Rafa - Jan Józef Szczepański - ebook
Wydawca: Cyfrant Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 16000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 252 Przeczytaj fragment ebooka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Rafa - Jan Józef Szczepański

Co łączy odległe miejsca w czasie i przestrzeni? Opowiadania Szczepańskiego, choć różnorodne pod względem treści i formy, konsekwentnie próbują wypreparować uniwersalne procesy i zjawiska, które stanowią tkankę naszej cywilizacji i kultury.

"Oglądani z jakiegoś odległego, pozaziemskiego punktu widzenia, jesteśmy czymś w rodzaju koralowców. Przerabiamy materię, wznosimy – warstwa po warstwie – tajemnicze budowle, z których galerii i komnat czas wypłukuje nieczystości naszego organicznego życia. Rośnie nieustannie Rafa naszych tworów – domów, pałaców, świątyń, stołów, łóżek, obrazów, naczyń, pomników, maszyn. Z trwałości rafy, która kruszy się i wietrzeje z powolnością przypominającą erozję górskich łańcuchów, czerpiemy otuchę, zagrożoną nieustannie poczuciem znikomości naszych miękkich ciał, a także ulotności naszych uczuć i myśli. Ale nawet ta otucha nie jest pozbawiona odcienia grozy. Duma z tworzenia i posiadania rzeczy podszyta jest lękiem przed niewolą u rzeczy, a czasem zawiścią i buntem." Jan Józef Szczepański

Opinie o ebooku Rafa - Jan Józef Szczepański

Fragment ebooka Rafa - Jan Józef Szczepański




Rafa

Znowu marzec. Światła jak przez szkło pokryte chłodną rosą. Ulice całe w rozbłyskach spadających z dachów kropel. Plusk i chlupot – leniwy, a równocześnie rzeźwy – wypełnia miasto. Starsi panowie przeżywają swój moment. W rozpiętych płaszczach, z szalikami spływającymi luźno na sztywne klapy marynarek, z wyszczotkowanymi siwiejącymi włosami, przylegającymi gładko do skroni, suną po chodnikach krokiem niedbałym i czujnym, pozbywszy się ociężałości i sztywności kolan. Mijanym kobietom rzucają spojrzenia pytające i opiekuńcze. W ich uśmiechach, których żartobliwość, a nawet frywolne zuchwalstwo maskowane są godnością, kryje się zapewnienie, że posiedli wiedzę o słodyczy życia.

Kobiety chodzą zataczając się z lekka, jak odurzone. Ich oczy za niebieskimi lub fioletowymi szkłami przeciwsłonecznych okularów są przymknięte. Bezwiedny skurcz podciąga górną wargę, odsłaniając wilgotne zęby. Głowy pochylone do tyłu. Twarze, ruchem kwiatów, poddają się słońcu.

Najmłodsze biegną na oślep hałaśliwymi gromadkami, z chichotem wpadają na przechodniów, piszcząc uskakują w popłochu przed fontannami roztajałego śniegu, tryskającymi spod kół samochodów.

Pryszcze na policzkach wyrostków są nabrzmiałe jak wiosenne pąki. Ich głosy załamują się krzykliwie w nieopanowanych próbach barytonów i basów. Ich oczy błyszczą dziką gorączką nadziei.

Arkusz ostrego blasku z jakiegoś otwartego nagle na górnym piętrze okna spada ukośnie w głąb ulicy i słychać srebrny brzęk, rozmieciony zaraz trzepotem gołębich skrzydeł.

*

Dlaczego taki początek? Nie wiem. Bo jest taki dzień. Znowu. Z tym samym podnieceniem. Z tą samą, jak zawsze, nadzieją. I może w tym podnieceniu, w tej nadziei jest prawda. Jakaś prawda, lepsza od innych prawd. Chciałoby się powiedzieć: bywa różnie, ale bywa i tak. I to jest ważne. I zawsze można oczekiwać tego dnia.

Bo trzeba się bronić. Trzeba się bronić przed... Jakże to nazwać? To jest rodzaj śmiechu. Śmieszku – smutnego i martwego, jak chrobot zwiędłych liści. Coraz częściej odzywa się w nas, coraz skorzej... Chociaż zbyt pochopne – na szczęście – to uogólnienie. Mówię „nas”, zakładając bezprawnie wspólność ludzkich doświadczeń. Ale ta liczba mnoga wyraża także obawę przed osamotnieniem. I w tym jest usprawiedliwiona. Bo gdybyśmy zostali sam na sam z naszym widzeniem świata, bez możliwości wsparcia się o cudze spojrzenie, bez szansy zaprzeczenia sobie, ciężar naszej świadomości okazałby się ponad ludzkie siły.

Otóż ten śmieszek jest następstwem dekonspiracji. Już nie potrafimy poprzestać (choćbyśmy chcieli) na jednym, gramatycznym czasie i na jednej powierzchni rzeczy. Do jakiegoś momentu w naszym życiu świat był nieruchomym objawieniem. Teraz widzimy, ku czemu zmierza. Nasze oczy nauczyły się patrzeć tak jak kamera przyrodnika, ściągająca do kilku minut okres kiełkowania, kwitnienia i więdnięcia kwiatu.

Owo dziewczęce spojrzenie, zapamiętane sprzed lat jako fraza tajemniczej poezji. Senne, nieodgadnione, odbijające ciszę jakiejś przejmującej szczęśliwości za wiosennymi obłokami. Odnajdujemy je nagle znowu w twarzy mięsistej i porowatej, obsypanej grudkami pudru i pojmujemy jego tajemnicę. Jest to kontemplacja ciepłych i łaskotliwych doznań trawienia. Albo jakiś czarująco zabawny uśmieszek, wesołe wyzwanie, zarysowane drobnym drgnieniem kącika ust, wysunięciem dolnej wargi. Z czasem poznajemy jego przeznaczenie. Służy czujnemu śledzeniu cudzych słabości, towarzyszy podejrzliwie liczeniu pieniędzy. Ileż znaków, które wydają się nam refleksami raju, dojrzewa w ten sposób do swoich zwykłych ziemskich treści? Stajemy się coraz bardziej ostrożni. Zaczynamy przewidywać kierunek metamorfoz, jeszcze przed ich dopełnieniem. I śmiejemy się tym wewnętrznym, szeleszczącym śmiechem, podobnym do płaczu za utraconymi złudzeniami.

