Rajska pokusa - Heather Graham - ebook
Wydawca: G+J Gruner Jahr Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 420 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka dostępny w abonamencie „Legimi bez limitu+” w aplikacji Legimi z:

Androida
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 11 godz. 53 min

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rajska pokusa - Heather Graham

Agent specjalny Craig Taylor dostaje zlecenie wydostania pewnej Amerykanki z nękanego wojną kraju w Ameryce Środkowej. Misja wydaje się łatwa, ale Blair Morgan jest tak olśniewającą kobietą, że Craig mimo całego profesjonalizmu od razu traci dla niej głowę.
Odkąd zamordowano jej ukochanego męża, Blair bała się ponownie zakochać. Ale Craig jest odważny, szlachetny, zniewalająco męski. Ich namiętne noce rozwiewają wszystkie obawy. Aż przychodzi rozkaz i Blair staje się zakładniczką Craiga i pionkiem w grze politycznej między terrorystami.
Czy podróż przez dżunglę pełną groźnych rebeliantów pozwoli na nowo posklejać szczątki uczucia łączącego tych dwoje?
„Graham znakomicie łączy kryminał z namiętnym romansem”. Publishers Weekly
„Graham ma talent do charakterystyki postaci i opisów miłosnego napięcia między nimi”. New York Daily News
Heather Graham jest autorką bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”. Opublikowała ponad 70 tytułów, które sprzedały się w ponad 20 milionów egzemplarzy na całym świecie i zostały wyróżnione wieloma nagrodami. Pisarka umiejętnie godzi karierę z życiem rodzinnym.

Opinie o ebooku Rajska pokusa - Heather Graham

Fragment ebooka Rajska pokusa - Heather Graham







Informacje o książce


Dla Jasona, Shayne, Dereka i naszej własnej małej „księżniczki", Bryee-Annon.
I dla wszystkich wyjątkowych ludzi, bez których wiary, wyobraźni, czasu i cierpliwości książka by nie powstała.
Dla Anne, Mary Ellen i Lydii, uosobienia cierpliwości!
Bardzo, bardzo dziękuję wszystkim.


Prolog

Informacja służbowa

Nadawca: Taylor

Adresat: G.M.

Szefie –

Jeśli chodzi o ostatni przydział, mam jedno zasadnicze pytanie. DLACZEGO?

Taylor

Informacja służbowa

Nadawca: G.M.

Adresat: Taylor

Taylor –

A ja mam jedną zasadniczą odpowiedź: ŚCIŚLE TAJNE! Rozkazy są proste: Bądź cały czas w pobliżu córki Huntingtona, dbaj o jej bezpieczeństwo, nic jej nie mów, działaj dopiero wtedy, gdy ci damy znać.

G.M.

Informacja służbowa

Od: Taylor

Do: G.M.

Szefie –

Proszę, nie róbcie mi tego! Narażałem się na kule w Irlandii Północnej, bomby na Bliskim Wschodzie i dyzenterię w Afryce. Nie potrafię bawić się w niańkę waszyngtońskiej arystokratki.

Taylor

PS Czy nie mógłby mnie pan wysłać z powrotem gdzieś, gdzie są kule, bomby i dyzenteria?

Informacja służbowa

Nadawca: G.M.

Adresat: Taylor

Taylor –

Przykro mi. Nie!

Ci na górze wybrali właśnie ciebie. Potraktuj to jako urlop. Dla ciebie to bułka z masłem.

G.M.

Informacja służbowa

Nadawca: Taylor

Adresat: G.M.

Szefie –

Nie przepadam za pieczywem. Może wyślijcie Johna Dennera? To o wiele bardziej w jego stylu.

Taylor

Informacja służbowa

Nadawca: G.M.

Adresat: Taylor

Taylor –

Niejedzenie pieczywa – to ostatnio bardzo modne! To decyzja „góry". Ja mam związane ręce. Powtarzam – potraktuj to jak urlop!

Przykro mi,

G.M.

Informacja służbowa

Nadawca: Taylor

Adresat: G.M.

Szefie!

Ochrona jakiejś celebrytki, która wymyśliła sobie misję zbawiania świata, to nie jest moja wizja udanego urlopu. Czy mimo klauzuli „ściśle tajne" nie można jej nakazać, żeby zabrała swój śliczny tyłeczek z Ameryki Środkowej?

Taylor

Informacja służbowa

Nadawca: G.M.

Adresat: Taylor

Taylor –

Kobieta, której ochronę ci powierzono, zdecydowanie nie jest dzieckiem, nie można jej nic nakazać. Ale to nieistotne. Odpowiadam jeszcze raz: ściśle tajne.

G.M.

PS Jeśli się obawiasz nudy, to możesz przestać się martwić. Podobno nasza celebrytka jest niezależną tygrysicą, przy której bomby, kule i piekło dżungli wydają się kaszką z mleczkiem.

Informacja służbowa

Nadawca: Taylor

Adresat: G.M.

Szefie –

Wielkie dzięki. Ave Caesar. Pozdrawiają cię idący na śmierć.

Taylor

Informacja służbowa

Nadawca: G.M.

Adresat: Taylor

Taylor –

Ha, ha! Spotkanie z Huntingtonem jutro punkt dziewiąta. Nie spóźnij się.

G.M.

Przy oknie surowo urządzonego, ale eleganckiego biura stał mężczyzna. Już od dawna nie był młodzieniaszkiem, jednak mimo siwej czupryny miał wyprostowaną postawę młodego człowieka. Jego twarz, choć nosiła ślady upływu czasu i trudów życia, jakie sam sobie wybrał, wyróżniała się uprzejmą godnością, którą można byłoby określić jako wielkopańską, choć on roześmiałby się cierpko, gdyby to usłyszał. Posiadał bowiem jeszcze inną cechę charakteru, rzadką u ludzie sprawujących taką władzę jak on – pokorę.

W ciągu czterech dziesięcioleci służby Andrew Huntington przeżył chyba wszystko, co może przeżyć człowiek, jednak jego serce nigdy nie stwardniało.

Odwrócił się od okna i spojrzał na biurko. Na wycinku gazetowym, w który się wpatrywał, leżały szare koperty, mimo to widział większość artykułu. Resztę znał na pamięć. I wiedział, że tekst mija się z prawdą, choć nie była to wina dziennikarza.

„…wygląda na to, że się uspokoiło. Od chwili objęcia władzy przez nowy rząd działalność partyzancka praktycznie ustała, zarówno w rejonie stolicy, jak i na oddalonych od niej terenach. Ten dotknięty nędzą i pustoszony przez wojnę kraj stawia pierwsze kroki na drodze powrotu do normalności przy pomocy Stanów Zjednoczonych, innych państw sojuszniczych oraz międzynarodowych organizacji humanitarnych. Nowy szef dyplomacji, Roberto Estevez, oznajmił wczoraj: «Pokój, o który walczyliśmy długo, jest teraz w naszym zasięgu»…"

Andrew Huntington nie był człowiekiem skłonnym do wybuchów nieracjonalnego gniewu, jednak gwałtownie zrzucił wycinek prasowy i koperty na podłogę, a ciche przekleństwo wyraziło dokładnie, co sądzi o treści artykułu. Od momentu gdy kilka dni temu zobaczył ten tekst, uświadomił sobie, że pora zacząć działać. Jasne, partyzanci się przyczaili. I będzie tak, dopóki nagroda, na którą mają chrapkę, znajduje się poza ich zasięgiem.

Ściśle tajne!, pomyślał z bólem i gniewem. Jakże zaczynał nienawidzić tego określenia. Określenia, które w tak wielkim stopniu rządziło jego życiem.

Nadszedł czas, by wykorzystać swoją pozycję i znajomych na wysokich stanowiskach. Rezultat: poranne spotkanie z gościem, który właśnie czekał pod drzwiami jego biura.

Słysząc mocne stukanie do drzwi, Huntington zawołał, że można wejść. Na widok wchodzącego mężczyzny ogarnęła go chwilowa melancholia. Był taki czas, gdy jego własne ciało składało się ze stalowych mięśni, gdy z jego twarzy emanowała wewnętrzna niezłomna siła. Gdy jego spojrzenie było bezpośrednie i przenikliwe. Był taki czas, wiele lat temu.

Teraz jednak kierował się umiarkowaniem, stosownym do wieku, i jego siła tkwiła w rozsądku. Nadszedł czas, by użyć tego rozsądku, by ratować osobę, która wciąż nadawała jego życiu prawdziwe znaczenie.

Jednak potrzebował też tego młodszego mężczyzny o wielkiej sile fizycznej – tego praktycznie nieznajomego, którego wcześniej drobiazgowo sprawdził. Od wielu lat z zainteresowaniem obserwował jego karierę. Ten człowiek był skromny, lojalny i z zasadami, czasem kłopotliwie szczery, ale uczciwy i całkowicie godny zaufania.

