Rdza - Adam Krechowiecki - ebook
Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 484 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rdza - Adam Krechowiecki

Powieść z 1898 roku. Adam Krechowiecki (1850–1919) był konserwatywnym pisarzem sprzeciwiającym się nowym ruchom i prądom w sztuce. Przykładem takiego konserwatywnego pisarstwa może być właśnie powieść dotycząca czasów swego powstania – „Rdza”. Pisarz przyjaźnił się z Henrykiem Sienkiewiczem i ślady tej przyjaźni widać także w jego twórczości. Dzieła Adama Krechowieckiego przypominają twórczość Sienkiewicza zarówno pod względem budowy artystycznej, jak i w sposobie prowadzenia narracji i wątków. Poglądy pisarza były bliskie postawie krakowskiej szkoły historycznej, od której przejął głównie zapatrywania na przyczyny upadku powstania styczniowego. Wszystkie te elementy są widoczne w powieści „Rdza”. Autor pracował również jako dziennikarz. Będąc długoletnim redaktorem „Gazety Lwowskiej”, działał na niwie życia kulturalnego i społecznego. Przed związaniem się z „Gazetą Lwowską” był referentem sztuk teatralnych. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Rdza - Adam Krechowiecki

Fragment ebooka Rdza - Adam Krechowiecki






Spis treści

  1. TOM I
  2. ROZDZIAŁ I
  3. ROZDZIAŁ II
  4. ROZDZIAŁ III
  5. ROZDZIAŁ IV
  6. ROZDZIAŁ V
  7. ROZDZIAŁ VI
  8. ROZDZIAŁ VII
  9. ROZDZIAŁ VIII
  10. ROZDZIAŁ IX
  11. ROZDZIAŁ X
  12. TOM II
  13. ROZDZIAŁ I
  14. ROZDZIAŁ II
  15. ROZDZIAŁ III
  16. ROZDZIAŁ IV
  17. ROZDZIAŁ V
  18. ROZDZIAŁ VI
  19. ROZDZIAŁ VII
  20. ROZDZIAŁ VIII
  21. ROZDZIAŁ IX
  22. ROZDZIAŁ X
  23. ROZDZIAŁ XI
  24. ROZDZIAŁ XII
  25. KOLOFON

TOM I


ROZDZIAŁ I

Profesora Tomasza Rolicza znał cały Lwów, chociaż on prawie z nikim stosunków osobistych nie utrzymywał. Żył w zupełnym odosobnieniu, zajęty tylko pracą naukową. Mieszkał w dworku własnym, otoczonym ogrodem, na jednej z bocznych uliczek, w pobliżu uniwersytetu, którą dopiero od niedawna ochrzczono imieniem jednego z wielkich uczonych.

Jest bowiem jedną z właściwości Lwowa, iż najmniejsze uliczki otrzymują w nim nazwiska ludzi największych. Jaka myśl kieruje w tym względzie ojcami miasta, nie odgadł jeszcze nikt. Jest to zarówno nieprzewidziane, jak przypadek.

Profesor Rolicz cieszył się jednak niezmiernie, gdy ta uliczka, zaniedbana dotychczas i, jak się zdawało, zapomniana zupełnie, otrzymała tak świetną nazwę. Odtąd codziennie, wracając ze zwykłego spaceru, zatrzymywał się na rogu ulicy i z lubością odczytywał nazwisko uczonego, wypisane czarnymi, wielkimi literami na białej tablicy; uśmiechał się też z zadowoleniem, gdy na frontowej ścianie jego dworku przybito również małą, owalną tabliczkę z numerem domu i nazwą uliczki.

Tabliczka ta stała się przedmiotem jego szczególnej pieczołowitości. Kazał dać nad nią daszek blaszany, aby ją uchronić od wpływu wilgoci i pyłu; martwił się, gdy to nie pomagało, gdy białe tło i czarne litery traciły swą barwę, i corocznie też odnawiać ją kazał.

Siostra jego, znacznie od niego starsza, bezdzietna wdowa, nieco gderliwa, pani Nadolska, która po śmierci męża zamieszkała przy bracie i prowadziła mu gospodarstwo domowe, wzruszała ramionami, szepcąc:

– Zdziwaczał, do reszty zdziwaczał... I skarżyła się przed sąsiadkami:

– On ani o siebie, ani o mnie tak nie dba, jak o tę głupią tablicę. Gdybym mu surduta nie kazała sprawić, lub nie kupiła krawatki, toby w dziurach i łachach cały Boży rok chodził i aniby się spostrzegł. A tablicę lakieruje i lakieruje...