Gaśnięcie refleksów raju obnaża świat w sposób nieopisanie brutalny i prostacki. W pewnej chwili dochodzi do tego, że widzimy rzeczy w całości. Nie potrafimy już oddzielić człowieka od jego ukrywanych fizjologicznych funkcji, od wstydliwych zapachów jego ciała, od jego zatajonych myśli i pragnień. Słowa poezji zaczynają budzić podejrzliwą czujność, szarzeją sztandary wielkich idei, dumne hasła brzmią fałszem.

Jesteśmy przy następnej granicy pozorów, którą pokonać można tylko za pomocą magicznej formuły, brzmiącej: „Pomimo to...”.

Jest to formuła nadziei i wiary, a przede wszystkim miłości. Ale doświadczenie zsyntetyzowanego czasu utrudnia jej stosowanie. Cóż bowiem warte są wszystkie dary życia, jeśli trwają tylko przez mgnienie? Ta najbanalniejsza z „filozoficznych” prawd, dostarczająca przez wieki tematu kaznodziejom i moralistom, coraz wyraźniej nabiera konsystencji. Im trudniej nam uwierzyć w jakiś pozamaterialny wymiar egzystencji, tym dotkliwiej czujemy czas i swoją wobec niego bezsilność. Szybkość obrotów filmowej szpuli jest tylko kwestią umowy. O kwiecie rozkwitającym i więdnącym na ekranie w ciągu pięciu sekund tylko tyle można powiedzieć, że zwiądł naprawdę. Jak długo oddychał zapachem w słońcu? Zbierał rosę na płatkach? Przyjmował pszczoły w swoim kielichu? Trochę wstyd zadawać takie pytania. Ale one już nie są retoryką, odkąd względność czasu może zostać każdemu zademonstrowana naocznie.

W dodatku względność jak gdyby ironiczna w stosunku do naszego poczucia hierarchii ważności spraw. Byle garnek, byle gwóźdź jest trwalszy od naszych miłości, nadziei i rozpaczy, od naszych cnót i grzechów.

Antycypacje narzucają się same. Nieomal wszystko, co nas otacza, ma szansę przeżycia nas, razem z naszymi radościami i cierpieniami. Kompleks archeologii staje się czymś zupełnie naturalnym. Patrzymy wokół siebie, na nasze sprzęty, nasze ozdoby, nasze naczynia, nasze maszyny, jak na rzeczy wydobywane po wiekach z piaszczystego wykopu. Ze zdziwieniem, z zakłopotaniem, z melancholią. A więc to są te rzeczy, które ceniliśmy tak ogromnie? Bez których nie wyobrażaliśmy sobie życia? Dla których trudziliśmy się, które zdobywaliśmy z zaciekłością i poświęceniem? Więc to jest to, co po nas zostało?

*

Oglądani z jakiegoś odległego, pozaziemskiego punktu widzenia, jesteśmy czymś w rodzaju koralowców. Przerabiamy materię, wznosimy – warstwa po warstwie – tajemnicze budowle, z których galerii i komnat czas wypłukuje nieczystości naszego organicznego życia. Rośnie nieustannie rafa naszych tworów – domów, pałaców, świątyń, stołów, łóżek, obrazów, naczyń, pomników, maszyn. Z trwałości rafy, która kruszy się i wietrzeje z powolnością przypominającą erozję górskich łańcuchów, czerpiemy otuchę, zagrożoną nieustannie poczuciem znikomości naszych miękkich ciał, a także ulotności naszych uczuć i myśli. Ale nawet ta otucha nie jest pozbawiona odcienia grozy. Duma z tworzenia i posiadania rzeczy podszyta jest lękiem przed niewolą u rzeczy, a czasem zawiścią i buntem.

Przypomina mi się pewne zdarzenie z Prowansji. Jechaliśmy – mój przyjaciel Stan i ja – jedną z owych wąskich dróg, oplatających nieskończonymi zakolami i serpentynami strome zbocza, porośnięte karłowatym, suchym jak afrykański busz lasem. W tej bezludnej okolicy, gdzie kamienne, ukryte w dolinach wioski i miasteczka o pomarszczonych dachach, oblepiające spadziście szczyty wzgórz, upamiętniają miejsca warownych obozów legionów rzymskich, czas wydaje się płynąć szczególnie leniwym nurtem. Mimo to widok, na który Stan zwrócił moją uwagę, wprawił mnie w rodzaj przygnębiającego (choć fascynującego zarazem) osłupienia. W połowie stoku nad nami biegł poprzez szorstkie zarośla szary, rozsypujący się miejscami ze starości mur, który zdawał się odgradzać od świata szmat jeszcze dzikszego, jeszcze bardziej zaniedbanego lasu. W głębi tej zagrody sterczały pomiędzy drzewami kanciaste baszty i poczerniałe dachy jakiejś wielkiej budowli.

– Ten zamek – powiedział Stan – jest do dziś dnia siedzibą rodziny, która wybudowała go czterysta lat temu.