– Dziękuję, że przyszedłeś.

Gość Huntingtona wciąż stał z rękami założonymi z tyłu. Szybkim ruchem skłonił głowę, spojrzeniem jasnych, piwnych oczu rozstawionych szeroko nad surowym, sokolim nosem nie dając nic po sobie poznać. A jednak starszy mężczyzna stłumił uśmiech. Wiedział, jak obmierzłe wydawało się Craigowi Taylorowi to zadanie. Jednak w ciągu wszystkich tych lat Huntington ani razu nie prosił o nic dla siebie.

Teraz potrzebował przysługi. I pragnął najlepszej możliwej jakości wykonania.

– Może usiądziesz?

Craig Taylor usiadł, zakładając nonszalancko jedną długą, umięśnioną nogę na drugą, i sięgnął do kieszonki na piersi stonowanej, nienagannie skrojonej granatowej marynarki. Zapalił papierosa, zaciągnął się i wypuścił dym, ani na chwilę nie spuszczając z gospodarza chłodnego badawczego wzroku.

Huntington pozwolił sobie na lekki uśmiech. Ten nieznajomy nie wiedział, co go czeka, a jednak był idealny do tego zadania. Mimo uprzejmego i powściągliwego zachowania, emanował zdecydowaniem. Miał w sobie coś bezwzględnego, ale to również było konieczne.

Starszy mężczyzna odchylił się na oparcie swego fotela za masywnym mahoniowym biurkiem.

– Szczegóły chyba już znasz – pomyślałem tylko, że powinniśmy się spotkać, zanim wyruszysz. Chciałem ci też osobiście podziękować.

Craig Taylor uśmiechnął się w końcu, lecz jakby z żalem. Pełne, zmysłowe usta odsłoniły rząd mocnych, białych zębów.

– Nie będę kłamać, proszę pana, nie jestem zachwycony.

– Ale wykonasz zadanie jak najlepiej. – To było stwierdzenie, nie pytanie.

– Tak – i dodał z lekką goryczą: – Postaram się jak najlepiej, dla pana.

Huntington się skrzywił.

– Dla siebie samego też.

Młodszy mężczyzna wzruszył lekko ramionami, a siwowłosy Huntington ukrył kolejny uśmiech. Craig Taylor nie wiedział, co go czeka.

– Proszę pana… – Ramię, które mogło należeć do boksera zawodowego, oparło się o mahoń. – To może się okazać bardzo trudne. Może niebezpieczne. Nie rozumiem. Dlaczego pan po prostu nie każe jej…

– Proszę. – Huntington zamachał ręką i zamknął oczy z bólem. – Nie mogę jej nic „kazać". Moja córka ma prawie trzydzieści lat. Jest dojrzała, inteligentna i odpowiedzialna – mruknął, teraz sam z lekkim rozgoryczeniem. – Ale tu wracamy do zwrotu „ściśle tajne". Nie mogę ci wyjaśnić więcej – rozkazy w tej sprawie pochodzą prosto z gabinetu prezydenta. Dość, że mam powody wierzyć, że przegapiliśmy moment, gdy mogła się stamtąd wydostać konwencjonalnymi sposobami. – Czoło zachmurzyło mu się, na twarzy wbrew jego intencji pojawił się lęk. – Może być jeszcze o wiele gorzej. Jeśli uwierzy, że jesteś terrorystą, przeżyje. Ona ma charakter.

– Ale, proszę pana… – Craig Taylor wydawał się zakłopotany. – Ona na pewno będzie się buntować…

– Jeśli dojdzie do tego, użyjesz wszelkich niezbędnych sposobów, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. Daj mi miesiąc. Tylko jeden miesiąc. Do tego czasu nasi chłopcy powinni opanować sytuację.

– Wszelkich sposobów?

Huntington zawahał się i niemal zadrżał, widząc wyraz tych twardych, płonących kocich oczu. Westchnął, prostując plecy, ale kiwnął głową. Pracował w tej branży długo, bardzo długo. Zadrapania i sińce się goiły, gniew mijał, a dumę można było odzyskać.

Jedynie życia nie można było zwrócić.

– Wszelkich sposobów – powtórzył cicho Andrew Huntington. – Żeby tylko była bezpieczna. Chroń ją, a ostatecznie ją wydostań.

Następnego ranka Huntington ledwie rozpoznał swojego gościa w człowieku, który siedział obok niego w limuzynie. Nie zdawał sobie sprawy, że płowe włosy, poprzedniego dnia gładko zaczesane, są tak długie, ani że nieogolony rano zarost może nadać wyrazistej twarzy tak surowy wygląd. Garnitur zastąpił Taylor spranymi dżinsami i niebieską roboczą koszulą. Na nogach miał znoszone pionierki.

Doskonale. Nie było żadnych oznak wskazujących na jego prawdziwą tożsamość, niczego, co mogło go skojarzyć z Huntingtonem.

– To jest to zdjęcie, które ci obiecałem. – Huntington wcisnął mu do rąk polaroidową fotkę. Craig Taylor skrzywił się lekko.

– Mam tylko ją.

– Tak, proszę pana. – Jasnopiwne oczy przesunęły się po zdjęciu.

Księżniczka, pomyślał. To słowo wydało mu się trafne. Szmaragdowozielone oczy patrzyły na niego władczo, jakieś światełko w ich morskiej głębi zdradzało rozbawienie, które czaiło się też na pięknych, pełnych ustach. Włosy, spływające do połowy pleców, miały barwę lśniącego kasztana, słońce oświetlało pojedyncze pasma. Nad zielonymi oczami wznosiły się cienkie łuki brwi.

Delikatna twarz była twarzą jej ojca. Wersją udoskonaloną, jednak zdradzającą takie samo chłodne opanowanie.

Po prostu super, pomyślał szyderczo. Mam się zabawić w niańkę modelki z Park Avenue.

– Proszę pana – zaczął Craig, gdy samochód gwałtownie zahamował.

Huntington, który nagle wydał mu się bardzo stary, pokręcił smutno głową z domyślnym uśmiechem.

– Wątpię, czy bez klauzuli „tajne" byłoby inaczej. Ona jest nieufna… widzisz, jej mąż był objęty ochroną, a jednak został zamordowany. I pamiętaj, że ona nie przyznaje się do pokrewieństwa ze mną.

Młodszy mężczyzna skinął głową obojętnie.

– W takim razie do widzenia.

– Do widzenia i powodzenia.

Craig Taylor przerzucił sobie przez ramię torbę sportową i pomaszerował energicznie w kierunku czekającego samolotu.

Andrew Huntington uśmiechnął się blado, gdy doleciało go przekleństwo.

Rozumiał; sam się tak czuł.

Ale tak musiało być.


1

To był parny, posępny dzień; słony pot kapał jej z brwi do oczu. Blair Morgan niecierpliwie przeciągnęła wierzchem dłoni przez czoło. Przerwała nalewanie zupy, żeby zacisnąć powieki, pomyślała cierpko, że upał tutaj wcale nie jest gorszy niż na jakimś korcie tenisowym w Acapulco czy St Martin. Szczerze mówiąc, o wiele bardziej wolała to miejsce od tamtych luksusowych boisk. Niespodziewanie poczuła absurdalną, niewytłumaczalną tęsknotę za domem. Nie za samym Dystryktem Kolumbii, ale za rezydencją w stanie Maryland, która była jej prawdziwym domem. Dumnym georgiańskim domem otoczonym błękitno-zielonym pofałdowanym krajobrazem…

Zamrugała i ujrzała parę błagalnych brązowych oczu. Boże, pomyślała przelotnie, co za piękny dzieciak. Potem otrząsnęła się z zamyślenia, uśmiechnęła się zachęcająco i podała mu miskę zupy.

Gracias, seńora – wyszeptało dziecko, po cichu dodając, angela de dios. Boski anioł. Była piękna, ta norteamericana, o oczach jak soczyście zielona łąka i włosach, które płonęły jak zachód słońca, głęboki i intensywny. Dla dzieci była wcieleniem życzliwości, ale Miguelito wiedział też, że potrafi być aniołem zemsty, podobnym do tych ze Starego Testamentu w Biblii, z której uczyli się z padre w kaplicy. Widział już, jak z pasją włączała się do akcji przeciw surowo wyglądającym mężczyznom, którzy czasem przyjeżdżali w swoich wielkich dżipach, żeby przeprowadzić inspekcję obozu.

De nada, Miguelito, de nada. – Uśmiechnęła się, ale wydawała się nieobecna, więc Miguelito chwycił swoją piętkę chleba i miskę z zupą i się oddalił.