Pani Kasprzycka, osoba niemłoda, ale ruchliwa, bywająca wszędzie i wszystko wiedząca, odrzekła na to

– Co pani kochana chce? Uczony i już. Znałam ja takich dosyć po świecie; każdego z nich uczepiło się jakieś dziwactwo. Bo mózg, kochana pani, nie może tego wytrzymać bezkarnie, aby go ciągle w natężeniu trzymano, i krzywi się... Znałam jednego takiego, co oderwany od książki, o Bożym świecie nie wiedział, tylko na wszystko uśmiechał się i głową trząsł... Aż wreszcie umarł...

Pani Nadolska niemal z gniewem spojrzała na gadatliwą sąsiadkę.

– O, przepraszam bardzo! Mój brat, chociaż uczony...

– Wiem, wiem, pani kochana, że uczony, wszyscy o tym wiedzą. Teraz podobno jakieś dzieło napisał i mówią, że jeszcze takiego nie było...

– A pewnie! – odparła z dumą pani Nadolska. I zaczęła wychwalać brata. On był dla niej wszystkim na świecie: bożyszczem, chlubą, szczęściem. Ile on dobrego czynił, ilu uczniom ubogim pomagał – tego nie zliczyć...

– To człowiek święty! – zawołała wreszcie w uniesieniu.

Pani Kasprzycka, która była także niegdyś żoną profesora, lecz z nim się rozeszła, miała snadź wszystkich uczonych w podejrzeniu, bo te pochwały, oddawane Roliczowi, drażniły ją widocznie.

– Święty, nie święty – odparła, ale życie to chyba kochana pani ma z nim niewesołe. Jak ja na przykład przyjdę, to pan Rolicz ani ust nie otworzy – i gdyby nie ja, co przerywam milczenie, toby się głuchoniemi co chwila rodzili... Bo kochana pani wie, że jak jest kilka osób w pokoju i milczą, to się taki biedak głuchoniemy wtedy rodzi...

Pani Nadolska uśmiechnęła się nieznacznie. Wiedziała ona, że brat nie znosił Kasprzyckiej za jej gadatliwość, i dlatego zwykle milczał przy niej.

– A co do tej świętości – mówiła dalej pani Kasprzycka – to ja kochanej pani powiem: w świętych mężczyzn nie wierzę! Może byli kiedyś, jak kalendarz układano, ale co teraz to nie. Ja się nawet do kalendarzowych mężczyzn nie modlę; święte niewiasty mi wystarczają...

– Co też pani wygaduje! – przerwała pani Nadolska.

– E, pani kochana, wiem, co mówię. Niech się pani gorszy, ale to muszę powiedzieć, że kochana pani, osoba taka miła i rozsądna, przy tym bracie kompletnie rdzewieje... Alboż to życie?

Raniutko, skoro świt, do kościoła, wieczorem znowu do kościoła, a w ciągu całego dnia uroczyste milczenie. Brat nad książką, a siostra myśli tylko o tym, aby mu czego, Boże broń, nie zabrakło... Ja bywam w świecie, to wiem, co ludzie mówią. Że pan Rolicz uczony, że poczciwy, że zacny, to wszyscy przyznają; ale z tych jego nabożeństw i pustelniczego życia śmieją się. Nazywają go... wie kochana pani jak: gryziołtarz!...

Pani Nadolska z oburzeniem zaprotestować chciała, gdy wtem we drzwiach dworku ukazał się Rolicz.

Rozmowa dwóch sąsiadek toczyła się przy furtce ogrodowej; pani Kasprzycka bowiem najbardziej ożywioną rozmowę zwykle rozpoczynała na wychodnym.

Rolicz wybierał się do miasta. Przywitawszy się z panią Kasprzycka, która na jego widok nagle umilkła, zwrócił się ku siostrze.

– Moja Tereniu – rzekł – spodziewam się, że przyjdzie tu do mnie Zygmunt Wilski. Powiedz mu, aby na mnie poczekał; ja niebawem wrócę.

Ukłonił się i wyszedł.