Wbrew odruchowi podziwu, jakim otaczamy zazwyczaj świadectwa przeszłości, doznałem przykrego skurczu serca – nieokreślonego uczucia duszności, którego doświadczać muszą ludzie cierpiący na klaustrofobię. Odczułem ten zamek jako więzienie, a los jego mieszkańców jako los istot skazanych czy zaklętych – może pogrążonych w smutnej parodii nieśmiertelności. Oto kawałek rafy, którego żywa zawartość nie obumarła we właściwym czasie. Wyobraziłem sobie straszliwe ciśnienie sklepień, zamkniętych nad głowami dziesiątków pokoleń, straszliwą martwotę przywiązania do jednej, niezmiennej postaci świata. I gdyby zdarzyło mi się wówczas wejść do tego zamku, nie zdziwiłbym się zastawszy w jego wnętrzu wyblakłe, porażone bezruchem larwy.

Dialektyczna natura pamięci podsuwa mi w tym miejscu obraz kontrastowy, antytezę – chociaż antytezę może tylko pozorną.

Raczej nieporozumienie niż przypadek (dziwaczne pojęcia taksówkarza z Port Sudanu o zapotrzebowaniu na egzotykę zamorskiego przybysza) zawiodło mnie do Flamingo – wioski poławiaczy koralu. Olbrzymie pryzmy owego koralu, podobne do kopców drobnych, rosochatych kości, bielały na wybrzeżu zakisłej laguny, przesycając parne powietrze dławiącym odorem rozkładu. Krajobraz – jeśli można użyć tej nazwy w odniesieniu do smrodliwego śmietnika – ograniczał się do dwóch elementów, obu jednakowo zdegradowanych: do gęstej od brudnozielonego szlamu wody i do piasku usianego szkłem rozbitych butelek, zardzewiałymi puszkami i strzępami papieru. Wioska składała się z butwiejącej drewnianej szopy, oblepionej reklamami pepsi-coli (stanowiącej zapewne ośrodek handlowy i towarzyski osiedla) oraz z mieszkalnych schronów (użycie słowa „dom” byłoby tu mylące), z odrażających bud o niezwykle prostej konstrukcji. Cztery beczki po ropie naftowej, kawał tektury z jakiegoś rozpłaszczonego pudła i kilka zetlałych szmat wystarczało na słupy węgielne, dach i ściany każdej z tych chat. Prawdopodobnie jedynym ich przeznaczeniem było zapewnienie odrobiny cienia w godzinach najdotkliwszego upału, bo nawet łóżka – owe charakterystyczne dla regionu Morza Czerwonego proste ramy, z naciągniętymi paskami skóry wielbłądziej lub parcianej taśmy – stały na zewnątrz. Węgle ognisk przed budami i okopcone blaszane puszki świadczyły o ascetycznej prostocie gospodarczych urządzeń. Mieszkańcy Flamingo drzemali w krótkim cieniu szopy, oparci plecami o jej ścianę, albo wałęsali się wzdłuż linii przypływu, grzebiąc wśród skib zastygłej żółtej piany, wśród śliskich alg i pokruszonych muszli. Zbierali jakieś małże i kraby, podnosili wyrzucone przez wodę flaszki, kawałki dryftowego drzewa – zaopatrywali się w pożywienie i przedmioty codziennego użytku. Byli to ludzie drobnej budowy, bardzo czarni, przeważnie nadzy. Ich małe, okrągłe głowy ogolone były do skóry, na ich policzkach widniały sine blizny klanowych znaków. Ich wygląd miał w sobie coś z uogólnienia. Przypominali sylwetki z archaicznych skalnych malowideł – skrajnie uproszczone, a zarazem pełne wykwintnej elegancji.

Przyglądałem im się z niedowierzaniem i szacunkiem. Tym ludziom zupełnie obca była ambicja pozostawienia jakiegoś śladu na obliczu ziemi. Żyli z raf koralowych, lecz nie budowali własnej rafy. Nie posiadali niczego, nie tworzyli niczego. Na swoim śmietnisku wydawali się idealnie – omalże nieludzko – wolni, jak gdyby świat materii nie zdążył jeszcze wyodrębnić ich z siebie dla późniejszego ujarzmienia.

Tak w każdym razie sądziłem, dopóki uwagi mojej nie zwróciło roztopione w upale postukiwanie młotków. Za piaszczystą wydmą u krańca laguny budowano felukę. Łódź, prawie gotowa, stała na kozłach z grubo ociosanych belek. Miała wysoką rufę z ukośnie sklepionym kasztelem, niski, wysmukły dziób i pochylony do przodu maszt. Nie odbiegała kształtem od modelu utrwalonego na malowidłach z grobowców egipskich. Była starsza niż wszystkie zamki Prowansji.


Biwaki

Niejeden z nas odczuwa – w sposób mniej lub bardziej świadomy – lęk przed uwięzieniem w rafie. (Komory, które w niej budujemy, nazbyt przypominają grobowce.) Kiedy się takiego lęku doświadcza, ratunkiem wydaje się ruch. Jest to, oczywiście, ratunek złudny, ale cóż jak nie złudzenia pomaga nam żyć w jakim takim poczuciu bezpieczeństwa?

Jeśli o mnie chodzi, ów strach przed samozasklepieniem (swoista, metafizyczna klaustrofobia) towarzyszył mi od dawna – może nawet od dzieciństwa. Stąd zapewne wczesna fascynacja buddyzmem – jego doktryną unikania przywiązań.

Jak noc na jednym prześpią drzewie,

a z rana się rozlecą ptaki,

tak my się łączym dla rozłąki,

ludzki czy ptaszy los jednaki.

Tej strofy Aśwaghoszy, przeczytanej kiedyś, w gimnazjalnych czasach, nie potrafiłem nigdy zapomnieć.

Okoliczności mego życia sprzyjały na ogół zabawie w ciuciubabkę z losem. Mój dom był ruchomy. Mieszkałem w różnych miastach i w różnych krajach, wśród różnych ludzi. Ale czy nomadowie nie budują grobowców?