Blair kontynuowała nalewanie, zastanawiając się od niechcenia, czy prawe ramię zrobi jej się nieproporcjonalnie większe niż lewe, czy wyrobią jej się mięśnie, jak u graczy w pelotę, których spotykała wiele lat wcześniej w kraju Basków czy w Hiszpanii. Nie, powiedziała sobie, zadowolona, że znalazła coś, co mogło ją rozbawić, nalewanie zupy nie było porównywalne z pelotą.

W końcu wszystkie bezdomne dzieci z niedawno spustoszonej wioski zostały nakarmione. Blair zdjęła słomiany kapelusz z opadającym rondem i zaczęła się nim wachlować w nieruchomym powietrzu, odciągając dekolt koszuli khaki z krótkimi rękawami, bo przepocony materiał kleił jej się do ciała.

To w takich momentach świadomość, że urodziła się obrzydliwie bogata, stawała się dotkliwa. Jako młoda dziewczyna zazwyczaj wyciskała z siebie takie poty celowo – tylko po to, by nabrać idealnej opalenizny. A gdy słońce prażyło zbyt mocno, wystarczyło, że stoczyła się do połyskującej wody chłodnego, kryształowo czystego basenu.

Cóż, nie jestem już dziewczyną, powiedziała sobie stanowczo. Te dni odeszły na zawsze. Znajdowała się w tym pustoszonym wojną kraju z własnego wyboru. Życie kiedyś traktowało ją dobrze, więc gdy rozpadło się na kawałki, postanowiła odwdzięczyć się losowi.

Pożyteczna działalność nie pozwalała jej zgorzknieć, rzucić się w wir błahych rozrywek, żeby uporać się z samotnością po stracie, którą poniosła. Tu ktoś jej potrzebował. Tu nikt nie rzucał jej spojrzeń pod tytułem „chyba żartujesz" – spojrzeń, które musiała znosić za każdym razem, gdy próbowała robić coś poważnego.

Zmrużyła oczy, które raziło słońce. Przypuszczalnie można było zrozumieć taką reakcję. Ona, córka bogatego człowieka, poślubiła bogatego człowieka. Nawet magisterium z psychologii nie przekonało ludzi, że jest inteligentną istotą ludzką, zdolną do pracy fizycznej. Dzięki Bogu za Kate! Kate, która uwierzyła, że Blair stać na o wiele więcej niż prowadzenie z wdziękiem podwieczorków dla dyplomatów. Kate, dzięki której kochany, ale zaborczy ojciec Blair uświadomił sobie, że po tej tragedii ona potrzebuje dać ujście energii i żalowi.

Myśląc o przyjaciółce, Blair podniosła wzrok i ujrzała, jak ta drobna rudowłosa kobieta podchodzi do niej, wachlując się słomkowym kapeluszem. Blair roześmiała się i zawołała:

– Zdaje się, że wyglądasz tak, jak ja się czuję.

Marszcząc nos, Kate ujęła w dłonie miskę rzadkiej zupy i wsadziła palec do letniego płynu, by posmakować.

– Mogę ci przypomnieć o czymś, co sprawi, że poczujesz się odrobinę lepiej.

– Co takiego?

– Niecały kilometr stąd jest piękny strumyk – westchnęła Kate z zadowoleniem. Takie przyjemności jak kąpiel były luksusem i należało je doceniać.

– Cudownie! Czy nasi panowie będą dziś dżentelmenami i pozwolą nam się kąpać w pierwszej kolejności?

Żartowała. Ich załoga składała się z sześciu osób – trzech kobiet i trzech mężczyzn, którzy zawsze byli dżentelmenami. Thomas Hardy był pełnym oddania lekarzem, który zaniedbywał trochę własną żonę, Dolly. Dolly narzekała pogodnie, że praca w Hunger Crew, brygadzie do walki z głodem, jest jedynym sposobem na to, by widywała własnego męża, jednak była typem macierzyńskim, którego nie dało się oderwać od potrzebujących dzieci. Harry Canton – to chudy, pracowity dwudziestoparolatek, który rumienił się, słysząc brzydkie słowo. Juan Vasquez, ich miejscowy przewodnik, miał już gromadkę wnucząt; był wykształconym mężczyzną o latynoskim uroku. Nie pozwalał kobietom zapomnieć, że są kobietami, z żartobliwym wdziękiem, choć, jak narzekał, był zbyt stary, żeby w pełni na nich ten wdzięk wypróbowywać. Blair widziała w nim smaglejszą wersję własnego ojca.

– Będziemy mogły się wykąpać pierwsze – powiedziała Kate wesoło. – Ale Tom najpierw chciał się z tobą zobaczyć w namiocie medycznym. Zdaje się, że jutro przyjeżdża jakiś reporter, i on chce cię ostrzec, żebyś się ulotniła.

Blair jęknęła. Hunger Crew było organizacją apolityczną, choć popierało ją kilka państw. Zawsze gdy pojawiał się jakiś reporter, widać było, że chciałby zmusić kogoś do wygłoszenia opinii politycznej – co z pewnością nie spodobałoby się oficjelom. Ale dla Blair takie wizyty stawały się prawdziwym utrapieniem. W oficjalnych dokumentach używała panieńskiego nazwiska matki, jednak gdy ktoś ją zobaczył, natychmiast rozpoznawał. Niewielu wiedziało o jej ojcu, jednak niemal wszyscy kojarzyli jej twarz z wiadomościami o przedwczesnej i tragicznej śmierci senatora Teile’a. Hunger Crew akceptowało jej anonimowość; reporterzy, szukający materiału, niestety nie.

– Idź porozmawiać z Tomem – powiedziała Kate. – Zaczekam na ciebie w strumieniu.

Blair przeszła szybkim, stanowczym krokiem przez niewielki obóz i wślizgnęła się do namiotu lekarza. Jak zwykle, gdy nie był zajęty opatrywaniem ran czy wstrzykiwaniem antybiotyków, wsadzał chudą twarz w jakąś książkę i gładził siwiejącą brodę. Blair musiała dwa razy powtórzyć jego imię, żeby zwrócić jego uwagę. Podniósł wzrok z roztargnieniem i z trzaskiem zamknął lekturę.

– Blair. – Uśmiechnął się. – Wchodź i siadaj.

Gdy przysiadła na twardym składanym krzesełku, uświadomiła sobie, jak bardzo jest zmęczona.

– O co chodzi?

Podrapał się w głowę i uśmiechnął z roztargnieniem. Zauważyła, że jest wyjątkowo zaintrygowany i poważny.

– Kate mówiła ci o tym reporterze?

– Tak. Jest jakiś problem?

– Nie, nie, to co zawsze. Tak naprawdę chciałem z tobą porozmawiać o czymś innym.

– Tak?

– Czy myślałaś o powrocie do domu, Blair?

Blair zmarszczyła brwi, teraz sama zaintrygowana.

– No tak, ale nie teraz. Podpisałam kontrakt na dwa lata. To jeszcze kilka miesięcy. Czemu pytasz?

– Przysyłają nam dwóch nowych pracowników – wyjaśnił doktor, kręcąc lekko głową.

– To wspaniale! – wykrzyknęła Blair. – Prosiłeś przecież o dodatkową pomoc…

– Tak, ale nie oczekiwałem, że ją dostanę. – Wstał ze swojej pryczy i zaczął chodzić tam i z powrotem po ubitej ziemi. – Tak sobie myślałem… – Wzruszył ramionami i spojrzał jej prosto w twarz. – Czy ty wiesz coś, o czym ja nie wiem?

Blair pokręciła głową. Tom Hardy nigdy nie wspominał o jej powiązaniach rodzinnych, które ona życzyła sobie trzymać w ukryciu, więc uważała, że jest mu winna szczerą odpowiedź.

– Jestem pewna, że nic ważnego się nie dzieje – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Niedawno dostałam list. – Uśmiechnęła się z żalem. – A gwarantuję ci, że ojciec by mnie ostrzegł, gdyby istniało jakieś niebezpieczeństwo. Nie. – Pokręciła znów głową. – Wybrany rząd trzyma się mocno. Niemal od miesiąca nie było raportu o żadnej akcji partyzanckiej.

– Ach, no cóż. – Usiadł i podrapał się w czoło. – Może zaczęli nas trochę doceniać!

– Prawdopodobnie tak – zgodziła się Blair i wstała z zażenowanym uśmiechem. – A teraz, jeśli nie masz nic przeciwko…

Machnął ręką w jej kierunku i podniósł porzuconą książkę.

– Idź, idź, Blair. Miłego pływania.

Zawsze było miłe. Ten strumień był wspaniały. Otoczony mieniącymi się wszystkimi kolorami liśćmi, stanowił naturalną oazę rozciągającą się od zbocza klifu. Jego cicho bulgoczący szmer brzmiał jak rozkoszny śmiech. A w jednym miejscu pod rzeźbionymi skałami strumień spadał, tworząc niewielki wodospad.