Był to człowiek nie stary jeszcze, ale, widocznie, spracowany, znużony. Niewielkiego wzro stu, chudy niezmiernie, twarz miał pełną zmarszczek, zasuszoną. Tylko wzrok zachował blask młodzieńczy i bystrość. Włosy miał zupełnie siwe, ale bujne i dość długie; zaczesane do góry, okalały czoło rozumne, pogodne.

– A co, widzi pani! – zawołała Kasprzycka, skoro tylko Rolicz furtkę zamknął za sobą. – Pani kochana mówi: święty. A z takim Wilskim zna się i proteguje go...

– Wilski – odparła pani Nadolska – to bardzo dawny znajomy mego brata. Z rodzicami jego łączyły Tomasza bardzo ścisłe stosunki; po ich śmierci brat mój był niejako opiekunem Wilskiego, przywiązał się, ma do niego słabość...

– Oj co słabość, to słabość. Uszy więdną, gdy słuchać, co ludzie o tym Wilskim gadają! Przed dwoma laty jak owdowiał, to, podobno, okrutnie rozpaczał, ale pocieszył się rychło.

Romans, słyszę, prowadzi z jakąś tam mężatką, a jedynego synka, którego mu żona zostawiła, całkowicie zaniedbuje...

– E, to muszą być plotki...

– Nie ma dymu, kochana pani, bez ognia. Jest jakiś pan Czepiel, buchalter, czy coś podobnego; człowiek niemłody, brzydki, pospolity. A ożenił się z kobietą – cud piękności. Widziałam ją i powiadam kochanej pani: cud! A jak ja mówię, to już musi być prawda. Włosy jasne, a oczy i brwi czarne, jak malowane. Ja nawet posądzam, że malowane. Przy tym usta, nosek, figura... no, słowem – śliczna! Otóż Wilski wkręcił się tam do tych Czepielów i zawiązał romans, co się zowie... Całe miasto o tym gada... Niech się kochana pani brata spyta, on musi o tym wiedzieć, skoro taki przyjaciel...

Odeszła wreszcie, pozostawiając panią Nadolską w prawdziwym pomieszaniu...

Mogło to być prawdą? Ona nigdy nie miała do Wilskiego sympatii; o lekkomyślność posądzała go zawsze; wiedziała też, iż Rolicz nieraz z ciężkich wydobywał go kłopotów. Ale takiego zepsucia nie przypuszczała w nim nigdy. Człowiek, mający już blisko lat czterdzieści i obowiązki względem syna, czyż mógł tak dalece się zapomnieć?...


ROZDZIAŁ II

Wszystko było prawdą. Wilski sam sobie nie zdawał sprawy, jak i kiedy zaszedł nad brzeg przepaści, która go teraz pociągała nieprzepartą siłą. Całe życie słaby i lekkomyślny, znalazł nieco równowagi dzięki dobrej bardzo, kochającej i rozumnej żonie. Wpływ jej i starania Rolicza sprawiły, że Wilski, który żył przedtem marnotrawnie, zdołał z resztek znacznego ongi majątku ocalić tyle, że przy pracy mógł jedynaka syna przyzwoicie wychować. Śmierć żony była ciosem stanowczym, który tę dość słabą równowagę moralną i materialną zachwiał.

Wilski rozpaczał bardzo, nieukojonym się zdawał. Potem nastąpiła apatia, a gdy z czasem obrazy przeszłości i wrażenia poczęły się zacierać, w ustroju jego moralnym pozostała nieukojona tęsknota do tego, co on nazywał ciepłem domowego ogniska, a co właściwie było samolubnym przyzwyczajeniem, aby się nim zajmowano i dogadzano. Mały dziesięcioletni synek jego, Staś, przyczyniał mu tylko kłopotu a pustki w domu nie zapełniał. Wilski kochał może syna, ale kochał samolubnie; zająć się nim nie umiał i nie chciał; nużyło go to; on z dzieckiem nawet rozmawiać nie potrafił. Pragnął jeszcze życia i używania dla siebie, więc celu swego w wychowaniu syna nie widział i dla niego siebie oddać i poświęcić nie myślał. Cieszył się nim, dopóki go bawił, uciekał, gdy zaczynał wymagać starań, gdy stawał się troską.