Nie wiedząc o tym, rosłem w przekonaniu, że jedyną własnością człowieka jest to, co pozostaje w nim samym. Rzeczy zachowane w pamięci, poruszające serce wspomnienia kształtów, zapachów i głosów.

Dlatego czymś naturalnym i słusznym wydaje mi się znikanie materialnych śladów przeszłości. Dzięki temu to, co było kiedyś i co istnieje już tylko w mojej prywatnej legendzie, nabiera cech niezniszczalnego bytu – niezniszczalnego, dopóki trwa moje własne życie.

Bez zdziwienia przyjąłem fakt rozpłynięcia się w nicość pewnej warszawskiej ulicy, której nazwa tylko ocalała – przeniesiona na nowy pas asfaltu, biegnący przez widma niegdysiejszych murów, podwórców i mieszkań. W żaden sposób nie potrafiłbym wskazać miejsca na owej nie istniejącej (kiedyś kocimi łbami wybrukowanej) ulicy, gdzie znajdowała się brama nr 13. Była to brama przepaścista i mroczna, pachnąca butwiejącymi liśćmi kapusty, moczem i olejną farbą. Ten ostatni składnik wiązał się z brudnożółtą, śliską i jakby zawsze z lekka spotniałą powierzchnią murów. Dopiero niedawno odkryłem historyczne źródło owego niepowabnego kolorytu starej Warszawy. W Moskwie do dziś dnia maluje się taką żółtobrunatną farbą przyciesie kamienic – prawdopodobnie kontynuując tradycję jakichś higienicznych przepisów z carskich czasów.

Brama wiodła na podwórze – dość spore, chociaż zdławione wysokimi ścianami – którego środek zajmował wyleniały trawniczek, otoczony zardzewiałą żelazną sztachetą wokół pomalowanego tąże żółtą farbą cokołu z gipsowym popiersiem inżyniera Kierbedzia. Kierbedź miał zielonkawą czapkę z gołębiego kału na ciemieniu i wielki, mięsisty nochal z ubitym końcem. W głębi druga brama, nieco czystsza (tu już przeważał zapach wosku, którym zapuszczano schody), wyprowadzała na inną, również nie istniejącą dzisiaj ulicę.

To wszystko, jak już wspomniałem, przepadło bez śladu. A kiedy przekonałem się o tym, nie doświadczyłem ani żalu, ani nawet potrzeby „melancholijnej zadumy”. Po prostu zrozumiałem, że ten kawałek zabudowanej przestrzeni nie jest mi na nic potrzebny. To bowiem, na czym mogło mi naprawdę zależeć, posiadałem nadal – w formie i doskonalszej, i bardziej trwałej.

Mieszkanie babki, gdyby ocalało, byłoby się zmieniło tak czy owak. Byłoby dziś mieszkaniem innych ludzi. Ja przechowałem je w sobie – nienaruszone.

Najtrwalsze, jak zwykle, okazały się zapachy. A ponieważ ich charakter i natężenie były różne w poszczególnych pomieszczeniach – nic dziwnego, że jedno zwłaszcza miejsce zachowało we wspomnieniu pierwszeństwo jako szczególnie aromatyczne. Określenia „aromatyczne” używam tu z pewnym zakłopotaniem, miejsce to bowiem źle jest notowane w skali wonności i w ogóle mówienie o nim nie należy do dobrego tonu. Nazywano je eufemistycznie „gdzieś” albo „łupek”. Był to wąski i dość długi pokoik bez okna (jedynie z wentylacyjną kratką pod sufitem), usytuowany niewygodnie tuż za jadalnią i wstydliwie od niej oddzielony grubą brunatną kotarą, ukrywającą drzwi. Drugie wejście było od pokoju babki – również zakamuflowane składanym parawanem w japońskie wzory. „Gdzieś” spełniał dodatkowo rolę rupieciarni. Całą jego dłuższą ścianę pokrywały głębokie półki, wyładowane tym wszystkim, co „może się przydać”. Była tu więc wanienka z cynowej blachy, używana kiedyś do kąpania dzieci, stary samowar z grawerowanymi pieczęciami fabryki w Tule, porcelanowy basen dla chorych, jakaś zapomniana pierzyna, okrągłe pudła na kapelusze i niezliczone tekturowe pudełka, pełne ciemnych flakoników z lekarstwami oraz torebek z suszonymi ziołami. Bardzo silny zapach kamfory, waleriany, ziół, naftaliny i kurzu, emanujący z owych przedmiotów i pudeł, przetrawiał zatęchłe i – z natury rzeczy – nieczyste powietrze tego miejsca, tworząc atmosferę odurzającą i duszną – właśnie aromatyczną na swój sposób.

Obyczaje panujące w domu babki, zgodnie z którymi osoba przebywająca w „gdziesiu” wypadała niejako z rzeczywistości, przestawała istnieć na czas niezbędny dla spełnienia funkcji, które oficjalnie nie mieściły się w obrazie człowieczeństwa – czyniły z tego miejsca rodzaj sanktuarium, azyl najdoskonalszej samotności. Dlatego zapewne intensywny zapach komórki za brunatną kotarą skojarzył mi się trwale z wczesnymi przeżyciami dziecinnej medytacji.

Zapach waleriany – oczyszczony i rozcieńczony słodyczą kwiatów – panował także w sypialni babki, pełnej ciężkich i ciemnych mebli. Wiszące tu obrazy też były ciemne. Święty Hieronim nad ogromnym łożem: ściskał w żylastej pięści kamień, aby uderzyć się nim w kościstą pierś, wyzierającą spomiędzy łachmanów. Natchnionym i surowym wzrokiem wpatrywał się przy tym w krzyż, dzierżony w drugiej ręce i oparty podstawą o pożółkłą czaszkę. Nad biurkiem dziadka, przypominającym raczej kanciasty gmach niż mebel, wisiał pomiędzy oknami nieduży obrazek, przedstawiający wysokiego, wąsatego mężczyznę o bladej i melancholijnej twarzy. Mężczyzna odziany był w kloszową, sięgającą stóp szubę, której zarysy można było wyodrębnić z poczerniałego tła tylko dzięki rzędom jaśniejszych sobolowych łapek. Stał prosto, oparty na cienkiej lasce z gałką (w tej niemal wojskowej postawie czuło się jednak rezygnację i znużenie), a u jego nóg leżał biały pies nieokreślonej rasy. Ów człowiek w szubie był podobno jednym z pradziadków, który najlepsze lata swego życia spędził jako wygnaniec w tajgach Sybiru.