Kate z werwą się wycierała, gdy pojawiła się Blair z mydłem w dłoni.

– Nie uwierzysz – ostrzegła – ale ta woda jest naprawdę zimna.

– Super! – zaśmiała się Blair. Już prawie nie pamiętała, jakie to uczucie, zimno, lecz gdy jej rozgrzane ciało uderzyło o taflę wody, poczuła się cudownie. Dostała gęsiej skórki, którą zlekceważyła, i podpłynęła niespiesznie do wodospadu, podstawiając twarz pod kaskadę. Uszło jej uwagi, że Kate pomachała do niej i zawołała:

– Ja wracam.

Nie zauważyła również, że liście na lewo od spienionej zatoczki zaszeleściły nieznacznie, mimo że nie było nawet lekkiego wiatru.

Kompletnie nie przyszłoby jej do głowy w to późne niedzielne popołudnie, że jest obserwowana.

On stał nieruchomo w zaroślach. Jedyną oznaką jego życia był oddech, który łączył się z powietrzem, i błyszczące piwne oczy.

To była ona. W tej chwili, z mokrymi włosami, nie bardzo przypominała siebie ze zdjęcia, ale delikatne rysy nie pozostawiały wątpliwości. No i oczywiście na zdjęciu była ubrana. W jego szczęce drgnął jakiś mięsień; nie podobała mu się rola podglądacza. A jednak nie mógł oprzeć się czysto męskiemu, czysto ludzkiemu podziwowi. Zdjęcie nie powiedziało mu, że jej figura jest tak wspaniała jak jej twarz – zdrowa, opalona, o silnych umięśnionych, szczupłych ramionach i jeszcze dłuższych zgrabnych nogach. Jej piersi były strome i jędrne, wąska talia i zaokrąglenie bioder – kuszące, o kształcie idealnym dla dłoni mężczyzny.

Oblał go żar, który nie miał nic wspólnego z tym parnym dniem, i musiał przywołać resztki profesjonalizmu, by powstrzymać się przed otarciem nowej warstwy potu ze szczęki. Księżniczka, przypomniał sobie, skutecznie tłumiąc ukłucie w lędźwiach przypomnieniem, że przeklina fakt, że musi tu być, i że to jest wina jej i jej bezczelnego lekceważenia sytuacji…

Jednak scena naprawdę miała w sobie surrealistyczne piękno. Jej doskonałe ciało unosiło się w chłodnej, czystej wodzie, a melodyjny śmiech harmonizował ze szmerem strumienia. Przysiadła na głazie pod wodospadem, krzyżując nogi, i uniosła ramiona wysoko, jakby błagalnie, przeciągając się i wyginając rozkosznie giętkie plecy.

Cholera. To absurd, ale żałował, że nie jest w tej chwili znowu na Bliskim Wschodzie. To zlecenie może go doprowadzić do wcześniejszej emerytury…

W końcu wyszła z wody, a on mógł wrócić do swego niewielkiego obozowiska. Zjadł byle jaki posiłek, nie czując jego smaku, i próbował bez powodzenia umościć się wygodnie w śpiworze.

Mimo moskitier komary omal nie zjadły go żywcem. Gdy w końcu zasnął, zapomniał o dręczących wizjach kobiety w strumieniu.

Zbyt był zajęty przeklinaniem jej.

Craig Taylor pojechał swoim dżipem na teren obozu Hunger Crew dokładnie wtedy, gdy różowe smugi świtu zaczęły nabierać barwy żółtej. W obozie już trwała krzątanina; szeregi tubylców ustawiały się po porcje kleiku serwowanego z ogromnego żelaznego kotła.

Jego oczy szybko ogarnęły całą scenę, ale nie zobaczył Blair Morgan. Jakaś szczupła rudowłosa dziewczyna nabierała łyżką kleistą substancję, coś w rodzaju owsianki; młodzieniec, który chyba niedawno przeszedł okres dojrzewania, rozdzielał dzieciom mleko; kobieta w średnim wieku rozdawała owoce.

Gdy silnik dżipa zacharczał, Craig zobaczył zmęczonego mężczyznę z brodą, który biegł mu na spotkanie z entuzjastycznym uśmiechem. Kolejny raz w głębi duszy przeklął swoich zwierzchników za postawienie go w tym położeniu. Ten człowiek był zachwycony, ponieważ sądził, że otrzymał dodatkową pomoc.

– Witamy! Witamy! – Brodaty mężczyzna wyciągnął rękę. – Jestem Tom Hardy, kieruję tym bałaganem.

– Craig. Craig Taylor. – Craig odwzajemnił zaskakująco silny i entuzjastyczny uścisk dłoni. Złapał swoją torbę i wyskoczył zręcznie z dżipa, przywołując na twarz fałszywie radosny uśmiech. – Od czego mam zacząć?

– Podoba mi się ten zapał. – Doktor roześmiał się, oceniając nowego pracownika. To dziwne, ale nie wyglądał na takiego, który by tu pasował. Mimo kudłatych włosów i niedbałego ubrania, coś w jego niesamowitych piwnych oczach budziło respekt. I ciało miał jak ze stali. To nie był żaden młody idealista, który przybył tu z misją zbawiania świata. No cóż, pomyślał Tom filozoficznie, każdy ma inny powód, dla którego przyjeżdża do dalekiego obcego kraju; on nie zadawał zbyt wielu pytań; oceniał mężczyznę czy kobietę po tym, jacy są, i po owocach ich pracy.

A gdy pomyślał o „owocach pracy", uśmiechnął się tak szeroko, że jego kudłata broda się rozdzieliła. Dobrze będzie mieć inteligentnego i krzepkiego mężczyznę w pobliżu. Szczególnie że zaraz miała przyjechać ciężarówka z zaopatrzeniem.

– Na razie – rzucił doktor, nie wstydząc się swojej radości – możesz poznać resztę załogi. Później… no cóż, będę miał dla ciebie trochę ciężkiej pracy. Rozładowywanie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że od razu rzucę cię do akcji.

– Absolutnie – zapewnił Craig, czując wyrzuty sumienia przy tym kłamstwie. – Po to tu jestem. – Faktycznie, będzie uszczęśliwiony, że może się na coś przydać ufnemu doktorowi. Ten człowiek był dokładnie tak samo pionkiem w grze jak on. Nawet jeszcze bardziej, bo Hardy o niczym nie wiedział.

– Chodź i poznaj załogę – zaprosił Tom. – Zaraz pomogę ci się zainstalować.

Blair usłyszała dżipa i doszła do wniosku, że przyjechał ten reporter. Czas się zmywać.

Naciągając kapelusz nisko na czoło, cicho zniknęła na ścieżce za namiotami, gdzie niezwłocznie pochłonęły ją zarośla. Nie musiała przedzierać się daleko do dżungli, nawet jej się nie chciało. Niewielka polana nieopodal obozu dała jej chłodny cień oraz gładki płaski kamień jako krzesło. Usadowiła się tam z informatorem o jadalnych roślinach dżungli, zdecydowana przeczekać.

Jednak prędko odłożyła książkę, bo usłyszała przyjazd drugiego dżipa. Ciekawość przemogła ostrożność, i Blair poszła na palcach z powrotem przez kryjówkę z drzew.

Drugi dżip przywiózł tego reportera – wiedziała to natychmiast. Mężczyzna, który z niego wysiadł, nie pasował do tropików. Owszem, miał na sobie dżinsy, ale markowe. Nawet z tej odległości widziała mnóstwo naszywek. Nosił również szytą na miarę koszulę, której długie rękawy podwinięte były do łokci. Za ucho miał zatknięty ołówek; z jego postawy biła buta.

Młody „Cronkite", pomyślała szyderczo. Doświadczenie życiowe sprawiło, że nie przepadała za dziennikarzami. Zdarzali się wśród nich odpowiedzialni profesjonaliści, ale spotkała wielu takich, którym brakowało wrażliwości i odpowiedzialności, żeby przedstawić fakty obiektywnie.

Blair słuchała od niechcenia, jak doktor Hardy ględzi coś nudnym tonem, otwarcie odmawiając opinii o czymkolwiek, co dotyczyło polityki tego egzotycznego, zniszczonego wojną kraju, bez względu na to, jak bardzo młody Cronkite nalegał. Wywiad nie trwał długo; doktor Hardy znał swoje miejsce w życiu; wiedział, czego chce, co robi. Żaden dziennikarz nie miał szans wycisnąć z niego czegokolwiek prócz przyziemnych faktów: Hunger Crew ma jeden zasadniczy cel: ulżyć cywilnym ofiarom klęski.