Rolicz znał Wilskiego dobrze i stan jego psychiczny wybornie rozumiał. Skorzystał też raz z nadarzonej sposobności, aby mu poddać lekarstwo, jedynie, zdaniem jego, skuteczne.

– Weź się do pracy... – rzekł mu.

– Do jakiej pracy? Wszak wiesz, żem do niej nieprzygotowany; chyba za to, co jeszcze posiadam, wezmę dzierżawę lub kupię jaki folwarczek i znów gospodarować będę...

Roliczowi nie wydało się to odpowiednim, znał już bowiem system gospodarowania Wilskiego.

– Stracisz wszystko – odparł. – Na wsi pracować nie będziesz, bo gospodarstwa nie lubisz. Ze sprzedaży majątku, po spłaceniu długów, został ci jeszcze mały kapitalik... Poszukaj tu w mieście zajęcia, które by ci jaki taki dawało dochód. Choćby to było bardzo mało, zawsze będzie dodatkiem do tego, co ci przynosi w procencie kapitalik, a przede wszystkim będziesz miał wtedy zajęcie, które zabierze ci co dzień kilka godzin czasu, zapełni pustkę.

Wilski apatycznie godził się na wszystko. Wolał zresztą zostać we Lwowie, niż wyjeżdżać na wieś, której nie cierpiał; byleby tylko nie musiał sam kłopotać się szukaniem posady.

Podjął się tego Rolicz w przekonaniu, że „Wilskiego ocali. A nie było to łatwe zadanie. Wilski uniwersytetu nie skończył, nie mógł więc ubiegać się o posadę w wyższych urzędach.

Wybitnych zdolności w żadnym kierunku nie posiadał; można więc tylko było starać się dla niego o podrzędne zajęcie, które by wyższych kwalifikacji nie wymagało.

– Praca go uzdrowi – myślał – obudzi wolę, zachęci do życia. Tymczasem syn dorośnie i stanie się dla niego celem. Jeśli go tak zostawię samopas, zerwie się stad, straci wszystko i zmarnieje. Trzeba więc koniecznie coś dla niego wyszukać.

Tak go ta myśl zajęła, że dla niej poświęcił na czas jakiś swoje przyzwyczajenia; odnowił dawne stosunki, przypomniał się ludziom wpływowym; szukał dla Wilskiego protekcji.

I zdziałał tyle, że w jednej z instytucji przyjęto go na próbę do wydziału rachunkowego, którego naczelnikiem był pan Filip Czepiel.

Wilski rozpoczął urzędowanie bez wielkiej ochoty, ale i bez wstrętu. Był podówczas w takim usposobieniu, że wszystko zdawało mu się obojętnym. Raziło go wprawdzie nieraz otoczenie, gniewał gderliwy i niezbyt grzeczny naczelnik, ale, zatopiony w swej tęsknocie, odosabniał się. Milczący, nie stykał się bliżej prawie z nikim z kolegów biurowych, głuchy na ich przycinki, nieraz bardzo złośliwe, którymi dokuczyć chciano ponuremu „szlachcicowi”. Inaczej go nie nazywano, a że zrazu nie wiedziano o tym, iż Wilski miał jeszcze swój własny kapitalik, traktowano go więc, jako najniższego w urzędzie, z pogardą.

Zmieniło się to trochę od czasu, gdy jeden ze starszych urzędników, Kluczkiewicz, przyniósł nieprawdopodobną z pozoru wiadomość, że Wilski miał stosunkowo znaczny fundusz, i że jest protegowany przez dyrekcję główną, która, nawet bez wiedzy naczelnika Czepiela, przyjęła go i narzuciła.

– To „Protections Kind” – mówił Kluczkiewicz. – Zobaczycie, do czego doprowadzić gotów. Naczelnikiem albo i dyrektorem zostanie. Niech no się tylko tutaj zagnieździ...

Od tego czasu, jeżeli zawiść się wzmogła, to za to pozory znacznie się ulepszyły. Oprócz kilku nieprzejednanych, większość zaczęła na Wilskiego patrzeć innym okiem. Propozycje małych pożyczek „na dni kilka”, stale uwzględniane przez Wilskiego, do reszty wyrównały położenie; jakkolwiek „ponury szlachcic” nie zmienił swego zachowania i po dawnemu był milczący, zamyślony, zamknięty w sobie, stał się jednak, sam nie wiedząc o tym, osobistością, z którą się liczono.