Nastrój rozjaśniał się w dalszych częściach mieszkania. Już w przylegającym do sypialni salonie dominowała rześkość terpentyny i wosku, a kretonowe pokrowce na fotelikach i kozetkach wprowadzały ton niemal wesołej, staroświeckiej zalotności, zaś pokoik dziewczynek, zajmowany przez dwie jasnowłose kuzynki – wychowanice babki – pachniał wodą kolońską i błyszczał bielą. Babka nie dążyła do osnucia wszystkiego i wszystkich dokoła wdowią czernią. Była kobietą raczej pogodną, życzliwą światu. Mrok, który ją otaczał, miał w sobie powagę i ciepło letniego wieczoru.

Dzień w jej domu zaczynał się od podniecającego zgiełku. Stąpając ciężko i posapując z głębi swej otyłości, śpieszyła do okna jadalni i po chwili mieszkanie wypełniał łopot gołębich skrzydeł, kucie dziobów o blaszany parapet oraz niecierpliwe gruchania. W tę wrzawę wdzierały się ochrypłe nawoływania handlarza starzyzną, przeciągły krzyk sprzedawcy drzewa lub czasem przewiercający uszy, nasilający się i słabnący na przemian, wizg ostrzonego na kole noża. Wraz z chłodnymi falami porannego powietrza napływały coraz dalsze, jakby radośnie obudzone odgłosy – plusk kopyt o bruk za bramą, zgrzyt i dzwonienie tramwajów na odległej o dwie ulice Marszałkowskiej. Babka rozmawiała z gołębiami niskim, piersiowym głosem, karcąc ich żarłoczny pośpiech. Tym samym tonem strofowała tak zwane „osoby” – różne niewydarzone staruszki w pozieleniałych kapeluszach, które wspomagała i których zwierzeń i skarg wysłuchiwała godzinami nad szklanką herbaty. Większość tych osób mówiła miękkim, kresowym akcentem, który dla mego ucha był melodią dawnych czasów. Wszystko, o czym opowiadała babka, działo się bowiem kiedyś (a może nawet istniało nadal) w tej nie znanej mi wówczas części kraju, gdzie ludzie pieszczotliwie przeciągają sylaby, gdzie nikt się nie śpieszy i gdzie pije się herbatę ze spodeczków, zagryzając kawałkiem cukru.

Łączność między dawnymi czasami a moim własnym, nieruchomym jeszcze – mimo oczywistej zmienności – czasem nie była dla mnie sprawą jasną.

Teoretycznie wiedziałem, że babka była kiedyś młoda – nawet bardzo młoda, wyszła bowiem za mąż jako piętnastoletnia dziewczynka – ale w jakiś sposób nie miało to praktycznego znaczenia. Byłem raczej skłonny przyjąć, że – jak wróżka – w stosownie odmienionej postaci przebywała w innym świecie, do którego ja nie miałem już wstępu. Świat ten odznaczał się osobliwym urokiem. Był patriarchalnie zhierarchizowany i przepełniony senną poczciwością. Kapryśne ciotki, rozpamiętujące jakieś tajemnicze romanse, żyły w nim pod czułą kuratelą gderliwych nianiek i kredensowych, starzy panowie grali w wista, prowadząc mądre i dowcipne dysputy, dzieci uganiały z psami po ogrodzie i jeździły oklep pławić konie. Wszyscy zaś razem hodowali w sercach szlachetną prawdę, za którą ten i ów ginął czasem godnie albo wędrował w mroczne tajgi Sybiru.

W porównaniu z tamtym światem – mój świat wydawał się bardzo prozaiczny. Mówiono mi, że żyję w epoce szczęśliwej – w epoce spełnionych nadziei, ja zaś zazdrościłem po cichu nadziei nie spełnionych i nurtującego leniwą powierzchnię życia dramatu.

Był więc dom babki ekspozyturą innej, tajemniczej rzeczywistości, którą oglądałem jak mieniące się refleksami dno jeziora. Był też przystanią – przez wiele lat jedynym punktem stałym na mapie wędrówek moich rodziców. Nie mieszkałem w nim nigdy długo, ale powracałem do niego wielokrotnie – zawsze z uczuciem powrotu do korzeni. Nie zdawałem sobie zapewne sprawy (a jeśli, to tylko mgliście), że owe korzenie już dawno zetlały w twardym gruncie materii i stanowią zaledwie ślad odciśnięty w cudzej pamięci.

Mimo pozorów niezmiennej trwałości, dom babki był – o czym przekonywałem się stopniowo – schronieniem zastępczym, ostatnią przechowalnią jej wspomnień.

W jadalni wisiały obok siebie dwa sztychowane portrety braci Jędrzeja i Jana Śniadeckich. Ci dwaj panowie o białych – jak mi się zdawało – falujących włosach, zwróceni byli ku sobie niepełnymi profilami, lecz ich oczy, pełne inteligencji i powagi, spoglądały na widza z wyrazem bacznego wyczekiwania, jakby zwabione jakimś głosem, który przerwał ich rozmowę. Bracia zdawali się być w jednym niemal wieku i bardzo byli do siebie podobni. Zażywali też w domu babki czci łącznej, niczym podwójne bóstwo lub para nierozłącznych świętych, dzielących jedną kartkę kalendarza, ale ten z lewej strony – Jędrzej – o dwanaście lat od Jana młodszy, był tu właściwym patronem. Jego bowiem córka, Zofia Balińska, siostra romantycznej i nieszczęśliwej Ludwiki, była babką babki.