Młody dziennikarz był wyraźnie zniechęcony. Doktor Hardy odwrócił się, jeszcze zanim ten wsiadł do swojego dżipa. Gotowa na krótki spacer z powrotem Blair jednak nagle znieruchomiała. Najwyraźniej mężczyzna zauważył jej włosy wśród liści. Instynkt wyciągnął go z dżipa i pchnął w jej kierunku.

Nieznośne, pełne goryczy wspomnienia kontaktów z prasą sprawiły, że stopy utkwiły jej w miejscu, chociaż powinna się ruszyć. Dziennikarz jeszcze nie wiedział, kim ona jest, ale jeśli się choć trochę zbliży…

Prawie udało jej się poruszyć, gdy znowu skamieniała, tym razem z zaskoczenia.

– Można wiedzieć, dokąd się wybierasz? – Jakiś głęboki głos zaatakował dziennikarza, tak że ten się zatrzymał.

Blair przeniosła wzrok z reportera na mężczyznę, z którego ust padło to szorstkie pytanie. To był kolejny nieznajomy, człowiek, którego wygląd pasował do jego głosu, tak wysoki, że jego płowa głowa zahaczałaby o górną część ich namiotów. Nie patrzył na nią, ale na tego kłopotliwego gościa, a spojrzenie jego oczu przygwoździło dziennikarza tam, gdzie stał. W tym wysokim, płowowłosym mężczyźnie było zdecydowanie coś groźnego, skupiona siła, którą emanował na cały obóz. Blair świetnie rozumiała wahanie dziennikarza przed uczynieniem następnego kroku…

Wtem nieznajomy spojrzał w jej stronę i spotkali się wzrokiem. Słaby uśmiech zrozumienia poruszył nieznacznie kąciki jego ust. Mężczyzna przeniósł uwagę z powrotem na dziennikarza, który właśnie mówił, że chciałby przeprowadzić rozmowy z kilkoma innymi członkami załogi, szczególnie z tą kobietą, która znika w dżungli.

Blair słuchała, jak nieznajomy oświadcza stanowczo, że ta kobieta nie ma ochoty na rozmowę. W tych topazowych oczach, które na moment spotkały się z jej wzrokiem, była jakaś empatia, coś więcej niż chęć niesienia pomocy, którą zaoferował w samą porę. Od razu zrozumiała, że ten mężczyzna jej się spodoba, a jednak też… że będzie się go bać. Cała jego postawa była zbyt otwarcie męska, pewna siebie, imponująca. Jego spojrzenie – za bardzo porozumiewawcze.

Już nie była pewna, co mówią, ale nieznajomy obdarzył dziennikarza złośliwym uśmiechem, który nie objął jego przenikliwych oczu. Blair stłumiła chichot, widząc, jak dumny, napuszony reporter – już nie taki butny – przechodzi obok muskularnego przeciwnika i czmycha do swego dżipa. Pojazd zaryczał krótko, zakaszlał i zacharczał, złapał bieg i potoczył się w kierunku, z którego przyjechał.

Piwne oczy zerknęły na nią poprzez drzewa i ponownie spotkały się z jej wzrokiem. Speszona i zaintrygowana Blair odwzajemniła uśmiech i zaczęła krótką powrotną wędrówkę przez zarośla.

Gdy wyszła do niego z buszu, przez chwilę przyglądali się sobie, uśmiechając się na wspomnienie tego, jak zmykał dziennikarz.

– Pani Morgan – rzucił mężczyzna ze spokojnym szerokim uśmiechem.

Nie wiedzieć czemu oboje w tej samej chwili zaczęli się śmiać. Blair podała mu rękę z lekkim ukłuciem w sercu.

Nie był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego w życiu spotkała – jego rysy były o wiele za surowe – ale na pewno robił największe wrażenie. Jego niezwykłe oczy jakby emanowały ognistą siłą; była pewna, że nikt, kto zobaczył jego wzrok, nie mógł go już nigdy zapomnieć.

– Jestem w gorszej sytuacji – rzuciła Blair. Ona miała metr sześćdziesiąt trzy centymetry wzrostu, ten mężczyzna górował nad nią co najmniej o głowę. – Pan wie, kim ja jestem, ale – uśmiechnęła się otwarcie – kim pan jest?

– Craig Taylor. – Odwzajemnił uśmiech. – Chciałem się przedstawić, ale zobaczyłem, że pani ma problem. Jestem jednym z nowych pracowników.

– Ach – wymamrotała Blair, zakrywając zdumione oczy gęstymi rzęsami, które pasowały kolorem do ciemnego płomienia jej włosów. Podobnie jak doktor Hardy pomyślała, że ten mężczyzna po prostu tutaj nie pasuje, chociaż, w odróżnieniu od tego dziennikarza, wiedział, jak się ubrać do błotnistej dżungli. Jego dżinsy były wytarte, ale uszyte z wytrzymałego drelichu. Koszula z przewiewnej bawełny, standardowa niebieska koszula robocza. Zerkając na postrzępione brzegi jego dżinsów, zobaczyła z uznaniem parę solidnych butów.

– I co, nadaję się? – zapytał szyderczo.

Blair zaczerwieniła się i spojrzała znów w jego oczy, które migotały złotym rozbawieniem. Przyłapał ją, jak go szacowała.

– Tak – wymamrotała pospiesznie, po czym się skrzywiła. – Nie. Właściwie – powiedziała mu z brutalną szczerością – wyglądasz jak skrzyżowanie Toma Sellecka z podstarzałym hipisem.

Roześmiał się swobodnie.

– Zdaje się, że powinienem być wdzięczny za to pierwsze, a co do tego drugiego – podstarzałym – ha!

– Craig!

Okrzyk dobiegł z namiotu lekarskiego, zanim Blair zdołała coś odpowiedzieć.

– Chyba mnie wołają. Zobaczymy się później i wtedy możesz mi podziękować jak należy. – Uśmiechnął się szeroko ze zniewalającym wdziękiem, który czynił jego diaboliczne rysy urzekającymi. – W końcu ocaliłem cię przed losem gorszym niż śmierć – przed dziennikarzem!

Nagle przyjęła postawę obronną, uświadamiając sobie, że ten człowiek może być niebezpieczny w sposób, jakiego wcześniej nie podejrzewała. Blair skrzyżowała ramiona na piersi i podświadomie się wyprostowała, przybierając postawę pełną godności.

– Doceniam, że pojawiłeś się w samą porę. – Zmarszczyła brwi. – Ale ze swoimi kłopotami świetnie radzę sobie sama.

– Coś o tym słyszałem.

Czyżby wykryła jakiś cień w tych dziwnych oczach? Jakąś gorzką ironię w jego tonie? Nie, wciąż się lekko uśmiechał.

– No dobra, przesadziłem. Zobaczymy się przy kolacji?

– Tutaj naprawdę nie ma zbyt wielkiego wyboru – odparła niechętnie.

– Wszyscy jadamy razem, co?

– Tak jakby.

Craig potarł podbródek z cieniem zarostu, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.

– Zajmij mi krzesło – albo miejsce przy ognisku – obok siebie.

Blair pozwoliła sobie na uśmiech i odprężyła się nieco, słysząc szczerość w jego prośbie. Cóż, był intrygująco atrakcyjny. Nie mogła zaprzeczyć, że serce jej trzepotało szybciej w jego obecności, a oddech przyspieszał. Już bardzo dawno nie była tak poruszona w obecności mężczyzny, jeśli w ogóle kiedykolwiek tak spontanicznie reagowała. Jeśli jest tak inteligentna, za jaką się sama uważa, powinna się trzymać od niego z daleka. Bo skoro to krótkie spotkanie poruszyło w niej długo uśpione zmysły…

Jednak trzymanie się z daleka od kogokolwiek było tak naprawdę na terenie tego obozu niemożliwe, przecież sama to przed chwilą przyznała. I mimo swojego bajkowego małżeństwa oraz wstrząsającej tragedii, nie uważała siebie za kalekę emocjonalną. On był fascynującym mężczyzną. Czuła, że chce go lepiej poznać.

– Jasne – mruknęła z nonszalancją, której zaprzeczał ciepły rumieniec, jaki znowu wypłynął jej na policzki. – Zajmę ci miejsce.

– Dzięki. – Wyszczerzył zęby, zwalniając sprężysty krok, żeby dodać: – A jeśli powiesz mi, co Blair Morgan robi w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, to ja ci powiem, co robi tu Craig Taylor.

– Cóż – rzuciła wymijająco Blair – zobaczymy.

– Naprawdę zobaczymy?

Płonące jasnopiwne oczy przytrzymały jej wzrok o moment dłużej, niż było trzeba, po czym pomachał niedbale i jego postawna sylwetka zwieńczona płową głową oddaliła się ze spokojną pewnością siebie.

