak, że ryczałem z boleści.

Natenczas drugi wisielec, który schwycił mnie za lewą nogę, wziął się także do szponów. Naprzód zaczął mnie łechtać pod podeszwę nogi, za którą mnie trzymał, następnie piekielny potwór zdarł z niej skórę, powyciągał wszystkie nerwy, oczyścił ze krwi i jął przebierać po nich palcami jak gdyby po narzędziu muzycznym. Widząc jednak, że wcale nie wydaję przyjemnych dlań dźwięków, zapuścił szpony pod moje kolano, pozahaczał ścięgna na pazury i zaczął je skręcać, zupełnie jak gdyby nastrajał harfę. Na koniec jął grać na mojej nodze, z której utworzył rodzaj psalterionu. Słyszałem jego diabelski śmiech, a piekielne wycia towarzyszyły moim przeraźliwym krzykom. W uszach zatętniły mi zgrzytania potępieńców: zdawało mi się, że miażdżą w zębach wszystkie fibry mojego ciała; wreszcie straciłem przytomność.

Nazajutrz pasterze znaleźli mnie na polu i przynieśli do tej pustelni. Wyspowiadałem się z grzechów i u stóp ołtarza znalazłem niejaką ulgę w cierpieniach.

Po tych słowach opętaniec zaryczał straszliwie i umilkł. Natenczas pustelnik zabrał głos i rzekł:

- Przekonywasz się, młodzieńcze, o potędze szatana, módl się więc i płacz. Ale już jest późno, wypada się nam rozłączyć. Nie ofiaruję ci na noc mojej celi, gdyż krzyki Paszeka nie dałyby ci zasnąć. Idź. połóż się w kaplicy, tam pod osłoną krzyża znajdziesz opiekę przeciw złym duchom.

Odpowiedziałem pustelnikowi, że będę spał tam, gdzie mu się podoba. Zanieśliśmy małe łóżko polowe do kaplicy i pustelnik odszedł, życząc mi dobrej nocy.

Znalazłszy się sam jeden, zacząłem przywodzić na pamięć opowiadanie Paszeka. W istocie, pod pewnymi względami przypominało ono moje własne przygody i właśnie zastanawiałem się nad tym, gdy północ uderzyła. Nie wiedziałem, czy to pustelnik dzwonił, czyli też zabrzmiało diabelskie hasło. Wtedy usłyszałem, że ktoś skrobie do drzwi. Podszedłem i zapytałem:

- Kto tam?

Cichy głos odpowiedział mi:

- Zimno nam - otwórz - to my - twoje drogie kochanki.

- A jakże, przeklęci wisielcy - zawołałem - idźcie precz do waszych szubienic! Nie przeszkadzajcie mi spać!

Na to cichy głos znowu się odezwał:

- Drwisz sobie z nas, bo siedzisz w kaplicy, ale pójdź no tu do nas na dwór.

- Służę wam w tej chwili! - szybko odpowiedziałem. Porwałem za szpadę i chciałem wyjść, ale cóż, kiedy zastałem drzwi zamknięte. Powiedziałem to upiorom, które ani słowa nie rzekły. Położyłem się więc i spałem do białego dnia.

Dzień trzeci

Obudziłem się na głos pustelnika, który zdawał się niesłychanie cieszyć, widząc mnie zdrowego i wesołego. Uściskał mnie ze łzami w oczach i rzekł:

- Synu mój, dziwne rzeczy działy się tej nocy. Powiedz prawdę: czy przepędziłeś noc w Venta Quemada i czy miałeś tam do czynienia z potępieńcami? Jeszcze można złemu zaradzić. Klęknij u stóp ołtarza, wyznaj twoje winy i czyń pokutę.

Upominał mnie tak dość długo, po czym zamilkł i czekał na moją odpowiedź.

- Ojcze mój - rzekłem - właśnie spowiadałem się, wyjeżdżając z Kadyksu, a od tego czasu, nie sądzę, abym popełnił jaki grzech śmiertelny, chyba we śnie. Wprawdzie nocowałem w Venta Quemada, ale jeżelim tam co widział, mam swoje powody, dla których nie chcę o tym wspominać.

Pustelnik na pozór zdziwił się mocno odpowiedzią;

wyrzucał mi, że dałem się uwieść szatanowi pychy, i koniecznie chciał mnie przekonać o niezbędnej potrzebie spowiedzi. Wkrótce jednak, widząc, że niezłomnie trwam w moim postanowieniu, udobruchał się. Porzucił ton apostolski, jakim do mnie przemawiał, i rzekł:

- Synu mój, dziwi mnie twoja odwaga. Powiedz mi, kto jesteś, kto cię wychował i czy wierzysz w duchy. Zaspokój, proszę, moją ciekawość.

- Ojcze - rzekłem - zaszczycasz mnie chęcią bliższego poznania mojej osoby i bądź przekonany, że umiem cenić. Pozwól, abym wstał, a wtedy przyjdę do pustelni i opowiem ci wszelkie szczegóły mnie dotyczące, jakich sam tylko zażądasz. Pustelnik znowu mnie uściskał i odszedł. Ubrawszy się poszedłem do pustelni. Zastałem starca warzącego kozie mleko, które mi podał wraz z cukrem i chlebem, sam zaś poprzestał na kilku gotowanych korzonkach. Skończywszy śniadanie, pustelnik obrócił się do opętanego i rzekł:

- Paszeko! Paszeko! W imieniu twojego Odkupiciela rozkazuję ci zaprowadzić kozy na górę.

Paszeko zaryczał straszliwie i odszedł.

Natenczas w te słowa zacząłem opowiadać własne przygody:


HISTORIA ALFONSA VAN WORDEN


Pochodzę ze starożytnej rodziny, która jednak nie obfitowała w znakomitych mężów, a jeszcze mniej w dostatki. Cały nasz majątek stanowiło rycerskie lenno, zwane Worden, wchodzące w skład obwodu burgundzkiego i położone śród gór ardeńskich.

Ojciec mój, mając starszego brata, musiał poprzestać na małej cząstce dziedzictwa, która mu jednak wystarczała do przyzwoitego utrzymania w wojsku. Służył podczas całej wojny o sukcesję i po zawarciu pokoju król Filip V zaszczycił go stopniem podpułkownika w gwardii wallońskiej.

W wojsku hiszpańskim obowiązywał podówczas kodeks honorowy, ustalony z nadzwyczajną drobiazgowoscią, który mój ojciec jeszcze za niedostateczny uważał. Nie można mu tego brać za złe, gdyż, prawdę mówiąc, honor powinien być duszą życia wojskowego. W Madrycie nie odbył się żaden pojedynek, żeby mój ojciec nie układał warunków, a skoro raz wyrzekł, że zadośćuczynienie jest dostateczne, nikt przeciw temu wyrokowi nie śmiał stawić oporu. Jeżeli zaś szczególniejszym trafem ktoś nie był zupełnie zadowolony, natychmiast miał do czynienia z moim ojcem, który ostrzem szpady popierał każde swoje zdanie. Nadto ojciec utrzymywał wielką księgę, w której zapisywał historię każdego pojedynku ze wszelkimi szczegółami, i zwykle w nadzwyczajnych razach do niej odwoływał się po radę.

Ciągle tylko zajęty swoim krwawym trybunałem, ojciec mój długo zostawał nieczuły na ponęty miłości; nareszcie wzruszyły mu serce wdzięki młodej jeszcze dziewczyny, Uraki Gomelez, córki oidora Grenady, pochodzącej z krwi dawnych królów tego kraju. Wspólni przyjaciele wkrótce zbliżyli obie strony i skojarzyli małżeństwo.

Ojciec mój postanowił zaprosić na wesele wszystkich tych, z którymi kiedykolwiek się pojedynkował, a których ma się rozumieć nie pozabijał. Stu dwudziestu dwóch zasiadło do stołu; trzynastu nie było w Madrycie, o miejscu zaś pobytu trzydziestu trzech, z którymi bił się w wojsku, nie mógł powziąć żadnej wiadomości. Matka opowiadała mi, że nigdy nie widziała tak wesołej uczty, na której by szczerość tak powszechnie panowała. Łatwo temu uwierzyłem, gdyż ojciec miał wyborne serce i był lubiany przez wszystkich.

Ze swej strony ojciec mój, silnie przywiązany do Hiszpanii, nie byłby nigdy opuścił służby, gdyby we dwa miesiące po zawarciu małżeństwa nie był otrzymał listu podpisanego przez burmistrza miasta Bouillon. Donoszono mu, że jego brat, zszedłszy bezpotomnie ze świata, zostawił mu cały majątek. Wieść ta niesłychanie zmieszała mego ojca i matka mówiła, że wpadł w takie roztargnienie, nie można było jednego słowa z niego wydobyć. Nareszcie rozłożył księgę pojedynków, wyszukał dwunastu ludzi, którzy ich mieli najwięcej w całym Madrycie, zaprosił do siebie i przemówił do nich w te słowa:

- Drodzy towarzysze broni, wiecie, ile razy uspokoiłem wasze sumienia, gdy honor wasz zdawał się być zagrożony. Dziś sam jestem zmuszony odwołać się do waszego światła, lękam się bowiem, że mój własny sąd nie byłby dość jasny, a raczej, że uczucie stronności stanęłoby mi na zawadzie. Oto jest list od burmistrza Bouillon, którego świadectwo zasługuje na szacunek, jakkolwiek urzędnik ten bynajmniej nie pochodzi z krwi szlacheckiej. Wyrzeknijcie więc, czy honor nakazuje mi zamieszkać zamek moich przodków lub też czy dalej mam służyć królowi don Filipowi, który obsypał mnie dobrodziejstwami i w ostatnich czasach wzniósł nawet do godności dowódcy brygady. Zostawiam list na stole i sam odchodzę; za pół godziny powrócę i dowiem się o waszym postanowieniu.

To mówiąc ojciec mój wyszedł z pokoju. Gdy wrócił w pół godziny, zaczęło się głosowanie. Pięć głosów było za zostaniem w służbie, siedem zaś za przeniesieniem w góry ardeńskie. Mój ojciec bez szemrania poszedł za większością.

Matka moja chętnie byłaby pozostała w Hiszpanii, ale tak dalece kochała swego męża, że bez najmniejszego żalu zgodziła się na opuszczenie ojczyzny. Odtąd zajęto się jedynie przygotowaniami do podróży i przyjęciem kilku osób, które by mogły śród gór ardeńskich przypominać Hiszpanię. Chociaż nie było mnie jeszcze wtedy na świecie, jednakże ojciec, bynajmniej nie wątpiąc o moim przybyciu, pomyślał, że czas wyszukać dla mnie nauczyciela fechtunku. W tym celu zainteresował się Garciasem Hierro, najbieglejszym fechtmistrzem w całym Madrycie. Młodzieniec ten, znudzony szturchańcami, które co dzień zbierał na Plaza de la Cebada, chętnie przystał na podane mu warunki. Z drugiej strony matka moja, nie chcąc puszczać się w podróż bez spowiednika, wybrała Ińiga Veleza, teologa patentowanego w Cuenca, który miał mnie nauczać zasad religii katolickiej i języka hiszpańskiego. Wszystkie te rozporządzenia względem mego wychowania poczyniono na półtora roku przed moim przyjściem na świat.