Bardziej jednak niż podobizny braci Śniadeckich przemawiała mi do wyobraźni stara fotografia, koloru wodnistej herbaty, stojąca na biurku w babcinej sypialni. Przedstawiała ona długi biały dom z neoklasyczną kolumnadą na piętrze, ponad niskimi arkadami podjazdu, usadowiony wygodnie wśród bujnie rozrośniętych drzew. Jego szlachetnie prosta bryła skomplikowana była nieoczekiwanie osobnym pawilonem w kształcie ośmiokątnej baszty, połączonym z korpusem głównej budowli krytym przejściem. Dom ów był dworem w Jaszunach – majątku Śniadeckich. Tu właśnie upłynęło dzieciństwo babki i tutaj nasiąkło przekazanymi jej przez poprzednie pokolenia wspomnieniami, w których role gościnnie występujących gwiazd grali Tomasz Zań i Antoni Edward Odyniec, Wawrzyniec Puttkamer i ksiądz Jundziłł, Salomea Bécu i Juliusz Słowacki.

Nie przychodziło mi nawet do głowy, abym mógł kiedyś owe Jaszuny oglądać własnymi oczyma. Należały przecież do świata mitologii – chociaż w sposób tak wyrazisty, że każdy ich rzeczywisty szczegół (jeśli istniały naprawdę) mógłby tylko kolidować z moją dokładną wiedzą o układzie cienistego parku nad rzeką Mereczanką, o rozplanowaniu wnętrza domu, o meblach i zapachach wypełniających pokoje. Toteż nie odczuwałem nigdy żadnej potrzeby autopsji, wiedząc, że nie należy mieszać ideału z konkretem.

A przecież czekało mnie to doświadczenie i to wówczas, kiedy nawet legenda pozostała już tylko wspomnieniem wspomnienia – majakiem, odsuniętym za nowe wojny i nowe granice.

Zdarzyło mi się, będąc w Wilnie, wymienić nazwę Jaszuny w gronie przygodnych znajomych. „Jaszunas – potwierdzili. – To niedaleko”. I oto w listopadowy szary i mokry dzień jechaliśmy przez falujący łagodnie lesisty i polny kraj – czterej spadkobiercy historii tej ziemi: dwaj Litwini, Rosjanin i ja – Polak. Nikt z nas nie znał drogi, toteż kilkakrotnie opuszczaliśmy asfaltową szosę nadaremno, dążąc wyboistymi traktami ku jakiejś kępie starych drzew, ku jakiemuś wystającemu spomiędzy konarów, rozłożystemu dachowi, zdającemu się pamiętać dawne czasy. Napotkanym ludziom moi gospodarze Litwini zadawali pytania po polsku i w odpowiedziach słyszałem tę powolną, rozkołysaną melodię, która – jedyna – świadczyła, że naprawdę znalazłem się w krainie mego rodzinnego mitu.

Wreszcie stara kobieta w chustce skierowała nas do celu.

– Dwór dziedzica w Jaszunach? – powtórzyła z powagą i bez zdziwienia żartobliwe pytanie. – Ot tam, za lasem, gdzie spiritzawod. A o, trąba dymi się.

Więc ku dymiącemu za lasem kominowi gorzelni potoczył się przez gliniaste wertepy nasz ubłocony, stękający wszystkimi resorami moskwicz i po chwili nie miałem już wątpliwości, bo ujrzałem długi biały dom z fotografii, z neoklasycystyczną kolumnadą na piętrze, z niskimi arkadami ganku, z ośmiokątną basztą. Ale identyczność miejsca była tylko suchym faktem, nie wywołującym innych emocji poza odrobiną zdziwienia. Nie spodziewałem się przecież odnaleźć nietkniętej przez czas Arkadii. Toteż bardziej zdziwiło mnie zachowane podobieństwo niż nieuniknione zmiany.

Widoczny na fotografii kolisty gazon przed gankiem, ozdobiony krzakami bzu, nie istniał już. Naprzeciw drzwi wejściowych stał gipsowy, posrebrzony posążek Wodza Rewolucji, którego twarz, uśmiechająca się spod kaszkietu, widniała także na wielkim transparencie, zwisającym z balustrady ocienionego kolumnami balkonu. Po obu stronach pomniczka tkwiły betonowe tablice z czerwonymi gwiazdami i takimiż napisami cyrylicą oraz z naklejonymi fotografiami jakichś grubokościstych ludzi – zapewne przodowników pracy sowchozu. Ze sztachet, oddzielających niegdyś ogród od drogi, pozostały jedynie dwa białe kamienne słupki – ostatni szczątek bramy.

Kręcący się między zabudowaniami folwarcznymi a byłym dworem pracownicy gospodarstwa – ociężali mężczyźni w bezbarwnych waciakach i oblepionych błotem gumowych cholewach – obrzucali nas spojrzeniami pełnymi umiarkowanej ciekawości. Spoglądali na nasze miejskie kapelusze i półbuty, na stojący przed gankiem samochód, znowu na nas – na zorkę, dyndającą na piersi właściciela moskwicza – i przechodzili w milczeniu. Nikt o nic nie pytał.

Ruszyliśmy więc w obchód. Park po drugiej stronie domu zachował ogólne zarysy swego planu dzięki kępom starych drzew – olbrzymich lip, świerków i dębów, pamiętających na pewno czasy Śniadeckich. Ale nic nie służyło już dawnemu jego przeznaczeniu. Znikły bez śladu ścieżki, klomby i szpalery kwitnących krzewów.