Blair patrzyła za nim przez chwilę, zastanawiając się, co zburzyło jej spokój. Strasznie ją coś do niego ciągnęło, wręcz niepokojąco. Ale mimo że wesoło się z nią przekomarzał, wyczuwała w nim jakieś napięcie, energię, która po prostu nie nabrała realnych kształtów.

Był z pewnością człowiekiem inteligentnym; świadczył o tym jego przenikliwy wzrok. Jednak duże wrażenie robiła też jego fizyczność.

Co on robi w dżungli? Czy to, czym poczęstuje ją dzisiaj wieczorem, będzie choć trochę bardziej szczere niż to, co ona opowie mu o sobie?

Było oczywiste, że on wie, że ona jest wdową po Rayu Teile’u. Bo inaczej dlaczego obroniłby ją przed tym dziennikarzem? Jednak sam nie wyglądał jak dziennikarz szukający sensacji. Czyżby okazywał jej specjalne zainteresowanie?

A może wiedział, kim jest jej ojciec?

Doszła do wniosku, że przynajmniej ten wieczór będzie interesujący.


2

Tego wieczoru, choć Blair dotrzymała swojej obietnicy, Craig dołączył do grupy dopiero, gdy większość skończyła kolację. Dziwne, uznała, skoro to jego pierwszy wspólny wieczór z załogą. Ale może to praca w ciągu dnia tak go wykończyła. Poza tym musiał stawić czoło zmianie klimatu; wilgotne gorąco lasu deszczowego potrafiło osłabić nawet osobnika w najlepszej formie. Nawet Craiga Taylora, pomyślała, uśmiechając się do siebie. Ileż to razy ona sama wracała do swego namiotu po długim upalnym dniu zbyt wyczerpana, żeby coś zjeść albo z kimś porozmawiać? Zbyt wykończona, żeby zrobić cokolwiek poza położeniem się spać.

Choć Craig w końcu usiadł koło niej, wyróżniając ją specjalnym uśmiechem na powitanie, rozmawiał i żartował swobodnie ze wszystkimi. Sprawiał wrażenie kompletnie wyluzowanego w ich towarzystwie, jakby przebywał z tą załogą od wielu miesięcy, a nie zaledwie od paru godzin. Czarował ich, zauważyła Blair, całkiem tak, jak oczarował ją wcześniej w ciągu dnia.

Po skończonym posiłku, zamiast przyłączyć się do innych przy ognisku, Craig jako pierwszy powiedział dobranoc i wrócił do swojego namiotu. Blair spodziewała się… Hm, właściwie czego tak naprawdę się spodziewała? Wyciągnęła się ze znużeniem na łóżku polowym i wpatrywała się w niski płócienny sufit namiotu, przyzwyczajając wzrok do ciemności. Czy oczekiwała, że ten mężczyzna będzie ją wyróżniał? Że przysiądzie się do niej przy ognisku i skieruje rozmowę na tematy prywatne? Tak, musiała przyznać, że miała na to nadzieję. Teraz, gdy to wcale nie nastąpiło, nie wiedziała, czy czuje ulgę, czy zawód.

Blair miała się przekonać, że jego zachowanie wobec niej tego pierwszego wieczoru ustaliło schemat na kolejne dni. Chociaż widywała go przelotnie, gdy oboje kręcili się po obozie, wykonując przydzielone sobie zadania, w ogóle nie mieli okazji, żeby zamienić ze sobą parę słów, najwyżej przy kolacji. Obserwując go w tych krótkich chwilach w ciągu dnia, musiała przyznać, że niezależnie z jakiego powodu dołączył do ich załogi, w pracę wkładał całe serce. Rozładowywanie ciężarówek zazwyczaj zajmowało prawie cały tydzień dwóm pracownikom. Craig Taylor dawał sobie świetnie radę sam w mniej więcej tym samym czasie, a nawet krótszym.

W te wieczory, kiedy miała okazję rozmawiać z nim przy kolacji czy później przy ognisku, nie zachowywał się bynajmniej nieprzystępnie, jednak Blair nie wyczuwała w jego stosunku do siebie nic więcej poza życzliwym zainteresowaniem. Zdecydowanie nie okazywał jej więcej uwagi niż któremukolwiek z pozostałych członków załogi. Jeszcze wciąż nie dotrzymał obietnicy i nie wytłumaczył, dlaczego tu przyjechał. Jednak ona postanowiła nie naciskać. W jakiś niewytłumaczalny sposób ciągnęło ją do tego mężczyzny, a jednak jego niepokojąca obecność wzbudzała w niej podejrzliwość, a nawet pewne obawy. Był w porządku w każdym calu, a jednak ona mu nie ufała.

Gdy w piątek po południu zobaczyła, jak zdjął koszulę, zaskakująco przyszło jej do głowy to samo, co jej ojcu – ten mężczyzna powinien był zostać bokserem zawodowym.

A może nie. Był za wysoki, jakieś metr dziewięćdziesiąt, jeśli dobrze oceniała, jednak nie dość ciężki na boksera. Jego mięśnie, prężące się pod złotą skórą, nie były masywne ani toporne; przypominały raczej ciasno zwinięte zwoje lśniącego metalu. Skóra na brzuchu była napięta jak na bębnie. Ramiona miał szerokie, tors zwężał się w kierunku pasa. Jego klatka piersiowa była gęsto porośnięta płowymi włosami, które błyszczały w promieniach słońca, a gdy zerknął na nią z uśmiechem, znowu zauważyła wyraz jego piwnych oczu. Odwzajemniła uśmiech, ale zadrżała na całym ciele. Uśmiech łagodził rysy, które można by najlepiej opisać jako surowe, szorstkie i wyraziste, jednak te rysy, w połączeniu z fascynującymi oczami i zdumiewająco silną budową ciała, sprawiały wrażenie, że ma się do czynienia z lwem, panem i władcą na swoim terytorium. Poruszał się z pewnym siebie, kontrolowanym napięciem, jednak ona czuła, że trzyma na wodzy jakąś siłę, która może w każdej chwili eksplodować i skupić się na kimś nieostrożnym, i niech Bóg ma wtedy w opiece nieszczęsną ofiarę. Tak – lew podchodzący od niechcenia swoją ofiarę aż do momentu skoku.

– Przestań go tak pożerać wzrokiem, Blair – szepnął jej ktoś do ucha, klepiąc ją w ramię. – To trochę niegrzeczne…

Blair obróciła się gwałtownie. Kate wpatrywała się w nią z szelmowskim uśmieszkiem.

– Nie pożeram go wzrokiem – zaprotestowała Blair oschle. – Zastanawiam się, co do cholery on tu robi.

– Okay. – Kate się zaśmiała. – To ty się zastanawiaj, a ja go będę pożerać!

– Naprawdę, Kate…

– Och, Blair, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Blair uniosła sceptycznie brwi.

– A pamiętasz konia trojańskiego? On po prostu wygląda, jakby tu nie pasował.

Kate roześmiała się smutno i zareplikowała cierpko:

– A ty pasujesz? – Ubrana w wytarte dżinsy i gładką brązową koszulę roboczą. Bez makijażu, z płomiennorudymi włosami związanymi w węzeł, smukła, Blair była mimo wszystko uderzająco piękna i emanowała klasą i elegancją.

– O kurczę! – mruknęła Blair, przyznając jej rację. Nie potrafiła tak naprawdę wytłumaczyć swoich uczuć sama przed sobą; nie było możliwe wyjaśnienie ich Kate. Pomachała ręką, zmierzając w kierunku namiotu lekarskiego. – Zobaczymy się później. Mam całą paczkę ufnych maluchów, które czekają na mój delikatny dotyk igłą.

Kate prychnęła i zawołała:

– Dobrze ci. Ja jestem w brygadzie odwszawiania.

Blair, śmiejąc się, ruszyła z powrotem. Gapienie się na Craiga – pożeranie go wzrokiem, zastanawianie się, spekulowanie, wszystko jedno! – zabrało jej więcej czasu, niż planowała. Namiot pełen był przestraszonych dzieci. Wszystkie obserwowały ją wielkimi, smutnymi brązowymi oczami, których wyraz mówił, że ona jest wilkiem, a one owieczkami idącymi na rzeź.

Zatrzymała się przez sekundę przy wejściu do namiotu, gniewna, zbierając siły do tego zadania. Zawsze cierpią dzieci. Przekonani o swojej nieomylności generałowie prowadzą kampanie, obwieszczając triumfalne zwycięstwa. Dzieci tracą domy, rodziców, zdrowie. Czasem życie.

Blair guzik obchodziło, która grupa partyzantów rości sobie pretensje do władzy. Przez całe życie była otoczona przez polityków i nauczyła się tej smutnej prawdy, że nie zawsze wygrywa najlepszy, ani nawet najsilniejszy.