Skoro wszystko już było gotowe do odjazdu, ojciec mój poszedł pożegnać się z królem i, według zwyczaju przyjętego na dworze hiszpańskim, ukląkł na jedno kolano, aby mu ucałować rękę; ale nagle żal tak mu ścisnął serce, że zemdlał i odniesiono go bez przytomności do domu. Nazajutrz poszedł pożegnać się z don Fernandem de Lara, który był naówczas pierwszym ministrem. Don Fernando przyjął go nader łaskawie i zawiadomił, że król wyznacza mu dwanaście tysięcy realów dożywotniej pensji wraz ze stopniem sargentegeneral, który odpowiada szarży generała-majora. Mój ojciec byłby połową własnej krwi okupił szczęście rzucenia się raz jeszcze do stóp monarchy, ale ponieważ już się był pożegnał, musiał przeto tym razem poprzestać na listownym wyrażeniu gorących uczuć wdzięczności, jaka go wskroś przejmowała. Nareszcie, nie bez rzewnych łez, opuścił Madryt. Wybrał drogę przez Katalonię, aby raz jeszcze zwiedzić pola, na których dał tyle dowodów męstwa, i pożegnać się z kilku dawnymi towarzyszami, którzy dowodzili oddziałami wojsk, rozstawionymi na granicy. Stamtąd przez Perpignan dostał się do Francji.

Całą podróż do Lyonu odbył jak najspokojniej, ale wyjechawszy z Lyonu końmi pocztowymi, wyprzedzony został przez powóz, który, daleko lżej wyładowany, pierwszy przybył do stacji. Niebawem mój ojciec zajechał także przed dom pocztowy, gdzie ujrzał, że u powozu, który go wyprzedził, zmieniano już konie. Natychmiast wziął szpadę i zbliżywszy się do podróżnego, prosił o udzielenie mu chwilki rozmowy na osobności. Podróżny, jakiś pułkownik francuski, widząc mego ojca w generalskim mundurze, aby mu nie uchybić, także przypasał szpadę. Weszli obaj do gospody położonej naprzeciw domu pocztowego i zażądali osobnego pokoju. Gdy znaleźli się sami, mój ojciec tymi słowy odezwał się do podróżnego:

- Senior kawalerze, powóz pański wyprzedził moją karetę, usiłując koniecznie pierwej zajechać przed pocztę. Postępek ten, jakkolwiek sam przez się nie jest zniewagą, ma przecież dla mnie coś niemiłego, z czego raczysz się senior wytłumaczyć.

Pułkownik, mocno zdziwiony, zwalił całą winę na pocztylion ów i zaręczał, że bynajmniej się do tego nie mieszał.

- Senior kawalerze - przerwał mój ojciec - nie uważam tego bynajmniej za sprawę zbyt wielkiej wagi i dlatego poprzestanę na pierwszej krwi.

To mówiąc dobył szpady.

- Wstrzymaj się pan na chwilę - rzekł Francuz - mniemam, że to wcale nie moi pocztylioni wyprzedzili pańskich, ale przeciwnie, pańscy, wlokąc się niedbale, pozostali w tyle.

Mój ojciec nieco zamyślił się i rzekł do pułkownika:

- Sądzę, że masz senior słuszność, i gdybyś był wcześniej uczynił mi uwagę, to jest zanim dobyłem szpady, bez wątpienia byłoby się obyło bez pojedynku; ale teraz, pojmujesz senior, że doprowadziliśmy rzeczy do tego stopnia, bez rozlewu trochy krwi nie możemy się rozejść.

Pułkownik znalazł zapewne przyczynę zupełnie dostateczną i także dobył szpady. Walka trwała krótko. Mój ojciec, czując się rannym, natychmiast zniżył ostrze swej szpady i jął przepraszać pułkownika, że śmiał go trudzić, ten zaś w odpowiedzi ofiarował swe usługi, wymienił miejsce, gdzie można go znaleźć w Paryżu, po czym wsiadł do powozu i odjechał.

Mój ojciec z początku nie zważał na ranę, ale ciało jego tak było poprzednimi pokryte, że nowy ten cios uderzył w dawną bliznę. Pchnięcie szpady pułkownika odkryło postrzał muszkietowy, po którym kula jeszcze pozostała. Ołów tym razem wydostał się na wierzch i dopiero po dwumiesięcznym okładaniu i przewijaniu rodzice moi puścili się w dalszą drogę.

Ojciec, przybywszy do Paryża, natychmiast pośpieszył odwiedzić margrabiego d'Urfe (tak się nazywał pułkownik, z którym miał spotkanie). Był to jeden z ludzi najwięcej poważanych na dworze. Przyjął mego ojca z niewypowiedzianą uprzejmością i obiecał przedstawić ministrowi, jako też pierwszym panom francuskim. Mój ojciec podziękował mu i prosił tylko o przedstawienie księciu de Tavannes, który naówczas był dziekanem marszałków, chciał bowiem zasięgnąć bliższych wiadomości względem trybunału honorowego, o którym zawsze miał wysokie wyobrażenie, często o nim rozpowiadał w Hiszpanii, jako o nader mądrym ustanowieniu, i wszelkimi siłami starał się zaprowadzić go w tym kraju. Marszałek również rad był memu ojcu i polecił go kawalerowi de Believre, pierwszemu sekretarzowi panów marszałków i referendarzowi rzeczonego trybunału.

Kawaler, często odwiedzając mego ojca, spostrzegł raz u niego kronikę pojedynków. Dzieło to tak dalece wydało mu się jedynym w swoim rodzaju, że prosił o pozwolenie pokazania go panom marszałkom, którzy podzielili zdanie swego sekretarza i posłali do mego ojca z prośbą, aby raczył dozwolić na odpis, który miał być na wieczne czasy złożony w aktach trybunalskich. Żądanie to sprawiło ojcu niesłychaną przyjemność i z radością na odpis zezwolił.

Podobne oświadczenia szacunku bezustannie uprzyjemniały memu ojcu pobyt w Paryżu; ale wcale inaczej działo się z moją matką. Postanowiła ona niezłomnie nie tylko nie uczyć się po francusku, ale nawet nie słuchać, gdy przemawiano tym językiem. Spowiednik jej, Ińigo Velez, ciągle gorzko wyśmiewał się z tolerancji kościoła galikańskiego, Garcias Hierro zaś kończył każdą rozmowę zapewnieniem, że Francuzi tchórzami i niezgrabiaszami.

Nareszcie rodzice moi opuścili Paryż i po czterech dniach podróży przybyli do Bouillon. Ojciec dopełnił aktu rozpoznania przed urzędnikami i objął swój majątek w posiadanie. Dach naszych przodków od dawna pozbawiony był nie tylko obecności swych panów, ale i dachówek; deszcz tak samo lał w pokoju, jak na podwórzu, z różnicą, że bruk podwórza wkrótce wysychał, podczas gdy kałuże w pokojach ciągle się powiększały. Ten zalew domowego ogniska bardzo podobał się memu ojcu, przypomniał mu bowiem oblężenie Leridy, podczas którego trzy tygodnie przepędził stojąc po pas w wodzie.

Pomimo tych miłych wspomnień postarał się jednak o umieszczenie w suchym miejscu łóżka swojej małżonki. W obszernym bawialnym pokoju był komin flamandzki, przy którym piętnaście osób mogło grzać się wygodnie. Wystające sklepienie tego komina tworzyło niejako dach, podparty z każdej strony dwiema kolumienkami. Zabito więc dymnik i pod tym dachem postawiono łóżko mojej matki, stolik i jedno krzesło; ponieważ zaś palenisko kominka było wyższe o jedną stopę w stosunku do poziomu podłogi, stanowiło przeto wyspę dość nieprzystępną dla powodzi.

Ojciec osiedlił się w przeciwnym końcu pokoju na dwóch stołach spojonych deskami, oba zaś łóżka połączono mostem, umocnionym w środku czymś w rodzaju grobli z pak i kufrów. Dzieło to zostało ukończone pierwszego dnia po przybyciu do zamku, a dokładnie w dziewięć miesięcy potem przyszedłem na świat.

Podczas gdy z wielką gorliwością zajmowano się wyporządzeniem naszego mieszkania, ojciec odebrał list, który przepełnił go radością. W liście tym marszałek, książę de Tavannes, prosił go o sąd w pewnej sprawie honorowej, która całemu trybunałowi wydała się nader trudna do rozstrzygnięcia. Ojciec z taką radością przyjął ten dowód szczególniejszej łaski, że postanowił wyprawić z tego powodu wielki bal dla sąsiadów. Ale ponieważ nie mieliśmy żadnych sąsiadów, bal przeto skończył się na fandango, wykonanym przez mego fechtmistrza i seniorę Fraskę, pierwszą garderobianą mojej matki.

Ojciec mój, w odpowiedzi na list marszałka, upraszał, aby raczono mu w przyszłości przesyłać wyciągi z wyroków trybunału. Ta łaska została mu udzielona i odtąd na początku każdego miesiąca otrzymywał wielki zwój papierów, który przez cztery tygodnie wystarczał na domowe rozmowy i pogawędki podczas długich wieczorów zimowych przy kominie, w lecie zaś na dwóch ławkach przypartych do zamkowej bramy.

Gdy zapowiadałem już moje narodzenie, ojciec ciągle rozmawiał z moją matką o synu, którego się spodziewał, i o wyborze ojca chrzestnego. Matka obstawała za księciem de Tavannes lub też za margrabią d'Urfe; ojciec przyznawał, że byłoby to dla nas wielce zaszczytne, ale żywił obawę, aby ci panowie nie sądzili, że czynią nam zbyt wielki zaszczyt. Powodowany uzasadnioną ostrożnością, zdecydował się na kawalera de Believre, który ze swej strony z szacunkiem i wdzięcznością przyjął zaproszenie.

Na koniec przyszedłem na świat. W trzecim roku życia wywijałem już małym floretem, w szóstym zaś strzelałem z pistoletu nie zmrużywszy oka. Już miałem blisko siedem lat, gdy mój ojciec chrzestny przyjechał do nas w odwiedziny. Kawaler od tego czasu ożenił się był w Tournai i piastował tam urząd namiestnika konetablii i referendarza spraw honorowych. Początek tych godności odnosi się do czasów sądów bożych, później przyłączono je do trybunału marszałków Francji.

Pani de Believre była nader wątłego zdrowia i mąż wiózł do wód w Spa. Oboje niesłychanie mnie polubili, a ponieważ nie mieli własnych dzieci, uprosili przeto mego ojca, aby im powierzył moje wychowanie, które nie mogło być dostatecznie staranne w samotnej okolicy, w jakiej mieszkaliśmy. Ojciec chętnie przystał na ich żądania, zachęcony zwłaszcza urzędem referendarza spraw honorowych, który mu obiecywał, że w domu Believre'ów zawczasu przejmę się zasadami mającymi ustalić dalsze moje postępowanie.

Z początku chciano, aby mi towarzyszył Garcias Hierro, gdyż ojciec mój zawsze był zdania, że najszlachetniejszy pojedynek jest ze szpadą w prawej; z puginałem zaś w lewej ręce. We Francji zupełnie nie znano tego rodzaju szermierki. Ponieważ jednak ojciec przyzwyczaił się każdego poranku fechtować z Garciasem pod murem zamkowym i ta rozrywka stała się potrzebna dla jego zdrowia, postanowił zatem zatrzymać fechtmistrza przy sobie.