Niezatrzymywani przez nikogo, weszliśmy do wnętrza. Schody, wznoszące się podwójnym, wygiętym w kształcie liry ciągiem, z trudem mieściły się w przyciasnej na nie sieni, świadcząc o przesadzonych nieco aspiracjach do pałacowej świetności. Bez wielkiego powodzenia próbowałem przywołać owe obrazy, które według wszelkich literackich recept powinny mnie były „osaczyć” w tym miejscu: treny damskich toalet, zsuwające się z cichym szmerem po stopniach, wesoło tupiące dziecinne nóżki w białych pończoszkach i lakierowanych czółenkach. Ale folwarczne gumiaki zatarły wszelkie nostalgiczne ślady, wraz z politurą zdeptaną do szarych słojów. Materialność dotknięć dawno nieistniejących podeszew i stóp wyparowała doszczętnie, toteż wyobrażenia babki – nieznanego mi kilkunastoletniego podlotka o czarnych warkoczach i innych, jeszcze mniej rzeczywistych postaci – mogły mieć w sobie tyleż prawdy, co zjawy starożytnych Rzymian, wydumane w ruinach Pompei.

Na ścianach, pociągniętych na wysokość wyciągniętego ramienia brunatną olejną farbą, wisiały tu i ówdzie tablice z poprzypinanymi do nich kartkami jakichś wystukanych na maszynie komunikatów i zarządzeń. Uchylaliśmy drzwi (których ozdobnie powycinane kwatery powlekała również gruba warstwa brązowej farby olejnej), zaglądaliśmy do pustych pokojów, służących przeważnie biurowym celom. W wielkim salonie na piętrze pełno było długich ław z surowej deski.

Kiedy ponownie stanęliśmy przed gankiem, Rosjanin położył mi serdecznym gestem dłoń na ramieniu, mówiąc, że musiało to być dla mnie bolesne przeżycie. Zaskoczyły mnie te słowa i ich intencja.

– Nigdy tu nie byłem – odparłem, uświadamiając sobie, jak bardzo bezosobowy jest nastrój smutku, który mnie ogarnął. Doprawdy zapomniałem w czasie tych oględzin o Śniadeckich i Balińskich, o Ludwice i Juliuszu, o nieistniejącej już fotografii w nieistniejącym mieszkaniu babki na nieistniejącej ulicy. Widziałem żyjących ludzi, którzy pobierali tu jakieś zaświadczenia i kwitki, odczytywali komunikaty z tablic na brunatnych ścianach, zbierali się na wieczornice pod ozdobionym sztukaterią plafonem, którzy, zmordowani ciężką pracą, wysłuchiwali przemówień, drzemiąc na drewnianych ławach. Smutek wynikał z poczucia niedoskonałości, z doznania ociężałego oporu, stawianego przez rzeczywistość ideałom.

*

Rzeczywistości przeżyte, światy, z których się wyrosło, leżą przy drodze jak porzucone skóry węża. Natrafiamy na nie przypadkiem lub odnajdujemy je po latach, wiedzeni tęskną ciekawością. Zawsze okazuje się, że było inaczej. Albo pamięć nasza stworzyła obrazy niezgodne z faktyczną prawdą, albo prawda owa uległa dziwnym przemianom. Jakąż więc mamy pewność, że i dziś nie żyjemy w krainie ułudy?

Nie kładłbym wszystkiego na karb odmienności dziecięcego spojrzenia. W każdym okresie życia otaczają nas rzeczy, których nie dostrzegamy, dopóki ich nam ktoś nie pokaże, i inne, dla nas najzwyklejsze, a niedostrzegalne dla obcych. Nasze pole widzenia ograniczają wybory, dyktowane potrzebami chwili. Nie inaczej powstaje historia, dostarczająca niewyczerpanego zajęcia pokoleniom specjalistów, trudzących się nad odtworzeniem jej obiektywnego przebiegu.

Czy dobrze zapamiętałem mieszkanie będące początkiem mojej własnej, świadomej historii? Wydaje mi się, że tak. Mógłbym dokładnie opisać każdy w nim sprzęt, każdy obraz, widok z każdego okna. A miasto? Owo oblepione sadzą, ciasno zabudowane górnicze miasto, z dużym parkiem wzdłuż tramwajowych torów, wypełnionym kwaśną wonią butwiejących liści, z czarnym niedźwiedziem kiwającym się niezdecydowanie na dnie cementowego wykopu, z kinem, w którym – z obolałą od tłumionego łkania krtanią – oglądałem pierwszy w życiu film – żałosne dzieje Olivera Twista? Oczywiście, że tak. Spędziłem tam przecież siedem lat, nieruchomych jak szczęśliwy sen. Oto próbka rekonstrukcji. Obszerny salon o nieco nieregularnym kształcie (bo jedna ze ścian biegnie ukosem, jako że jest to pokój narożny), z dwoma dużymi oknami, wychodzącymi na ulicę, z trojgiem wysokich drzwi – od jadalni, od przedpokoju i od gabinetu ojca. Z prawej strony, pod dużym kilimem w fantazyjne palmety, utrzymanym w szaro-biało-rudawym tonie, kanapa z trzema owalnymi medalionami na półkoliście wygiętym oparciu. Przed kanapą owalny stół, wokół niego foteliki na wygiętych nóżkach, kryte tą samą co kanapa żółtą materią. W rogu, obok drzwi z jadalni, oszklona serwantka z porcelaną. W drugim rogu wielki kaflowy piec, zwieńczony ozdobnym gzymsem. Na środku podłogi stary orientalny dywan. Pomiędzy oknami konsola z wąskim lustrem w rzeźbionej ramie. Pod ową ukośną ścianą, między drzwiami gabinetu a lewym oknem, wysunięty cokolwiek na pokój olbrzymi czarny fortepian, narzędzie muzykalnych tortur, łagodzonych jedynie źle widzianą przyjemnością kręcenia się w kółko na obrotowym, bardzo skrzypiącym taborecie. Na ścianie nad fortepianem spory obraz w poziomym formacie, malowany przez Skoczylasa, a przedstawiający zbójnika w kołpaku, mierzącego z łuku do uciekającej sarny.