Raz otwarcie powiedział mu to Osetkowski. Chociaż rangą o całe niebo wyższy, ujął Wilskiego poufale pod ramię i rzekł, wychodząc z nim razem z biura:

– Ja, dalibóg, nie wiem, po co się pan tu marnujesz... Tu, panie, żadnej przyszłości nie ma. Świat zamurowany. Gdybym miał pańskie pieniądze, ho, ho, ani mego śladu by tu nie było... Szkoda czasu...

W gruncie rzeczy tego samego przekonania był i Wilski. Praca w tym biurze była nudna i nużąca: zliczanie nieskończonych kolumn cyfr i wpisywanie ich do rozmaitych ksiąg, pod rozmaite rubryki. Zabijało to wprawdzie myśli wszelkie, ale też nużyło niezmiernie, zwłaszcza tego, który, jak on, ani wprawy, ani wytrwałości nie miał. Już też po trzech miesiącach wybierał się oświadczyć Roliczowi, że z takiej posady, przynoszącej mu zaledwie kilkadziesiąt złotych reńskich miesięcznie, kwituje, gdy zaszły okoliczności, które go powstrzymały.

Było uświęconym zwyczajem, że na imieniny naczelnika wszyscy urzędnicy podwładni udawali się do niego, do domu, dla złożenia życzeń. Zanoszono mu przy tym olbrzymi arkusz, ozdobiony rysunkami i malowanymi kwiatkami, wśród których widniał napis: „Z powinszowaniem Imienin. U spodu były podpisy.

Czepiel, zwykle bardzo przejęty swoją godnością, w dniu tym pozbywał się majestatu. Na przemowę jednego ze starszych urzędników, wygłaszaną z niezmiernym patosem, odpowiadał z należytym wzruszeniem, dziękując za niezasłużone uznanie i „niespodziankę”. Niespodzianką był powtarzający się co roku arkusz.

W owacji tej uczestniczył i Wilski. Wszedł do salonu naczelnika na samym końcu, jako urzędem najniższy, śmiejąc się w duchu z uroczystego nastroju, jaki panował. Bawiły go odświętne ubrania, od których biła woń naftaliny, olbrzymie białe krawaty i takież rękawiczki, forsownie naciągnięte na nieprzywykłe do takiego uciemiężenia ręce; bawił go cały ten aparat uroczysty, pompatyczny a nieszczery, bo z doświadczenia, z tego, co słyszał codziennie, wiedział, iż Czepiel sympatią podwładnych wcale się nie cieszył.

Przemowa gratulacyjna była i tym razem pełna namaszczenia, a odpowiedź wzruszająca. Wilski z roztargnieniem słuchał, przypatrując się natomiast z zajęciem urządzeniu salonu.

Było niezmiernie staranne; czuło się tu rękę kobiecą, która nad wszystkim czuwała. Wszystko się lśniło, chociaż szczegóły nie świadczyły o artystycznym smaku. Mnóstwo kwiatów sztucznych w doniczkach, włóczkowe kapy z frędzelkami na stolikach, brzydkie lustra w pospolitych ramach nad kanapami, a na ścianach śmieszne oleodruki, śród których widniał, kredką robiony, wizerunek pana domu. Nad długim, starym fortepianem wisiały owe coroczne „niespodzianki”, oprawne w ramki czarne ze złoconą obwódką.

Skończyła się wreszcie ceremonia. Wzruszony pan Czepiel dziękował uściskiem dłoni; na końcu Wilskiemu podał dwa palce i zaprosił wszystkich do jadalnego pokoju, który, jak świadczyły łóżka i obrazy świętych nad nimi zawieszone, służył zarazem za sypialnią.

Tu jednak opuścił od razu Wilskiego zmysł spostrzegawczy. Stracił z oczu otoczenie i wszelkie szczegóły przyjęcia, całą bowiem jego uwagę pochłonęła pani Czepielowa. Im mniej mógł się w tym otoczeniu spodziewać takiego zjawiska, tym bardziej było dlań uderzającym.