Zamierzano również wysłać ze mną teologa Ińiga Veleza, ale ponieważ matka nadal umiała tylko po hiszpańsku, niepodobieństwem więc było pozbawiać jej spowiednika znającego ten język. Tak więc rozłączony zostałem z dwoma ludźmi, których jeszcze przed moim urodzeniem przeznaczono na moich nauczycieli. Jednakże dano mi służącego Hiszpana, ażebym w jego towarzystwie nie zapomniał mowy macierzystej.

Wyjechałem z ojcem chrzestnym do Spa, gdzie przepędziliśmy dwa miesiące; stamtąd udaliśmy się do Holandii i nareszcie w końcu jesieni wróciliśmy do Tour-nai. Kawaler de Believre wybornie odpowiedział zaufaniu mego ojca i przez sześć lat nie szczędził wszelkich starań, aby mnie z czasem wykształcić na znakomitego wojskowego. W końcu szóstego roku mego pobytu w Tournai umarła pani de Believre. Mąż jej opuścił Flandrię i przeniósł się do Paryża, mnie zaś odwołano do rodzicielskiego domu.

Podróż, z powodu deszczowej pory, miałem męczącą. Gdy w dwie godziny po zachodzie słońca przybyłem do zamku, zastałem wszystkich mieszkańców zebranych koło wielkiego komina. Ojciec, jakkolwiek uszczęśliwiony z mego przyjazdu, bynajmniej nie objawił oznak radości, lękając się na szwank wystawić to, co wy, Hiszpanie, nazywacie la gravedad; natomiast matka przyjęła mnie ze łzami. Teolog Ińigo Velez przywitał mnie błogosławieństwem, szermierz zaś Hierro natychmiast podał mi floret. Wnet uderzyłem na niego i zadałem mu kilka pchnięć, które dały obecnym wyobrażenie o mojej niepospolitej zręczności. Ojciec zbyt był biegłym znawcą, aby od tej chwili nie miał zastąpić oziębłości najwyższym rozczuleniem.

Zastawiono wieczerzę i wszyscy wesoło zasiedli do stołu. Po wieczerzy znowu przysunięto się do komina i ojciec rzekł do teologa:

- Wielebny don Ińigo, uczyń mi przyjemność, przynieś wielką księgę z cudownymi historiami i przeczytaj nam którą.

Teolog poszedł do swego pokoju i wkrótce wrócił z ogromnym foliałem, oprawionym w biały pergamin, który pożółkł już od starości. Otworzył księgę na chybił trafił i zaczął czytać w te słowa:


HISTORIA TRIVULCJA Z RAWENNY


Był raz przed laty we włoskim mieście, zwanym Rawenną, młodzieniec imieniem Trivulcjo, przystojny, bogaty, ale przy tym nadzwyczaj zarozumiały. Dziewczęta raweńskie wyglądały oknami, aby go ujrzeć przechodzącego, ale żadna nie mogła sprawić na nim wrażenia. Jeżeli zaś przypadkiem która przypadła mu do smaku, milczał z obawy, że swym uczuciem uczyni jej zbyt wielki zaszczyt. Nareszcie wdzięki młodej Niny dei Gieraci skruszyły jego pychę i Trivulcjo oświadczył jej swoją miłość. Nina na to odpowiedziała, że wielce tym zaszczyca, ale że od dzieciństwa kocha swego kuzyna, Tebalda dei Gieraci, i że zapewne do śmierci kochać go nie przestanie. Na niespodziewaną odpowiedź Trivulcjo wyszedł, dając oznaki najzapalczywszej wściekłości.

W tydzień potem, a było to właśnie w niedzielę, gdy wszyscy mieszkańcy Rawenny dążyli do katedry Świętego Piotra, Trivulcjo rozpoznał wśród tłumu Ninę, wspartą na ramieniu krewnego. Zawinął się w płaszcz i pospieszył za nimi.

W kościele, gdzie nie wolno było twarzy płaszczem zakrywać, kochankowie mogli byli łatwo spostrzec, że Trivulcjo ich ściga, ale tak dalece zajęci byli miłością, że nawet nie uważali na mszę, co, prawdę mówiąc, wielkim jest grzechem.

Tymczasem Trivulcjo usiadł za nimi w ławce, słuchał ich rozmowy i podniecał w sobie zawziętość. Natenczas ksiądz wstąpił na ambonę i rzekł:

- Mili bracia, ogłaszam wam zapowiedzi Tebalda i Niny dei Gieraci. Czy kto z was ma co przeciw temu małżeństwu?

- Ja się sprzeciwiam! - krzyknął Trivulcjo i w tej chwili zadał obojgu kochankom kilkanaście ciosów sztyletem.

Chciano go przytrzymać, ale znowu wziął się do sztyletu, wymknął się z kościoła, następnie z miasta i uciekł do Wenecji.

Trivulcjo był pyszny i zepsuty przez los, ale duszę miał tkliwą; zgryzoty sumienia zemściły się za nieszczęśliwe ofiary. Tułał się od miasta do miasta i pędził życie w rozpaczy. Po kilku latach krewni jego załagodzili całą sprawę i powrócił do Rawenny; ale nie był to już ten sam młodzieniec, promieniejący szczęściem i dumny ze swojej urody. Zmienił się tak dalece, że własna mamka nie mogła go poznać.

Zaraz pierwszego dnia po przybyciu Trivulcjo zapytał o grób Niny. Powiedziano mu, że razem z kochankiem została pochowana w kościele Świętego Piotra, tuż obok miejsca, gdzie ich zamordowano. Trivulcjo poszedł drżący do kościoła, upadł na grób i oblał go rzewnymi łzami. Pomimo tej boleści, jakiej nieszczęśliwy zabójca doznał w tej chwili, łzy przecież ulżyły mu na sercu; dał więc swoją kiesę zakrystianowi i otrzymał pozwolenie wchodzenia do kościoła, kiedy mu się tylko spodoba. Odtąd przychodził każdego wieczora i zakrystian tak się do niego przyzwyczaił, że nie zwracał nań najmniejszej uwagi.

Pewnego wieczoru Trivulcjo, przepędziwszy poprzednią noc bezsenną, zasnął na grobie, a gdy się obudził, znalazł kościół już zamknięty; postanowił więc śmiało przepędzić noc w miejscu, które tak zgadzało się z jego głębokim smutkiem. Słuchał, jak godziny biły jedna za drugą, i żałował tylko, że każdy ostatni dźwięk nie jest ostatnią chwilą jego życia.

Nareszcie północ uderzyła. Otwarły się drzwi do zakrystii i Trivulcjo ujrzał zakrystiana, wchodzącego z latarnią w jednej, z miotłą zaś w drugiej ręce. Nie był to jednak zwyczajny zakrystian, ale kościotrup; miał wprawdzie nieco skóry na twarzy i coś na kształt zapadłych oczu, ale okrywająca go komża pokazywała wyraźnie, że na kościach zupełnie nie było ciała.

Okropny zakrystian postawił latarnię na wielkim ołtarzu i pozapalał świece jak do nieszporów; następnie zaczął zamiatać kościół i okurzać ławki, przeszedł nawet kilka razy obok Trivulcja, ale nie zdawał się go spostrzegać. Nareszcie zbliżył się do drzwi zakrystii i jął dzwonić w sygnaturkę; na ten dźwięk podniosły się grobowce, wyszli umarli, owinięci w całuny, i na posępną nutę zawiedli litanie.

Gdy tak przez jakiś czas już wyśpiewywali, jeden z umarłych, odziany w komżę i stułę, wstąpił na ambonę i rzekł:

- Mili bracia, ogłaszam wam zapowiedzi Tebalda i Niny dei Gieraci. Przeklęty Trivulcjo, czy masz co przeciw temu?

Tu ojciec mój przerwał teologowi i zwracając się do mnie, rzekł:

- Synu mój, Alfonsie, czy zląkłbyś się, gdybyś był na miejscu Trivulcja?

- Drogi ojcze - odpowiedziałem - sądzę, że zląkłbym się niesłychanie.

Na te słowa ojciec mój porwał się uniesiony szalonym gniewem, poskoczył do szpady i chciał mnie nią przybić do ściany.

Obecni rzucili się między nas i jakoś zdołali go uspokoić. Gdy usiadł na swoim miejscu, spojrzał na mnie straszliwie i rzekł:

- Synu niegodny ojca, nikczemność twoja hańbą okrywa pod pewnym względem pułk gwardii wallońskiej, w którym cię chciałem umieścić.

Po tych gorzkich wymówkach, przy których myślałem, że umrę ze wstydu, nastąpiło głębokie milczenie. Garcias pierwszy je przerwał i zwracając się do mego ojca, rzekł:

- Czy nie lepiej byłoby, jaśnie wielmożny panie, aby zamiast tego wszystkiego można było przekonać syna Waszej Miłości, że nie ma na świecie ani widm, ani upiorów, ani umarłych, którzy śpiewają litanie. Tym sposobem bez wątpienia nie drżałby na ich wspomnienie.

- Senor Hierro - odpowiedział cierpko mój ojciec - zapominasz waćpan, że wczoraj miałem zaszczyt pokazywać mu historię o duchach napisaną własną ręką mego pradziada.

- Ja bynajmniej - odparł Garcias - nie zadaję fałszu pradziadowi jaśnie wielmożnego pana.

- Jak to rozumiesz - rzekł ojciec - "bynajmniej nie zadaję fałszu"? Czy wiesz, że to wyrażenie przypuszcza możność zadania fałszu memu pradziadowi przez waćpana?

- Jaśnie wielmożny panie - mówił dalej Garcias - wiem, że jestem zbyt małoznaczącą osobą, aby jaśnie wielmożny pradziad Waszej Miłości miał wymagać po mnie jakiegokolwiek zadośćuczynienia.

Wtedy mój ojciec, przybrawszy jeszcze straszliwszą postawę, zawołał:

- Hierro! Niech cię Bóg broni od usprawiedliwień, gdyż te przypuszczają możność obrazy.

- W takim razie - rzekł Garcias - pozostaje mi tylko z pokorą poddać się karze, jaką Wasza Miłość w imieniu swego pradziada raczy mi wymierzyć. Śmiem tylko błagać, aby dla ochrony godności mego zawodu kara ta została mi wyznaczona przez naszego spowiednika; tym sposobem będę mógł uważać za pokutę kościelną.

- To nie jest zła myśl - rzekł mój ojciec, znacznie uspokojony. - Pamiętam, żem kiedyś napisał mały traktat o zadośćuczynieniach, w razie gdyby pojedynek nie mógł mieć miejsca; muszę się nad tym głębiej zastanowić.

Ojciec zdawał się z początku głęboko rozmyślać nad tym przedmiotem, ale przechodząc z jednych uwag do drugich, zasnął nareszcie w swoim fotelu. Matka moja i teolog od dawna już spali i Garcias niebawem poszedł za ich przykładem. Natenczas ja odszedłem do mego pokoju i tak minął pierwszy dzień po moim powrocie do rodzicielskiego domu.