Ale co za oknami? Ulica, raczej niepowabna – ciemnawa i wąska, w cembrowinie murów jakichś budowli z poczerniałej cegły. Jednakże nie przygnębiająca, bo zawsze pełna obietnic. Tu, z tych okien, wyglądaliśmy – dzieci – czekając niecierpliwie służbowego samochodu ojca, mającego zawieźć nas do strzeleckich lasów albo nawet przez granicę, do Polski, bo miasto znajdowało się, jak mawiał ojciec, „za kordonem”. Kanciasta, chromowana maska wozu ukazywała się wreszcie zza rogu i kiedy samochód brał z namysłem zakręt, warkot motoru wypełniał całą ulicę niby surma obwieszczająca najradośniejsze przygody. Tu zaglądała w szyby gazowa latarnia – źródło osobliwej zimowej magii.

W czasie świąt Bożego Narodzenia w kącie koło prawego okna stała sięgająca sufitu choinka, cudownie kolorowa, pachnąca lasem, jabłkami i stearyną. Nocą, kiedy przebrzmiały kolędy, a dorośli spali już w swoich pokojach, salon zamieniał się za sprawą owej latarni w czarodziejskie miejsce o nazwie znanej tylko dzieciom. W powietrzu suchymi warstwami leżały wonie kawy, bakalii, świerkowego igliwia i magnezji z zimnych ogni. Choinka lśniła widmowo promykami anielskich włosów i różnobarwnymi błyskami szklanych baniek, a mrok poza nią był knieją ruchliwych leśnych cieni. Na dywanie zaś spoczywał ukośny, wydłużony prostokąt niebieskiej poświaty. Latarnia za przeźroczystą firanką pląsała łagodnie w migotliwym obłoku grudniowej zadymki. Skradając się bezszelestnie bosymi stopami, schodziliśmy się tutaj my, dzieci domowe, i przybyłe na święta jasnowłose kuzynki z Warszawy – oniemiałe od tajemniczości duszki w długich, białych koszulach, aby pośród uśpionego domu, w istniejącej tylko dla nas Dolinie Fiołków, tańczyć w milczącym, bliskim ekstazy upojeniu.

Nie zawiodła mnie pamięć topograficzna. Po wielu latach odwiedziłem to miasto, już bez potrzeby przekraczania „kordonu”, bo granica tymczasem przesunięta została daleko na zachód. Bez trudu odnalazłem tamtą ulicę, jeszcze węższą, jeszcze ciemniejszą niż kiedyś. Zidentyfikowałem bramę. Zajrzałem na podwórze z poczerniałym trzepakiem, betonowym śmietnikiem i maleńkim ogródkiem w głębi, gdzie za sztachetami, wśród czarnych od sadzy krzaków, stała kiedyś altanka, pachnąca grzybem i powleczona łuszczącą się zieloną farbą. Altanki już nie było i nie było także dozorcy nazwiskiem Kral, wysokiego, kościstego starca z białą brodą i twarzą Don Kichota, któremu przypisywałem nadludzką mądrość. Wstąpiłem też na pierwsze piętro po brudnych teraz i zaniedbanych schodach (już tylko strzępki błyszczącego niegdyś linoleum pozostały po bokach), żeby zobaczyć wejściowe drzwi mieszkania, z zachowanym jeszcze brzydkim, niebiesko-czerwonym witrażykiem w górnej części framugi. Ale szybko wróciłem na ulicę, aby upewnić się w zdumiewającym odkryciu, którego dokonałem przed chwilą. Czy mogłem o tym nie wiedzieć? Czy może wiedzieć o tym nie potrzebowałem i nie chciałem? Owa budowla z poczerniałej cegły przed frontowymi oknami mieszkania, w którym przeżyłem szczęśliwie wczesne dzieciństwo – była więzieniem. Gazowa latarnia (zastąpiona obecnie jarzeniówką w aluminiowej osłonie), której blask wyczarowywał zimowymi nocami niezapomnianą Dolinę Fiołków na dywanie naszego salonu, musiała rzucać także nieco światła ponad skrajami blaszanych „koszów” w głąb wilgotnych cel i chwiać na ich powałach cieniami krat.

Co byłoby, gdybym wiedział? Gdybym wiedząc, rozumiał? Jaki byłby smak tego wspomnienia? Czy byłbym tym samym człowiekiem, którym dziś jestem?

A może nie zmieniłoby się nic zgoła? Może na tym polega sekret życia, że dopiero z oddali dostrzegamy horyzonty opuszczonych biwaków?

Dobrze jest zwijać obozowisko przed ostatecznym spoufaleniem się z okolicą. Ale to nieprawda, że stać nas na wielkoduszną obojętność wobec poczynań tych, którzy wędrują naszym tropem. Chcąc zachować nienaruszoną czystość wspomnień należałoby raczej unikać krzyżowania własnych śladów. Rzecz to jednak niełatwa. I nie tylko dlatego, że poruszamy się w przestrzeni ograniczonej. To, co już się dokonało, a więc nie ulega dalszym przemianom, co – odcedzone ze szlamu codzienności – nabyło cech kompozycji doskonałej (jakkolwiek niekoniecznie prawdziwej), kusi i wabi tym natrętniej, im więcej zwątpień, niepewności i lęków napotykamy na naszej drodze. Nieodparta pokusa oparcia w wiadomym przeciw niewiadomemu! Jakże złudna!

Uległem jej w innym mieście – mieście mojej młodości.

Aby przeczytać tę książkę w całości, kup ją w księgarni www.legimi.com.