Kasprzycka, opowiadając siostrze Rolicza o wdziękach pani Czepielowej, nie przesadziła wcale, a raczej nie dopowiedziała wszystkiego. W tej kobiecie nie tylko rysy, nie tylko włosy i figura były piękne, otaczała ją jakaś atmosfera upajająca; dźwięk jej głosu wabił, wabiły ręce delikatne, wypieszczone, o długich, różowych paluszkach, wabiło spojrzenie ciemnych oczu, czasem omdlewające, spowite niby mgłą przejrzystą, to znów rzucające błyski fosforyczne, mieniące się, jak brylantowe. Spojrzenie to zdawało się mówić o nienasyconym pragnieniu, o trawiącej tęsknocie – pociągało obietnicą, która sama przez się była rozkoszą.

I oto stał się cud. Wilski, ów ponury szlachcic, który w biurze sensata udawał, stał się nagle miłym, rozmownym, dowcipnym. Ożywił całe towarzystwo, śmieli się wszyscy, nawet pan Czepiel, a najszczerzej i najserdeczniej pani Czepielowa. Dla gościa, który po raz pierwszy, jak oświadczyła, zaszczycił dom jej swoją obecnością, miała najwymowniejsze spojrzenia, najgrzeczniejsze słówka.

Zazdrosny Kluczkiewicz spoglądał z ukosa i przygryzał wąsy.

– Ja także byłem kiedyś po raz pierwszy, a nie doświadczyłem takiej łaski – szepnął na ucho pani domu.

Pogardliwy ruch ramion był jedyną odpowiedzią. Pani Czepielowa nie raczyła nawet spojrzeć w tę stronę.

Po obfitym śniadaniu i licznych toastach, sławiących przymioty zacnego solenizanta, który był wzorem przełożonych i najmilszym gospodarzem, wychodzono tłumnie. Wilski był całkowicie oszołomiony; nie słyszał, co do niego mówiono. W uszach dźwięczał mu srebrzysty głos Czepielowej, patrzyły nań oczy ciemne, to zamglone, to siejące iskry brylantowe.

– Z pana filut! – mówił Osetkowski, idąc z nim pod ramię. – Kto by mógł przypuścić, żeś pan taki „bawi dama”... Wilski uśmiechał się, nie odpowiadając. Było mu bardzo lekko na duszy, po raz pierwszy od lat wielu. Ci nieznośni, pospolici koledzy wydawali mu się mili, serdeczni, poczciwi. Cały dzień spędził z nimi, chodząc od restauracji do restauracji, od kawiarni do kawiarni. W noc późną wrócił do domu, nie bardzo trzeźwy, ale bardzo zadowolony.

Od tej pory ani myślał już występować z urzędu. Na trzeci dzień poszedł z wizytą do państwa Czepielów. Naczelnika nie zastał, ale pani go przyjęła i w pół godziny opowiedziała mu całą swoją historię.

Helena Zamorska, ze szlacheckiej i, jak twierdziła, bardzo niegdyś zamożnej, lecz zupełnie zubożałej rodziny, musiała oddać swoją rękę Czepielowi, którego nie kochała nigdy. Bo jakże można było kochać człowieka tak pospolitego, który na domiar był od niej starszy przynajmniej o jakie lat dwadzieścia! Czuła się też bardzo nieszczęśliwą – to fakt. Pragnęła podziału myśli i uczuć; pragnęła serca, które by jej tęsknoty odczuć umiało; pragnęła umysłu, który by pojmował jej dążenia; pragnęła silnej dłoni, na której by się oprzeć mogła...

Czyż mogę żyć w takim otoczeniu? – mówiła z rozpaczą, wskazując na kapy włóczkowe z frędzelkami i na „niespodzianki”, zawieszone w ramkach na ścianach.

Wilski, oczywiście, był tego samego zdania i współczuł gorąco. A na dowód współczucia, spowiadał się jej także ze swoich tęsknot i niedoli.

On szukał znowu wymarzonego ciepła domowego ogniska, którego mu nagle zabrakło. Pragnął jeszcze życia, czuł, że mogłoby być piękne rozkoszne...

I w tych dwóch istotach, pozbawionych pod staw etycznych, słabych moralnie, rosło wśród tych zwierzeń pragnienie nie życia ale użycia...