Nazajutrz z rana fechtowałem się z Garciasem, następnie poszedłem na polowanie, po wieczerzy zaś, gdy wszyscy zasiedli koło komina, ojciec znowu posłał teologa po wielką księgę. Wielebny przyniósł ją, otworzył na chybił trafił i zaczął czytać, co następuje:


HISTORIA LANDOLFA Z FERRARY


W mieście włoskim, zwanym Ferrarą, żył raz pewien młodzieniec imieniem Landolfo. Był to rozpustnik bez czci i wiary, który zgrozą przejmował wszystkich pobożnych mieszkańców. Niegodziwiec ten przebywał najchętniej w towarzystwie wszetecznych kobiet; znał je wszystkie, żadna jednak nie podobała mu się tak, jak Bianka de Rossi, ponieważ wszystkie inne przewyższała w rozwiązłości.

Bianka nie tylko była rozpustna, chciwa złota i zepsuta w głębi serca, ale nadto wymagała zawsze, aby jej kochankowie zniżali się do niej hańbiącymi postępkami. Pewnego dnia zażądała od Landolfa, aby zaprowadził na wieczerzę do swej matki i siostry. Landolfo natychmiast poszedł do matki i oświadczył jej ten zamiar, jak gdyby nic w tym nie widział nieprzyzwoitego. Biedna matka zalała się łzami i zaklinała syna, aby miał wzgląd na dobrą sławę siostry. Landolfo pozostał głuchy na te prośby i przyrzekł tylko dochować ile możności tajemnicy, po czym poszedł i przyprowadził Biankę do domu. Matka i siostra Landolfa przyjęły niegodziwą daleko lepiej, niż na to zasługiwała; ale Bianka widząc ich dobroć, podwoiła jeszcze zuchwałość, zaczęła rozprawiać o nieprzyzwoitych rzeczach i dawać siostrze swego kochanka nauki, bez jakich ta byłaby się zupełnie obeszła. Nareszcie wyprawiła obie z pokoju, mówiąc, że chce zostać z Landolfem sama.

Nazajutrz bezwstydna rozniosła historię po całym mieście, tak że przez kilka dni o niczym innym nie mówiono. Niebawem wieść o tym wypadku doszła Odoarda Zampi, brata matki Landolfa. Odoardo wcale nie był człowiekiem bezkarnie puszczającym urazę, ujął się za swą siostrą i tego samego dnia kazał zamordować niegodziwą Biankę. Gdy Landolfo udał się do swej kochanki, znalazł broczącą we krwi i nieżywą. Wkrótce dowiedział się, że to sprawa jego wuja, pobiegł więc, chcąc mu się odpłacić, ale dzielni towarzysze otaczający Odoarda naigrawali się jeszcze z jego bezsilnej złości.

Landolfo, nie wiedząc, na kim wywrzeć swoją wściekłość, pobiegł do matki, aby jej naubliżać. Biedna kobieta właśnie siadała z córką do wieczerzy i widząc wchodzącego syna, zapytała, czy dziś Bianka przyjdzie do stołu.

- Oby mogła przyjść - krzyknął Landolfo - i zaprowadzić cię do piekła razem z twoim bratem i całą rodziną Zampich!

Nieszczęśliwa matka padła na kolana wołając:

- Wielki Boże, przebacz mu jego bluźnierstwa!

W tej chwili drzwi otwarły się z łoskotem i ujrzano wchodzące straszliwe widmo, pokryte ranami od sztyletu, w którym jednak nie można było nie rozpoznać trupa Bianki.

Matka i siostra Landolfa zaczęły się żarliwie modlić i Bóg udzielił im łaski, że zniosły ten okropny widok, nie umarłszy ze strachu.

Widmo zbliżyło się wolnymi kroki i zasiadło do stołu, jak gdyby chciało wieczerzać. Landolfo z odwagą, jaką samo tylko piekło mogło go natchnąć, podsunął mu półmisek. Widmo otworzyło tak wielką paszczę, że głowa zdawała mu się łupać na dwoje, i zionęło czerwonym płomieniem; następnie wyciągnęło osmolona rękę, wzięło kawałek, połknęło go i wnet usłyszano, jak spadał pod stół. Tym sposobem pożarło cały półmisek, ale wszystkie kawałki upadały pod stół. Wtedy, zwracając straszliwe oczy na Landolfa, rzekło:

- Landolfie, skoro u ciebie spożyłam wieczerzę, noc spędzę również z tobą. Chodź teraz do łóżka.

Tu mój ojciec, przerywając spowiednikowi, obrócił się do mnie i rzekł:

- Synu mój, Alfonsie, czy zląkłbyś się, gdybyś był na miejscu Landolfa?

- Kochany ojcze - odpowiedziałem - zaręczam, że wcale bym się nie zląkł.

Odpowiedź ta ucieszyła mego ojca; przez cały wieczór był wesół i z radością na mnie spoglądał.

Tak przepędzaliśmy dni jeden za drugim, z różnicą, że w zimie zasiadaliśmy koło komina, w lecie zaś na ławce przypartej do zamkowej bramy. Sześć lat upłynęło w tym słodkim spokoju i gdy teraz je sobie przypominam, zdaje mi się, że każdy rok nie trwał dłużej niż tydzień.

Gdy skończyłem siedemnasty rok życia, ojciec pomyślał o umieszczeniu mnie w pułku gwardii wallońskiej i w tym celu napisał do kilku dawnych towarzyszów, na których najwięcej jeszcze liczył. Ci zacni i szanowni wojskowi połączyli wspólne starania i otrzymali dla mnie patent na kapitana. Ojciec, otrzymawszy wiadomość, tak dalece był nią wzruszony, że lękano się o jego życie; wszelako niebawem przyszedł do siebie i odtąd zajmował się tylko przygotowaniami do mego wyjazdu. Chciał, abym się udał przez morze i wylądowawszy w Kadyksie, naprzód przedstawił się don Henrykowi de Sa, wielkorządcy prowincji, który najwięcej przyczynił się do otrzymania dla mnie stopnia.

Gdy powóz pocztowy zajechał już na podwórze zamkowe, ojciec zaprowadził mnie do swego pokoju i zaryglowawszy drzwi za sobą, rzekł:

- Kochany Alfonsie, pragnę powierzyć ci tajemnicę, którą otrzymałem od mego ojca, a którą ty przekażesz kiedyś twemu synowi, gdy go jej godnym osądzisz.

Byłem przekonany, że tajemnica tyczyła się jakiegoś ukrytego skarbu, odpowiedziałem więc, że zawsze uważałem złoto jedynie za środek, który pozwala przychodzić z pomocą nieszczęśliwym.

- Mylisz się, kochany Alfonsie - odparł mój ojciec - nie chodzi tu bynajmniej o złoto lub srebro. Pragnę nauczyć cię nieznanego ci dotąd pchnięcia, za którego pomocą, odparowując cios i markując wypad z boku, z pewnością zawsze wytrącisz przeciwnikowi broń z ręki.

To mówiąc wziął florety, nauczył mnie owego pchnięcia, dał błogosławieństwo na drogę i zaprowadził do powozu. Uściskałem moją matkę i po chwili opuściłem zamek rodzicielski.

Udałem się lądem do Flesingi, tam wsiadłem na okręt i wylądowałem w Kadyksie. Don Henryk de Sa zajął się mną, jak gdybym był własnym jego synem, dopomógł mi do przyzwoitego oporządzenia się i polecił dwóch służących, z których jeden zwał się Lopez, drugi zaś Moskito. Z Kadyksu przybyłem do Sewilli, z Sewilli do Kordowy, następnie do Andujar, skąd postanowiłem udać się drogą przez Sierra Morenę. Na nieszczęście, przy źródle Los Alcomoques obaj służący mnie opuścili. Pomimo to tego samego dnia dostałem się do Venta Quemada, wczoraj zaś wieczorem do twojej pustelni.

- Kochany synu - rzekł pustelnik - twoja historia mocno mnie zajęła i dziękuję ci, żeś mi raczył opowiedzieć. Widzę teraz po sposobie twego wychowania, że bojaźń jest dla ciebie zupełnie nieznanym uczuciem; ale ponieważ przepędziłeś noc w Venta Quemada, lękam się, czyś tam nie doświadczył nagabywań dwóch wisielców i żebyś kiedyś nie uległ smutnemu losowi opętanego Paszeko.

- Mój ojcze - odpowiedziałem - długom się zastanawiał tej nocy nad przygodami seniora Paszeko. Jakkolwiek ma on diabła w ciele, przecież jest szlachcicem, nie sądzę więc, aby wszystko, co mówi, nie było najistotniejszą prawdą. Z drugiej jednak strony, Ińigo Velez, nasz spowiednik zamkowy, zaręczał mi, że jakkolwiek dawniej spotykano opętanych, zwłaszcza w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, atoli dziś nie ma już ich zupełnie, i jego świadectwo tym ważniejsze mi się wydaje, że ojciec mój rozkazał mi we względzie naszej religii ślepo wierzyć czcigodnemu Velezowi.

- Jak to? - rzekł pustelnik - nie widziałeś więc okropnej postaci opętanego, któremu diabli wyłupili jedno oko?

- I owszem, mój ojcze, wszelako senor Paszeko mógł innym sposobem nabawić się tego kalectwa. Wreszcie, co się tyczy tych rzeczy, zwracam się zawsze do ludzi, którzy więcej umieją ode mnie. Dość dla mnie, że nie lękam się żadnych widm ani upiorów. Jednakże jeżeli chcesz dla zachowania spokoju duszy mojej dać mi jaką świętą relikwię, przyrzekam nosić z wiarą i poszanowaniem.

Pustelnik zdawał się uśmiechać z mojej prostoty, po czym rzekł:

- Widzę, mój synu, że masz jeszcze wiarę, ale obawiam się, czy nadal zdołasz w niej wytrwać. Ci Gomelezowie, od których wiedziesz twój ród po kądzieli, dopiero od niedawna chrześcijanami, niektórzy z nich nawet, podobno, w głębi serca wyznają islam. W razie gdyby ci ofiarowali niezmierne bogactwa z warunkiem przejścia na ich wiarę, co byś wtenczas uczynił?

- Nie przyjąłbym - odpowiedziałem - gdyż mniemam, że wyparcie się wiary lub opuszczenie sztandaru - zawsze może tylko okryć hańbą.

Tu pustelnik znowu zdawał się uśmiechać i rzekł:

- Ze smutkiem spostrzegam, że cnoty twoje zasadzają się na zbyt wygórowanym poczuciu honoru, i uprzedzam cię, że dziś nie ma już tylu pojedynków w Madrycie, ile ich bywało za czasów twego ojca. Oprócz tego cnoty dziś opierają się na innych, daleko trwalszych zasadach. Ale nie chcę cię dłużej zatrzymywać, gdyż masz jeszcze długą drogę przed sobą, zanim dostaniesz się do Venta de Peńon, czyli Gospody pod Skałą. Oberżysta mieszka tam pomimo złodziei, liczy bowiem na opiekę bandy Cyganów, która obozuje w okolicy. Pojutrze przyjedziesz do Venta de Cardenas i wtedy będziesz już za Sierra Moreną. Przy siodle znajdziesz zapasy na drogę.

To mówiąc pustelnik czule mnie uściskał, ale nie dał mi żadnej relikwii dla zachowania spokoju mej duszy. Nie chciałem mu przypominać i dosiadłszy konia opuściłem pustelnię.

Przez drogę rozmyślałem nad szczególniejszymi poglądami pustelnika, nie mogłem bowiem pojąć, jakim sposobem cnota może opierać się na silniejszej podstawie niż na poczuciu honoru, który, jak sądziłem, sam obejmuje w sobie wszystkie cnoty.