Nagrodę zazwyczaj zgarniał najbardziej elokwentny mówca.

To nie znaczy, że na tej arenie brakowało dobrych ludzi. Jej ojciec, jeśli odłożyć na bok stronniczość, był jednym z najwspanialszych ludzi na świecie. Służył wielu wspaniałym mężom stanu.

Jednak charakter i zasady nie zawsze wystarczały, żeby koła maszynerii politycznej toczyły się gładko. Ludzie będący u władzy, nawet jeśli reprezentowali szlachetne zasady, musieli obejmować całość sytuacji i często musieli udawać, że nie widzą cierpienia.

Nie mogli sobie pozwolić na baczne przyglądanie się temu, czego ona była świadkiem.

Blair przywołała siebie do porządku. Z filozofowania nic jej nie przyjdzie. Ustawiła swoich podopiecznych w kolejce i przemawiała do dzieci uspokajająco, przygotowując szczepionki, zamieniając robienie zastrzyków w zabawę. Po szybkim przetarciu każdego ramionka wacikiem nasączonym alkoholem rysowała uśmiechnięte oczka i buzię jaskrawożółtymi plamkami, które były tak naprawdę środkiem odkażającym. Nosek, wyjaśniała, to szybkie ukłucie, które im zrobi. Każde dziecko opuszczało namiot nie do końca pewne, co się stało, ale o wiele bliższe śmiechu niż płaczu.

Pochłonięta pracą nie była świadoma, że w pewnej chwili zajrzała do namiotu para badawczych lwich oczu.

Ale doktor Hardy natknął się na Craiga.

– Niesamowita ta nasza Blair, nie uważasz? – zagadnął nowego członka załogi. Uśmiechnął się, jak sądził, przenikliwie. – Uważaj na nią, Taylor. Według mnie Bóg stworzył ludzi z ogniem we włosach, żeby nas ostrzec przed ogniem w ich wnętrzu.

Craig roześmiał się, słysząc to złowieszcze ostrzeżenie.

– Będę uważał, panie doktorze. – Spoważniał jednak i mówił dalej tonem przepraszającym, którego doktor nie rozumiał: – Ona rzeczywiście jest niesamowita. Naprawdę świetna w tym, co robi. Żadne z tych dzieci nawet nie pisnęło.

– To ja nauczyłem ją wszystkiego – wyznał lekarz z dumą, jego osłonięte wąsem usta skrzywiły się przy tym w zażenowanym uśmiechu. – Ale nie było trudno ją nauczyć. Złapała wszystko w dwa tygodnie, łącznie z językiem. Co wcale nie jest dziwne… – doktor nagle urwał. Nie dziwiło, że ta kobieta ma tak wysoki iloraz inteligencji i zdolność do języków, gdy się wiedziało, kim jest jej ojciec. To były jednak poufne informacje, a on niemal bez ogródek przekazał je na tacy temu nieznajomemu.

Odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że Craig Taylor nie ma zamiaru go ciągnąć za język. Pogładził się po brodzie i sięgnął do klapy namiotu.

– Chyba lepiej wrócę do pracy – powiedział w zamyśleniu. – Jak idzie rozładowywanie?

– Skończone.

– Skończone? – Tom pokręcił głową, jakby jakiś magik właśnie machnął różdżką. – Cholera, Taylor, podobasz mi się, chłopie.

– Dzięki.

Wydawało się, że na twarzy tego olbrzyma o włosach barwy piasku pojawił się grymas, i Tom zmarszczył czoło, nieco skonsternowany. Potem wzruszył ramionami. To nie był człowiek, którego trzeba chwalić. Szczerze mówiąc, jak większość tych, którzy wytrzymywali w korpusie.

Na twarz mężczyzny o przenikliwych piwnych oczach powrócił pogodny uśmiech.

– Zdaje się, że tam walczą z ogniem. – Wskazał na polankę, gdzie Kate, żona doktora Dolly i młody Harry Canton rzeczywiście nie radzili sobie z rozpalaniem ogniska na kolację pod ogromnym czarnym kotłem, w którym miała gotować się tego wieczoru pożywna potrawka. – Lepiej pójdę i pomogę. – Machnął smętnie ręką i pomaszerował w stronę grupy.

Doktor Hardy wrócił do namiotu, wciąż kręcąc posiwiałą głową. Blair rysowała właśnie ostatnią uśmiechniętą buźkę na małej brązowej rączce.

– Iiiiiii… pac! Oto jego nosek! – zawołała po hiszpańsku niemal bez akcentu, szczerząc wesoło zęby. Dziecko spojrzało na swoją rączkę, niepewne, czy zrobiono mu krzywdę, czy nie. To stało się tak szybko. Roześmiało się do uśmiechającej się seńory.

– To już wszystko – zapewniła malca Blair. – A teraz biegnij, niedługo będzie kolacja przy wielkim kotle.

Gdy chłopiec czmychnął z szerokim uśmiechem, Blair, zmęczona, odwróciła się do doktora.

– Już wszyscy. Coś jeszcze dla mnie w grafiku?

– Nie. – Doktor Hardy potrząsnął głową z zadowolonym uśmiechem. – Dzięki naszemu nowemu koledze jesteśmy bardzo do przodu z harmonogramem.

Blair wstała z pryczy i przeciągnęła się, marszcząc lekko brwi.

– Co o nim sądzisz? – zapytała.

– Chyba się w nim zakocham – odpowiedział prędko doktor Hardy z rzadkim przebłyskiem humoru. – Wreszcie przysłali mi mężczyznę.

– Ale dlaczego? – zadumała się Blair, w zamyśleniu postukując palcem wskazującym w brodę.

– Nic mnie to nie obchodzi – rzucił szczerze. – Jest tutaj i pracuje jak cholernie dobry wół roboczy. – Poklepując Blair po plecach, dodał: – Uważaj, żeby go nie wystraszyć pytaniami, dobrze? Widziałem ten chytry błysk w twoich oczach i wiem, że coś knujesz. Daj spokój temu facetowi; może szuka trochę prywatności, dokładnie tak jak ty. Ja nie pozwalam nikomu maglować ciebie, ty nie rób tego jemu.

Jej szmaragdowe oczy potrafiły wydawać się bardzo niewinne, gdy tylko chciała.

– Nie mam zamiaru przepędzać stąd Herkulesa! Już mi obiecał, że powie mi, po co tu przyjechał.

– No to dostaniesz swoją odpowiedź.

Wciąż nieusatysfakcjonowana, Blair mruknęła:

– Dlaczego ja?

Doktor zachichotał, zabierając się do sprzątania różnych medycznych akcesoriów.

– Jeśli nie znasz odpowiedzi na to pytanie, młoda damo, to znaczy, że trzymamy cię już za długo w tym buszu.

– Myślisz, że mu się podobam? – Blair zmarszczyła brwi.

– Wiem, że mu się podobasz, i – przyjacielskim gestem pociągnął ją za pukiel włosów – ty też wiesz. I myślę, że on ci się też podoba, inaczej zostawiłabyś biedaka w spokoju.

– Jest atrakcyjny – przyznała Blair, nie obrażając się. – Ale czy właśnie tego nie rozumiesz? – on jest zbyt atrakcyjny.

– Może myślisz tak, bo widujesz niewielu silnych zdrowych facetów w swoim wieku – zasugerował i skrzywił się, bo się zorientował, że ma jakiś kamyk w bucie.

Blair potrząsnęła głową z irytacją. Chwyciła go za łokieć, pomagając utrzymać równowagę, gdy ściągał but, żeby wyrzucić przeszkadzający kamyk.

– Nie urodziłam się na pustyni, Tom. Ten facet jest inny. Inny niż inni atrakcyjni mężczyźni. I nie udaję wcale, że nie uważam go za… intrygującego…

– Seksownego – wtrącił doktor, nakładając z powrotem but.

– No dobra, zgodzę się z tobą co do semantyki. – Blair poddała się, z lekkim rumieńcem. – Ale on jest bardziej niż seksowny. Jest pewny siebie, ma jakąś dziwną siłę. Taki facet doskonale wie, dokąd zmierza w życiu. Takie życie jak tu to dla niego żadne wyzwanie.

Doktor nie odpowiadał, więc Blair w końcu poczuła frustrację, usiłując wytłumaczyć, o co jej chodzi. Właściwie nie było słów, które mogłyby opisać, co ona czuje. Nie chodziło o to, że jej zdaniem Craig Taylor nie jest w stanie pomagać ludziom. Odwrotnie, uważała, że będzie dzielił się hojnie swoim czasem, siłą i zdolnościami. Ale to po prostu nie było to, co jej zdaniem stanowiło typowe dla niego ujście energii.

– Ach, nieważne – westchnęła, puszczając ramię doktora. – Idę nad strumień.