Pięknej pani Helenie życie w warunkach skromnych, dotychczasowych nie wystarczało. Ona już oddawna dążyła do tego, aby zerwać krępujące ją pęta i wydostać się na świat szeroki. W jej otoczeniu zwykłem nie było nikogo, kto by w tej ryzykownej wędrówce chciał jej towarzyszyć. Znajdowała wprawdzie skromnych, jak Kluczkiewicz, wielbicieli; lecz ci nie wymagali heroicznych poświęceń, i nie byli skorzy do poświęcenia siebie; nie było wśród nich takiego bohatera występku”, o jakim zepsuta wyobraźnia Czepielowej marzyła.

Nadarzył się wreszcie Wilski. Był to, bądź co bądź, człowiek z innej sfery, niż Czepiel lub Kluczkiewicz. Podobał się też od razu i od razu wydał się pożądanym wybawicielem z ciasnego światka, w jakim ją zamknięto.

Niebogaty wprawdzie, lecz zawsze posiadający tyle, ile było trzeba, aby pięknej pani Helenie ułatwić wyfrunięcie na szerszą widownię, okazywał się przy tym pożądanym i podatnym narzędziem przez swą słabość woli i nadmierną wrażliwość na wdzięki kobiece.

Odtąd dla Wilskiego rozpoczęło się istnienie dziwne a pełne uroku. Znalazł to, czego szukał. Czepielowa instynktownie odgadła samolubstwo jego usposobienia i starała się mu dogodzić owym pochlebstwem nieustannym i ową pamięcią o drobnostkach, którymi natury słabe najłatwiej usidlić się dają, biorąc za dowód uczucia to, co ze strony kobiety jest tylko wyrafinowaną zalotnością. Kobieta, z natury swej drobiazgowa, o drobnostkach, gdy chce, pamięta łatwo; mężczyznę zaś taka pamięć zdumiewa i ujmuje...

Odtąd wizyty Wilskiego u pani Heleny były coraz częstsze. Nie wiedział o nich zwykle Czepiel, co było tym łatwiejsze, że życie pana naczelnika było uregulowane, jak zegarek.

Przed ósmą rano wychodził, o drugiej wracał do domu; po obiedzie mała drzemka, potem mały spacer, potem biuro do siódmej, potem knajpka i trzy kufelki piwa, a o dziesiątej spoczynek...

Wilski, dzięki „kilkudniowym” pożyczkom, które się coraz częściej ponawiały, łatwo wyjednywał uprzejme zastępstwo i wymykał się z biura, albo też wcale tam nie przychodził, jako chory. Cały zaś czas „knajpki” pana Czepiela, do dziesiątej wieczorem, był codziennie wolny i przeznaczony na upajanie się „ciepłem domowego ogniska”.

Nieraz też z rana wymykano się na dalsze przechadzki, za miasto. Urocze to były chwile! Nikt bowiem tak, jak pani Helena, nie odczuwał piękności przyrody.

Jesień w tym roku była pogodna i ciepła. Z góry Zamkowej cudowny roztaczał się widok. Słońce, promienne a nie palące, rzucało swe blaski na różnobarwną zieloność. W zbłękitnionym, przejrzystym powietrzu, po za domami przedmieść, widniały oddalone pola i wioski, pełne spokoju, jak ziemia obiecana dla znużonych wrzawą i hałasem mieszkańców miasta...

Stojąc z Wilskim u stoku góry, zapatrzona w przestrzeń, pani Helena wyciągnęła ku niej ramiona. Wietrzyk lekki rozwiewał jasne jej włosy nad czołem; zaróżowiona twarzyczka promieniała szczęściem, delikatne nozdrza poruszały się gwałtownie, rozchyliły się usta.

– W świat! W świat! – mówiła półgłosem w uniesieniu. – Tam swoboda, tam rozkosz, tam szczęście!...

Wilski otoczył ją ramieniem, a ona przytuliła się nagle do niego, jak gołąbka.

– Ukochanie moje! – szeptał, całując jej usta, włosy i oczy. – Wszędzie, gdzie zechcesz... z tobą wszędzie!...

Helena nagle oczy otwarła. A gdy on, rozkochany, upojony, przyrzekał, ona badawczym spojrzeniem przenikała jego myśli. Czy mówił prawdę? czy już dojrzał na bohatera występku?...

Oboje nie dostrzegli, że mieli świadka. Stojący opodal, po za drzewami, Kluczkiewicz słów nie słyszał i nie widział uścisków, lecz przekonał się, że była schadzka i postanowił skorzystać z tego we właściwej chwili.