Właśnie zastanawiałem się nad tymi uwagami, gdy nagle jakiś jeździec ukazał się spoza skały, stanął mi w poprzek drogi i rzekł:

- Czy senor nazywasz się Alfonsem van Worden? Odpowiedziałem, że tak jest.

- W takim razie aresztuję cię w imieniu króla i przenajświętszej inkwizycji; racz mi oddać szpadę,

W milczeniu spełniłem żądanie, gdy wtem jeździec gwizdnął i zewsząd otoczony zostałem uzbrojonymi. Rzucili się na mnie, związali mi ręce w tył, zapuścili się manowcami w góry i po godzinie drogi ujrzałem przed sobą warowny zamek. Spuszczono most zwodzony i wjechaliśmy w dziedziniec. Kiedy znaleźliśmy się koło wieży zamkowej, przez boczne drzwiczki wepchnięto mnie do lochu, nie troszcząc się o rozwiązanie powrozów, które mnie krępowały.

Więzienie było zupełnie ciemne; ponieważ nie mogłem wyciągnąć rąk przed siebie, lękałem się, że chodząc mógłbym uderzyć głową o mur. Dlatego też usiadłem w miejscu, gdzie mnie pozostawiono, i - jak można łatwo pojąć - zacząłem rozmyślać nad przyczynami tak gwałtownego ze mną postępowania. Od razu pomyślałem, że inkwizycja schwytała Eminę i Zibeldę i że Murzynki opowiedziały wszystko, co się stało w Venta Quemada. W takim wypadku bez wątpienia zadadzą mi pytania względem pięknych Afrykanek. Miałem dwie drogi przed sobą: albo zdradzić moje kuzynki i złamać dane im słowo honoru, lub też wyprzeć się ich znajomości; utrzymując to drugie zdanie, byłbym zabrnął w pasmo bezwstydnych kłamstw. Namyśliwszy się więc przez chwilę, postanowiłem zachować jak najgłębsze milczenie i na wszelkie zapytania nie odpowiadać ani słowa.

Raz usunąwszy wątpliwość, zacząłem marzyć o wypadkach dwóch dni ubiegłych. Byłem mocno przekonany, że miałem do czynienia z kobietami z krwi i kości, jakieś tajemne uczucie, silniejsze nad wszelkie wyobrażenia o potędze złych duchów, utwierdzało mnie w tym mniemaniu; wszelako oburzała mnie niegodziwa psota przeniesienia mnie pod szubienicę.

Tak mijały godziny. Głód zaczął mi doskwierać; wiedząc, że w więzieniach nie brakuje chleba i dzbanków z wodą, jąłem szukać nogami, czy nie znajdę jakiegoś pożywienia. W istocie wkrótce domacałem się jakiejś półkuli, która rzeczywiście okazała się chlebem. Chodziło tylko o to, jakim sposobem podnieść go do ust. Położyłem się obok chleba i chciałem go schwycić zębami, ale za każdym razem wymykał mi się dla braku oporu; natenczas przyparłem go do muru i znalazłszy bochenek rozkrojony przez środek, zdołałem go ugryźć.

Gdyby nie pomyślano o rozkrojeniu chleba, nigdy nie udałoby mi się go napocząć. Następnie domacałem się dzbanka, ale znowu żadnym sposobem nie mogłem do ust go przychylić; w istocie, zaledwie odwilżyłem gardło, wnet cała woda wylała się na ziemię. Czyniąc dalsze poszukiwania, znalazłem w kącie garść słomy i położyłem się. Związano mi ręce tak sztucznie, że nie doznawałem żadnej boleści i wkrótce zasnąłem.

Dzień czwarty

Zdawało mi się, że spałem już od kilku godzin, gdy wtem nagle mnie obudzono. Ujrzałem wchodzącego mnicha z zakonu świętego Dominika, a za nim kilku ludzi nader nieprzyjemnej powierzchowności. Niektórzy z nich nieśli pochodnie, inni zaś zupełnie nie znane mi narzędzia, służące zapewne do tortur.

Przypomniałem sobie o moim postanowieniu i zamierzyłem na włos od niego nie odstąpić. Przywiodłem na pamięć mego ojca; wprawdzie nigdy nie brano go na tortury, ale wiedziałem, że śród licznych i bolesnych operacji chirurgicznych, jakich doświadczał, nigdy nawet nie krzyknął.

- Będę go więc naśladował - rzekłem do siebie - nie wyrzeknę ani słowa, a nawet nie westchnę.

Inkwizytor kazał przynieść sobie fotel, usiadł obok mnie, przybrał wyraz łagodności i słodyczy i w te słowa się odezwał:

- Drogi, kochany synu, podziękuj niebu, że cię przyprowadziło do tego więzienia. Ale jakiż dałeś do tego powód? Jaki grzech popełniłeś? Wyspowiadaj się, we łzach i pokorze szukaj ulgi na moim łonie. Nie odpowiadasz - niestety, synu mój, źle, bardzo źle czynisz. My, według naszego systemu, nie przesłuchujemy winowajcy. Zostawiamy mu wolność oskarżania samego siebie. Wyznanie takie, jakkolwiek nieco wymuszone, ma przecież swoją dobrą stronę, zwłaszcza gdy winny raczy wymienić współwinowajców. Jeszcze milczysz? Tym gorzej dla ciebie; widzę, że muszę sam cię naprowadzić na dobrą drogę. Czy znasz dwie afrykańskie księżniczki, czyli raczej dwie niegodziwe czarownice, wiedźmy przebrzydłe, diablice wcielone? Nic nie mówisz? - niech więc wprowadzą te dwie infantki z dworu Lucyfera.

Tu wprowadzono obie moje kuzynki, z rękami również jak moje w tył związanymi, po czym inkwizytor tak dalej mówił:

- Cóż więc, kochany synu, poznajesz je? Ciągle milczysz? Drogi synu, niech cię to wcale nie przestrasza, co ci powiem. Sprawią ci tu małą boleść; widzisz te dwie deski? Włożą ci nogi między te deski i skrępują je sznurami, później zabiją ci młotem między kolana te oto kliny. Z początku nogi ci nabrzękną, dalej krew wytryśnie z wielkich palców, z innych zaś poodpadają paznokcie; podeszwy ci popękają i wycieknie tłustość pomieszana z rozgniecionym ciałem. To cię już więcej będzie bolało. Jeszcze nic nie odpowiadasz? Masz słuszność, to dopiero katusze przygotowawcze. Pomimo to jednak zemdlejesz, ale niebawem za pomocą tych oto soli i spirytusów wrócisz do przytomności. Natenczas wyjmą ci kliny i zabiją te tutaj, większe. Za pierwszym uderzeniem podruzgocą ci kolana i kostki, za drugim nogi wzdłuż ci popękają szpik wytryśnie i razem z krwią zbroczy słomę. Obstajesz przy twoim milczeniu? Dobrze więc, niech mu ścisną palce.

Na te słowa oprawcy porwali mnie za nogi i położyli między dwie deski.

- Nie chcesz mówić? - wsuńcie kliny!... Milczysz? - podnieście młoty!

W tej chwili dały się słyszeć liczne wystrzały broni. Emina krzyknęła:

- O Proroku! Jesteśmy ocaleni! Zoto przybywa nam na pomoc.

Zoto wszedł ze swoją czeredą, wyrzucił za drzwi oprawców i przykuł inkwizytora do obręczy żelaznej, wbitej w mur więzienia. Następnie rozwiązał mnie i dwie Mauretanki. Skoro tylko dziewczęta poczuły wolne ramiona, natychmiast zarzuciły mi je na szyję. Rozłączono nas. Zoto rozkazał mi wsiąść na konia i ruszyć naprzód, zaręczając, że wkrótce z kobietami za mną pośpieszy.

Przednia straż, z którą wyruszyłem, składała się z czterech jeźdźców. O świcie w odludnej okolicy zmieniliśmy konie; następnie drapaliśmy się po wierzchołkach i garbach stromych gór.

Około czwartej po południu dostaliśmy się między wydrążenia skaliste, gdzie zamierzaliśmy noc przepędzić. Cieszyłem się, że słońce jeszcze nie zaszło, gdyż widok był zachwycający, zwłaszcza dla mnie, który dotąd widziałem tylko Ardeny i Zeelandię. U stóp moich rozciągała się czarująca Vega de Granada, którą mieszkańcy tego kraju przekornie nazywają la Nuestra Vegilla. Widziałem całą: jej sześć miast i czterdzieści wiosek, kręte koryto Genilu, potoki spadające ze szczytów Alpuhary, cieniste gaje, altany, domy, ogrody i mnóstwo wiejskich folwarków. Zachwycony czarownym widokiem tylu przedmiotów razem nagromadzonych, wszystkie zmysły we wzrok zestrzeliłem. Zbudził się we mnie miłośnik natury i zapomniałem zupełnie o moich kuzynkach, które nie-bawem przybyły w lektykach niesionych przez konie. Gdy zasiadły na poduszkach rozłożonych w jaskini i wypoczęły nieco, rzekłem do nich:

- Moje panny, bynajmniej nie żalę się na noc, jaką przepędziłem w Venta Quemada, ale wyznam szczerze, że sposób, w jaki zakończyłem, niewypowiedzianie nie przypadł mi do smaku.

- Oskarżaj nas, Alfonsie - rzekła Emina - tylko o przyjemną stronę snów twoich. Zresztą na cóż narzekasz? Czyż nie zyskałeś sposobności okazania nadludzkiej odwagi?

- Jak to? - przerwałem - miałżeby kto powątpiewać o mojej odwadze? Gdybym znalazł takiego, biłbym się z nim przez płaszcz albo z zawiązanymi oczyma.

- Przez płaszcz, z zawiązanymi oczyma? Nie wiem, co przez to rozumiesz - odpowiedziała Emina. - rzeczy, o których ci mówić nie mogę. nawet takie, o których sama dotąd nic nie wiem. Ja wykonywam tylko rozkazy naczelnika naszej rodziny, następcy szejka Masuda, który posiada tajemnicę Kassar-Gomelezu. Mogę ci tylko powiedzieć, że jesteś naszym bliskim krewnym. Oidor Grenady, ojciec twojej matki, miał syna, który stał się godny odkrycia mu tajemnicy, przyjął wiarę Proroka i zaślubił cztery córki deja panującego wówczas w Tunisie. Tylko najmłodsza z nich miała dzieci i ta była właśnie naszą matką. Wkrótce po narodzeniu Zibeldy mój ojciec i trzy jego żony umarli na zarazę, która w tym czasie pustoszyła brzegi Berberii. Ale dajmy pokój tym rzeczom, o których sam później dokładnie się dowiesz. Mówmy o tobie, o wdzięczności, jaką ci jesteśmy winne, czyli raczej o naszym uwielbieniu dla twojej odwagi. Z jaką obojętnością spoglądałeś na przygotowania do katuszy! jak niewzruszoną stałość zachowałeś dla twego słowa! Tak, Alfonsie, przeszedłeś wszystkich bohaterów naszego pokolenia i odtąd należymy do ciebie.

Zibelda, która nie przeszkadzała siostrze, ile razy rozmowa toczyła się o rzeczach poważnych - odbierała swoje prawa, gdy następowała chwila uczucia. Okryty byłem przymilaniami, pochlebstwami i zadowolony z siebie i z drugich.