– Miłej kąpieli. – Wygonił ją gestem, myśląc już o innych sprawach, jeśli w ogóle pamiętał, o co jej przed chwilą chodziło.

Ze swego niewielkiego namiotu wzięła mydło i ręcznik i zaczęła grzebać w ciuchach. Poczciwy doktor miał rację co do jednego – Craig niesamowicie ją pociągał i nie była pewna, czy jej się to podoba, czy nie. W pewien sposób było to cudownie ekscytujące; wydawało jej się, że już wieczność minęła od czasu, gdy jakiś mężczyzna choćby w najmniejszym stopniu poruszył jej zmysły. Było to także niezwykle stresujące. Sama podała sensowny argument, który jej przyjaciel kompletnie zignorował. Craig Taylor nie był zwykłym facetem. W grupie tysiąca osób on jeden by się wyróżniał, emanował siłą, energią, bystrą inteligencją i przenikliwym spojrzeniem piwnych oczu.

Blair uświadomiła sobie z zażenowaniem, że przetrząsa tak gorliwie swoją garderobę, ponieważ bardzo chce znaleźć najatrakcyjniejszy strój „do dżungli". Bez wątpienia Craig stanowił szaloną podnietę, a ona automatycznie reagowała na nią jako kobieta.

To tylko rozsądna taktyka, przekonywała samą siebie. Jeśli ma przystąpić do wojny na sztuczki z tym mężczyzną, im lepsza jej taktyka i amunicja, tym większe ma szanse na odniesienie zwycięstwa. Nie na próżno była córką polityka.

Nagle spociły jej się dłonie. Opadła na zaścielone łóżko polowe. Jej małżeństwo – które zawarła z naturalnym entuzjazmem typowym dla młodej dziewczyny – przeszło od sielanki do dramatu tak prędko, że musiało minąć tyle czasu i musiał się pojawić taki Craig Taylor, żeby Blair uświadomiła sobie, że nigdy wcześniej nie działał tak na nią żaden mężczyzna. Chodziła już czasem na randki po śmierci Raya i obojętnie przyjmowała pocałunki na dobranoc, ale nigdy nie była tak poruszona jak na dźwięk głosu Craiga i widok jego szczupłego ciała i magnetycznych oczu. Nigdy nie działał tak na nią nawet Ray Teile…

To tylko facet!, powiedziała sobie surowo.

To nie „tylko" facet.

Ale poruszona czy nie, nie była przecież jakąś naiwną dziewicą. Była doświadczoną wdową. Nie potrafiłaby wytłumaczyć, dlaczego gotuje się na wojnę z Craigiem, lecz tak było. W tej chwili omijali się ostrożnie; sedno ich dyplomatycznego starcia będzie musiało wyjść na jaw później.

Zniecierpliwiona własnymi reakcjami wstała z determinacją, złapała mydło, ręcznik i ubranie – najlepsze, jakie tu miała – obcisłą niebieską bawełnianą koszulę i najmniej spraną parę dżinsów. Wypadła z namiotu i pobiegła przez obóz.

Kate wciąż była zajęta nalewaniem jedzenia. Blair ściągnęła przyjaciółkę wzrokiem.

– Czekam na ciebie przy strumieniu.

Kate pożegnała ją żartobliwym grymasem.

Szmer wody był kojący, podobnie jak dzikie i barwne piękno liści i niewielkich postrzępionych skałek, które okalały strumień. Blair niemal czuła już dotyk wody na swojej skórze, zbliżając się do skarpy – i nagle stanęła jak wryta.

Ktoś dotarł do strumienia przed nią.

Zwinięta w porządną kulę pod rozłożystym konarem potężnego dębu leżała sterta brudnych ubrań. Na gałęzi wisiała czysta para niebieskich dżinsów i jasnobrązowa bawełniana koszula podobna do jej własnej.

Craig.

Nie widziała go w wodzie, ale wiedziała od razu, że to on, nawet nie rozpoznawszy brudnych ubrań. Jej zmysły wysłały sygnał alarmowy, który ostrzegł ją, że to Craig. Przeszył ją dreszcz idący od podstawy kręgosłupa i docierający do każdej kończyny. Jej umysł pracował całkiem na własną rękę, wyobrażając sobie jego złotawy tors wyłaniający się z wody, lśniącą męskość, biodra mocne jak konary dębu.

O Boże!, zganiła się ostro, cofając się powoli, wkurzona sama na siebie. Zbyt długo przebywa w tej dżungli.

Nie, to nie to. On po prostu jest wyjątkowy.

I nie była to już jej wyobraźnia. Najpierw wynurzyła się jego płowa głowa, ciemniejsza, bo mokra, surowe jastrzębie rysy, potem szeroki tors ze splątanymi włosami, lśniący jak posąg z brązu światłem odbitym od mieniącego się strumienia, dokładnie tak, jak sobie wyobrażała.

Piwne oczy przytrzymały jej wzrok. Na pełne zmysłowe usta wypełzł z wolna uśmieszek.

– Wskakujesz? – zawołał.

Blair pokręciła głową, ale przestała się cofać. Skoro już ją zauważył, nie będzie uciekała jak nastolatka.

– Wejdę, jak pan wyjdzie, panie Taylor – odkrzyknęła. – Chyba zapomnieliśmy pana poinformować o etykiecie. Jeśli chodzi o kąpiel, panie mają pierwszeństwo.

– Przepraszam – zawołał, zostając w wodzie przyzwoicie do poziomu pasa. Gęste włosy barwy piasku, które pokrywały jego pierś, zwężały się ku pępkowi i szły dalej, prawdopodobnie przechodząc w wąską linię, by znowu się rozkrzewić w partiach skrywanych przez wodę. Blair uzmysłowiła sobie z irytacją, że trudno jest jej utrzymywać kontakt wzrokowy – jej oczy miały ochotę śledzić tę działającą na wyobraźnię linię mokrych, szorstkich kędziorów. On zbliżył się do brzegu i przez sekundę Blair przeraziła się, że bezczelnie wyjdzie z wody.

Ale nie. Podszedł po prostu na tyle blisko, żeby mogli prowadzić rozmowę, nie przekrzykując bulgotu pieniącego się strumienia i ryku kaskady.

– Nie miałem już nic do roboty – wyjaśnił, krzyżując ramiona na piersi, a na wargach pojawił mu się sympatyczny uśmiech. – Wałęsałem się, aż znalazłem to miejsce, i od razu pobiegłem po czyste ubranie.

Blair uśmiechnęła się, w jakiś sposób świadoma, że chłopięcy uśmiech jedynie maskuje niebezpieczeństwo czające się w jego oczach.

– W porządku – rzuciła. – Nie musisz przepraszać. Powinniśmy byli ci powiedzieć.

Nagle przekrzywił głowę i się roześmiał.

– Myślę, że w ostatecznym rozrachunku możecie być zadowoleni, że niechcący złamałem regulamin. Odkryłem coś, o czym na pewno nie wiecie.

– Ach, tak? – Jego oczy, uświadomiła sobie Blair, wcale nie były piwne, tylko orzechowe – zieleń limonki nakrapiana złotobrązowymi gwiazdkami. – Co to za odkrycie?

– Nie, nie. – Pokręcił głową z żalem. – O tym się nie da opowiedzieć. Musisz to sama zobaczyć, a skoro nie chcesz do mnie dołączyć… – Uniósł ramiona w parodii smutnego żalu.

– W życiu nie słyszałam bardziej żałosnej kwestii. – Blair uśmiechnęła się oschle.

– Jestem zdruzgotany!

– Jasne. – Była pewna, że kogo jak kogo, lecz jego nic nie jest w stanie zdruzgotać.

Uniósł brwi i wzruszył ramionami.

– Pewnego dnia – rzucił lekko – pokażę ci mój wspaniały sekret, a wtedy pożałujesz tego lekceważenia i nieufności. Ale na razie – jego brwi uniosły się jeszcze wyżej i pokazał głową w kierunku swojego ubrania – może się odwrócisz, żebym jeszcze bardziej nie obraził twojej cnoty.

Blair odeszła kilka kroków dalej i odwróciła się, nonszalancko krzyżując ramiona na piersi. Drżała na całym ciele i modliła się, żeby jej postawa odwróciła od tego jego uwagę. Były takie chwile po śmierci Raya, gdy rozważała, czyby nie uciec gdziekolwiek z kimkolwiek tylko po to, by przekonać samą siebie, że jest wciąż normalną kobietą, zdolną do namiętności, do przeżywania rozkoszy.

Jednak rozsądek powściągał lekkomyślność. Nic by nie udowodniła, a być może rozdrapałaby ranę jeszcze bardziej, wchodząc w romans bez emocji i prawdziwego pożądania.

Aby przeczytać całą książkę, odwiedź www.legimi.com