Wkrótce przybyły Murzynki i zastawiono wieczerzę, do której sam Zoto nam usługiwał z oznakami najgłębszego uszanowania. Po wieczerzy Murzynki posłały w jaskini wygodne łoże dla moich kuzynek, ja wynalazłem sobie drugą jaskinię i niebawem oddaliśmy się spoczynkowi, którego potrzeba tak silnie dawała się nam uczuwać.

Dzień piąty

Nazajutrz o świcie karawana gotowa była do pochodu. Zstąpiliśmy z gór i zeszliśmy w głębokie doliny, czyli raczej w przepaście, które zdawały się dosięgać wnętrzności ziemi. Przerywały one pasmo gór w tylu rozmaitych kierunkach, że niepodobieństwem było rozpoznać położenie lub cel, do którego zmierzaliśmy.

Postępowaliśmy tak przez sześć godzin i przybyliśmy do zwalisk opuszczonego miasta. Tam Zoto kazał nam zsiąść z koni i zaprowadziwszy mnie do studni, rzekł:

- Senor Alfonsie, racz spojrzeć w studnię i powiedz mi, co o niej sądzisz.

Odpowiedziałem, że widzę wodę i że sądzę, jest to zwykła studnia.

- Mylisz się - rzekł Zoto - jest to wejście do mego pałacu.

To mówiąc pochylił głowę nad otworem i wydał szczególny krzyk.

Na ten odgłos ujrzałem, jak deski wysuwają się z boku cembrowin, tworząc pomost na kilka stóp nad wodą. po czym uzbrojony człowiek wyszedł tym samym otworem, a za nim następny.

Gdy wydostali się na brzeg, Zoto rzekł do mnie:

- Senor Alfonsie, mam zaszczyt przedstawić ci dwóch moich braci: Cicia i Moma. Zapewne widziałeś ich powieszonych na szubienicy, ale to nie przeszkadza, że obaj zdrowi i będą zawsze służyć na twoje rozkazy, bowiem równie jak i ja w służbie i na żołdzie wielkiego szejka Gomelezów.

Odpowiedziałem mu, że mocno jestem ucieszony widokiem braci człowieka, który mi wyświadczył tak ważną przysługę.

Chcąc nie chcąc musieliśmy spuścić się do studni. Przyniesiono sznurową drabinę, po której dwie siostry zgrabniej zestąpiły, aniżeli byłbym się spodziewał. Udałem się w ich ślady. Stanąwszy na deskach, znaleźliśmy małe boczne drzwi, którymi trzeba było wejść, skurczywszy się we dwoje. Wkrótce jednak spostrzegliśmy szerokie schody, wykute w skale i oświecone lampami. Zeszliśmy przeszło dwieście schodów w głąb ziemi, na koniec dostaliśmy się do podziemia, rozdzielonego na mnóstwo komnat i mniejszych pokojów. Część mieszkalna, dla ochrony od wilgoci, pokryta była wewnątrz korkiem. Widziałem później w Cintra, niedaleko Lizbony, klasztor wykuty w skale, którego cele również obite były korkiem ź który z tego powodu nazywano korkowym klasztorem. Oprócz tego ciągle podsycane ognie utrzymywały łagodne ciepło w podziemiu Zota. Konie rozmieszczone były w okolicy, ale w razie potrzeby można je było sprowadzać pod ziemię przez otwór, wychodzący na sąsiednią dolinę. Urządzono nawet w tym celu specjalną windę, wszelako rzadko kiedy jej używano.

- Wszystkie te cuda - rzekła Emina - dziełem Gomelezów. Wykuli oni skałę, gdy byli jeszcze panami kraju, czyli raczej dokończyli pracę zaczętą przez pogan zamieszkujących Alpuharę w chwili ich przybycia. Uczeni utrzymują, że w tym samym miejscu znajdowały się niegdyś kopalnie czystego złota betyckiego, dawne zaś przepowiednie głoszą, że cała ta okolica powróci kiedyś w posiadanie Gomelezów. Co myślisz o tym, Alfonsie? To byłoby piękne dziedzictwo.

Nie podobały mi się słowa Eminy i wyraźnie jej to oświadczyłem; następnie odwracając rozmowę, zapytałem, jakie jej zamiary na przyszłość.

Emina odrzekła, że po tym wszystkim, co zaszło, nie mogą dłużej pozostać w Hiszpanii, ale chcą nieco wypocząć, dopóki nie zostanie przygotowany dla nich okręt.

Zastawiono obiad obfitujący zwłaszcza w zwierzynę i suche konfitury. Trzej bracia usługiwali nam z bezprzykładną gorliwością. Uczyniłem uwagę moim kuzynkom, że niepodobieństwem byłoby znaleźć bardziej uprzejmych wisielców. Emina przyznała mi słuszność i zwracając się do Zota, rzekła:

- Ty i twoi bracia musieliście bez wątpienia doświadczyć w życiu wielu niezwykłych przygód, o których posłuchalibyśmy z wielką przyjemnością.

Po chwili nalegania Zoto zasiadł obok nas i zaczął w te słowa:


HISTORIA ZOTA


Urodziłem się w mieście Benewencie, stolicy księstwa o tej samej nazwie. Ojciec mój, równie jak ja, Zotem zwany, był z zawodu nader biegłym zbrojownikiem. Ponieważ jednak było ich trzech w mieście i tamci dwaj mieli więcej szczęścia, przeto rzemiosło jego zaledwie wystarczało na wyżywienie żony i trojga dzieci, to jest mnie i dwóch moich braci.

W trzy lata po ślubie moich rodziców młodsza siostra mojej matki wyszła za mąż za kupca oliwy nazwiskiem Lunardo, który na podarunek ślubny dał jej parę złotych kolczyków i takiż łańcuszek na szyję. Matka, wróciwszy z wesela, zdawała się być pogrążona w głębokim smutku. Mąż chciał dowiedzieć się o przyczynie, ona długo wzbraniała się mu wyznać, na koniec odkryła, że trawi żal, nie ma podobnych, jak siostra kolczyków i łańcuszka. Ojciec nic na to nie odrzekł. Miał w swoim składzie cudownie wyrobioną strzelbę do polowania z takimiż pistoletami i kordelasem. Strzelba, nad którą mój ojciec przez cztery lata pracował, dawała cztery strzały od jednego nabicia. Ojciec cenił na trzysta złotych uncji neapolitańskich, wyszedł jednak na miasto i całą broń sprzedał za osiemdziesiąt uncji, następnie kupił kolczyki i łańcuszek i przyniósł je żonie. Matka tego samego dnia poszła pochwalić się przed żoną Lunarda i niesłychanie ucieszyła się, gdy uznano kolczyki jej za daleko piękniejsze i bogatsze.

W tydzień potem żona Lunarda przyszła odwiedzić moją matkę. Tym razem miała włosy splecione w jeden zwinięty warkocz, przytwierdzony wielką złotą szpilką, zakończoną misternie wyrobioną rubinową różą. Ta złota róża zapuściła w serce mojej matki dotkliwe kolce. Znowu zaczęła się dręczyć i nie pierwej przestała, ojciec przyrzekł, że kupi jej taką samą szpilkę. Jednakże szpilka podobna kosztowała czterdzieści pięć uncji i ojciec, nie mając ani tyle pieniędzy, ani sposobów nabycia ich, wkrótce wpadł w tenże sam smutek, w jakim przed kilkoma dniami moja matka zostawała.

Tymczasem pewnego dnia odwiedził mojego ojca miejscowy bravo, nazwiskiem Grillo Monaldi, i przyniósł mu pistolety do wyczyszczenia. Monaldi, widząc posępność mego ojca, zapytał go o przyczynę i ten mu wszystko wyjawił. Po chwili namysłu Monaldi rzekł do niego tymi wyrazy:

- Panie Zoto. jestem ci więcej winien, aniżeli sam sądzisz. Przed kilkoma dniami znaleziono przypadkiem mój sztylet w ciele człowieka zamordowanego na drodze do Neapolu; sąd posyłał ten sztylet do wszystkich zbrojowników, a ty wspaniałomyślnie oświadczyłeś, że go po raz pierwszy widzisz, jakkolwiek sztylet pochodził z twego warsztatu i mnie samemu go sprzedałeś. Zeznając prawdę, mogłeś mnie wprowadzić w niepotrzebny kłopot. Masz tu więc czterdzieści pięć uncji, których tak potrzebujesz; nadto pomnij, że odtąd kiesa moja jest na twoje rozkazy.

Ojciec mój z wdzięcznością przyjął pieniądze i natychmiast poszedł kupić złotą szpilkę, w której tego samego dnia matka moja wystąpiła przed swoją dumną siostrą.

Matka, wróciwszy do domu, nie wątpiła, że pani Lunardo wkrótce ukaże się ustrojona w jaki nowy klejnot. Ale ta powzięła zamiar wcale innego rodzaju. Chciała pójść do kościoła z najętym lokajem w liberii i zwierzyła się z tym zamiarem swemu mężowi. Lunardo, z natury niesłychanie skąpy, łatwo przystawał na kupno kawałka złota, które zdawało mu się równie bezpieczne na głowie żony, jak w jego własnej szkatule, ale zupełnie odmiennego był zdania, gdy go proszono o uncję złota dla próżniaka, który nie wiedzieć dlaczego przez pół godziny miał stać za ławką jego żony. Jednakże pani Lunardo tak go męczyła i dręczyła bezustannie, że postanowił na koniec dla oszczędności sam ubrać się w liberię i pośpieszyć za żoną do kościoła. Pani Lunardo uznała, że mąż równie jest zdolny do tego rzemiosła, jak ktokolwiek inny i od najbliższej niedzieli postanowiła ukazywać się w kościele z lokajem tego nowego rodzaju. Wprawdzie sąsiedzi śmieli się z tej maskarady, ale ciotka moja przypisywała to uczuciu niepohamowanej zazdrości.

Gdy zbliżała się do kościoła, żebracy zaczęli krzyczeć na cale gardło we właściwym im narzeczu.:

- Mira Lunardu che falucriadu desu a mugiera!

Ponieważ jednak biedni tylko do pewnego stopnia posuwają swoją śmiałość, przeto pani Lunardo spokojnie weszła do kościoła, gdzie rozstąpiono się przed nią z należnym poszanowaniem. Podano jej wodę święconą i posadzono w ławce, podczas gdy matka moja stała wśród kobiet z najniższych warstw.

Matka, powróciwszy do domu. natychmiast zaczęła obszywać niebieski kaftan ojca starym żółtym galonem, odprutym od ładownicy jakiegoś munduru. Ojciec, zdziwiony, zapytał o przyczynę, na co opowiedziała mu postępek siostry, której mąż był tak grzeczny, że ubrawszy się w liberię, poszedł za nią do kościoła. Ojciec zapewnił ją, że nigdy nie zdobędzie się na grzeczność, wszelako następnej niedzieli najął za uncję złota wygalonowanego lokaja, który poszedł za matką do kościoła, i znowu pani Lunardo musiała ustąpić siostrze.

Tego samego dnia, zaraz po mszy, Monaldi przyszedł do mego ojca i odezwał się tymi słowy:

- Kochany Zoto, dowiedziałem się o współzawodnictwie w dziwactwach, jakie żona twoja ze swą siostrą wyprawiają. Jeżeli śpiesznie temu nie zaradzisz, będziesz nieszczęśliwy przez całe życie. Masz więc dwie drogi przed sobą: albo dać żonie porządną naukę, lub też jąć się rzemiosła, które by zaspokoiło jej skłonność do wydatków. Jeżeli chwycisz się pierwszej drogi, ofiaruję ci leszczynową różdżkę, której często używałem na nieboszczkę moją małżonkę. Nie jest to wprawdzie jedna z tych leszczynowych różdżek, które ujęte za oba końce obracają się w rękach i służą do odkrywania źródeł, a nawet czasami i skarbów, ale jeżeli weźmiesz za jeden koniec, a drugi przyłożysz do pleców twojej żony, zaręczam, że wkrótce łatwo wyleczysz ze wszystkich przywidzeń. Z drugiej strony, jeżeli pragniesz zaspokoić wszelkie jej żądania, ofiaruję ci przyjaźń najdzielniejszych ludzi w całych Włoszech, którzy teraz radzi przebywają w Benewencie, jako mieście granicznym. Sądzę, że mnie rozumiesz; namyśl się i daj mi odpowiedź.

To mówiąc Monaldi położył różdżkę na warsztacie mego ojca i odszedł.

Tymczasem matka moja po mszy poszła na korso i do kilku przyjaciółek, aby pochwalić się swoim lokajem. Nareszcie wróciła uradowana do domu, ale ojciec całkiem inaczej przyjął, aniżeli się tego spodziewała. Lewą ręką porwał za ramię, prawą zaś ująwszy leszczynową różdżkę zaczął wykonywać rady swego przyjaciela. Z taką gorliwością oddał się udzielania tej nauki, że matka padła zemdlona, co widząc przestraszony małżonek wyrzucił różdżkę, jął błagać o przebaczenie, otrzymał je i pokój znowu został przywrócony.

W kilka dni potem ojciec udał się do Monaldiego i powiedziawszy mu, że leszczynowa różdżka nie poskutkowała, polecił się przyjaźni dzielnych towarzyszów, o których ten mu wspomniał. Monaldi w te słowa mu odrzekł:

- Dziwi mnie to, że nie mając serca ukarać własnej żony, myślisz, że ci wystarczy odwagi, by czatować na podróżnych u skraju lasu. Zresztą jest to zupełnie możliwe, serce ludzkie kryje w sobie tyle różnych przeciwieństw. Chętnie przedstawię cię moim przyjaciołom, ale musisz wprzódy popełnić przynajmniej jedno morderstwo. Wieczorem po skończonej pracy weź długą szpadę, zatknij sztylet za pas i przybrawszy zuchwałą postawę, przechadzaj się pod portalem Madonny. Być może, że kto zażąda twojej pomocy. Tymczasem bądź zdrów; oby niebo raczyło sprzyjać twoim przedsięwzięciom.

Ojciec posłuchał rady Monaldiego i wkrótce spostrzegł, że różni wojacy jemu podobni, a nawet zbirowie, pozdrawiają go ze znaczącym spojrzeniem. Po dwóch tygodniach takiej przechadzki jakiś zamożnie ubrany nieznajomy zbliżył się do niego i rzekł:

- Oto masz pan sto uncji. Za pół godziny ujrzysz przechodzących tędy dwóch młodych ludzi z białymi piórami na kapeluszach. Zbliżysz się do nich, jak gdybyś chciał im powierzyć jakąś tajemnicę, i rzekniesz półgłosem; "Który z panów jest margrabią Feltri?" Jeden z nich odpowie: "Ja nim jestem". Natenczas pchniesz go sztyletem w serce. Drugi młody człowiek jest nikczemnym tchórzem i zaraz ucieknie. Wtedy dobijesz Feltriego. Gdy wszystko już będzie skończone, wracaj spokojnie do domu i wcale nie staraj się schronić do kościoła. Ja będę tuż przy tobie.

Mój ojciec wypełnił słowo w słowo dane mu polecenie i gdy powrócił do domu, zastał już nieznajomego, którego nienawiści tak dobrze usłużył.

- Panie Zoto - rzekł tenże - mocno ci jestem obowiązany za wyświadczoną mi przysługę. Oto jest druga kiesa z setką uncji, które chciej przyjąć, i jeszcze jedna tej samej wartości, którą wsuniesz w rękę temu ze sług sprawiedliwości, który pierwszy się u ciebie pokaże.

Po tych słowach nieznajomy zawinął się w płaszcz i odszedł.

Wkrótce potem naczelnik zbirów stawił się u mego ojca, odebrawszy jednak sto uncji przeznaczonych dla sprawiedliwości, zaprosił go do siebie na przyjacielską wieczerzę. Udali się do mieszkania przyległego do publicznego więzienia i znaleźli już przy stole nadzorcę więzienia i spowiednika więźniów. Ojciec mój był nieco wzruszony, jak to zwykle bywa po pierwszym morderstwie. Duchowny, spostrzegłszy jego pomieszanie, rzekł:

- Panie Zoto, odłóż na bok te smutki. Za msze w katedralmym kościele płaci się po dwanaście tan. od sztuki. Powiadają, że zamordowano margrabiego Feltri. Każ zmówić ze dwadzieścia mszy za odpoczynek jego duszy, a otrzymasz rozgrzeszenie ogólne.

Po tych słowach już więcej nie wspomniano o tym, co zaszło, i wieczerza odbyła się wesoło.

Nazajutrz Monaldi przyszedł do mego ojca winszować mu czynu, którym się popisał. Ojciec chciał mu zwrócić czterdzieści pięć uncji, które dawniej był od niego pożyczył, ale Monaldi rzekł:

- Zoto, obrażasz mnie; jeżeli jeszcze raz wspomnisz mi o tych pieniądzach, będę sądził, że czynisz mi wyrzuty, wtedy okazałem się dla ciebie zbyt skąpy. Kiesa moja jest na twoje usługi i możesz być przekonany o mojej przyjaźni. Nie będę ukrywał przed tobą, że jestem naczelnikiem towarzyszów, o których ci wspominałem; to wszystko ludzie honorowi i nieposzlakowanej uczciwości. Jeżeli chcesz do nich należeć, powiedz, że jedziesz do Brescii dla zakupienia luf do muszkietów, i złącz się z nami w Kapui. Zajedź prosto do gospody Pod Złotym Krzyżem i bądź spokojny o resztę.

W trzy dni potem ojciec mój wyjechał i odbył wyprawę, równie zaszczytną jak zyskowną. Jakkolwiek klimat Benewentu jest nader łagodny, jednak ojciec, nie przyzwyczajony jeszcze do nowego rzemiosła, nie chciał podczas złej pory puszczać się na wyprawy. Przepędził więc leże zimowe na łonie rodziny. Odtąd co niedziela wygalonowany lokaj chodził za matką do kościoła, nadto sąsiadki podziwiały złote zapinki na jej czarnym aksamitnym gorsecie i takież kółko do kluczów.

Z nadejściem wiosny jakiś nieznajomy służący podszedł do mego ojca na ulicy prosząc, aby raczył udać się z nim do bramy miasta. Tam spotkali szlachcica w podeszłym wieku i czterech konnych. Nieznajomy szlachcic rzekł:

- Panie Zoto, weź kiesę z, pięćdziesięciu cekinami; pośpieszysz za mną do pobliskiego zamku, tymczasem zaś pozwolisz, aby ci zawiązano oczy.

Ojciec zgodził się na wszystko i po długim kołowaniu przybył nareszcie z nieznajomym do zamku. Wprowadzono go do środka i odwiązano mu oczy. Wtedy ujrzał zamaskowaną kobietę, z zakneblowanymi ustami i przywiązaną do fotela. Starzec rzekł do niego:

- Panie Zoto, masz tu jeszcze sto cekinów; teraz bądź łaskaw zamordować moją żonę.

- Mylisz się pan - odparł ojciec - widzę, że mnie wcale nie znasz. Wprawdzie czatuję na ludzi za rogiem ulicy lub napadam na nich w lesie, jak przystoi na człowieka honorowego, ale nigdy nie wypełniam obowiązków kata.

To mówiąc rzucił obie kiesy pod nogi mściwego małżonka, który więcej na niego nie nalegał, kazał mu znowu zawiązać oczy i polecił służącym, aby go odprowadzili do bram miasta. Ten wspaniały i szlachetny postępek uczynił ojcu wiele zaszczytu, a wkrótce drugi, w podobnym rodzaju, jeszcze większe zyskał mu pochwały.

Było w Benewencie dwóch ludzi bogatych i szanowanych; jeden z nich nazywał się hrabia Montalto, drugi zaś margrabia Serra. Montalto kazał zawołać mego ojca i przyrzekł mu pięćset cekinów za zamordowanie margrabiego. Ojciec zobowiązał się, prosił tylko o zwłokę, wiedział bowiem, że Serra pilnie się strzeże.

W dwa dni potem margrabia Serra kazał sprowadzać mego ojca do ustronnego miejsca i rzekł mu:

- Ta kiesa z pięciuset cekinami będzie twoja, kochany Zoto, jeżeli dasz mi słowo honoru, że zamordujesz hrabiego Montalto.

Mój ojciec wziął kiesę i odparł:

- Mości margrabio, daję ci słowo honoru, że zamorduję hrabiego Montalto, ale muszę wyznać, że wprzódy już obiecałem mu zabić ciebie.

- Spodziewam się, że tego nie uczynisz - rzekł margrabia śmiejąc się.

- Przebacz mi, mości margrabio - przerwał mój ojciec z powagą - zobowiązałem się i umowy dotrzymam.

Margrabia odskoczył kilka kroków w tył i porwał się do szpady, ale ojciec dobył pistoletów zza pasa i roztrzaskał mu głowę. Następnie udał się do Montalta i oświadczył mu, że jego nieprzyjaciel już nie żyje. Hrabia uściskał go i wyliczył pięćset cekinów. Wtedy mój ojciec, nieco zmieszany, wyznał, że margrabia przed śmiercią dał mu za zamordowanie hrabiego pięćset cekinów. Montalto wynurzył swoją radość, że zdołał uprzedzić nieprzyjaciela.

- To się na nic nie przyda, panie hrabio - przerwał ojciec - gdyż przyrzekłem mu śmierć twoją pod słowem honoru.

To mówiąc pchnął go sztyletem. Hrabia padając wydał krzyk straszliwy, który ściągnął służących. Ojciec sztyletem usłał sobie drogę i uciekł w góry, gdzie znalazł bandę Monaldiego. Wszyscy dzielni towarzysze, składający ją, nie mogli dość wyrazić ubolewania dla tak skrupulatnego poczucia honoru. Zaręczam wam, że wypadek ten dotychczas jest na ustach wszystkich mieszkańców i długo jeszcze będą o nim mówić w całym Benewencie.

Gdy Zoto kończył opowiadanie tej przygody swego ojca, jeden z jego braci przyszedł mu powiedzieć, że oczekiwano na jego rozkazy względem przygotowania okrętu. Opuścił nas więc prosząc o pozwolenie odłożenia na jutro dalszego ciągu historii. Wszelako to, com dotąd usłyszał, mocno mnie zastanawiało. Dziwiło mnie, że ciągle wychwalał honor, subtelność i nieposzlakowaną uczciwość ludzi, którzy powinni byli za łaskę uważać, gdyby ich tylko powieszono. Nadużycie tych słów, którymi szastał z taką pewnością siebie, pomieszało wszystkie moje myśli.

Emina, spostrzegłszy moje zamyślenie, zapytała o przyczynę. Odpowiedziałem, że historia ojca Zota przypomina mi to, co przed dwoma dniami słyszałem od pewnego pustelnika, który utrzymywał, że cnoty opierają się dziś na daleko pewniejszych podstawach niż poczucie honoru.

- Drogi Alfonsie - rzekła Emina - szanuj tego pustelnika i wierz temu wszystkiemu, co ci mówi. Nieraz jeszcze spotkasz go w twoim życiu.

Następnie obie siostry powstały i oddaliły się wraz z Murzynkami do swoich pokojów, to jest do części podziemia dla nich przeznaczonej. Powróciły na wieczerzę, po której wszyscy udali się na spoczynek.

Gdy się już uciszyło w jaskini, ujrzałem wchodzącą Eminę. Jedną ręką trzymała lampę - jak Psyche - a drugą prowadziła swą siostrę, piękniejszą od Amora. Moje łóżko posłane było w taki sposób, że obie mogły na nim usiąść. Emina odezwała się:

- Kochany Alfonsie, mówiłam ci już, że należymy do ciebie. Wielki szejk przebaczy nam, że uprzedzamy nieco jego pozwolenie.

- Piękna Emino - odpowiedziałem - i wy zechciejcie mi przebaczyć. Jeżeli ma to być jeszcze jedna próba, na jaką wystawiacie moją cnotę, to lękam się, że tym razem nie zdoła wyjść cało.

- Nie obawiaj się - przerwała piękna Mauretanka i wziąwszy moją rękę, położyła sobie na biodrze. Wyczułem pod palcami pas, który nie miał nic wspólnego z boginią Wenus, choć przywodził na myśl rzemiosło jej małżonka. Kuzynki moje nie miały kluczyka od zatrzasku, w każdym razie utrzymywały, że go nie mają.

Osłaniając samo centrum, nie odmówiono mi na szczęście dostępu do innych rejonów. Zibelda przypomniała sobie rolę kochanki, którą niegdyś ćwiczyła ze swoją siostrą. Emina ujrzała we mnie przedmiot swych ówczesnych miłosnych uniesień i wszystkimi zmysłami oddała się temu słodkiemu wyobrażeniu; jej młodsza siostra, zwinna, żywa, pełna ognia, chłonęła mnie swymi pieszczotami. Chwile nasze wypełniało ponadto coś bardziej nieokreślonego - zamiary, o których ledwie napomykaliśmy i cała ta słodka paplanina, która u młodych ludzi stanowi intermezzo pomiędzy świeżym wspomnieniem a nadzieją bliskiego szczęścia.

Nareszcie sen zaczął tłoczyć powieki pięknych Mauretanek i oddaliły się do siebie. Zostawszy sam, pomyślałem, że byłoby mi bardzo nieprzyjemnie, gdybym nazajutrz znowu obudził się pod szubienicą. Roześmiałem się z tej myśli, ale ciągle chodziła mi po głowie, dopókim nie zasnął.

1

Dzień szósty

Zoto obudził mnie i oznajmił, że porządnie zaspałem i że obiad jest już przygotowany. Ubrałem się czym prędzej i poszedłem do moich kuzynek, które czekały w jadalnej komnacie. Oczy ich spoczęły na mnie z pieszczotą, dziewczęta zdawały się bardziej zajęte wspomnieniami ubiegłej nocy niż ucztą, jaką im zastawiono. Po skończonym obiedzie Zoto zasiadł obok nas i tak dalej zaczął opowiadać swoje przygody:

DALSZY CIĄG HISTORII ZOTA

Miałem wówczas siódmy rok, gdy ojciec mój złączył się z bandą Monaldiego, i dobrze pamiętam, jak moją matkę, mnie i dwóch moich braci zaprowadzono do więzienia. Wszelako było to tylko dla pozoru, ojciec mój bowiem nie zapomniał zarobkiem swoim podzielić się ze sługami sprawiedliwości, którzy z łatwością dali się przekonać, że nie mamy z ojcem żadnych stosunków. Naczelnik zbirów podczas naszego uwięzienia gorliwie się nami zajmował i nawet skrócił nam czas niewoli. 

Matka moja, wydostawszy się na wolność, została z wielką czcią powitana przez sąsiadki i przez wszystkich mieszkańców całej dzielnicy, w południowych bowiem Włoszech rozbójnicy są takimi bohaterami ludu, jak kontrabandziści w Hiszpanii. Część powszechnego szacunku spadła także i na nas; ja zwłaszcza uważany byłem za księcia urwiszów na naszej ulicy. 

Śród tego Monaldi poległ w jednej z wypraw i mój ojciec, objąwszy dowództwo nad bandą, chciał zabłysnąć świetnym jakimś czynem. Uczynił wiec zasadzkę na drodze do Salerno na konwój pieniędzy wysłanych przez wicekróla Sycylii. Wyprawa się udała, ale ojciec mój został kulą muszkietową postrzelony w krzyż i nie mógł już dalej trudnić się rzemiosłem. Chwila, w której żegnał się z towarzyszami, była niewypowiedzianie rozrzewniająca. Zapewniają, że kilku rozbójników na cały głos się rozpłakało, czemu z trudnością bym wierzył, gdybym raz w życiu sam nie był gorzko płakał, zamordowawszy moją kochankę, jak to wam później opowiem. 

Banda bez naczelnika nie mogła długo się ostać; kilku towarzyszów udało się do Toskanii, gdzie ich powieszono, reszta zaś złączyła się z Testa-Lungą, który wówczas zaczynał w Sycylii nabierać pewnej wziętości. Mój ojciec przebył cieśninę i udał się do Mesyny, gdzie poprosił o azyl w klasztorze augustianów del Monte. Złożył uciułane grosze w ręce zakonników, odprawił publiczną pokutę i zamieszkał pod przysionkiem kościoła. Wiódł tam spokojne życie, przechadzki zaś pozwolono mu używać w ogrodach i na dziedzińcach klasztornych. Mnisi dawali mu zupę, po resztę zaś potraw posyłał do sąsiedniej gospody; nadto braciszek zakonny opatrywał mu rany. 

Domyślam się, że ojciec musiał nam często przysyłać pieniądze, gdyż obfitość panowała w naszym domu. Matka uczestniczyła we wszystkich zabawach karnawału, a w wielkim poście uszykowała nam presepio, czyli szopkę z lalkami, pałacami cukrowymi, zabawkami i tym podobnymi drobnostkami, w których mieszkańcy królestwa neapolitańskiego nawzajem się przesadzają. Ciotka Lunardo miała także szopkę, ale daleko mniej świetną od naszej. 

Matka moja, o ile pamiętam, była nadzwyczaj dobra i często widzieliśmy, jak płakała, myśląc o niebezpieczeństwach, na jakie się jej małżonek naraża; niedługo jednak wystąpienie w jakim ubiorze lub klejnocie, na przekór siostrze lub sąsiadkom, osuszało jej łzy. Radość z pysznej szopki była ostatnią przyjemnością, jakiej doświadczyła. Nie wiem jakim sposobem dostała zapalenia płuc i w kilka dni później umarła, 

Po jej śmierci nie bylibyśmy wiedzieli, co z sobą począć, gdyby nadzorca więzienia nie był nas przyjął do siebie. Przebywaliśmy u niego kilka dni, następnie zaś oddano nas pod opiekę pewnemu mulnikowi. Ten przeprowadził nas przez Kalabrię i czternastego dnia przywiózł do Mesyny. Ojciec mój wiedział już o śmierci żony, przyjął nas z rozczuleniem, kazał nam rozesłać maty obok swoich i przedstawił mnichom, którzy nas przyjęli do liczby dzieci służących do mszy. 

Służyliśmy więc do mszy, obcinaliśmy knoty u świec, zapalaliśmy lampy, resztę zaś dnia łotrowaliśmy na ulicy tak dobrze, jak w Benewencie. Zjadłszy zupę u mnichów, dostawaliśmy od ojca po jednym taro na kasztany i obarzanki, z którymi szliśmy bawić się w porcie i powracaliśmy dopiero późno w nocy. Ostatecznie, na świecie nie było szczęśliwszych od nas uliczników, gdy wtem wypadek, o którym dziś jeszcze nie mogę mówić bez wściekłości, postanowił o całym losie mego życia. 

Pewnej niedzieli, właśnie gdy miały się zacząć nieszpory, przybiegłem przed kościół, obładowany kasztanami, które zakupiłem dla siebie i moich braci, i dzieliłem między nich ulubione owoce. Wtem zajechał przed kościół przepyszny powóz, zaprzężony sześcią koni i poprzedzony dwoma luzakami tej samej maści; jest to zbytkowny obyczaj, który widywałem tylko na Sycylii. Otworzono drzwiczki i naprzód wysiadł szlachcic bracciero, podając ramię pięknej damie, za nimi ksiądz, nareszcie mały chłopczyk w moim wieku, o prześlicznej twarzy, ubrany z węgierska; był to strój, jaki dość powszechnie wówczas dzieci nosiły. 

Węgierka z szafirowego aksamitu, haftowana złotem i obszyta sobolami, spadała mu niżej kolan i pokrywała wierzch jego żółtych, safianowych bucików. Na głowie miał kołpaczek także z szafirowego aksamitu, obszyty sobolami i ozdobiony kitą z pereł, która spadała mu na ramię. U pasa ze złotych sznurków i żołędzi wisiał mały pałasz, wysadzany drogimi kamieniami. Nareszcie w ręku trzymał książkę do nabożeństwa, oprawną w złoto. 

Widok tak pięknej sukni na chłopczyku w moim wieku tak dalece mnie zachwycił, że sam nie wiedząc, co czynię, zbliżyłem się do niego i ofiarowałem mu dwa kasztany, które trzymałem w ręku; ale niegodziwy hultaj, zamiast podziękować za grzeczność, z całej siły uderzył mnie książką do nabożeństwa w nos. Raz ten omal mi nie wybił lewego oka, klamra zaś, która zaczepiła o nos, rozdarła mi nozdrze i w jednej chwili krwią się zalałem. Zdaje mi się, że słyszałem, jak mały panicz zaczął przeraźliwie krzyczeć, ale nie pamiętam tego dobrze, gdyż upadłem bez przytomności. Wróciwszy do zmysłów, ujrzałem się obok studni ogrodowej, w otoczeniu ojca i moich braci, którzy obmywali mi twarz i starali się zatrzymać upływ krwi. 

Gdy tak jeszcze leżałem zakrwawiony, spostrzegliśmy małego panicza z owym szlachcicem, który pierwszy wysiadł z karety, przybywających z księdzem i dwoma lokajami, z których jeden niósł pęk rózeg. Szlachcic oświadczył w krótkich słowach, że księżna Rocca Fiorita żąda, aby do krwi mnie oćwiczono za to, że poważyłem się przestraszyć ją i jej małego Principina. Natychmiast lokaje wzięli się do wykonania wyroku. Ojciec mój lękając się, aby klasztor nie wymówił mu schronienia, z początku nie śmiał się odzywać, ale widząc, że bez litości rozdzierano mi ciało, nie mógł już dłużej wytrzymać i zwracając się do owego szlachcica, rzekł z wyrazem głębokiego oburzenia: 

- Każ pan zakończyć te męczarnie albo pamiętaj, że niejednego zamordowałem, który wart był dziesięciu takich jak ty.